Рыбаченко Олег Павлович
Okrutna Tragedia Stalingradu

Самиздат: [Регистрация] [Найти] [Рейтинги] [Обсуждения] [Новинки] [Обзоры] [Помощь|Техвопросы]
Ссылки:
Школа кожевенного мастерства: сумки, ремни своими руками Юридические услуги. Круглосуточно
 Ваша оценка:
  • Аннотация:
    Gdyby nie doszło do punktu zwrotnego pod Stalingradem w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej, wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej i przybrałoby negatywny obrót.

  Se o ponto de virada em Stalingrado, na Grande Guerra Patriótica, não tivesse ocorrido, tudo teria sido completamente diferente e teria tomado um rumo negativo. OKRUTNA TRAGEDIA STALINGRADU
  ADNOTACJA
  Gdyby nie doszło do punktu zwrotnego pod Stalingradem w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej, wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej i przybrałoby negatywny obrót.
  ROZDZIAŁ 1.
  To tak, jakby pod Stalingradem nie było punktu zwrotnego. Jest to całkowicie możliwe, ponieważ Niemcy mieli czas na przegrupowanie sił i wzmocnienie flanek. Podczas ofensywy Rżew-Sychovsk tak właśnie się stało. I nie skończyło się to dobrze - naziści odparli ataki flankujące. Żukow nie odniósł sukcesu, mimo że dysponował znacznie większą liczbą żołnierzy niż pod Stalingradem. Zatem, w zasadzie, punktu zwrotnego mogło nie być. Możliwe, że Niemcom udało się osłonić flanki, a wojska radzieckie nigdy nie przebiły się. Co więcej, warunki pogodowe były niesprzyjające i nie było możliwości efektywnego wykorzystania sił powietrznych.
  W ten sposób naziści utrzymali się, a walki ciągnęły się do końca grudnia. W styczniu wojska radzieckie rozpoczęły operację "Iskra" pod Leningradem, która również zakończyła się niepowodzeniem. W lutym podjęły próby ofensywy na południu i w centrum. Po raz trzeci zakończyła się niepowodzeniem operacja Rżew-Sychowsk. Ataki flankowe pod Stalingradem również zakończyły się niepowodzeniem.
  Jednak naziści odnieśli wielki sukces w Afryce po kontrataku Rommla na siły amerykańskie. Ponad 100 000 amerykańskich żołnierzy dostało się do niewoli, a Algieria poniosła całkowitą klęskę. Zszokowany Roosevelt zaproponował rozejm; Churchill, nie chcąc walczyć samotnie, również poparł rozejm. I walki na Zachodzie ustały.
  Wypowiadając wojnę totalną, III Rzesza zgromadziła większe siły, zwłaszcza w czołgach. Naziści pozyskali Pantery, Tygrysy, Lwy i działa samobieżne Ferdinand. Ta siła, wraz z potężnymi myśliwsko-szturmowymi samolotami Focke-Wulf, HE-129 i innymi, również została dodana do oferty. Do produkcji wszedł również ME-309, nowa, potężna modyfikacja myśliwca z siedmioma stanowiskami ogniowymi.
  Krótko mówiąc, naziści rozpoczęli ofensywę od południa Stalingradu i od początku czerwca posuwali się wzdłuż Wołgi. Zgodnie z przewidywaniami, wojska radzieckie uległy natarciu nowych czołgów i doświadczonej niemieckiej piechoty. Miesiąc później Niemcy przełamali obronę i dotarli do Morza Kaspijskiego i delty Wołgi. Kaukaz został odcięty od lądu. A potem Turcja przystąpiła do wojny z ZSRR. A Kaukazu, z jego złożami ropy naftowej, nie dało się już utrzymać.
  Jesień upłynęła pod znakiem zaciętych walk. Niemcy i Turcy opanowali niemal cały Kaukaz i rozpoczęli szturm na Baku. W grudniu padły ostatnie dzielnice miasta. Naziści przejęli duże rezerwy ropy naftowej, choć odwierty zostały zniszczone i nie udało się ich jeszcze przywrócić do eksploatacji. Jednak ZSRR stracił również główne źródło ropy i znalazł się w trudnej sytuacji.
  Nadeszła zima. Wojska radzieckie podjęły kontratak, lecz bezskutecznie. Naziści rozpoczęli produkcję TA-152, będącego ewolucją Focke-Wulfa, oraz samolotów odrzutowych. Wprowadzili również czołgi Panther-2 i Tiger-2, bardziej zaawansowane i uzbrojone w 88-milimetrowe działo 71EL, niezrównane pod względem osiągów. Oba pojazdy były dość mocne i szybkie. Panther-2 miał silnik o mocy 900 koni mechanicznych i ważył pięćdziesiąt trzy tony, podczas gdy Tiger-2, ważący sześćdziesiąt osiem ton, miał silnik o mocy 1000 koni mechanicznych. Mimo swojej masy, niemieckie czołgi były dość zwrotne. Jeszcze cięższe czołgi Maus i Lion nigdy nie zyskały popularności, ponieważ miały zbyt wiele wad. W 1944 roku naziści postawili na dwa główne czołgi: Panterę-2 i Tygrysa-2, podczas gdy ZSRR z kolei zmodernizował T-34-76 do T-34-85 i wprowadził na rynek nowy IS-2 z armatą kalibru 122 milimetrów.
  Do lata obie strony wyprodukowały znaczną liczbę nowych samolotów. Do nazistowskich sił powietrznych trafił bombowiec Ju-288, choć już w 1943 roku był on w produkcji. Jednak Arado, samolot odrzutowy, którego radzieckie myśliwce nie mogły nawet dogonić, okazał się bardziej niebezpieczny i zaawansowany. Do produkcji wszedł ME-262, ale wciąż niedoskonały, często ulegał wypadkom i kosztował pięć razy więcej niż samolot z napędem śmigłowym. Dlatego na razie podstawowymi myśliwcami stały się ME-309 i TA-152, które nękały sowiecką obronę.
  Niemcy opracowali również TA-400, sześciosilnikowy bombowiec z uzbrojeniem obronnym - aż trzynastoma działami. Przenosił ponad dziesięć ton bomb o zasięgu do ośmiu tysięcy kilometrów. Co za potwór - jak zaczął terroryzować zarówno wojskowe, jak i cywilne cele radzieckie na Uralu i poza nim.
  Krótko mówiąc, latem, 22 czerwca, rozpoczęła się duża ofensywa Wehrmachtu zarówno w centrum, jak i od południa, w kierunku Saratowa.
  W centrum Niemcy początkowo atakowali z przyczółka rżewskiego i od północy, wzdłuż zbieżnych osi. I tutaj duże masy ciężkich, ale mobilnych czołgów przebiły się przez sowiecką obronę. Na południu Niemcy szybko przełamali pozycje sowieckie i dotarli do Saratowa. Walki jednak przeciągały się. Dzięki odporności wojsk radzieckich i licznym umocnieniom naziści nie byli w stanie od razu zdobyć Saratowa, a walki ciągnęły się dalej. W centrum, mimo okrążenia wojsk radzieckich, naziści posuwali się niezwykle powoli. Co prawda, Saratów padł we wrześniu... Ale walki trwały dalej. Niemcy dotarli do Samary, ale tam się potknęli. Późną jesienią naziści zbliżyli się do linii obronnej Możajska, ale tam się zatrzymali. Mimo to Moskwa stała się miastem frontowym. Naziści nabywali coraz więcej samolotów odrzutowych, zwłaszcza bombowców. Pojawił się również czołg "Lew-2". Był to pierwszy niemiecki czołg z poprzecznie zamontowanym silnikiem i skrzynią biegów, z wieżą przesuniętą do tyłu. W rezultacie sylwetka kadłuba była niższa, a wieża węższa. W rezultacie masa pojazdu została zmniejszona z dziewięćdziesięciu do sześćdziesięciu ton, przy zachowaniu tej samej grubości pancerza - sto milimetrów po bokach, sto pięćdziesiąt milimetrów na pochylonym przodzie kadłuba i dwieście czterdzieści milimetrów na przodzie wieży z jarzmem działa.
  Ten czołg, o większej zwrotności, a jednocześnie z doskonałym pancerzem i jeszcze większym efektywnym kątem nachylenia, budził przerażenie. ZSRR opracował Jak-3, ale z powodu braku dostaw w ramach Lend-Lease, on i LA-7, maszyna o przynajmniej nieznacznie zwiększonej prędkości i pułapie, nigdy nie weszły do masowej produkcji. Nawet Ju-288 z napędem śmigłowym i późniejszy Ju-488 nie były w stanie dogonić Jak-3. Ale LA-7 nadal nie dorównywał samolotom odrzutowym.
  Niemcy zachowali spokój przez całą zimę, czekając na wiosnę. Zbliżała się seria E i byli optymistycznie nastawieni do szybszego zakończenia wojny w przyszłym roku. Jednak wojska radzieckie rozpoczęły ofensywę w centrum 20 stycznia 1945 roku. Walki były zacięte.
  ROZDZIAŁ NR 2.
  Niemcy odparli ataki i przeprowadzili własny kontratak. W rezultacie ich wojska przebiły się i rozpoczęły walki w Tule. Sytuacja zaostrzyła się. Jednak naziści nadal nie odważyli się na ofensywę na dużą skalę tej zimy. Nastąpiła cisza. Jednak w marcu wybuchły walki w Kazachstanie. Nazistom udało się zdobyć Uralsk i zbliżyć się do Orenburga. W połowie kwietnia rozpoczęła się ofensywa na flankach Moskwy.
  ZSRR zakupił SU-100, aby zwalczać rosnącą liczbę czołgów Hitlera. W maju planowano rozpoczęcie produkcji IS-3. Samolotów odrzutowych brakowało.
  W ciągu miesiąca naziści posunęli się wzdłuż flanek i zdobyli Tułę, a następnie odcięli Moskwę od północy. Jednak wojska radzieckie walczyły bohatersko, a Niemcy zostali nieco spowolnieni.
  Następnie, pod koniec maja, naziści uderzyli dalej na północ, zdobywając Tichwin i Wołchow, okrążając Leningrad. Na południu naziści ostatecznie zdobyli Kujbyszew, dawniej Samarę, i rozpoczęli marsz w górę Wołgi, mając na celu otoczenie Moskwy od tyłu. Orenburg również został okrążony. Naziści pozyskali również swoje pierwsze czołgi - Panterę-3 i Tygrysa-3 z serii E. Pantera-3, E-50, nie była jeszcze szczególnie zaawansowanym pojazdem. Ważyła sześćdziesiąt trzy tony, ale miała silnik zdolny do wytworzenia do 1200 koni mechanicznych. Grubość jej pancerza była mniej więcej taka sama jak w Tygrysie-2, ale wieża była mniejsza i węższa, a działo było potężniejsze: 88-milimetrowe działo kalibru 100EL, wymagające większego jarzma, aby zrównoważyć lufę. Dzięki temu przedni pancerz wieży jest chroniony do głębokości 285 milimetrów. Jest on również lepiej chroniony dzięki bardziej stromemu nachyleniu. Podwozie jest lżejsze, łatwiejsze w naprawie i nie zatyka się błotem.
  To jeszcze nie jest idealny pojazd, ponieważ układ nie został całkowicie zmieniony, ale naziści już nad nim pracują. Tak więc zły początek to zły początek. Tygrys-3 to E-75. Jest też trochę ciężki, ważąc dziewięćdziesiąt trzy tony. Jest jednak dobrze chroniony: przód wieży ma grubość 252 mm, a boki 160 mm. Działo 55EL kal. 128 mm to potężna broń. Przód ma grubość 200 mm, spód 150 mm, a boki 120 mm - kadłub jest pochylony. Dodatkowo można do nich dołączyć dodatkowe płyty o grubości 50 mm, co daje łącznie 170 mm. Innymi słowy, ten czołg, w przeciwieństwie do Pantery-3, której pancerz boczny ma tylko 82 mm, jest dobrze chroniony ze wszystkich stron. Ale silnik jest ten sam - 1200 koni mechanicznych przy pełnym doładowaniu - a pojazd jest wolniejszy i częściej się psuje. Tiger-3 to znacznie większy Tiger-2, z ulepszonym uzbrojeniem i zwłaszcza bocznym pancerzem, ale nieco gorszymi osiągami.
  Oba niemieckie czołgi właśnie weszły do produkcji. Najpopularniejszy czołg ZSRR, T-34-85, jest wciąż w fazie rozwoju. IS-2, który mógłby stanowić dla Niemców nie lada wyzwanie, również jest w produkcji. IS-3 wszedł już do produkcji. Ma znacznie lepszą ochronę wieży i przodu, a także dolnej części kadłuba. Jest jednak o trzy tony cięższy, ma ten sam silnik i skrzynię biegów, częściej się psuje, a jego osiągi są jeszcze gorsze niż i tak już słabego IS-2. Co więcej, nowy czołg jest bardziej złożony w produkcji, dlatego jest produkowany w małych ilościach, a IS-2 jest nadal w produkcji.
  Niemcy mają przewagę w czołgach. Ale w lotnictwie ZSRR generalnie pozostaje w tyle. Naziści opracowali nową modyfikację ME-262X ze skośnymi skrzydłami, wyższą prędkością do 1100 kilometrów na godzinę i pięcioma działkami, a także, oczywiście, bardziej niezawodną i odporną na zderzenia. Oraz ME-163, który może latać dwadzieścia minut zamiast sześciu. Najnowszy wynalazek, Ju-287, pojawił się również w drugiej połowie 1945 roku. Oraz TA-400 z silnikami odrzutowymi. Naprawdę poważnie podeszli do ZSRR.
  W sierpniu ofensywa została wznowiona. W połowie października Moskwa znalazła się w całkowitym okrążeniu. Korytarz na zachód miał nie więcej niż sto kilometrów długości i był niemal całkowicie wystawiony na ostrzał artyleryjski dalekiego zasięgu. Walki wybuchły również o Uljanowsk, którego wojska radzieckie starały się bronić za wszelką cenę. Niemcy zajęli Orenburg i teraz, posuwając się wzdłuż rzeki Uralsk, dotarli do Ufy, a stamtąd Ural był już niedaleko.
  Na północy nazistom udało się również zdobyć Murmańsk i całą Karelię, a Szwecja również przystąpiła do wojny po stronie III Rzeszy. To znacznie zaostrzyło sytuację. Naziści okrążyli już Archangielsk, gdzie toczyły się zacięte walki. Leningrad na razie się bronił, ale w całkowitym oblężeniu był skazany na zagładę.
  W listopadzie wojska radzieckie podjęły próbę kontrataku na flankach i rozszerzenia korytarza do Moskwy, lecz bezskutecznie. Uljanowsk padł w grudniu.
  Nadszedł rok 1946. Do maja panowała cisza, podczas której obie strony gromadziły siły. Naziści pozyskali czołg Panther-4, który charakteryzował się nową konstrukcją - silnik i skrzynia biegów zostały zintegrowane w jedną całość, a skrzynia biegów znajdowała się na silniku, a liczba członków załogi spadła o jednego. Nowy pojazd ważył teraz czterdzieści osiem ton, a silnik generował do 1200 koni mechanicznych, był mniejszy i miał niższy profil.
  Jego prędkość wzrosła do siedemdziesięciu kilometrów na godzinę i praktycznie przestał się psuć. Tygrys-4, dzięki nowemu układowi konstrukcyjnemu, zmniejszył masę o dwadzieścia ton i zaczął się lepiej poruszać.
  Cóż, Niemcy rozpoczęli nową ofensywę w maju. Dodali samoloty odrzutowe, zarówno pod względem jakości, jak i ilości, oraz powiększyli flotę. Pojawił się nowy bombowiec odrzutowy, B-28, bezkadłubowy, bardzo potężny samolot typu "latające skrzydło". I zaczęli zmasakrować wojska radzieckie.
  Po dwóch miesiącach zaciętych walk, w których wzięło udział ponad sto pięćdziesiąt dywizji, okrążenie zostało zamknięte. Moskwa została całkowicie otoczona. O jej bezpieczeństwo wybuchły zacięte walki. W sierpniu naziści zdobyli Riazań i otoczyli Kazań. Ufa również upadła, a Niemcy zdobyli Taszkient. Krótko mówiąc, sytuacja stała się bardzo napięta. Armia Czerwona była pod silną presją. Hitler zażądał natychmiastowego zakończenia wojny.
  Co więcej, Stany Zjednoczone mają teraz bombę atomową, a to poważna sprawa. Niemcy w końcu zdobyli Leningrad we wrześniu. I miasto Lenina upadło.
  W październiku Kazań padł, a miasto Gorki zostało okrążone. Sytuacja była skrajnie dramatyczna. Stalin chciał negocjować z Niemcami. Ale Hitler chciał bezwarunkowej kapitulacji.
  W listopadzie w Moskwie toczyły się zacięte walki. W grudniu stolica ZSRR padła, a wraz z nią miasto Gorki.
  Stalin był w Nowosybirsku. W ten sposób ZSRR stracił prawie całe swoje terytorium europejskie. Ale walczył dalej. Nadszedł rok 1947. Zima była spokojna aż do maja. W maju ZSRR w końcu nabył czołg T-54, a Niemcy Panterę-5. Nowy niemiecki czołg był dobrze chroniony zarówno z przodu, jak i z boków, dzięki 170-milimetrowemu pancerzowi. Wyposażono go w silnik turbiny gazowej o mocy 1500 koni mechanicznych. Pomimo wzrostu masy do siedemdziesięciu ton, czołg zachował dość dużą zwrotność.
  Uzbrojenie zostało zmodernizowane: armata kalibru 105 mm z lufą o pojemności 100 litrów. To był naprawdę przełomowy pojazd. Tygrys-5, jeszcze cięższy pojazd o masie 100 ton, miał 300-milimetrowy pancerz przedni i 200-milimetrowy pancerz boczny. A armata była potężniejsza: 150-milimetrowa z lufą o pojemności 63 litrów. To był naprawdę potężny pojazd. I nowy silnik z turbiną gazową o mocy 1800 koni mechanicznych.
  To dwa główne czołgi. Jest też "Królewski Lew", którego główną różnicą jest działo, które ma krótszą lufę, ale większy kaliber - 210 mm.
  Otóż pojawił się nowy myśliwiec ME-362, bardzo potężna maszyna z jeszcze potężniejszym uzbrojeniem - siedmioma działkami lotniczymi i prędkością tysiąca trzystu pięćdziesięciu kilometrów na godzinę.
  I tak w maju 1947 roku rozpoczęła się niemiecka ofensywa na Ural. Naziści przedarli się do Swierdłowska i Czelabińska, a na północy do Wołogdy. I kontynuowali natarcie. Latem Niemcy zajęli cały Ural. Ale Armia Czerwona kontynuowała walkę. Zdobyli nawet nowy czołg, IS-4, który był prostszy w konstrukcji niż IS-3, lepiej chroniony z boku i ważył sześćdziesiąt ton.
  Niemcy kontynuowali natarcie za Ural. Linie komunikacyjne zostały znacznie rozbudowane. Naziści poczynili postępy również w Azji Środkowej. Zdobyli Aszchabad, Duszanbe i Biszkek, a we wrześniu dotarli do Ałma-Aty i rozpoczęli szturm na to miasto. Armia Czerwona walczyła zaciekle. A bitwy były bardzo krwawe.
  Nadszedł październik. Padał ulewny deszcz. Albo linia frontu się uspokoiła. Negocjacje toczyły się po cichu. Hitler nadal chciał przejąć władzę nad całym ZSRR. I zaprzeczał negocjacjom. Ale od listopada do końca kwietnia panował spokój. A potem, pod koniec kwietnia 1948 roku, naziści wznowili ofensywę. I już posuwali się naprzód, łamiąc sowiecki porządek. Ale na przykład, nawet w tych trudnych warunkach ZSRR zdołał zmontować dwa czołgi IS-7 z armatą kalibru 130 mm, lufą długości 60 EL, ważące 68 ton i silnikiem Diesla o mocy 1,80 KM. I ten czołg mógł walczyć z niemieckim Panterą-5, co jest dość poważne. Ale było ich tylko dwóch; co mogli zrobić?
  Naziści posuwali się naprzód, najpierw zdobywając Tiumeń, następnie Omsk i Akmołę. W sierpniu dotarli do Nowosybirska. Wojska radzieckie nie były już liczne, a ich morale gwałtownie spadło. Nowosybirsk bronił się przez dwa tygodnie. Potem Barnauł i Stalysk padły.
  ZSRR miał szczęście, że zachodni alianci pokonali Japonię i nie musieli walczyć na dwóch frontach. Nazistom udało się zdobyć Kemerowo, Krasnojarsk i Irkuck do końca października. Potem nadeszły syberyjskie mrozy i naziści zatrzymali się nad jeziorem Bajkał. Nastąpiła kolejna przerwa operacyjna, która trwała do maja.
  W tym czasie naziści opracowali Panterę-6. Pojazd ten był nieco lżejszy od poprzedniego modelu, ważąc sześćdziesiąt pięć ton, dzięki zastosowaniu kompaktowych podzespołów, i miał mocniejszy silnik o mocy tysiąca osiemdziesięciu koni mechanicznych, co poprawiało prowadzenie, oraz nieco bardziej racjonalnie pochylony pancerz. Tygrys-6 ważył siedem ton mniej, miał silnik turbiny gazowej o mocy dwóch tysięcy koni mechanicznych i charakteryzował się nieco niższym profilem.
  Te czołgi są całkiem dobre, a ZSRR nie ma żadnych środków zaradczych. T-54 nigdy nie zastąpił T-34-85, który nadal był produkowany w fabrykach w Chabarowsku i Władywostoku. Jednak ten czołg jest bezsilny wobec pojazdów niemieckich.
  Niemcy mieli również lżejsze pojazdy serii E - E-10, E-25, a nawet E-5. Hitler odnosił się jednak do tych pojazdów z umiarkowanym entuzjazmem, zwłaszcza że były to głównie działa samobieżne. Jeśli w ogóle były produkowane, to jako pojazdy rozpoznawcze, a działo samobieżne E-5 było również produkowane w wersji amfibijnej. W rzeczywistości pod koniec wojny III Rzesza wyprodukowała więcej dział samobieżnych niż czołgów, a seria E mogła być masowo produkowana jedynie w lekkiej wersji samobieżnej.
  Jednak z wielu powodów prace nad działami samobieżnymi zostały wówczas wstrzymane. Hitler uznał działo samobieżne E-10 za zbyt słabo opancerzone. Po wzmocnieniu pancerza masa pojazdu wzrosła z dziesięciu do piętnastu szesnastu ton.
  Hitler zamówił wtedy mocniejszy silnik, nie 400, ale 550 koni mechanicznych. To jednak opóźniło prace rozwojowe do końca 1944 roku. Z powodu bombardowań i niedoboru surowców było już za późno na opracowanie pojazdu o zupełnie nowej konstrukcji. To samo stało się z działem samobieżnym E-25. Początkowo chciano go uprościć - armatę w stylu Pantery, niskoprofilową konstrukcję i silnik o mocy 400 koni mechanicznych. Hitler nakazał jednak modernizację uzbrojenia do armaty 88 mm w 71 EL, co opóźniło prace rozwojowe. Następnie Führer nakazał wyposażenie wieży w armatę 20 mm, a następnie w armatę 30 mm. Wszystko to zajęło dużo czasu i wyprodukowano tylko kilka z tych pojazdów, które zostały złapane w ofensywie radzieckiej.
  W bitwach o Berlin uczestniczyło kilka E-5 uzbrojonych w karabiny maszynowe. Alternatywnie, te działa samobieżne również nigdy nie upowszechniły się, pomimo dostępnego czasu.
  Maus nie przyjął się ze względu na swoją wagę i częste awarie. E-100 nie był produkowany na szeroką skalę, częściowo z powodu trudności z transportem kolejowym. W ZSRR duże odległości oznaczały, że transport czołgów wymagał umiejętności.
  W każdym razie w maju 1949 roku rozpoczęła się ofensywa wojsk hitlerowskich na Dalekim Wschodzie, w Stepach Zabajlskich.
  ZSRR wyprodukował dwa ostatnie nowe pojazdy SPG-203, z których tylko pięć było wyposażonych w działo przeciwpancerne kal. 203 mm, zdolne przebić nawet Tygrysa-6 od przodu. Czołg IS-11, z działem kalibru 152 i lufą o długości 70 EL, również był w stanie pokonać nazistowskie giganty.
  Ale to była ostatnia kropla. Naziści najpierw zajęli Wierchnieudyńsk, a potem Czytę, gdzie spotkali się z nowymi radzieckimi działami samobieżnymi. Jakuck również został zdobyty.
  Między Czytą a Chabarowskiem nie było większych miast, a Niemcy poruszali się latem praktycznie marszami. Odległość była ogromna. Potem nadeszła bitwa o Chabarowsk, miasto z podziemną fabryką czołgów. Do ostatniej chwili kontynuowali produkcję czołgów, w tym T-54 i IS-4, które walczyły do samego końca. Po upadku Chabarowska część wojsk nazistowskich zwróciła się ku Magadanowi, a część ku Władywostokowi. To miasto nad Oceanem Spokojnym miało silne forty i stawiało desperacki opór do końca września. W połowie października zdobyto ostatnią dużą osadę w ZSRR, Pietropawłowsk Kamczacki. Ostatnim miastem zdobytym przez nazistów był Anadyr, który został zdobyty 7 listopada, w rocznicę puczu monachijskiego.
  Hitler ogłosił zwycięstwo w II wojnie światowej. Ale Stalin wciąż żyje i nawet nie rozważa kapitulacji, gotowy stawić opór do samego końca, ukrywając się w syberyjskich lasach. A tam jest mnóstwo bunkrów i podziemnych schronów.
  Koba próbuje więc prowadzić wojnę partyzancką. Ale naziści go szukają i wywierają presję na miejscową ludność. Szukają też innych. W marcu 1950 roku zginął Nikołaj Wozniesieński, a w listopadzie Mołotow. Stalin gdzieś się ukrywa.
  Partyzanci walczą głównie w małych grupach, dokonują sabotażu i przeprowadzają ataki z ukrycia. Istnieje również działalność podziemna.
  Naziści również rozwijali technologię. Pod koniec 1951 roku opracowali ME-462, niezwykle sprawny samolot myśliwsko-szturmowy z silnikami odrzutowymi, rozwijający prędkość 2200 kilometrów na godzinę. Potężna maszyna.
  W 1952 roku pojawił się czołg Panther-7, który miał specjalne działo wysokociśnieniowe, aktywny pancerz, silnik turbinowy o mocy dwóch tysięcy koni mechanicznych i masę pojazdu wynoszącą pięćdziesiąt ton.
  Czołg ten był lepiej uzbrojony i chroniony niż Pantera-6. Tygrys-7, z silnikiem o mocy 2500 koni mechanicznych i 120-milimetrowym działem wysokociśnieniowym, ważył sześćdziesiąt pięć ton. Niemieckie pojazdy okazały się dość zwrotne i potężne.
  Ale potem, w marcu 1953 roku, zmarł Stalin. A potem, w sierpniu, zginął Beria w celowym ataku.
  Następca Berii, Malenkow, widząc beznadzieję dalszej wojny partyzanckiej, zaproponował Niemcom traktat i swoją honorową kapitulację w zamian za życie i amnestię. Następnie, w maju 1954 roku, ostatecznie podpisano datę zakończenia wojny partyzanckiej i Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. W ten sposób otworzyła się kolejna karta historii. Hitler rządził do 1964 roku i zmarł w sierpniu w wieku siedemdziesięciu pięciu lat. Wcześniej astronauci III Rzeszy zdołali polecieć na Księżyc przed Amerykanami. I tak, na razie, historia się skończyła.
  prewencyjna Stalina 13
  ADNOTACJA
  Sytuacja się pogarsza. Grudzień 1942 - szaleją silne mrozy. Naziści pod Moskwą prowadzą zaciętą obronę, próbując uciec przed zimnem. Leningrad jest całkowicie oblężony, skazany na głód. Ale bosonogie dziewczyny w bikini nie boją się nazistów i przeprowadzają śmiałe naloty.
  ROZDZIAŁ 1
  Był grudzień 1942 roku. Mrozy stały się znacznie dotkliwsze. Hitler i koalicja utrzymywali pozycje pod Moskwą. Leningrad był całkowicie zablokowany i otoczony podwójnym pierścieniem. Miasto było praktycznie skazane na głód. Wszystko było tu w opłakanym stanie.
  Stalin nakazał schwytanie Tichwina i przywrócenie linii zaopatrzeniowej Armii Czerwonej. Rozpoczęły się zacięte walki.
  Czołgi T-34, choć wyraźnie ich brakowało, ruszyły do walki. Wróg dysponował Shermanami i innymi rodzajami broni. Oraz, oczywiście, Panterami i Tygrysami. Ten ostatni stał się nawet legendą.
  Tak rozwinęła się trudna sytuacja.
  Walki szalały niczym wrzątek. Niemcy i ich sojusznicy kryli się w bunkrach, mróz ich piekł. A Armia Czerwona posuwała się naprzód.
  Problemem była jednak przewaga powietrzna koalicji. Oto na przykład asy Albina i Alvina z USA. I poradziły sobie całkiem nieźle, zestrzeliwując po pięćdziesiąt samolotów każda - najlepszy wynik wśród Amerykanów i otrzymując nagrody. Wśród Niemców niekwestionowanym liderem był Johann Marseille. W grudniu udało mu się przekroczyć granicę trzystu samolotów. Za to otrzymał specjalne odznaczenie, Krzyż Rycerski piątej klasy - a konkretnie Krzyż Rycerski Krzyża Żelaznego ze złotymi liśćmi dębowymi, mieczami i diamentami. A za dwieście samolotów otrzymał Puchar Luftwaffe z diamentami.
  A to jest naprawdę pilot, który walczył naprawdę dobrze.
  Stał się prawdziwą legendą. Zaczęto nawet pisać o nim piosenki.
  Ponieważ Johann Marseille miał czarne włosy, w kręgach sowieckich nazywano go "czarnym diabłem". Niszczył rosyjskie lotnictwo, nie dając mu żadnych szans, rzucając się w wir walki. Do najskuteczniejszych myśliwców ZSRR należeli Pokryszkin i Anastazja Wiedmakowa. Ta druga, rudowłosa, otrzymała nawet dwa medale Bohatera ZSRR za zestrzelenie ponad pięćdziesięciu japońskich samolotów. Walczyła na wschodzie, podczas gdy Pokryszkin walczył głównie na zachodzie.
  Marzyło mu się spotkanie z Marsylią, ale jak dotąd do tego nie doszło. Hitler nakazał utrzymać Charków za wszelką cenę. Ale Stalin również nakazał zdobyć i odbić Stalingrad za wszelką cenę.
  Młody pionier Guliwer walczył zaciekle. Ruszył do ataku u boku komsomolskich wojowniczek. Wieczne dziecko było boso i w krótkich spodenkach, pomimo zimowych mrozów.
  Będąc chłopcem bez butów i prawie bez ubrań, jest o wiele zwinniejszy. Atakuje przeciwników z wielkim entuzjazmem.
  Chłopiec rzuca granatami w żołnierzy koalicji bosymi stopami i śpiewa;
  Urodzony w XXI wieku,
  Wiek technologii i wysokości...
  Facet potrzebuje stalowych nerwów,
  A życie będzie trwało około siedmiuset lat!
  
  Ale oto jestem w minionym stuleciu,
  Gdzie każdy przeżywa trudne chwile w życiu...
  To nie gaje raju tam kwitną,
  No, szybko podnieś wiosło!
  
  Zacząłem walczyć ze złą hordą,
  Zabij zagorzałych faszystów...
  Są w zmowie z Szatanem -
  Armia demonów jest niezliczona!
  
  Ale dla tego chłopaka to trudne, wiesz,
  Gdy nadchodzi kłująca zima...
  Nie mogę usiedzieć spokojnie przy biurku,
  Przybądź zwycięska wiosno!
  
  Uwielbiam, gdy jest ciepło i słonecznie,
  Bieganie boso po trawie...
  Ojczyzno, wierzę, będę zbawiony,
  Faszysta nie da się uprowadzić siłą!
  
  Zapisałem się jako pionier,
  A już niedługo bracia dołączą do Komsomołu...
  Pozostał tylko rok do tego czasu,
  I Wehrmacht zostanie pokonany!
  
  Nasz świat jest tak niezwykły,
  Jest w nim seria bitew...
  Dlaczego Iljicz jest smutny?
  Wiesz, że Twoje marzenie się spełni!
  
  Wierzę, że pokonamy faszystów,
  Moskwa jest zaledwie rzut beretem...
  Bestia nie może rządzić wszechświatem,
  Nazizm w sojuszu z Szatanem!
  
  Jezus pomoże nam w naszej walce,
  I planeta-raj zakwitnie...
  Nie ma potrzeby leżeć na łóżku,
  Nadchodzi jasny, ciepły maj!
  Tak chłopiec śpiewa z uczuciem i bardzo namiętnym wyrazem oczu.
  A dziewczyny z Komsomołu idą do boju i walczą bardzo pięknie. A ich stopy są bardzo bose i zwinne.
  A piękni wojownicy ciskają granatami z węgla. I rozrzucają żołnierzy wszelkiej maści we wszystkich kierunkach.
  Samoloty szturmowe Ił-2 krążą po niebie. Wyglądają garbato. I niezdarnie. A niemieckie, amerykańskie i brytyjskie myśliwce atakują je i niszczą.
  Jednak niektórym udaje się przyłączyć do walki.
  To bardzo ładne dziewczyny. I wszystko tutaj jest porządne.
  Na froncie radziecko-japońskim panuje cisza. W grudniu na Syberii jest bardzo zimno. Japończycy zaczęli chować się w norach i bunkrach, żeby się ogrzać. Trzeba przyznać, że ich taktyka jest unikalna i skuteczna.
  Ale walki w powietrzu trwają nadal.
  Akulina Orłowa i Anastazja Wedmakowa pracują razem. Walczą, mimo zimy, w samych bikini. I przyciskają bose palce stóp do urządzeń strzelających.
  Akulina zauważyła ze śmiechem:
  - Stalin jednak wpadł w pułapkę!
  Anastazja zauważyła ze złością:
  - Nie tylko Stalin, ale cała Rosja!
  Akulina zgodziła się:
  - Jesteśmy w pułapce!
  Dziewczyny wybuchnęły płaczem. Wyglądały tak agresywnie i bojowo.
  Japończycy schwytali młodą szpiegowską. Nawiasem mówiąc, nie była to byle jaka dziewczyna, lecz szlachetnie urodzona. Być może nawet potomkini Czyngis-chana. Zaczęli więc ją przesłuchiwać.
  Najpierw po prostu rozebrali ją do bielizny i wyprowadzili na zimno. Wyprowadzili ją w ten sposób, z rękami związanymi za plecami - bardzo piękną i krągłą dziewczyną. Miała też bardzo bujną i wręcz uwodzicielską miednicę.
  Pomimo nacisków, szpieg milczał. Przesłuchanie trwało więc dalej.
  Była tam, przypięta do specjalnego krzesła z klamrami na dłonie i stopy. Jej bose podeszwy stóp były nasmarowane oliwą z oliwek. Były dokładnie wytarte i namoczone.
  Następnie przymocowali elektrody do muskularnego, silnego ciała szpiega. A potem włączyli prąd.
  To było bardzo bolesne.
  Ale piękna dziewczyna nie tylko nie była zawstydzona i nie załamała się, ale także śpiewała z uczuciem i wyrazem;
  Urodziłam się jako księżniczka w pałacu,
  Ojcze Królu, dworzanie są posłuszni...
  Ja sam na zawsze będę w diamentowej koronie,
  Ale czasami wydaje się, że dziewczyna się nudzi!
  
  Ale potem przyszli faszyści i to był koniec,
  Nadszedł czas na życie pełne dostatku i piękna...
  Teraz na dziewczynę czeka korona cierniowa,
  Choć wydaje się to niesprawiedliwe!
  
  Zerwali sukienkę, zdjęli buty,
  Prowadzili księżniczkę boso po śniegu...
  Oto ciasta, które wyszły,
  Abel pokonany, Kain triumfuje!
  
  Faszyzm pokazał swój groźny uśmiech,
  Kły ze stali, kości z tytanu...
  Sam Führer jest ideałem diabła,
  Oczywiście, ziemia nigdy mu nie wystarcza!
  
  Byłam piękną dziewczyną,
  Nosiła jedwabie i drogie koraliki...
  A teraz półnagi, boso,
  I stałem się biedniejszy od najbiedniejszych!
  
  Faszysta wprawił koło w ruch,
  Okrutny kat jeździ biczem...
  Była wyjątkowo szlachetna, ale nagle nic,
  To, co kiedyś było rajem, zamieniło się w piekło!
  
  Okrucieństwo panuje we wszechświecie, wiedz o tym,
  Ten cholerny kot wściekle rozłożył pazury...
  O gdzie jest rycerz, który podniesie tarczę,
  Chcę, żeby faszyści szybko zginęli!
  
  Ale bicz znów idzie wzdłuż pleców,
  Pod bosym obcasem kamienie ostro kłują...
  Gdzie jest sprawiedliwość na Ziemi?
  Dlaczego naziści zajęli czołowe miejsca?
  
  Wkrótce pod nimi będzie cały świat,
  Ich czołgi były nawet w pobliżu Nowego Jorku...
  Lucyfer jest prawdopodobnie ich idolem,
  I rozlega się śmiech, strasznie dźwięczny!
  
  Jak zimno jest chodzić boso po śniegu,
  A nogi zamieniły się w gęsie łapki...
  O, uderzę cię moją hitlerowską pięścią,
  Żeby Führer nie kradł pieniędzy łopatą!
  
  No gdzie jest rycerz, przytul dziewczynę,
  Prawie naga, boso blondynka...
  Wehrmacht zbudował szczęście na krwi,
  A moje plecy są całe w paskach bicza!
  
  Ale wtedy podbiegł do mnie jakiś chłopak,
  Szybko pocałował jej bose stopy...
  A chłopiec szepnął bardzo cicho:
  Nie chcę, żeby moja kochana była smutna!
  
  Faszyzm jest silny, a przeciwnik okrutny,
  Jego kły są silniejsze niż kły tytana...
  Ale Jezus, Bóg Najwyższy, jest z nami,
  A Führer jest tylko małpą!
  
  Spotka go koniec w Rosji,
  Poćwiartują go jak prosiaka w zbiorniku...
  A Pan wystawi rachunek faszyzmowi,
  Będziesz wiedział, że nasi wygrali!
  
  I błyskając bosymi obcasami,
  Szalony chłopak uciekł po batucie...
  To się nie stanie, znam świat pod władzą szatana,
  Chociaż faszyzm jest silny, to nawet za silny!
  
  Żołnierz przyjedzie do Berlina z wolnością,
  Oczerni Fritzów i wszelkiego rodzaju fanatyków...
  I będzie, poznaj zwycięski wynik,
  Sukcesy złej, nikczemnej chimery!
  
  I od razu zrobiło mi się o wiele cieplej,
  Jakby śnieg zamienił się w miękki koc...
  Znajdziesz przyjaciół wszędzie, uwierz mi,
  Chociaż, niestety, wrogów już mamy mnóstwo!
  
  Niech wiatr rozwieje Twoje bose ślady stóp,
  Ale rozgrzałem się i głośno się śmiałem...
  Era złego nieszczęścia dobiegnie końca,
  Pozostaje tylko uzbroić się w cierpliwość!
  
  A po śmierci Pan wskrzesi,
  Podnieście sztandar chwały nad Ojczyzną!
  Wtedy otrzymamy ciało wiecznej młodości,
  A Bóg Chrystus będzie z nami na zawsze!
  Tak śpiewała i zachowywała się tak odważnie i heroicznie. Naprawdę jest dziewczyną, z której można być dumnym. A samurajowie skinęli głowami z szacunkiem.
  Przerwali tortury, wręczyli jej luksusową szatę i wysłali do hotelu dla znamienitych gości. Wtedy sam japoński generał Nogi uklęknął przed dziewczyną i ucałował jej bose, pokryte pęcherzami stopy.
  To przykład wielkiej odwagi.
  A na froncie osmańskim szaleją walki. Turcy próbują przebić się do Tbilisi. A wojska radzieckie kontratakują. Czołgi KW-8, każdy z trzema lufami, są w akcji. To ciekawa innowacja. Dlaczego więc amerykańskie Shermany walczą z nimi? To również groźni przeciwnicy. A walki są brutalne, bardzo agresywne i bezlitosne.
  W międzyczasie Gulliver również walczył i demonstrował swoje wysokie umiejętności bojowe, nie bojąc się ani zimna, ani wrogich kul. Walczył jak wspaniały chłopiec, który wyglądał na nie więcej niż dwanaście lat.
  Dziewczyny walczą z nim.
  Natasza zauważa:
  - Nie jest nam łatwo z takimi wrogami!
  Alicja zgodziła się:
  "Wróg jest przebiegły, okrutny i bardzo waleczny. A walka z nim jest trudna. Ale my jesteśmy członkami Komsomołu, wojownikami najwyższej klasy".
  Augustyn roześmiał się i zasugerował:
  - Dziewczyny, ruszamy i śpiewamy!
  Zoya także się śmiała i gruchała:
  - Tak, jeśli zaczniemy śpiewać, to nikt nie będzie miał wyrzutów sumienia.
  I tak dziewczęta z Komsomołu zaczęły śpiewać na cały głos;
  PIEŚŃ BOSA I ODWAŻNEGO CZŁONKA KOMSOMOŁU!
  Wstąpiłem do Komsomołu w czasie wojny,
  Chciałem zostać dobrym partyzantem...
  Faszyzm poświęcił nas szatanowi.
  Chce ze mnie zrobić stronnika!
  
  Ale teraz, na tyłach Hitlera,
  Tam spuściła pociąg w dół kanału...
  Nie rozumiem, skąd się bierze tylu Fritzów,
  Kiedy nadejdzie pora, Wehrmacht pozna porażkę!
  
  Biegłem boso po śniegu,
  I chodziła półnaga w mrozie...
  Dopóki nie poddamy się władzy faszyzmu,
  Złamiemy Wehrmacht bardziej niż krokodyla!
  
  Mamy towarzysza Stalina jako naszego dowódcę,
  Wspaniały człowiek, zawsze pogodny...
  Dla nas jest geniuszem i idolem -
  Zbudujmy świat - zupełnie nowy!
  
  Wierzę głęboko, że osiągniemy wszystko,
  Podbijemy bezgraniczny wszechświat...
  Tak, chodzę boso, ale to mnie nie obchodzi,
  Mam nadzieję, że zostanę bohaterem bez kompleksów!
  
  Podzielmy się kromką chleba między trzech,
  Dziewczynki i chłopcy bez butów...
  Nie potrzebujemy żadnych drogich aktualizacji,
  Wolimy komunistów od książek!
  
  Dziewczyna, blondynka i piękna,
  Ale w mrozie, boso i w łachmanach...
  Ale ja czynię takie cuda,
  Twoim silnym, komsomolskim ciałem!
  
  No więc, żartobliwie, zniszczyłem czołg Fritz,
  A nawet podpaliła działo samobieżne...
  I uderzyłbym Führera w pysk,
  Wiedzcie, że ona zatopiła nawet okręt podwodny!
  
  Jestem młodym pionierem w drużynie ze mną,
  Są nieustraszone, chociaż są bardzo szczupłe...
  Niosą czerwoną flagę z honorem i dumą,
  Przynajmniej mogą biegać boso przez zaspy!
  
  Niemcy naprawdę mocno nas naciskali,
  Ale przysięgam, że nie poddam się haniebnej niewoli...
  Niech będzie bitwa, przynajmniej po raz ostatni,
  Wierzę, że nie ulegnę hordzie faszystów!
  Tak śpiewały dziewczyny... a Guliwer walczył dalej desperacko i zaciekle. I robił to bardzo pięknie, demonstrując niezwykłą akrobację i siłę.
  Chłopiec był płomieniem i gejzerem w jednym. A potem, miażdżąc siły koalicji, wystrzelił z karabinu maszynowego salwę zwięzłych aforyzmów, które trafiały w sedno;
  Silny wróg jest silnym mostem nad otchłanią samozadowolenia!
  Tchórzostwo to najmocniejszy łańcuch dla niewolnika, bo sam go wykuł!
  Obojętność to najstraszniejsza wada - zbyt szybko staje się nawykiem!
  Im bardziej wyrafinowane jest "skręcanie" mózgu, tym bardziej siła wyższa go wykrzywia!
  Żebrakiem nie jest ten, kto chodzi boso na ciele, lecz ten, kto nie jest władcą w duchu!
  Ten, kto ma mózg z piasku i nie ma w nim ani odrobiny pomysłowości, nie stworzy fundamentów sukcesu!
  Nie zbudujesz fundamentu dobrego samopoczucia, jeśli twój mózg jest z piasku!
  Ciało jest najbardziej podstępnym zdrajcą, nie możesz się go pozbyć, nie możesz z nim negocjować, nie możesz przed nim uciec, nie możesz się przed nim ukryć!
  Walka jest jak światło dla oczu, może zmęczyć, lecz biada człowiekowi, jeśli zupełnie zniknie!
  Zarobienie pieniędzy w kasynie różni się od noszenia wody w sicie tym, że woda w sicie moczy twoje stopy, podczas gdy w kasynie myje twój mózg!
  Wojna daje lodowate uczucie zimna. Nie jest tak źle, jeśli zamraża twoje serce, ale jest katastrofą, jeśli zamraża twój mózg!
  Aby talenty dowódcze mogły dojrzeć, krew żołnierzy musi obficie spływać po polach bitew!
  Słaby charakter to zbyt twardy grunt, aby nasiona sukcesu mogły wykiełkować!
  Najmocniejszy metal, bardziej miękki niż plastelina - bez hartowania ognistego serca i lodowatego spokoju!
  Czarna dziura jest jaśniejsza: w lodowatym eterze płonie para namiętnych serc!
  Will jest palcem wskazującym trzymającym spust pistoletu laserowego - jego słabością jest samobójstwo!
  Reklama: niczym miraż na pustyni, tylko słońca nigdy nie widać, chociaż świeci bardzo jasno!
  Wojna to boks, tylko po nokaucie nie podaje się ręki!
  Ci, którzy objadają się słodyczami, przesolają sobie mózgi!
  Najlepszą zbroją na wojnie jest silny charakter i silny umysł!
  Dlaczego światło zmienia kolor na czerwony? Bo foton wstydzi się uciekającej gwiazdy!
  Lepiej pójść do nieba samemu, niż do piekła w złym towarzystwie!
  Bez względu na to, jak mały jest foton, bez niego nie można zobaczyć kwazara!
  Serce dowódcy jest rozpalonym piecem, jego głowa jest lodem, a jego wola żelazem: wszystko razem - miażdżąca stal zwycięstwa!
  Sprytny łobuz jest niczym szlifierz diamentów - aby go wykorzystać, trzeba mieć miękką rękojeść pochlebstw i stalowe jądro woli!
  Zło jest jak płomień w palniku: jeśli go nie kontrolujesz, to cię spali!
  Reklama nie jest podobna do gwałciciela: nie goni swoich ofiar, to one same ją gonią!
  Wino jest jak smar do broni, tylko zamiast kul wypluwa elokwencję!
  Jeżeli ksiądz mówi: niezbadane są drogi Pana, to znaczy, że chce zbudować autostradę do twojego portfela!
  Duchowni: chwasty, które nie pozwalają światłu Chrystusa dotrzeć do nieśmiałych pędów moralności!
  Ateizm tworzy pustki na niebie, przez które spływa deszcz, nawadniając pędy postępu!
  Wino nie jest takie jak smar do broni: blokuje cały proces myślenia!
  Piękna nie da się zabić - piękno samo w sobie jest zabójcze!
  Blask szczęścia bez inteligencji jest jak blask pieniędzy bez wartości!
  Życie jest jak film: w ostatniej chwili poznajemy tylko głównego bohatera!
  Jedyna różnica między wiarą w Boga a wiarą w Świętego Mikołaja jest taka, że Świętemu Mikołajowi trudniej jest zarabiać pieniądze!
  Śmiech to najstraszniejsza broń - dostępna nawet dziecku, nie zna granic i może sprawić, że nawet najbardziej utalentowany strateg stanie się nikim!
  Jeśli chcesz żyć jak król, musisz być przyjacielem przywódcy!
  Osobiste współczucie to delikatne uczucie, ale przy podejmowaniu decyzji ma ono pierwszeństwo!
  Sztuka podejmowania trudnych decyzji z lekkim sercem jest cechą zrównoważonej natury!
  Aby utrzymać ogiera, trzeba go nauczyć, żeby zaspokajał pragnienie wodą ze studni! (o mężczyznach!)
  Różnica między Tobą a Twoją rodziną jest jak różnica między rybą na patelni a rybą w jeziorze!
  Latanie jednopłatowcem jest tak seksowne, że przyspieszenie odbiera całą przyjemność!
  Lepszy jest wysokiej jakości banał, niż oklepana oryginalność!
  Nie wszystko złoto, co się świeci, ale to, co się świeci, zawsze jest cenne!
  Chrześcijaństwo naucza moralności, ale ksiądz czerpie zyski z występku! Język chrześcijański brzmi słodko, ale działania Kościoła budzą jedynie gorycz!
  Są tylko dwie rzeczy niemożliwe: prześcignąć Boga i zaspokoić kobiecą próżność! To drugie jest jednak trudniejsze!
  Konsolidacja wokół tyrana jest jednością owcy w żołądku wilka!
  Znajomość nut i umiejętność grania to dwie zupełnie różne rzeczy, ale jeśli są skrzypce, to muszą być i maestro!
  Piękno również podlega inflacji, jeśli głównym źródłem emisji są operacje plastyczne!
  Pełny portfel nie może równać się z pustą głową, a długi rubel nie może równać się z krótkim umysłem!
  Nie jest źle, gdy jedzenie ucieka, jest źle, gdy jedzenie mówi!
  Bez wstrząsów nie ma ruchu, bez śmierci nie ma ewolucji!
  Kto dużo szczeka, prędzej czy później zacznie piać!
  Najłatwiej jest pójść krętą drogą prowadzącą prosto na szafot, mając przy sobie ciężką siekierę!
  Romans wojny różni się od dymu papierosowego tym, że ten drugi odstrasza komary, a ten pierwszy przyciąga muchy!
  Słabość nie zawsze jest dobrocią, ale dobroć zawsze jest słabością!
  Wszystko na tym świecie jest względne. Bóg nie jest aniołem, a diabeł nie jest diabłem!
  Język to mały mięsień, ale spełnia wielkie zadania i może być przyczyną wielkich kłopotów!
  Śmierć nie zawsze jest piękna - ale piękno zawsze jest śmiertelne!
  Kiedy tworzysz: lepsza wulgarna wulgarność niż banalny banał!
  Człowiek jest równy Bogu w mocy twórczej, ale przewyższa Go egoizmem i arogancją!
  Człowiek jest mniejszy od Boga pod względem mocy, ale większy pod względem umiejętności wykorzystania niewielkiej ilości energii!
  Żołnierz jest narzędziem woli Bożej w rękach diabła!
  Mężczyzna różni się od psa tym, że żąda od kobiety mięsa, a nie kości!
  Na wojnie pojęcie odpoczynku różni się od zdrady, ale pokusa jest w niej większa!
  Najwyższa sztuka dyplomacji: nie czekaj na policzek, lecz uderz zanim przeciwnik podniesie rękę!
  Aby stać się Słońcem, musisz zabić swoich wrogów, nie czekając na chmury!
  Lepiej nikczemny wzrost, niż szlachetny upadek!
  Jeśli chcesz łuków, uderz mnie w splot słoneczny!
  Dlaczego aureole świętych świecą jasnożółtym blaskiem? To symbol złotego strumienia spływającego do kieszeni duchownego!
  Religia jest wędką do łowienia głupców, ale przynęta jest zawsze niejadalna, a haczyk zardzewiały!
  Honor to dobra rzecz, ale życie jest lepsze!
  Szlachetna śmierć prowadzi do nieśmiertelności - podłe życie do potępienia i rozkładu!
  Miłość do siebie samego jest pyłem, miłość do żony jest drogą, miłość do ojczyzny jest szczytem!
  Nawet ciasto może wywołać nudności, jeśli utkniesz w nim aż po nozdrza!
  Klincz jest dla boksera tym, czym klej w ustach dla polityka!
  Najczęściej polityk ma klej na rękach i gówno wychodzi mu z ust!
  Najgorszy koszmar nie jest w stanie przyćmić najbardziej banalnych okropności rzeczywistości!
  Piękno jest okrutne: czas je niszczy, a mądrość pozbawia je wartości!
  Kamuflaż na wojnie jest jak mydło w wannie - jeśli nie zmyjesz go krwią, nie oczyścisz kraju z wroga!
  Oczywiście, wojna nie ma twarzy kobiety, ale jej łono jest o wiele bardziej pożądliwe, pożerające męskie ciała!
  Najsilniejszym mięśniem kobiety jest jej język, ale bez mądrej głowy: nie ma słabszego mięśnia!
  Nadal istnieje różnica między koncepcją koncentracji sił a skupieniem wszystkich razem!
  Zakończenie walki różni się od rozwiązania sznurówki, bo palce zostają od krwi!
  Rozpoczęcie wojny jest łatwiejsze niż rozwiązanie sznurówek: chociaż motywacja jest ta sama: zdobycie większej wolności!
  Wolność przychodzi nago i boso, a równość przychodzi bez spodni!
  Czas to coś, czego wielki wojownik nie może zabić, ale mały, leniwy człowiek może zniszczyć!
  Radość miłości: to jedyna rzecz, dla której warto poświęcić czas! Czas jest królową, miłość króluje!
  Dajcie wolność bydłu, a powietrze stanie się groszem!
  Strzał, który nie trafia do bramki, jest jak łyżka, która nie trafia do ust. W ten sposób brudzisz się nie jedzeniem, a słowną biegunką publiczności!
  Słabi są zawsze głupi, więc boją się używać dowcipu!
  Słaby, bo głupi, bo brak mu sił, by podnieść włócznię dowcipu!
  Bunt nie może zakończyć się sukcesem - w przeciwnym razie miałby inną nazwę!
  Świnię z kłami nazywa się dzikiem, król stał się złamany, w istocie - motłochem!
  Negocjacje są niczym ślepa artyleria, tylko trochę cichsze, ale o wiele bardziej śmiercionośne!
  Tylko ktoś, kto już klęczy, może zostać złamany przez kolano!
  Wielkie niegrzeczności są oznaką małej inteligencji!
  Być niegrzecznym wobec wszystkich to przespać sukces!
  Każdy potrzebuje wolności - oprócz języka głupca!
  Strach dusi jak lina na szubienicy, tylko że w przeciwieństwie do liny, nie podtrzymuje cię, lecz natychmiast cię zrzuca!
  Nie oceniaj książki po okładce, jeśli nie chcesz umrzeć!
  Jeśli chcesz zrujnować kraj, naśladuj najbogatszą potęgę świata!
  Dolar najbardziej boi się dewaluacji ludzkiej głupoty!
  Nie każdy dzięcioł jest łagodny, ale każdy łagodny jest dzięciołem!
  Lepiej zabić raz, niż przeklinać sto razy!
  Zabójca jest jak siekiera, tylko jego serce jest ze stali, a reszta jest skrajnie odrętwiała!
  Im więcej wrogów, tym więcej trofeów, a ci z głowami pełnymi pomysłów nigdy nie poczują się przytłoczeni podczas zbierania łupów!
  Nawet niewielka oszczędność mózgu nie może zostać zrekompensowana dużym wzrostem masy mięśniowej!
  Koń jest takim stworzeniem, którego nie można trzymać w stajni!
  Drzewo władzy i sukcesu trzeba podlewać łzami przegranych, potem głupców i krwią szlachetnych!
  Nie da się tworzyć bez niszczenia, nie da się uszczęśliwić wszystkich naraz! Przemoc to tytan, który wzmacnia duszę! Wojna uwzniośla ducha i umysł!
  Najtrudniejszy szczyt to nie ten ponad chmurami, ale ten, który przekracza granice wyobraźni!
  Jeśli chcesz zarządzać ludźmi jak pasterz, sam nie bądź owcą!
  Kto pierwszy uderzy, ginie ostatni!
  Ten, kto lituje się nad innymi, jest bezlitosny dla swoich!
  Kto wyciąga rękę do niegodnego, ten wyciąga nogi bez godności!
  Duży rozmiar jest w porządku, jeśli twój umysł nie jest liliputem!
  Na każdego wszystkowiedzącego przypada jeden niewiedzący.
  Mądrość ma swoje granice, tylko głupota jest nieskończona!
  Kto przez życie rzeźbi garbusa, ten na szubienicy wyprostuje swą postać!
  Obojętność jest skorupą łajdaków, która topi człowieka w bagnie podłości!
  Jeśli wojownik stanie się gruby, nieuchronnie stanie się świnią!
  Prędzej kwazar skurczyłby się do rozmiarów fotonu, niż rosyjski żołnierz straciłby odwagę!
  
  Wojna prewencyjna Stalina
  ADNOTACJA.
  Guliwer trafia do świata, w którym Stalin inicjuje wojnę z hitlerowskimi Niemcami. W rezultacie ZSRR jest teraz agresorem, a III Rzesza ofiarą. Hitler uchyla również prawa antysemickie. A teraz Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i ich sojusznicy pomagają III Rzeszy odeprzeć agresję zdradzieckiego ataku Stalina.
  ROZDZIAŁ 1
  A Guliwer został przeniesiony do równoległego świata przez magiczne lustro. Mała wicehrabina maczała w tym palce. Wszak nawet osioł potrafi obrócić kamień młyński. Niech więc wieczny chłopiec walczy, a ona i jej przyjaciele patrzą.
  Po raz kolejny mamy do czynienia z alternatywną historią II wojny światowej.
  12 czerwca 1941 roku Stalin rozpoczął wojnę prewencyjną przeciwko III Rzeszy i jej państwom satelickim. Decyzja ta nie była łatwa dla przywódcy. Prestiż militarny III Rzeszy był bardzo wysoki, podczas gdy ZSRR nie. Stalin postanowił jednak wyprzedzić Hitlera, ponieważ Armia Czerwona nie była przygotowana do wojny obronnej.
  I wojska radzieckie przekroczyły granicę. To był odważny krok. I batalion bosych komsomolskich dziewcząt rzucił się do ataku. Dziewczyny były gotowe walczyć o lepsze jutro. I o komunizm na skalę globalną, o wymiarze międzynarodowym.
  Dziewczyny atakują i śpiewają;
  Jesteśmy dumnymi dziewczynami z Komsomołu,
  Urodzony w tym wspaniałym kraju...
  Przyzwyczailiśmy się do ciągłego biegania z karabinem maszynowym,
  A nasz facet jest taki fajny!
  
  Uwielbiamy biegać boso w zimnie,
  Zaspa śnieżna jest przyjemna z bosym obcasem...
  Dziewczyny rozkwitają bujnie, jak róże,
  Zapędzamy Fritzów prosto do grobu!
  
  Nie ma piękniejszych i wspanialszych dziewcząt,
  I nie znajdziesz lepszych członków Komsomołu...
  Na całej planecie zapanuje pokój i szczęście,
  A wyglądamy nie więcej niż dwadzieścia!
  
  My, dziewczyny, walczymy z tygrysami,
  Wyobraź sobie tygrysa z uśmiechem...
  Na swój sposób jesteśmy po prostu diabłami,
  A los zada cios!
  
  Za naszą burzliwą Ojczyznę Rosję,
  Odważnie oddamy naszą duszę i serce...
  I uczyńmy kraj wszystkich krajów piękniejszym,
  Pozostańmy silni i zwyciężymy ponownie!
  
  Ojczyzna stanie się młoda i piękna,
  Towarzysz Stalin jest po prostu ideałem...
  A we wszechświecie będą góry szczęścia,
  Przecież nasza wiara jest silniejsza niż metal!
  
  Łączy nas bardzo silna przyjaźń z Jezusem,
  Dla nas wielki Bóg i bożek...
  A nam, tchórzom, nie dano okazji do świętowania,
  Ponieważ świat patrzy na dziewczyny!
  
  Nasza ojczyzna rozkwita,
  W szerokiej gamie kolorów traw i łąk...
  Zwycięstwo nadejdzie, wierzę w wspaniały maj,
  Choć los bywa okrutny!
  
  Zrobimy coś wspaniałego dla Ojczyzny,
  I w całym wszechświecie zapanuje komunizm...
  Tak, wygramy, szczerze w to wierzę,
  Ten wściekły faszyzm został zniszczony!
  
  Naziści to bardzo silni bandyci,
  Ich czołgi są niczym piekielny monolit...
  Lecz wrogowie zostaną solidnie pobici,
  Ojczyzno, to ostry miecz i tarcza!
  
  Nie znajdziesz nic piękniejszego dla swojej ojczyzny,
  Zamiast walczyć o nią, to jest żart z wrogiem...
  Nastanie burza szczęścia we wszechświecie,
  A dziecko wyrośnie na bohatera!
  
  Nie ma ojczyzny, wierz w Ojczyznę na górze,
  Ona jest naszym Ojcem i naszą własną matką...
  Choć wojna ryczy i zrywa dachy,
  Łaska od Pana została wylana!
  
  Rosja jest Ojczyzną Wszechświata,
  Walcz o nią i nie bój się...
  Z Twoją siłą w bitwach, niezmienną,
  Udowodnimy, że Rus jest pochodnią wszechświata!
  
  Za naszą najjaśniejszą Ojczyznę,
  Poświęcamy naszą duszę, serce i hymny...
  Rosja będzie żyć pod komunizmem,
  Przecież wszyscy to wiemy - Trzeci Rzym!
  
  To jest pieśń żołnierza,
  A dziewczyny z Komsomołu biegają boso...
  Wszystko we wszechświecie stanie się ciekawsze,
  Rozległ się wystrzał armatni, salut - salut!
  
  Dlatego my, członkowie Komsomołu, jednomyślnie,
  Wykrzykujmy głośne hura!
  A jeśli trzeba zadbać o ziemię,
  Wstańmy, choć jeszcze nie ma rana!
  Dziewczyny śpiewały z wielkim zapałem. Walczyły, zdejmując buty, żeby ich bose stopy mogły się swobodniej poruszać. I to naprawdę działało. A bose pięty dziewczynek błyszczały jak łopaty śmigła.
  Natasza również walczy i rzuca granatami bosymi palcami u stóp,
  brzęczący:
  Pokażę ci wszystko, co jest we mnie,
  Dziewczyna jest czerwona, fajna i bosa!
  Zoya zachichotała i ze śmiechem zauważyła:
  - Ja też jestem fajną dziewczyną i zabiję każdego.
  Już w pierwszych dniach wojska radzieckie zdołały wkroczyć głęboko w pozycje niemieckie. Poniosły jednak ciężkie straty. Niemcy przeprowadzili kontrataki, demonstrując przewagę swoich wojsk. Co więcej, znacznie słabsza piechota Armii Czerwonej miała znaczenie. A piechota niemiecka była bardziej mobilna.
  Okazało się również, że najnowsze radzieckie czołgi - T-34, KW-1 i KW-2 - nie były gotowe do użycia bojowego. Nie miały nawet dokumentacji technicznej. A wojska radzieckie, jak się okazało, nie były w stanie łatwo przebić wszystkiego. Ich główna broń była zablokowana i nieprzygotowana do walki. To była prawdziwa katastrofa.
  Armia radziecka nie do końca podołała zadaniu. A potem jest jeszcze to...
  Japonia uznała, że musi zastosować się do postanowień Paktu Antykomisarskiego i bez wypowiadania wojny zadała Władywostokowi miażdżący cios.
  I tak rozpoczęła się inwazja. Japońscy generałowie pałali żądzą zemsty za Chałchin-Goł. Co więcej, Wielka Brytania natychmiast zaproponowała Niemcom rozejm. Churchill argumentował, że hitleryzm nie był taki dobry, ale komunizm i stalinizm to jeszcze większe zło. I że w każdym razie zabijanie się nawzajem tylko po to, by bolszewicy mogli podbić Europę, nie było tego warte.
  Niemcy i Wielka Brytania zakończyły wojnę gwałtownie. W rezultacie uwolniono znaczne siły niemieckie. Do walki dołączyły dywizje francuskie, a nawet francuskie legiony.
  Walki przerodziły się w krwawe. Podczas przeprawy przez Wisłę wojska niemieckie przeprowadziły kontratak i odepchnęły pułki radzieckie. Nie wszystko szło dobrze Armii Czerwonej w Rumunii, choć początkowo udało jej się przebić. Do wojny z ZSRR przystąpiły wszystkie państwa satelickie Niemiec, w tym Bułgaria, która historycznie pozostawała neutralna. Co jeszcze bardziej niebezpieczne, do wojny z ZSRR przystąpiły również Turcja, Hiszpania i Portugalia.
  Wojska radzieckie również rozpoczęły ofensywę na Helsinki, ale Finowie walczyli bohatersko. Szwecja również wypowiedziała wojnę ZSRR i wysłała tam swoje wojska.
  W rezultacie Armia Czerwona zyskała kilka dodatkowych frontów.
  A bitwy toczyły się z wielką zaciekłością. Nawet dzieci, pionierzy i członkowie Komsomołu, chętnie przyłączali się do walki i śpiewali z wielkim entuzjazmem;
  My, dzieci, urodziliśmy się dla Ojczyzny,
  Wspaniali młodzi pionierzy Komsomołu...
  W istocie jesteśmy rycerzami-orłami,
  A głosy dziewczynek są bardzo wyraźne!
  
  Narodziliśmy się, aby pokonać faszystów,
  Twarze młodych ludzi jaśnieją radością...
  Czas zdać egzaminy z oceną celującą,
  Aby cała stolica mogła być z nas dumna!
  
  Ku chwale naszej świętej Ojczyzny,
  Dzieci aktywnie walczą z faszyzmem...
  Władimirze, jesteś jak złoty geniusz,
  Niech relikwie spoczną w mauzoleum!
  
  Bardzo kochamy naszą ojczyznę,
  Nieskończona wielka Rosja...
  Ojczyzna nie będzie rozdzierana rubel po rublu,
  Nawet pola zostały nawodnione krwią!
  W imię naszej wielkiej Ojczyzny,
  Będziemy walczyć z ufnością...
  Niech kula ziemska kręci się szybciej,
  A granaty po prostu chowamy w plecakach!
  
  Ku chwale nowych, wściekłych zwycięstw,
  Niech cherubiny błyszczą złotem...
  Ojczyzna nie będzie miała już kłopotów,
  Przecież Rosjanie są niezwyciężeni w walce!
  
  Tak, twardy faszyzm stał się bardzo silny,
  Amerykanie dostali resztę...
  Ale nadal istnieje wielki komunizm,
  I wiedz, że tutaj nie może być inaczej!
  
  Podnieśmy moje imperium wysoko,
  Przecież Ojczyzna nie zna słowa tchórz...
  W sercu noszę wiarę w Stalina,
  A Bóg nigdy tego nie złamie!
  
  Kocham mój wielki rosyjski świat,
  Gdzie Jezus jest najważniejszym władcą...
  A Lenin jest i nauczycielem i idolem...
  Co dziwne, jest geniuszem i chłopcem!
  
  Uczynimy Ojczyznę silniejszą,
  I opowiemy ludziom nową bajkę...
  Uderzasz faszystę mocniej w twarz,
  Niech z niego spadnie mąka i sadza!
  
  Możesz osiągnąć wszystko, wiesz?
  Kiedy rysujesz na biurku...
  Zwycięski maj nadejdzie wkrótce, wiem,
  Chociaż oczywiście lepiej byłoby skończyć w marcu!
  
  My dziewczyny też jesteśmy dobre w kochaniu się,
  Chociaż chłopcy nie są gorsi od nas...
  Rosja nie sprzeda się za grosze,
  Znajdziemy dla siebie miejsce w jasnym raju!
  
  Dla Ojczyzny najpiękniejszy impuls,
  Przytul do piersi czerwoną flagę, flagę zwycięstwa!
  Wojska radzieckie pójdą na przełamanie,
  Niech nasi dziadkowie i babcie żyją w chwale!
  
  Przynosimy nowe pokolenie,
  Piękno, zdjęcia w kolorze komunizmu...
  Daj nam znać, że uratujemy naszą ojczyznę przed pożarami,
  Zdepczmy złego gada faszyzmu!
  
  W imieniu rosyjskich kobiet i dzieci,
  Rycerze będą walczyć z nazizmem...
  I zabij przeklętego Führera,
  Nie jest inteligentniejszy od żałosnego klauna!
  
  Niech żyje wielkie marzenie,
  Niebo świeci jaśniej niż słońce...
  Nie, Szatan nie przyjdzie na Ziemię,
  Bo nie ma fajniejszych od nas!
  
  Walczcie więc śmiało za swoją Ojczyznę,
  I i dorosły i dziecko będą szczęśliwi...
  I w wiecznej chwale wierny komunizmie,
  Zbudujmy Eden wszechświata!
  I tak rozgorzały brutalne walki. Dziewczyny walczyły. I Guliwer znalazł się na terytorium ZSRR. Był zaledwie dwunastoletnim chłopcem, ubranym w szorty i tupiącym bosymi stopami.
  Jego podeszwy były już zdarte od niewolnictwa i czuł się całkiem komfortowo, wędrując po ścieżkach. Nawet zdrowo, na swój sposób. A jeśli nadarzyła się okazja, białowłosy chłopiec zostałby nakarmiony w wiosce. Więc ogólnie rzecz biorąc, było wspaniale.
  A na froncie toczą się walki. Natasza i jej zespół, jak zwykle, są zajęci.
  Młode dziewczyny z Komsomołu idą do walki w samych bikini, strzelając z pistoletów maszynowych i karabinów. Są takie żwawe i agresywne.
  Armia Czerwona nie radzi sobie najlepiej. Poniosła duże straty, zwłaszcza w czołgach, i w Prusach Wschodnich, gdzie Niemcy mieli silne fortyfikacje. Okazało się również, że Polacy również nie byli zadowoleni z Armii Czerwonej. Hitler pospiesznie formował milicję z etnicznych polskich żołnierzy.
  Nawet Niemcy są gotowi na razie zapomnieć o prześladowaniach Żydów. Wcielają do wojska każdego, kogo mogą. Oficjalnie Führer złagodził już przepisy antysemickie. W odpowiedzi Stany Zjednoczone i Wielka Brytania odblokowały niemieckie konta bankowe i rozpoczęły przywracanie handlu.
  Churchill wyraził na przykład chęć dostarczenia Niemcom czołgów Matilda, które były lepiej opancerzone niż jakiekolwiek pojazdy niemieckie lub radzieckie T-34.
  Korpus Rommla wrócił z Afryki. To niewiele, zaledwie dwie dywizje, ale są elitarne i potężne. A ich kontratak w Rumunii jest dość znaczący.
  Członkowie Komsomołu pod wodzą Aleny przyjęli ciosy niemieckich i bułgarskich żołnierzy i zaczęli z pasją śpiewać pieśń;
  W przewidywalnym świecie jest to bardzo trudne,
  To jest niezwykle nieprzyjemne dla ludzkości...
  Członek Komsomołu trzyma potężne wiosło,
  Żeby wyjaśnić Fritzom, dam im pięścią w oko i tyle!
  
  Piękna dziewczyna walczy na wojnie,
  Członek Komsomołu skacze boso na mrozie...
  Zły Hitler otrzyma podwójny cios,
  Nawet dezercja nie pomoże Führerowi!
  
  Więc dobrzy ludzie, walczcie zaciekle,
  Aby być wojownikiem, trzeba się nim urodzić...
  Rosyjski rycerz wzbija się w górę niczym sokół,
  Niech rycerze łaski podtrzymają swoje twarze!
  
  Młodzi pionierzy z siłą olbrzyma,
  Ich moc jest największa, silniejsza niż cały wszechświat...
  Wiem, że zobaczysz, że to wściekły układ,
  Aby wszystko pokryć śmiałością, niezniszczalnym do końca!
  
  Stalin jest wielkim przywódcą naszej Ojczyzny,
  Największa mądrość, sztandar komunizmu...
  I sprawi, że wrogowie Rosji zadrżą,
  Rozpędzamy chmury groźnego faszyzmu!
  
  Więc, dumni ludzie, wierzcie królowi,
  Tak, jeśli wydaje Ci się, że jest zbyt surowy...
  Daję pieśń mojej Ojczyźnie,
  A bose stopy dziewcząt szaleją na śniegu!
  
  Ale nasza siła jest bardzo wielka,
  Czerwone Imperium, potężny duch Rosji...
  Mądrzy będą rządzić, wiem to od wieków,
  W tej nieskończonej mocy bez żadnych granic!
  
  I nie spowalniajcie nas, Rosjanie, w żaden sposób,
  Siły bohatera nie da się zmierzyć laserem...
  Nasze życie nie jest kruche jak jedwabna nić,
  Wiedzcie, że dzielni rycerze są w dobrej formie aż do samego końca!
  
  Jesteśmy wierni naszej ojczyźnie, nasze serca są jak ogień,
  Rzucamy się do walki, radośni i pełni wściekłości...
  Wkrótce wbijemy pal w tego przeklętego Hitlera,
  I podła i zła starość zniknie!
  
  Wtedy Berlin upadnie, wierz Führerowi.
  Wróg kapituluje i wkrótce podda się...
  A nad naszą Ojczyzną cherubin w skrzydłach,
  I uderz złego smoka buławą w twarz!
  
  Piękna Ojczyzna rozkwitnie bujnie,
  I ogromne płatki bzu...
  Chwała i cześć będą mieli nasi rycerze,
  Dostaniemy więcej, niż mamy teraz!
  Dziewczęta z Komsomołu walczą zaciekle i wykazują się najwyższym poziomem umiejętności i klasy.
  To prawdziwe kobiety. Ale ogólnie bitwy są trudne. Niemieckie czołgi nie są zbyt dobre. Ale Matilda jest nieco lepsza. Choć jej działo nie jest szczególnie potężne - kaliber 47 mm, nie bardziej niż niemieckie działo T-3 - to jej opancerzenie jest solidne - 80 mm. I spróbuj je przebić.
  Pierwsze czołgi Matilda docierają już do niemieckich portów i są transportowane koleją na wschód. Oczywiście dochodzi do starcia między Matildą a T-34, które okazuje się poważne i dość krwawe. Dochodzi też do kilku demonstracyjnych bitew. Radzieckie czołgi - zwłaszcza KW - nie są w stanie przebić niemieckich dział. Udaje im się jednak przebić 88-milimetrowe działa przeciwlotnicze i niektóre zdobyczne działa.
  Ale kołowe i gąsienicowe BT palą się jak świece. I nawet niemieckie karabiny maszynowe potrafią je podpalić.
  Krótko mówiąc, blitzkrieg zakończył się fiaskiem, a sowiecka ofensywa spaliła na panewce. A mnóstwo rosyjskich pojazdów dosłownie płonęło, niczym pochodnie. Okazało się to niezwykle nieprzyjemne dla Armii Czerwonej.
  Ale żołnierze wciąż śpiewają ją z entuzjazmem. Jeden z młodych pionierów skomponował nawet pieśń tęczową z wielkim entuzjazmem;
  Który inny kraj ma dumną piechotę?
  W Ameryce mężczyzną jest oczywiście kowboj.
  Ale będziemy walczyć pluton po plutonie,
  Niech każdy facet będzie pełen energii!
  
  Nikt nie może pokonać potęgi rad,
  Chociaż Wehrmacht jest niewątpliwie fajny...
  Ale możemy zmiażdżyć goryla bagnetem,
  Wrogowie Ojczyzny po prostu zginą!
  
  Jesteśmy kochani i oczywiście przeklęci,
  W Rosji każdy wojownik od przedszkola...
  Wygramy, wiem to na pewno,
  Niech ty, złoczyńco, będziesz wrzucony do Gehenny!
  
  My, pionierzy, możemy wiele zrobić,
  Dla nas, jak wiadomo, automat nie jest problemem...
  Bądźmy przykładem dla ludzkości,
  Niech każdy z chłopaków będzie w chwale!
  
  Strzelanie, kopanie, wiedz, że to nie problem,
  Dajcie faszyście porządnego kopa łopatą...
  Wiedz, że przed nami wielkie zmiany,
  I zdamy każdą lekcję na piątkę!
  
  W Rosji każdy dorosły i chłopiec,
  Potrafi walczyć bardzo zaciekle...
  Czasami jesteśmy nawet zbyt agresywni,
  W chęci zdeptania nazistów!
  
  Dla pioniera słabość jest niemożliwa,
  Chłopiec jest zahartowany niemal od kołyski...
  Wiesz, z nami trudno się kłócić.
  A argumentów jest cała masa!
  
  Nie poddam się, wierzcie mi,
  Zimą biegam boso po śniegu...
  Diabły nie pokonają pioniera,
  Zmiażdżę wszystkich faszystów swoją wściekłością!
  
  Nikt nas, pionierów, nie upokorzy,
  Jesteśmy z urodzenia silnymi wojownikami...
  Bądźmy przykładem dla ludzkości,
  Cóż za olśniewający łucznicy!
  
  Kowboj to oczywiście także Rosjanin,
  Dla nas zarówno Londyn, jak i Teksas są miejscami rodzimymi...
  Zniszczymy wszystko, jeśli Rosjanie będą w dobrej formie,
  Trafimy wroga prosto w oko!
  
  Chłopiec również trafił do niewoli,
  Został upieczony na ogniu...
  Ale on tylko śmiał się w twarz katom,
  Powiedział, że wkrótce zdobędziemy także Berlin!
  
  Żelazko rozgrzano do gołej pięty,
  Naciskali na pioniera, ale on milczał...
  Chłopiec musiał mieć sowieckie wykształcenie,
  Jego Ojczyzna jest jego wierną tarczą!
  
  Połamali palce, wrogowie włączyli prąd,
  Jedyną reakcją jest śmiech...
  Bez względu na to, jak bardzo Fritzowie bili chłopca,
  Ale sukces przyszedł do katów!
  
  Te bestie już go prowadzą na szubienicę,
  Chłopiec chodzi cały ranny...
  Na koniec powiedział: Wierzę w Roda,
  A potem nasz Stalin przyjedzie do Berlina!
  
  Gdy się uspokoiło, dusza pobiegła do Rodziny,
  Przyjął mnie bardzo życzliwie...
  Powiedział, że dostaniesz całkowitą wolność,
  I moja dusza znów się ucieleśniła!
  
  Zacząłem strzelać do szalonych faszystów,
  Dla chwały klanu Fritzów zabił ich wszystkich...
  Święta sprawa, sprawa komunizmu,
  To da pionierowi siłę!
  
  Sen się spełnił, idę przez Berlin,
  Nad nami znajduje się cherubin o złotych skrzydłach...
  Przynieśliśmy światło i szczęście całemu światu,
  Ludzie Rosji - wiedzcie, że nie zwyciężymy!
  Dzieci też śpiewają całkiem nieźle, ale jeszcze nie idą do bitwy. Tymczasem dywizje szwedzkie, wraz z Finami, już rozpoczęły kontratak. Wojska radzieckie, przebijając się do Helsinek, poniosły ciężkie ciosy na flankach i oskrzydliły pozycje wroga. W ten sposób posuwają się naprzód z impetem i odcinają Armii Czerwonej linie komunikacyjne. Stalin zakazał odwrotu, a wojska szwedzkie i fińskie przebijają się do Wyborga.
  W kraju panuje powszechna mobilizacja; ludzie są gotowi walczyć ze Stalinem i jego bandą.
  W Szwecji również pamiętano o Karolu XII i jego chwalebnych kampaniach. A raczej, że przegrał i teraz nadszedł czas zemsty. I to jest naprawdę fajne - gdy cała armia Szwedów mobilizuje się do nowych wyczynów.
  Co więcej, sam ZSRR zaatakował III Rzeszę, a właściwie całą Europę. Wraz z Niemcami przybyły nawet bataliony ochotnicze ze Szwajcarii. Salazar i Franco oficjalnie przystąpili do wojny z ZSRR i ogłosili powszechną mobilizację. I trzeba przyznać, że był to z ich strony drastyczny krok - taki, który stworzył poważne problemy dla Armii Czerwonej.
  Do bitwy włącza się coraz więcej wojsk, zwłaszcza ze strony rumuńskiej, co powoduje całkowite odcięcie sowieckich czołgów.
  Sytuację zaostrzyła również wymiana jeńców - wszyscy za wszystkich - z Niemiec, Wielkiej Brytanii i Włoch. W rezultacie wielu pilotów zestrzelonych nad Wielką Brytanią wróciło do Luftwaffe. Ale Włochów wróciło jeszcze więcej - ponad pół miliona żołnierzy. A Mussolini rzucił wszystkie swoje siły przeciwko ZSRR.
  A Włochy, nie licząc kolonii, mają populację pięćdziesięciu milionów, co nie jest małą liczbą.
  Sytuacja ZSRR stała się więc niezwykle trudna. Chociaż wojska radzieckie nadal znajdowały się w Europie, groziło im oskrzydlenie i okrążenie.
  W niektórych miejscach walki przeniosły się na terytorium Rosji. Atak na Wyborg, atakowany przez Finów i Szwedów, już się rozpoczął.
  
  KONFRONTACJE ROSYJSKIEJ MAFII - KOMPILACJA
  ADNOTACJA
  Rosyjska mafia rozpostarła swoje macki praktycznie na całym świecie. Interpol, FSB, CIA i różni agenci, w tym niesławny Mossad, walczą z gangsterami, a walka toczy się na śmierć i życie, z różnym skutkiem.
  Prolog
    
    
  Zima nigdy nie przerażała Miszy i jego przyjaciół. Wręcz przeciwnie, cieszyli się, że mogli chodzić boso tam, gdzie turyści nie odważyli się nawet wyjść z hotelowych lobby. Misza uważał obserwowanie turystów za świetną rozrywkę, nie tylko dlatego, że ich zamiłowanie do luksusu i komfortowego klimatu go zachwycało, ale także dlatego, że płacili. I płacili dobrze.
    
  Wielu, w ferworze chwili, pomyliło waluty, choćby po to, by zmusić go do wskazania najlepszych miejsc do zdjęć lub napisania bezsensownych reportaży o wydarzeniach historycznych, które niegdyś nawiedzały Białoruś. Stało się tak, gdy przepłacili mu, a jego przyjaciele z radością podzielili się łupem, gdy zebrali się na opustoszałym dworcu kolejowym po zachodzie słońca.
    
  Mińsk był na tyle duży, że miał własny świat przestępczy, zarówno międzynarodowy, jak i mniejszy. Dziewiętnastoletni Misza sam w sobie był dobrym przykładem, ale zrobił wszystko, co musiał, żeby ukończyć studia. Jego szczupły, blondwłosy wygląd był atrakcyjny w wschodnioeuropejski sposób, przyciągając uwagę zagranicznych gości. Cienie pod oczami sugerowały późne noce i niedożywienie, ale jego uderzające jasnoniebieskie oczy czyniły go atrakcyjnym.
    
  To był wyjątkowy dzień. Zatrzymał się w hotelu Kozlova, skromnym obiekcie, który pomimo konkurencji uchodził za przyzwoity nocleg. Popołudniowe słońce blado świeciło na bezchmurnym jesiennym niebie, ale jego promienie oświetlały usychające gałęzie drzew wzdłuż ścieżek w parku. Temperatura była umiarkowana i przyjemna - idealny dzień dla Miszy, żeby zarobić trochę pieniędzy. Dzięki przyjemnemu otoczeniu z pewnością przekonał Amerykanów w hotelu do odwiedzenia co najmniej dwóch kolejnych miejsc dla fotograficznej przyjemności.
    
  "Nowi dzieciaki z Teksasu" - powiedział Misha swoim kolegom, zaciągając się na wpół wypalonym papierosem Fest, gdy zebrali się przy ognisku na dworcu kolejowym.
    
  "Ile?" zapytał jego przyjaciel Victor.
    
  "Cztery. Powinno być łatwo. Trzy kobiety i gruby kowboj" - zaśmiał się Misha, a jego chichot rytmicznie wypuszczał kłęby dymu przez nozdrza. "A najlepsze jest to, że jedna z kobiet jest śliczna".
    
  "Jadalne?" - zapytał z zaciekawieniem Mikel, ciemnowłosy włóczęga, co najmniej o stopę wyższy od nich wszystkich. Był dziwnie wyglądającym młodym mężczyzną o skórze koloru starej pizzy.
    
  "Młoda dziewczyno. Trzymaj się z daleka" - ostrzegł Misza - "chyba że powie ci, czego chce, gdzie nikt nie będzie mógł tego zobaczyć".
    
  Grupa nastolatków wyła jak dzikie psy w zimnie ponurego budynku, którym zarządzali. Minęły dwa lata i kilka wizyt w szpitalu, zanim udało im się uczciwie wywalczyć terytorium od innej grupy klaunów z ich liceum. Podczas gdy planowali swój przekręt, z wybitych okien wyły hymny cierpienia, a silny wiatr miotał szarymi murami starej, opuszczonej stacji. Obok rozpadającego się peronu, ciche tory leżały zardzewiałe i zarośnięte.
    
  "Mikel, odgrywaj rolę bezmózgiego zawiadowcy stacji, podczas gdy Vic gwiżdże" - poinstruował Misha. "Dopilnuję, żeby wagon zgasł przed dojazdem do bocznicy, więc będziemy musieli wysiąść i wejść na peron". Jego oczy rozbłysły na widok wysokiego przyjaciela. "I nie spieprz tego jak ostatnio. Zrobili ze mnie kompletnego idiotę, kiedy zobaczyli, jak sikasz na barierkę".
    
  "Byłeś za wcześnie! Miałeś je przynieść dopiero za dziesięć minut, idioto!" - bronił się Mikel.
    
  "Nieważne, idioto!" syknął Misza, odrzucając papierosa i robiąc krok naprzód, by warknąć. "Musisz być przygotowany, bez względu na wszystko!"
    
  "Hej, nie dajesz mi wystarczająco dużej części, żebym mógł przyjąć od ciebie to gówno" - warknął Mikel.
    
  Victor podskoczył i rozdzielił dwie naładowane testosteronem małpy. "Słuchajcie! Nie mamy na to czasu! Jeśli zaczniecie się teraz kłócić, nie możemy kontynuować tego zamieszania, rozumiecie? Potrzebujemy każdej łatwowiernej grupy, jaką tylko możemy znaleźć. Ale jeśli chcecie się teraz kłócić, to ja wychodzę!"
    
  Pozostali dwaj przestali się kłócić i poprawili ubrania. Mikel wyglądał na zaniepokojonego. Mruknął cicho: "Nie mam spodni na dziś wieczór. To moja ostatnia para. Moja matka mnie, kurwa, zabije, jeśli je pobrudzę".
    
  "Na litość boską, przestań rosnąć" - prychnął Victor, żartobliwie uderzając swojego potwornego przyjaciela. "Wkrótce będziesz mógł kraść kaczki w locie".
    
  "Wtedy przynajmniej możemy coś zjeść" - zaśmiał się Mikel, zapalając papierosa za dłonią.
    
  "Nie muszą widzieć twoich nóg" - powiedział mu Misza. "Po prostu trzymaj się ramy okna i idź wzdłuż peronu. Dopóki widzą twoje ciało".
    
  Mikel przyznał, że to dobra decyzja. Skinął głową, patrząc przez rozbitą szybę, gdzie słońce barwiło ostre krawędzie na jaskrawoczerwony kolor. Nawet kości martwych drzew lśniły szkarłatem i pomarańczą, a Mikel wyobraził sobie park w płomieniach. Pomimo samotności i opuszczonego piękna, park wciąż był miejscem pełnym spokoju.
    
  Latem liście i trawniki były głęboko zielone, a kwiaty niezwykle soczyste - to było jedno z ulubionych miejsc Mikela w Mołodecznie, gdzie się urodził i wychował. Niestety, w chłodniejszych porach roku drzewa zdawały się zrzucać liście, zamieniając się w bezbarwne nagrobki, a ich pazury szorowały o siebie. Skrzypiały i szarpały się, szukając uwagi wron, błagając o ciepło. Wszystkie te myśli krążyły w głowie wysokiego, szczupłego chłopca, gdy jego przyjaciele omawiali żart, ale mimo to był skupiony. Pomimo rozmarzania wiedział, że dzisiejszy żart będzie czymś innym. Dlaczego, nie potrafił wyjaśnić.
    
    
  1
  Psikus Miszy
    
    
  Trzygwiazdkowy hotel Kozłowa był praktycznie pusty, z wyjątkiem wieczoru kawalerskiego z Mińska i kilku tymczasowych gości zmierzających do Petersburga. To był fatalny okres dla biznesu; lato właśnie się skończyło, a większość turystów stanowili starsi, niechętni do wydawania pieniędzy klienci, którzy przyjechali zobaczyć zabytki. Tuż po 18:00 Misza pojawił się w dwupiętrowym hotelu swoim Volkswagenem Kombi, z doskonale wyćwiczonymi kwestiami.
    
  Zerknął na zegarek w gęstniejącym cieniu. Cementowo-ceglana fasada hotelu nad głową kołysała się w milczącym wyrzucie z powodu jego rozwiązłości. Kozłowa była jednym z oryginalnych budynków miasta, o czym świadczyła jej architektura z przełomu wieków. Od małego Miszy matka kazała mu trzymać się z daleka od starego miejsca, ale on nigdy nie słuchał jej pijackich pomruków. Właściwie nie słuchał nawet, gdy powiedziała mu, że umiera - mały żal z jego strony. Od tamtej pory ten nastoletni łobuz oszukiwał i wykręcał się od tego, co uważał za ostatnią próbę zadośćuczynienia za swoją nędzną egzystencję - krótki kurs podstaw fizyki i geometrii na studiach.
    
  Nienawidził tego przedmiotu, ale w Rosji, na Ukrainie i Białorusi była to droga do szanowanej pracy. To była jedyna rada, jaką Misza otrzymał od swojej zmarłej matki, po tym, jak powiedziała mu, że jego zmarły ojciec był fizykiem w Instytucie Fizyki i Technologii Dołgoprudnego. Powiedziała, że Misza ma to we krwi, ale początkowo odrzucił to jako rodzicielski kaprys. To niesamowite, jak krótki pobyt w więzieniu dla nieletnich może zmienić potrzebę młodego człowieka, by szukać wskazówek. Jednak bez pieniędzy i pracy, Misza musiał uciekać się do ulicznego sprytu i przebiegłości. Ponieważ większość Europejczyków ze Wschodu była uwarunkowana, by dostrzegać bzdury, musiał skupić się na skromnych obcokrajowcach, a Amerykanie byli jego ulubieńcami.
    
  Ich naturalnie energiczne maniery i ogólnie liberalne podejście sprawiły, że byli bardzo otwarci na historie o zmaganiach Trzeciego Świata, które opowiadał im Misha. Jego amerykańscy klienci, jak ich nazywał, dawali najlepsze wskazówki i z entuzjazmem podchodzili do "dodatków" oferowanych przez jego wycieczki z przewodnikiem. Dopóki udawało mu się unikać władz, które wymagały zezwoleń i rejestracji przewodników, radził sobie dobrze. To miał być jeden z tych wieczorów, kiedy Misha i jego koledzy oszuści mieli zarobić trochę dodatkowej gotówki. Misha już namówił grubego kowboja, niejakiego pana Henry'ego Browna III z Fort Worth.
    
  "Ach, skoro o diable mowa" - zaśmiał się Misza, gdy mała grupka wyłoniła się z przednich drzwi Kozlova. Przyglądał się turystom uważnie przez świeżo wypolerowane szyby swojego vana. Dwie starsze panie, w tym pani Brown, rozmawiały ożywionym, wysokim głosem. Henry Brown miał na sobie dżinsy i koszulę z długim rękawem, częściowo zasłoniętą bezrękawnikiem, który przypominał Miszę Michaela J. Foxa z "Powrotu do przyszłości" - o cztery rozmiary za duży. Wbrew oczekiwaniom, bogaty Amerykanin wybrał czapkę baseballową zamiast dziesięciogalonowego kapelusza.
    
  "Dobry wieczór, synu!" - zawołał głośno pan Brown, zbliżając się do starego minivana. "Mam nadzieję, że się nie spóźnimy".
    
  "Nie, proszę pana" - uśmiechnął się Misha, wyskakując z samochodu, by otworzyć przesuwane drzwi dla pań, podczas gdy Henry Brown kołysał siedzeniem strzelby. "Następna grupa jest dopiero o dziewiątej". Misha, oczywiście, kłamał. To było konieczne kłamstwo, by wykorzystać podstęp, że jego usługi cieszą się dużym popytem, zwiększając tym samym swoje szanse na otrzymanie wyższego wynagrodzenia, gdy gówno trafiało do koryta.
    
  "W takim razie lepiej się pospieszmy" - urocza młoda dama, prawdopodobnie córka Browna, przewróciła oczami. Misza starał się nie okazywać swojego zainteresowania rozpieszczoną blondynką, ale uznał ją za niemal nieodpartą. Podobał mu się pomysł odgrywania bohatera tej nocy, kiedy niewątpliwie byłaby przerażona tym, co on i jego towarzysze zaplanowali. Gdy jechali w kierunku parku i jego kamieni upamiętniających II wojnę światową, Misza zaczął okazywać swój urok.
    
  "Szkoda, że nie zobaczycie stacji. Ma też bogatą historię" - zauważył Misha, skręcając w Park Lane. "Ale wyobrażam sobie, że jej reputacja odstrasza wielu turystów. Nawet moja dziewięciogodzinna grupa odmówiła nocnej wycieczki".
    
  "Jaka reputacja?" - pośpiesznie zapytała młoda panna Brown.
    
  "To przykuło moją uwagę" - pomyślał Misza.
    
  Wzruszył ramionami. "Cóż, to miejsce ma opinię" - zrobił dramatyczną pauzę - "nawiedzonego".
    
  "Czym?" szturchnęła go panna Brown, rozbawiając uśmiechniętego ojca.
    
  "Cholera, Carly, on tylko sobie z ciebie żartuje, kochanie" - zaśmiał się Henry, nie spuszczając wzroku z dwóch kobiet robiących zdjęcia. Ich nieustanne szczekanie ucichło, gdy odsunęły się od Henry'ego, a odległość koiła jego uszy.
    
  Misza uśmiechnął się: "To nie są puste słowa, proszę pana. Miejscowi zgłaszają obserwacje od lat, ale zazwyczaj trzymamy to w tajemnicy. Proszę się nie martwić, rozumiem, że większość ludzi nie ma odwagi, żeby wyjść na stację nocą. To naturalne, że się boi".
    
  "Tato" - szepnęła panna Brown, pociągając ojca za rękaw.
    
  "Daj spokój, nie wierzysz w to na serio" - uśmiechnął się Henry.
    
  "Tato, wszystko, co widziałam, odkąd wyjechaliśmy z Polski, znudziło mnie śmiertelnie. Czy nie moglibyśmy tego zrobić dla mnie?" - nalegała. "Proszę?"
    
  Henry, doświadczony biznesmen, obrzucił młodego mężczyznę drżącym, drapieżnym spojrzeniem. "Ile?"
    
  "Proszę się teraz nie czuć niezręcznie, panie Brown" - odpowiedział Misha, starając się unikać wzroku młodej damy stojącej obok jego ojca. "Dla większości ludzi te wycieczki są dość strome ze względu na związane z nimi niebezpieczeństwo".
    
  "O mój Boże, tato, musisz nas zabrać ze sobą!" - krzyknęła podekscytowana. Panna Brown zwróciła się do Miszy. "Po prostu uwielbiam niebezpieczne rzeczy. Zapytaj mojego tatę. Jestem takim przedsiębiorczym człowiekiem..."
    
  "Założę się, że tak" - potwierdził z pożądaniem wewnętrzny głos Mishy, gdy jego oczy studiowały gładką marmurkową skórę między jej szalikiem a szwem rozpiętego kołnierzyka.
    
  "Carly, nie ma czegoś takiego jak nawiedzony dworzec kolejowy. To część przedstawienia, prawda, Misha?" - ryknął radośnie Henry. Ponownie pochylił się w stronę Misha. "Ile?"
    
  "... żyłka i ciężarek!" krzyknął Misza w otchłani swego intrygującego umysłu.
    
  Carly pobiegła zawołać matkę i ciotkę do vana, gdy słońce pożegnało się z horyzontem. Delikatny wietrzyk szybko zmienił się w chłodny powiew, gdy park zapadł w ciemność. Kręcąc głową z powodu słabości wobec próśb córki, Henry z trudem zapiął pas bezpieczeństwa na brzuchu, podczas gdy Misha odpalał Volkswagena Kombi.
    
  "Długo to potrwa?" - zapytała ciocia. Misza jej nienawidził. Nawet jej spokojny wyraz twarzy przypominał mu kogoś, kto wyczuł coś zgniłego.
    
  "Czy mam panią najpierw podwieźć do hotelu?" Misha poruszył się energicznie.
    
  "Nie, nie, możemy po prostu pójść na stację i dokończyć trasę?" - powiedział Henry, maskując swoją stanowczą decyzję prośbą o zachowanie taktu.
    
  Misza miał nadzieję, że tym razem jego przyjaciele będą przygotowani. Tym razem nie będzie żadnych problemów, a zwłaszcza nie będzie ducha oddającego mocz, który zostanie złapany na torach. Z ulgą stwierdził, że upiornie pusta stacja jest taka, jak planowano - odosobniona, ciemna i ponura. Wiatr rozrzucał jesienne liście po zarośniętych ścieżkach, uginając chwasty w mińskiej nocy.
    
  "Opowieść głosi, że jeśli staniesz w nocy na peronie 6 stacji kolejowej Dudko, usłyszysz gwizd starej lokomotywy, która przewoziła skazanych jeńców wojennych do Stalagu 342" - Misza opowiedział zmyślone szczegóły swoim klientom. "A potem zobaczysz zawiadowcę stacji szukającego jego głowy po tym, jak oficerowie NKWD ścięli mu ją podczas przesłuchania".
    
  "Co to jest Stalag 342?" zapytała Carly Brown. W tym momencie jej ojciec wydawał się nieco mniej radosny, ponieważ szczegóły brzmiały zbyt realistycznie, by mogły być oszustwem, i odpowiedział jej z powagą.
    
  "To był obóz jeniecki dla żołnierzy radzieckich" - powiedział.
    
  Szli ciasno, niechętnie przechodząc przez peron 6. Jedyne światło na ponurym budynku padało z belek nośnych furgonetki Volkswagen, stojącej kilka metrów dalej.
    
  "Kim jest NK... co znowu?" zapytała Carly.
    
  "Sowiecka policja tajna" - chwalił się Misza, aby dodać wiarygodności swojej historii.
    
  Z wielką przyjemnością obserwował drżące kobiety, których oczy przypominały spodki, gdy czekały na pojawienie się widmowej postaci zawiadowcy stacji.
    
  "Chodź, Victorze" - modlił się Misza, żeby jego przyjaciele przeżyli. Natychmiast gdzieś z torów rozległ się samotny gwizd pociągu, niesiony lodowatym północno-zachodnim wiatrem.
    
  "O mój Boże!" krzyknęła żona pana Browna, ale jej mąż był sceptyczny.
    
  "To nie jest prawdziwe, Polly" - przypomniał jej Henry. "Prawdopodobnie pracuje nad tym jakaś grupa ludzi".
    
  Misza zignorował Henry'ego. Wiedział, co się stanie. Kolejne, głośniejsze wycie zbliżyło się do nich. Rozpaczliwie próbując się uśmiechnąć, Misza był pod ogromnym wrażeniem wysiłków swoich wspólników, gdy z ciemności na torach wyłoniła się słaba, cyklopowa poświata.
    
  "Patrzcie! Cholera! Tam jest!" - wyszeptała spanikowana Carly, wskazując palcem na drugą stronę zapadniętych torów, gdzie pojawiła się szczupła sylwetka Michaela. Kolana się pod nią ugięły, ale pozostałe przerażone kobiety ledwo ją podtrzymywały w swojej histerii. Misha nie uśmiechnął się, kontynuując swój podstęp. Spojrzał na Henry'ego, który po prostu obserwował drżące ruchy górującego nad nim Michaela, udającego bezgłowego zawiadowcę stacji.
    
  "Widzisz to?" - jęknęła żona Henry"ego, ale kowboj nic nie powiedział. Nagle jego wzrok padł na zbliżające się światło ryczącej lokomotywy, sapiącej jak lewiatan, pędzącej w kierunku stacji. Twarz grubego kowboja poczerwieniała, gdy wiekowa lokomotywa parowa wyłoniła się z mroku, sunąc ku nim z pulsującym rykiem.
    
  Misza zmarszczył brwi. Wszystko było trochę za dobrze zrobione. Prawdziwy pociąg nie powinien tam być, a jednak pędził w ich stronę. Choćby nie wiem jak się starał, atrakcyjny młody szarlatan nie mógł pojąć, co się dzieje.
    
  Mikel, przekonany, że to Victor odpowiada za gwizdek, wszedł na tory, żeby je przekroczyć, napawając turystów niemałym strachem. Jego stopy miotały się po żelaznych prętach i luźnych kamieniach. Ukryty pod płaszczem, z twarzą uśmiechniętą z radości na widok przerażenia kobiet.
    
  "Mikel!" krzyknął Misza. "Nie! Nie! Wracaj!"
    
  Ale Mikel przeszedł przez tory, kierując się w stronę, z której dobiegły westchnienia. Jego wzrok był zasłonięty przez materiał zakrywający głowę, co skutecznie przypominało bezgłowego mężczyznę. Victor wyłonił się z pustej kasy biletowej i pobiegł w kierunku grupy. Na widok kolejnej sylwetki cała rodzina krzyknęła i rzuciła się na ratunek Volkswagenowi. W rzeczywistości Victor próbował ostrzec swoich dwóch przyjaciół, że nie jest odpowiedzialny za to, co się dzieje. Wskoczył na tory, aby zepchnąć niczego niepodejrzewającego Mikela na drugą stronę, ale źle ocenił prędkość anomalii.
    
  Misza z przerażeniem patrzył, jak lokomotywa miażdży jego przyjaciół, zabijając ich na miejscu i pozostawiając po sobie jedynie obrzydliwie szkarłatną masę kości i ciała. Jego wielkie, niebieskie oczy zamarły w bezruchu, podobnie jak opadnięta szczęka. Wstrząśnięty do głębi, patrzył, jak pociąg rozpływa się w powietrzu. Tylko krzyki Amerykanek konkurowały z cichnącym gwizdem morderczej maszyny, gdy zmysły Miszy go opuściły.
    
    
  2
  Dziewica z Balmoral
    
    
  "Słuchaj, chłopcze, nie pozwolę ci przejść przez te drzwi, dopóki nie opróżnisz kieszeni! Mam już dość tych fałszywych drani, którzy udają prawdziwych Wallysów i chodzą tu, nazywając siebie K-squad. Po moim trupie!" - ostrzegł Seamus, a jego czerwona twarz drżała, gdy wygłaszał rozkazy mężczyźnie próbującemu odejść. "K-squad nie jest dla frajerów. Tak?"
    
  Grupa krzepkich, wściekłych mężczyzn stojących za Seamusem wydała ryk aprobaty.
    
  Tak!
    
  Seamus zmrużył jedno oko i warknął: "Teraz! Teraz, kurwa, teraz!"
    
  Ładna brunetka skrzyżowała ramiona na piersi i westchnęła niecierpliwie: "Jezu, Sam, pokaż im już, co mają na sobie".
    
  Sam odwrócił się i spojrzał na nią z przerażeniem. "Przy tobie i obecnych paniach? Nie sądzę, Nino".
    
  "Widziałam to" - zaśmiała się cicho, ale odwróciła wzrok.
    
  Sam Cleave, dziennikarz z elity i znana lokalna gwiazda, stał się rumieniącym się uczniem. Pomimo surowego wyglądu i nieustraszonej postawy, w porównaniu z drużyną K z Balmoral, był niczym więcej niż niedojrzałym ministrantem z kompleksem niższości.
    
  "Wywróćcie kieszenie" - Seamus uśmiechnął się szeroko. Jego szczupłą twarz wieńczyła dzianinowa czapka, którą nosił na morzu podczas wędkowania, a jego oddech pachniał tytoniem i serem, doprawionymi lekkim piwem.
    
  Sam ugryzł się w język, inaczej nigdy nie zostałby przyjęty do Balmoral Arms. Uniósł kilt, odsłaniając swój goły ekwipunek przed grupą prostaków, którzy nazywali pub swoim domem. Na chwilę zamarli z dezaprobatą.
    
  Sam pojękiwał: "Zimno, chłopaki".
    
  "Pomarszczony - oto co!" - ryknął żartobliwie Seamus, prowadząc chór klientów w ogłuszającym powitaniu. Otworzyli drzwi do lokalu, pozwalając Ninie i pozostałym paniom wejść jako pierwszym, po czym wpuścili przystojnego Sama, klepiąc go po plecach. Nina skrzywiła się na widok jego zażenowania i puściła oko: "Wszystkiego najlepszego, Sam".
    
  "Tak" - westchnął, radośnie przyjmując pocałunek, który złożyła na jego prawym oku. To ostatnie było między nimi rytuałem, jeszcze zanim zostali byłymi kochankami. Przez chwilę trzymał oczy zamknięte, gdy się od niego odsunęła, delektując się wspomnieniem.
    
  "Na litość boską, dajcie temu człowiekowi pić!" krzyknął jeden z klientów pubu, wskazując na Sama.
    
  "Czyli K-squad oznacza noszenie kiltu?" - domyśliła się Nina, mając na myśli zgromadzenie surowych Szkotów w ich różnorodnych tartanach.
    
  Sam wziął łyk swojego pierwszego Guinnessa. "Właściwie "K" oznacza długopis. Nie pytaj."
    
  "To nie jest konieczne" - odpowiedziała, przyciskając szyjkę butelki piwa do swoich ciemnobordowych ust.
    
  "Seamus jest staromodny, jak widać" - dodał Sam. "To tradycjonalista. Nie nosi bielizny pod kiltem".
    
  "Oczywiście" - uśmiechnęła się. "Więc jak tam zimno?"
    
  Sam roześmiał się i zignorował jej docinki. W skrytości cieszył się, że Nina była z nim w dniu jego urodzin. Sam nigdy by się do tego nie przyznał, ale cieszył się, że przeżyła straszliwe obrażenia, jakich doznała podczas ich ostatniej wyprawy do Nowej Zelandii. Gdyby nie dalekowzroczność Purdue, zginęłaby, a Sam nie wiedział, czy kiedykolwiek pogodzi się ze śmiercią kolejnej kobiety, którą kochał. Była mu bardzo bliska, nawet jako platoniczna przyjaciółka. Przynajmniej nadal pozwalała mu ze sobą flirtować, co podtrzymywało jego nadzieję na ewentualne ponowne rozbudzenie tego, co kiedyś ich łączyło.
    
  "Czy słyszałaś coś od Purdue?" zapytał nagle, jakby chciał uniknąć obowiązkowego pytania.
    
  "On nadal jest w szpitalu" - powiedziała.
    
  "Myślałem, że doktor Lamar wystawił mu czysty rachunek" - zmarszczył brwi Sam.
    
  "Tak, był. Trochę czasu zajęło mu dojście do siebie po pierwszym leczeniu, a teraz przechodzi do kolejnego etapu" - powiedziała.
    
  "Następny krok?" zapytał Sam.
    
  "Przygotowują go do jakiejś operacji korekcyjnej" - odpowiedziała. "Nie można winić tego człowieka. To znaczy, to, co mu się stało, zostawiło brzydkie blizny. A skoro ma pieniądze..."
    
  "Zgadzam się. Zrobiłbym to samo" - skinął głową Sam. "Mówię ci, ten facet jest ze stali".
    
  "Dlaczego tak mówisz?" Uśmiechnęła się.
    
  Sam wzruszył ramionami i odetchnął, myśląc o odporności ich wspólnej przyjaciółki. "Nie wiem. Wierzę, że rany się goją, a chirurgia plastyczna przywraca zdrowie, ale Boże, jakie to było psychiczne cierpienie tamtego dnia, Nino".
    
  "Masz całkowitą rację, kochanie" - odpowiedziała z równą troską. "Nigdy by się do tego nie przyznał, ale myślę, że umysł Purdue"a muszą prześladować niewyobrażalne koszmary o tym, co go spotkało w Zaginionym Mieście. Jezu".
    
  "Twardy drań" - Sam pokręcił głową z podziwem dla Perdue. Uniósł butelkę i spojrzał Ninie w oczy. "Perdue... oby słońce go nigdy nie spaliło, a węże poznały jego gniew".
    
  "Amen!" - powtórzyła Nina, stukając swoją butelką o butelkę Sama. "Za Purdue!"
    
  Większość hałaśliwego tłumu w Balmoral Arms nie słyszała toastu Sama i Niny, ale było kilku, którzy słyszeli - i znali znaczenie wybranych przez nich fraz. Nieświadomy świętującego duetu, milcząca postać obserwowała ich z drugiego końca pubu. Potężnie zbudowany mężczyzna, który ich obserwował, pił kawę, a nie alkohol. Jego ukryte oczy ukradkiem wpatrywały się w dwie osoby, które tropił od tygodni. Dziś będzie inaczej, pomyślał, patrząc, jak się śmieją i piją.
    
  Wystarczyło mu poczekać wystarczająco długo, aż ich libacje skutecznie przytępią ich percepcję na tyle, by mogli zareagować. Wystarczyło mu pięć minut sam na sam z Samem Cleve'em. Zanim zdążył zapytać, kiedy nadarzy się taka okazja, Sam z trudem podniósł się na nogi.
    
  Co zabawne, znany dziennikarz śledczy chwycił się krawędzi lady, szarpiąc za kilt, obawiając się, że jego pośladki zostaną uchwycone na telefonie komórkowym jednej z uczestniczek. Ku jego konsternacji, zdarzyło się to już wcześniej, gdy kilka lat wcześniej został sfotografowany w tym samym stroju na niestabilnym plastikowym stole wystawowym podczas Highland Festival. Chwiejny chód i niefortunne rozkołysanie kiltu wkrótce doprowadziły do tego, że w 2012 roku został wybrany Najseksowniejszym Szkotem przez Kobiecy Korpus Pomocniczy w Edynburgu.
    
  Ostrożnie skradał się w stronę ciemnych drzwi po prawej stronie baru, oznaczonych napisami "Kurczaki" i "Koguty", niepewnie kierując się w stronę odpowiednich drzwi. Nina obserwowała go z wielkim rozbawieniem, gotowa rzucić mu się na pomoc, gdyby pomylił płci w chwili pijackiej semantyki. W hałaśliwym tłumie, głośny mecz piłki nożnej na dużym, wiszącym na ścianie płaskim ekranie tworzył ścieżkę dźwiękową kultury i tradycji. Nina chłonęła to wszystko. Po pobycie w Nowej Zelandii w zeszłym miesiącu tęskniła za Starym Miastem i tartanami.
    
  Sam zniknął w niezbędnej toalecie, pozwalając Ninie skupić się na swoim single malcie i radosnych mężczyznach i kobietach wokół niej. Pomimo ich szaleńczego wrzasku i przepychania się, Balmoral był dziś wieczorem odwiedzany przez spokojny tłum. Pośród chaosu rozlewanego piwa i potykających się pijących, ruchu przeciwników w rzutkach i tańczących kobiet, Nina szybko zauważyła jedną anomalię - postać siedzącą samotnie, praktycznie nieruchomo i cicho. To było dość intrygujące, jak nie na miejscu wyglądał ten mężczyzna, ale Nina uznała, że prawdopodobnie nie przyszedł świętować. Nie wszyscy piją dla świętowania. Wiedziała o tym aż za dobrze. Za każdym razem, gdy traciła kogoś bliskiego lub opłakiwała jakiś żal z przeszłości, upijała się. Ten nieznajomy zdawał się być tam z innego powodu: żeby pić.
    
  Wydawał się na coś czekać. To wystarczyło, by seksowna historyczka nie spuszczała go z oka. Obserwowała go w lustrze za barem, popijając whisky. To, jak stał nieruchomo, z wyjątkiem sporadycznych uniesień ręki, by się napić, było niemal złowieszcze. Nagle wstał ze stołka, a Nina ożywiła się. Przyglądała się jego zaskakująco szybkim ruchom, a potem odkryła, że nie pije alkoholu, tylko mrożoną kawę po irlandzku.
    
  "Och, widzę trzeźwego ducha" - pomyślała, patrząc, jak odchodzi. Wyciągnęła paczkę Marlboro ze skórzanej torebki i papierosa z kartonowego pudełka. Mężczyzna zerknął w jej stronę, ale Nina pozostała nieświadoma, zapalając papierosa. Przez celowe zaciąganie się dymem, mogła go obserwować. W duchu była wdzięczna, że lokal nie egzekwował przepisów zakazujących palenia, tak jak na terenie należącym do Davida Perdue, zbuntowanego miliardera, z którym się spotykała.
    
  Nie podejrzewała, że to właśnie ten ostatni powód skłonił mężczyznę do odwiedzenia tego wieczoru Balmoral Arms. Niepijący i ewidentnie niepalący, nieznajomy nie miał powodu, by wybierać właśnie ten pub, pomyślała Nina. To wzbudziło jej podejrzenia, ale zdała sobie sprawę, że wcześniej była nadopiekuńcza, wręcz paranoiczna, więc na razie dała sobie spokój i wróciła do swojego zadania.
    
  "Jeszcze jednego, poproszę, Rowan!" - puściła oko do jednego z barmanów, który natychmiast wykonał polecenie.
    
  "Gdzie jest ten haggis, którego tu jadłeś?" - zażartował.
    
  "Na bagnach" - zaśmiała się - "robiąc Bóg jeden wie co".
    
  Zaśmiał się i nalał jej kolejny bursztynowy smoczek. Nina pochyliła się do przodu, żeby mówić jak najciszej w tym hałaśliwym otoczeniu. Przyciągnęła głowę Rowana do swoich ust i włożyła mu palec do ucha, żeby się upewnić, że ją słyszy. "Zauważyłeś tego mężczyznę siedzącego tam w kącie?" zapytała, kiwając głową w stronę pustego stolika z niedopitą mrożoną kawą. "To znaczy, wiesz, kim on jest?"
    
  Rowan wiedział, o kim mówi. Takie potulne osoby łatwo było rozpoznać w Balmoral, ale nie miał pojęcia, kim jest klient. Pokręcił głową i kontynuował rozmowę tym samym tonem. "Dziewica?" krzyknął.
    
  Nina zmarszczyła brwi, słysząc ten epitet. "Zamawiał bezalkoholowe drinki przez całą noc. Żadnego alkoholu. Był tu od trzech godzin, kiedy pojawiliście się z Samem, ale zamówił tylko mrożoną kawę i kanapkę. Nic nie wspominał, rozumiesz?"
    
  "Och, dobrze" - przyjęła informację od Rowana i z uśmiechem uniosła kieliszek, by go odprawić. "Dziękuję."
    
  Minęło trochę czasu, odkąd Sam była w toalecie, i teraz zaczynała odczuwać lekki niepokój. Zwłaszcza że nieznajomy poszedł za Sam do męskiej toalety, a on również nadal nie pojawił się w głównym pomieszczeniu. Coś ją dręczyło. Nie mogła nic na to poradzić, ale należała do osób, które nie potrafią odpuścić, gdy coś je drażni.
    
  "Dokąd pan idzie, doktorze Gould? Wie pan, co pan tam znajdzie - na pewno nie będzie tam nic dobrego, prawda?" - ryknął Seamus. Jego grupa wybuchnęła śmiechem i buntowniczymi okrzykami, co tylko wywołało uśmiech na twarzy historyka. "Nie wiedziałem, że jest pan takim lekarzem!" Wśród wiwatów Nina zapukała do drzwi męskiej toalety i oparła o nie głowę, żeby lepiej słyszeć odpowiedź.
    
  "Sam?" wykrzyknęła. "Sam, wszystko w porządku?"
    
  W środku słyszała męskie głosy ożywionej rozmowy, ale nie mogła stwierdzić, czy któryś z nich należał do Sama. "Sam?" - kontynuowała pościg za lokatorami, pukając. Kłótnia przerodziła się w głośny huk po drugiej stronie drzwi, ale nie odważyła się wejść.
    
  "Cholera" - uśmiechnęła się ironicznie. "To mógł być każdy, Nino, więc nie wchodź tam i nie rób z siebie idiotki!". Czekając, jej buty na wysokich obcasach niecierpliwie stukały o podłogę, ale nikt wciąż nie wychodził z drzwi "Koguta". Natychmiast z toalety dobiegł kolejny głośny hałas, brzmiący dość poważnie. Był tak głośny, że nawet tłum go zauważył, nieco tłumiąc ich rozmowy.
    
  Porcelana roztrzaskała się, a coś dużego i ciężkiego uderzyło w wewnętrzną stronę drzwi, mocno uderzając Ninę w małą czaszkę.
    
  "O mój Boże! Co się, do cholery, dzieje?" - krzyknęła gniewnie, ale jednocześnie bała się o Sama. Nie minęła sekunda, a on szarpnął drzwi i wpadł prosto na Ninę. Siła uderzenia zwaliła ją z nóg, ale Sam złapał ją w ostatniej chwili.
    
  "No dalej, Nino! Już! Wypierdalajmy stąd! Już, Nino! Już!" - ryknął, ciągnąc ją za nadgarstek przez zatłoczony pub. Zanim ktokolwiek zdążył zapytać, solenizant i jego przyjaciel zniknęli w zimnej szkockiej nocy.
    
    
  3
  Rukiew wodna i ból
    
    
  Kiedy Perdue próbował otworzyć oczy, czuł się jak martwy kawałek rozjechanego zwierzęcia.
    
  "Dzień dobry, panie Purdue" - usłyszał, ale nie mógł zlokalizować przyjaznego kobiecego głosu. "Jak się pan czuje?"
    
  "Mam lekkie mdłości, dziękuję. Czy mógłbym prosić o wodę?" - chciał powiedzieć, ale to, co Perdue zdenerwowało, słysząc z własnych ust, było prośbą, którą najlepiej zostawić poza burdelem. Pielęgniarka rozpaczliwie starała się nie śmiać, ale i ona sama zaskoczyła się chichotem, który natychmiast przekreślił jej profesjonalną postawę. Przykucnęła, zakrywając usta obiema dłońmi.
    
  "O mój Boże, panie Purdue, przepraszam!" - mruknęła, zakrywając twarz dłońmi, ale jej pacjent wyglądał na wyraźnie bardziej zawstydzonego jego zachowaniem niż ona kiedykolwiek. Jego jasnoniebieskie oczy wpatrywały się w nią z przerażeniem. "Nie, proszę" - ocenił precyzję swoich słów. "Przepraszam. Zapewniam pana, że to była zaszyfrowana transmisja". W końcu Purdue odważył się uśmiechnąć, choć wyglądało to raczej na grymas.
    
  "Wiem, panie Purdue" - przyznała życzliwa, zielonooka blondynka, pomagając mu usiąść na tyle długo, by mógł napić się wody. "Czy pomogłoby, gdybym powiedziała panu, że słyszałam o wiele, wiele gorsze i o wiele bardziej zagadkowe rzeczy niż ta?"
    
  Purdue ochlapał gardło chłodną, czystą wodą i odparł: "Uwierzysz, że nie przyniosłoby mi to pocieszenia? Powiedziałem to, co powiedziałem, mimo że inni też robili z siebie idiotów". Wybuchnął śmiechem. "To było dość obsceniczne, prawda?"
    
  Pielęgniarka Madison, gdy jej nazwisko widniało na jej identyfikatorze, zachichotała serdecznie. Był to szczery chichot radości, a nie coś, co udawała, żeby poprawić mu humor. "Tak, panie Purdue, to było pięknie wymierzone".
    
  Drzwi prywatnego gabinetu Purdue'a otworzyły się i wyjrzał przez nie dr Patel.
    
  "Wygląda na to, że dobrze się pan czuje, panie Purdue" - uśmiechnął się, unosząc brew. "Kiedy się pan obudził?"
    
  "Właściwie to obudziłam się jakiś czas temu i czułam się całkiem wypoczęta" - powiedziała Perdue, uśmiechając się ponownie do pielęgniarki Madison, powtarzając ich prywatny żart. Zacisnęła usta, żeby stłumić chichot, i podała lekarzowi tabliczkę.
    
  "Zaraz wracam ze śniadaniem, proszę pana" - poinformowała obu panów, zanim opuściła pokój.
    
  Perdue zadarł nos i wyszeptał: "Doktorze Patel, wolałbym teraz nie jeść, jeśli pan pozwoli. Chyba leki na chwilę przyprawią mnie o mdłości".
    
  "Obawiam się, że będę musiał nalegać, panie Purdue" - nalegał dr Patel. "Jest pan już od ponad doby pod wpływem środków uspokajających, a pana organizm wymaga nawodnienia i odżywienia, zanim rozpoczniemy kolejną terapię".
    
  "Dlaczego byłem pod wpływem tak długo?" - zapytał natychmiast Perdue.
    
  "Właściwie" - powiedział lekarz pod nosem, wyglądając na bardzo zaniepokojonego - "nie mamy pojęcia. Pana parametry życiowe były zadowalające, nawet dobre, ale wyglądał pan na śpiącego, że tak powiem. Zazwyczaj tego typu operacja nie jest zbyt niebezpieczna, z 98-procentową skutecznością, a większość pacjentów budzi się około trzech godzin później".
    
  "Ale zajęło mi kolejny dzień, mniej więcej, żeby wyjść z tego stanu otępienia?" Purdue zmarszczył brwi, próbując usiąść prosto na twardym materacu, który niewygodnie ściskał jego pośladki. "Dlaczego to musiało się stać?"
    
  Doktor Patel wzruszył ramionami. "Słuchaj, każdy jest inny. To może być cokolwiek. To może być nic. Może twój umysł był zmęczony i postanowił zrobić sobie przerwę". Lekarz z Bangladeszu westchnął. "Bóg jeden wie, sądząc po twoim raporcie z wypadku, twoje ciało uznało, że ma już dość na dziś - i nie bez powodu, swoją drogą!"
    
  Purdue poświęcił chwilę na przemyślenie słów chirurga plastycznego. Po raz pierwszy od czasu swoich przeżyć i późniejszej hospitalizacji w prywatnej klinice w Hampshire, lekkomyślny i bogaty podróżnik zastanowił się trochę nad swoimi nieszczęściami w Nowej Zelandii. Prawdę mówiąc, jeszcze nie zdawał sobie sprawy, jak straszne było to doświadczenie. Najwyraźniej umysł Purdue'a zmagał się z traumą z opóźnionym poczuciem ignorancji. Później będę sobie współczuł.
    
  Zmieniając temat, zwrócił się do doktora Patela. "Czy powinienem coś zjeść? Czy mogę po prostu dostać jakąś wodnistą zupę albo coś?"
    
  "Musi pan umieć czytać w myślach, panie Purdue" - zauważyła pielęgniarka Madison, wjeżdżając do pokoju srebrnym wózkiem. Na nim stał kubek herbaty, wysoka szklanka wody i miska zupy z rzeżuchy, która pachniała cudownie w tym sterylnym otoczeniu. "Zupa, nie wodnista" - dodała.
    
  "Wygląda to bardzo apetycznie" - przyznał Perdue - "ale szczerze mówiąc, nie mogę".
    
  "Obawiam się, że to zalecenia lekarskie, panie Purdue. Nawet pan zje tylko kilka łyżeczek?" - namawiała. "Bylibyśmy wdzięczni, gdyby pan po prostu coś zjadł".
    
  "Dokładnie" - uśmiechnął się dr Patel. "Proszę spróbować, panie Purdue. Jak zapewne pan zrozumie, nie możemy kontynuować leczenia na pusty żołądek. Lek zaszkodzi panu organizmowi".
    
  "Dobrze" - Perdue niechętnie się zgodził. Kremowo-zielone danie przed nim pachniało niebiańsko, ale jego ciało pragnęło tylko wody. Oczywiście rozumiał, dlaczego musi jeść, więc sięgnął po łyżkę i spróbował. Leżąc pod zimnym kocem na szpitalnym łóżku, czuł gruby materiał, który co jakiś czas naciągano mu na nogi. Pod bandażami piekło jak wiśnia zgaszona na siniaku przez papierosa, ale zachował postawę. W końcu był jednym z głównych udziałowców tej kliniki - Salisbury Private Medical Care - a Perdue nie chciał wyjść na słabeusza przed samym personelem, za którego pracę odpowiadał.
    
  Zamknął oczy, by zwalczyć ból, uniósł łyżkę do ust i delektował się kulinarnymi rozkoszami prywatnego szpitala, który jeszcze przez jakiś czas będzie nazywał domem. Jednak wykwintny smak jedzenia nie odciągnął jego uwagi od dziwnego przeczucia, które czuł. Nie mógł przestać myśleć o tym, jak wygląda jego dolna część ciała pod gazą i taśmą.
    
  Po zatwierdzeniu ostatnich parametrów życiowych Purdue po operacji, dr Patel wypisał recepty dla pielęgniarki Madison na następny tydzień. Otworzyła żaluzje w pokoju Purdue'a i w końcu zdał sobie sprawę, że znajduje się na trzecim piętrze, z dala od ogrodu na dziedzińcu.
    
  "Czy nie jestem na pierwszym piętrze?" zapytał nieco nerwowo.
    
  "Nie" - zaśpiewała, patrząc ze zdziwieniem. "Dlaczego? Czy to ma znaczenie?"
    
  "Chyba nie" - odpowiedział, wciąż wyglądając na nieco zdziwionego.
    
  W jej głosie słychać było lekkie zaniepokojenie. "Czy boi się pan wysokości, panie Purdue?"
    
  "Nie, nie mam żadnych fobii jako takich, moja droga" - wyjaśnił. "Właściwie nie potrafię tego dokładnie określić. Może po prostu zdziwiłem się, że nie widziałem ogrodu, kiedy zasunęłaś rolety".
    
  "Gdybyśmy wiedzieli, że to dla pana ważne, zapewniam pana, że umieścilibyśmy pana na pierwszym piętrze" - powiedziała. "Czy mam zapytać lekarza, czy możemy pana przenieść?"
    
  "Nie, nie, proszę" - zaprotestował cicho Perdue. "Nie będę komplikować sytuacji scenerią. Chcę tylko wiedzieć, co będzie dalej. A tak przy okazji, kiedy zmienisz mi bandaże na nogach?"
    
  Limonkowozielona sukienka pielęgniarki Madison spoglądała ze współczuciem na pacjenta. Powiedziała cicho: "Proszę się tym nie martwić, panie Purdue. Proszę posłuchać, miał pan kilka nieprzyjemnych doświadczeń z tym okropnym..." - zrobiła pełną szacunku pauzę, desperacko próbując złagodzić cios - "...doświadczeniem, które pan miał. Ale proszę się nie martwić, panie Purdue, przekona się pan, że kompetencje dr. Patela są niezrównane. Wie pan, niezależnie od pańskiej oceny tej operacji korekcyjnej, jestem pewna, że będzie pan pod wrażeniem".
    
  Obdarzyła Perdue'a szczerym uśmiechem, który osiągnął swój cel: uspokoił go.
    
  "Dziękuję" - skinął głową, a na jego ustach pojawił się lekki uśmieszek. "Czy będę mógł wkrótce ocenić pracę?"
    
  Drobna, zgrabna pielęgniarka o miłym głosie zebrała pusty dzbanek po wodzie i szklankę i skierowała się do drzwi, spodziewając się, że wkrótce wróci. Otwierając drzwi, by wyjść, zerknęła na niego i wskazała na zupę. "Ale dopiero wtedy, gdy zostawi pan w tej misce spore wgniecenie, proszę pana".
    
  Perdue starał się, by chichot, który nastąpił, nie był bolesny, choć wysiłek poszedł na marne. Cienki szew rozciągnął się na jego starannie zszytej skórze, w miejscu, gdzie uzupełniono brakującą tkankę. Perdue starał się zjeść jak najwięcej zupy, choć do tego czasu ostygła do chrupiącej, papkowatej konsystencji - nie do końca takiej, jaką zazwyczaj raczą się miliarderzy. Z drugiej strony, Perdue był zbyt wdzięczny, że przeżył w paszczy potwornych mieszkańców Zaginionego Miasta, by narzekać na zimny rosół.
    
  "Zrobione?" - usłyszał.
    
  Pielęgniarka Madison weszła, uzbrojona w narzędzia do oczyszczenia ran pacjentki i świeży bandaż na późniejsze zakrycie szwów. Purdue nie był pewien, jak zareagować na to odkrycie. Nie czuł ani cienia strachu, ani nieśmiałości, ale myśl o tym, co zrobi mu bestia z labiryntu Zaginionego Miasta, napawała go niepokojem. Oczywiście Purdue nie odważył się pokazać żadnych oznak zbliżającego się ataku paniki.
    
  "To będzie trochę bolało, ale postaram się, żeby było jak najmniej bolesne" - powiedziała, nie patrząc na niego. Purdue był wdzięczny, bo wyobrażał sobie, że wyraz jego twarzy nie jest przyjemny. "Będzie trochę szczypać" - kontynuowała, sterylizując delikatny przyrząd, żeby poluzować brzegi plastra - "ale mogę ci dać maść do stosowania miejscowego, jeśli będzie ci to zbyt uciążliwe".
    
  "Nie, dziękuję" - zaśmiał się lekko. "Po prostu działaj, a ja poradzę sobie z wyzwaniami".
    
  Spojrzała na niego przelotnie i uśmiechnęła się, jakby pochwalając jego odwagę. To było proste zadanie, ale w głębi duszy rozumiała niebezpieczeństwo, jakie niosą ze sobą traumatyczne wspomnienia i niepokój, jaki mogą wywołać. Chociaż nigdy nie wyjawiono jej szczegółów ataku na Davida Perdue, pielęgniarka Madison, niestety, doświadczyła już wcześniej tragedii o tak dotkliwym charakterze. Wiedziała, jak to jest być okaleczonym, nawet w miejscach, których nikt nie widział. Wiedziała, że wspomnienie tej gehenny nigdy nie opuszcza ofiar. Być może dlatego czuła tak wielkie współczucie dla bogatego badacza na poziomie osobistym.
    
  Zaparło mu dech w piersiach, a oczy zacisnęły się, gdy odrywała pierwszą grubą warstwę gipsu. Wydało to obrzydliwy dźwięk, który sprawił, że Purdue się skrzywił, ale nie był jeszcze gotowy, by zaspokoić swoją ciekawość, otwierając oczy. Przerwała. "Czy to w porządku? Chcesz, żebym zwolniła?"
    
  Skrzywił się. "Nie, nie, po prostu się pospiesz. Tylko zrób to szybko, ale daj mi czas na złapanie oddechu".
    
  Nie odpowiadając ani słowem, siostra Madison nagle jednym szarpnięciem zerwała bandaż. Purdue krzyknął z bólu, dławiąc się nagłym ubytkiem oddechu.
    
  "Jezu, Charist!" krzyknął, a jego oczy rozszerzyły się z szoku. Jego klatka piersiowa unosiła się gwałtownie, gdy umysł przetwarzał potworne piekło w konkretnym miejscu na jego skórze.
    
  "Przepraszam, panie Perdue" - przeprosiła szczerze. "Powiedziałeś, że mam po prostu to zrobić i mieć to już za sobą".
    
  "Wiem, c-c-co powiedziałem" - mruknął, odzyskując nieco oddech. Nie spodziewał się, że poczuje się jak na przesłuchaniu, torturowany albo wyrywany z paznokci. "Masz rację. Powiedziałem to. O mój Boże, o mało mnie to nie zabiło".
    
  Ale Perdue nie spodziewał się tego, co zobaczy, gdy spojrzy na swoje rany.
    
    
  4
  Zjawisko martwej relatywności
    
    
  Sam pospiesznie próbował otworzyć drzwi samochodu, podczas gdy Nina dyszała dziko obok niego. W tym momencie zdała sobie sprawę, że nie ma sensu wypytywać starego przyjaciela o cokolwiek, skoro jest skupiony na poważnych sprawach, więc postanowiła złapać oddech i powstrzymać język. Noc była mroźna jak na tę porę roku, a jego nogi, smagane przenikliwym chłodem wiatru, podwijały się pod kilt, a dłonie zdrętwiały. Z pubu na zewnątrz dobiegały głosy, niczym okrzyki myśliwych szykujących się do ataku na lisa.
    
  "Na litość boską!" syknął Sam w ciemności, gdy czubek klucza wciąż zgrzytał w zamek, nie znajdując żadnego chwytu. Nina zerknęła na ciemne postacie. Nie odsunęły się od budynku, ale widziała kłótnię.
    
  "Sam" - wyszeptała, oddychając szybko - "czy mogę ci pomóc?"
    
  "Idzie? Już idzie?" - pytał uporczywie.
    
  Wciąż zdziwiona ucieczką Sama, odpowiedziała: "Kogo? Muszę wiedzieć, na kogo uważać, ale mogę ci powiedzieć, że nikt nas jeszcze nie śledzi".
    
  "T-t-to... ten pieprzony..." wyjąkał, "ten pieprzony facet, który mnie zaatakował."
    
  Jej duże, ciemne oczy lustrowały okolicę, ale o ile Nina mogła dostrzec, między bójką przed pubem a wypadkiem Sama nie było żadnego ruchu. Drzwi skrzypnęły, otwierając się, zanim Nina zdążyła pojąć, o kim mówi Sam, i poczuła, jak chwyta ją za rękę. Wrzucił ją do samochodu tak delikatnie, jak potrafił, i wepchnął za sobą.
    
  "Jezu, Sam! Twoja dźwignia zmiany biegów to istne piekło dla moich nóg!" - poskarżyła się, usiłując wsiąść na miejsce pasażera. Normalnie Sam miałby jakiś żart na temat dwuznaczności, którą wypowiedziała, ale teraz nie miał czasu na żarty. Nina pocierała uda, wciąż zastanawiając się, o co całe to zamieszanie, gdy Sam odpaliła samochód. Jej zwyczajowe zamknięcie drzwi nastąpiło w samą porę, gdy głośny huk w szybę sprawił, że Nina krzyknęła z przerażenia.
    
  "O mój Boże!" krzyknęła, gdy nagle znikąd pojawił się mężczyzna w płaszczu i z wielkimi oczami.
    
  "Sukinsynie!" wrzasnął Sam, wrzucając pierwszy bieg i przyspieszając.
    
  Mężczyzna za drzwiami mieszkania Niny wrzeszczał na nią z wściekłością, uderzając pięściami w okno. Gdy Sam przygotowywał się na przyspieszenie, czas dla Niny zwolnił. Przyjrzała się uważnie mężczyźnie, którego twarz wykrzywiła się z napięcia, i natychmiast go rozpoznała.
    
  "Dziewica" - mruknęła ze zdumieniem.
    
  Gdy samochód wyjeżdżał z miejsca parkingowego, mężczyzna krzyknął coś do nich pod czerwonymi światłami stopu, ale Nina była zbyt zszokowana, by zwrócić na to uwagę. Czekała z otwartymi ustami, aż Sam udzieli jej sensownego wyjaśnienia, ale w głowie miała mgłę. Późnym wieczorem przejechali przez dwa czerwone światła na głównej ulicy Glenrothes, kierując się na południe, w stronę North Queensferry.
    
  "Co powiedziałaś?" - zapytał Sam Ninę, gdy w końcu wjechali na główną drogę.
    
  "O czym?" zapytała, tak oszołomiona tym wszystkim, że zapomniała większość tego, co mówiła. "A, ten facet za drzwiami? To ten kili, przed którym uciekasz?"
    
  "Tak" - odpowiedział Sam. "Jak go nazwałeś?"
    
  "O, Matko Boska" - powiedziała. "Obserwowałam go w pubie, kiedy byłeś na wrzosowisku, i zauważyłam, że nie pił alkoholu. Więc wszystkie jego drinki..."
    
  "Dziewice" - zgadł Sam. "Rozumiem. Rozumiem". Twarz miał zaczerwienioną, a w oczach wciąż szalone, ale wzrok utkwił w krętej drodze w świetle długich świateł. "Naprawdę muszę sobie kupić samochód z centralnym zamkiem".
    
  "O cholera" - zgodziła się, wsuwając włosy pod wełnianą czapkę. "Myślałabym, że już to dla ciebie oczywiste, zwłaszcza w branży, w której pracujesz. Żeby tak często cię gonili i nękali, potrzebowałbyś lepszego środka transportu".
    
  "Lubię mój samochód" - mruknął.
    
  "To wygląda na błąd, Sam, a ty jesteś wystarczająco bogaty, żeby pozwolić sobie na coś, co odpowiada twoim potrzebom" - grzmiała. "Jak czołg".
    
  "Powiedział ci coś?" - zapytał Sam.
    
  "Nie, ale widziałam, jak wchodził za tobą do łazienki. Po prostu nic sobie z tego nie robiłam. Dlaczego? Powiedział ci tam coś, czy po prostu cię zaatakował?" - zapytała Nina, korzystając z okazji, by odgarnąć jego czarne loki za ucho, nie wpuszczając ich do jego twarzy. "Boże, wyglądasz, jakbyś zobaczył martwego krewnego czy coś".
    
  Sam spojrzał na nią. "Dlaczego tak mówisz?"
    
  "To tylko sposób mówienia" - broniła się Nina. "Chyba że to był twój zmarły krewny".
    
  "Nie bądź głupi" - zaśmiał się Sam.
    
  Nina zdała sobie sprawę, że jej towarzysz nie do końca przestrzegał zasad ruchu drogowego, zważywszy na to, że miał milion galonów czystej whisky i dawkę szoku dla dodatkowej miary. Delikatnie przesunęła dłonią od jego włosów na ramię, żeby go nie przestraszyć. "Nie sądzisz, że powinnam prowadzić?"
    
  "Nie znasz mojego samochodu. Ma... sztuczki" - zaprotestował Sam.
    
  "Nie więcej niż masz, a ja cię bez problemu zawiozę" - uśmiechnęła się. "Chodź już. Jeśli policja cię zatrzyma, wpadniesz w niezłe gówno, a my nie chcemy mieć kolejnego gorzkiego posmaku po tym wieczorze, rozumiesz?"
    
  Jej perswazja odniosła sukces. Z cichym westchnieniem poddania się, zjechał z drogi i zamienił się miejscami z Niną. Wciąż poruszony tym, co się stało, Sam przeczesał ciemną drogę w poszukiwaniu śladów pościgu, ale z ulgą stwierdził, że nie ma żadnego zagrożenia. Pomimo bycia pijanym, Sam nie spał dobrze w drodze do domu.
    
  "Wiesz, moje serce wciąż wali" - powiedział do Niny.
    
  "Tak, mój też. Nie masz pojęcia, kim on był?" - zapytała.
    
  "Wyglądał jak ktoś, kogo kiedyś znałem, ale nie potrafię dokładnie określić" - przyznał Sam. Jego słowa były równie niepewne, co emocje, które w nim narastały. Przeczesał palcami włosy i delikatnie przesunął dłonią po twarzy, zanim spojrzał z powrotem na Ninę. "Myślałem, że mnie zabije. Nie rzucił się na mnie ani nic takiego, ale mamrotał i popychał mnie, a ja się wściekłem. Ten drań nawet nie raczył powiedzieć zwykłego "cześć" ani nic takiego, więc potraktowałem to jako bójkę albo pomyślałem, że może próbuje mnie wepchnąć w gówno, rozumiesz?"
    
  "Ma sens" - zgodziła się, uważnie obserwując drogę przed nimi i za nimi. "Co on w ogóle mamrotał? To mogłoby ci powiedzieć, kim był i dlaczego tam był".
    
  Sam przypomniał sobie ten niejasny incydent, ale nic konkretnego nie przychodziło mu do głowy.
    
  "Nie mam pojęcia" - odpowiedział. "Z drugiej strony, jestem teraz lata świetlne od jakiejkolwiek logicznej myśli. Może whisky wyprała mi pamięć albo coś, bo to, co pamiętam, jest jak obraz Dalego w rzeczywistości. To wszystko" - beknął i wykonał gest ociekania wodą - "jest rozmazane i pomieszane z nadmiarem kolorów".
    
  "Brzmi jak większość twoich urodzin" - zauważyła, starając się nie uśmiechnąć. "Nie martw się, kochanie. Wkrótce to wszystko prześpisz. Jutro lepiej zapamiętasz to gówno. Poza tym jest spora szansa, że Rowan powie ci trochę więcej o twoim molestującym, skoro obmacywał go cały wieczór".
    
  Sam, pijany, odwrócił głowę, by na nią spojrzeć, po czym przechylił ją na bok z niedowierzaniem. "Mój molestator? Boże, jestem pewna, że był delikatny, bo nie pamiętam, żeby się do mnie zalecał. Poza tym... kim do cholery jest Rowan?"
    
  Nina przewróciła oczami. "O mój Boże, Sam, jesteś dziennikarzem. Można by przypuszczać, że wiesz, że ten termin jest używany od wieków na określenie kogoś, kto nęka lub denerwuje. To nie jest twardy rzeczownik jak gwałciciel czy gwałciciel. A Rowan jest barmanem w Balmoral".
    
  "Och" - zaśpiewał Sam, a powieki mu opadły. "Tak, tak, ten bełkotliwy idiota doprowadzał mnie do szału. Mówię ci, dawno nie czułem się tak zirytowany".
    
  "Dobra, dobra, przestań sarkazmować. Przestań być głupi i nie zasypiaj. Już prawie jesteśmy na miejscu" - poinstruowała ich, gdy jeździli po polu golfowym Turnhouse.
    
  "Zostajesz tu na noc?" zapytał.
    
  "Tak, ale ty od razu idziesz spać, solenizancie" - powiedziała surowo.
    
  "Wiem, że istniejemy. A jeśli pójdziesz z nami, pokażemy ci, jak wygląda życie w Republice Tartanu" - oznajmił, uśmiechając się do niej w blasku przejeżdżających żółtych świateł oświetlających drogę.
    
  Nina westchnęła i przewróciła oczami. "Mówiąc o duchach starych znajomych" - mruknęła, skręcając w ulicę, przy której mieszkał Sam. Nic nie powiedział. Zamglony umysł Sama działał na autopilocie, gdy bezgłośnie kołysał się na zakrętach samochodu, a odległe myśli wciąż wypychały z jego pamięci niewyraźną twarz nieznajomego w męskiej toalecie.
    
  Sam nie był dla Niny wielkim ciężarem, gdy położyła mu głowę na puszystej poduszce w sypialni. To była miła odmiana po jego gadatliwych protestach, ale wiedziała, że przykre wydarzenia tego wieczoru, w połączeniu z alkoholem rozgoryczonego Irlandczyka, musiały odbić się negatywnie na jej przyjacielu. Był wyczerpany i niezależnie od tego, jak bardzo zmęczony fizycznie, jego umysł walczył z odpoczynkiem. Widziała to po ruchu jego oczu za opadającymi powiekami.
    
  "Śpij dobrze, chłopcze" - wyszeptała. Pocałowała Sama w policzek, podciągnęła kołdrę i wsunęła mu brzeg polarowego koca pod ramię. Słabe migotanie światła oświetlało na wpół zaciągnięte zasłony, gdy Nina zgasiła lampkę nocną Sama.
    
  Zostawiając go w stanie pełnego zadowolenia i podniecenia, udała się do salonu, gdzie na kominku wylegiwał się jego ukochany kot.
    
  "Cześć, Bruich" - wyszeptała, czując się kompletnie wyczerpana. "Chcesz mnie dziś rozgrzać?" Kot jedynie zerkał przez szparki powiek, by zbadać jej intencje, po czym spokojnie odpłynął w grzmoty grzmotów nad Edynburgiem. "Nie" - wzruszyła ramionami. "Mogłabym przyjąć propozycję twojego nauczyciela, gdybym wiedziała, że mnie zaniedbasz. Wy, cholerni mężczyźni, wszyscy jesteście tacy sami".
    
  Nina opadła na kanapę i włączyła telewizor, bardziej dla towarzystwa niż dla rozrywki. W jej głowie przelatywały strzępki wydarzeń minionej nocy, ale była zbyt zmęczona, żeby oglądać je ponownie. Wiedziała tylko, że zaniepokoił ją dźwięk, jaki wydał dziewica, waląc pięściami w szybę jej samochodu, zanim Sam odjechał. To było jak ziewnięcie w zwolnionym tempie, straszliwy, przejmujący dźwięk, którego nie mogła zapomnieć.
    
  Coś przykuło jej uwagę na ekranie. To był park w jej rodzinnym mieście Oban w północno-zachodniej Szkocji. Na zewnątrz lunął ulewny deszcz, zmywając urodziny Sama Cleave'a i zapowiadając nowy dzień.
    
  Druga w nocy.
    
  "Och, znowu jesteśmy w wiadomościach" - powiedziała, podkręcając głośność, żeby przebić się przez deszcz. "Chociaż niezbyt ekscytujące". Wiadomość była nieistotna, poza faktem, że nowo wybrany burmistrz Oban zmierzał na ogólnokrajowe spotkanie o wysokim priorytecie i wysokim poziomie zaufania. "Zaufanie, do cholery" - zadrwiła Nina, zapalając Marlboro. "To tylko wymyślna nazwa tajnego protokołu tuszowania sytuacji kryzysowej, wy dranie?" Z właściwym sobie cynizmem Nina próbowała zrozumieć, jak zwykły burmistrz może być uważany za tak ważnego, by zostać zaproszonym na tak ważne spotkanie. To było dziwne, ale piaskowe oczy Niny nie mogły już znieść niebieskiego światła telewizora i zasnęła przy dźwięku deszczu i bełkotliwej, cichnącej paplaniny reportera Kanału 8.
    
    
  5
  Inna pielęgniarka
    
    
  W porannym świetle wpadającym przez okno Purdue'a jego rany wyglądały o wiele mniej groteskowo niż poprzedniego popołudnia, kiedy pielęgniarka Madison je oczyściła. Ukrył początkowy szok na widok bladoniebieskich szwów, ale trudno było zaprzeczyć, że praca lekarzy z kliniki w Salisbury była najwyższej klasy. Biorąc pod uwagę niszczycielskie uszkodzenia dolnej części jego ciała, głęboko w otchłaniach Zaginionego Miasta, operacja korekcyjna okazała się sukcesem.
    
  "Wygląda lepiej, niż myślałem" - powiedział pielęgniarce, zdejmując bandaż. "A może po prostu dobrze się goję?"
    
  Pielęgniarka, młoda kobieta, której podejście do pacjenta było nieco mniej osobiste, uśmiechnęła się do niego niepewnie. Purdue zdał sobie sprawę, że nie podziela poczucia humoru pielęgniarki Madison, ale przynajmniej była przyjazna. Wydawała się czuć w jego towarzystwie raczej nieswojo, ale nie mógł zrozumieć dlaczego. Będąc sobą, ekstrawertyczny miliarder po prostu zapytał.
    
  "Masz alergię?" - zażartował.
    
  "Nie, panie Purdue?" odpowiedziała ostrożnie. "Za co?"
    
  "Dla mnie" - uśmiechnął się.
    
  Na ułamek sekundy na jej twarzy pojawił się wyraz starego "zapędzonego w kąt jelenia", ale jego uśmieszek szybko rozwiał jej konsternację. Natychmiast się do niego uśmiechnęła. "Yyy, nie, nie jestem taka. Przetestowali mnie i odkryli, że jestem na ciebie odporna".
    
  "Ha!" - wykrzyknął, starając się zignorować znajome pieczenie szwów na skórze. "Wydajesz się niechętny do mówienia, więc pomyślałem, że musi być jakiś powód medyczny".
    
  Pielęgniarka wzięła głęboki, przeciągły oddech, zanim mu odpowiedziała. "To sprawa osobista, panie Purdue. Proszę nie brać mojego sztywnego profesjonalizmu do siebie. To po prostu mój styl. Wszyscy moi pacjenci są mi bliscy, ale staram się nie przywiązywać do nich zbytniej wagi".
    
  "Złe doświadczenie?" zapytał.
    
  "Hospicjum" - odpowiedziała. "Widzenie, jak pacjenci umierają, po tym, jak tak bardzo się z nimi zżyłam, było dla mnie po prostu zbyt trudne".
    
  "Mam nadzieję, że nie masz na myśli, że zaraz umrę" - mruknął, szeroko otwierając oczy.
    
  "Nie, oczywiście, nie o to mi chodziło" - szybko się wycofała. "Jestem pewna, że źle to zabrzmiało. Niektórzy z nas po prostu nie są zbyt towarzyscy. Zostałam pielęgniarką, żeby pomagać ludziom, a nie żeby dołączyć do rodziny, jeśli to nie będzie zbyt złośliwe z mojej strony".
    
  Purdue zrozumiał. "Rozumiem. Ludzie myślą, że skoro jestem bogaty, jestem celebrytą w świecie nauki i tak dalej, to lubię dołączać do organizacji i poznawać ważnych ludzi". Pokręcił głową. "Przez cały ten czas chcę po prostu pracować nad swoimi wynalazkami i znajdować ciche zwiastuny historii, które pomogą wyjaśnić pewne powtarzające się zjawiska w naszych czasach, rozumiesz? Tylko dlatego, że gdzieś tam jesteśmy, osiągając wielkie zwycięstwa w tych przyziemnych sprawach, które naprawdę mają znaczenie, ludzie automatycznie zakładają, że robimy to dla chwały".
    
  Skinęła głową, krzywiąc się, gdy zdejmowała ostatni bandaż, co sprawiło, że Purdue złapał oddech. "Zupełna prawda, proszę pana".
    
  "Proszę, mów mi David" - jęknął, gdy zimna ciecz oblizała ranę na jego prawym mięśniu czworogłowym uda. Jego dłoń instynktownie sięgnęła po jej dłoń, ale zatrzymał ją w locie. "Boże, to okropne uczucie. Zimna woda na martwe ciało, rozumiesz?"
    
  "Wiem, pamiętam, jak miałam operację stożka rotatorów" - powiedziała ze współczuciem. "Nie martw się, już prawie skończyliśmy".
    
  Szybkie pukanie do drzwi oznajmiło wizytę doktora Patela. Wyglądał na zmęczonego, ale w dobrym humorze. "Dzień dobry, wesołych świąt. Jak się dzisiaj czujemy?"
    
  Pielęgniarka po prostu się uśmiechnęła, skupiona na swojej pracy. Purdue musiał poczekać, aż oddech wróci, zanim spróbuje odpowiedzieć, ale lekarz bez wahania kontynuował badanie karty. Pacjent wpatrywał się w jego twarz, odczytując najnowsze wyniki i pusty wyraz twarzy.
    
  "Co się stało, doktorze?" Perdue zmarszczył brwi. "Chyba moje rany wyglądają już lepiej, prawda?"
    
  "Nie myśl o tym za dużo, Davidzie" - zaśmiał się dr Patel. "Nic ci nie jest i wszystko wygląda dobrze. Właśnie przeszedłem długą, nocną operację, która praktycznie wyssała ze mnie całą energię".
    
  "Czy pacjent wyzdrowiał?" - zażartował Purdue, mając nadzieję, że nie jest zbyt nieczuły.
    
  Doktor Patel spojrzał na niego drwiąco i rozbawiony. "Nie, tak naprawdę zmarła z desperackiej potrzeby posiadania piersi większych niż kochanka męża". Zanim Purdue zdążyła to pojąć, lekarz westchnął. "Silikon wsiąknął w tkankę, ponieważ niektóre moje pacjentki" - spojrzał ostrzegawczo na Purdue - "nie stosują się do zaleceń lekarskich i w efekcie są w gorszym stanie".
    
  "Subtelnie" - powiedział Perdue. "Ale nie zrobiłem nic, co mogłoby zagrozić twojej pracy".
    
  "Dobry człowiek" - powiedział dr Patel. "Dzisiaj rozpoczniemy terapię laserową, żeby rozluźnić większość twardych tkanek wokół nacięć i złagodzić napięcie nerwów".
    
  Pielęgniarka wyszła na chwilę z pokoju, aby umożliwić lekarzowi rozmowę z Purdue.
    
  "Używamy IR425" - chwalił się dr Patel, i słusznie. Purdue wynalazł tę podstawową technologię i wyprodukował pierwszą linię instrumentów terapeutycznych. Teraz nadszedł czas, aby twórca skorzystał z własnej pracy, a Purdue był zachwycony, widząc jej skuteczność na własne oczy. Dr Patel uśmiechnął się z dumą. "Najnowszy prototyp przerósł nasze oczekiwania, Davidzie. Może powinieneś użyć swojego rozumu, aby popchnąć Wielką Brytanię do przodu w branży urządzeń medycznych".
    
  Perdue roześmiał się. "Gdybym tylko miał czas, mój drogi przyjacielu, podjąłbym się tego wyzwania. Niestety, jest za dużo do rozpakowania".
    
  Doktor Patel nagle wyglądał poważniej i bardziej zaniepokojony. "Jak jadowite boa dusiciele stworzone przez nazistów?"
    
  Zamierzał zaimponować tym stwierdzeniem i sądząc po reakcji Purdue, udało mu się. Jego uparty pacjent zbladł lekko na wspomnienie potwornego węża, który połknął go do połowy, zanim uratował go Sam Cleave. Doktor Patel przerwał, pozwalając Purdue delektować się tym przerażającym wspomnieniem i upewniając się, że nadal rozumie, jakie ma szczęście, że może oddychać.
    
  "Nie bierz niczego za pewnik, tylko tyle chcę powiedzieć" - poradził łagodnie lekarz. "Słuchaj, rozumiem twojego wolnego ducha i tę wrodzoną potrzebę eksploracji, Davidzie. Po prostu postaraj się patrzeć na wszystko z dystansem. Pracuję z tobą i dla ciebie od jakiegoś czasu i muszę powiedzieć, że twoje beztroskie dążenie do przygód... lub wiedzy... jest godne podziwu. Proszę cię tylko, żebyś zaakceptował swoją śmiertelność. Geniusze tacy jak ty są rzadkością na tym świecie. Ludzie tacy jak ty są pionierami, prekursorami postępu. Proszę... nie umieraj".
    
  Perdue nie mógł powstrzymać uśmiechu. "Broń jest równie ważna, jak narzędzia, które leczą rany, Harun. Może się to niektórym w świecie medycyny nie wydawać, ale nie możemy stawić czoła wrogowi bez broni".
    
  "Cóż, gdyby na świecie nie było broni, w ogóle nie doszłoby do żadnych ofiar śmiertelnych i nie byłoby wrogów, którzy próbowaliby nas zabić" - odparł dr Patel nieco obojętnie.
    
  "Ta dyskusja utknie w martwym punkcie w ciągu kilku minut i ty o tym wiesz" - obiecał Perdue. "Bez zniszczenia i chaosu nie miałbyś pracy, stary gnoju".
    
  "Lekarze wykonują szeroki zakres zadań; nie tylko leczą rany i usuwają kule, Davidzie. Zawsze będą narodziny, zawały serca, wyrostki robaczkowe i tak dalej, co pozwoli nam pracować, nawet bez wojen i tajnych arsenałów na świecie" - odparł lekarz, ale Perdue wzmocnił jego argument prostą odpowiedzią. "I zawsze będą zagrożenia dla niewinnych, nawet bez wojen i tajnych arsenałów. Lepiej posiadać męstwo militarne w czasie pokoju niż narażać się na niewolę i zagładę z powodu twojej szlachetności, Harunie".
    
  Lekarz westchnął i położył ręce na biodrach. "Rozumiem, tak. Dotarliśmy do ślepego zaułka".
    
  Purdue i tak nie chciał kontynuować tej ponurej rozmowy, więc zmienił temat na to, o co chciał zapytać chirurga plastycznego. "Powiedz mi, Harun, czym w takim razie zajmuje się ta pielęgniarka?"
    
  "Co masz na myśli?" zapytał doktor Patel, uważnie badając blizny Purdue.
    
  "Czuję się przy niej bardzo niekomfortowo, ale nie sądzę, żeby była po prostu introwertyczką" - wyjaśniła z zaciekawieniem Perdue. "W jej interakcjach jest coś więcej".
    
  "Wiem" - mruknął dr Patel, unosząc nogę Purdue, by zbadać drugą ranę, biegnącą nad kolanem po wewnętrznej stronie łydki. "Boże, to najgorsze cięcie w życiu. Wiesz, spędziłem godziny na przeszczepianiu tego".
    
  "Bardzo dobrze. Praca jest niesamowita. Więc, co masz na myśli mówiąc "wiesz"? Powiedziała coś?" - zapytał lekarza. "Kim ona jest?"
    
  Doktor Patel wyglądał na nieco zirytowanego ciągłymi przerwami. Mimo to postanowił powiedzieć Purdue to, co chciał wiedzieć, choćby po to, by badacz nie zachowywał się jak nieszczęśliwie zakochany uczeń, który potrzebuje pocieszenia po tym, jak został porzucony.
    
  "Lilith Hearst. Podobasz jej się, Davidzie, ale nie tak, jak myślisz. To wszystko. Ale proszę, na litość boską, nie uganiaj się za kobietą o połowę młodszą, nawet jeśli to modne" - radził. "To nie jest takie fajne, jak brzmi. Uważam to za dość smutne".
    
  "Nigdy nie powiedziałem, że będę ją ścigał, staruszku" - wyszeptał Purdue. "Jej maniery były po prostu dla mnie niezwykłe".
    
  "Najwyraźniej była prawdziwą naukowczynią, ale związała się z kolegą i ostatecznie wzięli ślub. Z tego, co opowiadała mi pielęgniarka Madison, para ta była zawsze żartobliwie porównywana do Madame Curie i jej męża" - wyjaśnił dr Patel.
    
  "Co to ma wspólnego ze mną?" zapytał Perdue.
    
  "Jej mąż zachorował na stwardnienie rozsiane trzy lata po ślubie, a jego stan gwałtownie się pogorszył, uniemożliwiając jej kontynuowanie studiów. Musiała porzucić studia i badania, aby spędzać z nim więcej czasu, aż do jego śmierci w 2015 roku" - powiedziała dr Patel. "A pani zawsze była największą inspiracją dla jej męża, zarówno w nauce, jak i technologii. Powiedzmy, że był wielkim wielbicielem pani pracy i zawsze chciał panią poznać".
    
  "To dlaczego nie skontaktowali się ze mną, żeby się z nim spotkać? Z chęcią bym się z nim spotkał, choćby po to, żeby trochę rozweselić tego człowieka" - ubolewał Perdue.
    
  Ciemne oczy Patela przeszyły Purdue'a, gdy odpowiedział: "Próbowaliśmy się z tobą skontaktować, ale w tym czasie goniłeś za jakimś greckim reliktem. Philip Hearst zmarł na krótko przed twoim powrotem do współczesnego świata".
    
  "O mój Boże, tak mi przykro to słyszeć" - powiedziała Perdue. "Nic dziwnego, że jest przy mnie trochę oziębła".
    
  Lekarz dostrzegał u pacjenta szczerą litość i nutę narastającego poczucia winy wobec nieznajomej osoby, którą mógł znać i której zachowanie mógłby poprawić. Z kolei dr Patel współczuł Purdue i starał się rozwiać jego obawy słowami pocieszenia. "Nieważne, David. Philip wiedział, że jesteś zajętym człowiekiem. Poza tym, nawet nie wiedział, że jego żona próbowała się z tobą skontaktować. Nieważne, wszystko było już za nami. Nie mógł być rozczarowany tym, czego nie wiedział".
    
  Pomogło. Perdue skinął głową: "Chyba masz rację, staruszku. Muszę jednak być bardziej przystępny. Obawiam się, że po podróży do Nowej Zelandii będę trochę roztrzęsiony, zarówno psychicznie, jak i fizycznie".
    
  "Wow" - powiedział dr Patel - "cieszę się, że to mówisz. Biorąc pod uwagę twój sukces zawodowy i twoją wytrwałość, bałem się zasugerować im obojgu przerwę. Teraz zrobiłeś to za mnie. Proszę, Davidzie, poświęć chwilę. Możesz tak nie myśleć, ale pod twoją surową powierzchownością wciąż kryje się bardzo ludzki duch. Ludzkie dusze są podatne na pękanie, skręcanie, a nawet łamanie się, jeśli wyrobią sobie odpowiednie wrażenie o czymś strasznym. Twoja psychika potrzebuje tyle samo odpoczynku, co twoje ciało".
    
  "Wiem" - przyznał Perdue. Jego lekarz nie miał pojęcia, że upór Perdue'a pomógł mu już zręcznie ukryć to, co go prześladowało. Za uśmiechem miliardera kryła się straszliwa kruchość, która ujawniała się za każdym razem, gdy zasypiał.
    
    
  6
  Apostata
    
    
    
  Kolekcja Akademii Fizyki, Brugia, Belgia
    
    
  O 22:30 spotkanie naukowców zostało zamknięte.
    
  "Dobranoc, Kasperze" - zawołała rektor z Rotterdamu, odwiedzając nas w imieniu holenderskiego uniwersytetu Allegiance. Pomachała lekkomyślnemu mężczyźnie, do którego się zwróciła, zanim wsiadła do taksówki. Odmachał skromnie, wdzięczny, że nie zwróciła się do niego w sprawie jego rozprawy - Raportu Einsteina - którą złożył miesiąc wcześniej. Nie był człowiekiem, który rozkoszował się uwagą, chyba że ze strony tych, którzy mogli mu rzucić światło na jego dziedzinę. A takich, trzeba przyznać, było niewielu.
    
  Przez pewien czas dr Casper Jacobs stał na czele Belgijskiego Stowarzyszenia Badań Fizycznych, tajnego oddziału Zakonu Czarnego Słońca w Brugii. Wydział akademicki, podlegający Ministerstwu Polityki Naukowej, ściśle współpracował z tajną organizacją, która infiltrowała najbardziej wpływowe instytucje finansowe i medyczne w Europie i Azji. Ich badania i eksperymenty były finansowane przez wiele wiodących instytucji światowych, a wysoko postawieni członkowie zarządu cieszyli się pełną swobodą działania i licznymi przywilejami wykraczającymi poza kwestie czysto komercyjne.
    
  Ochrona, podobnie jak zaufanie, były najważniejsze między kluczowymi graczami Zakonu a europejskimi politykami i finansistami. Kilka organizacji rządowych i instytucji prywatnych, wystarczająco bogatych, by współpracować z nieuczciwymi organizacjami, odrzuciło oferty członkostwa. Organizacje te były zatem łatwym celem w pogoni za globalnym monopolem na postęp naukowy i aneksję monetarną.
    
  W ten sposób Zakon Czarnego Słońca kontynuował swoje nieustanne dążenie do dominacji nad światem. Zjednywając sobie pomoc i lojalność tych, którzy byli na tyle chciwi, by wyrzec się władzy i uczciwości dla egoistycznych korzyści, zapewnili sobie władzę. Korupcja była tak wszechobecna, że nawet uczciwi rewolwerowcy nie zdawali sobie sprawy, że nie prowadzą już nieuczciwych interesów.
    
  Z drugiej strony, niektórzy nieuczciwi strzelcy naprawdę chcieli strzelać celnie. Kasper nacisnął przycisk na pilocie i wsłuchał się w sygnał dźwiękowy. Na chwilę zabłysły maleńkie światełka w jego samochodzie, wynosząc go na wolność. Po rozprawieniu się z genialnymi przestępcami i niczego niepodejrzewającymi geniuszami nauki, fizyk rozpaczliwie pragnął wrócić do domu i zająć się ważniejszym problemem wieczoru.
    
  "Twój występ był jak zawsze wspaniały, Casper" - usłyszał z dwóch samochodów na parkingu. W zasięgu słuchu, udawanie ignorowania głośnego głosu byłoby bardzo dziwne. Casper westchnął. Powinien był zareagować, więc odwrócił się z pełną serdeczności maską i uśmiechnął. Ze smutkiem zobaczył, że to Clifton Taft, szalenie bogaty magnat chicagowskiej elity.
    
  "Dziękuję, Cliff" - odpowiedział uprzejmie Casper. Nigdy nie sądził, że będzie musiał znowu mieć do czynienia z Taftem po haniebnym rozwiązaniu umowy Caspera z projektem Unified Field Tafta. Dlatego nieco niepokojące było ponowne spotkanie aroganckiego przedsiębiorcy, który dwa lata wcześniej, zanim wybiegł z laboratorium chemicznego Tafta w Waszyngtonie, bez ogródek nazwał Tafta pawianem ze złotym pierścieniem.
    
  Casper był nieśmiały, ale w żadnym wypadku nie był świadomy siebie. Wyzyskiwacze tacy jak magnat budzili w nim odrazę, wykorzystując swój majątek do kupowania cudownych dzieci, desperacko pragnących uznania pod obiecującym hasłem, tylko po to, by przypisać sobie zasługi za ich geniusz. Co do dr. Jacobsa, ludzie tacy jak Taft nie mieli żadnego interesu w nauce ani inżynierii, poza eksploatacją tego, co stworzyli prawdziwi naukowcy. Według Caspera, Clifton Taft był bogatym małpiszonem bez własnego talentu.
    
  Taft uścisnął mu dłoń i uśmiechnął się jak zboczony ksiądz. "Dobrze widzieć, że z roku na rok robisz postępy. Przeczytałem niektóre z twoich najnowszych hipotez na temat portali międzywymiarowych i możliwe równania, które mogłyby raz na zawsze udowodnić tę teorię".
    
  "Och, zrobiłeś to?" zapytał Casper, otwierając drzwi samochodu, by pokazać swój pośpiech. "Wiesz, to zostało zaczerpnięte od Zeldy Bessler, więc jeśli chcesz coś z tego, musisz ją przekonać, żeby się podzieliła". W głosie Caspera słychać było uzasadnioną gorycz. Zelda Bessler była naczelną fizyczką w brugijskiej filii Zakonu i choć była niemal tak inteligentna jak Jacobs, rzadko miała okazję prowadzić własne badania. Jej zagrywką było zepchnięcie na margines innych naukowców i zastraszenie ich, by uwierzyli, że to jej praca, tylko dlatego, że miała większe wpływy wśród szych.
    
  "Słyszałem, ale myślałem, że będziesz się bardziej starał o prawo jazdy, stary" - wycedził Cliff z irytującym akcentem, upewniając się, że jego protekcjonalny ton był słyszalny dla wszystkich na parkingu. "Świetnie, że pozwoliłeś tej cholernej kobiecie zabrać swoje badania. Boże, gdzie są twoje jaja?"
    
  Casper widział, jak inni wymieniają spojrzenia i szturchają się nawzajem, kierując się do swoich samochodów, limuzyn i taksówek. Fantazjował o tym, jak na chwilę odłoży rozum na bok i użyje ciała, by wycisnąć z Tafta życie i wybić mu ogromne zęby. "Moje jaja są w idealnym stanie, Cliff" - odpowiedział spokojnie. "Niektóre badania wymagają prawdziwego naukowego intelektu, by je zastosować. Czytanie wymyślnych fraz i zapisywanie stałych w sekwencji ze zmiennymi nie wystarczy, by przełożyć teorię na praktykę. Ale jestem pewien, że naukowiec tak utalentowany jak Zelda Bessler o tym wie".
    
  Casper delektował się uczuciem, którego nie znał. Najwyraźniej nazywało się ono schadenfreude i rzadko udawało mu się skopać przysłowiowe jaja łobuzowi tak, jak właśnie to zrobił. Zerknął na zegarek, rozkoszując się zdumionymi spojrzeniami, jakie rzucał temu idiotycznemu magnatowi, i przeprosił tym samym pewnym siebie tonem. "A teraz, jeśli pozwolisz, Clifton, mam randkę".
    
  Oczywiście, kłamał jak z nut. Z drugiej strony, nie sprecyzował, z kim ani nawet z czym się umawiał.
    
    
  * * *
    
    
  Po zruganiu chełpliwego idioty z fatalną fryzurą, Casper pojechał wyboistym parkingiem w kierunku wschodnim. Chciał po prostu ominąć kolejkę luksusowych limuzyn i Bentleyów opuszczających hol, ale po jego celnej uwadze przed pożegnaniem Tafta, z pewnością wydało mu się to również aroganckie. Dr Casper Jacobs był między innymi dojrzałym i nowatorskim fizykiem, ale zawsze był zbyt skromny, jeśli chodzi o swoją pracę i zaangażowanie.
    
  Zakon Czarnego Słońca darzył go wielkim szacunkiem. Lata pracy nad ich specjalnymi projektami uświadomiły mu, że członkowie organizacji zawsze chętnie służyli i chronili własne tyły. Ich oddanie, podobnie jak samemu Zakonowi, było niezrównane; Casper Jacobs zawsze je podziwiał. Kiedy pił i filozofował, często o tym myślał i doszedł do jednego wniosku: gdyby tylko ludzie tak głęboko troszczyli się o wspólne cele swoich szkół, systemów opieki społecznej i opieki zdrowotnej, świat prosperowałby.
    
  Uważał za zabawne, że grupa nazistowskich ideologów może być wzorem przyzwoitości i postępu w dzisiejszym paradygmacie społecznym. Biorąc pod uwagę stan globalnej dezinformacji i propagandę przyzwoitości, która zniewalała moralność i tłumiła indywidualny rozsądek, Jacobs to rozumiał.
    
  Migotanie świateł autostrady w rytm światła przedniej szyby pogrążyło jego myśli w dogmatach rewolucji. Według Kaspera, Zakon z łatwością obaliłby reżimy, gdyby tylko cywile nie postrzegali swoich przedstawicieli jako obiektów władzy, rzucając ich losy w otchłań kłamców, szarlatanów i kapitalistycznych potworów. Monarchowie, prezydenci i premierzy trzymali losy ludu w swoich rękach, podczas gdy coś takiego powinno być obrzydliwością, uważał Kasper. Niestety, nie było innego sposobu na skuteczne rządzenie, jak tylko oszukiwanie i sianie strachu wśród własnego narodu. Ubolewał nad faktem, że populacja świata nigdy nie będzie wolna. Nawet myślenie o alternatywach dla jedynego, dominującego bytu na świecie stawało się absurdalne.
    
  Skręcając z kanału Gandawa-Brugia, wkrótce minął cmentarz Assebroek, gdzie pochowani są jego rodzice. Prezenterka telewizyjna ogłosiła w radiu, że jest 23:00, a Kasper poczuł ulgę, której nie czuł od dawna. Porównał to do radości z późnego wstania do szkoły i uświadomienia sobie, że jest sobota - i rzeczywiście tak było.
    
  "Dzięki Bogu, jutro będę mógł pospać trochę dłużej" - uśmiechnął się.
    
  Życie stało się niezwykle intensywne, odkąd podjął się nowego projektu, którym kierowała akademicka odpowiedniczka kukułki, dr Zelda Bessler. Nadzorowała ona ściśle tajny program, znany tylko nielicznym członkom Zakonu, z wyjątkiem autora oryginalnych formuł, samego dr. Caspera Jacobsa.
    
  Pacyfistyczny geniusz, zawsze zbywał jej przypisywanie sobie zasług za jego pracę pod pretekstem współpracy i pracy zespołowej "dla dobra Porządku", jak to ujęła. Ostatnio jednak zaczął odczuwać coraz większą niechęć do kolegów za to, że wykluczyli go ze swoich szeregów, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że namacalne teorie, które wysunął, byłyby warte fortunę w każdej innej instytucji - pieniądze, którymi mógłby dysponować. Zamiast tego był zmuszony zadowolić się ułamkiem kosztów, podczas gdy absolwenci Porządku, oferujący najwyższe wynagrodzenia, byli faworyzowani w dziale płac. I wszyscy oni żyli wygodnie z jego hipotez i ciężkiej pracy.
    
  Zatrzymując się przed swoim mieszkaniem na zamkniętym osiedlu, przy ślepej uliczce, Kasper poczuł falę mdłości. Tak długo unikał wewnętrznej antypatii w imię badań, ale dzisiejsze ponowne spotkanie z Taftem ożywiło tę wrogość. Był to tak nieprzyjemny temat, mącił mu umysł, a jednak nie dawał się stłumić.
    
  Wbiegł po schodach na granitowy podest, który prowadził do drzwi wejściowych jego prywatnego apartamentu. W budynku głównym paliły się światła, ale zawsze poruszał się cicho, aby nie przeszkadzać właścicielowi. W porównaniu ze swoimi kolegami, Casper Jacobs wiódł wyjątkowo odosobnione i skromne życie. Z wyjątkiem tych, którzy kradli jego pracę i czerpali z niej zyski, jego mniej natarczywi partnerzy również zarabiali całkiem nieźle. Według przeciętnych standardów dr Jacobs żył wygodnie, ale bynajmniej nie był zamożny.
    
  Drzwi skrzypnęły, a zapach cynamonu uderzył go w pół kroku w ciemności. Casper uśmiechnął się i zapalił światło, potwierdzając sekretną przesyłkę matki gospodarza.
    
  "Karen, strasznie mnie rozpieszczasz" - powiedział do pustej kuchni, kierując się prosto do blachy pełnej bułeczek z rodzynkami. Szybko złapał dwie miękkie bułeczki i wrzucił je do ust tak szybko, jak tylko zdołał przeżuć. Usiadł przed komputerem i zalogował się, połykając kęsy pysznego chleba z rodzynkami.
    
  Casper sprawdził pocztę, a następnie przeskoczył do najnowszych wiadomości na Nerd Porn, podziemnej stronie naukowej, której był członkiem. Nagle Casper poczuł się lepiej po kiepskim wieczorze, gdy zobaczył znajome logo, w którym nazwa strony powstała z symboli z równań chemicznych.
    
  Coś przykuło jego uwagę na zakładce "Ostatnie". Pochylił się, żeby upewnić się, że dobrze to odczytuje. "Jesteś pieprzonym idiotą" - wyszeptał, patrząc na zdjęcie Davida Perdue z tematem:
    
  "Dave Perdue znalazł Straszliwego Węża!"
    
  "Jesteś pieprzonym idiotą" - wyszeptał Casper. "Jeśli wprowadzi to równanie w życie, wszyscy będziemy w kropce".
    
    
  7
  Dzień po
    
    
  Kiedy Sam się obudził, żałował, że w ogóle nie ma mózgu. Przyzwyczajony do kaca, znał konsekwencje picia w urodziny, ale to było szczególne piekło, tlące się w jego czaszce. Wytoczył się na korytarz, a każdy krok dudnił mu w oczodołach.
    
  "O Boże, po prostu mnie zabij" - mruknął, boleśnie ocierając oczy, ubrany jedynie w szlafrok. Podłoga pod jego stopami przypominała lodowisko, a zimny podmuch wiatru pod drzwiami zwiastował kolejny mroźny dzień po drugiej stronie. Telewizor wciąż grał, ale Niny nie było, a jego kot, Bruichladdich, wybrał ten niedogodny moment, by zacząć skomleć o jedzenie.
    
  "Cholera, moja głowa" - poskarżył się Sam, chwytając się za czoło. Poszedł do kuchni po mocną czarną kawę i dwa Anadiny, jak to było w zwyczaju w jego czasach, jako zatwardziałego dziennikarza. Fakt, że był weekend, nie miał dla Sama znaczenia. Niezależnie od tego, czy zajmował się dziennikarstwem śledczym, pisaniem, czy wyjazdami z Dave"em Purdue, Sam nigdy nie miał weekendu, święta ani dnia wolnego. Każdy dzień był dla niego taki sam i odliczał dni terminami i obowiązkami w swoim kalendarzu.
    
  Po nakarmieniu dużego rudego kota puszką owsianki rybnej, Sam starał się nie zakrztusić. Okropny zapach martwych ryb nie był najlepszą rzeczą, z jaką mógł się zmagać, biorąc pod uwagę jego stan. Szybko ukoił ból gorącą kawą w salonie. Nina zostawiła mu liścik:
    
    
  Mam nadzieję, że masz płyn do płukania ust i silny żołądek. Pokazałem ci dziś rano w wiadomościach coś ciekawego o pociągu widmo. Zbyt ciekawego, żeby to przegapić. Muszę wrócić do Oban na wykład na uczelni. Mam nadzieję, że przetrwasz irlandzką grypę dziś rano. Powodzenia!
    
  - Nina
    
    
  "Ha-ha, bardzo śmieszne" - jęknął, popijając ciastka Anadine łykiem kawy. Zadowolony Bruich pojawił się w kuchni. Zajął miejsce na pustym krześle i z radością zaczął się sprzątać. Sam był oburzony beztroską radością swojego kota, nie wspominając o całkowitym braku dyskomfortu, jaki odczuwał Bruich. "Och, spadaj" - powiedział Sam.
    
  Był ciekaw nagrania Niny, ale nie sądził, że jej ostrzeżenie o bólu żołądka będzie mile widziane. Nie z tym kacem. W szybkim przeciąganiu liny ciekawość wzięła górę nad chorobą i odtworzył nagranie, o którym wspominała. Na zewnątrz wiatr przynosił jeszcze więcej deszczu, więc Sam musiał podgłośnić telewizor.
    
  W tym fragmencie dziennikarka relacjonowała tajemnicze zgony dwojga młodych ludzi w mieście Mołodeczno, niedaleko Mińska na Białorusi. Kobieta w grubym płaszczu stała na zrujnowanym peronie, który wyglądał na stary dworzec kolejowy. Ostrzegła widzów przed drastycznymi scenami, zanim kamera skierowała się na rozmazane szczątki na starych, zardzewiałych szynach.
    
  "Co do cholery?" - wyszeptał Sam, marszcząc brwi i próbując ogarnąć to, co się właśnie wydarzyło.
    
  "Młodzi mężczyźni najwyraźniej przekroczyli tory w tym miejscu" - reporter wskazał na pokryty plastikiem czerwony bałagan tuż pod krawędzią peronu. "Według jedynego ocalałego, którego tożsamość wciąż jest ukrywana, dwóch jego przyjaciół zostało potrąconych... przez pociąg widmo".
    
  "Tak bym pomyślał" - mruknął Sam, sięgając po paczkę chipsów, które Nina zapomniała dokończyć. Nie wierzył zbytnio w przesądy i duchy, ale do takiego kroku skłonił go fakt, że tory ewidentnie nie nadawały się do użytku. Ignorując oczywisty rozlew krwi i tragedię, do czego został wyszkolony, Sam zauważył brak fragmentów torów. Inne zdjęcia kamery pokazywały poważną korozję szyn, uniemożliwiającą przejazd pociągu.
    
  Sam zatrzymał kadr, aby dokładnie przyjrzeć się tłu. Oprócz bujnego wzrostu liści i krzewów na torach, na powierzchni ściany zsypowej przy torach widoczne były ślady spalenia. Wyglądało na świeże, ale nie miał pewności. Nie mając szczególnej wiedzy z zakresu nauk ścisłych ani fizyki, Sam przeczuwał, że czarny ślad po spaleniu powstał w wyniku działania czegoś, co wykorzystuje wysoką temperaturę do wytworzenia siły wystarczającej do zamienienia dwóch osób w miazgę.
    
  Sam odtwarzał raport kilka razy, rozważając każdą możliwość. Przytłoczył on jego umysł do tego stopnia, że zapomniał o okropnej migrenie, którą obdarzyły go bogowie alkoholu. W rzeczywistości był przyzwyczajony do silnych bólów głowy podczas pracy nad skomplikowanymi zbrodniami i podobnymi zagadkami kryminalnymi, więc wolał wierzyć, że kac był po prostu wynikiem ciężkiej pracy umysłu nad rozwikłaniem okoliczności i przyczyn tego wstrząsającego incydentu.
    
  "Purdue, mam nadzieję, że już wstałeś i dochodzisz do siebie, przyjacielu" - uśmiechnął się Sam, powiększając plamę, która zwęgliła połowę ściany matowoczarnym nalotem. "Bo mam coś dla ciebie, kolego".
    
  Purdue byłby idealną osobą do zadania takiego pytania, ale Sam przysiągł sobie, że nie będzie przeszkadzał genialnemu miliarderowi, dopóki ten nie wyzdrowieje po operacjach i nie poczuje się gotowy do ponownej rozmowy. Z drugiej strony, Sam czuł się zobowiązany odwiedzić Purdue, aby sprawdzić, jak się czuje. Od powrotu do Szkocji dwa tygodnie później przebywał na oddziale intensywnej terapii w Wellington i dwóch innych szpitalach.
    
  Nadszedł czas, by Sam przywitał się z Perdue, choćby po to, by go pocieszyć. Dla tak aktywnego człowieka, nagłe przykucie do łóżka na tak długo musiało być dość przygnębiające. Perdue był najbardziej aktywnym umysłowo i fizycznie, jakie Sam kiedykolwiek spotkał, i nie mógł sobie wyobrazić frustracji miliardera, który musiał spędzać każdy dzień w szpitalach, wykonując polecenia i będąc zamkniętym.
    
    
  * * *
    
    
  Sam skontaktował się z Jane, osobistą asystentką Purdue, aby dowiedzieć się adresu prywatnej kliniki, w której się zatrzymał. Pospiesznie nabazgrał wskazówki na białej kartce "Edinburgh Post", którą właśnie kupił przed wyjazdem, i podziękował jej za pomoc. Sam unikał deszczu zalewającego szybę samochodu i dopiero wtedy zaczął się zastanawiać, jak Nina dotarła do domu.
    
  Sam pomyślał, że wystarczy szybki telefon i zadzwonił do Niny. Połączenie powtarzało się bezskutecznie, więc spróbował wysłać SMS-a, mając nadzieję, że odbierze, jak tylko włączy telefon. Popijając kawę na wynos z przydrożnej knajpki, Sam zauważył coś nietypowego na pierwszej stronie "Post". Nie był to nagłówek, ale niewielki nagłówek doklejony w dolnym rogu, wystarczająco duży, by wypełnić całą stronę, ale nie nachalny.
    
  Szczyt światowy w nieznanym miejscu?
    
  Artykuł nie zawierał wielu szczegółów, ale podniósł kwestię nagłego porozumienia między szkockimi radami i ich przedstawicielami w sprawie uczestnictwa w spotkaniu w nieujawnionym miejscu. Samowi nie wydawało się to szczególnie niezwykłe, z wyjątkiem faktu, że nowy burmistrz Oban, Rt. Lance McFadden, również został opisany jako reprezentatywny.
    
  "Trenujesz trochę ponad swoją wagę, MacFadden?" - zażartował Sam pod nosem, dopijając resztę zimnego napoju. "Powinieneś być taki ważny. Gdybyś chciał" - zaśmiał się, odrzucając gazetę na bok.
    
  Znał McFaddena z jego nieustępliwej kampanii wyborczej w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Większość mieszkańców Oban uważała McFaddena za faszystę podszywającego się pod liberalnie nastawionego, współczesnego gubernatora - "burmistrza ludu", że tak powiem. Nina nazywała go tyranem, a Perdue znał go ze wspólnego przedsięwzięcia w Waszyngtonie około 1996 roku, kiedy wspólnie pracowali nad nieudanym eksperymentem z transformacją międzywymiarową i teorią akceleracji cząstek elementarnych. Ani Perdue, ani Nina nie spodziewali się, że ten arogancki drań wygra wybory na burmistrza, ale ostatecznie wszyscy wiedzieli, że stało się tak, ponieważ miał więcej pieniędzy niż jego rywal.
    
  Nina wspomniała, że zastanawia się, skąd wzięła się ta ogromna suma, skoro McFadden nigdy nie był bogaty. Jakiś czas temu sam zwrócił się do Perdue'a o pomoc finansową, ale Perdue oczywiście go odrzucił. Musiał znaleźć jakiegoś idiotę, który nie potrafił go przejrzeć, żeby wsparł jego kampanię, inaczej nigdy nie dotarłby do tego miłego, niepozornego miasteczka.
    
  Pod koniec ostatniego zdania Sam zauważył, że artykuł został napisany przez Aidana Glastona, starszego dziennikarza zajmującego się polityką.
    
  "Nie ma mowy, stary psie" - zaśmiał się Sam. "Wciąż piszesz o tych wszystkich bzdurach po tylu latach, kolego?" Sam pamiętał, jak pracował z Aidanem nad dwoma reportażami kilka lat przed tą pamiętną pierwszą wyprawą z Perdue, która zniechęciła go do dziennikarstwa prasowego. Był zaskoczony, że ten pięćdziesięciokilkuletni dziennikarz nie przeszedł już na emeryturę i zajął się czymś bardziej godnym, na przykład konsultantem politycznym w jakimś programie telewizyjnym, czy czymś takim.
    
  Na telefon Sama przyszła wiadomość.
    
  "Nina!" - wykrzyknął, chwytając swoją starą Nokię, żeby przeczytać jej wiadomość. Jego wzrok przesunął się po imieniu na ekranie. "Nie Nina".
    
  W rzeczywistości była to wiadomość od Purdue, błagająca Sama o przyniesienie nagrania wideo z wyprawy do Zaginionego Miasta do Raichtisusis, historycznej rezydencji Purdue. Sam zmarszczył brwi, słysząc tę dziwną wiadomość. Jak Purdue mógł poprosić go o spotkanie w Raichtisusis, skoro nadal przebywał w szpitalu? Przecież Sam skontaktował się z Jane niecałą godzinę wcześniej, żeby zdobyć adres prywatnej kliniki w Salisbury?
    
  Postanowił zadzwonić do Perdue, żeby upewnić się, że rzeczywiście ma przy sobie telefon komórkowy i że rzeczywiście wykonał połączenie. Perdue odebrał niemal natychmiast.
    
  "Sam, dostałeś moją wiadomość?" - zaczął rozmowę.
    
  "Tak, ale myślałem, że jesteś w szpitalu" - wyjaśnił Sam.
    
  "Tak" - odpowiedział Perdue - "ale dziś po południu mnie wypisują. Czy możesz zrobić to, o co prosiłem?"
    
  Zakładając, że w pokoju z Purdue ktoś był, Sam chętnie zgodził się na prośbę Purdue. "Pozwól mi po prostu wrócić do domu i to odebrać, a spotkamy się u ciebie wieczorem, dobrze?"
    
  "Doskonale" - odpowiedział Perdue i bezceremonialnie się rozłączył. Sam potrzebował chwili, by oswoić nagłe rozłączenie, zanim odpalił samochód i wrócił do domu, by odzyskać nagranie z wyprawy. Przypomniał sobie, jak Perdue poprosił go o sfotografowanie w szczególności ogromnego malowidła na wielkim murze pod domem nazistowskiego naukowca w Neckenhall, złowrogim zakątku Nowej Zelandii.
    
  Dowiedzieli się, że jest znany jako Straszliwy Wąż, ale co do jego dokładnego znaczenia, Perdue, Sam i Nina nie mieli pojęcia. Jeśli chodzi o Perdue, to było to potężne równanie, na które nie było jeszcze wyjaśnienia...
    
  To właśnie powstrzymywało go przed spędzaniem czasu w szpitalu, gdzie dochodził do siebie i odpoczywał - wręcz przeciwnie, dniem i nocą prześladowała go tajemnica pochodzenia Straszliwego Węża. Potrzebował Sama, aby zdobyć szczegółowy obraz, który mógłby skopiować do programu i przeanalizować naturę jego matematycznego zła.
    
  Sam się nie spieszył. Miał jeszcze kilka godzin do lunchu, więc postanowił kupić chińskie jedzenie na wynos i piwo, czekając w domu. Dałoby mu to czas na przejrzenie nagrania i sprawdzenie, czy jest coś konkretnego, co mogłoby zainteresować Purdue. Gdy Sam wjeżdżał samochodem na podjazd, zauważył, że ktoś zasłania mu próg. Nie chcąc zachowywać się jak prawdziwy Szkot i po prostu konfrontować się z nieznajomym, wyłączył silnik i czekał, co ten podejrzany typ chce zrobić.
    
  Mężczyzna przez chwilę mocował się z klamką, ale potem odwrócił się i spojrzał prosto na Sama.
    
  "Jezu Chryste!" - ryknął Sam w swoim samochodzie. "To pieprzony dziewica!"
    
    
  8
  Twarz pod filcowym kapeluszem
    
    
  Ręka Sama opadła do boku, gdzie schował Berettę. W tym momencie nieznajomy znów zaczął szaleńczo krzyczeć, pędząc po schodach w stronę samochodu Sama. Sam uruchomił silnik i wrzucił wsteczny, zanim mężczyzna zdążył go dosięgnąć. Jego opony lizały rozgrzane, czarne ślady na asfalcie, gdy przyspieszał, poza zasięgiem szaleńca ze złamanym nosem.
    
  W lusterku wstecznym Sam zobaczył, że nieznajomy nie tracił czasu i od razu wskoczył do samochodu, ciemnoniebieskiego Taurusa, który wyglądał o wiele bardziej cywilizowanie i solidnie niż jego właściciel.
    
  "Czy ty serio mówisz? Na litość boską! Naprawdę zamierzasz za mną jechać?" - krzyknął Sam z niedowierzaniem. Miał rację i wcisnął gaz do dechy. Wyjechanie na otwartą drogę byłoby błędem, bo jego mały gruchot nigdy nie przebije sześciocylindrowego Taurusa, więc skierował się prosto na teren starego, opuszczonego liceum, kilka przecznic od swojego mieszkania.
    
  Nie minęła nawet chwila, gdy w bocznym lusterku zobaczył obracający się niebieski samochód. Sam martwił się o pieszych. Minie jeszcze trochę czasu, zanim droga się przeludni, a on bał się, że ktoś może wjechać przed jego pędzący samochód. Adrenalina pulsowała mu w sercu, a najgorsze uczucie pozostało w żołądku, ale musiał za wszelką cenę uciec przed tym maniakalnym prześladowcą. Znał go skądś, choć nie potrafił dokładnie określić, a biorąc pod uwagę karierę Sama, było wysoce prawdopodobne, że jego liczni wrogowie byli teraz niczym więcej niż mgliście znajomymi twarzami.
    
  Z powodu przesuwających się chmur Sam musiał włączyć wycieraczki na swojej najcięższej szybie, aby upewnić się, że widzi ludzi pod parasolami i każdego, kto nieostrożnie przebiegnie przez ulicę w ulewnym deszczu. Wielu nie widziało dwóch pędzących samochodów nadjeżdżających w ich kierunku, zasłoniętych kapturami płaszczy, podczas gdy inni po prostu zakładali, że pojazdy zatrzymają się na skrzyżowaniach. Mylili się i omal nie zapłacili za to wysoką cenę.
    
  Dwie kobiety krzyknęły, gdy lewy reflektor Sama omal ich nie minął, gdy przejeżdżali przez ulicę. Pędząc przez lśniący asfalt i betonową drogę, Sam mrugnął światłami i zatrąbił. Niebieski Taurus nic takiego nie zrobił. Ścigający był zainteresowany tylko jednym: Samem Cleve'em. Za ostrym zakrętem na Stanton Road, Sam zaciągnął hamulec ręczny, wprawiając samochód w poślizg i wpadając w zakręt. To była sztuczka, którą znał ze swojej znajomości okolicy, coś, czego dziewica nie wiedziała. Taurus zapiszczał, szaleńczo przechylając się z chodnika na chodnik. Kątem oka Sam dostrzegł jasne iskry od uderzenia o betonową nawierzchnię i aluminiowe kołpaki, ale Taurus pozostał stabilny, gdy tylko opanował skręt.
    
  "Cholera! Cholera! Cholera!" - zachichotał Sam, obficie pocąc się pod grubym swetrem. Nie było innego sposobu, żeby pozbyć się szaleńca depczącego mu po piętach. Strzelanie nie wchodziło w grę. Według jego obliczeń, zbyt wielu pieszych i innych pojazdów korzystało z drogi jako trasy dla pocisków.
    
  W końcu po lewej stronie ukazało mu się stare szkolne boisko. Sam odwrócił się, by przebić się przez to, co pozostało z diamentowego ogrodzenia z siatki. To będzie proste. Zardzewiałe, podarte ogrodzenie ledwo trzymało się narożnego słupka, pozostawiając słaby punkt, który niejeden włóczęga odkrył już dawno temu. "Tak, to chyba to!" krzyknął, wbiegając prosto na chodnik. "To powinno cię martwić, draniu?"
    
  Śmiejąc się buntowniczo, Sam gwałtownie skręcił w lewo, przygotowując się na uderzenie przedniego zderzaka jego biednego samochodu o chodnik. Nieważne, jak bardzo się spodziewał, uderzenie było dziesięć razy silniejsze. Jego szyja poszybowała do przodu, a błotnik zgrzytnął. W tym samym czasie krótkie żebro brutalnie wbiło mu się w kość miednicy - a przynajmniej tak mu się zdawało, zanim zaczął się dalej szarpać. Stary ford Sama straszliwie ocierał się o zardzewiałą krawędź płotu, wbijając się w farbę niczym pazury tygrysa.
    
  Z opuszczoną głową, ze wzrokiem wbitym pod kierownicę, Sam skierował samochód na spękaną nawierzchnię dawnych kortów tenisowych. Teraz na płaskim terenie pozostały jedynie resztki rozgraniczenia i projektu, z prześwitującymi kępami trawy i dzikich roślin. Taurus wjechał w nią z rykiem, gdy Samowi skończyła się nawierzchnia, by jechać dalej. Przed jego pędzącym, zakrzywionym samochodem widniał niski betonowy mur.
    
  "O cholera!" krzyknął, zaciskając zęby.
    
  Niewielka, rozpadająca się ściana prowadziła do stromego zbocza po drugiej stronie. Za nią majaczyły stare sale lekcyjne klasy S3, zbudowane z ostrej czerwonej cegły. Nagłe zatrzymanie, które z pewnością zakończyłoby życie Sama. Nie miał innego wyjścia, jak ponownie zaciągnąć hamulec ręczny, choć było już trochę za późno. Taurus rzucił się na samochód Sama, jakby miał do dyspozycji cały kilometr pasa startowego. Z ogromną siłą Ford praktycznie obrócił się na dwóch kołach.
    
  Deszcz osłabił wzrok Sama. Jego wyczyn przez płot unieruchomił wycieraczki, pozostawiając tylko lewe pióro - bezużyteczne dla kierowcy z kierownicą po prawej stronie. Mimo to miał nadzieję, że niekontrolowany skręt spowolni jego pojazd na tyle, by uniknąć zderzenia z budynkiem szkolnym. To było jego najpilniejsze zmartwienie, biorąc pod uwagę intencje pasażera Taurusa, jego najbliższego pomocnika. Siła odśrodkowa była w okropnym stanie. Chociaż ruch wywołał u Sama wymioty, jej siła była równie skuteczna w ich powstrzymaniu.
    
  Brzęk metalu, a następnie nagłe, szarpnięte zatrzymanie, sprawiły, że Sam podskoczył z fotela. Na szczęście jego ciało nie przebiło przedniej szyby, lecz wylądowało na dźwigni zmiany biegów i większej części fotela pasażera, gdy samochód przestał się obracać.
    
  Jedynymi dźwiękami w uszach Sama były dudnienie deszczu i metaliczny stukot stygnącego silnika. Żebra i kark bolały go okropnie, ale nic mu nie było. Wziął głęboki oddech, gdy uświadomił sobie, że wcale nie jest aż tak poważnie ranny. Nagle jednak przypomniał sobie, dlaczego w ogóle wpakował się w to bagno. Opuszczając głowę, by udawać śmierć dla swojego prześladowcy, Sam poczuł ciepłą strużkę krwi spływającą z ramienia. Skóra była rozdarta tuż pod łokciem, tam gdzie jego dłoń uderzyła w otwartą popielniczkę między siedzeniami.
    
  Słyszał niezdarne kroki chlupoczące w kałużach mokrego cementu. Przerażały go mamrotania nieznajomego, ale jego przeraźliwe krzyki przyprawiały go o dreszcze. Na szczęście teraz tylko mamrotał, ponieważ jego cel przed nim nie uciekał. Sam doszedł do wniosku, że przerażające krzyki mężczyzny rozbrzmiewały tylko wtedy, gdy ktoś przed nim uciekał. Było to, delikatnie mówiąc, upiorne i Sam nie ruszył się z miejsca, próbując oszukać swojego dziwnego prześladowcę.
    
  Podejdź trochę bliżej, skurwielu, pomyślał Sam, a serce waliło mu w uszach niczym grzmot nad głową. Zacisnął palce na rękojeści pistoletu. Choć miał nadzieję, że udawanie śmierci powstrzyma nieznajomego przed zaczepianiem go lub zrobieniem mu krzywdy, mężczyzna po prostu szarpnął drzwi Sama. Jeszcze trochę bliżej, nakazał Samowi wewnętrzny głos ofiary, żebym mógł ci rozwalić łeb. Nikt tego nawet nie usłyszy tutaj, w tym deszczu.
    
  "Udawaj" - powiedział mężczyzna w drzwiach, mimowolnie ignorując chęć Sama, by zmniejszyć dystans między nimi. "Cicho".
    
  Szaleniec albo miał wadę wymowy, albo był upośledzony umysłowo, co mogłoby tłumaczyć jego nieobliczalne zachowanie. Przez myśl Samowi przemknął niedawny reportaż z Kanału 8. Przypomniał sobie, że słyszał o pacjencie, który uciekł z Zakładu dla Obłąkanych Kryminalistów Broadmoor, i zastanawiał się, czy to może być ta sama osoba. Jednak zaraz po tym pytaniu pojawiło się pytanie, czy imię Sam jest mu znajome.
    
  W oddali Sam słyszał policyjne syreny. Jeden z lokalnych przedsiębiorców musiał wezwać policję, gdy w ich okolicy wybuchł pościg samochodowy. Poczuł ulgę. To niewątpliwie przypieczętowałoby los prześladowcy, a on sam pozbyłby się zagrożenia raz na zawsze. Początkowo Sam myślał, że to tylko jednorazowe nieporozumienie, jak te, które często zdarzają się w pubach w sobotnie wieczory. Jednak upór tego przerażającego mężczyzny sprawił, że stał się on czymś więcej niż tylko zbiegiem okoliczności w życiu Sama.
    
  Stawały się coraz głośniejsze, ale obecność mężczyzny pozostała niezaprzeczalna. Ku zaskoczeniu i obrzydzeniu Sama, mężczyzna wślizgnął się pod dach samochodu i złapał nieruchomego dziennikarza, unosząc go bez wysiłku. Nagle Sam upuścił swoją szaradę, ale nie zdążył sięgnąć po pistolet i ten również poleciał na bok.
    
  "Co ty, na miłość boską, wyprawiasz, bezmyślny draniu?" - krzyknął gniewnie Sam, próbując odepchnąć ręce mężczyzny. W tak ciasnej przestrzeni w końcu dostrzegł twarz maniaka w biały dzień. Spod kapelusza skrywała się twarz, która przyprawiłaby demony o dreszcz, podobnie przerażająca, jak jego niepokojąca mowa, ale z bliska wydawał się zupełnie normalny. Przede wszystkim jednak straszliwa siła nieznajomego przekonała Sama, by tym razem nie stawiał oporu.
    
  Rzucił Sama na siedzenie pasażera w swoim samochodzie. Oczywiście, Sam próbował otworzyć drzwi z drugiej strony, żeby uciec, ale cały zamek i klamka zniknęły. Zanim Sam odwrócił się, żeby spróbować wyjść przez siedzenie kierowcy, jego porywacz już odpalał silnik.
    
  "Trzymaj się mocno" - tak Sam zinterpretował rozkaz mężczyzny. Jego usta były jedynie rozcięciem w zwęglonej skórze twarzy. Wtedy Sam zdał sobie sprawę, że jego porywacz nie był szalony ani nie wyczołgał się z czarnej laguny. Został okaleczony, praktycznie bez słowa i zmuszony do noszenia trencza i kapelusza fedora.
    
  "Boże, on mi przypomina Darkmana" - pomyślał Sam, obserwując mężczyznę zręcznie obsługującego Blue Torque Machine. Minęły lata, odkąd Sam czytał powieści graficzne czy coś w tym stylu, ale postać ta doskonale go pamiętała. Odchodząc, Sam opłakiwał stratę swojego pojazdu, nawet jeśli był to szajs z dawnych czasów. Poza tym, zanim Purdue dostał jego telefon komórkowy, on również był starą Nokią BC i nie nadawał się do niczego poza wysyłaniem SMS-ów i szybkimi połączeniami.
    
  "O cholera! Purdue!" - wykrzyknął nonszalancko, przypominając sobie, że miał odebrać nagranie i spotkać się z miliarderem jeszcze tego wieczoru. Jego porywacz po prostu patrzył na niego między unikliwymi ruchami, próbując uciec z gęsto zaludnionych dzielnic Edynburga. "Słuchaj, człowieku, jeśli masz mnie zabić, zrób to. W przeciwnym razie wypuść mnie. Mam bardzo pilne spotkanie i naprawdę nie obchodzi mnie, jak bardzo cię do mnie ciągnie".
    
  "Nie pochlebiaj sobie" - zaśmiał się mężczyzna o poparzonej twarzy, prowadząc samochód niczym dobrze wyszkolony hollywoodzki kaskader. Jego słowa były mocno bełkotliwe, a "s" brzmiało głównie jak "sz", ale Sam zauważył, że krótki czas spędzony w jego towarzystwie pozwolił jego uszom przyzwyczaić się do wyraźnej dykcji.
    
  Taurus przeskoczył żółte znaki drogowe wzdłuż drogi, przy której zjeżdżali z rampy na autostradę. Do tej pory na ich drodze nie było żadnych radiowozów. Nie dotarli jeszcze, gdy mężczyzna wyprowadził Sama z parkingu, i nie byli pewni, gdzie rozpocząć pościg.
    
  "Dokąd idziemy?" zapytał Sam, a jego początkowa panika powoli przerodziła się w rozczarowanie.
    
  "Miejsce do rozmów" - odpowiedział mężczyzna.
    
  "O mój Boże, wyglądasz tak znajomo" - mruknął Sam.
    
  "Skąd możesz wiedzieć?" - zapytał sarkastycznie porywacz. Było jasne, że niepełnosprawność nie wpłynęła na jego nastawienie, co czyniło go jednym z tych typów - takich, którzy nie przejmują się ograniczeniami. Skuteczny sojusznik. Śmiertelny wróg.
    
    
  9
  Powrót do domu z Purdue
    
    
  "Zgłoszę to jako bardzo zły pomysł" - jęknął dr Patel, niechętnie wypisując niechętnego pacjenta. "Nie mam konkretnego uzasadnienia dla trzymania cię w zamknięciu, Davidzie, ale nie jestem pewien, czy możesz już wrócić do domu".
    
  "Zanotowane" - uśmiechnął się Perdue, opierając się na swojej nowej lasce. "W każdym razie, staruszku, postaram się nie podrażniać ran i szwów. Poza tym, umówiłem się na opiekę domową dwa razy w tygodniu, aż do następnej wizyty".
    
  "Naprawdę? To mnie trochę uspokoiło" - przyznał dr Patel. "Jakich metod leczenia pan używa?"
    
  Figlarny uśmiech Purdue'a wzbudził niepokój u chirurga. "Korzystam z usług pielęgniarki Hurst prywatnie, poza jej standardowymi godzinami pracy, więc nie powinno to w żaden sposób kolidować z jej pracą. Dwa razy w tygodniu. Godzina na ocenę i leczenie. Co pan o tym sądzi?"
    
  Doktor Patel zamilkł, oszołomiony. "Do diabła, David, naprawdę nie możesz pozwolić, żeby jakakolwiek tajemnica wymknęła ci się z rąk, prawda?"
    
  "Słuchajcie, czuję się okropnie, że nie było mnie tam, kiedy jej mąż mógłby skorzystać z mojej inspiracji, nawet z moralnego punktu widzenia. Przynajmniej mogę spróbować jakoś zrekompensować moją nieobecność w tamtym czasie".
    
  Chirurg westchnął i położył dłoń na ramieniu Purdue'a, pochylając się, by delikatnie mu przypomnieć: "To niczego nie uratuje, wiesz. Ten człowiek nie żyje. Nic dobrego, co teraz spróbujesz zrobić, nie przywróci go do życia ani nie spełni jego marzeń".
    
  "Wiem, wiem, to nie ma sensu, ale nieważne, Harun, pozwól mi to zrobić. Przynajmniej spotkanie z pielęgniarką Hurst trochę uspokoi moje sumienie. Proszę, pozwól mi to zrobić" - błagał Perdue. Doktor Patel nie mógł zaprzeczyć, że jest to psychologicznie wykonalne. Musiał przyznać, że każda odrobina komfortu psychicznego, jaką Perdue mógł mu zapewnić, pomogłaby mu otrząsnąć się po jego niedawnej gehennie. Nie było wątpliwości, że jego rany zagoją się niemal tak dobrze, jak przed atakiem, ale Perdue musiał za wszelką cenę czymś zająć umysł.
    
  "Nie martw się, Davidzie" - odpowiedział dr Patel. "Wierz lub nie, ale doskonale rozumiem, co próbujesz zrobić. I jestem z tobą, przyjacielu. Rób to, co uważasz za zbawienne i naprawcze. To może ci tylko przynieść korzyści".
    
  "Dziękuję" - uśmiechnął się Perdue, szczerze zadowolony ze zgody lekarza. Chwila niezręcznej ciszy minęła między końcem rozmowy a wyjściem pielęgniarki Hurst z szatni.
    
  "Przepraszam, że tak długo mi to zajęło, panie Purdue" - wyrzuciła z siebie szybko. "Miałam mały problem z pończochami, jeśli pan musi wiedzieć".
    
  Doktor Patel nadąsał się i stłumił rozbawienie jej stwierdzeniem, ale Purdue, jak zawsze uprzejmy dżentelmen, natychmiast zmienił temat, by oszczędzić jej dalszego zażenowania. "Więc może powinniśmy już iść? Spodziewam się kogoś wkrótce".
    
  "Wychodzicie razem?" - zapytał szybko doktor Patel, wyglądając na zaskoczonego.
    
  "Tak, doktorze" - wyjaśniła pielęgniarka. "Zaproponowałam, że odwiozę pana Purdue do domu po drodze. Pomyślałam, że to będzie okazja, żeby znaleźć najlepszą drogę do jego posiadłości. Nigdy wcześniej nie wspinałam się w ten sposób, więc teraz mogę zapamiętać trasę".
    
  "Aha, rozumiem" - odpowiedział Harun Patel, choć jego wyraz twarzy zdradzał podejrzliwość. Nadal uważał, że David Purdue potrzebuje czegoś więcej niż tylko medycznej wiedzy Lilith, ale niestety, to nie jego sprawa.
    
  Perdue dotarł do Reichtisusis później, niż się spodziewał. Lilith Hearst nalegała, żeby najpierw zatankowali jej samochód, co trochę ich opóźniło, ale i tak dotarli na czas. W środku Perdue czuł się jak dziecko w poranek swoich urodzin. Nie mógł się doczekać powrotu do domu, spodziewając się, że Sam będzie na niego czekał z nagrodą, której pragnął, odkąd zgubili się w piekielnym labiryncie Zaginionego Miasta.
    
  "O rany, panie Purdue, jakież to miejsce pan ma!" - wykrzyknęła Lilith z szeroko otwartymi ustami, pochylając się nad kierownicą, by spojrzeć na majestatyczne bramy Reichtischusis. "To niesamowite! Boże, nie mogę sobie wyobrazić pańskiego rachunku za prąd".
    
  Perdue zaśmiał się serdecznie z jej szczerości. Jej pozornie skromny styl życia był miłą odmianą od towarzystwa bogatych właścicieli ziemskich, potentatów i polityków, do którego był przyzwyczajony.
    
  "To całkiem fajne" - udawał.
    
  Lilith szeroko otworzyła oczy. "Oczywiście. Jakby ktoś taki jak ty wiedział, co to znaczy być cool. Założę się, że nic nie jest zbyt drogie dla twojego portfela". Natychmiast zdała sobie sprawę, co sugeruje, i aż westchnęła. "O mój Boże. Panie Purdue, przepraszam! Jestem w depresji. Mam tendencję do mówienia tego, co myślę..."
    
  "W porządku, Lilith" - zaśmiał się. "Proszę, nie przepraszaj za to. To dla mnie orzeźwiające. Przyzwyczaiłem się do tego, że ludzie całują mnie w dupę przez cały dzień, więc miło usłyszeć, co ktoś myśli".
    
  Powoli pokręciła głową, mijając budkę ochrony i podjechała pod niewielkie wzniesienie w stronę imponującego, starego budynku, który Purdue nazywał domem. Gdy samochód zbliżał się do rezydencji, Purdue niemal wyskoczył, żeby zobaczyć Sama i taśmę wideo, która miała mu towarzyszyć. Chciał, żeby pielęgniarka jechała trochę szybciej, ale nie odważył się poprosić.
    
  "Twój ogród jest piękny" - zauważyła. "Spójrz na te wszystkie niesamowite kamienne budowle. Czy to kiedyś był zamek?"
    
  "Nie zamek, moja droga, ale blisko. To miejsce historyczne, więc jestem pewien, że kiedyś powstrzymywało intruzów i chroniło wielu ludzi przed krzywdą. Kiedy po raz pierwszy badaliśmy posiadłość, odkryliśmy pozostałości rozległych stajni i kwater dla służby. Są nawet ruiny starej kaplicy po wschodniej stronie posiadłości" - opisywał z nostalgią, czerpiąc ogromną dumę ze swojej edynburskiej rezydencji. Oczywiście miał kilka domów na całym świecie, ale główny dom w rodzinnej Szkocji uważał za główną siedzibę swojej fortuny z Purdue.
    
  Gdy tylko samochód zatrzymał się przed głównymi drzwiami, Perdue otworzył drzwi.
    
  "Proszę uważać, panie Purdue!" krzyknęła. Zaniepokojona, wyłączyła silnik i pospieszyła w jego stronę, akurat gdy Charles, jego kamerdyner, otwierał drzwi.
    
  "Witamy ponownie, proszę pana" - powiedział Charles swoim sztywnym, oschłym tonem. "Spodziewaliśmy się pana za dwa dni". Zszedł po schodach, żeby zabrać torby Perdue, podczas gdy siwowłosy miliarder pobiegł do schodów tak szybko, jak tylko mógł. "Dzień dobry pani" - Charles powitał pielęgniarkę, która skinęła głową na znak, że nie ma pojęcia, kim ona jest, ale skoro przyszła z Perdue, uważał ją za ważną.
    
  "Panie Perdue, nie może pan jeszcze tak obciążać nogi" - jęknęła za nim, próbując dotrzymać mu kroku. "Panie Perdue..."
    
  "Po prostu pomóż mi wejść po schodach, dobrze?" zapytał uprzejmie, choć w jego głosie wyczuła nutę głębokiego zaniepokojenia. "Charles?"
    
  "Tak, proszę pana."
    
  "Czy pan Cleve już przyjechał?" - zapytał Purdue, niecierpliwie zmieniając krok.
    
  "Nie, proszę pana" - odpowiedział Charles nonszalancko. To była skromna odpowiedź, ale na twarzy Purdue"a malowało się przerażenie. Przez chwilę stał nieruchomo, trzymając pielęgniarkę za rękę i tęsknie patrząc na swojego lokaja.
    
  "Nie?" prychnął w panice.
    
  Właśnie wtedy w drzwiach pojawiły się Lillian i Jane, jego gospodyni i osobista asystentka.
    
  "Nie, proszę pana. Był cały dzień poza domem. Spodziewał się pan go?" - zapytał Charles.
    
  "Czy ja... czy ja się spodziewałam... Boże, Charles, czy pytałabym, czy on tu jest, gdybym się go nie spodziewała?" Słowa Purdue były nietypowe. Słysząc krzyk ich zazwyczaj niewzruszonego pracodawcy, kobiety wymieniły zakłopotane spojrzenia z Charlesem, który pozostał bez słowa.
    
  "Zadzwonił?" - zapytał Purdue Jane.
    
  "Dobry wieczór, panie Purdue" - odpowiedziała ostro. W przeciwieństwie do Lillian i Charlesa, Jane nie wahała się zganić szefa, gdy ten przekroczył granice lub coś było nie tak. Zazwyczaj była jego moralnym kompasem i prawą ręką, gdy potrzebował opinii. Zobaczył, jak krzyżuje ramiona, i zrozumiał, że zachowuje się jak palant.
    
  "Przepraszam" - westchnął. "Po prostu pilnie czekam na Sama. Miło was wszystkich widzieć. Naprawdę."
    
  "Słyszeliśmy, co się panu przydarzyło w Nowej Zelandii, proszę pana. Tak się cieszę, że nadal pan kopie i dochodzi do siebie" - mruknęła Lillian, współpracowniczka o matczynym usposobieniu, z słodkim uśmiechem i naiwnymi myślami.
    
  "Dziękuję, Lily" - wyszeptał, zdyszany z wysiłku wdrapania się do drzwi. "Moja gęś była prawie gotowa, tak, ale dałem radę". Widzieli, że Purdue jest bardzo zdenerwowany, ale starał się zachować uprzejmość. "Dobrze, tu pielęgniarka Hurst z kliniki w Salisbury. Będzie opatrywać moje rany dwa razy w tygodniu".
    
  Po krótkiej wymianie uprzejmości wszyscy ucichli i odsunęli się na bok, pozwalając Purdue wejść do holu. W końcu ponownie spojrzał na Jane. Znacznie mniej kpiącym tonem zapytał ponownie: "Czy Sam w ogóle dzwonił, Jane?"
    
  "Nie" - odpowiedziała cicho. "Czy chcesz, żebym do niego zadzwoniła, kiedy będziesz się tak długo urządzać?"
    
  Chciał zaprotestować, ale wiedział, że jej sugestia jest całkowicie rozsądna. Pielęgniarka Hurst z pewnością będzie nalegać na ocenę jego stanu przed wyjściem, a Lillian będzie nalegać, żeby go dobrze nakarmić, zanim pozwoli jej wyjść wieczorem. Skinął ze zmęczeniem głową. "Proszę, zadzwoń do niego i dowiedz się, co jest przyczyną opóźnienia, Jane".
    
  "Oczywiście" - uśmiechnęła się i zaczęła wchodzić po schodach do biura na pierwszym piętrze. Zawołała go. "I proszę, odpocznij trochę. Jestem pewna, że Sam tam będzie, nawet jeśli nie będę mogła się z nim skontaktować".
    
  "Tak, tak" - pomachał uprzejmie i kontynuował mozolne wchodzenie po schodach. Lilith, opiekując się pacjentem, podziwiała wspaniałą rezydencję. Nigdy nie widziała takiego luksusu w domu osoby spoza rodziny królewskiej. Sama nigdy nie była w tak bogatym domu. Mieszkając w Edynburgu od kilku lat, znała słynnego odkrywcę, który zbudował imperium dzięki swojemu wysokiemu ilorazowi inteligencji. Purdue był prominentnym mieszkańcem Edynburga, którego sława i niesława rozprzestrzeniły się po całym świecie.
    
  Najbardziej wpływowe osobistości świata finansów, polityki i nauki znały Davida Perdue. Jednak wielu z nich znienawidziło jego istnienie. Wiedziała o tym doskonale. Niemniej jednak nawet jego wrogowie nie mogli zaprzeczyć jego geniuszowi. Jako była studentka fizyki i chemii teoretycznej, Lilith była zafascynowana wszechstronną wiedzą, jaką Perdue demonstrował przez lata. Teraz była świadkiem owocu jego wynalazków i historii poszukiwań relikwii.
    
  Wysokie sufity w lobby hotelu Wrichtishousis sięgały trzech pięter, zanim zostały pochłonięte przez ściany nośne poszczególnych apartamentów i kondygnacji, a także przez podłogi. Marmurowe i starożytne posadzki z wapienia zdobiły Dom Lewiatana, a sądząc po wyglądzie tego miejsca, niewiele było tam dekoracji starszych niż XVI wiek.
    
  "Ma pan piękny dom, panie Purdue" - wyszeptała.
    
  "Dziękuję" - uśmiechnął się. "Byłeś kiedyś naukowcem z zawodu, prawda?"
    
  "Tak", odpowiedziała, patrząc nieco poważnie.
    
  "Kiedy wrócisz w przyszłym tygodniu, może mógłbym oprowadzić cię po moich laboratoriach" - zasugerował.
    
  Lilith wyglądała na mniej entuzjastyczną, niż się spodziewał. "Właściwie byłam w laboratorium. Właściwie, twoja firma ma trzy różne oddziały, Skorpionie Majorusie" - pochwaliła się, próbując zrobić na nim wrażenie. Oczy Purdue'a błysnęły psotnie. Pokręcił głową.
    
  "Nie, moja droga, mam na myśli laboratoria testowe w domu" - powiedział, czując, jak działanie środka przeciwbólowego i niedawna frustracja związana z Samem sprawiają, że robi mu się senno.
    
  "Tutaj?" przełknęła ślinę, w końcu reagując tak, jak się spodziewał.
    
  "Tak, proszę pani. Tam, poniżej poziomu holu. Pokażę pani następnym razem" - pochwalił się. Był niezmiernie zadowolony z tego, jak młoda pielęgniarka zarumieniła się na jego propozycję. Jej uśmiech sprawił mu przyjemność i przez chwilę uwierzył, że być może uda mu się wynagrodzić jej poświęcenie z powodu choroby męża. Taki był jego zamiar, ale ona miała na myśli coś więcej niż tylko małe zadośćuczynienie za winę Davida Perdue.
    
    
  10
  Oszustwo w Oban
    
    
  Nina wynajęła samochód, żeby wrócić do Oban z domu Sama. Cudownie było wrócić do domu, do swojego starego domu, z widokiem na wzburzone wody zatoki Oban. Jedyne, czego nienawidziła w powrocie do domu po długiej podróży, to sprzątanie. Jej dom wcale nie był mały, a ona była w nim jedyną mieszkanką.
    
  Zatrudniała sprzątaczki, które przychodziły raz w tygodniu, żeby pomóc jej w utrzymaniu zabytkowego miejsca, które nabyła lata temu. W końcu znudziło ją oddawanie antyków sprzątaczkom, które żądały dodatkowych pieniędzy od każdego naiwnego kolekcjonera antyków. Poza spoconymi palcami, Nina straciła więcej niż jej część ukochanych rzeczy z powodu niedbałych gospodyń domowych, niszcząc cenne relikwie, które zdobyła, ryzykując życie głównie podczas wypraw na Purdue. Bycie historykiem nie było powołaniem dla dr Niny Gould, ale bardzo konkretną obsesją, taką, która była jej bliższa niż nowoczesne udogodnienia jej epoki. To było jej życie. Przeszłość była jej skarbnicą wiedzy, bezdenną studnią fascynujących opowieści i pięknych artefaktów, wykonanych piórem i gliną przez odważniejsze, silniejsze cywilizacje.
    
  Sam jeszcze nie zadzwonił, ale rozpoznała w nim roztargnionego mężczyznę, ciągle zajętego czymś nowym. Niczym pies gończy, potrzebował tylko tropu przygody lub możliwości skupienia się na czymś. Zastanawiała się, co myśli o reportażu, który mu zostawiła, ale nie była aż tak skrupulatna w swojej analizie.
    
  Dzień był pochmurny, więc nie było powodu, by spacerować brzegiem morza ani zatrzymywać się w kawiarni po grzeszną przyjemność - sernik truskawkowy - w lodówce, nieupieczony. Nawet tak pyszny cud jak sernik nie był w stanie skusić Niny do wyjścia na zewnątrz w szary, mżący dzień, co świadczyło o jej dyskomforcie. Przez jedno z okien wykuszowych Nina widziała mękę podróży tych, którzy w końcu odważyli się tego dnia wyjść na zewnątrz i ponownie sobie podziękowała.
    
  "Och, co ty wyprawiasz?" wyszeptała, przyciskając twarz do fałdy koronkowej firanki i wyglądając na zewnątrz, niezbyt dyskretnie. Nina dostrzegła pod domem, na stromym zboczu trawnika, starego pana Hemminga, który powoli wspinał się drogą w okropną pogodę i woła do swojego psa.
    
  Pan Hemming był jednym z najstarszych mieszkańców Dunoiran Road, wdowcem o znakomitej przeszłości. Wiedziała o tym, ponieważ po kilku whisky nic nie mogło go powstrzymać od opowiadania historii z młodości. Czy to na przyjęciu, czy w pubie, stary mistrz inżynierii nigdy nie przepuścił okazji, by rozwodzić się do świtu - opowieści, którą każdy wystarczająco trzeźwy zapamięta. Gdy zaczął przechodzić przez ulicę, Nina zauważyła czarny samochód pędzący kilka domów dalej. Ponieważ jej okno znajdowało się tak wysoko nad ulicą, tylko ona mogła to przewidzieć.
    
  "O mój Boże" - wyszeptała i szybko pobiegła do drzwi. Boso, ubrana tylko w dżinsy i stanik, Nina zbiegła po schodach na swoją popękaną ścieżkę. Biegnąc, krzyczała jego imię, ale deszcz i grzmoty uniemożliwiły mu usłyszenie jej ostrzeżenia.
    
  "Panie Hemming! Uważaj na samochód!" krzyknęła Nina, a jej stopy ledwo czuły chłód mokrych kałuż i trawy, przez które brnęła. Lodowaty wiatr szczypał ją w gołą skórę. Odwróciła głowę w prawo, żeby ocenić odległość do szybko zbliżającego się samochodu, przedzierającego się przez przepełniony rów. "Panie Hemming!"
    
  Zanim Nina dotarła do furtki w swoim ogrodzeniu, pan Hemming był już w połowie drogi, wołając psa. Jak zawsze, w pośpiechu, jej wilgotne palce ślizgały się i mocowały z zasuwką, nie mogąc wystarczająco szybko wyjąć zawleczki. Walcząc z zamkiem, wciąż krzyczała jego imię. Ponieważ nie było innych pieszych na tyle szalonych, by zapuszczać się w taką pogodę, była jego jedyną nadzieją, jego jedynym zwiastunem.
    
  "O, cholera!" krzyknęła z rozpaczą, gdy tylko zawleczka odpięła się. Właściwie to właśnie jej przekleństwa w końcu przykuły uwagę pana Hemminga. Zmarszczył brwi i powoli odwrócił się, żeby zobaczyć, skąd dochodzi przekleństwo, ale leciało w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara, zasłaniając mu widok na nadjeżdżający samochód. Na widok przystojnego, skąpo odzianego historyka, starzec poczuł dziwny przypływ nostalgii za dawnymi czasami.
    
  "Dzień dobry, doktor Gould" - przywitał się. Na jego twarzy pojawił się lekki uśmieszek, gdy zobaczył ją w staniku. Sądząc po zimnie, pomyślał, że jest albo pijana, albo szalona.
    
  "Panie Hemming!" - wciąż krzyczała, biegnąc w jego stronę. Jego uśmiech zniknął, gdy zaczął wątpić w intencje szaleńczyni wobec niego. Był jednak za stary, żeby jej uciec, więc czekał na uderzenie i miał nadzieję, że nie zrobi mu krzywdy. Z lewej strony rozległ się ogłuszający plusk wody, a w końcu odwrócił głowę i zobaczył potwornego czarnego mercedesa sunącego w jego kierunku. Białe, spienione błotniki unosiły się z drogi po obu stronach, gdy opony przecinały wodę.
    
  "Cholera...!" - wydyszał, szeroko otwierając oczy z przerażenia, ale Nina chwyciła go za przedramię. Szarpnęła go tak mocno, że upadł na chodnik, ale szybkość jej ruchów uratowała go przed uderzeniem w błotnik mercedesa. Nina i stary pan Hemming, porwani przez falę wody wzbitą przez samochód, kulili się za zaparkowanym samochodem, aż szok w mercedesie minął.
    
  Nina natychmiast podskoczyła.
    
  "Wpadniesz w kłopoty, dupku! Dopadnę cię i skopię ci tyłek, dupku!" - powitała obelgi wymierzone w idiotę w luksusowym aucie. Jej ciemne włosy okalały twarz i szyję, otulając krągłe piersi, gdy warczała na ulicy. Mercedes skręcił za zakręt i stopniowo zniknął za kamiennym mostem. Nina była wściekła i zmarznięta. Wyciągnęła rękę do oszołomionego seniora, drżącego z zimna.
    
  "Chodź, panie Hemming, zabierzemy pana do środka, zanim pan umrze" - zasugerowała stanowczo Nina. Jego zakrzywione palce zacisnęły się na jej dłoni, a ona ostrożnie podniosła wątłego mężczyznę na nogi.
    
  "Mój pies, Betsy" - mruknął, wciąż w szoku wywołanym strachem, jaki wywołała w nim groźba - "uciekła, gdy zaczął grzmieć".
    
  "Nie martw się, panie Hemming, znajdziemy ją dla ciebie, dobrze? Tylko trzymaj się z dala od deszczu. Boże, tropiłam tego drania" - zapewniła go, łapiąc oddech krótkimi sapnięciami.
    
  "Nic nie możesz z nimi zrobić, doktor Gould" - mruknął, gdy prowadziła go przez ulicę. "Wolą cię zabić, niż tracić chwilę na usprawiedliwianie swoich czynów, dranie".
    
  "Kto?" zapytała.
    
  Skinął głową w stronę mostu, gdzie zniknął samochód. "Oni! Porzucone pozostałości po tym, co kiedyś było dobrą gminą, kiedy Obanem rządziła sprawiedliwa rada zacnych ludzi".
    
  Zmarszczyła brwi, wyglądając na zdezorientowaną. "C-co? Mówisz mi, że wiesz, do kogo należy ten samochód?"
    
  "Oczywiście!" - odpowiedział, gdy otworzyła mu furtkę do ogrodu. "Te przeklęte sępy w ratuszu. McFadden! Ta świnia! On zniszczy to miasto, ale młodzi ludzie nie przejmują się już, kto rządzi, dopóki mogą dalej się puszczać i imprezować. To oni powinni byli głosować. Zagłosowali za jego usunięciem, powinni, ale tego nie zrobili. Pieniądze wygrały. Głosowałem przeciwko temu łajdakowi. Tak. I on o tym wie. Zna wszystkich, którzy na niego głosowali".
    
  Nina pamiętała, jak jakiś czas temu widziała McFaddena w wiadomościach, uczestniczącego w bardzo wrażliwym, tajnym spotkaniu, którego charakteru kanały informacyjne nie ujawniły. Większość mieszkańców Oban lubiła pana Hemminga, ale większość uważała jego poglądy polityczne za zbyt staroświeckie, za jednego z tych zaprawionych w bojach przeciwników, którzy nie tolerują postępu.
    
  "Skąd mógł wiedzieć, kto głosował przeciwko niemu? I co mógł zrobić?" - rzuciła wyzwanie złoczyńcy, ale pan Hemming był nieugięty, domagając się ostrożności. Cierpliwie prowadziła go po stromym zboczu swojej ścieżki, wiedząc, że jego serce nie wytrzyma mozolnego marszu pod górę.
    
  "Słuchaj, Nino, on wie. Nie znam się na nowoczesnej technologii, ale krążą plotki, że używa urządzeń do monitorowania obywateli i że miał zainstalowane ukryte kamery nad kabinami wyborczymi" - kontynuował staruszek, jak zawsze. Tyle że tym razem jego paplanina nie była bajką ani miłym wspomnieniem minionych dni; nie; przybrała formę poważnych oskarżeń.
    
  "Jak on może sobie na to wszystko pozwolić, panie Hemming?" zapytała. "Wiesz, że to będzie kosztować fortunę".
    
  Wielkie oczy spojrzały na Ninę spod mokrych, nieuczesanych brwi. "Och, on ma przyjaciół, doktorze Gould. Ma przyjaciół z grubymi portfelami, którzy wspierają jego kampanie i opłacają wszystkie jego podróże i spotkania".
    
  Posadziła go przed ciepłym kominkiem, gdzie ogień lizał wylot komina. Złapała kaszmirowy narzut z sofy i owinęła go nim, pocierając mu dłonie o narzutę, żeby się ogrzał. Spojrzał na nią z brutalną szczerością. "Myślisz, że dlaczego próbowali mnie przejechać? Byłem głównym przeciwnikiem ich propozycji podczas wiecu. Ja i Anton Leving, pamiętasz? Wypowiedzieliśmy się przeciwko kampanii McFaddena".
    
  Nina skinęła głową. "Tak, pamiętam. Byłam wtedy w Hiszpanii, ale śledziłam wszystko w mediach społecznościowych. Masz rację. Wszyscy byli przekonani, że Leving zdobędzie kolejne miejsce w Radzie Miasta, ale wszyscy byliśmy zdruzgotani, gdy niespodziewanie wygrał McFadden. Czy Leving zamierza zgłosić sprzeciw lub ogłosić ponowne głosowanie w radzie?"
    
  Starzec uśmiechnął się gorzko, wpatrując się w ogień, a jego usta wykrzywiły się w ponurym uśmiechu.
    
  "On nie żyje."
    
  "Kto? Żyjący?" - zapytała z niedowierzaniem.
    
  "Tak, Leving nie żyje. W zeszłym tygodniu" - pan Hemming spojrzał na nią z sarkastycznym wyrazem twarzy - "miał wypadek, tak mówili".
    
  "Co?" zmarszczyła brwi. Nina była kompletnie oszołomiona złowieszczymi wydarzeniami rozgrywającymi się w jej własnym mieście. "Co się stało?"
    
  "Podobno spadł ze schodów swojego wiktoriańskiego domu, będąc pod wpływem alkoholu" - relacjonował starzec, ale jego twarz grała inną kartą. "Wiesz, wiedziałem, że Living ma trzydzieści dwa lata i nigdy nie wypił więcej niż kieliszek sherry od święta. Jak mógł być pod wpływem alkoholu? Jak mógł być tak pijany, że nie mógł wejść po tych cholernych schodach, po których chodził przez dwadzieścia pięć lat w tym samym domu, doktorze Gould?" Zaśmiał się, wspominając własne, niemal tragiczne doświadczenie. "I wygląda na to, że dzisiaj była moja kolej na szubienicę".
    
  "To będzie ten dzień" - zaśmiała się cicho, rozważając tę informację, zakładając szlafrok i wiążąc go.
    
  "Teraz jest pan w to zamieszany, doktorze Gould" - ostrzegł. "Zniszczył pan ich szansę na zabicie mnie. Jest pan teraz w samym środku burzy gówna".
    
  "Dobrze" - powiedziała Nina z twardym spojrzeniem. "Właśnie tu czuję się najlepiej".
    
    
  11
  Sedno sprawy
    
    
  Porywacz Sama zjechał z autostrady na wschód drogą A68, kierując się w stronę nieznanego.
    
  "Dokąd mnie zabierasz?" zapytał Sam spokojnym, przyjaznym głosem.
    
  "Vogri" - odpowiedział mężczyzna.
    
  "Vogri Country Park?" odpowiedział Sam bez zastanowienia.
    
  "Tak, Sam" - odpowiedział mężczyzna.
    
  Sam przez chwilę rozważał odpowiedź Swifta, oceniając poziom zagrożenia związany z tym miejscem. Właściwie było to całkiem przyjemne miejsce, nie takie, gdzie koniecznie trzeba by go wypatroszyć albo powiesić na drzewie. W rzeczywistości park był regularnie odwiedzany, ponieważ przeplatały się tam tereny leśne, gdzie ludzie przychodzili grać w golfa, wędrować lub bawić się z dziećmi na placu zabaw mieszkańców. Od razu poczuł się lepiej. Jedna rzecz skłoniła go do ponownego pytania: "A tak przy okazji, jak masz na imię, kolego? Wyglądasz znajomo, ale wątpię, żebym cię znał".
    
  "Nazywam się George Masters, Sam. Znasz mnie z brzydkich czarno-białych zdjęć, które uprzejmie udostępnił nam nasz wspólny przyjaciel Aidan z Edinburgh Post" - wyjaśnił.
    
  "Kiedy mówisz o Aidanie jako o przyjacielu, czy mówisz sarkastycznie, czy on naprawdę jest twoim przyjacielem?" - zapytał Sam.
    
  "Nie, jesteśmy przyjaciółmi w staromodnym sensie" - odpowiedział George, nie spuszczając wzroku z drogi. "Zabiorę cię do Vogri, żebyśmy mogli porozmawiać, a potem cię puszczę". Powoli odwrócił głowę, by pobłogosławić Sama swoim wyrazem twarzy i dodał: "Nie chciałem cię śledzić, ale masz tendencję do reagowania skrajną niechęcią, zanim jeszcze zorientujesz się, co się dzieje. To, jak zachowujesz spokój podczas operacji specjalnych, jest dla mnie niepojęte".
    
  "Byłem pijany, kiedy przyparłeś mnie do muru w męskiej toalecie, George" - próbował wyjaśnić Sam, ale to nie miało żadnego efektu. "Co miałem myśleć?"
    
  George Masters zaśmiał się pod nosem. "Chyba nie spodziewałeś się zobaczyć w tym barze kogoś tak przystojnego jak ja. Mógłbym sprawić, że będzie lepiej... albo mógłbyś spędzać więcej czasu na trzeźwo".
    
  "Hej, kurwa, to były moje urodziny" - bronił się Sam. "Miałem pełne prawo być wściekły".
    
  "Może i tak, ale teraz to nie ma znaczenia" - odparł George. "Wtedy uciekłeś i uciekłeś znowu, nie dając mi nawet szansy na wyjaśnienie, czego od ciebie chcę".
    
  "Chyba masz rację" - westchnął Sam, gdy skręcili w drogę prowadzącą do pięknej dzielnicy Vogri. Wiktoriański dom, od którego park wziął swoją nazwę, wyłonił się spomiędzy drzew, gdy samochód znacznie zwolnił.
    
  "Rzeka utrudni nam rozmowę" - zauważył George - "w razie gdyby nas obserwowali lub podsłuchiwali".
    
  "Oni?" Sam zmarszczył brwi, zafascynowany paranoją swojego porywacza, tego samego człowieka, który przed chwilą krytykował jego paranoiczne reakcje. "Masz na myśli kogoś, kto nie widział karnawału szaleństwa na punkcie prędkości, który urządzaliśmy u siebie?"
    
  "Wiesz, kim oni są, Sam. Byli niezwykle cierpliwi, obserwując ciebie i przystojnego historyka... obserwując Davida Purdue..." powiedział, idąc nad brzeg rzeki Tyne, przepływającej przez posiadłość.
    
  "Czekaj, znasz Ninę i Perdue?" - wydyszał Sam. "Co oni mają wspólnego z tym, dlaczego mnie śledzisz?"
    
  George westchnął. Czas było przejść do sedna sprawy. Zamilkł bez słowa, wpatrując się w horyzont oczami ukrytymi pod zniekształconymi brwiami. Woda dawała Samowi poczucie spokoju, niczym Eve pod mżawką szarych chmur. Włosy powiewały mu wokół twarzy, gdy czekał, aż George wyjaśni mu swój cel.
    
  "Będę zwięzły, Sam" - powiedział George. "Nie potrafię teraz wyjaśnić, skąd to wszystko wiem, ale po prostu mi zaufaj". Zauważywszy, że reporter po prostu patrzył na niego bez wyrazu, kontynuował: "Czy nadal masz nagranie z "Straszliwym Wężem", Sam? To nagranie, które nagrałeś, kiedy byliście wszyscy w Zaginionym Mieście, masz je przy sobie?"
    
  Sam szybko się zastanowił. Postanowił zachować niejasne odpowiedzi, dopóki nie upewnił się co do intencji George'a Mastersa. "Nie, zostawiłem list u dr Gould, ale ona jest za granicą".
    
  "Naprawdę?" - odparł nonszalancko George. "Powinieneś czytać gazety, Panie Sławny Dziennikarzu. Wczoraj uratowała życie prominentnej osobie ze swojego rodzinnego miasta, więc albo mnie okłamujesz, albo ona potrafi bilokować".
    
  "Słuchaj, powiedz mi tylko, co musisz mi powiedzieć, na litość boską. Przez twoje chujowe podejście skreśliłem samochód i nadal będę musiał się tym zajmować, kiedy skończysz się bawić w parku rozrywki" - warknął Sam.
    
  "Masz przy sobie nagranie z "Strasznym Wężem"?" - powtórzył George na swój własny, onieśmielający sposób. Każde słowo było jak młot uderzający w kowadło w uszach Sama. Nie miał wyjścia z rozmowy ani wyjścia z parku bez George"a.
    
  "Ten... Straszliwy Wąż?" - upierał się Sam. Niewiele wiedział o rzeczach, które Purdue poprosiło go o sfilmowanie w głębi nowozelandzkich gór i wolał to. Jego ciekawość zazwyczaj ograniczała się do tego, co go interesowało, a fizyka i liczby nie były jego mocną stroną.
    
  "Jezu Chryste!" - wrzasnął George swoim powolnym, bełkotliwym głosem. "Straszny Wężu, piktogram złożony z ciągu zmiennych i symboli, Split! Znany również jako równanie! Gdzie jest ten wpis?"
    
  Sam uniósł ręce w geście poddania. Ludzie pod parasolami usłyszeli podniesione głosy dwóch mężczyzn wyłaniających się ze swoich kryjówek, a turyści odwrócili się, żeby zobaczyć, co to za zamieszanie. "Dobra, Boże! Spokojnie" - wyszeptał Sam szorstko. "Nie mam przy sobie żadnego nagrania, George. Ani tutaj, ani teraz. Dlaczego?"
    
  "Te zdjęcia nigdy nie mogą wpaść w ręce Davida Perdue, rozumiesz?" - ostrzegł George ochrypłym i drżącym głosem. "Nigdy! Nie obchodzi mnie, co mu powiesz, Sam. Po prostu to usuń. Zniszcz pliki, cokolwiek".
    
  "To wszystko, na czym mu zależy, kolego" - poinformował go Sam. "Posunąłbym się nawet do stwierdzenia, że ma na tym punkcie obsesję".
    
  "Wiem o tym, kolego" - syknął George do Sama. "W tym właśnie tkwi cholerny problem. Jest wykorzystywany przez lalkarza o wiele, wiele większego od niego samego".
    
  "Oni?" - zapytał sarkastycznie Sam, odnosząc się do paranoicznej teorii George"a.
    
  Mężczyzna o wyblakłej skórze miał już dość młodzieńczych wygłupów Sama Cleve'a i rzucił się naprzód, chwytając go za kołnierz i potrząsając nim z przerażającą siłą. Przez chwilę Sam czuł się jak małe dziecko miotane przez bernardyna, co przypomniało mu, że siła fizyczna George'a była wręcz nieludzka.
    
  "Słuchaj, i to uważnie, kolego" - syknął Samowi w twarz, a jego oddech pachniał tytoniem i miętą. "Jeśli David Perdue zdobędzie to równanie, Zakon Czarnego Słońca zatriumfuje!"
    
  Sam na próżno próbował uwolnić ręce poparzonego mężczyzny, co tylko jeszcze bardziej rozgniewało go na Evę. George potrząsnął nim ponownie, a potem puścił go tak gwałtownie, że zatoczył się do tyłu. Podczas gdy Sam usiłował stanąć na nogi, George podszedł bliżej. "Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, co przywołujesz? Purdue nie powinien współpracować z Wężem Grozy. To geniusz, na którego czekali, żeby rozwiązać ten cholerny problem matematyczny, odkąd ich poprzedni złoty chłopiec go stworzył. Niestety, ów złoty chłopiec poczuł wyrzuty sumienia i zniszczył jego pracę, ale nie wcześniej niż jego pokojówka skopiowała ją, sprzątając jego pokój. Nie trzeba dodawać, że była agentką, pracującą dla Gestapo".
    
  "Kto więc był ich złotym chłopcem?" - zapytał Sam.
    
  George spojrzał na Sama oszołomiony. "Nie wiesz? Słyszałeś kiedyś o facecie o imieniu Einstein, przyjacielu? Einstein, ten od "Teorii Względności", pracował nad czymś nieco bardziej niszczycielskim niż bomba atomowa, ale o podobnych właściwościach. Słuchaj, jestem naukowcem, ale nie geniuszem. Na szczęście nikt nie potrafił dokończyć tego równania i dlatego nieżyjący dr Kenneth Wilhelm zapisał je w "Zaginionym Mieście". Nikt nie miał przetrwać w tej pieprzonej jamie węży".
    
  Sam pamiętał doktora Wilhelma, właściciela farmy w Nowej Zelandii, gdzie znajdowało się Zaginione Miasto. Był to nazistowski naukowiec, nieznany większości, który przez wiele lat posługiwał się nazwiskiem Williams.
    
  "Dobra, dobra. Powiedzmy, że to wszystko kupiłem" - błagał Sam, ponownie unosząc ręce. "Jakie są implikacje tego równania? Potrzebowałbym naprawdę konkretnego pretekstu, żeby powiedzieć o tym Purdue, który, nawiasem mówiąc, pewnie właśnie teraz knuje mój upadek. Twój szalony pościg kosztował mnie spotkanie z nim. Boże, musi być wściekły".
    
  George wzruszył ramionami. "Nie powinieneś był uciekać".
    
  Sam wiedział, że ma rację. Gdyby po prostu podszedł do George'a i zapytał, zaoszczędziłoby mu to wielu kłopotów. Po pierwsze, nadal miałby swój samochód. Z drugiej strony, opłakiwanie bałaganu, który już został wyjaśniony, nie służyło Samowi.
    
  "Nie mam pewności co do szczegółów, Sam, ale między Aidanem Glastonem a mną panuje powszechna zgoda, że to równanie ułatwi monumentalną zmianę obecnego paradygmatu fizyki" - przyznał George. "Z tego, co Aidan zebrał ze swoich źródeł, wynika, że to obliczenie wywoła chaos na skalę globalną. Pozwoli obiektowi przebić się przez zasłonę między wymiarami, powodując zderzenie naszej fizyki z tym, co znajduje się po drugiej stronie. Naziści eksperymentowali z tym, podobnie jak z twierdzeniami Teorii Pola Zunifikowanego, których nie dało się udowodnić".
    
  "A jak Czarne Słońce na tym korzysta, Mistrzowie?" - zapytał Sam, wykorzystując swój dziennikarski talent do wykrywania bzdur. "Żyją w tym samym czasie i przestrzeni co reszta świata. To niedorzeczne, że eksperymentują z gównem, które zniszczyłoby ich razem ze wszystkim innym".
    
  "Może i prawda, ale czy odkryłeś choć połowę tych dziwacznych, pokręconych bzdur, które wyprawiali podczas II wojny światowej?" - odparł George. "Większość ich prób była całkowicie bezużyteczna, a mimo to kontynuowali potworne eksperymenty tylko po to, by przełamać tę barierę, wierząc, że poszerzy to ich wiedzę o tym, jak działają inne nauki - nauki, których jeszcze nie rozumiemy. Kto powie, że to nie jest kolejna absurdalna próba utrwalenia ich szaleństwa i kontroli?"
    
  "Rozumiem, co mówisz, George, ale szczerze mówiąc, nie sądzę, żeby nawet oni byli aż tak szaleni. Muszą mieć jakiś konkretny powód, żeby to osiągnąć, ale jaki?" - argumentował Sam. Chciał wierzyć George'owi Mastersowi, ale jego teorie były pełne luk. Z drugiej strony, sądząc po desperacji tego człowieka, warto było przynajmniej sprawdzić jego historię.
    
  "Słuchaj, Sam, nieważne czy mi wierzysz czy nie, zrób mi przysługę i spójrz na to zanim pozwolisz Davidowi Perdue położyć ręce na tym równaniu" - błagał George.
    
  Sam skinął głową na znak zgody. "To dobry człowiek. Gdyby te oskarżenia miały jakiekolwiek uzasadnienie, sam by je obalił, uwierz mi".
    
  "Wiem, że jest filantropem. Wiem, jak oszukał Czarne Słońce na sześć sposobów przed niedzielą, kiedy zdał sobie sprawę, co planują dla świata, Sam" - wyjaśnił niecierpliwie niewyraźnie naukowiec. "Ale nie mogę mu przekazać, że Purdue nie zdaje sobie sprawy z jego roli w tym zniszczeniu. Jest w błogiej nieświadomości, że wykorzystują jego geniusz i wrodzoną ciekawość, by skierować go prosto w otchłań. Nie chodzi o to, czy się zgadza, czy nie. Lepiej, żeby nie miał pojęcia, jak to jest, bo go zabiją... i ciebie, i tę panią z Oban".
    
  W końcu Sam zrozumiał aluzję. Postanowił nie spieszyć się z przekazaniem nagrania Purdue, choćby po to, by dać George'owi Mastersowi kredyt zaufania. Trudno byłoby rozwiać podejrzenia bez ujawniania kluczowych informacji przypadkowym źródłom. Poza Purdue, niewielu mogło mu doradzić w sprawie niebezpieczeństwa czyhającego w tym spisku, a nawet ci, którzy mogliby... nigdy nie dowie się, czy można im ufać.
    
  "Zabierz mnie do domu, proszę" - poprosił Sam swojego porywacza. "Zajrzę do tego, zanim cokolwiek zrobię, dobrze?"
    
  "Ufam ci, Sam" - powiedział George. Brzmiało to bardziej jak ultimatum niż obietnica zaufania. "Jeśli nie zniszczysz tego nagrania, będziesz tego żałował przez resztę swojego życia".
    
    
  12
  Olga
    
    
  Na koniec swoich dowcipów Casper Jacobs przeczesał palcami swoje piaskowe włosy, sterczące niczym u gwiazdy popu z lat 80. Jego oczy były przekrwione od czytania przez całą noc, co było przeciwieństwem tego, na co liczył tej nocy - relaksu i snu. Zamiast tego, wiadomość o odkryciu Węża Grozy rozwścieczyła go. Rozpaczliwie pragnął, aby Zelda Bessler lub jej pieski nadal nie zdawały sobie z tego sprawy.
    
  Ktoś na zewnątrz wydawał okropny hałas, który początkowo starał się ignorować, ale jego lęk przed zbliżającym się złowrogim światem i brak snu sprawiły, że dziś było mu to o wiele trudniejsze do zniesienia. Dźwięk przypominał tłuczenie talerza, a potem rozległ się trzask za drzwiami, któremu towarzyszył wycie alarmu samochodowego.
    
  "O rany, co teraz?" krzyknął głośno. Pobiegł do drzwi wejściowych, gotowy wyładować frustrację na tym, kto go zaniepokoił. Odsuwając drzwi, Casper ryknął: "Co tu się, na litość boską, dzieje?". To, co zobaczył u stóp schodów prowadzących na podjazd, natychmiast go rozbroiło. Niesamowita blondynka kucała obok jego samochodu, wyglądając na przygnębioną. Na chodniku przed nią leżała sterta ciasta i kulek lukru, które kiedyś należały do dużego tortu weselnego.
    
  Spojrzała błagalnie na Caspera, a jej czyste, zielone oczy go oszołomiły. "Proszę pana, proszę się nie złościć! Mogę to wszystko natychmiast zetrzeć. Spójrz, ta plama na twoim samochodzie to tylko oblodzenie".
    
  "Nie, nie" - zaprotestował, przepraszająco wyciągając ręce - "proszę, nie martw się o mój samochód. Chodź, pomogę ci". Dwa piski i naciśnięcie pilota na breloku uciszyły alarm. Casper pospieszył, żeby pomóc szlochającej piękności pozbierać rozwalone ciasto. "Nie płacz, proszę. Hej, powiem ci coś. Jak już to załatwimy, zabiorę cię do lokalnej piekarni i odłożę ciasto. Na mój koszt".
    
  "Dziękuję, ale nie możesz tego zrobić" - prychnęła, nabierając garście ciasta i marcepanowych ozdób. "Widzisz, upiekłam to ciasto sama. Zajęło mi to dwa dni, a to po tym, jak wszystkie dekoracje wykonałam ręcznie. Widzisz, to był tort weselny. Nie możemy po prostu kupić tortu weselnego w byle jakim sklepie".
    
  Jej przekrwione oczy, tonące we łzach, złamały serce Caspera. Niechętnie położył dłoń na jej przedramieniu i delikatnie je pogłaskał, wyrażając współczucie. Całkowicie nią zauroczony, poczuł ukłucie w piersi, to znajome ukłucie rozczarowania, które pojawia się w obliczu brutalnej rzeczywistości. Casper czuł ból w środku. Nie chciał usłyszeć odpowiedzi, ale rozpaczliwie pragnął zapytać. "Czy... czy... czy ten tort jest na... ślub?" - usłyszał, jak zdradzają go jego usta.
    
  "Proszę, powiedz nie! Proszę, bądź druhną albo kimś takim. Na miłość boską, proszę, nie bądź panną młodą!" - zdawało się krzyczeć jego serce. Nigdy wcześniej nie był zakochany, chyba że liczyć technologię i naukę. Krucha blondynka spojrzała na niego przez łzy. Wyrwał się z niej cichy, zduszony dźwięk, a na jej pięknej twarzy pojawił się krzywy uśmiech.
    
  "O Boże, nie" - pokręciła głową, pociągając nosem i chichocząc głupio. "Czy naprawdę wydaję ci się aż tak głupia?"
    
  "Dziękuję, Jezu!" - usłyszał radosny głos w swoim wnętrzu fizyk. Nagle szeroko się do niej uśmiechnął, czując ogromną ulgę, że nie tylko jest singielką, ale ma też poczucie humoru. "Ha! Nie mógłbym się bardziej zgodzić! Licencjat!" - mruknął niezręcznie. Zdając sobie sprawę, jak głupio to zabrzmiało, Casper pomyślał, że może powie coś bezpieczniejszego. "A tak przy okazji, nazywam się Casper" - powiedział, wyciągając niechlujnie dłoń. "Dr Casper Jacobs". Upewnił się, że zauważyła jego tytuł.
    
  Atrakcyjna kobieta z entuzjazmem chwyciła go za rękę palcami lepkimi od lukru i zaśmiała się: "Właśnie brzmiałeś jak James Bond. Nazywam się Olga Mitra, eee... piekarka".
    
  "Olga, piekarka" - zaśmiał się. "Podoba mi się".
    
  "Słuchaj" - powiedziała poważnie, ocierając policzek rękawem - "Muszę dostarczyć ten tort na wesele za niecałą godzinę. Masz jakieś pomysły?"
    
  Casper zastanowił się przez chwilę. Nie chciał narażać tak wspaniałej dziewczyny na niebezpieczeństwo. To była jego jedyna szansa, by zrobić trwałe wrażenie, i to dobre. Pstryknął palcami i wpadł mu do głowy pewien pomysł, który roztrzaskał tort. "Mam pomysł, panno Mitra. Proszę tu zaczekać".
    
  Z nowym entuzjazmem, zazwyczaj przygnębiony Casper wbiegł po schodach do domu swojego gospodarza i błagał Karen o pomoc. W końcu zawsze piekła, zostawiając słodkie bułeczki i croissanty na strychu. Ku jego uciesze, matka gospodarza zgodziła się pomóc nowej dziewczynie Caspera odbudować reputację. Kolejny tort weselny był gotowy w rekordowym czasie, po tym jak Karen wykonała kilka telefonów.
    
    
  * * *
    
    
  Po wyścigu z czasem, aby upiec nowy tort weselny, który na szczęście dla Olgi i Karen był skromny, wspólnie wypiły kieliszek sherry, aby wznieść toast za swój sukces.
    
  "Nie tylko znalazłam wspaniałą towarzyszkę zbrodni w kuchni" - powitała ją pełna gracji Karen, unosząc kieliszek - "ale też poznałam nową przyjaciółkę! Za współpracę i nowych przyjaciół!"
    
  "Popieram" - Casper uśmiechnął się przebiegle, stukając kieliszkami z dwiema zadowolonymi damami. Nie mógł oderwać wzroku od Olgi. Teraz, gdy znów była zrelaksowana i szczęśliwa, lśniła niczym szampan.
    
  "Dziękuję ci milion razy, Karen" - Olga promieniała. "Co bym zrobiła, gdybyś mnie nie uratowała?"
    
  "Cóż, przypuszczam, że to twój rycerz tam, on to wszystko zorganizował, moja droga" - powiedziała sześćdziesięciopięcioletnia rudowłosa Karen, kierując kieliszek w stronę Caspera.
    
  "To prawda" - zgodziła się Olga. Odwróciła się do Caspera i spojrzała mu głęboko w oczy. "Nie tylko wybaczył mi moją niezdarność i bałagan, który narobiłam w jego samochodzie, ale też uratował mi tyłek... A mówią, że rycerskość umarła".
    
  Serce Kacpra podskoczyło. Za uśmiechem i niewzruszoną powierzchownością krył się rumieniec niczym uczeń w damskiej szatni. "Ktoś musi uratować księżniczkę przed wdepnięciem w błoto. Równie dobrze mogę to być ja" - puścił oko, zaskoczony własnym urokiem. Kacper wcale nie był nieatrakcyjny, ale pasja do kariery sprawiła, że był mniej towarzyski. Prawdę mówiąc, nie mógł uwierzyć w swoje szczęście, że znalazł Olgę. Nie dość, że pozornie zdobył jej uwagę, to jeszcze praktycznie pojawiła się u jego progu. Osobista przesyłka, zrządzenie losu, pomyślał.
    
  "Pójdziesz ze mną i przyniesiesz ciasto?" - zapytała Caspera. "Karen, zaraz wrócę i pomogę ci posprzątać".
    
  "Bzdura" - pisnęła żartobliwie Karen. "Idźcie i zamówcie tort. Tylko przynieście mi pół butelki brandy, wiecie, za fatygę" - puściła oko.
    
  Olga, zachwycona, pocałowała Karen w policzek. Karen i Casper wymienili triumfalne spojrzenia na nagły promyk słońca w ich życiu. Jakby Karen słyszała myśli lokatorki, zapytała: "Skąd się tu wzięłaś, kochanie? Czy twój samochód zaparkował w pobliżu?"
    
  Oczy Caspera rozszerzyły się. Chciał pozostać nieświadomy pytania, które również przeszło mu przez myśl, ale teraz szczera Karen je wypowiedziała. Olga spuściła głowę i odpowiedziała bez wahania: "O tak, mój samochód jest zaparkowany na zewnątrz. Próbowałam zanieść ciasto z mieszkania do samochodu, kiedy nierówna droga sprawiła, że straciłam równowagę".
    
  "Twoje mieszkanie?" zapytał Casper. "Tutaj?"
    
  "Tak, obok, za płotem. Jestem twoją sąsiadką, głuptasku" - zaśmiała się. "Nie słyszałaś hałasu, kiedy się wprowadziłam w środę? Przeprowadzka tak hałasowała, że myślałam, że mnie zrugają, ale na szczęście nikt się nie pojawił".
    
  Casper spojrzał na Karen z zaskoczonym, ale zadowolonym uśmiechem. "Słyszałaś, Karen? To nasza nowa sąsiadka".
    
  "Słyszę cię, Romeo" - zadrwiła Karen. "A teraz ruszaj. Kończą mi się napoje".
    
  "O tak!" - wykrzyknęła Olga.
    
  Ostrożnie pomógł jej podnieść podstawę tortu - solidny, drewniany panel w kształcie monety, pokryty tłoczoną folią, aby go wyeksponować. Tort nie był przesadnie skomplikowany, więc łatwo było znaleźć równowagę między tymi dwoma elementami. Podobnie jak Kasper, Olga była wysoka. Z wydatnymi kośćmi policzkowymi, jasną cerą i włosami oraz szczupłą sylwetką, była typowym wschodnioeuropejskim stereotypem piękna i wzrostu. Zanieśli tort do jej Lexusa i udało im się go zmieścić na tylnym siedzeniu.
    
  "Ty prowadź" - powiedziała, rzucając mu kluczyki. "Ja usiądę z tyłu z tortem".
    
  Podczas jazdy Casper miał tysiące pytań, które chciał zadać tej oszałamiającej kobiecie, ale postanowił zachować spokój. Po prostu słuchał jej instrukcji.
    
  "Muszę powiedzieć, że to tylko dowodzi, że potrafię bez problemu prowadzić każdy samochód" - chwalił się, zbliżając się do tylnej części sali recepcyjnej.
    
  "A może po prostu mój samochód jest łatwy w obsłudze. Wiesz, nie trzeba być geniuszem, żeby nim jeździć" - zażartowała. W chwili rozpaczy Casper przypomniał sobie odkrycie Węża Strachu i to, że wciąż musi się upewnić, że David Perdue go nie zbadał. Musiało to być widać na jego twarzy, gdy pomagał Oldze zanieść ciasto do kuchni w holu.
    
  "Casper?" naciskała. "Casper, coś się stało?"
    
  "Nie, oczywiście, że nie" - uśmiechnął się. "Po prostu myślę o sprawach zawodowych".
    
  Nie mógł jej powiedzieć, że jej przybycie i oszałamiający wygląd wymazały mu z pamięci wszystkie priorytety, ale prawda była taka, że tak się stało. Dopiero teraz przypomniał sobie, jak uporczywie próbował skontaktować się z Perdue, nie dając tego po sobie poznać. W końcu był członkiem Zakonu i gdyby odkryli, że jest w zmowie z Davidem Perdue, z pewnością by go zabili.
    
  Niefortunnym zbiegiem okoliczności to właśnie dziedzina fizyki, którą kierował Kasper, stała się tematem "Strasznego węża". Obawiał się, do czego może to doprowadzić, jeśli zostanie zastosowane prawidłowo, ale sprytne wyjaśnienie równania przez dr. Wilhelma uspokoiło Kaspera... aż do teraz.
    
    
  13
  Pionek Purdue'a
    
    
  Purdue wpadł we wściekłość. Ten zazwyczaj zrównoważony geniusz zachowywał się jak szaleniec, odkąd Sam opuścił ich spotkanie. Nie mogąc zlokalizować Sama za pomocą poczty elektronicznej, telefonu ani śledzenia satelitarnego jego samochodu, Purdue był rozdarty między zdradą a przerażeniem. Powierzył dziennikarzowi śledczemu najważniejsze informacje, jakie kiedykolwiek ukryli naziści, a teraz wisiał na włosku.
    
  "Nieważne, czy Sam się zgubił, czy zachorował, to mnie to nie obchodzi!" - warknął do Jane. "Chcę tylko cholernego nagrania zaginionych murów miejskich, na litość boską! Chcę, żebyś dziś znowu poszła do jego domu, Jane, i żebyś wyważyła drzwi, jeśli będzie trzeba".
    
  Jane i Charles, kamerdyner, wymienili głęboko zaniepokojone spojrzenia. Nigdy nie uciekłaby się do przestępczej działalności z żadnego powodu i Purdue o tym wiedział, ale szczerze tego od niej oczekiwał. Charles, jak zawsze, stał w napiętym milczeniu obok stołu w jadalni Purdue, ale jego oczy świadczyły o tym, jak bardzo martwił się o rozwój sytuacji.
    
  Lillian, gospodyni, stała w drzwiach ogromnej kuchni w Raichtisusis i nasłuchiwała. Kiedy wycierała sztućce po zrujnowanym śniadaniu, które przygotowała, jej zwykle pogodna postawa sięgnęła dna i zniżył się do poziomu ponurości.
    
  "Co się dzieje z naszym zamkiem?" mruknęła, kręcąc głową. "Co tak zdenerwowało właściciela posiadłości, że zamienił się w takiego potwora?"
    
  Żałowała czasów, gdy Purdue był sobą - spokojnym i opanowanym, uprzejmym, a nawet czasami kapryśnym. Teraz z jego laboratorium nie dobiegała już muzyka, a w telewizji nie oglądano meczów futbolowych, gdy krzyczał na sędziego. Pan Cleve i dr Gould byli nieobecni, a biedni Jane i Charles musieli znosić szefa i jego nową obsesję, złowieszcze równanie, które odkryli podczas ostatniej wyprawy.
    
  Wydawało się, że nawet światło nie przenika przez wysokie okna rezydencji. Jej wzrok błądził po wysokich sufitach i ekstrawaganckich dekoracjach, reliktach i majestatycznych obrazach. Nic z tego nie było już piękne. Lillian miała wrażenie, jakby z wnętrza cichej rezydencji zniknęły wszystkie kolory. "Jak sarkofag" - westchnęła, odwracając się. Na jej drodze stanęła postać, silna i imponująca, a Lillian weszła prosto w nią. Wyrwał jej się wysoki pisk, zaskoczona.
    
  "O mój Boże, Lily, to tylko ja" - zaśmiała się pielęgniarka, pocieszając bladą gospodynię uściskiem. "To co cię tak zdenerwowało?"
    
  Lillian poczuła falę ulgi, gdy pojawiła się pielęgniarka. Wachlowała twarz ściereczką, próbując się uspokoić po tym, jak zaczęła. "Dzięki Bogu, że tu jesteś, Lilith" - wychrypiała. "Pan Purdue wariuje, przysięgam. Czy mogłabyś podać mu środek uspokajający na kilka godzin? Personel jest wyczerpany jego szalonymi żądaniami".
    
  "Zakładam, że nadal nie odnaleźliście pana Cleve"a?" - zasugerowała pielęgniarka Hurst z beznadziejnym wyrazem twarzy.
    
  "Nie, a Jane ma powody sądzić, że coś się stało panu Cleve'owi, ale nie ma serca, żeby powiedzieć panu Purdue... na razie. Przynajmniej dopóki trochę nie osłabnie, rozumiesz" - Lillian gestem zmarszczyła brwi, by oddać wściekłość Purdue'a.
    
  "Dlaczego Jane uważa, że coś stało się Samowi?" - zapytała pielęgniarka zmęczonego kucharza.
    
  Lillian pochyliła się i szepnęła: "Podobno znaleźli jego samochód rozbity na ogrodzeniu szkolnym przy Old Stanton Road, nadający się do kasacji".
    
  "Co?" Siostra Hearst cicho jęknęła. "O mój Boże, mam nadzieję, że nic mu nie jest?"
    
  "Nic nie wiemy. Jane udało się jedynie ustalić, że samochód pana Cleve'a został odnaleziony przez policję po tym, jak kilku mieszkańców i właścicieli firm zadzwoniło, aby zgłosić pościg z dużą prędkością" - powiedziała jej gospodyni.
    
  "O mój Boże, nic dziwnego, że Dawid się tak martwi" - zmarszczyła brwi. "Musisz mu natychmiast powiedzieć".
    
  "Z całym szacunkiem, panno Hurst, czy on jeszcze nie jest wystarczająco szalony? Ta wiadomość doprowadzi go do szału. Nic nie jadł, jak pani widzi" - Lillian wskazała na porzucone śniadanie - "i w ogóle nie śpi, chyba że da mu się dawkę.
    
  "Myślę, że powinien mi powiedzieć. W tej chwili prawdopodobnie myśli, że pan Cleve go zdradził albo po prostu ignoruje bez powodu. Gdyby wiedział, że ktoś prześladuje jego przyjaciela, mógłby poczuć się mniej mściwy. Myślałaś kiedyś o tym?" - zasugerowała pielęgniarka Hurst. "Porozmawiam z nim".
    
  Lillian skinęła głową. Być może pielęgniarka miała rację. "Cóż, najlepiej będzie, jeśli mu powiesz. W końcu oprowadził cię po swoich laboratoriach i przeprowadził z tobą kilka naukowych rozmów. Ufa ci".
    
  "Masz rację, Lily" - przyznała pielęgniarka. "Pozwól mi z nim porozmawiać, a potem sprawdzę jego postępy. Pomogę mu w tym".
    
  "Dziękuję, Lilith. Jesteś darem od Boga. To miejsce stało się dla nas wszystkich więzieniem, odkąd szef wrócił" - ubolewała Lillian.
    
  "Nie martw się, kochanie" - odpowiedziała siostra Hurst, puszczając jej oko. "Doprowadzimy go do idealnej formy".
    
  "Dzień dobry, panie Purdue" - uśmiechnęła się pielęgniarka, wchodząc do jadalni.
    
  "Dzień dobry, Lilith" - przywitał się zmęczony.
    
  "To nietypowe. Nic nie jadłeś?" zapytała. "Musisz coś zjeść, żebym mogła przeprowadzić twoje leczenie".
    
  "Na litość boską, zjadłem kawałek tosta" - powiedział niecierpliwie Perdue. "O ile wiem, to wystarczy".
    
  Nie mogła się z tym kłócić. Pielęgniarka Hearst wyczuła napięcie w pokoju. Jane z niecierpliwością czekała na podpis Purdue'a na dokumencie, ale odmówił, zanim nie poszła do domu Sama, żeby to zbadać.
    
  "Czy to może poczekać?" - zapytała spokojnie pielęgniarka Jane. Spojrzenie Jane powędrowało w stronę Purdue, ale ten odsunął krzesło i podniósł się na nogi, wspierany przez Charlesa. Skinęła głową pielęgniarce i zebrała dokumenty, natychmiast rozumiejąc aluzję pielęgniarki Hurst.
    
  "Idź, Jane, zabierz moje nagranie od Sam!" - krzyknął Purdue za nią, gdy opuściła ogromny pokój i poszła do swojego biura. "Słyszała mnie?"
    
  "Słyszała cię" - potwierdziła siostra Hurst. "Jestem pewna, że wkrótce odejdzie".
    
  "Dziękuję, Charles, dam sobie radę" - warknął Perdue do swego lokaja, wyprowadzając go.
    
  "Tak, proszę pana" - odpowiedział Charles i wyszedł. Zazwyczaj kamienna mina kamerdynera była przesiąknięta rozczarowaniem i nutą smutku, ale musiał powierzyć tę pracę ogrodnikom i sprzątaczkom.
    
  "Jest pan naprawdę uciążliwy, panie Purdue" - szepnęła pielęgniarka Hurst, prowadząc Purdue"a do salonu, gdzie zazwyczaj oceniała jego postępy.
    
  "David, moja droga, David albo Dave" - poprawił ją.
    
  "Dobra, przestań być taki niegrzeczny dla personelu" - poinstruowała, starając się mówić spokojnie, żeby go nie drażnić. "To nie ich wina".
    
  "Sam wciąż zaginął. Wiesz o tym?" syknęła Perdue, szarpiąc go za rękaw.
    
  "Słyszałam" - odpowiedziała. "Jeśli mogę zapytać, co jest takiego wyjątkowego w tym materiale? Przecież nie kręciliście dokumentu pod presją czasu".
    
  Purdue znalazł w pielęgniarce Hearst wyjątkową sojuszniczkę, osobę, która rozumiała jego pasję do nauki. Był gotów się jej zwierzyć. Pod nieobecność Niny i podporządkowaniem Jane, jego pielęgniarka była jedyną kobietą, z którą czuł się blisko w tych dniach.
    
  "Według badań uważa się, że była to jedna z teorii Einsteina, ale myśl, że mogłaby zadziałać w praktyce, była tak przerażająca, że ją zniszczył. Tyle że została skopiowana, zanim została zniszczona, rozumiesz" - powiedział Perdue, a jego jasnoniebieskie oczy pociemniały z koncentracją. Oczy Davida Perdue nie miały takiego odcienia. Coś się zasłaniało, coś wykraczało poza jego osobowość. Ale pielęgniarka Hurst nie znała osobowości Perdue tak dobrze, jak inni, więc nie mogła dostrzec, jak bardzo jej pacjent się mylił".
    
  "A Sam ma takie równanie?" - zapytała.
    
  "Tak. I muszę zacząć nad tym pracować" - wyjaśnił Purdue. Jego głos brzmiał teraz niemal logicznie. "Muszę wiedzieć, co to jest, co robi. Muszę wiedzieć, dlaczego Zakon Czarnego Słońca trzymał to tak długo, dlaczego dr Ken Williams poczuł potrzebę zakopania tego tam, gdzie nikt nie mógł się do tego dostać. Albo" - wyszeptał - "...dlaczego czekali".
    
  "Porządek czego?" Zmarszczyła brwi.
    
  Nagle Purdue uświadomił sobie, że nie rozmawia z Niną, Samem, Jane ani nikim, kto zna jego sekretne życie. "Hmm, po prostu z organizacją, z którą miałem już wcześniej do czynienia. Nic specjalnego".
    
  "Wiesz, ten stres nie pomaga ci się wyleczyć, Davidzie" - poradziła. "Jak mogę ci pomóc znaleźć to równanie? Gdybyś je miał, mógłbyś się czymś zająć, zamiast terroryzować personel i mnie tymi wszystkimi napadami złości. Masz wysokie ciśnienie, a twój temperament pogarsza twój stan, a ja po prostu nie mogę na to pozwolić".
    
  "Wiem, że to prawda, ale dopóki nie będę miał nagrania Sama, nie mogę spać spokojnie" - wzruszył ramionami Perdue.
    
  "Dr Patel oczekuje, że będę przestrzegać jego standardów poza placówką, rozumiesz? Jeśli nadal będę mu sprawiać problemy zagrażające życiu, zwolni mnie, bo wygląda na to, że nie wykonuję swojej pracy" - jęknęła celowo, by wzbudzić w nim litość.
    
  Purdue nie znał Lilith Hearst długo, ale poza wrodzonym poczuciem winy z powodu tego, co stało się z jej mężem, czuł do niej pokrewną, naukową więź. Czuł też, że mogłaby być jego jedyną współpracowniczką w dążeniu do zdobycia nagrania Sama, głównie dlatego, że nie miała żadnych zahamowań. Jej ignorancja była dla niego prawdziwą rozkoszą. To, czego nie wiedziała, pozwoliłoby jej pomóc mu w jednym celu - bez żadnej krytyki ani opinii - dokładnie tak, jak Purdue sobie tego życzył.
    
  Zbagatelizował swoje gorączkowe poszukiwanie informacji, by udawać potulnego i rozsądnego. "Gdybyś tylko mógł znaleźć Sama i poprosić go o nagranie, byłoby to ogromną pomocą".
    
  "Dobrze, zobaczę, co da się zrobić" - pocieszyła go - "ale musisz mi obiecać, że dasz mi kilka dni. Umówmy się, że powinnam to zrobić w przyszłym tygodniu, kiedy będziemy mieli następne spotkanie. Jak ci się podoba?"
    
  Perdue skinął głową. "Brzmi rozsądnie".
    
  "Dobra, koniec gadania o matematyce i pominiętych klatkach. Potrzebujesz trochę odpoczynku. Lily mówiła mi, że prawie w ogóle nie śpisz, i szczerze mówiąc, twoje parametry życiowe wyraźnie to potwierdzają, Davidzie" - rozkazała zaskakująco serdecznym tonem, który potwierdził jej talent dyplomatyczny.
    
  "Co to jest?" zapytał, kiedy nabierała do strzykawki małą fiolkę z wodnym roztworem.
    
  "Tylko odrobina Valium dożylnie, żebyś zasnął na kilka godzin" - poinformowała go, mierząc dawkę na oko. Przez rurkę do iniekcji światło igrało z substancją w środku, nadając jej sakralny blask, który uznała za kuszący. Gdyby tylko Lillian mogła to zobaczyć, pomyślała, żeby upewnić się, że w Reichtisusisie wciąż tli się piękne światło. Ciemność w oczach Purdue ustąpiła miejsca spokojnemu snu, gdy lek zaczął działać.
    
  Skrzywił się, gdy piekielne uczucie palącego kwasu w żyłach zaczęło go dręczyć, ale trwało to tylko kilka sekund, zanim dotarło do serca. Zadowolony, że pielęgniarka Hurst zgodziła się odzyskać formułę z nagrania Sama, Purdue pozwolił, by aksamitna ciemność go pochłonęła. Głosy rozbrzmiały w oddali, zanim całkowicie zasnął. Lillian przyniosła koc i poduszkę, przykrywając go polarowym kocem. "Przykryj go tutaj" - poradziła pielęgniarka Hurst. "Niech teraz śpi tutaj, na kanapie. Biedactwo. Jest wyczerpany".
    
  "Tak" - zgodziła się Lillian, pomagając pielęgniarce Hurst w opiece nad właścicielem majątku, jak go nazywała Lillian. "A dzięki tobie my wszyscy też możemy trochę odpocząć".
    
  "Proszę bardzo" - zachichotała siostra Hearst, a jej twarz przybrała lekki melancholijny wyraz. "Wiem, jak to jest mieć do czynienia z trudnym mężczyzną w domu. Mogą myśleć, że rządzą, ale kiedy są chorzy lub ranni, potrafią być prawdziwym utrapieniem".
    
  "Amen" - odpowiedziała Lillian.
    
  "Lillian" - zganił ją łagodnie Charles, choć całkowicie zgadzał się z gospodynią. "Dziękuję, siostro Hurst. Zostaniesz na lunch?"
    
  "Och, nie, dziękuję, Charles" - uśmiechnęła się pielęgniarka, pakując torbę lekarską i wyrzucając stare bandaże. "Muszę załatwić parę spraw przed nocną zmianą w klinice dziś wieczorem".
    
    
  14
  Ważna decyzja
    
    
  Sam nie mógł znaleźć żadnych przekonujących dowodów na to, że Straszliwy Wąż był zdolny do okrucieństw i zniszczeń, o których George Masters próbował go przekonać. Gdziekolwiek się zwrócił, spotykał się z niedowierzaniem lub ignorancją, co tylko utwierdzało go w przekonaniu, że Masters to jakiś paranoik. Wydawał się jednak tak szczery, że Sam unikał Purdue, dopóki nie zdobył wystarczających dowodów, czego nie mógł uzyskać ze swoich zwykłych źródeł.
    
  Zanim przesłał nagranie do Purdue, Sam postanowił odbyć ostatnią podróż do zaufanego źródła inspiracji i strażnika tajemnej mądrości - jedynego i niepowtarzalnego Aidana Glastona. Po zobaczeniu artykułu Glastona opublikowanego niedawno w gazecie, Sam uznał, że Irlandczyk będzie najlepszą osobą, której można zadać pytania o Straszliwego Węża i związane z nim mity.
    
  Nie mając dwóch kółek, Sam wezwał taksówkę. To było lepsze niż próba ratowania wraku, który nazywał swoim samochodem, co by go zdemaskowało. Nie potrzebował policyjnego śledztwa w sprawie pościgu z dużą prędkością i ewentualnego późniejszego aresztowania za narażenie obywateli na niebezpieczeństwo i brawurową jazdę. Chociaż lokalne władze uznały go za zaginionego, miał czas, aby wyjaśnić fakty, kiedy w końcu się pojawił.
    
  Kiedy dotarł do Edinburgh Post, powiedziano mu, że Aidan Glaston jest na zleceniu. Nowa redaktorka nie znała Sama osobiście, ale pozwoliła mu spędzić kilka minut w swoim biurze.
    
  "Janice Noble" - uśmiechnęła się. "To przyjemność poznać tak zasłużonego przedstawiciela naszego zawodu. Proszę usiąść".
    
  "Dziękuję, pani Noble" - odpowiedział Sam, odczuwając ulgę, że biura były dziś praktycznie puste. Nie miał ochoty oglądać starych gnojów, którzy go deptali, gdy był nowicjuszem, nawet po to, by im ponarzekać na jego sławę i sukces. "Szybko" - powiedział. "Muszę tylko wiedzieć, gdzie mogę się skontaktować z Aidanem. Wiem, że to poufne, ale muszę się z nim skontaktować w sprawie mojego śledztwa".
    
  Pochyliła się do przodu, podpierając się na łokciach i delikatnie zacisnęła dłonie. Grube złote pierścienie zdobiły oba jej nadgarstki, a bransolety wydawały przeraźliwy dźwięk, uderzając o wypolerowaną powierzchnię stołu. "Panie Cleve, chętnie panu pomogę, ale jak już mówiłem, Aidan pracuje pod przykrywką w politycznie wrażliwej misji i nie możemy pozwolić sobie na dekonspirację. Wie pan, jak to jest. Nie powinien mnie pan nawet o to pytać".
    
  "Wiem" - odparł Sam - "ale to, w co jestem zamieszany, jest o wiele ważniejsze niż sekretne życie osobiste jakiegoś polityka albo typowe zdrady, o których tak chętnie piszą tabloidy".
    
  Redaktorka od razu wyglądała na zaskoczoną. Zwróciła się do Sama bardziej stanowczo: "Proszę, nie myśl, że skoro zdobyłeś sławę i fortunę dzięki swojemu niezbyt subtelnemu zaangażowaniu, możesz tu wpadać i zakładać, że wiesz, nad czym pracują moi ludzie".
    
  "Posłuchaj mnie, kobieto. Potrzebuję informacji o bardzo delikatnym charakterze, a to wiąże się z unicestwieniem całych krajów" - odparł stanowczo Sam. "Potrzebuję tylko numeru telefonu".
    
  Zmarszczyła brwi. "Dla kogo pracujesz nad tą sprawą?"
    
  "Freelancer" - odpowiedział szybko. "Dowiedziałem się tego od kogoś, kogo znam i mam powody, by sądzić, że to prawda. Tylko Aidan może to potwierdzić. Proszę, pani Noble. Proszę."
    
  "Muszę przyznać, że jestem zaintrygowana" - przyznała, zapisując zagraniczny numer stacjonarny. "To bezpieczna linia, ale proszę dzwonić tylko raz, panie Cleve. Monitoruję tę linię, żeby sprawdzić, czy nie przeszkadza pan naszemu człowiekowi w pracy".
    
  "Nie ma problemu. Potrzebuję tylko jednego telefonu" - powiedział Sam z zapałem. "Dziękuję, dziękuję!"
    
  Oblizała wargi, pisząc, wyraźnie zaabsorbowana tym, co powiedział Sam. Przesuwając kartkę w jego stronę, powiedziała: "Słuchaj, panie Cleve, może moglibyśmy wspólnie nad tym, co pan ma?"
    
  "Pozwól mi najpierw upewnić się, czy warto to kontynuować, panno Noble. Jeśli coś w tym jest, możemy porozmawiać" - puścił oko. Wyglądała na usatysfakcjonowaną. Urok Sama i jego przystojne rysy twarzy mogłyby go zaprowadzić do Bram Niebios, skoro już o tym mowa.
    
  W drodze powrotnej taksówką radio podało, że ostatni planowany szczyt będzie poświęcony odnawialnym źródłom energii. Obecnych będzie kilku światowych przywódców, a także delegaci belgijskiego środowiska naukowego.
    
  "Dlaczego akurat Belgia?" - Sam przyłapał się na tym, że pyta na głos. Nie zdawał sobie sprawy, że kierowca, sympatyczna kobieta w średnim wieku, słucha.
    
  "Prawdopodobnie jedna z tych ukrytych porażek" - zauważyła.
    
  "Co masz na myśli?" zapytał Sam, zaskoczony nagłym zainteresowaniem.
    
  "Cóż, Belgia na przykład jest siedzibą NATO i Unii Europejskiej, więc wyobrażam sobie, że prawdopodobnie byłaby gospodarzem czegoś takiego" - trajkotała.
    
  "Coś w stylu... czego?" naciskał Sam. Był kompletnie nieświadomy bieżących wydarzeń, odkąd zaczęła się ta cała sprawa z Purdue i Masters, ale kobieta wydawała się dobrze poinformowana, więc zamiast tego delektował się jej rozmową. Przewróciła oczami.
    
  "Och, twój domysł jest równie trafny jak mój, chłopcze" - zachichotała. "Nazwij mnie paranoiczką, ale zawsze uważałam, że te małe spotkania to nic więcej niż szarada, na której omawiane są nikczemne plany dalszego osłabiania rządów..."
    
  Jej oczy rozszerzyły się, a ona zakryła usta dłonią. "O mój Boże, przepraszam za przekleństwo" - przeprosiła, ku uciesze Sama.
    
  "Proszę się mną nie przejmować, proszę pani" - zaśmiał się. "Mam przyjaciela, który jest historykiem i potrafi przyprawić marynarzy o rumieniec".
    
  "Och, dobrze" - westchnęła. "Zazwyczaj nigdy nie kłócę się z pasażerami".
    
  "Uważasz więc, że w ten sposób korumpują rządy?" Uśmiechnął się, wciąż rozkoszując się humorem słów kobiety.
    
  "Tak, wiem. Ale, widzisz, nie potrafię tego tak naprawdę wytłumaczyć. To jedna z tych rzeczy, które po prostu czuję, rozumiesz? Na przykład, po co im spotkanie siedmiu światowych przywódców? A co z resztą krajów? Mam wrażenie, że to bardziej jak szkolne podwórko, gdzie grupka dzieciaków urządza imprezę w przerwie, a reszta dzieciaków pyta: "Hej, co to znaczy?"... Wiesz?" - bełkotała.
    
  "Tak, rozumiem, do czego zmierzasz" - zgodził się. "Więc nie wyszli i nie powiedzieli, o co chodziło na szczycie?"
    
  Pokręciła głową. "Rozmawiają o tym. To cholerny przekręt. Mówię ci, media to marionetki tych chuliganów".
    
  Sam musiała się uśmiechnąć. Brzmiała bardzo podobnie do Niny, a Nina zazwyczaj precyzyjnie formułowała swoje oczekiwania. "Rozumiem. Cóż, bądźcie spokojni, niektórzy z nas w mediach starają się ujawnić prawdę, bez względu na cenę".
    
  Odwróciła głowę, tak że prawie się na niego odwróciła, ale droga zmusiła ją do powstrzymania tego. "O Boże! Znów wsadzam nogę w usta!" - poskarżyła się. "Jesteś z prasy?"
    
  "Jestem dziennikarzem śledczym" - puścił oko Sam z tą samą uwodzicielską intuicją, z jaką zwracał się do żon wysoko postawionych urzędników, z którymi przeprowadzał wywiady. Czasami udawało mu się skłonić je do wyjawienia strasznej prawdy o swoich mężach.
    
  "Co badasz?" - zapytała w swoim uroczym, laickim stylu. Sam widział, że brakowało jej odpowiedniej terminologii i wiedzy, ale jej zdrowy rozsądek i sposób formułowania opinii były jasne i logiczne.
    
  "Rozważam możliwość spisku, który miałby powstrzymać bogatego człowieka przed wykonaniem długiego dzielenia i zniszczeniem świata w trakcie tego procesu" - zażartował Sam.
    
  Mrużąc oczy w lusterku wstecznym, taksówkarka zachichotała, po czym wzruszyła ramionami: "No dobrze. Nie mów mi".
    
  Jej ciemnowłosy pasażer wciąż był zaskoczony i w milczeniu patrzył przez okno, wracając do swojego apartamentowca. Gdy mijali dawne boisko szkolne, jego nastrój zdawał się poprawiać, ale nie pytała dlaczego. Podążając wzrokiem za jego wzrokiem, zobaczyła jedynie resztki czegoś, co wyglądało na potłuczone szkło z wypadku samochodowego, ale wydało jej się dziwne, że doszło do kolizji w takim miejscu.
    
  "Czy mogłabyś na mnie poczekać?" zapytał Sam, gdy podjechali pod jego dom.
    
  "Oczywiście!" wykrzyknęła.
    
  "Dzięki, szybko to zrobię" - obiecał, wysiadając z samochodu.
    
  "Nie spiesz się, kochanie" - zaśmiała się. "Licznik tyka".
    
  Gdy Sam wbiegł do kompleksu, wcisnął elektroniczny zamek, upewniając się, że brama jest za nim bezpiecznie zamknięta, po czym wbiegł po schodach do drzwi wejściowych. Zadzwonił do Aidana pod numer podany mu przez redaktora "Post". Ku zaskoczeniu Sama, jego stary kolega odebrał niemal natychmiast.
    
  Sam i Aidan mieli mało wolnego czasu, więc ich rozmowa była krótka.
    
  "No i gdzie tym razem wysłali twojego wyniszczonego gnoja, kolego?" Sam uśmiechnął się, wyjął z lodówki niedopity napój i wypił go jednym haustem. Minęło trochę czasu, odkąd cokolwiek jadł i pił, ale spieszył się.
    
  "Nie mogę ujawnić tej informacji, Sammo" - odpowiedział radośnie Aidan, zawsze żartując z Sama, że nie zabierał go ze sobą na misje, gdy jeszcze pracowali w gazecie.
    
  "No, daj spokój" - powiedział Sam, bekając cicho, nalewając sobie drinka. "Słuchaj, słyszałeś kiedyś mit o Straszliwym Wężu?"
    
  "Nie mogę powiedzieć, żebym miał jakieś, synu" - odpowiedział szybko Aidan. "Co to jest? Znowu przywiązane do jakiejś nazistowskiej pamiątki?"
    
  "Tak. Nie. Nie wiem. Podobno to równanie opracował sam Albert Einstein jakiś czas po publikacji z 1905 roku, z tego co mi powiedziano" - wyjaśnił Sam. "Mówią, że poprawnie zastosowane, kryje w sobie klucz do jakiegoś przerażającego rezultatu. Czy znasz coś takiego?"
    
  Aidan zamyślił się i w końcu przyznał: "Nie. Nie, Sammo. Nigdy nie słyszałem o czymś takim. Albo twoje źródło wtajemnicza cię w coś tak wielkiego, że wiedzą o tym tylko najwyżsi rangą... Albo ktoś tobą pogrywa, kolego".
    
  Sam westchnął. "No dobrze. Chciałem tylko z tobą o tym porozmawiać. Słuchaj, Ade, cokolwiek robisz, po prostu bądź ostrożna, dobrze?"
    
  "Och, nie wiedziałem, że cię to obchodzi, Sammo" - zażartował Aidan. "Obiecuję, że będę mył się za uszami każdego wieczoru, dobrze?"
    
  "Tak, dobra, i ty też się pierdol" - uśmiechnął się Sam. Usłyszał śmiech Aidana ochrypłym, starczym głosem, zanim zakończył rozmowę. Ponieważ jego były kolega nie wiedział o ogłoszeniu Mastersa, Sam był niemal pewien, że całe zamieszanie zostało przesadzone. W końcu mógł bezpiecznie przekazać Purdue nagranie z równaniem Einsteina. Zanim jednak wyszedł, musiał się jeszcze jedną sprawą zająć.
    
  "Lacey!" krzyknął w korytarz prowadzący do mieszkania na rogu jego piętra. "Lacey!"
    
  Nastolatka wyszła z pokoju, poprawiając wstążkę we włosach.
    
  "Hej, Sam" - zawołała, biegnąc z powrotem do jego domu. "Już idę. Już idę".
    
  "Proszę, zaopiekuj się Bruichem, chociaż przez jedną noc, dobrze?" poprosił szybko, podnosząc niezadowolonego starego kota z kanapy, na której ten wylegiwał się.
    
  "Masz szczęście, że moja mama cię kocha, Sam" - szepnęła Lacey, gdy Sam wpychała jej karmę do kieszeni. "Ona nienawidzi kotów".
    
  "Wiem, przepraszam" - przeprosił - "ale muszę jechać do przyjaciela z ważnymi sprawami".
    
  "Coś szpiegowskiego?" wykrzyknęła podekscytowana.
    
  Sam wzruszył ramionami. "Tak, ściśle tajne".
    
  "Niesamowite" - uśmiechnęła się, delikatnie głaszcząc Bruicha. "Dobra, chodź, Bruich, chodźmy! Pa, Sam!". I z tymi słowami wyszła, wracając do środka z zimnego, mokrego, cementowego korytarza.
    
  Samowi zajęło niecałe cztery minuty spakowanie torby podróżnej i schowanie upragnionego materiału do futerału na aparat. Wkrótce był gotowy do wyjścia, by zadowolić Purdue.
    
  "Boże, on mnie żywcem obedrze ze skóry" - pomyślał Sam. "Pewnie jest wściekły jak cholera".
    
    
  15
  Szczury w jęczmieniu
    
    
  Niezłomny Aidan Glaston był doświadczonym dziennikarzem. Podczas zimnej wojny wykonywał liczne zlecenia, pod wodzą kilku skorumpowanych polityków, i zawsze dostawał swoją historię. Po tym, jak omal nie zginął w Belfaście, wybrał bardziej bierną karierę. Ludzie, których wówczas śledził, wielokrotnie go ostrzegali, ale powinien był dowiedzieć się o tym przed wszystkimi innymi w Szkocji. Wkrótce potem karma zebrała swoje żniwo i Aidan został jednym z wielu rannych odłamkami w zamachach bombowych IRA. Zrozumiał aluzję i złożył podanie o pracę jako pisarz administracyjny.
    
  Teraz wrócił do pracy. Sześćdziesiątka nie była tak dobra, jak myślał, a ten surowy reporter szybko odkrył, że nuda zabije go na długo przed papierosami czy cholesterolem. Po miesiącach namawiania i oferowania lepszych benefitów niż inni dziennikarze, Aidan przekonał wybredną pannę Noble, że jest idealnym kandydatem. W końcu to on napisał artykuł na pierwszą stronę o McFaddenie i najbardziej niezwykłym spotkaniu wybranych burmistrzów w Szkocji. To samo słowo "wybrany" budziło nieufność u kogoś takiego jak Aidan.
    
  W żółtym świetle wynajętego pokoju w akademiku w Castlemilk, zaciągnął się tanim papierosem i napisał szkic raportu na komputerze, zamierzając go później dopracować. Aidan doskonale zdawał sobie sprawę z utraty cennych dokumentów, więc miał niezawodny plan: po ukończeniu każdego szkicu wysyłał go do siebie mailem. W ten sposób zawsze miał kopie zapasowe.
    
  Zastanawiałem się, dlaczego w sprawę zaangażowanych było tylko kilku szkockich administratorów samorządowych. Przekonałem się o tym, gdy podstępem wślizgnąłem się na lokalne spotkanie w Glasgow. Stało się jasne, że przeciek, w który byłem zamieszany, nie był celowy, ponieważ moje źródło później zniknęło. Na spotkaniu szkockich gubernatorów samorządowych dowiedziałem się, że wspólnym mianownikiem nie był ich zawód. Czy to nie interesujące?
    
  Łączy ich wszystkich przynależność do większej globalnej organizacji, a raczej konglomeratu wpływowych firm i stowarzyszeń. McFadden, tym, którym byłem najbardziej zainteresowany, okazało się najmniejszym z naszych zmartwień. Chociaż myślałem, że to spotkanie burmistrzów, wszyscy okazali się członkami tej anonimowej partii, w skład której wchodzą politycy, finansiści i wojskowi. To spotkanie nie dotyczyło drobnych ustaw ani uchwał rady miasta, ale czegoś znacznie większego: szczytu w Belgii, o którym wszyscy słyszeliśmy w wiadomościach. A Belgia to miejsce, gdzie będę uczestniczył w kolejnym tajnym szczycie. Muszę wiedzieć, czy to ostatnia rzecz, jaką zrobię.
    
  Pukanie do drzwi przerwało mu raport, ale szybko dodał godzinę i datę, jak zwykle, zanim zgasił papierosa. Pukanie stało się natarczywe, wręcz natarczywe.
    
  "Hej, nie zdejmuj spodni, zaraz idę!" - warknął niecierpliwie. Podciągnął spodnie i, żeby zirytować dzwoniącego, postanowił dołączyć swój projekt do maila i wysłać go przed otwarciem drzwi. Pukanie stawało się coraz głośniejsze i częstsze, ale kiedy zajrzał przez wizjer, rozpoznał Benny'ego D, swojego głównego informatora. Benny był osobistym asystentem w edynburskim biurze prywatnej korporacji finansowej.
    
  "Jezu, Benny, co ty tu, do cholery, robisz? Myślałem, że zniknąłeś z powierzchni ziemi" - mruknął Aidan, otwierając drzwi. Przed nim, na brudnym korytarzu akademika, stał Benny D, blady i chory.
    
  "Przepraszam, że nie oddzwoniłem, Aidan" - przeprosił Benny. "Bałem się, że mnie rozgryzą, wiesz..."
    
  "Wiem, Benny. Wiem, jak działa ta gra, synu. Wejdź" - zaprosił Aidan. "Tylko zamknij drzwi za sobą, jak wejdziesz".
    
  "Okej" - wydyszał nerwowo trzęsący się zrzęda.
    
  "Chcesz whisky?" "Brzmi, jakby ci się przydało" - zasugerował starszy dziennikarz. Zanim jego słowa zdążyły ostygnąć, za nim rozległ się głuchy odgłos. Chwilę później Aidan poczuł, jak świeża krew rozpryskuje się po odsłoniętej szyi i górnej części pleców. Odwrócił się zszokowany, a jego oczy rozszerzyły się na widok roztrzaskanej czaszki Benny'ego, tam gdzie upadł na kolana. Jego bezwładne ciało upadło, a Aidan skrzywił się, czując miedziany zapach świeżo rozbitej czaszki, jego główne źródło.
    
  Za Bennym stały dwie postacie. Jedna ryglowała drzwi, a druga, potężny bandyta w garniturze, czyściła dyszę tłumika. Mężczyzna przy drzwiach wyłonił się z cienia i ukazał się.
    
  "Benny nie pije whisky, panie Glaston, ale Wolfe i ja chętnie byśmy się napili drinka czy dwóch" - uśmiechnął się biznesmen o twarzy szakala.
    
  "McFadden" - zaśmiał się Aidan. "Nie marnowałbym na ciebie moczu, a co dopiero na dobrego single malta".
    
  Wilk parsknął jak zwierzę, którym był, zirytowany, że musiał pozwolić staremu dziennikarzowi żyć, dopóki nie wyda innego rozkazu. Aidan spojrzał mu w oczy z pogardą. "Co to ma być? Nie stać cię na ochroniarza, który potrafi poprawnie formułować słowa? Chyba dostajesz to, na co cię stać, co?"
    
  Uśmiech McFaddena zbladł w świetle lampy, a cienie pogłębiły każdą linię jego lisiej twarzy. "Spokojnie, Wolf" - mruknął, wymawiając imię bandyty z niemieckim akcentem. Aidan zauważył imię i wymowę i doszedł do wniosku, że to prawdopodobnie prawdziwe imię ochroniarza. "Stać mnie na więcej, niż myślisz, ty kompletny palancie" - zadrwił McFadden, powoli okrążając dziennikarza. Aidan nie spuszczał wzroku z Wolfa, dopóki burmistrz Oban nie okrążył go i nie zatrzymał się na laptopie. "Mam kilku bardzo wpływowych przyjaciół".
    
  "Oczywiście" - zaśmiał się Aidan. "Jakich niezwykłych rzeczy dokonałeś, klęcząc przed tymi przyjaciółmi, Czcigodny Lance McFadden?"
    
  Wolf interweniował i uderzył Aidana tak mocno, że ten upadł na podłogę. Wypluł odrobinę krwi, która zebrała mu się na wardze i uśmiechnął się szeroko. McFadden usiadł na łóżku Aidana z laptopem i przeglądał otwarte dokumenty, w tym ten, który Aidan pisał przed przerwą. Niebieska dioda LED oświetlała jego odrażającą twarz, a jego oczy bezgłośnie przeskakiwały z boku na bok. Wolf stał nieruchomo, z rękami splecionymi przed sobą, z tłumikiem pistoletu wystającym z palców, czekając jedynie na komendę.
    
  McFadden westchnął. "Więc okazało się, że spotkanie burmistrzów nie było do końca tym, na co wyglądało, tak?"
    
  "Tak, twoi nowi przyjaciele są o wiele potężniejsi, niż ty kiedykolwiek będziesz" - prychnął dziennikarz. "To tylko dowodzi, że jesteś pionkiem. Kto do cholery wie, do czego cię potrzebują. Oban trudno nazwać ważnym miastem... pod niemal żadnym względem".
    
  "Zdziwiłbyś się, kolego, jak cenne będzie Oban, gdy Szczyt Belgijski 2017 ruszy pełną parą" - chwalił się McFadden. "Jestem na bieżąco i dbam o to, żeby nasze przytulne miasteczko było bezpieczne, kiedy nadejdzie czas".
    
  "Po co? Kiedy nadejdzie czas na co?" - zapytał Aidan, ale spotkał się jedynie z irytującym chichotem lisiego złoczyńcy. McFadden nachylił się bliżej do Aidana, który wciąż klęczał na dywanie przed łóżkiem, do którego wysłał go Wilk. "Nigdy się nie dowiesz, mój wścibski mały wrogu. Nigdy się nie dowiesz. To musi być dla was piekło, co? Bo po prostu musicie wiedzieć wszystko, prawda?"
    
  "Dowiem się" - nalegał Aidan, patrząc z wyższością, ale był przerażony. "Pamiętaj, odkryłem, że ty i twoi współadministratorzy jesteście w zmowie ze starszym bratem i siostrą i że pniecie się w górę, zastraszając tych, którzy widzą was na wylot".
    
  Aidan nawet nie zauważył, jak polecenie z oczu McFaddena trafiło w jego psa. But Wolfa jednym potężnym ciosem roztrzaskał lewą stronę klatki piersiowej dziennikarza. Aidan krzyknął z bólu, gdy jego tors zapalił się od uderzenia wzmocnionych stalą butów napastnika. Zgiął się wpół na podłodze, czując w ustach jeszcze większy smak własnej, ciepłej krwi.
    
  "A teraz powiedz mi, Aidanie, czy mieszkałeś kiedyś na farmie?" - zapytał McFadden.
    
  Aidan nie mógł odpowiedzieć. Jego płuca płonęły, nie mogąc się napełnić na tyle, by móc mówić. Z jego ust wydobył się jedynie syczący dźwięk. "Aidan" - zaśpiewał McFadden, by go pocieszyć. Aby uniknąć dalszej kary, dziennikarz energicznie skinął głową, próbując udzielić jakiejś odpowiedzi. Na szczęście dla niego, na razie było to satysfakcjonujące. Czując zapach kurzu z brudnej podłogi, Aidan wciągnął tyle powietrza, ile mógł, a żebra ścisnął jego narządy.
    
  "Mieszkałem na farmie, kiedy byłem nastolatkiem. Mój ojciec uprawiał pszenicę. Nasze gospodarstwo co roku produkowało jęczmień jary, ale przez kilka lat, zanim wysłaliśmy worki na targ, składowaliśmy go w czasie żniw" - opowiadał powoli burmistrz Oban. "Czasami musieliśmy pracować wyjątkowo szybko, bo, rozumiecie, mieliśmy problem z magazynowaniem. Zapytałem ojca, dlaczego musimy pracować tak szybko, a on wyjaśnił, że mamy problem ze szkodnikami. Pamiętam, jak pewnego lata musieliśmy zniszczyć całe gniazda zakopane pod jęczmieniem, zatruwając każdego szczura, jakiego udało nam się znaleźć. Zawsze było ich więcej, gdy zostawiało się je przy życiu, rozumiecie?"
    
  Aidan widział, dokąd to zmierza, ale ból nie dawał mu spokoju. W świetle lampy widział ogromny cień bandyty, który się poruszał, gdy próbował spojrzeć w górę, ale nie mógł obrócić głowy na tyle, by zobaczyć, co robi. McFadden podał Wolfowi laptopa Aidana. "Zajmij się tymi wszystkimi... informacjami, dobrze? Vielen Dank". Ponownie spojrzał na dziennikarza u swoich stóp. "A teraz, Aidan, jestem pewien, że posłuchasz mojego porównania, ale na wypadek, gdyby krew już napływała ci do uszu, pozwól, że wyjaśnię".
    
  "Już? Co on ma na myśli mówiąc już?" Aidan się nad tym zastanowił. Dźwięk rozbijającego się laptopa był ogłuszający. Z jakiegoś powodu zależało mu tylko na tym, jak jego redaktor poskarży się na utratę technologii firmy.
    
  "Widzisz, jesteś jednym z tych szczurów" - kontynuował spokojnie McFadden. "Zakopujesz się w ziemi, aż znikasz w chaosie, a potem" - westchnął dramatycznie - "coraz trudniej cię znaleźć. Przez cały czas siejesz spustoszenie i niszczysz od środka całą pracę i troskę włożoną w zbiory".
    
  Aidan ledwo oddychał. Jego drobna budowa ciała nie nadawała się do kar fizycznych. Znaczna część jego siły pochodziła z dowcipu, zdrowego rozsądku i zdolności dedukcji. Jednak w porównaniu z nim jego ciało było strasznie kruche. Kiedy McFadden zaczął mówić o eksterminacji szczurów, dla doświadczonego dziennikarza stało się jasne, że burmistrz Oban i jego orangutan nie dadzą mu żyć.
    
  W polu widzenia widział czerwony uśmiech na czaszce Benny'ego, zniekształcający kształt jego wyłupiastych, martwych oczu. Wiedział, że wkrótce sam się nim stanie, ale kiedy Wolfe przykucnął obok niego i owinął mu kabel od laptopa wokół szyi, Aidan zdał sobie sprawę, że nie ma szybkiego rozwiązania. Już teraz z trudem łapał oddech, a jedyną skargą, jaką potrafił wydusić, było to, że nie będzie miał żadnych ostatnich słów dla swoich zabójców.
    
  "Muszę przyznać, że to całkiem owocny wieczór dla Wolfa i dla mnie" - McFadden wypełnił ostatnie chwile Aidana swoim piskliwym głosem. "Dwa szczury w jedną noc i mnóstwo niebezpiecznych informacji wyeliminowanych".
    
  Stary dziennikarz poczuł, jak niezmierzona siła niemieckiego bandyty zaciska się na jego gardle. Jego ramiona były zbyt słabe, by wyrwać drut z gardła, więc postanowił umrzeć jak najszybciej, nie męcząc się daremną walką. Gdy głowa zaczęła mu płonąć za oczami, jedyne, o czym mógł myśleć, to że Sam Cleave prawdopodobnie podziela te same poglądy co ci wysoko postawieni przestępcy. Wtedy Aidan przypomniał sobie kolejny ironiczny zwrot akcji. Niecałe piętnaście minut wcześniej, w szkicu swojego raportu, napisał, że zdemaskuje tych ludzi, nawet gdyby to była ostatnia rzecz, jaką zrobi. Jego e-mail rozprzestrzeniłby się w sieci. Wolf nie mógł wymazać tego, co już było w cyberprzestrzeni.
    
  Kiedy ciemność ogarnęła Aidana Glastona, udało mu się uśmiechnąć.
    
    
  16
  Dr Jacobs i równanie Einsteina
    
    
  Kasper tańczył ze swoją nową miłością, oszałamiającą, ale niezdarną Olgą Mitrą. Był zachwycony, zwłaszcza gdy rodzina zaprosiła ich do siebie i na wesele, na które Olga przyniosła tort.
    
  "Ten dzień był zdecydowanie cudowny" - zaśmiała się, gdy figlarnie ją kręcił i próbował zanurzyć. Kasper nie mógł się nasycić wysokim, cichym, pełnym radości chichotem Olgi.
    
  "Zgadzam się z tym" - uśmiechnął się.
    
  "Kiedy ten tort zaczął się przewracać" - przyznała - "przysięgam, że czułam, jakby całe moje życie się rozpadło. To była moja pierwsza praca tutaj i moja reputacja wisiała na włosku... wiesz, jak to jest".
    
  "Wiem" - powiedział ze zrozumieniem. "A tak w ogóle, to mój dzień był do dupy, dopóki się nie pojawiłeś".
    
  Nie miał na myśli tego, co powiedział. Z jego ust tryskała szczerość, której pełnię uświadomił sobie dopiero chwilę później, gdy zobaczył, że patrzy na niego oszołomiona.
    
  "Wow" - powiedziała. "Casper, to najwspanialsza rzecz, jaką ktokolwiek mi kiedykolwiek powiedział".
    
  Uśmiechnął się tylko, gdy w jego wnętrzu eksplodowały fajerwerki. "Tak, mój dzień mógł skończyć się tysiąc razy gorzej, zwłaszcza biorąc pod uwagę, jak się zaczął". Nagle Casper doznał olśnienia. Uderzyło go prosto w oczy z taką siłą, że omal nie stracił przytomności. W jednej chwili wszystkie ciepłe, dobre wspomnienia dnia uleciały z jego umysłu, zastąpione tym, co dręczyło go całą noc, zanim usłyszał pamiętne szlochy Olgi za drzwiami.
    
  Myśli o Davidzie Perdue i Straszliwym Wężu natychmiast wypłynęły na powierzchnię, przenikając każdy zakamarek jego mózgu. "O Boże" - zmarszczył brwi.
    
  "Co się stało?" zapytała.
    
  "Zapomniałem o czymś bardzo ważnym" - przyznał, czując, jak grunt usuwa mu się spod stóp. "Czy masz coś przeciwko temu, żebyśmy poszli?"
    
  "Już?" jęknęła. "Ale jesteśmy tu dopiero trzydzieści minut."
    
  Kasper z natury nie był człowiekiem porywczym, ale podniósł głos, by podkreślić pilność sytuacji, podkreślić powagę sytuacji. "Proszę, możemy iść? Przyjechaliśmy twoim samochodem, inaczej mógłbyś zostać dłużej".
    
  "Boże, po co miałabym chcieć zostać dłużej?" - rzuciła się na niego.
    
  "Świetny początek czegoś, co może być cudownym związkiem. To, albo to, jest prawdziwa miłość" - pomyślał. Ale jej agresja była w rzeczywistości słodka. "Zostałam tak długo tylko po to, żeby z tobą zatańczyć? Po co miałabym chcieć zostać, gdyby cię tu nie było?"
    
  Nie mógł się na to złościć. Emocje Caspera zostały przytłoczone przez piękną kobietę i zbliżającą się zagładę świata w tej brutalnej konfrontacji. W końcu stłumił histerię na tyle, by błagać: "Czy możemy po prostu wyjść? Muszę się z kimś skontaktować w bardzo ważnej sprawie, Olgo. Proszę?"
    
  "Oczywiście" - powiedziała. "Możemy iść". Wzięła go za rękę i pospiesznie odeszła od tłumu, chichocząc i puszczając oko. "Poza tym, już mi zapłacili".
    
  "Och, dobrze" - odpowiedział - "ale czułem się źle".
    
  Wyskoczyli, a Olga pojechała z powrotem do domu Caspera, ale ktoś inny już tam na niego czekał, siedząc na ganku.
    
  "O nie, nie" - mruknął, gdy Olga zaparkowała samochód na ulicy.
    
  "Kto tam?" zapytała. "Nie wyglądasz na zadowolonego z ich widoku".
    
  "Nie jestem taki" - potwierdził. "To ktoś z pracy, Olgo, więc jeśli nie masz nic przeciwko, naprawdę nie chcę, żeby cię poznał".
    
  "Dlaczego?" zapytała.
    
  "Po prostu, proszę" - powiedział, znów lekko zły - "zaufaj mi. Nie chcę, żebyś znał tych ludzi. Pozwól, że podzielę się z tobą sekretem. Naprawdę, naprawdę cię lubię".
    
  Uśmiechnęła się ciepło. "Czuję to samo".
    
  Normalnie Casper zarumieniłby się z radości, ale pilność problemu, z którym się zmagał, przeważyła nad przyjemnością. "Więc rozumiesz, że nie chcę mylić kogoś, kto mnie rozśmiesza, z kimś, kogo nienawidzę".
    
  Ku jego zaskoczeniu, doskonale rozumiała jego kłopotliwą sytuację. "Oczywiście. Pójdę do sklepu po twoim wyjściu. Potrzebuję jeszcze oliwy do ciabatty".
    
  "Dziękuję za zrozumienie, Olgo. Przyjdę do ciebie, jak już to wszystko ogarnę, dobrze?" obiecał, delikatnie ściskając jej dłoń. Olga pochyliła się i pocałowała go w policzek, ale nic nie powiedziała. Casper wysiadł z samochodu i usłyszał, jak odjeżdża za nim. Karen nigdzie nie było widać, a on miał nadzieję, że Olga przypomni sobie o pół-jacku, o który prosiła w nagrodę za całodzienne pieczenie.
    
  Casper starał się sprawiać wrażenie nonszalanckiego, idąc podjazdem, ale fakt, że musiał ominąć ogromny samochód zaparkowany na jego parkingu, był jak papier ścierny. Na krześle na ganku Caspera, jakby był jego właścicielem, siedział niesławny Clifton Taft. Trzymał w dłoni kiść greckich winogron, zrywając je po kolei i wpychając w równie ogromne zęby.
    
  "Czy nie powinieneś już być z powrotem w Stanach Zjednoczonych?" Casper zaśmiał się, utrzymując ton gdzieś pomiędzy kpiną a niestosownym humorem.
    
  Clifton zaśmiał się, wierząc w to drugie. "Przepraszam, że tak wtrącam się do twoich spraw, Casper, ale uważam, że musimy omówić interesy".
    
  "To odważne, jak na ciebie" - odparł Casper, otwierając drzwi. Zamierzał sięgnąć po laptopa, zanim Taft odkryje, że szukał Davida Perdue.
    
  "No, no. Nie ma żadnego regulaminu, który zabraniałby nam wznowienia naszej dawnej współpracy, prawda?" Puchok deptał mu po piętach, po prostu zakładając, że został zaproszony.
    
  Casper szybko zminimalizował okno i zamknął klapkę laptopa. "Partnerstwo?" - zaśmiał się Casper. "Czy twoja współpraca z Zeldą Bessler nie przyniosła oczekiwanych rezultatów? Chyba byłem tylko zastępcą, głupią inspiracją dla was obojga. Co się stało? Czy ona nie umie stosować skomplikowanej matematyki, czy może skończyły jej się pomysły na outsourcing?"
    
  Clifton Taft skinął głową z gorzkim uśmiechem. "Przyjmij tyle ciosów poniżej pasa, ile chcesz, przyjacielu. Nie będę twierdził, że zasługujesz na to oburzenie. W końcu masz rację we wszystkich swoich założeniach. Ona nie ma pojęcia, co robić".
    
  "Kontynuować?" Casper zmarszczył brwi. "Na czym?"
    
  "Oczywiście, że chodzi o twoją poprzednią pracę. Czy to nie ta praca, którą, jak myślałeś, ukradła ci dla własnej korzyści?" - zapytał Taft.
    
  "No cóż, tak" - potwierdził fizyk, ale wciąż wyglądał na lekko oszołomionego. "Po prostu... myślałem... myślałem, że naprawiłeś tę awarię".
    
  Clifton Taft uśmiechnął się szeroko i położył ręce na biodrach. Próbował z gracją stłumić dumę, ale to nic nie znaczyło; wyglądało to po prostu niezręcznie. "To nie była porażka, nie całkowita. Hmm, nigdy panu tego nie powiedzieliśmy po pańskim odejściu z projektu, doktorze Jacobs, ale" - Taft zawahał się, szukając najłagodniejszego sposobu, by przekazać tę wiadomość - "nigdy nie zakończyliśmy projektu".
    
  "Co? Wszyscyście oszaleli?" Casper kipiał ze złości. "Czy wy w ogóle zdajecie sobie sprawę z konsekwencji tego eksperymentu?"
    
  "Tak!" zapewnił go szczerze Taft.
    
  "Naprawdę?" - Casper rzucił blef. "Nawet po tym, co stało się z George"em Mastersem, nadal wierzysz, że możesz używać składników biologicznych w eksperymencie? Jesteś równie szalony, co głupi".
    
  "Hej, no już" - ostrzegł Taft, ale Casper Jacobs był tak pochłonięty kazaniem, że nie zwracał uwagi na to, co mówił ani kogo to obrażało.
    
  "Nie. Posłuchaj mnie" - warknął zazwyczaj powściągliwy i skromny fizyk. "Przyznaj się. Jesteś tu tylko pieniędzmi. Cliff, nie wiesz, jaka jest różnica między zmienną a wymionami krowy, a my wszyscy wiemy! Więc proszę, przestań zakładać, że rozumiesz, co właściwie tu finansujesz!"
    
  "Czy zdajesz sobie sprawę, ile moglibyśmy zarobić, gdyby ten projekt się powiódł, Casper?" - nalegał Taft. "To sprawiłoby, że cała broń jądrowa, wszystkie źródła energii jądrowej stałyby się przestarzałe. Wyeliminowalibyśmy wszystkie istniejące paliwa kopalne i ich produkcję. Uwolnilibyśmy Ziemię od dalszych odwiertów i szczelinowania. Nie rozumiesz? Jeśli ten projekt się powiedzie, nie będzie wojen o ropę ani o zasoby. Będziemy jedynym dostawcą niewyczerpanej energii".
    
  "A kto to od nas kupi? Chcesz powiedzieć, że ty i twój szlachetny dwór skorzystacie na tym wszystkim, a ci z nas, którzy to stworzyli, będą nadal zarządzać produkcją tej energii" - wyjaśnił Casper amerykańskiemu miliarderowi. Taft nie mógł zignorować żadnego z tych stwierdzeń jako nonsensu, więc po prostu wzruszył ramionami.
    
  "Potrzebujemy, żebyś to zrobił, niezależnie od Mistrzów. To, co się tam wydarzyło, to był błąd ludzki" - przekonywał Taft niechętnego geniusza.
    
  "Tak, to prawda!" - wydyszał Casper. "Twoje! Ty i twoje wysokie, silne pieski w białych fartuchach. To twój błąd o mało nie zabił tego naukowca. Co zrobiłeś po moim wyjściu? Zapłaciłeś mu?"
    
  "Zapomnij o nim. Ma wszystko, czego potrzebuje do życia" - poinformował Caspera Taft. "Podwyższę twoją pensję czterokrotnie, jeśli wrócisz do ośrodka, żeby sprawdzić, czy potrafisz naprawić dla nas równanie Einsteina. Mianuję cię głównym fizykiem. Będziesz miał pełną kontrolę nad projektem, pod warunkiem, że zintegrujesz go z obecnym projektem do 25 października".
    
  Casper odrzucił głowę do tyłu i roześmiał się. "Żartujesz sobie, prawda?"
    
  "Nie" - odpowiedział Taft. "Uczynisz to możliwym, doktorze Jacobs, i przejdziesz do historii jako człowiek, który uzurpował sobie geniusz Einsteina i go przewyższył".
    
  Casper chłonął słowa zapominalskiego magnata i próbował zrozumieć, jak tak elokwentny człowiek mógł mieć takie trudności ze zrozumieniem katastrofy. Poczuł potrzebę przyjęcia prostszego, spokojniejszego tonu, by spróbować po raz ostatni.
    
  "Cliff, wiemy, jaki będzie wynik udanego projektu, prawda? A teraz powiedz mi, co się stanie, jeśli ten eksperyment znów się nie powiedzie? Jeszcze jedno muszę wiedzieć z góry: kogo tym razem planujesz użyć jako królika doświadczalnego?" - zapytał Casper, upewniając się, że jego pomysł brzmi przekonująco, aby odsłonić mroczne szczegóły planu, który uknuli Taft i Zakon.
    
  "Nie martw się. Po prostu stosujesz równanie" - powiedział tajemniczo Taft.
    
  "W takim razie powodzenia" - zaśmiał się Casper. "Nie biorę udziału w żadnym projekcie, jeśli nie znam gołych faktów, wokół których mam siać chaos".
    
  "Och, proszę cię" - zaśmiał się Taft. "Chaos. Jesteś taki dramatyczny".
    
  "Ostatnim razem, gdy próbowaliśmy zastosować równanie Einsteina, nasz obiekt testowy został usmażony. To dowodzi, że nie możemy pomyślnie uruchomić tego projektu bez ofiar w ludziach. W teorii to działa, Cliff" - wyjaśnił Casper. "Ale w praktyce generowanie energii w jednym wymiarze spowoduje cofnięcie się jej do naszego wymiaru, co usmaży każdego człowieka na tej planecie. Żaden paradygmat, który uwzględnia element biologiczny w tym eksperymencie, doprowadzi do wyginięcia. Żadne pieniądze świata nie pokryłyby tego okupu, kolego".
    
  "Ponownie, ta negatywność nigdy nie była podstawą postępu i przełomów, Casper. Jezu Chryste! Myślisz, że Einstein uważał to za niemożliwe?" - Taft próbował przekonać dr. Jacobsa.
    
  "Nie, on wiedział, że to możliwe" - odparł Casper - "i właśnie dlatego próbował zniszczyć Węża Grozy. Jesteś pieprzonym idiotą!"
    
  "Uważaj, co mówisz, Jacobs! Zniosę wiele, ale to gówno długo ze mną nie wytrzyma" - wrzasnął Taft. Twarz mu poczerwieniała, a kąciki ust pokryły się śliną. "Zawsze możemy znaleźć kogoś, kto dokończy za nas równanie Einsteina o "Straszliwym Wężu". Nie myśl, że jesteś zbędny, kolego".
    
  Doktor Jacobs z przerażeniem myślał o suce Tafta, Bessler, która mogłaby wypaczyć jego pracę. Taft nie wspomniał o Purdue, co oznaczało, że jeszcze nie wiedział, że Purdue odkrył już Węża Grozy. Gdy Taft i Zakon Czarnego Słońca się o tym dowiedzą, Jacobs stanie się zbędny, a on nie może ryzykować tak trwałego zwolnienia.
    
  "Dobra" - westchnął, obserwując obrzydliwą satysfakcję Tafta. "Wrócę do projektu, ale tym razem nie chcę żadnych ludzkich obiektów. Mam za dużo na sumieniu i nie obchodzi mnie, co myślisz ty ani Zakon. Mam zasady moralne".
    
    
  17
  A zacisk jest zamocowany
    
    
  "Boże, Sam, myślałem, że zginąłeś w akcji. Gdzieś ty się, na litość boską, podziewał?" Purdue wpadł we wściekłość, widząc wysokiego, surowego dziennikarza stojącego w drzwiach. Purdue wciąż był pod wpływem środka uspokajającego, ale był wystarczająco przekonujący. Usiadł na łóżku. "Przyniosłeś materiał z "Zaginionego miasta"? Muszę zacząć pracować nad tym równaniem".
    
  "Jezu, uspokój się, okej?" Sam zmarszczył brwi. "Przeszedłem przez piekło i z powrotem przez to twoje pieprzone równanie, więc grzeczne "cześć" to minimum, co możesz zrobić".
    
  Gdyby Charles miał żywszą osobowość, przewróciłby już oczami. Zamiast tego stał tam, sztywny i zdyscyplinowany, a jednocześnie oczarowany dwoma zazwyczaj pogodnymi mężczyznami. Obaj magicznie się pogorszyli! Purdue był szalonym szaleńcem od powrotu do domu, a Sam Cleve przeobraził się w nadętego idiotę. Charles trafnie ocenił, że obaj mężczyźni doświadczyli poważnej traumy emocjonalnej i żaden z nich nie wykazywał oznak dobrego zdrowia ani snu.
    
  "Czy czegoś jeszcze pan potrzebuje, proszę pana?" odważył się zapytać swego pracodawcę, ale ku jego zaskoczeniu Perdue zachował spokój.
    
  "Nie, dziękuję, Charles. Czy mógłbyś zamknąć za sobą drzwi?" - zapytał uprzejmie Purdue.
    
  "Oczywiście, proszę pana" - odpowiedział Charles.
    
  Gdy drzwi zamknęły się z trzaskiem, Perdue i Sam patrzyli na siebie z napięciem. W zaciszu sypialni Perdue słyszeli jedynie ćwierkanie zięb siedzących na dużej sośnie na zewnątrz i rozmowę Charlesa z Lillian kilka drzwi dalej o świeżej pościeli.
    
  "No i jak się masz?" - zapytał Perdue, okazując swój pierwszy obowiązkowy akt uprzejmości. Sam się roześmiał. Otworzył futerał z aparatem i wyciągnął zza Canona zewnętrzny dysk twardy. Rzucił go Perdue na kolana i powiedział: "Nie traćmy czasu na uprzejmości. To wszystko, czego ode mnie oczekujesz, i szczerze mówiąc, cholernie się cieszę, że raz na zawsze pozbyłem się tej cholernej kasety wideo".
    
  Perdue uśmiechnął się szeroko, kręcąc głową. "Dzięki, Sam" - uśmiechnął się do przyjaciela. "A tak zupełnie serio, dlaczego tak się cieszysz, że się tego pozbyłeś? Pamiętam, że mówiłeś, że chciałbyś zmontować z tego film dokumentalny dla Wildlife Society czy coś w tym stylu".
    
  "Taki był plan na początku" - przyznał Sam - "ale po prostu mnie to znudziło. Porwał mnie szaleniec, rozbił mi się samochód, a w efekcie straciłem drogiego, starego kolegę, a wszystko to w ciągu trzech dni, kolego. Według jego ostatniego wpisu włamałem się na jego pocztę" - wyjaśnił Sam - "co oznacza, że miał coś ważnego".
    
  "Duży?" zapytał Perdue, powoli ubierając się za swoim antycznym parawanem z palisandru.
    
  "Wielki koniec świata" - przyznał Sam.
    
  Purdue spojrzał na ozdobne rzeźby. Wyglądał jak wyrafinowana surykatka stojąca na baczność. "Więc? Co powiedział? I co to za szalona historia?"
    
  "Och, to długa historia" - westchnął Sam, wciąż nie mogąc otrząsnąć się po tym traumatycznym przeżyciu. "Gliniarze będą mnie szukać, bo skreśliłem samochód w biały dzień... w pościgu samochodowym przez Stare Miasto, narażając ludzi na niebezpieczeństwo i tak dalej".
    
  "O mój Boże, Sam, co mu jest? Wymknąłeś mu się?" - zapytał Purdue, jęcząc, gdy się ubierał.
    
  "Jak mówiłem, to długa historia, ale najpierw muszę dokończyć zadanie, nad którym pracował mój były kolega z "The Post"" - powiedział Sam. Oczy mu się zaszkliły, ale kontynuował: "Słyszałeś kiedyś o Aidanie Glastonie?"
    
  Purdue pokręcił głową. Pewnie gdzieś widział to nazwisko, ale nic mu nie mówiło. Sam wzruszył ramionami. "Zabili go. Dwa dni temu znaleziono go w pokoju, do którego wysłał go redaktor, żeby się zarejestrował na operację w Castlemilk. Był z jakimś facetem, którego prawdopodobnie znał, w stylu egzekucji. Aidan wisiał jak cholerny świniak, Purdue".
    
  "O mój Boże, Sam. Tak mi przykro to słyszeć" - współczuł Perdue. "Zajmujesz jego miejsce w misji?"
    
  Zgodnie z oczekiwaniami Sama, Purdue był tak zaabsorbowany rozpoczęciem pracy nad równaniem, że zapomniał zapytać o szaleńca prześladującego Sama. Wyjaśnienie tego w tak krótkim czasie byłoby zbyt trudne, a istniało ryzyko zniechęcenia Purdue'a. Nie chciał wiedzieć, że praca, którą tak bardzo chciał rozpocząć, jest uważana za narzędzie destrukcji. Oczywiście, zrzuciłby to na karb paranoi lub celowej ingerencji Sama, więc dziennikarz na tym poprzestał.
    
  "Rozmawiałem z jego redaktorką, a ona wysyła mnie do Belgii na ten tajny szczyt pod przykrywką konferencji o energii odnawialnej. Aidan uważał, że to przykrywka dla czegoś złowrogiego, a burmistrz Oban był jednym z nich" - wyjaśnił krótko Sam. Wiedział, że Purdue i tak nie zwróciło na to większej uwagi. Sam wstał i zamknął futerał z aparatem, zerkając na dysk, który zostawił dla Purdue. Żołądek ścisnął mu się, gdy na niego patrzył, leżący tam, w milczeniu groźny, ale jego przeczucie nie było spójne bez faktów, które by je potwierdzały. Mógł tylko mieć nadzieję, że George Masters się myli i że on, Sam, nie oddał właśnie zagłady ludzkości w ręce jakiegoś mistrza fizyki.
    
    
  * * *
    
    
  Sam opuścił Raichtisousis z ulgą. To było dziwne, bo czuł się tam jak w drugim domu. Coś w równaniu na taśmie wideo, którą dał Purdue, przyprawiało go o mdłości. Doświadczył tego tylko kilka razy w życiu, zazwyczaj po popełnieniu jakiegoś przewinienia lub okłamaniu swojej zmarłej narzeczonej, Patricii. Tym razem wydawało się to mroczniejsze, bardziej ostateczne, ale zrzucił to na karb własnego sumienia.
    
  Purdue był na tyle uprzejmy, że pożyczył Samowi jego terenówkę, dopóki nie dostał nowego zestawu kół. Jego stary samochód nie był ubezpieczony, ponieważ Sam wolał unikać publicznych rejestrów i serwerów o niskim poziomie bezpieczeństwa, obawiając się, że Black Sun może być nim zainteresowany. W końcu policja prawdopodobnie by go złapała, gdyby go namierzyła. Okazało się, że jego samochód, odziedziczony po zmarłym przyjacielu z liceum, nie był zarejestrowany na jego nazwisko.
    
  Był późny wieczór. Sam dumnie podszedł do dużego Nissana i z wilczym gwizdem nacisnął przycisk immobilizera. Kontrolka błysnęła dwa razy, a potem zgasła, zanim usłyszał kliknięcie centralnego zamka. Atrakcyjna kobieta wyłoniła się spomiędzy drzew, kierując się w stronę drzwi wejściowych rezydencji. Niosła apteczkę, ale była ubrana w luźne ubranie. Przechodząc, uśmiechnęła się do niego: "Czy to gwizdek do mnie?"
    
  Sam nie miał pojęcia, jak zareagować. Gdyby powiedział "tak", mogłaby go uderzyć, a on by skłamał. Gdyby zaprzeczył, byłby dziwakiem, zespolonym z maszyną. Sam był bystrym myślicielem; stał tam jak idiota z uniesioną ręką.
    
  "Czy jesteś Samem Cleave?" zapytała.
    
  Bingo!
    
  "Tak, to pewnie ja" - uśmiechnął się promiennie. "A ty kim jesteś?"
    
  Młoda kobieta podeszła do Sama i starła uśmiech z twarzy. "Czy dostarczył mu pan nagranie, o które prosił, panie Cleve? Naprawdę? Mam nadzieję, że tak, bo jego stan zdrowia gwałtownie się pogarszał, podczas gdy pan zwlekał z jego dostarczeniem".
    
  Jego zdaniem jej nagły sarkazm przekraczał wszelkie granice. Zazwyczaj uważał odważne kobiety za przyjemne wyzwanie, ale ostatnio trudności sprawiły, że stał się nieco mniej posłuszny.
    
  "Wybacz, laleczko, ale kim ty jesteś, żeby mnie pouczać?" Sam odwzajemnił przysługę. "Z tego, co widzę z twoją małą torbą, jesteś opiekunką domową, w najlepszym razie pielęgniarką, a na pewno nie jedną z długoletnich znajomych Purdue". Otworzył drzwi kierowcy. "A teraz, dlaczego nie odpuścisz i nie zajmiesz się tym, za co ci płacą, co? A może nosisz uniform pielęgniarki na te specjalne wezwania?"
    
  "Jak śmiesz?" syknęła, ale Sam nie słyszał reszty. Luksusowa, komfortowa kabina terenówki była wyjątkowo dobrze wygłuszająca, redukując jej tyradę do stłumionego pomruku. Uruchomił samochód i delektował się luksusem, po czym cofnął, niebezpiecznie blisko zrozpaczonego nieznajomego z torbą medyczną.
    
  Śmiejąc się jak niegrzeczne dziecko, Sam pomachał strażnikom przy bramie, podążając za Raichtischusisem. Gdy zjeżdżał krętą drogą w kierunku Edynburga, zadzwonił telefon. To była Janice Noble, redaktorka "Edinburgh Post", informująca go o miejscu spotkania w Belgii, gdzie miał spotkać się z jej lokalnym korespondentem. Stamtąd odprowadzili go do jednej z prywatnych lóż w Galerii La Monnaie, aby mógł zebrać jak najwięcej informacji.
    
  "Proszę uważać, panie Cleve" - powiedziała w końcu. "Pański bilet lotniczy został wysłany do pana mailem".
    
  "Dziękuję, panno Noble" - odpowiedział Sam. "Będę tam w ciągu następnego dnia. Dojdziemy do sedna sprawy".
    
  Gdy tylko Sam się rozłączył, Nina do niego zadzwoniła. Po raz pierwszy od kilku dni ucieszył się, że ktoś się odezwał. "Hej, ślicznotko!" - przywitał się.
    
  "Sam, jesteś nadal pijany?" - brzmiała jej pierwsza odpowiedź.
    
  "Yyy, nie" - odpowiedział z powściągliwym entuzjazmem. "Po prostu cieszę się, że się odezwałeś. To wszystko."
    
  "Och, dobrze" - powiedziała. "Słuchaj, muszę z tobą porozmawiać. Może moglibyśmy się gdzieś spotkać?"
    
  "W Oban? Właściwie to wyjeżdżam z kraju" - wyjaśnił Sam.
    
  "Nie, wyjechałam z Oban wczoraj wieczorem. Właściwie, właśnie o tym chcę z tobą porozmawiać. Jestem w Radisson Blu na Royal Mile" - powiedziała, brzmiąc na nieco zdenerwowaną. Według standardów Niny Gould "zdenerwowana" oznaczało, że wydarzyło się coś wielkiego. Niełatwo ją było zdenerwować.
    
  "Dobra, sprawdź. Przyjadę po ciebie, a potem porozmawiamy u mnie, kiedy będę się pakował. Co ty na to?" - zasugerował.
    
  "Kiedy?" - zapytała. Sam wiedział, że coś musi dręczyć Ninę, skoro nawet nie zadała sobie trudu, żeby zapytać go o najdrobniejsze szczegóły. Gdyby zapytała go wprost o przewidywany czas przybycia, już dawno zdecydowałaby się przyjąć jego ofertę.
    
  "Będę za około trzydzieści minut, bo będzie korek" - potwierdził, sprawdzając cyfrowy zegar na desce rozdzielczej.
    
  "Dziękuję, Sam" - powiedziała słabnącym tonem, który go zaniepokoił. Potem zniknęła. Przez całą drogę do hotelu Sam czuł się, jakby nałożono mu kolosalne jarzmo. Straszny los biednego Aidana, jego teorie na temat McFaddena, wahania nastroju Purdue i niepewny stosunek George'a Mastersa do Sama, tylko potęgowały jego niepokój o Ninę. Był tak zaabsorbowany jej samopoczuciem, że ledwo zauważył, jak przechodzi przez zatłoczone ulice Edynburga. Kilka minut później dotarł do hotelu Niny.
    
  Rozpoznał ją od razu. W butach i dżinsach wyglądała raczej jak gwiazda rocka niż historyczka, ale obcisła zamszowa marynarka i szal z paszminy nieco łagodziły ten wizerunek - akurat na tyle, by wyglądać tak elegancko, jak naprawdę wyglądała. Choć ubierała się stylowo, nie rekompensowało to jej zmęczonej cery. Zwykle piękna, nawet jak na naturalne standardy, duże, ciemne oczy historyczki straciły swój blask.
    
  Miała wiele do powiedzenia Samowi i miała bardzo mało czasu. Nie tracąc czasu, wskoczyła do pickupa i od razu przeszła do rzeczy. "Hej, Sam. Mogę u ciebie przenocować, póki jesteś Bóg wie gdzie?"
    
  "Oczywiście" - odpowiedział. "Też się cieszę, że cię widzę".
    
  Niesamowite, jak w ciągu jednego dnia Sam spotkał się ponownie z dwoma swoimi najlepszymi przyjaciółmi, którzy przyjęli go z obojętnością i znużeniem życiem, widząc ból, jaki mu towarzyszył.
    
    
  18
  Latarnia morska w straszną noc
    
    
  Nietypowo, Nina prawie się nie odzywała w drodze do mieszkania Sama. Po prostu siedziała, gapiąc się przez okno samochodu, na nic konkretnego. Aby wprowadzić nastrój, Sam włączył lokalną stację radiową, by przerwać niezręczną ciszę. Miał ochotę zapytać Ninę, dlaczego uciekła z Oban, choćby na kilka dni, bo wiedział, że ma kontrakt na wykłady w miejscowej uczelni przez co najmniej najbliższe sześć miesięcy. Jednak sądząc po jej zachowaniu, wiedział, że najlepiej będzie zająć się swoimi sprawami - na razie.
    
  Kiedy dotarli do mieszkania Sama, Nina weszła do środka i opadła na swoją ulubioną kanapę, tę, którą zazwyczaj zajmował Bruich. Sam się nie spieszył, ale Sam zaczął zbierać wszystko, czego mógł potrzebować do tak długiej misji wywiadowczej. Licząc na to, że Nina wyjaśni mu swoją sytuację, nie naciskał. Wiedział, że ona wie, że wkrótce wyruszy na misję, więc jeśli miała coś do powiedzenia, musiała to powiedzieć.
    
  "Idę pod prysznic" - powiedział, mijając ją. "Jeśli będziesz chciała porozmawiać, po prostu wejdź".
    
  Ledwo ściągnął spodnie, żeby wejść pod ciepłą wodę, gdy zauważył cień Niny przemykający przed lustrem. Usiadła na desce sedesowej, zostawiając go z praniem, bez jednego słowa drwiny czy szyderstwa, jak to miała w zwyczaju.
    
  "Zabili starego pana Hemminga, Sam" - stwierdziła po prostu. Widział ją osuniętą na sedesie, z rękami splecionymi między kolanami i głową spuszczoną w rozpaczy. Sam założył, że postać Hemminga to ktoś z dzieciństwa Niny.
    
  "Twój przyjaciel?" zapytał podniesionym głosem, rzucając wyzwanie ulewnemu deszczowi.
    
  "Tak, że tak powiem. Wybitny obywatel Oban od 400 r. p.n.e., wiesz?" - odpowiedziała po prostu.
    
  "Przykro mi, kochanie" - powiedziała Sam. "Musiałaś go bardzo kochać, skoro tak ciężko to zniosłaś". Wtedy Sam przypomniała sobie, że wspomniała, że ktoś zabił staruszka.
    
  "Nie, był tylko znajomym, ale rozmawialiśmy kilka razy" - wyjaśniła.
    
  "Czekaj, kto go zabił? I skąd wiesz, że zginął?" - zapytał niecierpliwie Sam. Brzmiało to złowieszczo, jak los Aidana. Zbieg okoliczności?
    
  "Pieprzony rottweiler McFaddena go zabił, Sam. Zabił schorowanego seniora na moich oczach" - mruknęła niepewnie. Sam poczuł niewidzialny cios w pierś. Przeszył go szok.
    
  "Przed tobą? Czy to znaczy...?" - zaczął, gdy Nina weszła z nim pod prysznic. Widok jej nagiego ciała był dla niego cudownym zaskoczeniem, ale tym razem nie miał w sobie nic seksualnego. Wręcz przeciwnie, serce Sama pękło, gdy zobaczył siniaki na jej biodrach i żebrach. Potem zauważył blizny na jej klatce piersiowej i plecach oraz prymitywnie zszyte rany kłute po wewnętrznej stronie lewego obojczyka i pod lewym ramieniem, zadane przez emerytowaną pielęgniarkę, która obiecała nikomu nie mówić.
    
  "Jezu Chryste!" krzyknął. Serce waliło mu jak młotem, a jedyne, o czym myślał, to żeby ją złapać i mocno przytulić. Nie płakała, i to go przerażało. "Czy to sprawka jego rottweilera?" zapytał w jej mokre włosy, nie przestając całować jej czubka głowy.
    
  "A tak przy okazji, ma na imię Wolf, jak Wolfgang" - mruknęła przez ciepłą wodę spływającą po jego muskularnej klatce piersiowej. "Właśnie weszli i zaatakowali pana Hemminga, ale słyszałam hałas z góry, gdzie przynosiłam mu kolejny koc. Zanim zbiegłam na dół" - wydyszała - "wyciągnęli go z krzesła i wrzucili głową w ogień. Boże! Nie miał szans!"
    
  "A potem cię zaatakowali?" zapytał.
    
  "Tak, próbowali upozorować wypadek. Wolf zrzucił mnie ze schodów, ale kiedy wstałam, po prostu chwycił za mój wieszak na ręczniki, kiedy próbowałam uciec" - powiedziała, łamiąc sobie język. "W końcu po prostu mnie dźgnął i zostawił krwawiącą".
    
  Sam nie miał słów, które mogłyby choć trochę poprawić sytuację. Miał milion pytań o policję, o ciało staruszka, o to, jak dotarła do Edynburga, ale to wszystko musiało poczekać. Teraz musiał ją pocieszyć i przypomnieć, że jest bezpieczna i zamierzał jej to zapewnić.
    
  "McFadden, po prostu zadarłeś z niewłaściwymi ludźmi" - pomyślał. Teraz miał dowód, że McFadden rzeczywiście stał za morderstwem Aidana. Potwierdził również, że McFadden był w końcu członkiem Zakonu Czarnego Słońca. Czasu na jego podróż do Belgii było coraz mniej. Otarł jej łzy i powiedział: "Wysusz się, ale jeszcze się nie ubieraj. Zrobię zdjęcia twoich obrażeń, a potem pojedziesz ze mną do Belgii. Nie spuszczę cię z oka ani na chwilę, dopóki sam nie obedrę tego zdradzieckiego drania ze skóry".
    
  Tym razem Nina nie protestowała. Pozwoliła Samowi przejąć kontrolę. Nie miała wątpliwości, że to on jest jej mścicielem. W jej głowie, gdy Kanon Sama rozgorzał z powodu jej sekretów, wciąż słyszała pana Hemminga ostrzegającego ją, że została naznaczona. Mimo to, uratowałaby go ponownie, nawet wiedząc, z jakim świnią ma do czynienia.
    
  Gdy już mieli wystarczająco dużo dowodów i oboje się ubrali, zrobił jej filiżankę Horlicksa, żeby ją rozgrzać, zanim wyszli.
    
  "Czy masz paszport?" zapytał ją.
    
  "Tak" - powiedziała - "czy masz jakieś środki przeciwbólowe?"
    
  "Jestem przyjacielem Dave"a Perdue" - odpowiedział uprzejmie - "oczywiście, że mam środki przeciwbólowe".
    
  Nina nie mogła powstrzymać się od chichotu, a dla Sama było prawdziwym błogosławieństwem słyszeć, jak jej humor się poprawia.
    
    
  * * *
    
    
  W samolocie do Brukseli wymienili się kluczowymi informacjami, które zebrali oddzielnie w ciągu ostatniego tygodnia. Sam musiał wyjaśnić powody, dla których czuł się zobowiązany do podjęcia się misji Aidana Glastona, aby Nina zrozumiała, co trzeba zrobić. Podzielił się z George'em Mastersem swoimi przeżyciami i wątpliwościami co do opętania Groźnego Wyrma przez Perdue'a.
    
  "O mój Boże, nic dziwnego, że wyglądasz jak rozgrzana śmierć" - powiedziała w końcu. "Bez urazy. Ja też na pewno wyglądam jak gówno. I na pewno czuję się jak gówno".
    
  Potargał jej gęste, ciemne loki i pocałował skroń. "Bez urazy, kochanie. Ale tak, rzeczywiście wyglądasz fatalnie".
    
  Szturchnęła go delikatnie, jak zawsze, gdy żartował z niego coś okrutnego, ale oczywiście nie mogła uderzyć go z pełną siłą. Sam zachichotał i wziął ją za rękę. "Mamy niecałe dwie godziny do dotarcia do Belgii. Zrelaksuj się i zrób sobie przerwę, dobrze? Te pigułki, które ci dałem, są niesamowite, zobaczysz".
    
  "Powinieneś wiedzieć, co najlepiej podnieca dziewczynę" - zadrwiła, odchylając głowę do tyłu na zagłówek krzesła.
    
  "Nie potrzebuję narkotyków. Ptaki za bardzo lubią długie loki i szorstką brodę" - chwalił się, powoli przesuwając palcami po policzku i linii szczęki. "Masz szczęście, że mam do ciebie słabość. Tylko dlatego wciąż jestem kawalerem i czekam, aż się opamiętasz".
    
  Sam nie słyszał uszczypliwych uwag. Kiedy spojrzał na Ninę, spała twardo, wyczerpana piekłem, przez które przeszła. Miło było widzieć, że odpoczywa, pomyślał.
    
  "Moje najlepsze teksty zawsze trafiają w próżnię" - powiedział, odchylając się na krześle, by zmrużyć oko na chwilę.
    
    
  19
  Pandora się otwiera
    
    
  W Raichtisusis zaszły pewne zmiany, ale niekoniecznie na lepsze. Chociaż Perdue był mniej ponury i życzliwszy dla swoich pracowników, dała o sobie znać kolejna plaga: kilka samolotów intruzów.
    
  "Gdzie jest Dawid?" - zapytała ostro siostra Hearst, gdy Charles otworzył drzwi.
    
  Butler Perdue był uosobieniem opanowania, ale nawet on musiał przygryźć wargę.
    
  "On jest w laboratorium, proszę pani, ale nie spodziewa się pani" - odpowiedział.
    
  "Będzie zachwycony, widząc mnie" - powiedziała chłodno. "Jeśli ma co do mnie jakieś wątpliwości, niech sam mi powie".
    
  Charles jednak poszedł za wyniosłą pielęgniarką do sali komputerowej Purdue. Drzwi do sali były uchylone, co wskazywało, że Purdue jest zajęte, ale otwarte dla publiczności. Czarne i chromowane serwery górowały od ściany do ściany, a ich migające światełka migotały niczym maleńkie serduszka w polerowanych obudowach z pleksiglasu i plastiku.
    
  "Proszę pana, siostra Hurst pojawiła się bez zapowiedzi. Nalega, żeby ją pan zobaczył?" Charles podniósł głos, dając wyraz tłumionej wrogości.
    
  "Dziękuję, Charles" - zawołał jego pracodawca, przekrzykując głośny szum maszyn. Purdue siedział w najdalszym kącie pokoju, ze słuchawkami na uszach, żeby zagłuszyć hałas. Siedział przy ogromnym biurku. Stały na nim cztery laptopy, podłączone do kolejnego, dużego komputera. Gęste, falowane, białe włosy Purdue'a wystawały zza obudowy komputera. Była sobota, a Jane nie było. Podobnie jak Lillian i Charles, nawet Jane zaczynała się irytować ciągłą obecnością pielęgniarki.
    
  Trzej pracownicy uważali, że była kimś więcej niż tylko opiekunką Purdue, choć nie zdawali sobie sprawy z jej zainteresowania nauką. Wyglądało raczej na to, że jej bogaty mąż chciał oszczędzić jej wdowieństwa, aby nie musiała spędzać dni na sprzątaniu cudzych odchodów i zajmowaniu się śmiercią. Oczywiście, jako profesjonaliści, nigdy nie oskarżyli jej o nic przed Purdue.
    
  "Jak się masz, Davidzie?" zapytała siostra Hearst.
    
  "Bardzo dobrze, Lilith, dziękuję" - uśmiechnął się. "Chodź i zobacz".
    
  Podeszła do jego strony biurka i sprawdziła, na co ostatnio poświęcał czas. Na każdym ekranie pielęgniarka zauważyła liczne, rozpoznawalne sekwencje liczb.
    
  "Równanie? Ale dlaczego ciągle się zmienia? Po co to?" - zapytała, celowo pochylając się do miliardera, żeby mógł poczuć jej zapach. Purdue był pochłonięty programowaniem, ale nigdy nie zaniedbywał uwodzenia kobiet.
    
  "Nie będę tego do końca pewien, dopóki program mi tego nie powie" - pochwalił się.
    
  "To dość niejasne wyjaśnienie. Czy ty w ogóle wiesz, na czym to polega?" - zapytała, próbując zrozumieć zmieniające się sekwencje na ekranach.
    
  "Uważa się, że napisał ją Albert Einstein w czasie I wojny światowej, kiedy mieszkał w Niemczech" - wyjaśnił radośnie Perdue. "Uważano, że została zniszczona i cóż" - westchnął - "od tamtej pory stała się swego rodzaju mitem w kręgach naukowych".
    
  "Och, i rozwiązałeś to" - skinęła głową, wyglądając na bardzo zainteresowaną. "A co to jest?" Wskazała na inny komputer, większy i starszy, ten, nad którym pracował Purdue. Był podłączony do laptopów i jednego serwera, ale to było jedyne urządzenie, na którym aktywnie pisał.
    
  "Tutaj jestem zajęty pisaniem programu do jego rozszyfrowania" - wyjaśnił. "Musi być on stale przepisany na podstawie danych pochodzących ze źródła wejściowego. Algorytm tego urządzenia ostatecznie pomoże mi określić naturę równania, ale na razie wygląda to na inną teorię mechaniki kwantowej".
    
  Lilith Hurst zmarszczyła brwi, wpatrując się przez chwilę w trzeci ekran. Spojrzała na Purdue. "To obliczenie najwyraźniej przedstawia energię atomową. Zauważyłeś?"
    
  "Boże, jesteś cudowna" - uśmiechnął się Purdue, a w jego oczach błyszczała jej wiedza. "Masz absolutną rację. Ciągle emituje informacje, które prowadzą mnie do jakiegoś zderzenia, które wygeneruje czystą energię atomową".
    
  "To brzmi niebezpiecznie" - zauważyła. "Przypomina mi to superzderzacz CERN i to, co próbują osiągnąć dzięki przyspieszaniu cząstek".
    
  "Myślę, że w dużej mierze to właśnie odkrył Einstein, ale, jak w artykule z 1905 roku, uważał taką wiedzę za zbyt destrukcyjną dla głupców w mundurach i garniturach wojskowych. Dlatego uznał ją za zbyt niebezpieczną do opublikowania" - powiedział Perdue.
    
  Położyła mu dłoń na ramieniu. "Ale teraz nie nosisz munduru ani garnituru, prawda, Davidzie?" - puściła do niego oko.
    
  "Z całą pewnością nie wiem" - odpowiedział, opadając na krzesło i jęcząc z zadowoleniem.
    
  W holu zadzwonił telefon. Jane lub Charles zazwyczaj odbierali telefon stacjonarny w rezydencji, ale ona nie miała dyżuru, a on był na zewnątrz z dostawcą zakupów. W całym osiedlu było kilka telefonów, jeden wspólny numer, pod którym można było odebrać w dowolnym miejscu w domu. Telefon wewnętrzny Jane również zadzwonił, ale jej biuro było zbyt daleko.
    
  "Ja otworzę" - zaproponowała Lilith.
    
  "Wiesz, że jesteś gościem" - przypomniał jej serdecznie Purdue.
    
  "Nadal? Boże, Davidzie, ostatnio tak często tu bywam, że aż dziw, że jeszcze nie zaproponowałeś mi pokoju" - zasugerowała, szybko przechodząc przez próg i wbiegając po schodach na pierwsze piętro. Purdue nic nie słyszała w ogłuszającym hałasie.
    
  "Halo?" odpowiedziała, upewniając się, że się nie przedstawiła.
    
  Odebrał obcobrzmiący męski głos. Mówił z silnym holenderskim akcentem, ale rozumiała go. "Czy mogę rozmawiać z Davidem Perdue? To bardzo pilne".
    
  "Jest teraz niedostępny. Właściwie jest na spotkaniu. Czy mogę mu przekazać wiadomość, żeby oddzwonił, jak skończy?" - zapytała, wyciągając długopis z szuflady biurka i zapisując coś w małym notatniku.
    
  "Tu dr Casper Jacobs" - przedstawił się mężczyzna. "Proszę poprosić pana Purdue, żeby natychmiast do mnie zadzwonił".
    
  Dał jej swój numer i powtórzył połączenie alarmowe.
    
  "Po prostu powiedz mu, że chodzi o Węża Grozy. Wiem, że to bez sensu, ale zrozumie, o czym mówię" - nalegał Jacobs.
    
  "Belgia? Jaki jest twój prefiks?" - zapytała.
    
  "Zgadza się" - potwierdził. "Bardzo dziękuję".
    
  "Nie ma problemu" - powiedziała. "Do widzenia".
    
  Oderwała wierzchnią kartkę i zwróciła ją Purdue.
    
  "Kto to był?" zapytał.
    
  "Zły numer" - wzruszyła ramionami. "Musiałam trzy razy tłumaczyć, że to nie studio jogi Tracy i że jesteśmy zamknięci" - zaśmiała się, chowając kartkę do kieszeni.
    
  "To pierwszy raz" - zaśmiał się Perdue. "Nawet nie jesteśmy na liście. Wolę nie rzucać się w oczy".
    
  "Dobrze. Zawsze powtarzam, że ludzie, którzy nie znają mojego imienia, kiedy odbieram telefon stacjonarny, nie powinni nawet próbować mnie oszukiwać" - zaśmiała się. "A teraz wracaj do programowania, a ja przyniosę nam coś do picia".
    
  Po tym, jak dr Casper Jacobs nie zdołał skontaktować się telefonicznie z Davidem Perdue, aby ostrzec go przed tym równaniem, musiał przyznać, że nawet próba poprawy samopoczucia przyniosła mu ulgę. Niestety, niewielka poprawa w jego zachowaniu nie trwała długo.
    
  "Z kim rozmawiałeś? Wiesz, że telefony są tu zakazane, prawda, Jacobs?" - dyktowała odpychająca Zelda Bessler zza pleców Caspera. Odwrócił się do niej z zarozumiałą miną. "To dr Jacobs, Bessler. Tym razem to ja kieruję tym projektem".
    
  Nie mogła temu zaprzeczyć. Clifton Taft specjalnie przygotował kontrakt na poprawiony projekt, zgodnie z którym dr Casper Jacobs miał być odpowiedzialny za zbudowanie statku potrzebnego do eksperymentu. Tylko on rozumiał teorie dotyczące tego, co Zakon próbował osiągnąć, oparte na zasadzie Einsteina, dlatego powierzono mu również prace inżynieryjne. Statek miał zostać ukończony w krótkim czasie. Znacznie cięższy i szybszy, nowy obiekt musiał być znacznie większy od poprzedniego, co doprowadziło do kontuzji naukowca i zmusiło Jacobsa do zdystansowania się od projektu.
    
  "Jak tam u nas w zakładzie, doktorze Jacobs?" - rozległ się chrapliwy, przeciągły głos Cliftona Tafta, ten, którego Casper tak nienawidził. "Mam nadzieję, że wszystko idzie zgodnie z planem".
    
  Zelda Bessler trzymała ręce w kieszeniach białego fartucha i lekko kołysała się z lewej na prawą. Wyglądała jak głupia uczennica próbująca zaimponować amantowi, co przyprawiało Jacobsa o mdłości. Uśmiechnęła się do Tafta. "Gdyby nie spędzał tyle czasu na telefonie, prawdopodobnie zrobiłby o wiele więcej".
    
  "Wiem wystarczająco dużo o elementach tego eksperymentu, żeby od czasu do czasu zadzwonić" - powiedział Casper z kamienną twarzą. "Mam życie poza tym sekretnym szambem, w którym żyjesz, Bessler".
    
  "Och" - przedrzeźniła go. "Wolę wspierać..." Spojrzała uwodzicielsko na amerykańskiego potentata - "firmę z wyższymi mocami".
    
  Wielkie zęby Tafta wystawały spod warg, ale nie zareagował na jej konkluzję. "Poważnie, doktor Jacobs" - powiedział, lekko chwytając Caspera za ramię i odsuwając go, żeby Zelda Bessler nie mogła usłyszeć - "jak nam idzie z projektem pocisku?"
    
  "Wiesz, Cliff, nienawidzę, że tak to nazywasz" - przyznał Casper.
    
  "Ale tak to właśnie jest. Aby wzmocnić efekty ostatniego eksperymentu, będziemy potrzebować czegoś, co porusza się z prędkością kuli, z równym rozkładem ciężaru i prędkości, aby wykonać zadanie" - przypomniał mu Tuft, gdy obaj mężczyźni odchodzili od sfrustrowanego Besslera. Plac budowy znajdował się w Meerdalwood, zalesionym obszarze na wschód od Brukseli. Zakład, skromnie położony na farmie należącej do Tufta, posiadał system podziemnych tuneli, który ukończono kilka lat wcześniej. Niewielu naukowców zrekrutowanych przez legalny rząd i środowisko uniwersyteckie kiedykolwiek widziało podziemia, ale one tam były.
    
  "Już prawie skończyłem, Cliff" - powiedział Casper. "Pozostało mi tylko obliczyć całkowitą wagę, jakiej od ciebie potrzebuję. Pamiętaj, aby ten eksperyment się powiódł, musisz podać mi dokładną wagę naczynia, czyli "pocisku", jak to nazywasz. I, Cliff, musi być ona z dokładnością do grama, inaczej żadne pomysłowe równanie mi w tym nie pomoże".
    
  Clifton Taft uśmiechnął się gorzko. Jak człowiek, który zaraz podzieli się złą nowiną z dobrym przyjacielem, odchrząknął, mimo niezręcznego uśmiechu na brzydkiej twarzy.
    
  "Co? Możesz mi to dać, czy co?" - naciskał Casper.
    
  "Przekażę państwu te szczegóły wkrótce po jutrzejszym szczycie w Brukseli" - powiedział Taft.
    
  "Masz na myśli szczyt międzynarodowy w wiadomościach?" - zapytał Casper. "Nie interesuje mnie polityka".
    
  "Tak właśnie powinno być, kolego" - mruknął Taft jak zrzędliwy starzec. "Ty, ze wszystkich ludzi, jesteś głównym współtwórcą tego eksperymentu. Jutro Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej spotka się z międzynarodowym prawem weta w sprawie Układu o Nierozprzestrzenianiu Broni Jądrowej".
    
  "NPT?" Kasper zmarszczył brwi. Odniósł wrażenie, że jego zaangażowanie w projekt miało charakter czysto eksperymentalny, ale NPT był kwestią polityczną.
    
  "Traktat o Nierozprzestrzenianiu Broni Jądrowej, kolego. Jezu, naprawdę nie zawracasz sobie głowy sprawdzaniem, co się stanie z twoją pracą po opublikowaniu wyników, prawda?" Amerykanin zaśmiał się, żartobliwie klepiąc Kaspera po plecach. "Wszyscy aktywni uczestnicy tego projektu mają jutro wieczorem reprezentować Zakon, ale potrzebujemy cię tutaj, żebyś nadzorował końcowe etapy".
    
  "Czy ci światowi przywódcy w ogóle wiedzą o Zakonie?" - zapytał hipotetycznie Casper.
    
  "Zakon Czarnego Słońca jest wszędzie, przyjacielu. To najpotężniejsza globalna siła od czasów Cesarstwa Rzymskiego, ale tylko elita o tym wie. Mamy ludzi na wysokich stanowiskach dowódczych w każdym państwie członkowskim NPT. Wiceprezydenci, członkowie rodziny królewskiej, doradcy prezydenta i decydenci" - rozwinął Taft z rozmarzeniem. "Nawet burmistrzowie pomagają nam wdrażać nasze plany na szczeblu miejskim. Zaangażuj się. Jako organizator naszego kolejnego ruchu władzy, zasługujesz na to, by cieszyć się z łupów, Casper".
    
  Casperowi aż wirowało w głowie od tego odkrycia. Serce waliło mu pod fartuchem, ale zachował postawę i skinął głową na znak zgody. "Patrz z entuzjazmem!" - przekonywał sam siebie. "Wow, jestem zaszczycony. Wygląda na to, że w końcu dostaję uznanie, na jakie zasługuję" - chwalił się, a Taft uwierzył w każde jego słowo.
    
  "Tak właśnie jest! A teraz przygotujcie wszystko, żeby do obliczeń można było wprowadzić tylko te liczby, których potrzebujemy na początek, dobrze?" - ryknął Taft z radością. Zostawił Caspera w korytarzu, by dołączył do Besslera, pozostawiając Caspera w szoku i dezorientacji, ale był pewien jednego. Musiał skontaktować się z Davidem Perdue, inaczej będzie zmuszony sabotować własną pracę.
    
    
  20
  Więzy rodzinne
    
    
  Casper pobiegł do domu i zamknął za sobą drzwi. Po dwóch zmianach był kompletnie wyczerpany, ale nie było czasu na zmęczenie. Czas go gonił, a on wciąż nie mógł rozmawiać z Purdue. Ten błyskotliwy badacz dysponował niezawodnym systemem bezpieczeństwa i przez większość czasu pozostawał w ukryciu przed wścibskimi oczami. Większość jego korespondencji obsługiwała jego osobista asystentka, ale to kobieta, z którą Casper myślał, że rozmawia, kiedy rozmawiał z Lilith Hearst.
    
  Pukanie do drzwi sprawiło, że na chwilę jego serce przestało bić.
    
  "To ja!" usłyszał zza drzwi, głos, który wlał odrobinę nieba do wiadra gówna, w którym się znalazł.
    
  "Olga!" wyszeptał, szybko otwierając drzwi i wciągając ją do środka.
    
  "Wow, o czym ty mówisz?" zapytała, całując go namiętnie. "Myślałam, że przyjdziesz do mnie dziś wieczorem, ale nie odbierałeś żadnego telefonu przez cały dzień".
    
  W swoim łagodnym usposobieniu i miękkim głosie piękna Olga kontynuowała opowieść o byciu ignorowaną i o wszystkich innych bzdurach rodem z filmów dla dziewczyn, na które jej nowy chłopak nie mógł sobie pozwolić ani brać na siebie winy. Mocno ją chwycił i posadził na krześle. Dla efektu Casper przypomniał jej, jak bardzo ją kocha, szczerym pocałunkiem, ale potem nadszedł czas, by wszystko wyjaśnić. Zawsze szybko rozumiała, co chciał powiedzieć, więc wiedział, że może jej powierzyć tę niezwykle poważną sprawę.
    
  "Czy mogę ci powierzyć bardzo poufne informacje, kochanie?" wyszeptał jej szorstko do ucha.
    
  "Oczywiście. Coś doprowadza cię do szału i chcę, żebyś mi o tym opowiedział, dobrze?" powiedziała. "Nie chcę, żeby między nami były jakieś tajemnice".
    
  "Wspaniale!" wykrzyknął. "Fantastycznie. Słuchaj, kocham cię szaleńczo, ale moja praca pochłania mnie bez reszty". Spokojnie skinęła głową, gdy kontynuował. "Powiedzmy sobie wprost. Pracowałam nad ściśle tajnym eksperymentem, nad stworzeniem komory w kształcie pocisku, żeby przeprowadzić test, prawda? Jest prawie ukończony, a właśnie dziś dowiedziałem się" - przełknął ślinę - "że to, nad czym pracowałam, zostanie wykorzystane do bardzo złych celów. Muszę opuścić ten kraj i zniknąć, rozumiesz?"
    
  "Co?" pisnęła.
    
  "Pamiętasz tego dupka, który siedział na moim ganku tamtego dnia po powrocie ze ślubu? Prowadzi złowrogą operację i, i myślę... myślę, że planują zamordować grupę światowych przywódców podczas spotkania" - wyjaśnił pospiesznie. "Przejęła ją jedyna osoba, która potrafi rozszyfrować prawidłowe równanie. Olga, pracuje nad tym teraz w swoim domu w Szkocji, wkrótce rozszyfruje zmienne! Kiedy to się stanie, ten dupek, dla którego pracuję (teraz to był kod Olgi i Kaspera dla Tufta), zastosuje to równanie do urządzenia, które im zbudowałem". Kasper pokręcił głową, zastanawiając się, po co w ogóle zawracał sobie głowę zrzucaniem tego wszystkiego na śliczną cukierniczkę, ale znał Olgę tylko od niedawna. Miała kilka własnych sekretów.
    
  "Wada" - powiedziała wprost.
    
  "Co?" Zmarszczył brwi.
    
  "To zdrada mojego kraju. Tam nie mogą cię ruszyć" - powtórzyła. "Jestem z Białorusi. Mój brat jest fizykiem w Instytucie Fizykotechnicznym i pracuje w tej samej dziedzinie co ty. Może on ci pomoże?"
    
  Casper poczuł się dziwnie. Panika ustąpiła miejsca uldze, ale potem jasność umysłu ją zmyła. Zamilkł na minutę, próbując przetworzyć wszystkie szczegóły wraz z zaskakującymi informacjami o rodzinie swojej nowej ukochanej. Pozostała w milczeniu, pozwalając mu myśleć, głaszcząc go po ramionach opuszkami palców. To był dobry pomysł, pomyślał, gdyby tylko udało mu się uciec, zanim Taft się zorientuje. Jak główny fizyk projektu mógł po prostu zniknąć, niezauważony przez nikogo?
    
  "Jak?" - wyraził swoje wątpliwości. "Jak mogę zdezerterować?"
    
  "Idziesz do pracy. Niszczysz wszystkie kopie swojej pracy i zabierasz ze sobą wszystkie notatki z projektu. Wiem to, bo mój wujek zrobił to lata temu" - powiedziała.
    
  "On też tam jest?" - zapytał Casper.
    
  "Kto?"
    
  "Twój wujek" - odpowiedział.
    
  Pokręciła nonszalancko głową. "Nie. Nie żyje. Zabili go, kiedy dowiedzieli się, że sabotował pociąg widmo".
    
  "Co?" - wykrzyknął, szybko odrywając się od sprawy zmarłego wujka. W końcu, sądząc po tym, co powiedziała, jej wujek umarł właśnie z powodu tego, co Casper miał zamiar zrobić.
    
  "Eksperyment z pociągiem widmo" - wzruszyła ramionami. "Mój wujek zrobił prawie to samo co ty. Był członkiem Rosyjskiego Tajnego Towarzystwa Fizycznego. Przeprowadzili eksperyment, w którym pociąg przeleciał przez barierę dźwięku, barierę prędkości, czy coś w tym stylu". Olga zachichotała z własnej nieudolności. Nie znała się na nauce, więc trudno jej było dokładnie przekazać, co zrobili jej wujek i jego koledzy.
    
  "A potem?" naciskał Casper. "Co zrobił pociąg?"
    
  "Mówią, że miało się teleportować albo przenieść do innego wymiaru... Casper, naprawdę nic o tym nie wiem. Sprawiasz, że czuję się naprawdę głupio" - przerwała jej wyjaśnienia wymówką, ale Casper zrozumiał.
    
  "Nie wyglądasz na głupią, moja droga. Nie obchodzi mnie, jak to powiesz, byleby dało mi to jakiś pomysł" - przekonywał, uśmiechając się po raz pierwszy. Naprawdę nie była głupia. Olga widziała napięcie w uśmiechu ukochanego.
    
  "Mój wujek powiedział, że pociąg jest zbyt potężny, że zakłóciłby tutejsze pola energetyczne i spowodował eksplozję albo coś. Wtedy wszyscy na Ziemi by... zginęli?" - zadrżała, szukając jego aprobaty. "Mówią, że jego koledzy wciąż próbują to naprawić, wykorzystując opuszczone tory kolejowe". Nie była pewna, jak zakończyć ich związek, ale Casper był zachwycony.
    
  Casper objął ją ramionami i podniósł, trzymając w powietrzu, jednocześnie obsypując jej twarz mnóstwem drobnych pocałunków. Olga nie czuła się już głupio.
    
  "Boże, nigdy nie byłem tak szczęśliwy, słysząc o wyginięciu ludzkości" - zażartował. "Kochana, prawie dokładnie opisałaś, z czym się tu zmagam. Dobra, muszę dostać się do elektrowni. Potem muszę skontaktować się z dziennikarzami. Nie! Muszę skontaktować się z dziennikarzami w Edynburgu. Tak!" - kontynuował, przebiegając w myślach tysiące priorytetów. "Widzisz, jeśli zmuszę edynburskie gazety do opublikowania tego, to nie tylko Order i eksperyment zostaną ujawnione, ale David Purdue się o tym dowie i przestanie pracować nad równaniem Einsteina!"
    
  Przerażony tym, co go jeszcze czekało, Kasper jednocześnie poczuł wolność. Wreszcie mógł być z Olgą bez konieczności chronienia jej przed nikczemnymi wyznawcami. Jego praca nie zostanie zniekształcona, a jego imię nie będzie łączone z globalną zbrodnią.
    
  Podczas gdy Olga robiła mu herbatę, Kasper chwycił laptopa i wyszukał hasło "Najlepsi dziennikarze śledczy w Edynburgu". Spośród wszystkich podanych linków - a było ich wiele - jedno nazwisko szczególnie się wyróżniało. Skontaktowanie się z nimi okazało się zaskakująco łatwe.
    
  "Sam Cleave" - Casper czytał na głos Oldze. "To nagradzany dziennikarz śledczy, moja droga. Mieszkał w Edynburgu i pracuje jako freelancer, ale pracował dla kilku lokalnych gazet... zanim..."
    
  "Co? Zaciekawiłeś mnie. Mów!" - zawołała z otwartej kuchni.
    
  Casper uśmiechnął się. "Czuję się jak kobieta w ciąży, Olgo."
    
  Wybuchnęła śmiechem. "Jakbyś wiedział, jak to jest. Zdecydowanie tak się zachowywałeś. To pewne. Dlaczego tak mówisz, kochanie?"
    
  "Tyle emocji naraz. Chcę się śmiać, płakać i krzyczeć" - uśmiechnął się szeroko, wyglądając znacznie lepiej niż przed chwilą. "Sam Cleve, facet, któremu chcę opowiedzieć tę historię? Zgadnijcie co? To znany pisarz i odkrywca, który brał udział w kilku wyprawach prowadzonych przez jedynego i niepowtarzalnego Davida Purdue!"
    
  "Kim on jest?" zapytała.
    
  "Nie mogę się skontaktować z człowiekiem z niebezpiecznym równaniem" - wyjaśnił Casper. "Jeśli muszę opowiedzieć reporterowi o podstępnym planie, kto lepiej niż ktoś, kto osobiście zna człowieka, który ma równanie Einsteina?"
    
  "Idealnie!" wykrzyknęła. Coś się zmieniło w Casperze, kiedy wybrał numer Sama. Nie obchodziło go, jak niebezpieczna będzie dezercja. Był gotów stawić czoła.
    
    
  21
  Ważenie
    
    
  Nadszedł czas na spotkanie kluczowych graczy w globalnym zarządzaniu energią jądrową w Brukseli. Wydarzenie moderował szanowny Lance McFadden, który na krótko przed swoją kampanią na burmistrza Oban był zaangażowany w brytyjskie biuro Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej.
    
  "Stoprocentowa frekwencja, proszę pana" - zameldował Wolfe McFaddenowi, obserwując, jak delegaci zajmują miejsca w okazałym gmachu opery La Monnaie. "Czekamy tylko na pojawienie się Cliftona Tafta, proszę pana. Kiedy już się pojawi, możemy rozpocząć" - zrobił dramatyczną pauzę - "procedurę zastępczą".
    
  McFadden był ubrany w swój odświętny strój. Od czasu współpracy z Taftem i Zakonem, bogactwo było mu znane, choć nie przyniosło mu klasy. Dyskretnie odwrócił głowę i wyszeptał: "Czy kalibracja przebiegła pomyślnie? Muszę przekazać te informacje naszemu człowiekowi, Jacobsowi, do jutra. Jeśli nie będzie miał dokładnej wagi wszystkich pasażerów, eksperyment się nie powiedzie".
    
  "Każde krzesło zaprojektowane dla reprezentanta było wyposażone w czujniki, które precyzyjnie określały jego masę ciała" - poinformował go Wolf. "Czujniki zostały zaprojektowane tak, aby ważyć nawet najdelikatniejsze materiały z zabójczą dokładnością, wykorzystując nową, przełomową technologię naukową". Odrażający bandyta uśmiechnął się szeroko. "I spodoba ci się to, proszę pana. Tę technologię wynalazł i wyprodukował jedyny i niepowtarzalny David Perdue".
    
  McFadden zamarł, słysząc nazwisko genialnego badacza. "Boże! Naprawdę? Masz całkowitą rację, Wolf. Uwielbiam tę ironię. Ciekawe, jak sobie radzi po tym wypadku w Nowej Zelandii".
    
  "Podobno odkrył Straszliwego Węża, proszę pana. Plotka ta nie została jeszcze potwierdzona, ale znając Purdue, prawdopodobnie go znalazł" - zasugerował Wolff. Dla McFaddena było to zarówno radosne, jak i przerażające odkrycie.
    
  "Jezu Chryste, Wilku, musimy to od niego wyciągnąć! Jeśli rozszyfrujemy Straszliwego Węża, będziemy mogli zastosować go w eksperymencie bez konieczności przechodzenia przez te wszystkie bzdury" - powiedział McFadden, wyglądając na szczerze zaskoczonego tym faktem. "Dokończył równanie? Myślałem, że to mit".
    
  "Wielu tak myślało, dopóki nie wezwał dwóch swoich asystentów, żeby pomogli mu go znaleźć. Z tego, co mi powiedziano, ciężko pracuje nad rozwiązaniem problemu brakujących części, ale jeszcze nie rozgryzł, o co chodzi" - plotkował Wolf. "Najwyraźniej jest tym tak zafascynowany, że prawie w ogóle nie śpi".
    
  "Czy możemy go dostać? On na pewno nam go nie da, a skoro załatwiłeś jego małą dziewczynkę, dr Gould, mamy o jedną dziewczynę mniej do szantażowania w tej sprawie. Sam Cleave jest nieprzenikniony. To ostatnia osoba, po której spodziewałbym się, że zdradzi Perdue" - wyszeptał McFadden, podczas gdy delegaci rządowi cicho szeptali w tle. Zanim Wolf zdążył odpowiedzieć, przerwała mu członkini służby bezpieczeństwa Rady UE, nadzorująca obrady.
    
  "Przepraszam pana" - zwróciła się do McFaddena - "jest dokładnie ósma".
    
  "Dziękuję, dziękuję" - fałszywy uśmiech McFaddena zmylił ją. "To miłe z twojej strony, że mi o tym mówisz".
    
  Zerknął na Wolfa, idąc ze sceny na podium, by przemówić do uczestników szczytu. Każde miejsce zajmowane przez aktywnego członka Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, a także przez państwa będące stronami Układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej, przesyłało dane do komputera Czarne Słońce w Meerdalvud.
    
  Podczas gdy dr Casper Jacobs kompilował swoją ważną pracę, usuwając dane najlepiej, jak potrafił, informacje dotarły na serwer. Skarżył się, że ukończył eksperyment. Przynajmniej mógł zniekształcić równanie, które stworzył, podobnie jak Einstein, ale przy mniejszym zużyciu energii.
    
  Podobnie jak Einstein, musiał zdecydować, czy pozwolić, by jego geniusz został wykorzystany do nikczemnych celów, czy zapobiec masowemu zniszczeniu jego dzieła. Wybrał to drugie i, uważnie obserwując zainstalowane kamery bezpieczeństwa, udawał, że pracuje. W rzeczywistości genialny fizyk fałszował swoje obliczenia, aby sabotować eksperyment. Kasper czuł się winny, że zbudował już gigantyczny cylindryczny zbiornik. Jego zdolności nie pozwoliłyby mu dłużej służyć Taftowi i jego nikczemnej sekcie.
    
  Kasper chciał się uśmiechnąć, gdy ostatnie linijki jego równania zostały zmienione na tyle, by można je było zaakceptować, ale nie działały. Widział liczby przesyłane z Opery, ale je zignorował. Zanim Taft, McFadden i pozostali przybędą, by uruchomić eksperyment, będzie on już dawno martwy.
    
  Ale jedną zdesperowaną osobą, której nie uwzględnił w swoich planach ucieczki, była Zelda Bessler. Obserwowała go z ustronnego boksu tuż za dużą platformą, na której czekał gigantyczny statek. Niczym kot, czekała na odpowiedni moment, pozwalając mu robić wszystko, co tylko ujdzie mu na sucho. Zelda się uśmiechnęła. Na kolanach miała tablet, połączony z platformą komunikacyjną Zakonu Czarnego Słońca. Bezgłośnie wpisała: "Zatrzymajcie Olgę i umieśćcie ją na Walkirii" i wysłała wiadomość do podwładnych Wolfa w Brugii.
    
  Dr Casper Jacobs udawał, że pilnie pracuje nad paradygmatem eksperymentalnym, nieświadomy, że jego dziewczyna za chwilę zostanie wprowadzona do jego świata. Zadzwonił telefon. Wydawał się nieco zdenerwowany nagłym zakłóceniem, więc szybko wstał i poszedł do męskiej toalety. To był telefon, na który czekał.
    
  "Sam?" wyszeptał, upewniając się, że wszystkie kabiny toaletowe są puste. Powiedział Samowi Cleve o nadchodzącym eksperymencie, ale nawet Sam nie zdołał przekonać Purdue do zmiany zdania w sprawie równania. Podczas gdy Casper sprawdzał kosze na śmieci w poszukiwaniu urządzeń podsłuchowych, kontynuował: "Jesteś tutaj?"
    
  "Tak" - wyszeptał Sam po drugiej stronie słuchawki. "Jestem w kabinie w Operze, więc mogę podsłuchiwać, ale jak dotąd nie udało mi się wykryć niczego niepokojącego, o czym mógłbym poinformować. Szczyt dopiero się zaczyna, ale..."
    
  "Co? Co się dzieje?" zapytał Casper.
    
  "Czekaj" - powiedział ostro Sam. "Czy wiesz coś o podróży pociągiem na Syberię?"
    
  Casper zmarszczył brwi, kompletnie zdezorientowany. "Co? Nie, nic takiego. Dlaczego?"
    
  "Rosyjski funkcjonariusz służb bezpieczeństwa wspomniał coś o dzisiejszym locie do Moskwy" - relacjonował Sam, ale Casper nie słyszał nic takiego ani od Tafta, ani od Besslera. Sam dodał: "Mam plan, który podkradłem z recepcji. Z tego, co rozumiem, to trzydniowy szczyt. Dzisiaj organizują tu sympozjum, a jutro rano planują prywatny lot do Moskwy, żeby wsiąść do jakiegoś luksusowego pociągu o nazwie Walkiria. Nic o tym nie wiesz?"
    
  "No cóż, Sam, nie mam tu zbyt dużego autorytetu, wiesz?" - Casper wyrzucił z siebie najciszej, jak potrafił. Jeden z techników wszedł się odlać, uniemożliwiając taką rozmowę. "Muszę iść, kochanie. Lasagne będzie pyszna. Kocham cię" - powiedział i rozłączył się. Technik uśmiechnął się nieśmiało, oddając mocz, nieświadomy, o czym tak naprawdę rozmawiał kierownik projektu. Casper wyszedł z toalety i poczuł się nieswojo, słysząc pytanie Sama Cleave'a o podróż pociągiem na Syberię.
    
  "Ja też cię kocham, kochanie" - powiedział Sam, ale fizyk już się rozłączył. Próbował zadzwonić na numer satelitarny Purdue, powiązany z osobistym kontem miliardera, ale nawet tam nikt nie odbierał. Niezależnie od tego, jak bardzo się starał, Purdue zdawało się zniknąć z powierzchni ziemi, co martwiło Sama bardziej niż panika. Mimo to nie miał teraz jak wrócić do Edynburga, a skoro towarzyszyła mu Nina, najwyraźniej nie mógł jej też wysłać, żeby sprawdziła, co u Purdue.
    
  Przez chwilę Sam rozważał nawet wysłanie Mastersa, ale ponieważ już zaprzeczył jego szczerości, przekazując równanie Purdue, wątpił, czy Masters zechce mu pomóc. Skulony w skrzyni, którą załatwiła mu jego łączniczka, panna Noble, Sam rozważał całą misję. Niemal uznał za pilniejsze uniemożliwienie Purdue dokończenia równania Einsteina niż podążanie za zbliżającą się katastrofą zaaranżowaną przez Czarne Słońce i jego wysoko postawionych zwolenników.
    
  Sam był rozdarty między obowiązkami, zbyt rozproszony i uginający się pod presją. Musiał chronić Ninę. Musiał zapobiec potencjalnej globalnej tragedii. Musiał uniemożliwić Purdue ukończenie kursu matematyki. Dziennikarz rzadko popadał w rozpacz, ale tym razem nie miał wyboru. Musiał zwrócić się do Mastersa. Oszpecony mężczyzna był jego jedyną nadzieją na powstrzymanie Purdue.
    
  Zastanawiał się, czy dr Jacobs poczynił wszystkie niezbędne przygotowania do przeprowadzki na Białoruś, ale to pytanie Sam mógł jeszcze omówić podczas kolacji z Jacobsem. Teraz musiał ustalić szczegóły lotu do Moskwy, skąd przedstawiciele szczytu mieli wsiąść do pociągu. Z rozmów po oficjalnym spotkaniu Sam wywnioskował, że kolejne dwa dni będą poświęcone wizytom w różnych rosyjskich elektrowniach jądrowych, które wciąż produkują energię jądrową.
    
  "Więc państwa członkowskie NPT i Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej jadą na wycieczkę, żeby ocenić elektrownie?" - mruknął Sam do dyktafonu. "Wciąż nie widzę, żeby zagrożenie mogło przerodzić się w tragedię. Jeśli zmuszę Masters do powstrzymania Purdue, nie będzie miało znaczenia, gdzie Czarne Słońce ukryje swoją broń. Bez równania Einsteina wszystko to i tak poszłoby na marne".
    
  Wymknął się cicho, idąc wzdłuż rzędu siedzeń do miejsca, gdzie zgasły światła. Nikt go nawet nie dostrzegł z jasno oświetlonej, tętniącej życiem części poniżej. Sam miał odebrać Ninę, zadzwonić do Mastersa, spotkać się z Jacobsem, a potem upewnić się, że wsiadł do pociągu. Jego informacje ujawniły tajne, elitarne lotnisko o nazwie Koschei Strip, położone kilka mil od Moskwy, gdzie delegacja miała wylądować następnego popołudnia. Stamtąd mieli zostać przewiezieni Walkirią, transsyberyjskim superpociągiem, na luksusową przejażdżkę do Nowosybirska.
    
  Sam miał milion spraw na głowie, ale przede wszystkim musiał wrócić do Niny i sprawdzić, czy wszystko z nią w porządku. Wiedział, że nie należy lekceważyć wpływu ludzi takich jak Wolfe i McFadden, zwłaszcza po tym, jak odkryli, że kobieta, którą zostawili na pewną śmierć, żyje i może być w to zamieszana.
    
  Po tym, jak Sam wymknął się przez drzwi sceny 3, przez tylną szafę na rekwizyty, powitała go zimna noc pełna niepewności i zagrożenia. Ciaśniej otulił bluzę z przodu, zapinając ją na szaliku. Ukrywając swoją tożsamość, szybko przeszedł przez tylny parking, gdzie zazwyczaj przyjeżdżały garderoby i ciężarówki dostawcze. W księżycową noc Sam wyglądał jak cień, ale czuł się jak duch. Był zmęczony, ale nie dane mu było odpocząć. Było tyle do zrobienia, żeby zdążyć na pociąg jutro po południu, że nie starczyłoby mu czasu ani zdrowego rozsądku, żeby zasnąć.
    
  W swoich wspomnieniach widział zmasakrowane ciało Niny, scena powtarzająca się w kółko. Krew wrzała mu na myśl o niesprawiedliwości i rozpaczliwie pragnął, żeby Wolf był w tym pociągu.
    
    
  22
  Wodospady Jerycha
    
    
  Jak maniak, Perdue nieustannie modyfikował algorytm swojego programu w oparciu o dane wejściowe. Choć do tej pory odnosił pewne sukcesy, istniały pewne zmienne, których nie potrafił rozwiązać, przez co musiał pilnować swojej starzejącej się maszyny. Praktycznie śpiąc przed starym komputerem, stawał się coraz bardziej wycofany. Tylko Lilith Hurst mogła "przeszkadzać" Perdue'owi. Ponieważ mogła raportować wyniki, cieszył się z jej wizyt, podczas gdy jego personelowi ewidentnie brakowało zrozumienia tematu, niezbędnego do prezentowania tak przekonujących rozwiązań.
    
  "Zaraz zaczynam obiad, proszę pana" - przypomniała mu Lillian. Zwykle, gdy karmiła go tą frazą, jej siwowłosy, pogodny szef oferował jej mnóstwo dań do wyboru. Teraz, jak się zdawało, chciał tylko pomyśleć o kolejnym wpisie na komputerze.
    
  "Dziękuję, Lily" - rzekł Perdue nieobecnym głosem.
    
  Niepewnie poprosiła o wyjaśnienie. "A co mam przygotować, proszę pana?"
    
  Perdue ignorował ją przez kilka sekund, uważnie wpatrując się w ekran. Patrzyła na tańczące numery odbijające się w jego okularach, czekając na odpowiedź. W końcu westchnął i spojrzał na nią.
    
  "Hm, gorący garnek byłby cudowny, Lily. Może taki z Lancashire, byleby był w nim jagnięcina. Lilith uwielbia jagnięcinę. Mówiła mi" - uśmiechnął się, ale nie spuszczał wzroku z ekranu.
    
  "Czy chciałby pan, żebym ugotowała jej ulubione danie na kolację?" - zapytała Lillian, czując, że odpowiedź jej się nie spodoba. Nie myliła się. Purdue znów na nią spojrzał, wpatrując się w nią znad okularów.
    
  "Tak, Lily. Dołącza do mnie dziś wieczorem na kolację i chciałbym, żebyś ugotowała zapiekankę z Lancashire. Dziękuję" - powtórzył zirytowany.
    
  "Oczywiście, proszę pana" - powiedziała Lillian, cofając się z szacunkiem. Zazwyczaj gospodyni miała prawo do własnego zdania, ale odkąd pielęgniarka wcisnęła się do Reichtisusis, Purdue nie słuchała niczyich rad poza nią. "Więc kolacja o siódmej?"
    
  "Tak, dziękuję, Lily. A teraz, proszę, pozwól mi wrócić do pracy?" - błagał. Lillian nie odpowiedziała. Po prostu skinęła głową i wyszła z serwerowni, starając się nie zbaczać z tematu. Lillian, podobnie jak Nina, była typową Szkotką ze starej szkoły dla dziewcząt. Te panie nie były przyzwyczajone do traktowania jak obywatelki drugiej kategorii, a jako matriarcha personelu Reichtisusi, Lillian była głęboko zirytowana ostatnim zachowaniem Purdue. Zadzwonił dzwonek do drzwi wejściowych. Mijając Charlesa, który przechodził przez hol, żeby otworzyć drzwi, cicho powiedziała: "Ta suka".
    
  Ku mojemu zaskoczeniu, przypominający androida lokaj odpowiedział swobodnie: "Wiem".
    
  Tym razem powstrzymał się od zbesztania Lillian za swobodne wypowiadanie się o gościach. To był pewny znak kłopotów. Jeśli surowy, przesadnie uprzejmy lokaj zaakceptował złośliwość Lilith Hurst, to powód do paniki. Otworzył drzwi, a Lillian, wysłuchawszy zwykłej protekcjonalności intruza, żałowała, że nie może wsypać trucizny do sosjerki z Lancashire. A jednak za bardzo kochała swoją pracodawczynię, by podjąć takie ryzyko.
    
  Podczas gdy Lillian przygotowywała obiad w kuchni, Lilith zeszła do serwerowni Purdue, jakby była jej właścicielką. Z gracją zeszła po schodach, ubrana w prowokacyjną sukienkę koktajlową i szal. Nałożyła makijaż i związała włosy w kok, podkreślając piękne kolczyki od garnituru, które zwisały spod płatków jej uszu, gdy szła.
    
  Purdue rozpromienił się, widząc młodą pielęgniarkę wchodzącą do pokoju. Wyglądała dziś inaczej niż zwykle. Zamiast dżinsów i balerinek miała na sobie pończochy i obcasy.
    
  "Boże, wyglądasz niesamowicie, moja droga" - uśmiechnął się.
    
  "Dziękuję" - puściła oko. "Zostałam zaproszona na jakąś galę wieczorową na mojej uczelni. Obawiam się, że nie miałam czasu się przebrać, bo przyjechałam tu prosto z tej imprezy. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu, że trochę się przebiorę na kolację".
    
  "Absolutnie nie!" - wykrzyknął, zaczesując włosy do tyłu, żeby trochę się ogarnąć. Miał na sobie znoszony kardigan i wczorajsze spodnie, które nie pasowały do mokasynów. "Czuję, że powinienem przeprosić za to, jak strasznie mizernie wyglądam. Obawiam się, że straciłem poczucie czasu, jak zapewne sobie wyobrażasz".
    
  "Wiem. Zrobiłeś jakieś postępy?" zapytała.
    
  "Tak. Znacząco" - pochwalił się. "Jutro, a może nawet dziś wieczorem, powinienem rozwiązać to równanie".
    
  "A potem?" zapytała, siadając znacząco naprzeciwko niego. Purdue na chwilę oczarowała go jej młodość i uroda. Dla niego nie było nikogo lepszego niż drobna Nina, z jej dziką wspaniałością i piekielnym błyskiem w oczach. Pielęgniarka miała jednak nieskazitelną cerę i szczupłe ciało, które można zachować tylko w młodym wieku, a sądząc po jej mowie ciała tego wieczoru, zamierzała to wykorzystać.
    
  Jej wymówka dotycząca sukienki z pewnością była kłamstwem, ale nie mogła jej usprawiedliwić jako prawdy. Lilith nie mogła powiedzieć Purdue, że przypadkowo wyszła, żeby go uwieść, nie przyznając się jednocześnie, że szuka bogatego kochanka. Tym bardziej nie mogła przyznać, że chciała na niego wpłynąć wystarczająco długo, by ukraść jego arcydzieło, zgarnąć nagrody i wepchnąć się z powrotem do świata nauki.
    
    
  * * *
    
    
  O godzinie dziewiątej Lillian oznajmiła, że obiad jest gotowy.
    
  "Zgodnie z pańską prośbą, obiad zostanie podany w głównej jadalni" - oznajmiła, nawet nie patrząc na pielęgniarkę ocierającą usta.
    
  "Dziękuję, Lily" - odpowiedział, brzmiąc trochę jak stary Purdue. Jego wybiórczy powrót do dawnych, miłych manier tylko w obecności Lilith Hurst budził obrzydzenie w gospodyni.
    
  Lilith zdawała sobie sprawę, że obiekt jej zainteresowań nie dorównywał poziomem jasności jego ludu w ocenie jej celów. Jego obojętność na jej natarczywą obecność była zdumiewająca nawet dla niej samej. Lilith z powodzeniem udowodniła, że geniusz i zdrowy rozsądek to dwa zupełnie różne rodzaje inteligencji. Jednak w tej chwili to był najmniejszy z jej zmartwień. Purdue jadło jej z ręki i robiło wszystko, co w jej mocy, by osiągnąć to, co zamierzała wykorzystać do rozwoju swojej kariery.
    
  Podczas gdy Perdue był upojony urodą, przebiegłością i seksualnymi zalotami Lilith, nie zdawał sobie sprawy, że wprowadzono inny rodzaj upojenia, aby zapewnić mu posłuszeństwo. Pod pierwszym piętrem Reichtisusis równanie Einsteina dobiegało końca, po raz kolejny będąc przerażającym rezultatem błędu geniusza. W tym przypadku zarówno Einstein, jak i Perdue byli manipulowani przez kobiety o znacznie niższym poziomie inteligencji, co stwarzało wrażenie, że nawet najinteligentniejsi mężczyźni popadli w obłęd, ufając niewłaściwym kobietom. Przynajmniej w świetle niebezpiecznych dokumentów zebranych przez kobiety, które uważali za nieszkodliwe.
    
  Lillian została zwolniona na wieczór, zostawiając Charlesa do posprzątania po tym, jak Perdue i jego gość skończyli kolację. Zdyscyplinowany lokaj zachowywał się, jakby nic się nie stało, nawet gdy Perdue i pielęgniarka wpadli w gwałtowny atak namiętności w połowie drogi do głównej sypialni. Charles westchnął głęboko. Zignorował fatalny sojusz, który, jak wiedział, wkrótce zniszczy jego szefa, ale nie odważył się interweniować.
    
  To była nie lada wyzwanie dla lojalnego kamerdynera, który pracował dla Purdue przez tyle lat. Purdue nie chciał słyszeć o sprzeciwach Lilith Hearst, a personel musiał patrzeć, jak z każdym dniem coraz bardziej go olśniewa. Teraz ich relacja wkroczyła na kolejny poziom, pozostawiając Charlesa, Lillian, Jane i wszystkich innych pracowników Purdue z obawą o swoją przyszłość. Sam Cleve i Nina Gould nie wracali już do zdrowia. Byli światłem i duszą bardziej prywatnego życia towarzyskiego Purdue, a ludzie miliardera ich uwielbiali.
    
  Podczas gdy umysł Charlesa zasnuwały wątpliwości i lęki, a Purdue był zniewolony przez przyjemność, Straszliwy Wąż ożył na dole, w serwerowni. Cicho, tak by nikt nie mógł go zobaczyć ani usłyszeć, oznajmił swój koniec.
    
  W ten mroczny, smoliście czarny poranek światła w rezydencji przygasły, pozostawiając tylko te, które pozostały zapalone. Cały ogromny dom pogrążył się w ciszy, przerywanej jedynie wyciem wiatru za starożytnymi murami. Na głównych schodach słychać było ciche dudnienie. Smukłe nogi Lilith pozostawiły jedynie westchnienie na grubym dywanie, gdy szybko schodziła na pierwsze piętro. Jej cień szybko przesunął się wzdłuż wysokich ścian głównego korytarza i zszedł na niższy poziom, gdzie kelnerzy nieustannie nucili.
    
  Nie zapaliła światła, lecz oświetliła sobie drogę ekranem telefonu, kierując się do stolika, na którym stał komputer Perdue. Lilith poczuła się jak dziecko w bożonarodzeniowy poranek, niecierpliwe, by sprawdzić, czy jej życzenie się spełniło, i nie zawiodła się. Ścisnęła pendrive'a w palcach i włożyła go do portu USB starego komputera, ale szybko zdała sobie sprawę, że David Perdue nie jest głupi.
    
  Rozległ się alarm i pierwsza linijka równania na ekranie zaczęła się znikać.
    
  "O Jezu, nie!" - jęknęła w ciemności. Musiała szybko myśleć. Lilith zapamiętała drugą linijkę, stukając w kamerę w telefonie, i zrobiła zrzut ekranu pierwszej sekcji, zanim mogła ją dalej usunąć. Następnie włamała się na serwer pomocniczy, którego Purdue używał jako kopii zapasowej, i wyodrębniła całe równanie, po czym przeniosła je na swoje urządzenie. Pomimo całej swojej technologicznej biegłości, Lilith nie wiedziała, gdzie wyłączyć alarm i patrzyła, jak równanie powoli się kasuje.
    
  "Przepraszam, Davidzie" - westchnęła.
    
  Wiedząc, że obudzi się dopiero następnego ranka, zasymulowała zwarcie w okablowaniu między serwerem Omega a serwerem Kappa. Spowodowało to niewielki pożar elektryczny, wystarczający, by stopić przewody i unieruchomić urządzenia, zanim ugasiła płomienie poduszką z krzesła Purdue. Lilith zdała sobie sprawę, że ochroniarze przy bramie wkrótce otrzymają sygnał z wewnętrznego systemu alarmowego budynku za pośrednictwem swojej centrali. Na drugim końcu pierwszego piętra słyszała strażników walących w drzwi, próbujących obudzić Charlesa.
    
  Niestety, Charles spał po drugiej stronie domu, w swoim mieszkaniu obok małej kuchni osiedla. Nie słyszał alarmu w serwerowni, uruchomionego przez czujnik portu USB. Lilith zamknęła za sobą drzwi i poszła tylnym korytarzem prowadzącym do dużego magazynu. Serce waliło jej jak młotem, gdy usłyszała, jak pierwszy patrol budzi Charlesa i kieruje się do pokoju Purdue. Drugi patrol skierował się prosto w stronę źródła alarmu.
    
  "Znaleźliśmy przyczynę!" - usłyszała, jak krzyczą, gdy Charles i pozostali pobiegli na niższy poziom, aby do nich dołączyć.
    
  "Idealnie" - wyszeptała. Zdezorientowani lokalizacją pożaru, krzyczący mężczyźni nie widzieli, jak Lilith pędzi z powrotem do sypialni Purdue. Znów leżąc w łóżku z nieprzytomnym geniuszem, Lilith zalogowała się do urządzenia nadawczego w telefonie i szybko wpisała kod połączenia. "Szybko" - wyszeptała z naciskiem, gdy telefon otworzył ekran. "Szybciej niż teraz, na litość boską".
    
  Głos Charlesa był wyraźny, gdy zbliżał się do sypialni Purdue z kilkoma mężczyznami. Lilith przygryzła wargę, czekając, aż transmisja równania Einsteina dokończy ładowanie na stronie Meerdaalwoud.
    
  "Proszę pana!" - ryknął nagle Charles, waląc w drzwi. "Czy pan się obudził?"
    
  Perdue był nieprzytomny i nie reagował, co wywołało falę spekulacji na korytarzu. Lilith widziała cienie ich stóp pod drzwiami, ale pobieranie danych jeszcze się nie zakończyło. Kamerdyner ponownie zastukał do drzwi. Lilith schowała telefon pod stolikiem nocnym, aby kontynuować transmisję, owijając się jednocześnie satynowym prześcieradłem.
    
  Gdy szła w stronę drzwi, krzyknęła: "Trzymaj się, trzymaj się, do cholery!"
    
  Otworzyła drzwi, wyglądając na wściekłą. "Co, na miłość boską, masz z tym problem?" syknęła. "Cicho! Dawid śpi".
    
  "Jak mógł to wszystko przespać?" - zapytał surowo Charles. Skoro Purdue była nieprzytomna, nie powinien okazywać szacunku tej irytującej kobiecie. "Co mu zrobiłaś?" - warknął, odpychając ją na bok, żeby sprawdzić, co u jego pracodawcy.
    
  "Słucham?" pisnęła, celowo ignorując część prześcieradła, by odwrócić uwagę strażników błyskiem swoich sutków i ud. Ku jej rozczarowaniu, byli zbyt zajęci swoją pracą i trzymali ją w kącie, dopóki lokaj nie dał im odpowiedzi.
    
  "Żyje" - powiedział, patrząc chytrze na Lilith. "Mocno naćpany, to by bardziej pasowało".
    
  "Dużo wypiliśmy" - broniła się zaciekle. "Czy on nie mógłby się trochę zabawić, Charles?"
    
  "Pani, nie przyszła tu, żeby zabawiać pana Purdue" - odparł Charles. "Spełniła pani swoją rolę, więc proszę zrobić nam wszystkim przysługę i wrócić do odbytu, który panią wyrzucił".
    
  Pasek ładowania pod szafką nocną wskazywał 100% ukończenia. Zakon Czarnego Słońca zdobył Groźnego Węża w całej jego okazałości.
    
    
  23
  Trójstronny
    
    
  Kiedy Sam zadzwonił do Mastersa, nikt nie odebrał. Nina spała na podwójnym łóżku w ich pokoju hotelowym, otumaniona silnym środkiem uspokajającym. Miała środki przeciwbólowe na siniaki i szwy, uprzejmie dostarczone przez anonimową emerytowaną pielęgniarkę, która pomagała jej przy szwach w Oban. Sam był wyczerpany, ale adrenalina w jego krwi nie chciała opaść. W słabym świetle lampy Niny siedział zgarbiony, z telefonem między kolanami, zamyślony. Nacisnął przycisk ponownego wybierania, mając nadzieję, że Masters odbierze.
    
  "Jezu, wygląda na to, że wszyscy wsiadają do cholernej rakiety i lecą na Księżyc" - wycedził najciszej, jak potrafił. Niewypowiedzianie sfrustrowany brakiem kontaktu z Purdue ani Masters, Sam postanowił zadzwonić do dr. Jacobsa z nadzieją, że może już znalazł Purdue. Aby złagodzić niepokój, Sam podgłośnił nieco telewizor. Nina zostawiła go włączonego, żeby zasnął w tle, ale przełączył się z kanału filmowego na Kanał 8, żeby obejrzeć wiadomości międzynarodowe.
    
  Wiadomości były pełne drobnych doniesień, bezużytecznych dla Sama, który krążył po pokoju, wykręcając jeden numer za drugim. Umówił się z panną Noble z Post, że kupi mu i Ninie bilety do Moskwy tego ranka, podając Ninę jako swojego doradcę historycznego w tym zadaniu. Panna Noble doskonale znała znakomitą reputację dr Niny Gould, a także jej pozycję w kręgach akademickich. Byłaby cennym nabytkiem dla raportu Sama Cleave'a.
    
  Zadzwonił telefon Sama, co na chwilę go spięło. W tej chwili kłębiło się w nim mnóstwo myśli o tym, kto to mógł być i jaka była sytuacja. Na ekranie telefonu pojawiło się nazwisko dr. Jacobsa.
    
  "Doktorze Jacobs? Czy możemy przenieść kolację do hotelu, zamiast do pana?" - zapytał natychmiast Sam.
    
  "Czy jest pan jasnowidzem, panie Cleve?" zapytał Casper Jacobs.
    
  "D-dlaczego? Co?" Sam zmarszczył brwi.
    
  "Zamierzałem doradzić tobie i doktorowi Gouldowi, żebyście nie przychodzili dziś do mnie, bo chyba mnie wyrzucili. Spotkanie się ze mną tam byłoby szkodliwe, więc natychmiast jadę do twojego hotelu" - fizyk poinformował Sama, mówiąc tak szybko, że Sam ledwo nadążał.
    
  "Tak, dr Gould jest trochę nieobecny, ale potrzebujesz, żebym ci krótko opowiedział o szczegółach mojego artykułu" - zapewnił go Sam. Samowi najbardziej przeszkadzał ton głosu Caspera. Brzmiał na zszokowanego. Jego słowa drżały, przerywane urywanymi oddechami.
    
  "Już idę, a Sam, proszę, upewnij się, że nikt cię nie śledzi. Mogą obserwować twój pokój hotelowy. Do zobaczenia za piętnaście minut" - powiedział Casper. Połączenie się zakończyło, pozostawiając Sama w osłupieniu.
    
  Sam wziął szybki prysznic. Kiedy skończył, usiadł na łóżku, żeby zapiąć buty. Zobaczył coś znajomego na ekranie telewizora.
    
  "Delegaci z Chin, Francji, Rosji, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych opuszczają Operę La Monnaie w Brukseli, aby zakończyć obrady do jutra" - czytamy w oświadczeniu. "Szczyt Energii Atomowej będzie kontynuowany na pokładzie luksusowego pociągu, który będzie służył do końca sympozjum, w drodze do głównego reaktora jądrowego w Nowosybirsku w Rosji".
    
  "Świetnie" - mruknął Sam. "Jak mało informacji o lokalizacji peronu, z którego wszyscy wsiadacie, co, McFadden? Ale znajdę cię i wsiądziemy do tego pociągu. I znajdę Wolfa na krótką, szczerą rozmowę".
    
  Kiedy Sam skończył, chwycił telefon i skierował się do wyjścia. Po raz ostatni sprawdził, co u Niny, zanim zamknął za sobą drzwi. Korytarz był pusty od lewej do prawej. Sam sprawdził, czy nikt nie opuścił żadnego z pokoi, idąc do windy. Zamierzał poczekać na doktora Jacobsa w holu, gotowy na nagranie wszystkich pikantnych szczegółów dotyczących jego pośpiesznej ucieczki na Białoruś.
    
  Paląc papierosa tuż przed głównym wejściem do hotelu, Sam zobaczył mężczyznę w płaszczu, który zbliżał się do niego ze śmiertelnie poważnym wyrazem twarzy. Wyglądał groźnie, z włosami zaczesanymi do tyłu jak szpieg z thrillera z lat 70.
    
  "Właśnie w takich chwilach być nieprzygotowanym" - pomyślał Sam, napotykając spojrzenie groźnego mężczyzny. Notatka do siebie: Kup nową broń palną.
    
  Z kieszeni płaszcza wysunęła się ręka mężczyzny. Sam rzucił papierosa na bok i przygotował się do uniknięcia kuli. Jednak w dłoni mężczyzna trzymał coś przypominającego zewnętrzny dysk twardy. Podszedł bliżej i chwycił dziennikarza za kołnierz. Jego oczy były szeroko otwarte i wilgotne.
    
  "Sam?" - wychrypiał. "Sam, zabrali mi Olgę!"
    
  Sam podniósł ręce i sapnął: "Doktor Jacobs?"
    
  "Tak, to ja, Sam. Wygooglowałem cię, żeby zobaczyć, jak wyglądasz, żebym mógł cię dziś wieczorem rozpoznać. O mój Boże, zabrali moją Olgę i nie mam pojęcia, gdzie ona jest! Zabiją ją, jeśli nie wrócę do bazy, w której zbudowałem statek!"
    
  "Czekaj" - Sam natychmiast przerwał histerię Caspera - "i posłuchaj mnie. Musisz się uspokoić, dobrze? To nie pomaga". Sam rozejrzał się, oceniając otoczenie. "Zwłaszcza, że możesz przyciągnąć niepożądaną uwagę".
    
  Przemierzając mokre ulice, migoczące w bladym świetle latarni, obserwował każdy ruch, by sprawdzić, kto go obserwuje. Niewiele osób zauważyło mężczyznę wykrzykującego tyradę obok Sama, ale kilku pieszych, głównie spacerujących par, rzucało szybkie spojrzenia w ich kierunku, zanim kontynuowali rozmowę.
    
  "Chodź, doktorze Jacobs, wejdźmy do środka i napijmy się whisky" - zasugerował Sam, delikatnie wprowadzając drżącego mężczyznę przez przesuwane szklane drzwi. "A w twoim przypadku, kilka".
    
  Siedzieli w hotelowym barze restauracyjnym. Małe reflektory zamontowane na suficie tworzyły nastrojową atmosferę, a przestrzeń wypełniała łagodna muzyka fortepianowa. Cichy pomruk towarzyszył brzękowi sztućców, gdy Sam nagrywał swoją sesję z doktorem Jacobsem. Casper opowiedział mu wszystko o Złym Wężu i precyzyjnych prawach fizyki związanych z tymi przerażającymi możliwościami, które Einstein uznał za najlepsze do rozwiania. W końcu, po ujawnieniu wszystkich sekretów ośrodka Cliftona Tafta, w którym przetrzymywano nikczemne stworzenia Zakonu, zaczął szlochać. Zrozpaczony Casper Jacobs nie mógł już dłużej powstrzymać się od płaczu.
    
  "I tak, kiedy wróciłem do domu, Olgi już nie było" - pociągnął nosem, ocierając oczy grzbietem dłoni, starając się pozostać niezauważonym. Surowy dziennikarz ze współczuciem wstrzymał nagrywanie na laptopie i dwukrotnie poklepał płaczącego mężczyznę po plecach. Sam wyobraził sobie, jak to jest być partnerem Niny, tak jak robił to już wiele razy wcześniej, i wyobraził sobie, jak wraca do domu i zastaje ją porwaną przez Czarne Słońce.
    
  "Jezu, Casper, tak mi przykro, stary" - wyszeptał, gestem nakazując barmanowi napełnienie ich kieliszków Jackiem Danielsem. "Znajdziemy ją tak szybko, jak to możliwe, dobrze? Obiecuję ci, że nic jej nie zrobią, dopóki cię nie znajdą. Pokrzyżowałeś im plany i ktoś o tym wie. Ktoś u władzy. Zabrali ją, żeby się na tobie zemścić, żebyś cierpiał. Tak właśnie robią".
    
  "Nawet nie wiem, gdzie ona może być" - jęknął Casper, chowając twarz w dłoniach. "Jestem pewien, że już ją zabili".
    
  "Nie mów tak, słyszysz?" Sam powstrzymał go stanowczo. "Właśnie ci powiedziałem. Obaj wiemy, jak działa Zakon. To banda zatwardziałych nieudaczników, Casper, a ich metody są z natury niedojrzałe. To tyrani i ty, ze wszystkich ludzi, powinieneś to wiedzieć".
    
  Casper pokręcił bezradnie głową, jego ruchy spowolnił smutek, gdy Sam wcisnął mu szklankę w dłoń i powiedział: "Wypij to. Musisz uspokoić nerwy. Słuchaj, jak szybko możesz dotrzeć do Rosji?"
    
  "C-co?" zapytał Casper. "Muszę znaleźć moją dziewczynę. Do diabła z pociągiem i delegatami. Nie obchodzi mnie to, wszyscy mogą zginąć, bylebym tylko znalazł Olgę".
    
  Sam westchnął. Gdyby Casper był w zaciszu własnego domu, Sam by go spoliczkował jak upartego bachora. "Proszę spojrzeć, doktorze Jacobs" - uśmiechnął się ironicznie, zbyt zmęczony, by dłużej pieścić fizyka. Casper spojrzał na Sama przekrwionymi oczami. "Dokąd myślisz, że ją zabrali? Gdzie myślisz, że chcą cię zwabić? Pomyśl tylko! Pomyśl tylko, na litość boską!"
    
  "Znasz odpowiedź, prawda?" - zgadł Casper. "Wiem, co sobie myślisz. Jestem cholernie mądry i nie potrafię tego rozgryźć, ale Sam, nie mogę teraz myśleć. Teraz potrzebuję tylko kogoś, kto pomyśli za mnie, żebym mógł znaleźć jakieś wskazówki".
    
  Sam wiedział, jak to jest. Był już wcześniej w takim stanie emocjonalnym, kiedy nikt nie udzielał mu żadnych odpowiedzi. To była jego szansa, by pomóc Casperowi Jacobsowi odnaleźć drogę. "Jestem prawie pewien na sto procent, że zabiorą ją do syberyjskiego pociągu z delegatami, Casper".
    
  "Dlaczego mieliby to robić? Muszą skupić się na eksperymencie" - odparł Casper.
    
  "Nie rozumiesz?" - wyjaśnił Sam. "Każdy w tym pociągu stanowi zagrożenie. Ci elitarni pasażerowie podejmują decyzje dotyczące badań i rozwoju energetyki jądrowej. Kraje, które mają tylko prawo weta, zauważyłeś? Przedstawiciele Agencji Energii Atomowej również stanowią przeszkodę dla Czarnego Słońca, ponieważ regulują zarządzanie dostawcami energii jądrowej".
    
  "Za dużo tu polityki, Sam" - jęknął Casper, opróżniając swój Jackpot. "Powiedz mi tylko podstawowe informacje, bo już jestem pijany".
    
  "Olga będzie na Walkirii, bo chcą, żebyś jej szukał. Jeśli jej nie uratujesz, Kacperze" - wyszeptał Sam, ale jego ton był złowieszczy - "zginie razem z każdym delegatem w tym cholernym pociągu! Z tego, co wiem o Zakonie, mają już ludzi, którzy zastąpią zmarłych urzędników, przekazując kontrolę nad państwami autorytarnymi Zakonowi Czarnego Słońca pod pretekstem zmiany monopolu politycznego. I wszystko będzie legalne!"
    
  Casper dyszał jak pies na pustyni. Nieważne, ile drinków wypił, wciąż był wyczerpany i spragniony. Nieświadomie stał się kluczowym graczem w grze, w której nigdy nie zamierzał brać udziału.
    
  "Mogę dziś wieczorem polecieć samolotem" - powiedział Samowi. Pod wrażeniem, Sam poklepał Caspera po plecach.
    
  "Dobry człowieku!" - powiedział. "Teraz wyślę to do Purdue bezpiecznym e-mailem. Proszenie go, żeby przestał pracować nad tym równaniem, może być nieco optymistyczne, ale przynajmniej dzięki twoim zeznaniom i danym na tym dysku twardym będzie mógł sam zobaczyć, co się naprawdę dzieje. Mam nadzieję, że zda sobie sprawę, że jest marionetką swoich wrogów".
    
  "A co, jeśli zostanie podsłuchany?" - zastanawiał się Casper. "Kiedy próbowałem do niego zadzwonić, odebrała jakaś kobieta, która najwyraźniej nie przekazała mu wiadomości".
    
  "Jane?" zapytał Sam. "To było w godzinach pracy?"
    
  "Nie, po godzinach" - przyznał Casper. "Dlaczego?"
    
  "Kurwa" - wydyszał Sam, przypominając sobie tę wredną pielęgniarkę i jej problem z nastawieniem, zwłaszcza po tym, jak Sam podał Purdy równanie. "Możesz mieć rację, Casper. Boże, możesz być tego absolutnie pewien, teraz, jak o tym pomyślisz".
    
  Wtedy Sam postanowił wysłać dane pani Noble również do Edinburgh Post, na wypadek gdyby serwer pocztowy Purdue został zhakowany.
    
  "Nie wracam do domu, Sam" - zauważył Casper.
    
  "Tak, nie możesz się cofnąć. Mogą obserwować albo czekać na odpowiedni moment" - zgodził się Sam. "Zapisz się tutaj, a jutro we trójkę wyruszymy na misję ratowania Olgi. Kto wie, w międzyczasie równie dobrze możemy zrzucić winę na Tafta i McFaddena przed całym światem i zmieść ich z tablicy za to, że nas zastraszali".
    
    
  24
  Reichtishow płacze
    
    
  Purdue obudził się, częściowo odprężając się po męce operacji. Gardło miał jak papier ścierny, a głowa ważyła tonę. Promień dziennego światła przedarł się przez zasłony i uderzył go między oczy. Wyskakując nago z łóżka, nagle przypomniał sobie mglistą namiętną noc z Lilith Hearst, ale odepchnął ją, by skupić się na skąpym świetle dziennym, którego potrzebował, by pozbyć się swoich biednych oczu.
    
  Zasłoniwszy zasłony, by zasłonić światło, odwrócił się i zobaczył młodą piękność wciąż śpiącą po drugiej stronie łóżka. Zanim zdążył ją dostrzec, Charles cicho zapukał. Purdue otworzył drzwi.
    
  "Dzień dobry, panie" - powiedział.
    
  "Dzień dobry, Charles" - prychnął Purdue, chwytając się za głowę. Poczuł przeciąg i dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że bał się pomóc. Ale było już za późno, żeby zwrócić na to uwagę, więc udawał, że nie było między nim a Charlesem żadnej niezręczności. Jego kamerdyner, zawsze profesjonalny, również to zignorował.
    
  "Czy mogę z panem zamienić słówko?" - zapytał Charles. "Jak tylko będzie pan gotowy, oczywiście".
    
  Perdue skinął głową, ale ze zdziwieniem zobaczył Lillian w tle, również wyglądającą na mocno zmartwioną. Ręce Perdue'a szybko powędrowały do jej krocza. Charles zdawał się zaglądać do pokoju, do śpiącej Lilith, i szepnął do swojego pana: "Proszę pana, proszę nie mówić pannie Hearst, że musimy coś omówić".
    
  "Dlaczego? Co się dzieje?" - wyszeptał Purdue. Dziś rano wyczuł, że coś jest nie tak w jego domu i tajemnica domagała się wyjaśnienia.
    
  "David" - zmysłowy jęk dobiegł z miękkiej ciemności jego sypialni. "Wracaj do łóżka".
    
  "Proszę pana" - Charles próbował szybko powtórzyć, ale Purdue zamknął mu drzwi przed nosem. Ponury i lekko zły Charles wpatrywał się w Lillian, która podzielała jego emocje. Nic nie powiedziała, ale wiedział, że czuła to samo. Bez słowa lokaj i gospodyni zeszli po schodach do kuchni, gdzie mieli omówić kolejny etap swojej pracy pod kierunkiem Davida Purdue.
    
  Zaangażowanie ochrony jednoznacznie potwierdziło ich twierdzenia, ale dopóki Perdue nie uwolnił się od złośliwej uwodzicielki, nie mogli przedstawić swojej wersji wydarzeń. Tej nocy, kiedy włączył się alarm, Charles został wyznaczony na łącznika domowego do czasu, aż Perdue odzyska przytomność. Firma ochroniarska po prostu czekała na jego wieści i miała zadzwonić, aby pokazać Perdue nagranie wideo z próby sabotażu. To, czy przyczyną była po prostu wadliwa instalacja elektryczna, było wysoce nieprawdopodobne, biorąc pod uwagę skrupulatną konserwację sprzętu przez Perdue, a Charles zamierzał to wyjaśnić.
    
  Na górze Perdue znów tarzał się w sianie ze swoją nową zabawką.
    
  "Czy powinniśmy to sabotować?" - zażartowała Lillian.
    
  "Chętnie, Lillian, ale niestety, naprawdę lubię swoją pracę" - westchnął Charles. "Mogę ci zrobić herbatę?"
    
  "To byłoby cudowne, moja droga" - jęknęła, siadając przy małym, skromnym kuchennym stole. "Co zrobimy, jeśli on się z nią ożeni?"
    
  Charles o mało nie upuścił porcelanowych filiżanek na samą myśl. Jego usta drżały bezgłośnie. Lillian nigdy wcześniej go takiego nie widziała. Uosobienie opanowania i samokontroli nagle stało się niepokojące. Charles patrzył przez okno, a jego oczy znajdowały ukojenie w bujnej zieleni wspaniałych ogrodów Raichtisusis.
    
  "Nie możemy na to pozwolić" - odpowiedział szczerze.
    
  "Może powinniśmy zaprosić doktora Goulda i przypomnieć mu, czego tak naprawdę szuka" - zasugerowała Lillian. "Poza tym, Nina skopie Lilith tyłek..."
    
  "Więc chciałeś się ze mną spotkać?" Słowa Purdue nagle zmroziły Lillian krew w żyłach. Odwróciła się i zobaczyła swojego szefa stojącego w drzwiach. Wyglądał okropnie, ale był przekonujący.
    
  "O mój Boże, proszę pana" - powiedziała - "Czy mogę panu podać jakieś środki przeciwbólowe?"
    
  "Nie" - odpowiedział - "ale bardzo chętnie zjadłbym kromkę suchego tosta i słodką czarną kawę. To najgorszy kac, jakiego kiedykolwiek miałem".
    
  "Nie ma pan kaca, proszę pana" - powiedział Charles. "O ile wiem, niewielka ilość alkoholu, którą pan wypił, nie pozbawiłaby pana przytomności na tyle, żeby uniemożliwić odzyskanie przytomności nawet podczas nocnego nalotu".
    
  "Przepraszam?" Perdue zmarszczył brwi, patrząc na lokaja.
    
  "Gdzie ona jest?" - zapytał Charles bez ogródek. Jego ton był surowy, wręcz buntowniczy, co dla Purdue było niewątpliwym znakiem, że szykują się kłopoty.
    
  "Pod prysznicem. Dlaczego?" - odpowiedział Perdue. "Powiedziałem jej, że zwymiotuję w toalecie na dole, bo zrobiło mi się niedobrze".
    
  "Dobra wymówka, proszę pana" - Lillian pogratulowała swojemu szefowi, obracając tosty.
    
  Purdue spojrzał na nią jak na idiotkę. "Naprawdę zwymiotowałam, bo naprawdę mi się niedobrze zrobiło, Lily. Co ty sobie myślałaś? Myślałaś, że ją okłamię tylko po to, żeby wesprzeć twój spisek przeciwko niej?"
    
  Charles prychnął głośno zszokowany ciągłym zaniedbaniem ze strony Perdue. Lillian była równie zdenerwowana, ale musiała zachować spokój, zanim Perdue w przypływie niedowierzania zdecyduje się zwolnić personel. "Oczywiście, że nie" - powiedziała Perdue. "Tylko żartowałam".
    
  "Nie myśl, że nie śledzę tego, co dzieje się w moim własnym domu" - ostrzegł Perdue. "Wszyscy wielokrotnie daliście jasno do zrozumienia, że nie akceptujecie obecności Lilith tutaj, ale zapominacie o jednym. Jestem panem tego domu i wiem wszystko, co dzieje się za tymi ścianami".
    
  "Z wyjątkiem sytuacji, gdy Rohypnol pozbawi cię przytomności, podczas gdy twoi strażnicy i personel będą musieli ugasić pożar w twoim domu" - powiedział Charles. Lillian poklepała go po ramieniu za tę uwagę, ale było już za późno. Spokojny spokój lojalnego kamerdynera został zachwiany. Twarz Perdue'a zbladła, jeszcze bardziej niż jego i tak już blada cera. "Przepraszam za taką bezpośredniość, proszę pana, ale nie będę stał bezczynnie, gdy jakaś drugorzędna dziewka infiltruje moje miejsce pracy i dom, żeby podkopać autorytet mojego pracodawcy". Charles był równie zaskoczony swoim wybuchem, co gospodyni i Perdue. Kamerdyner spojrzał na zdumioną minę Lillian i wzruszył ramionami. "Za grosze, za funta, Lily".
    
  "Nie mogę" - poskarżyła się. "Potrzebuję tej pracy".
    
  Perdue był tak oszołomiony obelgami Charlesa, że dosłownie zaniemówił. Kamerdyner spojrzał na Perdue'a obojętnie i dodał: "Przykro mi, że muszę to powiedzieć, proszę pana, ale nie mogę pozwolić, by ta kobieta jeszcze bardziej narażała pana życie".
    
  Purdue wstał, czując się, jakby dostał młotem kowalskim, ale miał coś do powiedzenia. "Jak śmiesz? Nie masz prawa wysuwać takich oskarżeń!" - grzmiał do lokaja.
    
  "On troszczy się tylko o twoje dobro, proszę pana" - spróbowała Lillian, z szacunkiem załamując ręce.
    
  "Zamknij się, Lillian" - warknęli na nią jednocześnie obaj mężczyźni, doprowadzając ją do szału. Miła gospodyni wybiegła tylnymi drzwiami, nie zadając sobie nawet trudu, by zrealizować zamówienie na śniadanie od pracodawcy.
    
  "Patrz, gdzie się znalazłeś, Charles" - zaśmiał się Perdue.
    
  "To nie moja wina, proszę pana. Przyczyna całego tego sporu leży tuż za tobą" - powiedział Perdue. Perdue obejrzał się. Lilith stała tam, wyglądając jak kopnięty szczeniak. Jej podświadoma manipulacja emocjami Perdue nie znała granic. Wyglądała na głęboko zranioną i straszliwie słabą, kręcąc głową.
    
  "Bardzo mi przykro, Davidzie. Starałam się, żeby mnie polubili, ale wygląda na to, że po prostu nie chcą widzieć cię szczęśliwego. Wychodzę za trzydzieści minut. Pozwól mi tylko zebrać rzeczy" - powiedziała, odwracając się, żeby wyjść.
    
  "Nie ruszaj się, Lilith!" - rozkazał Perdue. Spojrzał na Charlesa, a jego niebieskie oczy przeszywały lokaja rozczarowaniem i bólem. Charles osiągnął kres wytrzymałości. "Ona... albo my... proszę pana".
    
    
  25
  Proszę o przysługę
    
    
  Nina czuła się jak nowo narodzona po siedemnastu godzinach snu w pokoju hotelowym Sama. Sam natomiast był wyczerpany, bo prawie nie zmrużył oka. Po odkryciu sekretów doktora Jacobsa wierzył, że świat zmierza ku katastrofie, niezależnie od tego, jak bardzo dobrzy ludzie starali się zapobiec okrucieństwom egocentrycznych idiotów pokroju Tafta i McFaddena. Miał nadzieję, że nie pomylił się co do Olgi. Przekonanie Caspera Jacobsa, że jest nadzieja, zajęło mu godziny, a Sam z przerażeniem patrzył na hipotetyczny moment odkrycia ciała Olgi.
    
  Dołączyli do Caspera na korytarzu na jego piętrze.
    
  "Jak się panu spało, doktorze Jacobs?" zapytała Nina. "Muszę przeprosić, że nie było mnie wczoraj na dole".
    
  "Nie, proszę się nie martwić, doktorze Gould" - uśmiechnął się. "Sam traktował mnie z odwieczną szkocką gościnnością, podczas gdy ja powinienem był powitać was oboje po belgijsku. Po takiej ilości whisky sen był łatwy, mimo że morze snu było pełne potworów".
    
  "Rozumiem" - mruknął Sam.
    
  "Nie martw się, Sam, pomogę ci do końca" - pocieszyła go, przeczesując dłonią jego potargane ciemne włosy. "Nie goliłeś się dziś rano".
    
  "Myślałem, że bardziej surowy wygląd pasuje do Syberii" - wzruszył ramionami, wchodząc do windy. "Poza tym, moja twarz będzie cieplejsza... i mniej rozpoznawalna".
    
  "Dobry pomysł" - zgodził się Casper beztrosko.
    
  "Co się stanie, kiedy dotrzemy do Moskwy, Sam?" - zapytała Nina w napiętej ciszy windy.
    
  "Powiem ci w samolocie. Do Rosji tylko trzy godziny" - odpowiedział. Jego ciemne oczy powędrowały w stronę kamery monitoringu w windzie. "Nie mogę ryzykować czytania z ruchu warg".
    
  Podążyła za jego wzrokiem i skinęła głową. "Tak."
    
  Casper podziwiał naturalny rytm swoich dwóch szkockich kolegów, ale to tylko przypominało mu o Oldze i straszliwym losie, który mógł ją już spotkać. Nie mógł się doczekać, by postawić stopę na rosyjskiej ziemi, nawet gdyby nie została tam zabrana, jak sugerował Sam Cleve. O ile tylko uda mu się zemścić na Tafcie, który był integralną częścią syberyjskiego szczytu.
    
  "Z którego lotniska korzystają?" - zapytała Nina. "Nie wyobrażam sobie, żeby używali Domodiedowa dla takich VIP-ów".
    
  "To nieprawda. Korzystają z prywatnego pasa startowego na północnym zachodzie, zwanego Kościej" - wyjaśnił Sam. "Słyszałem to w operze, kiedy się tam wślizgnąłem, pamiętasz? Jest własnością prywatną jednego z rosyjskich członków Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej".
    
  "To śmierdzi rybą" - zaśmiała się Nina.
    
  "To prawda" - potwierdził Kasper. "Wielu członków agencji, jak Organizacja Narodów Zjednoczonych i Unia Europejska, delegaci Bilderberg... wszyscy są lojalni wobec Zakonu Czarnego Słońca. Ludzie mówią o Nowym Porządku Świata, ale nikt nie zdaje sobie sprawy, że działa o wiele bardziej złowroga organizacja. Niczym demon opętała te bardziej znane globalne organizacje i wykorzystała je jako kozły ofiarne, a potem z nich zniknęła".
    
  "Ciekawa analogia" - zauważyła Nina.
    
  "Rzeczywiście, to prawda" - zgodził się Sam. "W Czarnym Słońcu jest coś z natury mrocznego, coś wykraczającego poza globalną dominację i rządy elit. To niemal ezoteryczna natura, wykorzystywanie nauki do rozwoju".
    
  "To skłania do myślenia" - dodał Casper, gdy otworzyły się drzwi windy - "że tak głęboko zakorzenionej i dochodowej organizacji byłoby praktycznie niemożliwe do zniszczenia".
    
  "Tak, ale będziemy dalej rozwijać się na ich genitaliach jak uporczywy wirus, dopóki będziemy w stanie sprawić, że będą swędzieć i piec" - Sam uśmiechnął się i puścił oko, doprowadzając pozostałą dwójkę do łez.
    
  "Dzięki za to, Sam" - zachichotała Nina, próbując się uspokoić. "A propos ciekawych analogii!"
    
  Pojechali taksówką na lotnisko, mając nadzieję, że dotrą na prywatne lotnisko na czas, żeby zdążyć na pociąg. Sam spróbował zadzwonić do Purdue po raz ostatni, ale kiedy odebrała kobieta, zdał sobie sprawę, że dr Jacobs miał rację. Spojrzał na Caspera Jacobsa z zaniepokojonym wyrazem twarzy.
    
  "Co się stało?" zapytał Casper.
    
  Oczy Sama się zwęziły. "To nie była Jane. Znam doskonale głos osobistej asystentki Purdue. Nie wiem, co się do cholery dzieje, ale obawiam się, że Purdue jest zakładnikiem. Nie ma znaczenia, czy wie, czy nie. Dzwonię jeszcze raz do Mastersa. Ktoś musi pójść i zobaczyć, co się dzieje w Raichtisusis". Czekając w poczekalni, Sam ponownie zadzwonił do George'a Mastersa. Włączył głośnik, żeby Nina mogła słyszeć, podczas gdy Casper podszedł do automatu po kawę. Ku zaskoczeniu Sama, George odebrał niewyraźnym głosem.
    
  "Masters?" wykrzyknął Sam. "Do cholery! To Sam Cleve. Gdzieś ty był?"
    
  "Szukam cię" - warknął Masters, nagle stając się nieco bardziej przekonujący. "Dałeś Purdue cholerne równanie, mimo że jasno ci powiedziałem, żebyś tego nie robił".
    
  Nina słuchała uważnie, szeroko otwierając oczy. Wyszeptała: "Brzmi cholernie wściekle!"
    
  "Słuchaj, wiem" - zaczął Sam swoją obronę - "ale badania, które przeprowadziłem w tej sprawie, nie wspominały o niczym tak groźnym, jak to, co mi powiedziałeś".
    
  "Twoje badania są bezużyteczne, kolego" - warknął George. "Naprawdę myślałeś, że taki poziom zniszczenia jest łatwo dostępny dla każdego? Co, myślałeś, że znajdziesz to na Wikipedii? Co? Tylko my, którzy się na tym znamy, wiemy, co to potrafi. A teraz wszystko zepsułeś, cwaniaczku!"
    
  "Słuchajcie, Mistrzowie, mam sposób, żeby to uniemożliwić" - zasugerował Sam. "Mógłbyś pójść do domu Perdue'a jako mój emisariusz i mu to wyjaśnić. A jeszcze lepiej, gdybyś mógł go stamtąd wydostać".
    
  "Po co mi to?" Masters grał ostro.
    
  "Bo chcesz to powstrzymać, prawda?" Sam próbował przemówić do rozsądku kalekiemu mężczyźnie. "Hej, rozbiłeś mój samochód i wziąłeś mnie na zakładnika. Powiedziałbym, że jesteś mi winien przysługę".
    
  "Rób swoją brudną robotę sam, Sam. Próbowałem cię ostrzec, a ty odrzuciłeś moją wiedzę. Chcesz go powstrzymać przed wykorzystaniem równania Einsteina? Zrób to sam, skoro jesteś z nim taki przyjacielski" - warknął Masters.
    
  "Jestem za granicą, inaczej bym to zrobił" - wyjaśnił Sam. "Proszę, Masters. Tylko sprawdź, co u niego".
    
  "Gdzie jesteś?" zapytał Masters, pozornie ignorując prośby Sama.
    
  "Belgia, dlaczego?" odpowiedział Sam.
    
  "Chcę tylko wiedzieć, gdzie jesteś, żebym mógł cię znaleźć" - powiedział do Sama groźnym tonem. Na te słowa oczy Niny rozszerzyły się jeszcze bardziej. Jej ciemnobrązowe oczy zabłysły pod zmarszczonym czołem. Zerknęła na Caspera, który stał przy samochodzie z zaniepokojonym wyrazem twarzy.
    
  "Mistrzu, możesz mi odebrać dech, jak tylko to się skończy" - próbował przekonać Sam rozwścieczonego naukowca. "Zadam ci nawet kilka ciosów, żeby wyglądało na to, że to działa w obie strony, ale na litość boską, proszę, idź do Reichtisusis i powiedz strażnikom przy bramie, żeby podwieźli twoją córkę do Inverness".
    
  "Słucham?" - ryknął Masters, śmiejąc się serdecznie. Sam uśmiechnął się delikatnie, gdy Nina wyraziła swoje zdziwienie najbardziej głupim, komicznym wyrazem twarzy.
    
  "Po prostu im to powiedz" - powtórzył Sam. "Zaakceptują cię i powiedzą Purdue, że jesteś moim przyjacielem".
    
  "A co potem?" - prychnął nie do zniesienia malkontent.
    
  "Wystarczy, że przekażesz mu niebezpieczny element Groźnego Węża" - Sam wzruszył ramionami. "I pamiętaj. Jest z kobietą, która myśli, że nim rządzi. Nazywa się Lilith Hearst i jest pielęgniarką z kompleksem Boga".
    
  Masters pozostał grobowym milczeniem.
    
  "Hej, słyszysz mnie? Nie pozwól jej wpłynąć na twoją rozmowę z Purdue..." - kontynuował Sam. Przerwała mu niespodziewanie cicha odpowiedź Mastersa. "Lilith Hearst? Powiedziałeś Lilith Hearst?"
    
  "Tak, była pielęgniarką na Purdue, ale najwyraźniej odnajduje w niej bratnią duszę, ponieważ łączy ich miłość do nauki" - poinformował go Sam. Nina rozpoznała dźwięk, jaki wydawali technicy po drugiej stronie linii. Był to dźwięk zrozpaczonego mężczyzny wspominającego trudne rozstanie. Dźwięk emocjonalnego zamętu, wciąż zjadliwego.
    
  "Panie, to Nina, koleżanka Sama" - powiedziała nagle, chwytając Sama za rękę, żeby mocniej ścisnąć słuchawkę. "Znasz ją?"
    
  Sam wyglądał na zdezorientowanego, ale tylko dlatego, że brakowało mu kobiecej intuicji Niny w tej kwestii. Masters wziął głęboki oddech, a potem powoli wypuścił. "Znam ją. Była częścią eksperymentu, który sprawił, że wyglądałem jak pieprzony Freddy Krueger, doktor Gould".
    
  Sam poczuł przeszywający strach przeszywający jego pierś. Nie miał pojęcia, że Lilith Hearst jest w rzeczywistości naukowcem za murami szpitalnego laboratorium. Natychmiast zdał sobie sprawę, że stanowi o wiele większe zagrożenie, niż kiedykolwiek przypuszczał.
    
  "No dobrze, synu" - przerwał mu Sam, kując żelazo, póki gorące - "tym bardziej powinieneś odwiedzić Purdue"a i pokazać mu, co potrafi jego nowa dziewczyna".
    
    
  26
  Wszyscy na pokład!
    
    
    
  Lotnisko Koschey, Moskwa - 7 godzin później
    
    
  Kiedy delegacja szczytu dotarła na lotnisko w Kościeju pod Moskwą, wieczór nie był szczególnie nieprzyjemny, jak na większość standardów, ale wcześnie zapadł zmrok. Wszyscy byli już w Rosji, ale nigdy wcześniej nie prezentowano nieustannych raportów i propozycji w jadącym luksusowym pociągu, gdzie za pieniądze można było kupić tylko wyśmienitą kuchnię i zakwaterowanie. Wysiadając z prywatnych odrzutowców, goście weszli na gładki, cementowy peron prowadzący do prostego, lecz luksusowego budynku - dworca kolejowego w Kościeju.
    
  "Szanowni państwo" - uśmiechnął się Clifton Taft, zajmując miejsce przy wejściu - "chciałbym powitać państwa w Rosji w imieniu mojego partnera i właściciela Transsyberyjskiej Walkirii, pana Wolfa Kretschoffa!"
    
  Gromkie brawa dostojnego grona świadczyły o ich uznaniu dla pierwotnego pomysłu. Wielu przedstawicieli wyrażało wcześniej chęć, aby sympozja odbywały się w bardziej angażującej atmosferze i w końcu zostało to zrealizowane. Wolf wyszedł na małą platformę przy wejściu, gdzie wszyscy czekali, aby wyjaśnić swoje stanowisko.
    
  "Moi przyjaciele i wspaniali koledzy" - przemówił z silnym akcentem - "to wielki zaszczyt i przywilej dla mojej firmy, Kretchoff Security Conglomerate, móc gościć tegoroczne spotkanie na pokładzie naszego pociągu. Moja firma, wspólnie z Tuft Industries, pracowała nad tym projektem przez ostatnie cztery lata i w końcu uruchomiono zupełnie nowe tory".
    
  Urzeczeni entuzjazmem i elokwencją potężnego biznesmena, delegaci ponownie wybuchnęli brawami. W odległym kącie budynku, w ciemności, skulone trzy postacie nasłuchiwały. Nina skuliła się na dźwięk głosu Wolfe'a, wciąż pamiętając jego nienawistne ciosy. Ani ona, ani Sam nie mogli uwierzyć, że ten pospolity bandyta był bogatym obywatelem. Dla nich był po prostu psem bojowym McFaddena.
    
  "Koshchei Strip jest moim prywatnym pasem startowym od kilku lat, odkąd kupiłem ziemię, i dziś mam przyjemność odsłonić nasz własny, luksusowy dworzec kolejowy" - kontynuował. "Proszę za mną". Z tymi słowami przeszedł przez drzwi w towarzystwie Tafta i McFaddena, a za nimi delegaci, wygłaszając pełne szacunku przemówienia w swoich językach. Przechadzali się po małym, ale luksusowym dworcu, podziwiając surową architekturę w duchu kompleksu Kruticy. Trzy łuki prowadzące do wyjścia z peronu zostały zbudowane w stylu barokowym, z silnym akcentem architektury średniowiecznej, dostosowanej do surowego klimatu.
    
  "Po prostu fenomenalne" - jęknął McFadden, rozpaczliwie pragnąc, by go usłyszano. Wolf tylko się uśmiechnął, prowadząc grupę do zewnętrznych drzwi na peronie, ale zanim wyszedł, odwrócił się ponownie, by wygłosić przemówienie.
    
  "A teraz, panie i panowie ze Szczytu Energii Jądrowej i Odnawialnych Źródeł Energii" - ryknął - "przedstawiam wam ostatnią niespodziankę. Kolejna siła wyższa jest już za mną w naszym nieustannym dążeniu do doskonałości. Proszę, dołączcie do mnie w jej dziewiczym rejsie".
    
  Rosły Rosjanin wyprowadził ich na peron.
    
  "Wiem, że nie mówi po angielsku" - powiedział przedstawiciel Wielkiej Brytanii koledze - "ale zastanawiam się, czy miał na myśli nazwanie tego pociągu 'siłą wyższą', czy może źle zrozumiał to określenie i uznał je za coś poważnego?"
    
  "Chyba miał na myśli to drugie" - zasugerował uprzejmie ktoś inny. "Jestem po prostu wdzięczny, że w ogóle mówi po angielsku. Nie denerwuje cię, kiedy "bliźnięta syjamskie" kręcą się w pobliżu, żeby im tłumaczyć?"
    
  "To prawda" - zgodził się pierwszy delegat.
    
  Pociąg czekał pod grubą plandeką. Nikt nie wiedział, jak będzie wyglądał, ale sądząc po jego rozmiarach, nie było wątpliwości, że jego projekt wymagał genialnego inżyniera.
    
  "Chcieliśmy zachować odrobinę nostalgii, więc zaprojektowaliśmy tę wspaniałą maszynę w taki sam sposób, jak stary model TE, ale wykorzystując energię jądrową opartą na torze do napędzania silnika zamiast pary" - uśmiechnął się z dumą. "Czy istnieje lepszy sposób na napędzanie lokomotywy przyszłości, a jednocześnie na prowadzenie sympozjum na temat nowych, niedrogich alternatyw energetycznych?"
    
  Sam, Nina i Casper stłoczyli się tuż za ostatnią kolejką przedstawicieli. Kiedy wspomniano o rodzaju paliwa w pociągu, niektórzy naukowcy wyglądali na nieco zdezorientowanych, ale nie śmieli zaprotestować. Casper jednak wstrzymał oddech.
    
  "Co?" zapytała Nina cicho. "Co się stało?"
    
  "Energia jądrowa oparta na torze" - odparł Casper, wyglądając na absolutnie przerażonego. "To bzdura z wyższej półki, moi przyjaciele. Jeśli chodzi o globalne zasoby energii, alternatywa dla toru jest wciąż rozważana. O ile wiem, takie paliwo nie zostało jeszcze opracowane do takiego zastosowania" - wyjaśnił cicho.
    
  "Czy wybuchnie?" zapytała.
    
  "Nie, no cóż... widzisz, nie jest tak lotny jak na przykład pluton, ale ponieważ ma potencjał, by stać się niezwykle potężnym źródłem energii, jestem trochę zaniepokojony przyspieszeniem, które tu obserwujemy" - wyjaśnił.
    
  "Dlaczego?" wyszeptał Sam, z twarzą ukrytą pod kapturem. "Pociągi powinny jechać szybko, prawda?"
    
  Kasper próbował im to wyjaśnić, ale wiedział, że tylko fizycy i im podobni naprawdę zrozumieją, co go trapi. "Słuchajcie, jeśli to lokomotywa... to... to silnik parowy. To jak włożenie silnika Ferrari do wózka dziecięcego".
    
  "O cholera" - zauważył Sam. "To dlaczego ich fizycy tego nie zauważyli, kiedy budowali tę cholerną rzecz?"
    
  "Wiesz, jak jest w Czarnym Słońcu, Sam" - przypomniał Casper swojemu nowemu przyjacielowi. "Gówno ich obchodzi bezpieczeństwo, dopóki mają dużego penisa".
    
  "Tak, możesz na tym polegać" - zgodził się Sam.
    
  "Pieprz mnie!" Nina nagle wyszeptała ochryple.
    
  Sam spojrzał na nią długo. "Teraz? Teraz dajesz mi wybór?"
    
  Kasper zachichotał, pierwszy raz od czasu utraty Olgi, ale Nina mówiła śmiertelnie poważnie. Wzięła głęboki oddech i zamknęła oczy, jak zawsze, gdy sprawdzała fakty w myślach.
    
  "Mówiłeś, że ten silnik to parowóz modelu TE?" - zapytała Kaspera. Skinął głową twierdząco. "Czy wiecie, czym właściwie jest TE?" - zapytała mężczyzn. Wymienili spojrzenia na chwilę i pokręcili głowami. Nina miała zamiar udzielić im krótkiej lekcji historii, która wiele wyjaśniła. "Oznaczono je TE po tym, jak po II wojnie światowej przeszły w ręce Rosjan" - powiedziała. "Podczas II wojny światowej produkowano je jako Kriegslokomotiven, czyli lokomotywy wojskowe. Wyprodukowano ich mnóstwo, przerabiając modele DRG 50 na DRB 52, ale po wojnie przeszły w prywatne ręce w takich krajach jak Rosja, Rumunia i Norwegia".
    
  "Nazistowski psychol" - westchnął Sam. "A ja myślałem, że już wcześniej mieliśmy problemy. Teraz musimy szukać Olgi, martwiąc się o energię jądrową pod naszymi tyłkami. Cholera jasna".
    
  "Jak za dawnych czasów, Sam?" Nina się uśmiechnęła. "Kiedy byłeś lekkomyślnym dziennikarzem śledczym".
    
  "Tak" - zaśmiał się - "zanim zostałem lekkomyślnym odkrywcą na Purdue".
    
  "O Boże" - jęknął Casper na dźwięk imienia Purdue. "Mam nadzieję, że uwierzy w twój raport o Strasznym Wężu, Sam".
    
  "Albo on to zrobi, albo nie" - Sam wzruszył ramionami. "Zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy. Teraz musimy wsiąść do pociągu i znaleźć Olgę. To powinno być wszystko, na czym nam zależy, dopóki nie będzie bezpieczna".
    
  Na peronie, pod wrażeniem delegaci powitali odsłonięcie zupełnie nowej, stylizowanej na zabytkową lokomotywy. Była to niewątpliwie wspaniała maszyna, choć nowe elementy z mosiądzu i stali nadały jej groteskowy, steampunkowy charakter, odzwierciedlający jej ducha.
    
  "Jak udało ci się nas tak łatwo wprowadzić do tego obszaru, Sam?" - zapytał Casper. "Należąc do renomowanego wydziału bezpieczeństwa najbardziej nikczemnej organizacji na świecie, można by pomyśleć, że dostanie się tutaj będzie trudniejsze".
    
  Sam się uśmiechnął. Nina znała to spojrzenie. "O Boże, co ty zrobiłeś?"
    
  "Bracia nas dostali" - odpowiedział rozbawiony Sam.
    
  "Co?" - szepnął Casper z ciekawością.
    
  Nina spojrzała na Caspera. "Pieprzona rosyjska mafia, doktorze Jacobs". Mówiła jak rozgniewana matka, która po raz kolejny odkryła, że jej syn popełnił przestępstwo. Sam wielokrotnie bawił się z bandytami z sąsiedztwa, aby zdobyć dostęp do nielegalnych towarów, a Nina nie przestawała go za to ganić. Jej ciemne oczy przeszywały go milczącym potępieniem, ale on uśmiechał się chłopięco.
    
  "Hej, potrzebujesz takiego sojusznika przeciwko tym nazistowskim idiotom" - przypomniał jej. "Synowie synów egzekutorów Gułagu i gangów. Myślałem, że w świecie, w którym żyjemy, już zrozumiesz, że wyłożenie najczarniejszego asa zawsze wygrywa grę. Jeśli chodzi o imperia zła, nie ma czegoś takiego jak uczciwa gra. Jest tylko zło i gorsze zło. Warto mieć asa w rękawie".
    
  "Dobra, dobra" - powiedziała. "Nie musisz mnie naśladować w stylu Martina Luthera Kinga. Po prostu uważam, że zadłużanie się u Bratvy to zły pomysł".
    
  "Skąd wiesz, że jeszcze im nie zapłaciłem?" - zażartował.
    
  Nina przewróciła oczami. "Och, daj spokój. Co im obiecałaś?"
    
  Casper również zdawał się być chętny do usłyszenia odpowiedzi. On i Nina pochylili się nad stołem, czekając na odpowiedź Sama. Wahając się co do niemoralności swojej odpowiedzi, Sam wiedział, że musi dogadać się z towarzyszami. "Obiecałem im to, czego chcą. Lidera ich konkurencji".
    
  "Daj mi zgadnąć" - powiedział Casper. "Ich rywalem jest ten Wilk, prawda?"
    
  Twarz Niny pociemniała na wzmiankę o bandycie, ale ugryzła się w język.
    
  "Tak, potrzebują lidera wśród swoich konkurentów, a po tym, co zrobił Ninie, zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby postawić na swoim" - przyznał Sam. Nina poczuła się ożywiona jego oddaniem, ale coś w jego doborze słów wydało jej się dziwne.
    
  "Chwileczkę" - wyszeptała. "Chcesz powiedzieć, że chcą jego prawdziwej głowy?"
    
  Sam zachichotał, a Casper skrzywił się po drugiej stronie Niny. "Tak, chcą go zniszczyć i upozorować na to, że zrobił to jeden z jego wspólników. Wiem, że jestem tylko zwykłym dziennikarzem" - uśmiechnął się, przebijając się przez nonsens - "ale spędziłem wystarczająco dużo czasu z takimi ludźmi, żeby wiedzieć, jak kogoś wrobić".
    
  "O mój Boże, Sam" - westchnęła Nina. "Jesteś do nich coraz bardziej podobny, niż ci się wydaje".
    
  "Zgadzam się z nim, Nino" - powiedział Casper. "W tej branży nie możemy sobie pozwolić na trzymanie się zasad. Nie stać nas nawet na podtrzymywanie naszych wartości. Tacy ludzie, którzy są gotowi skrzywdzić niewinnych ludzi dla własnej korzyści, nie zasługują na błogosławieństwo zdrowego rozsądku. Są wirusem dla świata i zasługują na to, by traktować ich jak plamę pleśni na ścianie".
    
  "Tak! Właśnie o to mi chodzi" - powiedział Sam.
    
  "Wcale się z tym nie zgadzam" - odparła Nina. "Mówię tylko, że musimy uważać, żeby nie wiązać się z ludźmi takimi jak Bratva tylko dlatego, że mamy wspólnego wroga".
    
  "To prawda, ale nigdy tego nie zrobimy" - zapewnił ją. "Wiesz, zawsze wiemy, gdzie stoimy w tym wszystkim. Osobiście podoba mi się zasada: "Ty nie zadzieraj ze mną, ja nie zadzieram z tobą". I będę się jej trzymał tak długo, jak będę mógł".
    
  "Hej!" - ostrzegł ich Casper. "Wygląda na to, że lądują. Co mamy zrobić?"
    
  "Czekaj" - Sam zatrzymał niecierpliwego fizyka. "Jednym z przewodników platformy jest Bratva. Da nam sygnał".
    
  Dygnitarze potrzebowali chwili, by wsiąść do luksusowego pociągu o staroświeckim uroku. Niczym zwykła lokomotywa parowa, z żeliwnego komina buchały białe kłęby pary. Nina poświęciła chwilę na podziwianie piękna tego widoku, zanim włączyła sygnał. Gdy wszyscy już weszli na pokład, Taft i Wolf wymienili krótką, szeptaną rozmowę, która zakończyła się śmiechem. Następnie spojrzeli na zegarki i przeszli przez ostatnie drzwi drugiego wagonu.
    
  Krępy mężczyzna w mundurze przykucnął, aby zawiązać sznurowadła.
    
  "Dosyć tego!" - Sam ponaglił swoich towarzyszy. "To nasz sygnał. Musimy przejść przez drzwi, gdzie on wiąże buta. Chodźcie!"
    
  Pod ciemną kopułą nocy trójka bohaterów wyrusza, by uratować Olgę i pokrzyżować plany Czarnego Słońca dotyczące globalnych przedstawicieli, których właśnie dobrowolnie pojmali.
    
    
  27
  Klątwa Lilith
    
    
  George Masters był pod wrażeniem niezwykłej konstrukcji górującej nad podjazdem, gdy podjechał samochodem i zaparkował tam, gdzie wskazał mu ochroniarz z Reichtischouiss. Noc była łagodna, a pełnia księżyca prześwitywała przez przepływające chmury. Wzdłuż głównego wejścia do posiadłości wysokie drzewa szumiały na wietrze, jakby wzywając świat do ciszy. Masters poczuł, jak dziwne poczucie spokoju miesza się z narastającym niepokojem.
    
  Wiedza o obecności Lilith Hearst w środku tylko podsyciła jego pragnienie wtargnięcia. Ochrona powiadomiła już Purdue, że Masters już wchodził na górę. Wbiegając po szorstkich marmurowych schodach głównej fasady, Masters skupił się na czekającym go zadaniu. Nigdy nie był dobrym negocjatorem, ale to będzie prawdziwy test jego umiejętności dyplomatycznych. Lilith z pewnością zareaguje histerycznie, pomyślał, skoro była przekonana, że nie żyje.
    
  Otwierając drzwi, Masters ze zdumieniem ujrzał samego wysokiego, szczupłego miliardera. Jego biała korona była powszechnie znana, ale w obecnym stanie niewiele przypominało zdjęcia z tabloidów i oficjalne przyjęcia charytatywne. Perdue miał kamienną twarz, a jednocześnie słynął z pogodnego, uprzejmego usposobienia. Gdyby Masters nie wiedział, jak wygląda Perdue, mógłby pomyśleć, że mężczyzna przed nim to sobowtór ciemnej strony. Mastersowi wydało się dziwne, że właściciel posiadłości sam otwiera drzwi, a Perdue zawsze był na tyle spostrzegawczy, by odczytać jego wyraz twarzy.
    
  "Jestem między lokajami" - zauważył niecierpliwie Purdue.
    
  "Panie Perdue, nazywam się George Masters" - przedstawił się Masters. "Sam Cleve przysłał mnie, żebym przekazał panu wiadomość".
    
  "Co to jest? Co to za wiadomość?" - zapytał ostro Perdue. "Jestem teraz bardzo zajęty rekonstrukcją teorii i nie mam dużo czasu, żeby ją dokończyć, jeśli pozwolisz".
    
  "Właściwie, właśnie o tym tu jestem, żeby porozmawiać" - odparł Masters z zapałem. "Muszę ci dać wgląd w... cóż, w... Straszliwego Węża".
    
  Nagle Purdue otrząsnął się z osłupienia, a jego wzrok padł prosto na gościa w kapeluszu z szerokim rondem i długim płaszczu. "Skąd wiesz o Straszliwym Wężu?"
    
  "Pozwól mi wyjaśnić" - błagał Masters. "Do środka".
    
  Perdue niechętnie rozejrzał się po korytarzu, upewniając się, że są sami. Chciał ocalić to, co pozostało z na wpół usuniętego równania, ale musiał też dowiedzieć się o nim jak najwięcej. Odsunął się na bok. "Proszę wejść, panie Masters". Perdue wskazał na lewo, gdzie widoczna była wysoka framuga drzwi luksusowej jadalni. Wewnątrz wciąż tlił się ciepły blask ognia w kominku. Jego trzask był jedynym dźwiękiem w domu, nadając mu niewątpliwą melancholię.
    
  "Brandy?" - zapytał Perdue swojego gościa.
    
  "Dziękuję, tak" - odpowiedział Masters. Perdue chciał, żeby zdjął kapelusz, ale nie wiedział, jak go o to poprosić. Nalał sobie drinka i gestem wskazał Mastersowi, żeby usiadł. Jakby Masters wyczuł w tym jakąś niestosowność, postanowił przeprosić za swój strój.
    
  "Chciałbym pana prosić o wybaczenie moich manier, panie Perdue, ale muszę nosić ten kapelusz cały czas" - wyjaśnił. "Przynajmniej w miejscach publicznych".
    
  "Czy mogę zapytać dlaczego?" zapytał Perdue.
    
  "Powiem tylko, że kilka lat temu miałem wypadek, przez który stałem się trochę nieatrakcyjny" - powiedział Masters. "Ale jeśli to jakaś pociecha, mam wspaniałą osobowość".
    
  Perdue się roześmiał. To było nieoczekiwane i cudowne. Masters, oczywiście, nie potrafił się uśmiechnąć.
    
  "Przejdę od razu do rzeczy, panie Purdue" - powiedział Masters. "Pańskie odkrycie Straszliwego Węża nie jest tajemnicą w środowisku naukowym i z przykrością informuję, że wieści dotarły do najbardziej nikczemnych elementów podziemnej elity".
    
  Perdue zmarszczył brwi. "Co? Tylko Sam i ja mamy ten materiał".
    
  "Obawiam się, że nie, panie Perdue" - ubolewał Masters. Zgodnie z prośbą Sama, poparzony mężczyzna opanował swój temperament i ogólną niecierpliwość, by utrzymać równowagę z Davidem Perdue. "Odkąd wrócił pan z Zaginionego Miasta, ktoś przekazał tę wiadomość kilku tajnym stronom internetowym i wysoko postawionym biznesmenom".
    
  "To śmieszne" - zaśmiał się Perdue. "Nie odzywałem się przez sen od operacji, a Sam nie potrzebuje uwagi".
    
  "Nie, zgadzam się. Ale byli też inni, kiedy cię przyjęto do szpitala, prawda?" - zasugerował Masters.
    
  "Tylko personel medyczny" - odpowiedział Perdue. "Dr Patel nie ma pojęcia, co oznacza równanie Einsteina. Ten człowiek zajmuje się wyłącznie chirurgią rekonstrukcyjną i biologią człowieka".
    
  "A co z pielęgniarkami?" - zapytał Masters z rozmysłem, udając ignorancję i popijając brandy. Widział, jak oczy Purdue'a twardnieją, gdy to rozważał. Purdue powoli pokręcił głową, a problemy, jakie jego personel miał z nowym kochankiem, zaczęły się w nim ujawniać.
    
  "Nie, to niemożliwe" - pomyślał. "Lilith jest po mojej stronie". Ale w jego rozumowaniu odezwał się inny głos. Przypomniał mu on o alarmie, którego nie słyszał poprzedniej nocy, o tym, jak centrala bezpieczeństwa założyła, że na nagraniu widziano kobietę w ciemności, i o tym, że był pod wpływem narkotyków. W rezydencji nie było nikogo poza Charlesem i Lillian, a oni niczego się z tego równania nie nauczyli.
    
  Gdy tak siedział i rozmyślał, dręczyła go kolejna zagadka, głównie ze względu na swoją jasność, teraz, gdy pojawiło się podejrzenie co do jego ukochanej Lilith. Serce błagało go, by zignorował dowody, ale logika wzięła górę nad emocjami na tyle, by zachować otwarty umysł.
    
  "Może pielęgniarka" - mruknął.
    
  Jej głos przeciął ciszę w pokoju. "Nie wierzysz chyba poważnie w te bzdury, Davidzie" - wyszeptała Lilith, znów grając ofiarę.
    
  "Nie powiedziałem, że w to wierzę, kochanie" - poprawił ją.
    
  "Ale rozważałeś to" - powiedziała z urazą w głosie. Jej wzrok powędrował w stronę nieznajomego na sofie, ukrywającego swoją tożsamość pod kapeluszem i płaszczem. "A kto to jest?"
    
  "Proszę cię, Lilith, próbuję porozmawiać z moim gościem na osobności" - powiedział Purdue nieco bardziej stanowczo.
    
  "Dobra, jeśli chcesz wpuszczać do domu obcych, którzy mogą być szpiegami organizacji, przed którą się ukrywasz, to twój problem" - warknęła niedojrzale.
    
  "No cóż, właśnie tym się zajmuję" - szybko odpowiedział Perdue. "W końcu, czyż nie to sprowadziło cię do mojego domu?"
    
  Masters żałował, że nie może się uśmiechnąć. Po tym, co Hearstowie i ich koledzy zrobili mu w zakładach chemicznych Taft, zasłużyła na pogrzebanie żywcem, nie wspominając o reprymendzie od idola męża.
    
  "Nie mogę uwierzyć, że to powiedziałeś, Davidzie" - syknęła. "Nie przyjmę tego od jakiegoś zamaskowanego oszusta, który tu przychodzi i cię skorumpuje. Powiedziałeś mu, że masz robotę do wykonania?"
    
  Perdue spojrzał na Lilith z niedowierzaniem. "To przyjaciel Sama, moja droga, a ja nadal jestem panem tego domu, jeśli mogę ci przypomnieć?"
    
  "Właściciel tego domu? To zabawne, bo twoja służba nie mogła już znieść twojego nieprzewidywalnego zachowania!" - zażartowała. Lilith pochyliła się, by spojrzeć przez Perdue na mężczyznę w kapeluszu, którego nienawidziła za wtrącanie się. "Nie wiem, kim pan jest, proszę pana, ale lepiej niech pan już stąd pójdzie. Zakłóca pan pracę Davida".
    
  "Dlaczego narzekasz, że nie skończyłem pracy, moja droga?" - zapytał ją spokojnie Purdue. Na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu. "Skoro doskonale wiesz, że równanie zostało rozwiązane trzy noce temu".
    
  "Nic o tym nie wiem" - odparła. Lilith była wściekła na oskarżenia, głównie dlatego, że były prawdziwe, i bała się, że straci kontrolę nad uczuciami Davida Perdue. "Skąd bierzesz te wszystkie kłamstwa?"
    
  "Kamery bezpieczeństwa nie kłamią" - zapewnił, wciąż zachowując spokojny ton.
    
  "Widzą tylko ruchomy cień i ty o tym wiesz!" broniła się zaciekle. Jej złośliwość ustąpiła miejsca łzom, licząc na to, że uda jej się zagrać kartą litości, ale bezskutecznie. "Twoja ochrona jest w zmowie z twoją służbą domową! Nie widzisz tego? Oczywiście, że zasugerują, że to ja".
    
  Purdue wstał i dolał sobie i gościowi brandy. "Chcesz jedną, moja droga?" - zapytał Lilith. Pisnęła z irytacji.
    
  Perdue dodał: "Skąd inaczej tylu niebezpiecznych naukowców i biznesmenów wiedziałoby, że odkryłem równanie Einsteina w Zaginionym Mieście? Dlaczego tak uparcie domagałeś się jego rozwiązania? Przekazałeś niekompletne dane swoim kolegom i dlatego naciskasz na mnie, żebym je uzupełnił. Bez rozwiązania jest praktycznie bezużyteczne. Musisz przesłać te ostatnie kilka elementów, żeby zadziałało".
    
  "To prawda" - Masters odezwał się po raz pierwszy.
    
  "Ty! Zamknij się, kurwa!" wrzasnęła.
    
  Purdue zazwyczaj nie pozwalał nikomu krzyczeć na swoich gości, ale wiedział, że jej wrogość to znak, że została zaakceptowana. Masters wstał z krzesła. Ostrożnie zdjął kapelusz w świetle elektrycznym, podczas gdy blask ognia rzucał poświatę na jego groteskową twarz. Oczy Purdue'a rozszerzyły się z przerażenia na widok oszpeconego mężczyzny. Jego mowa już zdradzała deformację, ale wyglądał znacznie gorzej, niż się spodziewano.
    
  Lilith Hearst cofnęła się, ale rysy mężczyzny były tak zniekształcone, że go nie rozpoznała. Purdue pozwoliła mężczyźnie na chwilę wytchnienia, ponieważ był niezwykle ciekaw.
    
  "Pamiętasz, Lilith, zakłady chemiczne Taft w Waszyngtonie" - mruknął Masters.
    
  Pokręciła głową ze strachu, mając nadzieję, że zaprzeczenie temu sprawi, że to nieprawda. Wspomnienia jej i Philipa rozstawiających naczynie powróciły niczym żyletki przebijające jej czoło. Upadła na kolana i chwyciła się za głowę, mocno zamykając oczy.
    
  "Co się dzieje, George?" Perdue zapytał Mastersa.
    
  "O Boże, nie, to niemożliwe!" szlochała Lilith, zakrywając twarz dłońmi. "George Masters! George Masters nie żyje!"
    
  "Dlaczego to zasugerowałeś, skoro nie planowałeś mnie usmażyć? Ty, Clifton Taft, Philippe i reszta tych chorych drani wykorzystaliście teorię tego belgijskiego fizyka w nadziei, że przypiszą sobie za nią zasługi, ty suko!" - wycedził Masters, podchodząc do rozhisteryzowanej Lilith.
    
  "Nie wiedzieliśmy! Nie powinno się tak palić!" - próbowała zaprotestować, ale on pokręcił głową.
    
  "Nie, nawet nauczyciel nauk ścisłych w szkole podstawowej wie, że takie przyspieszenie spowodowałoby zapłon statku przy tak dużej prędkości" - wrzasnął Masters. "Więc próbowałaś tego, co zaraz spróbujesz, tylko tym razem robisz to na cholernie dużą skalę, prawda?"
    
  "Czekaj" - przerwał Perdue. "Jak duże? Co oni zrobili?"
    
  Masters spojrzał na Purdue'a, jego głęboko osadzone oczy błyszczały spod wyrzeźbionego czoła. Z szpary, która pozostała w jego ustach, wydobył się ochrypły śmiech.
    
  "Lilith i Philip Hurst otrzymali dofinansowanie od Cliftona Tafta, aby zastosować w eksperymencie równanie oparte mniej więcej na niesławnym Wężu Złowrogim. Pracowałem z geniuszem takim jak ty, człowiekiem o nazwisku Casper Jacobs" - powiedział powoli. "Odkryli, że dr Jacobs rozwiązał równanie Einsteina - nie to słynne, ale złowieszczą możliwość w fizyce".
    
  "Straszny wąż" - mruknął Purdue.
    
  "Ta kobieta" - wahał się, czy nazwać ją tak, jak chciał - "i jej koledzy pozbawili Jacobsa jego autorytetu. Wykorzystali mnie jako obiekt testowy, wiedząc, że eksperyment mnie zabije. Prędkość przejścia przez barierę zniszczyła pole energetyczne w ośrodku, powodując potężną eksplozję, a mnie zamieniła w roztopioną masę dymu i ciała!"
    
  Złapał Lilith za włosy. "Spójrz na mnie teraz!"
    
  Wyciągnęła Glocka z kieszeni kurtki i strzeliła Mastersowi prosto w głowę, po czym wycelowała prosto w Purdue.
    
    
  28
  Pociąg terroru
    
    
  Delegaci poczuli się jak w domu w pociągu transsyberyjskim. Dwudniowa podróż obiecywała luksus porównywalny z każdym luksusowym hotelem na świecie, pomijając udogodnienia w postaci basenu, których i tak nikt nie doceniłby w rosyjską jesień. Każdy przestronny przedział był wyposażony w łóżko typu queen-size, minibar, prywatną łazienkę i grzejnik.
    
  Poinformowano, że ze względu na konstrukcję pociągu do miasta Tiumeń nie będzie połączenia komórkowego ani internetowego.
    
  "Muszę przyznać, że Taft naprawdę włożył mnóstwo wysiłku w wystrój wnętrza" - zaśmiał się zazdrośnie McFadden. Ścisnął kieliszek szampana i z Wolfem u boku przyglądał się wnętrzu pociągu. Taft wkrótce do nich dołączył, wyglądając na skupionego, ale zrelaksowanego.
    
  "Czy słyszałeś już od Zeldy Bessler?" zapytał Wolfa.
    
  "Nie" - odpowiedział Wolf, kręcąc głową. "Ale ona mówi, że Jacobs uciekł z Brukseli po tym, jak zabraliśmy Olgę. Cholerny tchórz, pewnie myślał, że on będzie następny... musiał uciekać. Najlepsze jest to, że uważa, że jego odejście z pracy nas zdruzgotało".
    
  "Tak, wiem" - uśmiechnął się obrzydliwie Amerykanin. "Może próbuje udawać bohatera i przybywa ją uratować". Powstrzymali śmiech, żeby dopasować się do wizerunku członków rady międzynarodowej. McFadden zapytał Wolfe"a: "A tak przy okazji, gdzie ona jest?"
    
  "Gdzie myślisz?" zaśmiał się Wilk. "On nie jest głupi. Będzie wiedział, gdzie szukać".
    
  Taft nie był zadowolony z szans. Dr Jacobs był bardzo spostrzegawczym człowiekiem, mimo że wyjątkowo naiwny. Nie miał wątpliwości, że naukowiec jego pokroju przynajmniej spróbuje zdobyć jego dziewczynę.
    
  "Kiedy wylądujemy w Tiumeniu, projekt ruszy pełną parą" - powiedział Taft pozostałym dwóm mężczyznom. "Do tego czasu Casper Jacobs powinien być już w tym pociągu, żeby mógł umrzeć razem z resztą delegatów. Wymiary statku, które stworzył, zostały obliczone na podstawie masy tego pociągu, pomniejszonej o łączną masę ciebie, mnie i Besslera".
    
  "Gdzie ona jest?" zapytał McFadden, rozglądając się dookoła i odkrywając, że zniknęła z dużej, prestiżowej imprezy.
    
  "Jest w dyspozytorni pociągu i czeka na dane, które Hearst jest nam winien" - powiedział Taft najciszej, jak potrafił. "Kiedy poznamy resztę równania, projekt zostanie zamknięty. Wyruszymy podczas postoju w Tiumeniu, podczas gdy delegaci będą inspekcją miejskiego reaktora energetycznego i wysłuchają ich bezsensownego sprawozdania". Wolff wodził wzrokiem po gościach w pociągu, podczas gdy Taft przedstawiał plan wiecznie nieświadomemu McFaddenowi. "Zanim pociąg pojedzie dalej do następnego miasta, powinni zauważyć, że wyjechaliśmy... a wtedy będzie za późno".
    
  "I chcesz, żeby Jacobs pojechał pociągiem z uczestnikami sympozjum" - wyjaśnił McFadden.
    
  "To prawda" - potwierdził Taft. "On wie wszystko i zamierzał zdezerterować. Bóg jeden wie, co stałoby się z naszą ciężką pracą, gdyby ujawnił publicznie, nad czym pracujemy".
    
  "Dokładnie" - zgodził się McFadden. Odwrócił się lekko plecami do Wolfe'a, żeby cicho porozmawiać z Taftem. Wolfe przeprosił, żeby sprawdzić bezpieczeństwo w wagonie restauracyjnym delegatów. McFadden odciągnął Tafta na bok.
    
  "Wiem, że to może nie być odpowiedni moment, ale kiedy dostanę...", odchrząknął niezręcznie, "dotację drugiego etapu?". "Przeprowadziłem dla ciebie rozeznanie w opozycji w Oban, więc mogę poprzeć propozycję zainstalowania tam jednego z twoich reaktorów".
    
  "Potrzebujesz już więcej pieniędzy?" Taft zmarszczył brwi. "Już poparłem twoje wybory i przelałem pierwsze osiem milionów euro na twoje zagraniczne konto".
    
  McFadden wzruszył ramionami, wyglądając na strasznie zażenowanego. "Chcę po prostu skonsolidować swoje interesy w Singapurze i Norwegii, wiesz, na wszelki wypadek".
    
  "Na wszelki wypadek?" - zapytał niecierpliwie Taft.
    
  "To niepewny klimat polityczny. Potrzebuję tylko jakiegoś ubezpieczenia. Siatki bezpieczeństwa" - płaszczył się McFadden.
    
  "McFadden, dostaniesz zapłatę po zakończeniu tego projektu. Dopiero gdy globalni decydenci w krajach NPT i przedstawiciele Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (MAEA) zginą tragicznie w Nowosybirsku, ich gabinety nie będą miały innego wyboru, jak tylko wyznaczyć swoich następców" - wyjaśnił Taft. "Wszyscy obecni wiceprezydenci i kandydaci na ministrów są członkami Czarnego Słońca. Po ich zaprzysiężeniu będziemy mieli monopol, a dopiero wtedy otrzymasz drugą ratę jako tajny przedstawiciel Zakonu".
    
  "Więc zamierzasz wykoleić ten pociąg?" - naciskał McFadden. Znaczył tak mało dla Tafta i jego ogólnego wizerunku, że nie warto było o nim wspominać. Jednak im więcej wiedział McFadden, tym więcej miał do stracenia, a to tylko zacieśniało uścisk Tafta na jego jądrach. Taft objął ramieniem nic nieznaczącego sędziego i burmistrza.
    
  "Za Nowosybirskiem, po drugiej stronie, na końcu tej linii kolejowej, leży potężna konstrukcja górska zbudowana przez wspólników Wolffa" - wyjaśnił Taft w najbardziej protekcjonalny sposób, ponieważ burmistrz Oban był kompletnym laikiem. "Jest zbudowana ze skały i lodu, ale w jej wnętrzu znajduje się potężna kapsuła, która będzie gromadzić i magazynować niezmierzoną energię atomową wytworzoną przez wyłom w barierze. Ten kondensator będzie magazynował wygenerowaną energię".
    
  "Jak reaktor" - zasugerował McFadden.
    
  Taft westchnął. "Tak, zgadza się. Zbudowaliśmy podobne moduły w kilku krajach na całym świecie. Wystarczy nam niezwykle ciężki obiekt poruszający się z niesamowitą prędkością, aby zniszczyć tę barierę. Kiedy zobaczymy energię atomową generowaną przez tę katastrofę kolejową, będziemy wiedzieć, gdzie i jak odpowiednio skonfigurować kolejną flotę statków, aby uzyskać optymalną wydajność".
    
  "Czy będą tam też pasażerowie?" - zapytał ciekawie McFadden.
    
  Wilk podszedł do niego od tyłu i uśmiechnął się złośliwie: "Nie, tylko to".
    
    
  * * *
    
    
  W drugim wagonie trzech pasażerów na gapę czekało na zakończenie kolacji, aby rozpocząć poszukiwania Olgi. Było już bardzo późno, ale rozpieszczeni goście spędzili dodatkowy czas na piciu po kolacji.
    
  "Zmarzłam" - poskarżyła się Nina drżącym szeptem. "Myślisz, że moglibyśmy dostać coś ciepłego do picia?"
    
  Casper co kilka minut wyzierał zza drzwi. Był tak skupiony na poszukiwaniu Olgi, że nie czuł zimna ani głodu, ale widział, że przystojny historyk robi się zimny. Sam zatarł ręce. "Muszę znaleźć Dimę, naszego gościa z Bratwy. Jestem pewien, że coś nam da".
    
  "Pójdę po niego" - zaproponował Casper.
    
  "Nie!" krzyknął Sam, wyciągając rękę. "Znają twoją twarz, Casper. Zwariowałeś? Zaraz odejdę."
    
  Sam poszedł szukać Dimy, fałszywego konduktora, który zinfiltrował pociąg razem z nimi. Znalazł go w drugiej kuchni, wsadzającego palec w befsztyk strogonow za plecami kucharza. Cała załoga nie była świadoma planów pociągu. Założyli, że Sam jest bardzo wystrojonym gościem.
    
  "Hej, kolego, możemy dostać termos z kawą?" - Sam zapytał Dimę.
    
  Piechur Bratwy zachichotał. "To Rosja. Wódka jest cieplejsza niż kawa".
    
  Wybuch śmiechu wśród kucharzy i kelnerów wywołał uśmiech na twarzy Sama. "Tak, ale kawa pomaga zasnąć".
    
  "Po to właśnie są kobiety" - mruknął Dima. Personel znów ryknął śmiechem i aprobatą. Znikąd w przeciwległych drzwiach pojawił się Wolf Kretschoff, uciszając wszystkich, którzy wrócili do swoich obowiązków domowych. Sam był zbyt szybki, by uciec przez drzwi i zauważył, że Wolf go zauważył. Przez wszystkie lata dziennikarstwa śledczego nauczył się nie panikować, zanim nie wystrzeli pierwsza kula. Sam obserwował, jak zbliża się do niego potworny bandyta z krótko ostrzyżonymi włosami i lodowatym wzrokiem.
    
  "Kim jesteś?" zapytał Sama.
    
  "Naciśnij" - szybko odpowiedział Sam.
    
  "Gdzie jest twoja przepustka?" chciał wiedzieć Wolf.
    
  "W pokoju naszego delegata" - odpowiedział Sam, udając, że Wolfe powinien znać protokół.
    
  "W jakim kraju?"
    
  "Zjednoczone Królestwo" - powiedział Sam pewnie, przeszywając wzrokiem prostaka, którego nie mógł się doczekać, by spotkać sam na sam gdzieś w pociągu. Serce podskoczyło mu, gdy on i Wolfe patrzyli na siebie, ale Sam nie czuł strachu, tylko nienawiść. "Dlaczego pańska kuchnia nie jest wyposażona w kawę rozpuszczalną, panie Kretschoff? To ma być luksusowy pociąg".
    
  "Pracujesz w mediach, czy w kobiecym magazynie, agencji ratingowej?" Wilk kpił z Sama, podczas gdy wokół mężczyzn słychać było jedynie brzęk noży i garnków.
    
  "Gdybym to zrobił, nie dostałbyś dobrej recenzji" - odparł bez ogródek Sam.
    
  Dima stał przy piecu z założonymi rękami, obserwując rozwój wydarzeń. Jego rozkazem było bezpieczne przeprowadzenie Sama i jego przyjaciół przez syberyjski krajobraz, ale nie wtrącanie się ani nie demaskowanie go. Mimo to gardził Wolfem Kretschoffem, podobnie jak wszyscy jego przełożeni. W końcu Wolf po prostu odwrócił się i podszedł do drzwi, za którymi stał Dima. Gdy odszedł i wszyscy się odprężyli, Dima spojrzał na Sama, odetchnąwszy z ulgą. "A teraz, napijesz się wódki?"
    
    
  * * *
    
    
  Po wyjściu wszystkich, pociąg oświetlały jedynie światła wąskiego korytarza. Casper przygotowywał się do skoku, a Sam zakładał jeden ze swoich nowych ulubieńców - gumową obrożę z wbudowaną kamerą, tę samą, której używał do nurkowania, ale zmodyfikowaną przez Purdue. Miała ona przesyłać cały nagrany materiał na niezależny serwer, który Purdue skonfigurował specjalnie w tym celu. Jednocześnie zapisywała nagrany materiał na maleńkiej karcie pamięci. Dzięki temu Sam nie zostałby przyłapany na filmowaniu w miejscu, w którym nie powinien.
    
  Nina miała za zadanie pilnować gniazda, komunikując się z Samem za pomocą tabletu podłączonego do jego zegarka. Casper nadzorował całą synchronizację i koordynację, regulacje i przygotowania, podczas gdy pociąg cicho gwizdał. Pokręcił głową. "Stary, wyglądacie jak postacie z MI6".
    
  Sam i Nina uśmiechnęli się szeroko i spojrzeli na siebie z psotnym rozbawieniem. Nina wyszeptała: "Ta uwaga jest bardziej obrzydliwa, niż ci się wydaje, Casper".
    
  "Dobra, przeszukam maszynownię i przód, a ty zajmij się wagonami i kuchniami, Casper" - poinstruował Sam. Casperowi nie zależało na tym, z której strony pociągu zacznie szukać, byle tylko znaleźli Olgę. Podczas gdy Nina pilnowała ich prowizorycznej bazy, Sam i Casper posuwali się naprzód, aż dotarli do pierwszego wagonu, gdzie się rozdzielili.
    
  Sam przemknął obok przedziału w szumie sunącego pociągu. Nie podobał mu się pomysł, że tory nie wydają już hipnotycznego rytmu, który miał w dawnych czasach, gdy stalowe koła wciąż zaciskały się na łączeniach szyn. Kiedy dotarł do jadalni, zauważył słabe światło sączące się przez podwójne drzwi dwa piętra wyżej.
    
  "Maszynownia. Czy ona tam może być?" - zastanawiał się, kontynuując. Jego skóra była lodowato zimna nawet pod ubraniem, co było dziwne, ponieważ cały pociąg był klimatyzowany. Być może to brak snu, a może wizja znalezienia martwej Olgi, przyprawiała Sama o gęsią skórkę.
    
  Z wielką ostrożnością Sam otworzył i minął pierwsze drzwi, wchodząc do pomieszczenia przeznaczonego tylko dla personelu, tuż przed lokomotywą. Sapała jak stary parowiec, co wydało się Samowi dziwnie uspokajające. Usłyszał głosy w maszynowni, co obudziło w nim naturalny instynkt eksploracji.
    
  "Proszę cię, Zelda, nie możesz być taka negatywna" - powiedział Taft do kobiety w pokoju kontrolnym. Sam dostosował ustawienia kamery, aby zoptymalizować widoczność i dźwięk.
    
  "Za długo jej to zajmuje" - poskarżył się Bessler. "Hurst ma być jedną z naszych najlepszych, a my jesteśmy na pokładzie, a ona wciąż musi wysłać kilka ostatnich cyfr".
    
  "Pamiętajcie, powiedziała nam, że Purdue właśnie kończy pracę" - powiedział Taft. "Jesteśmy już prawie w Tiumeniu. Wtedy możemy wylecieć i obserwować z dystansu. Jeśli tylko ustawicie doładowanie na hipersoniczne po powrocie grupy do formacji, damy sobie radę z resztą".
    
  "Nie, nie możemy, Clifton!" syknęła. "Właśnie o to chodzi. Dopóki Hurst nie prześle mi rozwiązania z ostatnią zmienną, nie mogę zaprogramować prędkości. Co się stanie, jeśli nie uda nam się ustawić przyspieszenia, zanim wszyscy znowu włączą się na uszkodzonym odcinku? Może powinniśmy po prostu zapewnić im przyjemną przejażdżkę pociągiem do Nowosybirska? Nie bądź pieprzonym idiotą".
    
  Sam zaparło mu dech w piersiach w ciemności. "Przyspieszenie hipersoniczne? Jezu Chryste, to zabije wszystkich, nie mówiąc już o uderzeniu, kiedy skończą nam się linki!" - ostrzegł go wewnętrzny głos. Masters miał jednak rację, pomyślał Sam. Pospiesznie wrócił na koniec pociągu, rozmawiając przez komunikator. "Nina. Casper" - wyszeptał. "Musimy natychmiast znaleźć Olgę! Jeśli po Tiumeniu nadal będziemy w tym pociągu, to jesteśmy zgubieni".
    
    
  29
  Rozkład
    
    
  Szklanki i butelki eksplodowały nad głową Purdue'a, gdy Lilith otworzyła ogień. Musiał schować się za barem przy kominku na dłuższą chwilę, bo był zbyt daleko, by obezwładnić Lilith, zanim nacisnęła spust. Teraz był przyparty do muru. Chwycił butelkę tequili i zamachnął się otwartą butelką, rozpryskując zawartość na ladzie. Wyciągnął z kieszeni zapalniczkę, której używał do rozpalania ognia w kominku, i podpalił alkohol, by odwrócić uwagę Lilith.
    
  Gdy tylko płomienie wybuchły na ladzie, zerwał się i rzucił na nią. Purdue nie był tak szybki jak zwykle, z powodu irytacji wywołanej jego stosunkowo nowymi skrótami chirurgicznymi. Na szczęście dla niego, chybiła celu, gdy czaszki były zaledwie kilka centymetrów od niej, i usłyszał, jak oddała trzy kolejne strzały. Z lady buchnął dym, gdy Purdue rzucił się na Lilith, próbując wyrwać jej pistolet.
    
  "A ja próbowałem pomóc ci odzyskać zainteresowanie nauką!" warknął pod presją walki. "Teraz właśnie udowodniłeś, że jesteś bezwzględnym zabójcą, tak jak powiedział ten człowiek!"
    
  Szturchnęła Perdue'a łokciem. Krew popłynęła mu z zatok i z nosa, mieszając się z krwią Mastersa na podłodze. Syknęła: "Wystarczyło, że dokończyłeś równanie jeszcze raz, ale musiałeś mnie zdradzić dla zaufania obcej osoby! Jesteś tak samo zły, jak mówił Philip, kiedy umierał! Wiedział, że jesteś tylko samolubnym draniem, który ceni relikwie i wyłudza skarby innych krajów bardziej niż ludzi, którzy cię podziwiają".
    
  Perdue postanowił nie czuć się już dłużej winnym.
    
  "Patrz, do czego doprowadziła mnie troska o ludzi, Lilith!" - odparł, rzucając ją na ziemię. Krew Mastersa przywarła do jej ubrania i nóg, jakby opętała jego zabójcę, a ona krzyknęła na samą myśl. "Jesteś pielęgniarką" - prychnął Purdue, próbując rzucić rękę z pistoletem na podłogę. "To tylko krew, prawda? Zażyj swoje cholerne lekarstwo!"
    
  Lilith nie grała fair. Z całej siły naciskała na świeże blizny Purdue'a, wywołując u niego krzyk agonii. Przy drzwiach usłyszała ochroniarza próbującego je otworzyć, krzyczącego imię Purdue'a, podczas gdy włączył się alarm przeciwpożarowy. Lilith porzuciła myśl o zabiciu Purdue'a, wybierając ucieczkę. Ale zanim to zrobiła, zbiegła po schodach do serwerowni, aby odzyskać ostatnią porcję danych, zalegającą na starej maszynie. Zapisała je długopisem Purdue'a i pobiegła na górę do jego sypialni, aby zabrać swoją torbę i urządzenia komunikacyjne.
    
  Na dole strażnicy walili w drzwi, ale Purdue chciał ją złapać, póki jeszcze tam była. Gdyby otworzył im drzwi, Lilith miałaby czas na ucieczkę. Całe jego ciało bolało i paliło od jej ataku, pospieszył na górę, żeby ją przechwycić.
    
  Purdue spotkał ją przy wejściu do ciemnego korytarza. Wyglądając, jakby właśnie mocowała się z kosiarką, Lilith wycelowała w niego Glocka. "Za późno, Davidzie. Właśnie przekazałam ostatnią część równania Einsteina moim kolegom w Rosji".
    
  Jej palec zaczął się zaciskać, tym razem nie dając mu szansy na ucieczkę. Przeliczył jej kule, a ona wciąż miała pół magazynka. Purdue nie chciał marnować ostatnich chwil na łajanie się za swoje straszliwe słabości. Nie miał dokąd uciec, bo obie ściany korytarza otaczały go z obu stron, a ochroniarze wciąż szturmowali drzwi. Na dole rozbiło się okno i usłyszeli, jak urządzenie w końcu wpada do domu.
    
  "Chyba czas na mnie" - uśmiechnęła się przez połamane zęby.
    
  Wysoka postać pojawiła się w cieniu za nią, a jego cios trafił prosto w podstawę jej czaszki. Lilith natychmiast upadła, odsłaniając Perdue'owi napastnika. "Tak, proszę pani, śmiem twierdzić, że najwyższy czas, żebyś to zrobiła" - powiedział surowy kamerdyner.
    
  Purdue pisnął z radości i ulgi. Kolana się pod nim ugięły, ale Charles złapał go w ostatniej chwili. "Charles, jesteś godny podziwu" - mruknął Purdue, gdy jego kamerdyner zapalił światło, żeby pomóc mu dojść do łóżka. "Co ty tu robisz?"
    
  Posadził Perdue'a i spojrzał na niego jak na wariata. "No cóż, proszę pana, ja tu mieszkam".
    
  Purdue był wyczerpany i cierpiał, w jego domu unosił się zapach drewna na opał, a podłoga w jadalni była usłana zwłokami, ale mimo to śmiał się radośnie.
    
  "Słyszeliśmy strzały" - wyjaśnił Charles. "Przyszedłem zabrać swoje rzeczy z mieszkania. Ponieważ ochrona nie mogła wejść, wszedłem przez kuchnię, jak zawsze. Nadal mam klucz, rozumiesz?"
    
  Purdue był przeszczęśliwy, ale musiał odzyskać nadajnik Lilith, zanim straci przytomność. "Charles, możesz wziąć jej torbę i przynieść ją tutaj?". Nie chcę, żeby policja jej go oddała, jak tylko tu dotrą.
    
  "Oczywiście, proszę pana" - odpowiedział kamerdyner, jakby nigdy nie wychodził.
    
    
  30
  Chaos, część I
    
    
  Syberyjski poranny chłód był istnym piekłem. Miejsce, w którym ukrywali się Nina, Sam i Casper, było pozbawione ogrzewania. Przypominało raczej mały schowek na narzędzia i dodatkową pościel, choć Walkiria była bliska katastrofy i nie potrzebowała niczego do przechowywania. Nina zadrżała gwałtownie, pocierając dłonie w rękawiczkach. Mając nadzieję, że znaleźli Olgę, czekała na powrót Sama i Caspera. Z drugiej strony wiedziała, że gdyby ją znaleźli, wywołałoby to zamieszanie.
    
  Informacje, które przekazał jej Sam, śmiertelnie przeraziły Ninę. Po wszystkich niebezpieczeństwach, z jakimi zetknęła się podczas wypraw Purdue'a, nie chciała myśleć o śmierci w wybuchu nuklearnym w Rosji. On był w drodze powrotnej, przeszukując wagon restauracyjny i kuchnie. Kasper sprawdzał puste przedziały, ale miał silne podejrzenie, że Olga jest przetrzymywana przez jednego z głównych złoczyńców w pociągu.
    
  Na samym końcu pierwszego wagonu zatrzymał się przed przedziałem Tafta. Sam doniósł, że widział Tafta z Besslerem w maszynowni, co wydawało się idealnym momentem dla Caspera, by zbadać pustą kabinę Tafta. Przyłożył ucho do drzwi i nasłuchiwał. Nie było słychać nic poza skrzypieniem pociągu i nagrzewnic. Rzeczywiście, przedział był zamknięty, gdy próbował otworzyć drzwi. Casper zbadał panele obok drzwi, szukając wejścia. Odsunął blachę stalową z krawędzi drzwi, ale okazała się zbyt mocna.
    
  Coś przykuło jego uwagę pod wciśniętym prześcieradłem, coś, co sprawiło, że przeszedł go dreszcz. Kasper sapnął, rozpoznając tytanowy panel dolny i jego konstrukcję. Coś zadudniło w pomieszczeniu, zmuszając go do znalezienia sposobu, by się tam dostać.
    
  "Myśl głową. Jesteś inżynierem" - powiedział sobie.
    
  Jeśli to było to, co myślał, wiedział, jak otworzyć drzwi. Szybko wślizgnął się z powrotem do pokoju na zapleczu, gdzie była Nina, mając nadzieję, że wśród narzędzi znajdzie to, czego potrzebował.
    
  "Och, Casper, przyprawiasz mnie o zawał!" - wyszeptała Nina, gdy wyłonił się zza drzwi. "Gdzie jest Sam?"
    
  "Nie wiem" - odpowiedział szybko, wyglądając na kompletnie zaabsorbowanego. "Nina, proszę, znajdź mi coś na kształt magnesu. Pospiesz się, proszę".
    
  Jego upór uświadomił jej, że nie ma czasu na dalsze pytania, więc zaczęła grzebać w panelach i na półkach, szukając magnesu. "Jesteś pewien, że w pociągu były magnesy?" - zapytała.
    
  Jego oddech przyspieszył, gdy szukał. "Ten pociąg porusza się w polu magnetycznym emitowanym przez tory. Na pewno są tu luźne kawałki kobaltu lub żelaza".
    
  "Jak to wygląda?" chciała wiedzieć, trzymając coś w ręce.
    
  "Nie, to tylko kran narożny" - zauważył. "Poszukaj czegoś nudniejszego. Wiesz, jak wygląda magnes. Ten sam materiał, ale większy".
    
  "Jak to?" - zapytała, prowokując jego niecierpliwość, ale tak naprawdę chciała tylko pomóc. Westchnąwszy, Casper przytaknął i spojrzał na to, co miała przy sobie. Trzymała w dłoniach szary dysk.
    
  "Nina!" wykrzyknął. "Tak! To jest idealne!"
    
  Pocałunek w policzek nagrodził Ninę za znalezienie drogi do pokoju Tafta i zanim się zorientowała, Casper był już na zewnątrz. Wpadł prosto na Sama w ciemności, a obaj mężczyźni krzyknęli z nagłego szarpnięcia.
    
  "Co robisz?" - zapytał Sam natarczywym tonem.
    
  "Wykorzystam to, żeby dostać się do pokoju Tafta, Sam. Jestem prawie pewien, że miał tam Olgę" - rzucił Casper, próbując przecisnąć się obok Sama, ale ten zablokował mu drogę.
    
  "Nie możesz tam teraz iść. On właśnie wrócił do swojego przedziału, Kasper. To właśnie mnie tu sprowadziło. Wracaj do środka z Niną" - rozkazał, sprawdzając korytarz za nimi. Zbliżała się kolejna postać, duża i imponująca.
    
  "Sam, muszę ją zabrać" - jęknął Casper.
    
  "Tak, i tak zrobisz, ale rusz głową, człowieku" - odpowiedział Sam, bezceremonialnie wpychając Caspera do spiżarni. "Nie wejdziesz tam, dopóki on tam jest".
    
  "Mogę. Zabiję go i zabiorę ją" - jęknął zrozpaczony fizyk, chwytając się nieodpowiedzialnych możliwości.
    
  "Po prostu usiądź wygodnie i odpręż się. Ona nie wyjdzie do jutra. Przynajmniej wiemy, gdzie jest, ale teraz musimy się zamknąć. Wilk nadchodzi" - powiedział surowo Sam. Ponownie, wspomnienie jego imienia przyprawiało Ninę o mdłości. Cała trójka skuliła się i siedziała nieruchomo w ciemności, nasłuchując przemarszu Wilka i sprawdzając korytarz. Zatrzymał się powłócząc nogami przed ich drzwiami. Sam, Casper i Nina wstrzymali oddech. Wilk bawił się klamką ich kryjówki, a oni przygotowywali się na demaskację, ale zamiast tego zamknął drzwi na klucz i wyszedł.
    
  "Jak się stąd wydostaniemy?" - wychrypiała Nina. "To nie jest schowek, który można otworzyć od środka! Nie ma zamka!"
    
  "Nie martw się" - powiedział Casper. "Możemy otworzyć te drzwi, tak jak ja chciałem otworzyć drzwi Tafta".
    
  "Za pomocą magnesu" - odpowiedziała Nina.
    
  Sam był zdezorientowany. "Powiedz mi."
    
  "Myślę, że masz rację, że powinniśmy wysiąść z tego pociągu przy pierwszej okazji, Sam" - powiedział Casper. "Widzisz, to nie jest tak naprawdę pociąg. Rozpoznaję jego projekt, ponieważ... sam go zbudowałem. To statek, nad którym pracowałem dla Zakonu! To eksperymentalny statek, którym planowali przełamać barierę, wykorzystując prędkość, masę i przyspieszenie. Kiedy próbowałem włamać się do pokoju Tafta, znalazłem ukryte panele, magnetyczne arkusze, które umieściłem na statku na placu budowy w Meerdalwood. To starszy brat eksperymentu, który lata temu poszedł fatalnie i przez który porzuciłem projekt i zatrudniłem Tafta".
    
  "O mój Boże!" - wyszeptała Nina. "Czy to jakiś eksperyment?"
    
  "Tak" - zgodził się Sam. Teraz wszystko nabrało sensu. "Masters wyjaśnił, że wykorzystają równanie Einsteina, odkryte przez Purdue w "Zaginionym Mieście", aby rozpędzić ten pociąg - ten statek - do prędkości hipersonicznych, aby umożliwić zmianę wymiarów?"
    
  Casper westchnął z ciężkim sercem. "A ja to zbudowałem. Mają moduł, który przechwyci energię atomową zniszczoną w miejscu uderzenia i wykorzysta ją jako kondensator. Jest ich wiele w kilku krajach, w tym w twoim rodzinnym mieście, Nino".
    
  "Właśnie dlatego użyli McFaddena" - uświadomiła sobie. "Jasne".
    
  "Musimy poczekać do rana" - wzruszył ramionami Sam. "Taft i jego ludzie wysiadają w Tiumeniu, gdzie delegacja będzie inspekcją elektrowni w Tiumeniu. Problem w tym, że nie wrócą do delegacji. Za Tiumeniem pociąg jedzie prosto w góry, za Nowosybirskiem, przyspieszając z każdą sekundą".
    
    
  * * *
    
    
  Następnego dnia, po zimnej nocy i krótkim śnie, trzech pasażerów na gapę usłyszało, jak Walkiria wjeżdża na stację w Tiumeniu. Bessler ogłosił przez interkom: "Panie i panowie, witamy na naszej pierwszej inspekcji, miasto Tiumeń".
    
  Sam mocno przytulił Ninę, próbując ją ogrzać. Wziął kilka krótkich oddechów, żeby dodać sobie odwagi, i spojrzał na swoich towarzyszy. "Chwila prawdy, ludzie. Jak tylko wszyscy wysiądą z pociągu, każdy z nas wsiądzie do swojego przedziału i poszuka Olgi".
    
  "Rozbiłem magnes na trzy części, żebyśmy mogli dotrzeć tam, dokąd musieliśmy się udać" - powiedział Casper.
    
  "Tylko zachowajcie spokój, jeśli natkniecie się na kelnerów lub innych pracowników. Nie wiedzą, że nie jesteśmy w grupie" - poradził Sam. "Chodźmy. Mamy maksymalnie godzinę".
    
  Cała trójka rozdzieliła się, krok po kroku przemierzając stojący pociąg w poszukiwaniu Olgi. Sam zastanawiał się, jak Masters wypełnił swoją misję i czy udało mu się przekonać Purdue, by nie dopełniał równania. Przeszukując szafki, pod pryczami i stołami, usłyszał hałas w kuchni, gdy szykowali się do odjazdu. Ich zmiana w tym pociągu dobiegła końca.
    
  Kasper kontynuował swój plan infiltracji pokoju Tafta, a jego drugorzędnym planem było uniemożliwienie delegacji ponownego wejścia na pokład pociągu. Używając manipulacji magnetycznej, uzyskał dostęp do pokoju. Wchodząc, Kasper wydał z siebie krzyk paniki, który usłyszeli Sam i Nina. Zobaczył Olgę na łóżku, skrępowaną i agresywną. Co gorsza, zobaczył Wolfa siedzącego z nią na łóżku.
    
  "Hej, Jacobs" - Wolf uśmiechnął się figlarnie. "Właśnie na ciebie czekałem".
    
  Casper nie miał pojęcia, co robić. Założył, że Wilk jest z innymi, a widok siedzącego obok Olgi był koszmarem. Z złośliwym chichotem Wilk rzucił się naprzód i chwycił Caspera. Krzyki Olgi były stłumione, ale tak mocno szarpała się z więzami, że w niektórych miejscach miała rozdartą skórę. Ciosy Caspera były bezużyteczne wobec stalowego torsu bandyty. Sam i Nina wpadli z korytarza, żeby mu pomóc.
    
  Kiedy Wolf zobaczył Ninę, jego wzrok zamarł. "Ty! Zabiłem cię".
    
  "Pieprz się, dziwaku!" - rzuciła mu Nina, trzymając się na dystans. Odwróciła jego uwagę na tyle, by Sam zdążył zareagować. Sam kopnął Wolfe'a z całej siły w kolano, miażdżąc mu rzepkę. Rycząc z bólu i wściekłości, Wolfe upadł, zostawiając Samowi otwartą twarz, na którą ten mógł okładać go pięściami. Bandyta był przyzwyczajony do walki i oddał kilka strzałów w kierunku Sama.
    
  "Uwolnij ją i wysiadaj z tego cholernego pociągu! Natychmiast!" - krzyknęła Nina do Caspera.
    
  "Muszę pomóc Samowi" - zaprotestował, ale bezczelny historyk złapał go za ramię i popchnął w stronę Olgi.
    
  "Jeśli nie wysiądziecie z tego pociągu, to wszystko pójdzie na marne, doktorze Jacobs!" - wrzasnęła Nina. Kasper wiedział, że ma rację. Nie było czasu na kłótnie ani rozważanie alternatyw. Odwiązał dziewczynę, podczas gdy Wolfe uderzył Sama kolanem w brzuch. Nina próbowała znaleźć sposób, żeby go ogłuszyć, ale na szczęście dołączył do niej Dima, łącznik Bratvy. Mistrz walki wręcz, Dima, szybko powalił Wolfe'a, oszczędzając Samowi kolejnego ciosu w twarz.
    
  Kasper wyniósł ciężko ranną Olgę i spojrzał na Ninę, po czym wysiadł z Walkirii. Historyk posłał im całusa i gestem nakazał wyjście, po czym zniknął w pokoju. Miał zawieźć Olgę do szpitala, pytając przechodniów, gdzie jest najbliższa placówka medyczna. Natychmiast udzielili pomocy rannej parze, ale delegacja wracała w oddali.
    
  Zelda Bessler odebrała transmisję od Lilith Hurst, zanim została przytłoczona przez lokaja w Reichtisusis, a licznik czasu pracy lokomotywy został ustawiony na start. Migające czerwone światła pod panelem sygnalizowały aktywację pilota, którego trzymał Clifton Taft. Usłyszała grupę wracającą na pokład i skierowała się na tył pociągu, aby odjechać. Słysząc zamieszanie w pokoju Tafta, próbowała przejść obok, ale Dima ją zatrzymał.
    
  "Zostań!" krzyknął. "Wracaj do pokoju kontrolnego i wyloguj się!"
    
  Zelda Bessler na chwilę oszołomiła, ale żołnierz Bratvy nie wiedział, że była uzbrojona, tak jak on. Otworzyła do niego ogień, rozrywając jego brzuch na paski szkarłatnego ciała. Nina milczała, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Sam leżał nieprzytomny na podłodze, podobnie jak Wolf, ale Bessler musiał złapać windę i myślał, że nie żyją.
    
  Nina próbowała przywrócić Samowi przytomność. Była silna, ale nie miała szans. Ku swojemu przerażeniu poczuła, że pociąg się ruszył, a z głośników popłynął nagrany komunikat: "Panie i panowie, witamy ponownie na Walkirii. Nasza następna inspekcja odbędzie się w Nowosybirsku".
    
    
  31
  Środki zaradcze
    
    
  Po tym, jak policja opuściła lokal Raichtisusis z George'em Mastersem w worku na zwłoki i Lilith Hearst w kajdankach, Perdue mozolnie przemierzał ponury hol oraz przylegający do niego salon i jadalnię. Ocenił zniszczenia na podstawie śladów po kulach w palisandrowych panelach i meblach. Przyglądał się plamom krwi na drogich perskich gobelinach i dywanach. Naprawa wypalonego baru i uszkodzonego sufitu zajmie trochę czasu.
    
  "Herbaty, proszę pana?" zapytał Charles, ale Perdue wyglądał jak diabeł na nogach. Perdue po cichu poszedł do serwerowni. "Przydałaby mi się herbata, dziękuję, Charles". Wzrok Perdue'a powędrował ku Lillian, stojącej w drzwiach kuchni i uśmiechającej się do niego. "Cześć, Lily".
    
  "Dzień dobry, panie Purdue" - uśmiechnęła się promiennie, szczęśliwa, że wszystko z nim w porządku.
    
  Purdue wszedł do ciemnej, samotnej, ciepłej, brzęczącej komnaty, wypełnionej elektroniką, gdzie poczuł się jak w domu. Przyjrzał się wyraźnym śladom celowego sabotażu instalacji elektrycznej i pokręcił głową. "I dziwią się, dlaczego jestem sam".
    
  Postanowił przejrzeć wiadomości na swoich prywatnych serwerach i ku swemu zaskoczeniu odkrył mroczne i złowieszcze wieści od Sama, choć było już trochę za późno. Wzrok Perdue"a przeskanował słowa George"a Mastersa, informacje dr. Caspera Jacobsa i cały wywiad, który Sam z nim przeprowadził na temat tajnego planu zamachu na delegatów. Perdue przypomniał sobie, że Sam był w drodze do Belgii, ale od tamtej pory nie było od niego żadnych wieści.
    
  Charles przyniósł herbatę. Zapach Earl Greya, zmieszany z ciepłem wentylatorów komputerowych, był dla Purdue niczym niebo. "Nie potrafię przeprosić, Charles" - powiedział lokajowi, który uratował mu życie. "Wstydzę się, jak łatwo dałem się zwieść i jak się zachowałem, a wszystko przez tę cholerną kobietę".
    
  "I z powodu seksualnej słabości do długiego dzielenia" - zażartował Charles w swoim suchym tonie. Perdue musiał się roześmiać, mimo że bolało go całe ciało. "Wszystko w porządku, proszę pana. Byle tylko wszystko dobrze się skończyło".
    
  "Będzie" - uśmiechnął się Perdue, ściskając dłoń Charlesa w rękawiczce. "Wiesz, kiedy to dotarło, czy pan Cleve dzwonił?"
    
  "Niestety, nie, proszę pana" - odpowiedział kamerdyner.
    
  "Doktor Gould?" zapytał.
    
  "Nie, proszę pana" - odpowiedział Charles. "Ani słowa. Jane wróci jutro, jeśli to pomoże".
    
  Purdue sprawdził swój odbiornik satelitarny, pocztę e-mail i telefon komórkowy i stwierdził, że wszystkie są zaśmiecone nieodebranymi połączeniami od Sama Cleave'a. Kiedy Charles wyszedł z pokoju, Purdue trząsł się ze strachu. Skala chaosu wywołana jego obsesją na punkcie równania Einsteina była karygodna i musiał, że tak powiem, zacząć robić porządki.
    
  Zawartość torebki Lilith leżała na jego biurku. Podał policji jej przeszukaną już torbę. Wśród sprzętu, który miała przy sobie, znalazł jej nadajnik. Kiedy zobaczył, że ukończone równanie zostało wysłane do Rosji, Purdue zamarł.
    
  "O cholera!" - wyszeptał.
    
  Perdue natychmiast zerwał się na równe nogi. Wziął szybki łyk herbaty i pobiegł do innego serwera, który mógł obsługiwać transmisje satelitarne. Ręce mu się trzęsły, gdy się spieszył. Po nawiązaniu połączenia Perdue zaczął kodować jak szalony, triangulując widoczny kanał, aby śledzić pozycję odbiornika. Jednocześnie śledził zdalne urządzenie sterujące obiektem, do którego wysłano równanie.
    
  "Chcesz pobawić się w wojnę?" - zapytał. "Przypomnę ci, z kim masz do czynienia".
    
    
  * * *
    
    
  Podczas gdy Clifton Taft i jego poplecznicy niecierpliwie popijali martini i z niepokojem oczekiwali rezultatów swojej lukratywnej porażki, ich limuzyna zmierzała na północny wschód, w stronę Tomska. Zelda niosła nadajnik, który monitorował zamki Walkirii i dane dotyczące kolizji.
    
  "Jak się sprawy mają?" zapytał Taft.
    
  "Przyspieszenie jest obecnie na właściwym poziomie. Powinni osiągnąć Mach 1 za jakieś dwadzieścia minut" - zameldowała z zadowoleniem Zelda. "Wygląda na to, że Hurst jednak wykonała swoje zadanie. Czy Wolf porwał swój własny konwój?"
    
  "Nie mam pojęcia" - powiedział McFadden. "Próbowałem do niego dzwonić, ale ma wyłączony telefon komórkowy. Prawdę mówiąc, cieszę się, że nie muszę już z nim mieć do czynienia. Powinieneś był zobaczyć, co zrobił doktor Gould. Prawie, prawie mi jej było żal".
    
  "Zrobił swoje. Pewnie poszedł do domu, żeby przelecieć swojego obserwatora" - warknął Taft z perwersyjnym śmiechem. "A tak przy okazji, widziałem Jacobsa wczoraj wieczorem w pociągu, jak majstrował przy drzwiach mojego pokoju".
    
  "No dobrze, w takim razie i o niego zadbaliśmy" - uśmiechnął się Bessler, zadowolony, że może zająć miejsce kierownika projektu.
    
    
  * * *
    
    
  Tymczasem na pokładzie Walkirii Nina desperacko próbowała obudzić Sama. Czuła, jak pociąg od czasu do czasu przyspiesza. Jej ciało mówiło prawdę, odczuwając przeciążenia pędzącego pociągu. Na zewnątrz, w korytarzu, słyszała niespokojne pomruki międzynarodowej delegacji. Oni również poczuli wstrząs pociągu i, nie mając w pobliżu ani kambuza, ani baru, zaczęli podejrzewać amerykańskiego potentata i jego wspólników.
    
  "Nie ma ich tu. Sprawdziłem" - usłyszała, jak przedstawiciel Stanów Zjednoczonych mówi do pozostałych.
    
  "Być może zostaną w tyle?" - zasugerował chiński delegat.
    
  "Dlaczego zapomnieli wsiąść do własnego pociągu?" - zasugerował ktoś inny. Gdzieś w następnym wagonie ktoś zaczął wymiotować. Nina nie chciała wywoływać paniki, wyjaśniając sytuację, ale lepiej było, niż pozwolić im wszystkim spekulować i szaleć.
    
  Wyjrzała przez drzwi i gestem zaprosiła szefa Agencji Energii Atomowej do siebie. Zamknęła je za sobą, żeby nie zobaczył nieprzytomnego ciała Wolfa Kretschoffa.
    
  "Proszę pana, nazywam się dr Gould i jestem ze Szkocji. Mogę panu powiedzieć, co się dzieje, ale proszę zachować spokój, rozumie pan?" - zaczęła.
    
  "O co chodzi?" zapytał ostro.
    
  "Słuchaj uważnie. Nie jestem twoim wrogiem, ale wiem, co się dzieje i chcę, żebyś zwrócił się do delegacji z wyjaśnieniem, podczas gdy ja będę próbowała rozwiązać problem" - powiedziała. Powoli i spokojnie przekazała mężczyźnie informacje. Widziała, jak narasta w nim strach, ale starała się zachować spokój i opanowanie. Jego twarz zbladła, ale zachował opanowanie. Skinął głową w stronę Niny i odszedł, by porozmawiać z pozostałymi.
    
  Pobiegła z powrotem do pokoju i próbowała obudzić Sama.
    
  "Sam! Obudź się, na litość boską! Potrzebuję cię!" jęknęła, uderzając Sama w policzek, starając się nie wpaść w taką desperację, żeby go nie uderzyć. "Sam! Umrzemy. Chcę towarzystwa!"
    
  "Dotrzymam ci towarzystwa" - powiedział sarkastycznie Wolf. Obudził się po druzgocącym ciosie, jaki zadał mu Dima, i z radością zobaczył martwego żołnierza mafii u stóp łóżka, gdzie Nina pochylała się nad Samem.
    
  "Boże, Sam, jeśli kiedykolwiek istniał dobry moment na przebudzenie, to właśnie teraz" - mruknęła, uderzając go w twarz. Śmiech Wilka napełnił Ninę czystym przerażeniem, przypominając jej o jego okrucieństwie wobec niej. Przeczołgał się przez łóżko, z zakrwawioną i obleśną twarzą.
    
  "Chcesz więcej?" Uśmiechnął się szeroko, a na jego zębach pojawiła się krew. "Tym razem sprawię, że będziesz krzyczeć głośniej, co?" Zaśmiał się dziko.
    
  Było oczywiste, że Sam na nią nie reaguje. Nina dyskretnie sięgnęła po dziesięciocalowy khanjali Dimy, wspaniały i śmiercionośny sztylet, który trzymał pod pachą. Czując się pewniej, mając go przy sobie, Nina nie bała się przyznać przed sobą, że doceniła okazję, by się na nim zemścić.
    
  "Dziękuję, Dima" - mruknęła, a jej wzrok spoczął na drapieżniku.
    
  Nie spodziewała się jego nagłego ataku. Jego potężne ciało oparło się o krawędź łóżka, gotowe ją zmiażdżyć, ale Nina zareagowała szybko. Odtoczyła się, uniknęła ataku i czekała, aż uderzy o podłogę. Nina wyciągnęła nóż i przystawiła go prosto do jego gardła, dźgając rosyjskiego bandytę w drogim garniturze. Ostrze wbiło się w gardło i przeszło na wylot. Poczuła, jak czubek ostrza przesunął kręgi w jego szyi, przecinając rdzeń kręgowy.
    
  Nina, rozhisteryzowana, nie mogła już tego znieść. Walkiria przyspieszyła jeszcze bardziej, wpychając żółć z powrotem do jej gardła. "Sam!" krzyczała, aż głos jej się załamał. Nie miało to znaczenia, ponieważ delegaci w wagonie restauracyjnym byli równie zdenerwowani. Sam się obudził, a oczy tańczyły mu w oczodołach. "Obudź się, do cholery!" krzyknęła.
    
  "Wstałem!" skrzywił się i jęknął.
    
  "Sam, musimy natychmiast dostać się do maszynowni!" - pociągnęła nosem, płacząc z szoku po nowym doświadczeniu z Wilkiem. Sam usiadł, żeby ją przytulić i zobaczył krew sączącą się z szyi potwora.
    
  "Mam go, Sam!" - krzyknęła.
    
  Uśmiechnął się: "Nie mogłem wykonać lepszej pracy".
    
  Pociągając nosem, Nina wstała i poprawiła ubranie. "Maszynownia!" powiedział Sam. "To jedyne miejsce, co do którego jestem pewien, że jest otwarte". Szybko umyli i osuszyli ręce w misce, po czym pobiegli na przód Walkirii. Mijając delegatów, Nina próbowała ich pocieszyć, choć była przekonana, że wszyscy zmierzają do piekła.
    
  Gdy już byli w maszynowni, uważnie obejrzeli migające światła i elementy sterujące.
    
  "To wszystko nie ma nic wspólnego z prowadzeniem tego pociągu" - krzyknął z frustracją Sam. Wyciągnął telefon z kieszeni. "O mój Boże, nie mogę uwierzyć, że to jeszcze działa" - zauważył, próbując złapać sygnał. Pociąg nabrał kolejnego tempa, a w wagonach rozległy się krzyki.
    
  "Nie możesz krzyczeć, Sam" - zmarszczyła brwi. "Wiesz o tym".
    
  "Nie wołam" - chrząknął z powodu siły pędu. "Wkrótce nie będziemy mogli się ruszyć. Wtedy nasze kości zaczną trzeszczeć".
    
  Spojrzała na niego kątem oka. "Nie muszę tego słuchać".
    
  Wpisał kod do telefonu, kod, który Purdue dał mu do połączenia z systemem śledzenia satelitarnego, który nie wymagał konserwacji. "Boże, proszę, niech Purdue to zobaczy".
    
  "Mało prawdopodobne" - powiedziała Nina.
    
  Spojrzał na nią z przekonaniem. "Nasza jedyna szansa".
    
    
  32
  Chaos, część II
    
    
    
  Kolejowy Szpital Kliniczny - Nowosybirsk
    
    
  Olga wciąż była w ciężkim stanie, ale została wypisana z oddziału intensywnej terapii i dochodziła do siebie w prywatnym pokoju, opłaconym przez Caspera Jacobsa, który czuwał przy jej łóżku. Od czasu do czasu odzyskiwała przytomność i krótko mówiła, ale potem znowu zasypiała.
    
  Był wściekły, że Sam i Nina musieli zapłacić za to, do czego doprowadziła go jego służba w Black Sun. Nie tylko było to przygnębiające, ale także wściekły, że amerykański łajdak Taft zdołał przetrwać nadchodzącą tragedię i świętować ją z Zeldą Bessler i tym szkockim nieudacznikiem McFaddenem. Ale tym, co doprowadziło go do szału, była świadomość, że Wolf Kretschoff ujdzie na sucho z tym, co zrobił Oldze i Ninie.
    
  Myśląc szaleńczo, zaniepokojony naukowiec próbował znaleźć sposób, żeby coś zrobić. Z drugiej strony, uznał, że nie wszystko stracone. Zadzwonił do Purdue, tak jak za pierwszym razem, kiedy nieustannie próbował się z nim skontaktować, tylko tym razem to Purdue odebrał.
    
  "O mój Boże! Nie mogę uwierzyć, że do ciebie dotarłem" - wyszeptał Casper.
    
  "Obawiam się, że jestem trochę rozkojarzony" - odpowiedział Perdue. "Czy to dr Jacobs?"
    
  "Skąd wiedziałeś?" zapytał Casper.
    
  "Widzę twój numer na moim trackerze satelitarnym. Jesteś z Samem?" - zapytał Perdue.
    
  "Nie, ale właśnie dlatego dzwonię" - odpowiedział Casper. Wyjaśnił Perdue wszystko, aż do miejsca, w którym on i Olga mieli wysiąść z pociągu, i nie miał pojęcia, dokąd zmierzają Taft i jego poplecznicy. "Jednak wydaje mi się, że Zelda Bessler ma pilota do Walkirii" - powiedział Casper Perdue.
    
  Miliarder uśmiechnął się do migoczącego światła na ekranie komputera. "Więc tak to wygląda?"
    
  "Ma pan jakieś stanowisko?" - wykrzyknął podekscytowany Casper. "Panie Perdue, czy mogę prosić o ten kod śledzenia?"
    
  Purdue dowiedział się z teorii dr. Jacobsa, że ten człowiek sam w sobie był geniuszem. "Masz długopis?" - Purdue uśmiechnął się szeroko, czując się znów sobą, dawnym, beztroskim. Znów manipulował sytuacją, nietykalny dla swojej technologii i intelektu, tak jak za dawnych czasów. Sprawdził sygnał z urządzenia Besslera i podał Casperowi Jacobsowi kod namierzający. "Co planujesz zrobić?" - zapytał Caspera.
    
  "Zamierzam wykorzystać nieudany eksperyment, aby zapewnić skuteczną eliminację" - odpowiedział chłodno Casper. "Zanim odejdę, proszę się pospieszyć. Jeśli może pan zrobić cokolwiek, aby osłabić magnetyzm Walkirii, panie Purdue, pańscy przyjaciele właśnie wchodzą w niebezpieczną fazę, z której nie wrócą".
    
  "Powodzenia, staruszku" - Perdue pożegnał się ze swoim nowym znajomym. Natychmiast podłączył się do sygnału płynącego statku, jednocześnie hakując sieć kolejową, którą jechał. Zmierzał do skrzyżowania w miejscowości Polska, gdzie spodziewał się osiągnąć prędkość Mach 3.
    
  "Halo?" usłyszał z głośnika podłączonego do systemu komunikacyjnego.
    
  "Sam!" krzyknął Perdue.
    
  "Purdue! Ratunku!" krzyknął przez głośnik. "Nina zemdlała. Większość ludzi w pociągu też. Szybko tracę wzrok, a tu jest jak w piekle!"
    
  "Słuchaj, Sam!" krzyknął Perdue. "Właśnie zmieniam orientację toru. Zaczekaj jeszcze trzy minuty. Gdy Walkiria zmieni trajektorię, straci generowanie pola magnetycznego i zwolni!"
    
  "Jezu Chryste! Trzy minuty? Do tego czasu nas usmażą!" krzyknął Sam.
    
  "Trzy minuty, Sam! Zaczekaj!" krzyknął Perdue. Charles i Lillian podeszli do drzwi serwerowni, żeby sprawdzić, co jest przyczyną hałasu. Wiedzieli, że lepiej nie pytać ani nie wtrącać się, ale słuchali dramatu z daleka, wyglądając na bardzo zaniepokojonych. "Oczywiście zmiana torów niesie ze sobą ryzyko zderzenia czołowego, ale w tej chwili nie widzę żadnych innych pociągów" - powiedział swoim dwóm pracownikom. Lillian się pomodliła. Charles z trudem przełknął ślinę.
    
  W pociągu Sam z trudem łapał powietrze, nie znajdując ukojenia w lodowatym krajobrazie, który topniał wraz z przelatującą Walkirią. Uniósł Ninę, żeby ją ocucić, ale jego ciało ważyło tyle, co szesnastokołowiec i nie mógł się ruszyć dalej. "3 Machy za kilka sekund. Wszyscy jesteśmy martwi".
    
  Znak "Polnaja" pojawił się przed pociągiem i minął ich w mgnieniu oka. Sam wstrzymał oddech, czując, jak jego własny ciężar gwałtownie rośnie. Nic już nie widział, gdy nagle usłyszał brzęk zwrotnicy. Wydawało się, że Walkiria wykoleiła się z powodu nagłego załamania pola magnetycznego, ale Sam trzymał się Niny. Turbulencje były ogromne, a ciała Sama i Niny wpadły do wnętrza wagonu.
    
  Tak jak Sam się obawiał, po kolejnym kilometrze Walkiria zaczęła się wykolejać. Poruszała się po prostu zbyt szybko, by utrzymać się na torach, ale w tym momencie zwolniła na tyle, by rozpędzić się poniżej normalnej prędkości. Zebrał się na odwagę i objął nieprzytomne ciało Niny, zakrywając jej głowę dłońmi. Rozległ się potężny huk, a następnie opętany przez demona statek wywrócił się z wciąż imponującą prędkością. Ogłuszający huk przechylił maszynę na pół, zrywając płyty pod zewnętrzną powierzchnią.
    
  Kiedy Sam obudził się na poboczu torów, jego pierwszą myślą było wyprowadzenie wszystkich stamtąd, zanim paliwo się wypali. W końcu to paliwo jądrowe, pomyślał. Sam nie był ekspertem w kwestii tego, które minerały są najbardziej lotne, ale nie chciał ryzykować z torem. Odkrył jednak, że jego ciało całkowicie go zawiodło i nie mógł się ruszyć ani o cal. Siedząc tam w syberyjskim lodzie, uświadomił sobie, jak bardzo czuje się nie na miejscu. Jego ciało wciąż ważyło tonę, a minutę temu był pieczony żywcem, a teraz było mu zimno.
    
  Niektórzy z ocalałych członków delegacji stopniowo wyczołgali się na zamarznięty śnieg. Sam patrzył, jak Nina powoli odzyskuje przytomność i odważyła się uśmiechnąć. Jej ciemne oczy zatrzepotały, gdy na niego spojrzała. "Sam?"
    
  "Tak, kochanie" - odkaszlnął i uśmiechnął się. "W końcu Bóg istnieje".
    
  Uśmiechnęła się i spojrzała w szare niebo, wzdychając z ulgą i bólem. Wdzięczna, powiedziała: "Dziękuję, Purdue".
    
    
  33
  Odkupienie
    
    
    
  Edynburg - trzy tygodnie później
    
    
  Nina otrzymała pomoc w odpowiednim ośrodku medycznym po tym, jak wraz z pozostałymi ocalałymi została przetransportowana lotniczo z wszystkimi obrażeniami. Powrót do Edynburga zajął jej i Samowi trzy tygodnie, gdzie ich pierwszym przystankiem był Raichtisusis. Purdue, starając się odbudować relacje z przyjaciółmi, zlecił dużej firmie cateringowej zorganizowanie kolacji, aby mógł rozpieszczać swoich gości.
    
  Znany ze swojej ekscentryczności, Perdue ustanowił precedens, zapraszając swoją gospodynię i kamerdynera na prywatną kolację. Sam i Nina nadal byli ubrani na czarno i niebiesko, ale byli bezpieczni.
    
  "Myślę, że toast jest na miejscu" - powiedział, unosząc kryształowy kieliszek do szampana. "Za moich ciężko pracujących i wiernych niewolników, Lily i Charlesa".
    
  Lily zachichotała, podczas gdy Charles zachował kamienną twarz. Szturchnęła go w żebra. "Uśmiechnij się".
    
  "Raz kamerdyner, zawsze kamerdyner, moja droga Lillian" - odpowiedział ironicznie, wywołując śmiech pozostałych.
    
  "A mój przyjaciel David" - wtrącił Sam. "Niech leczy się tylko w szpitalu i na zawsze zrezygnuje z opieki domowej!"
    
  "Amen" - zgodził się Perdue, szeroko otwierając oczy.
    
  "A tak przy okazji, czy coś przegapiliśmy, kiedy wracaliśmy do zdrowia w Nowosybirsku?" - zapytała Nina z ustami pełnymi kawioru i słonego ciasteczka.
    
  "Nie obchodzi mnie to" - Sam wzruszył ramionami i dopił szampana, żeby dolać sobie whisky.
    
  "Może was to zainteresuje" - zapewnił ich Perdue z błyskiem w oku. "Było w wiadomościach po śmierciach i obrażeniach w tragedii kolejowej. Nagrałem to dzień po tym, jak trafiliście do tamtejszego szpitala. Chodźcie to zobaczyć".
    
  Odwrócili się w stronę ekranu laptopa, który Perdue postawił na wciąż zwęglonym barze. Nina westchnęła i szturchnęła Sama na widok tego samego reportera, który nagrał dla niego historię o pociągu widmo. Miał podtytuł.
    
  "Po doniesieniach, że pociąg widmo zabił dwójkę nastolatków na opuszczonych torach kolejowych kilka tygodni temu, reporterka po raz kolejny ujawnia coś nie do pomyślenia".
    
  Za kobietą, w tle, znajdowało się rosyjskie miasto o nazwie Tomsk.
    
  Zmasakrowane ciała amerykańskiego potentata Cliftona Tafta, belgijskiej naukowca dr Zeldy Bessler i szkockiego kandydata na burmistrza, Lance'a McFaddena, zostały wczoraj odkryte na torach kolejowych. Mieszkańcy donieśli, że widzieli lokomotywę, która pojawiła się znikąd, a troje turystów rzekomo spacerowało wzdłuż torów po tym, jak ich limuzyna się zepsuła.
    
  "To działają impulsy elektromagnetyczne" - uśmiechnął się Purdue, siedząc przy ladzie.
    
  Burmistrz Tomska Władimir Nelidow potępił tragedię, ale wyjaśnił, że pojawienie się tak zwanego pociągu widmo było jedynie skutkiem przejazdu pociągu przez wczorajsze obfite opady śniegu. Zapewnił, że w tym przerażającym incydencie nie było nic niezwykłego i że był to po prostu nieszczęśliwy wypadek spowodowany słabą widocznością.
    
  Perdue wyłączył urządzenie, pokręcił głową i uśmiechnął się.
    
  "Wygląda na to, że dr Jacobs zwrócił się o pomoc do kolegów zmarłego wuja Olgi z Rosyjskiego Tajnego Towarzystwa Fizycznego" - zaśmiał się Perdue, przypominając sobie, że Kasper wspomniał o nieudanym eksperymencie fizycznym w wywiadzie z Samem.
    
  Nina upiła łyk sherry. "Chciałabym móc powiedzieć "przepraszam", ale nie przepraszam. Czy to czyni mnie złą osobą?"
    
  "Nie" - odpowiedział Sam. "Jesteś świętym, świętym, który dostaje prezenty od rosyjskiej mafii za zabicie ich głównego rywala cholernym sztyletem". Jego stwierdzenie wywołało więcej śmiechu, niż się spodziewała.
    
  "Ale ogólnie rzecz biorąc, cieszę się, że dr Jacobs jest teraz na Białorusi, z dala od sępów nazistowskiej elity" - westchnął Perdue. Spojrzał na Sama i Ninę. "Bóg jeden wie, że odpokutował swoje czyny tysiąckrotnie, dzwoniąc do mnie. W przeciwnym razie nigdy bym się nie dowiedział, że jesteś w niebezpieczeństwie".
    
  "Nie wykluczaj się, Perdue" - przypomniała mu Nina. "Co prawda, ostrzegał cię, ale i tak podjąłeś kluczową decyzję, by odpokutować swoją winę".
    
  Puściła oko: "Odpowiedziałeś".
    
    
  KONIEC
    
    
    
    
    
    
    
    
    
    
  Preston W. Child
  Maska babilońska
    
    
  Jaki jest sens uczuć, skoro nie mają twarzy?
    
  Gdzie wędruje Niewidomy Człowiek, kiedy wokół jest tylko ciemność, dziury i pustka?
    
  Gdzie przemówi Serce, jeśli język nie uwolni jego ust, by mogły się pożegnać?
    
  Gdzie poczujesz słodki zapach róż i oddech kochanka, jeśli nigdzie nie unosi się zapach kłamstw?
    
  Jak to powiedzieć?
    
  Jak to powiedzieć?
    
  Co kryją za swoimi maskami?
    
  Gdy ich twarze są ukryte, a głosy wymuszone?
    
  Czy podtrzymują niebiosa?
    
  A może piekło jest ich własnością?
    
    - Masque de Babel (około 1682 - Wersal)
    
    
    Rozdział 1 - Płonący Człowiek
    
    
  Nina szeroko zamrugała.
    
  Jej oczy wsłuchiwały się w synapsy, gdy sen przechodził w fazę REM, oddając ją w okrutne szpony podświadomości. W prywatnym pokoju Szpitala Uniwersyteckiego w Heidelbergu, późno w nocy, palono światła, gdzie dr Nina Gould została przyjęta, by leczyć, najlepiej jak potrafiła, straszliwe skutki choroby popromiennej. Do tej pory trudno było określić, jak poważny był jej przypadek, ponieważ mężczyzna, który jej towarzyszył, błędnie przedstawił poziom jej ekspozycji. Najlepsze, co mógł powiedzieć, to to, że zastał ją błąkającą się po podziemnych tunelach Czarnobyla godzinami dłużej, niż jakakolwiek żywa istota byłaby w stanie się z tego otrząsnąć.
    
  "Nie powiedział nam wszystkiego" - potwierdziła pielęgniarka Barken swojej małej grupie podwładnych - "ale miałam silne podejrzenie, że to nawet nie połowa tego, co dr Gould musiał tam znieść, zanim oświadczył, że ją znalazł". Wzruszyła ramionami i westchnęła. "Niestety, zamiast aresztować go za przestępstwo, na które nie mamy dowodów, musieliśmy go puścić wolno i zająć się tymi skąpymi informacjami, które mieliśmy".
    
  Na twarzach stażystów malowało się obowiązkowe współczucie, ale oni jedynie maskowali swoją nocną nudę profesjonalnymi fasadami. Ich młode serce tęskniło za swobodą pubu, gdzie grupa zazwyczaj zbierała się po zmianie, albo za uściskiem kochanków o tej porze nocy. Siostra Barken nie miała cierpliwości do ich niejednoznaczności i tęskniła za towarzystwem swoich rówieśników, gdzie mogła wymieniać się rzeczowymi, przekonującymi opiniami z równie wykwalifikowanymi i pasjonującymi się medycyną.
    
  Jej wyłupiaste oczy przeszywały ich po kolei, gdy opowiadała o stanie zdrowia dr. Goulda. Kąciki jej wąskich ust opadły, wyrażając niezadowolenie, które często wyrażała ostrym, niskim tonem. Poza tym, że była surową weteranką niemieckiej praktyki medycznej, praktykowanej na Uniwersytecie w Heidelbergu, znana była również jako błyskotliwa diagnostka. Jej koledzy byli zaskoczeni, że nigdy nie zadała sobie trudu, by rozwinąć karierę lekarską, a nawet zostać stałym konsultantem.
    
  "Jaka jest natura jej sytuacji, siostro Barken?" - zapytała młoda pielęgniarka, szokując pielęgniarkę swoim szczerym zainteresowaniem. Zdrowa, pięćdziesięcioletnia przełożona zwlekała z odpowiedzią przez minutę, wyglądając na niemal zadowoloną, że zadano jej pytanie, zamiast spędzić całą noc wpatrując się w nieprzytomne spojrzenia utytułowanych, niskich mężczyzn.
    
  "Cóż, to wszystko, czego udało nam się dowiedzieć od niemieckiego dżentelmena, który ją tu przywiózł, pielęgniarki Marks. Nie znaleźliśmy żadnego potwierdzenia przyczyny jej choroby poza tym, co nam powiedział". Westchnęła, sfrustrowana brakiem informacji o stanie dr. Goulda. "Mogę tylko powiedzieć, że najwyraźniej udało się ją uratować na czas, aby poddać się leczeniu. Chociaż ma wszystkie objawy ostrego zatrucia, jej organizm zdaje się być w stanie skutecznie z nim walczyć... na razie".
    
  Pielęgniarka Marks skinęła głową, ignorując rozbawione reakcje koleżanek. To ją zaintrygowało. W końcu wiele słyszała o tej Ninie Gould od swojej matki. Początkowo, sądząc po sposobie, w jaki o niej opowiadała, myślała, że matka rzeczywiście znała tę drobną szkocką historyczkę. Jednak studentka medycyny Marlene Marks szybko odkryła, że jej matka była po prostu zapalonym czytelnikiem pamiętników Gould i dwóch książek. Nina Gould była zatem kimś w rodzaju celebrytki w jej domu.
    
  Czy to była kolejna z sekretnych wypraw historyczki, podobnych do tych, o których pokrótce wspominała w swoich książkach? Marlene często zastanawiała się, dlaczego dr Gould nie pisał więcej o jej przygodach ze znanym edynburskim podróżnikiem i wynalazcą Davidem Purdue, zamiast tego wspominając o licznych podróżach. Do tego dochodziła jej znana relacja ze światowej sławy dziennikarzem śledczym Samem Cleave'em, o którym pisała dr Gould. Matka Marlene nie tylko mówiła o Ninie jak o przyjaciółce rodziny, ale także opowiadała o jej życiu, jakby ta zadziorna historyczka była chodzącą operą mydlaną.
    
  To była tylko kwestia czasu, zanim matka Marlene zacznie czytać książki o Samie Cleave, a przynajmniej te przez niego publikowane, choćby po to, by dowiedzieć się więcej o innych pokojach w okazałej rezydencji Gouldów. To właśnie z powodu tej obsesji pielęgniarka utrzymywała pobyt Gould w Heidelbergu w tajemnicy, obawiając się, że jej matka zorganizuje samotny pochód do zachodniego skrzydła XIV-wiecznego szpitala, by zaprotestować przeciwko jej uwięzieniu lub czemuś podobnemu. To wywołało uśmiech na twarzy Marlene, ale ryzykując starannie unikany gniew pielęgniarki Barken, ukryła rozbawienie.
    
  Grupa studentów medycyny nie była świadoma kolumny rannych zbliżającej się do izby przyjęć piętro niżej. Pod ich stopami grupa sanitariuszy i pielęgniarek nocnych otoczyła krzyczącego młodego mężczyznę, który odmówił przypięcia do noszy.
    
  "Proszę pana, musi pan przestać krzyczeć!" - błagała pielęgniarka oddziałowa, blokując drogę jego wściekłej destrukcji swoim dość dużym ciałem. Jej wzrok powędrował w stronę jednego z sanitariuszy, uzbrojonego w zastrzyk z sukcynylocholiny, który dyskretnie zbliżał się do poparzonego. Przerażający widok płaczącego mężczyzny sprawił, że dwoje nowych członków personelu zakrztusiło się, ledwo wstrzymując oddech w oczekiwaniu na kolejne polecenie pielęgniarki oddziałowej. Jednak dla większości z nich był to typowy scenariusz paniki, choć każda sytuacja była inna. Na przykład nigdy wcześniej nie widzieli poparzonego wbiegającego na izbę przyjęć, a co dopiero takiego, który wciąż palił papierosa, poślizgując się i tracąc po drodze kawałki ciała z klatki piersiowej i brzucha.
    
  Trzydzieści pięć sekund wydawało się zdezorientowanym niemieckim pracownikom medycznym dwiema godzinami. Krótko po tym, jak rosła kobieta otoczyła ofiarę, a jej głowa i klatka piersiowa poczerniały, krzyki nagle ucichły, zastąpione odgłosami duszenia się.
    
  "Obrzęk dróg oddechowych!" - ryknęła potężnym głosem, który słychać było na całym oddziale ratunkowym. "Intubować, natychmiast!"
    
  Przygarbiony pielęgniarz rzucił się naprzód, wbijając igłę w chropowatą, duszącą skórę mężczyzny i bez wahania naciskając tłok. Skrzywił się, gdy strzykawka zgrzytnęła w skórę biednego pacjenta, ale musiał to zrobić.
    
  "O mój Boże! Ten zapach jest obrzydliwy!" prychnęła pod nosem jedna z pielęgniarek, odwracając się do koleżanki, która skinęła głową na znak zgody. Na chwilę zakryły twarze dłońmi, żeby złapać oddech, gdy smród gotowanego mięsa zaatakował ich zmysły. Nie było to zbyt profesjonalne, ale w końcu były tylko ludźmi.
    
  "Zabierzcie go na salę operacyjną B!" - ryknęła krzepka kobieta do swojego personelu. "Schnell! Ma zatrzymanie akcji serca, ludzie! Ruszać się!". Założyli maskę tlenową drżącemu pacjentowi, gdy jego świadomość osłabła. Nikt nie zauważył wysokiego starca w czarnym płaszczu podążającego za nim. Jego długi, rozciągnięty cień przyciemniał nieskazitelną szybę w drzwiach, za którą stał, obserwując dymiące zwłoki wywożone na kółkach. Jego zielone oczy błyszczały spod ronda filcowego kapelusza, a na spierzchniętych ustach malował się uśmieszek porażki.
    
  Pomimo chaosu na izbie przyjęć, wiedział, że nikt go nie zauważy, więc wślizgnął się przez drzwi, aby odwiedzić szatnię na pierwszym piętrze, kilka stóp od recepcji. W środku uniknął wykrycia, unikając jasnego blasku małych lampek nad ławkami. Ponieważ była to nocna zmiana, w szatni prawdopodobnie nie było personelu medycznego, więc złapał kilka fartuchów i udał się pod prysznic. W jednej z ciemnych kabin starszy mężczyzna zrzucił ubranie.
    
  Pod maleńkimi, okrągłymi żarówkami nad nim, jego koścista, pudrowata sylwetka odbijała się w pleksi. Groteskowy i wychudzony, jego wydłużone kończyny zrzuciły skafander i wdziały bawełniany uniform. Jego ciężki oddech charczał, gdy się poruszał, naśladując robota odzianego w skórę androida, pompującego płyn hydrauliczny przez stawy podczas każdej zmiany. Kiedy zdjął kapelusz fedora, by zastąpić go czapką, jego zdeformowana czaszka kpiła z niego w lustrzanym pleksi. Kąt padania światła uwydatniał każde wgniecenie i wypukłość jego czaszki, ale przymierzając czapkę, trzymał głowę przechyloną tak bardzo, jak tylko mógł. Nie chciał stawić czoła swojej największej wadzie, swojej najpotężniejszej deformacji - swojej beztwarzy.
    
  Jego ludzka twarz odsłaniała jedynie oczy, idealnie ukształtowane, lecz samotne w swojej normalności. Starzec nie mógł znieść upokorzenia, jakim było drwiny z jego własnego odbicia, którego kości policzkowe podkreślały jego pozbawione wyrazu rysy. Pomiędzy jego niemal nieistniejącymi wargami i nad jego szczupłymi ustami, ledwie było widać otwór, a jedynie dwa maleńkie pęknięcia służyły za nozdrza. Ostatnim elementem jego przebiegłego przebrania miała być maska chirurgiczna, elegancko dopełniająca jego podstępu.
    
  Poprawił swoją postawę, wpychając garnitur do najdalszej szafy, znajdującej się przy wschodniej ścianie, i po prostu zamykając wąskie drzwi.
    
  "Odejdź" - mruknął.
    
  Pokręcił głową. Nie, jego dialekt był błędny. Odchrząknął i zatrzymał się, żeby zebrać myśli. "Abend". Nie. Znowu. "Ach, bent" - powiedział wyraźniej i wsłuchał się w swój chrapliwy głos. Akcent był już prawie słyszalny; wciąż miał jedną lub dwie próby.
    
  "Odejdź" - powiedział wyraźnie i głośno, gdy drzwi szatni się otworzyły. Za późno. Wstrzymał oddech, żeby wypowiedzieć to słowo.
    
  "Abend, Herr Doktor" - uśmiechnął się sanitariusz, wchodząc do sąsiedniego pokoju, żeby skorzystać z pisuarów. "Wie geht's?"
    
  "Podroby, podroby" - odpowiedział pospiesznie starzec, uspokojony nieświadomością pielęgniarki. Odchrząknął i skierował się do drzwi. Było późno, a on wciąż miał niedokończone sprawy związane z gorącym, nowym przybyszem.
    
  Czując niemal wstyd za zwierzęcą metodę, jaką zastosował, by wytropić młodego mężczyznę, za którym wszedł na ostry dyżur, odchylił głowę do tyłu i powąchał powietrze. Znajomy zapach zmusił go do podążania za nim, niczym rekin nieustępliwie podążający za krwią przez kilometry wody. Nie zwracał uwagi na uprzejme powitania personelu, sprzątaczek i nocnych lekarzy. Jego ubrane stopy poruszały się bezszelestnie, krok po kroku, poddając się ostremu zapachowi palonego ciała i środka dezynfekującego, który przenikał jego nozdrza.
    
  "Zimmer 4" - mruknął, gdy nos poprowadził go w lewo, w stronę skrzyżowania w kształcie litery T. Uśmiechnąłby się - gdyby mógł. Jego szczupłe ciało powoli ruszyło korytarzem oddziału oparzeń w stronę miejsca, gdzie leczono młodego mężczyznę. Z tyłu sali słyszał głosy lekarza i pielęgniarek, ogłaszających szanse pacjenta na przeżycie.
    
  "Ale on przeżyje" - westchnął ze współczuciem lekarz. "Nie sądzę, żeby udało mu się zachować funkcje twarzy, rysy twarzy, owszem, ale jego zmysł węchu i smaku zostaną trwale i poważnie upośledzone".
    
  "Czy on nadal ma twarz pod tym wszystkim, doktorze?" zapytała cicho pielęgniarka.
    
  "Tak, ale raczej nie, bo uszkodzenie skóry sprawi, że jego rysy... cóż... rozpłyną się jeszcze bardziej w twarzy. Jego nos będzie niewyraźny, a usta" - zawahał się, czując autentyczną litość dla atrakcyjnego młodego mężczyzny na ledwo zachowanym prawie jazdy w jego zwęglonym portfelu - "znikną. Biedactwo. Ma zaledwie dwadzieścia siedem lat, a to mu się przytrafia".
    
  Lekarz pokręcił głową niemal niezauważalnie. "Proszę, Sabino, podaj dożylnie leki przeciwbólowe i rozpocznij pilne uzupełnianie płynów".
    
  "Tak, doktorze". Westchnęła i pomogła koleżance zebrać opatrunek. "Będzie musiał nosić maskę do końca życia" - powiedziała, nie zwracając się do nikogo konkretnego. Przysunęła wózek bliżej, niosąc sterylne bandaże i roztwór soli fizjologicznej. Nie zdawali sobie sprawy z obecności intruza, który zaglądał z korytarza, dostrzegając swój cel przez powoli zamykającą się szparę w drzwiach. Wyrwało mu się tylko jedno słowo, bezgłośnie.
    
  "Maska".
    
    
  Rozdział 2 - Porwanie Purdue
    
    
  Czując się nieco nieswojo, Sam spacerował swobodnie po rozległych ogrodach prywatnego lokalu niedaleko Dundee, pod rozgwieżdżonym szkockim niebem. W końcu, czy istniał inny widok? Wewnątrz jednak czuł się dobrze. Pusto. Tak wiele wydarzyło się ostatnio u niego i jego przyjaciół, że aż dziwne, że nie ma o czym myśleć. Sam wrócił z Kazachstanu tydzień temu i nie widział ani Niny, ani Purdue od powrotu do Edynburga.
    
  Poinformowano go, że Nina doznała poważnych obrażeń w wyniku napromieniowania i trafiła do szpitala w Niemczech. Po wysłaniu swojego nowego znajomego, Detlefa Holzera, aby ją odnalazł, pozostał w Kazachstanie przez kilka dni i nie udało mu się uzyskać żadnych informacji o stanie zdrowia Niny. Najwyraźniej Dave Perdue również został znaleziony w tym samym miejscu co Nina, ale został obezwładniony przez Detlefa za swoje dziwnie agresywne zachowanie. Ale do tej pory to również były co najwyżej spekulacje.
    
  Sam Perdue skontaktował się z Samem dzień wcześniej, aby powiadomić go o swoim uwięzieniu w Centrum Badań Medycznych Sinclair. Centrum Badań Medycznych Sinclair, finansowane i zarządzane przez Brygadę Renegatów, było tajnym sojusznikiem Perdue'a w poprzedniej walce z Zakonem Czarnego Słońca. Organizacja, jak się okazało, składała się z byłych członków Czarnego Słońca - renegatów, że tak powiem, z wyznania, do którego Sam również dołączył kilka lat wcześniej. Jego operacje na ich rzecz były nieliczne i sporadyczne, ponieważ ich zapotrzebowanie na informacje wywiadowcze było sporadyczne. Jako bystry i skuteczny dziennikarz śledczy, Sam Cleave był w tym względzie nieoceniony dla Brygady.
    
  Poza tym, mógł działać, jak mu się podobało, i pracować na własny rachunek, kiedy tylko chciał. Zmęczony podejmowaniem się czegoś tak forsownego, jak jego ostatnia misja, w najbliższym czasie, Sam postanowił znaleźć czas na wizytę na Uniwersytecie Purdue w szpitalu psychiatrycznym, który tym razem odwiedził ekscentryczny badacz.
    
  Niewiele było informacji o lokalu Sinclaira, ale Sam miał nosa do zapachu mięsa pod pokrywą. Zbliżając się, zauważył, że okna na trzecim piętrze z czterech były zakratowane.
    
  "Założę się, że jesteś w jednym z tych pokoi, co, Purdue?" Sam zaśmiał się pod nosem, kierując się w stronę głównego wejścia do tego upiornego budynku o przesadnie białych ścianach. Dreszcz przebiegł po ciele Sama, gdy wszedł do holu. "O mój Boże, czy Hotel California naśladuje Stanleya Mucha?"
    
  "Dzień dobry" - powitała Sama drobna, blond recepcjonistka. Jej uśmiech był szczery. Jego surowy, mroczny wygląd od razu ją zaintrygował, mimo że był na tyle stary, że mógłby być jej znacznie starszym bratem albo niemal za starym wujkiem.
    
  "Tak, zgadza się, młoda damo" - zgodził się Sam ochoczo. "Przyszedłem zobaczyć się z Davidem Perdue".
    
  Zmarszczyła brwi i zapytała: "A dla kogo jest ten bukiet, proszę pana?"
    
  Sam tylko puścił oko i opuścił prawą rękę, żeby schować bukiet kwiatów pod ladą. "Cicho, nie mów mu. On nienawidzi goździków".
    
  "Eee" - wyjąkała, bardzo niepewnie - "on jest w pokoju nr 3, dwa piętra wyżej, w pokoju 309".
    
  "Tha" - Sam uśmiechnął się i zagwizdał, kierując się w stronę schodów oznaczonych na biało i zielono - "Oddział 2, Oddział 3, Oddział 4" - leniwie machając bukietem, gdy wchodził po nich. W lustrze wielce go bawiło spojrzenie zagubionej młodej kobiety, wciąż próbującej zrozumieć, do czego służą te kwiaty.
    
  "Tak, tak jak myślałem" - mruknął Sam, gdy znalazł korytarz po prawej stronie korytarza, gdzie ten sam mundurowy zielono-biały znak głosił "Oddział 3". "Szalony parkiet z kratami i Perdue jako burmistrz".
    
  W rzeczywistości miejsce to wcale nie przypominało szpitala. Wyglądało raczej jak skupisko gabinetów lekarskich i przychodni w dużym centrum handlowym, ale Sam musiał przyznać, że brak oczekiwanego szaleństwa był dla niego nieco niepokojący. Nigdzie nie widział ludzi w białych fartuchach szpitalnych ani na wózkach inwalidzkich wiozących półżywych i niebezpiecznych pacjentów. Nawet personel medyczny, którego rozpoznawał jedynie po białych fartuchach, wyglądał na zaskakująco spokojnych i rzeczowych.
    
  Skinęli głowami i ciepło go powitali, gdy ich mijał, nie zadając ani jednego pytania o kwiaty, które trzymał. To wyznanie po prostu odebrało Samowi poczucie humoru i wrzucił bukiet do najbliższego kosza na śmieci tuż przed dotarciem do wyznaczonego pokoju. Drzwi, oczywiście, były zamknięte, ponieważ znajdowały się w zakratowanej podłodze, ale Sam był oszołomiony, odkrywając, że są otwarte. Jeszcze bardziej zaskakujące było wnętrze pokoju.
    
  Poza jednym mocno zasłoniętym oknem i dwoma pluszowymi, luksusowymi fotelami, nie było tu nic poza dywanem. Jego ciemne oczy omiotły dziwny pokój. Brakowało w nim łóżka i prywatności prywatnej łazienki. Purdue siedział tyłem do Sama, wpatrując się w okno.
    
  "Cieszę się, że przyszedłeś, staruszku" - powiedział tym samym radosnym, bogatszym od Boga tonem, którego zwykle używał wobec gości w swojej rezydencji.
    
  "Z przyjemnością" - odpowiedział Sam, wciąż próbując rozwiązać zagadkę z meblami. Purdue odwrócił się do niego twarzą, wyglądając na zdrowego i zrelaksowanego.
    
  "Usiądź" - zaprosił zdziwionego reportera, którego mina sugerowała, że rozgląda się po pokoju w poszukiwaniu podsłuchów lub ukrytych ładunków wybuchowych. Sam usiadł. "Więc" - zaczął Perdue - "gdzie są moje kwiaty?"
    
  Sam wpatrywał się w Purdue. "Myślałem, że mam moc kontrolowania umysłu?"
    
  Perdue wydawał się niewzruszony stwierdzeniem Sama, o którym oboje wiedzieli, ale żadne z nich go nie poparło. "Nie, widziałem, jak spacerowałeś alejką z nim w ręku, bez wątpienia kupionym tylko po to, żeby mnie w ten czy inny sposób zawstydzić".
    
  "Boże, znasz mnie aż za dobrze" - westchnął Sam. "Ale jak tu widzisz cokolwiek poza kratami o zaostrzonym rygorze? Zauważyłem, że cele więźniów są otwarte. Jaki sens cię zamykać, skoro drzwi są otwarte?"
    
  Purdue uśmiechnął się rozbawiony i pokręcił głową. "Och, to nie po to, żeby powstrzymać nas przed ucieczką, Sam. To po to, żebyśmy nie skoczyli". Po raz pierwszy w głosie Purdue'a zabrzmiała gorzka, sarkastyczna nuta. Sam wyczuł niepokój przyjaciela, który dał o sobie znać w chwilach, gdy tracił panowanie nad sobą. Okazało się, że pozorny spokój Purdue'a był jedynie maską kryjącą się pod tym nietypowym dla niego niezadowoleniem.
    
  "Czy jesteś podatny na takie rzeczy?" zapytał Sam.
    
  Purdue wzruszył ramionami. "Nie wiem, panie Cleve. W jednej chwili wszystko jest w porządku, a w drugiej znów jestem w tym cholernym akwarium, marząc o tym, żeby się utopić, zanim ta atramentowa ryba połknie mój mózg".
    
  Wyraz twarzy Perdue'a natychmiast zmienił się z radosnej głupoty w zatroskany, blady smutek, przepełniony poczuciem winy i niepokojem. Sam odważył się położyć dłoń na ramieniu Perdue'a, niepewny reakcji miliardera. Ale Perdue nic nie zrobił, bo dłoń Sama uspokoiła jego konsternację.
    
  "To właśnie tu robisz? Próbujesz odwrócić pranie mózgu, które ci zrobił ten pieprzony nazista?" - zapytał go bezczelnie Sam. "Ale to dobrze, Purdue. Jak idzie leczenie? Pod wieloma względami znów jesteś sobą".
    
  "Naprawdę?" Purdue zachichotał. "Sam, wiesz, jak to jest nie wiedzieć? To gorsze niż wiedzieć, zapewniam cię. Ale odkryłem, że wiedza rodzi innego demona niż zapomnienie swoich czynów".
    
  "Co masz na myśli?" Sam zmarszczył brwi. "Domyślam się, że wróciły ci jakieś prawdziwe wspomnienia; rzeczy, których wcześniej nie mogłeś sobie przypomnieć?"
    
  Jasnoniebieskie oczy Purdue'a patrzyły prosto przed siebie, w przestrzeń, przez przezroczyste szkła okularów, gdy rozważał opinię Sama, zanim wyjaśnił. Wyglądał niemal szaleńczo w ciemniejącym, mętnym świetle wpadającym przez okno. Jego długie, smukłe palce bawiły się rzeźbieniami na drewnianym poręczy krzesła, jak zahipnotyzowane. Sam uznał, że najlepiej będzie na razie zmienić temat.
    
  "Więc dlaczego, do cholery, nie ma tu łóżka?" - wykrzyknął, rozglądając się po prawie pustym pokoju.
    
  "Nigdy nie śpię."
    
  To było wszystko.
    
  To było wszystko, co Purdue mógł powiedzieć w tej sprawie. Jego brak rozwinięcia zdenerwował Sama, ponieważ stanowił całkowite przeciwieństwo jego charakterystycznego zachowania. Zazwyczaj odrzucał wszelką przyzwoitość i zahamowania i wygadywał przesadzone historie, pełne pytań: co, dlaczego i kto. Teraz zadowalał się samym faktem, więc Sam naciskał na niego nie tylko po to, by wymusił wyjaśnienie, ale także dlatego, że naprawdę chciał wiedzieć. "Wiesz, że to biologicznie niemożliwe, chyba że chcesz umrzeć w ataku psychozy".
    
  Spojrzenie Purdue'a przyprawiło Sama o dreszcze. To było coś pomiędzy szaleństwem a absolutnym szczęściem; spojrzenie karmionego dzikiego zwierzęcia, gdyby Sam musiał zgadywać. Jego blond włosy z siwymi pasemkami były, jak zawsze, boleśnie schludne, zaczesane do tyłu w długie pasma, oddzielające je od siwych baków. Sam wyobraził sobie Purdue'a z rozczochranymi włosami pod wspólnymi prysznicami, te blade, niebieskie, przenikliwe spojrzenia strażników, gdy przyłapywali go na gryzieniu czyjegoś ucha. Najbardziej niepokoiło go to, jak zwyczajny scenariusz nagle wydał się jego przyjacielowi w stanie idealnym. Słowa Purdue'a wyrwały Sama z obrzydliwych myśli.
    
  "A co ty sobie wyobrażasz, że siedzi tu przed tobą, stary gnoju?" Purdue zachichotał, wyglądając na zawstydzonego swoim stanem pod nikłym uśmiechem, który starał się utrzymać. "Tak wygląda psychoza, nie ta hollywoodzka bzdura, gdzie ludzie przesadzają, wyrywają sobie włosy z głowy i piszą swoje imiona gównem na ścianach. To cicha rzecz, cichy, pełzający rak, który sprawia, że przestaje cię obchodzić, co musisz zrobić, żeby przeżyć. Zostajesz sam ze swoimi myślami i zajęciami, nie myśląc o jedzeniu..." Spojrzał na goły kawałek dywanu, gdzie powinno stać łóżko, "...śpię. Na początku moje ciało ugięło się pod naporem odpoczynku. Sam, powinieneś mnie był widzieć. Zrozpaczony i wyczerpany, mdlałem na podłodze". Podszedł bliżej Sama. Dziennikarz poczuł nieprzyjemny zapach perfum i starych papierosów w oddechu Purdue"a.
    
  "Purdue..."
    
  "Nie, nie, pytałeś. Posłuchaj, wszystko w porządku?" - nalegał szeptem Purdue. "Nie spałem od czterech dni z rzędu i wiesz co? Czuję się świetnie! Spójrz na mnie. Czyż nie wyglądam jak okaz zdrowia?"
    
  "Właśnie to mnie martwi, kolego" - skrzywił się Sam, drapiąc się po głowie. Purdue się roześmiał. Nie był to wcale maniakalny chichot, ale cywilizowany, łagodny chichot. Purdue stłumił wesołość i wyszeptał: "Wiesz, co myślę?"
    
  "Że tak naprawdę mnie tu nie ma?" - domyślił się Sam. "Bóg jeden wie, że to nijakie i nudne miejsce zmusiłoby mnie do poważnego zwątpienia w rzeczywistość".
    
  "Nie. Nie. Myślę, że kiedy Czarne Słońce wyprało mi mózg, w jakiś sposób pozbawili mnie potrzeby snu. Musieli przeprogramować mój mózg... odblokować... tę prymitywną moc, której użyli na superżołnierzach podczas II wojny światowej, żeby zamieniać ludzi w zwierzęta. Nie upadli, kiedy zostali postrzeleni, Sam. Oni wciąż lecieli, bez końca..."
    
  "Mam to gdzieś. Wyciągnę cię stąd" - postanowił Sam.
    
  "Jeszcze nie skończyłem leczenia, Sam. Pozwól mi zostać i pozwól im wymazać wszystkie te potworne zachowania" - nalegał Perdue, starając się brzmieć rozsądnie i zdroworozsądkowo, mimo że jedyne, czego pragnął, to uciec z ośrodka i wrócić do domu w Raichtisusis.
    
  "Tak mówisz" - odparł Sam zjadliwie - "ale nie to masz na myśli".
    
  Wyciągnął Perdue z krzesła. Miliarder uśmiechnął się do swojego wybawcy, wyraźnie zainspirowany. "Najwyraźniej nadal potrafisz kontrolować umysły".
    
    
  Rozdział 3 - Postać z brzydkimi słowami
    
    
  Nina obudziła się z uczuciem choroby, ale z pełną świadomością otoczenia. Po raz pierwszy obudziła się bez nagłego wybudzenia przez głos pielęgniarki lub lekarza kuszącego do podania dawki o nieświętej porze. Zawsze fascynowało ją, jak pielęgniarki budziły pacjentów, by dać im "coś na sen" o absurdalnych porach, często między drugą a piątą nad ranem. Logika takich praktyk zupełnie jej nie rozumiała i nie kryła frustracji z powodu takiego idiotyzmu, niezależnie od podawanego wyjaśnienia. Jej ciało bolało pod sadystycznym uciskiem zatrucia radioaktywnego, ale starała się to znosić tak długo, jak mogła.
    
  Ku jej uldze, dowiedziała się od dyżurnego lekarza, że sporadyczne oparzenia na skórze z czasem się zagoją, a ekspozycja, jakiej doznała w pobliżu strefy zero w Czarnobylu, była zaskakująco niewielka jak na tak niebezpieczną strefę. Nudności dokuczały jej codziennie, przynajmniej dopóki nie skończyły się antybiotyki, ale stan jej krwi nadal stanowił poważny problem.
    
  Nina rozumiała jego obawy dotyczące uszkodzenia jej układu autoimmunologicznego, ale dla niej były to gorsze blizny - zarówno emocjonalne, jak i fizyczne. Od czasu wyjścia z tuneli nie była w stanie się dobrze skoncentrować. Nie było jasne, czy było to spowodowane długotrwałym upośledzeniem wzroku spowodowanym godzinami spędzonymi w niemal całkowitej ciemności, czy też narażeniem na wysokie stężenie starego promieniowania jądrowego. Niezależnie od tego, jej trauma emocjonalna była gorsza niż ból fizyczny i pęcherze na skórze.
    
  Dręczyły ją koszmary o Purdue polującym na nią w ciemności. Przywracając drobne fragmenty pamięci, sny przypominały jej jęki, które wydawał po diabolicznym śmiechu gdzieś w piekielnych ciemnościach ukraińskiego podziemia, gdzie byli uwięzieni razem. Przez kolejną kroplówkę, środki uspokajające trzymały jej umysł w zamknięciu, uniemożliwiając jej pełne wybudzenie się i ucieczkę. To była podświadoma udręka, którą nie mogła podzielić się z naukowo nastawionymi, którym zależało jedynie na łagodzeniu jej fizycznych dolegliwości. Nie mieli czasu na jej nadchodzące szaleństwo.
    
  Za oknem migotało blade widmo świtu, choć świat wokół niej wciąż spał. Słabo słyszała ciche głosy i szepty personelu medycznego, przerywane dziwnym brzękiem filiżanek i piecyków do kawy. Przypomniało to Ninie wczesne poranki podczas ferii szkolnych, gdy była małą dziewczynką w Oban. Jej rodzice i ojciec matki szeptali w ten sposób, pakując sprzęt kempingowy na wyprawę na Hebrydy. Starali się nie obudzić małej Niny, pakując samochody, i dopiero pod koniec ojciec wkradał się do jej pokoju, owijał ją kocami jak bułkę do hot dogów i wynosił na mroźne poranne powietrze, by położyć ją na tylnym siedzeniu.
    
  To było miłe wspomnienie, do którego na krótko powróciła w podobny sposób. Dwie pielęgniarki weszły do jej pokoju, żeby sprawdzić kroplówkę i zmienić pościel na pustym łóżku naprzeciwko niej. Chociaż rozmawiały ściszonym głosem, Nina wykorzystała swoją znajomość języka niemieckiego, żeby podsłuchiwać, tak jak robiła to w te poranki, gdy jej rodzina myślała, że twardo śpi. Pozostając nieruchomo i oddychając głęboko przez nos, Ninie udało się oszukać pielęgniarkę dyżurną, która uwierzyła, że twardo śpi.
    
  "Jak się czuje?" zapytała pielęgniarka swoją szefową, zwijając stare prześcieradło, które wyjęła z pustego materaca.
    
  "Jej parametry życiowe są w porządku" - odpowiedziała cicho starsza siostra.
    
  "Chciałam powiedzieć, że powinni byli posmarować mu skórę większą ilością flammazyny przed założeniem mu maski. Myślę, że mam rację. Doktor Hilt nie miał powodu, żeby odgryzać mi głowę" - skarżyła się pielęgniarka na incydent, który Nina uważała za omawiany, zanim do niej przyszli.
    
  "Wiesz, że się z tobą zgadzam, ale musisz pamiętać, że nie możesz kwestionować metod leczenia ani dawek przepisanych - lub podawanych - przez wysoko wykwalifikowanych lekarzy, Marlene. Po prostu zachowaj swoją diagnozę dla siebie, dopóki nie zdobędziesz silniejszej pozycji w łańcuchu pokarmowym, dobrze?" - poradziła pulchna siostra swojej podwładnej.
    
  "Czy będzie zajmował to łóżko, kiedy opuści OIOM, siostro Barken?" - zapytała z ciekawością. "Tutaj? Z doktorem Gouldem?"
    
  "Tak. Czemu nie? To nie jest obóz w średniowieczu ani w szkole podstawowej, moja droga. Wiesz, mamy oddziały specjalne dla mężczyzn". Pielęgniarka Barken uśmiechnęła się lekko, ganiąc oczarowaną pielęgniarkę, o której wiedziała, że uwielbia doktor Ninę Gould. Kto? - zastanowiła się Nina. Z kim, do cholery, zamierzają dzielić pokój, skoro zasługują na taką cholerną uwagę?
    
  "Patrz, doktor Gould marszczy brwi" - zauważyła pielęgniarka Barken, nieświadoma, że to Nina jest niezadowolona z faktu, że wkrótce będzie miała bardzo niechcianą współlokatorkę. Ciche, budzące się myśli zdominowały jej wyraz twarzy. "To pewnie te rozsadzające bóle głowy od promieniowania. Biedactwo". Tak! - pomyślała Nina. "A tak przy okazji, te bóle głowy mnie wykańczają. Twoje środki przeciwbólowe są świetne na imprezę, ale na atak płata czołowego nic nie dają, wiesz?"
    
  Jej silna, zimna dłoń nagle ścisnęła nadgarstek Niny, posyłając wstrząs przez rozgorączkowane ciało historyczki, i tak już wrażliwe na temperaturę. Mimowolnie, duże, ciemne oczy Niny rozszerzyły się.
    
  "Jezu Chryste, kobieto! Chcesz mi rozerwać skórę z mięśni tym lodowatym pazurem?" - krzyknęła. Błyski bólu przeszyły system nerwowy Niny, a jej ogłuszająca reakcja oszołomiła obie pielęgniarki.
    
  "Doktorze Gould!" - wykrzyknęła zaskoczona pielęgniarka Barken, mówiąc bezbłędnie. "Przepraszam bardzo! Powinien pan być pod wpływem środków uspokajających". Po drugiej stronie sali młoda pielęgniarka uśmiechała się od ucha do ucha.
    
  Zdając sobie sprawę, że właśnie przedstawiła swoją farsę w najbardziej brutalny z możliwych sposobów, Nina postanowiła udawać ofiarę, aby ukryć zażenowanie. Natychmiast złapała się za głowę, jęcząc cicho. "Środek uspokajający? Ból przebija wszystkie środki przeciwbólowe. Przepraszam, że panią wystraszyłam, ale... czuję się, jakbym miała skórę w ogniu" - powiedziała Nina. Kolejna pielęgniarka niecierpliwie podeszła do jej łóżka, wciąż uśmiechając się jak fanka, która dostała przepustkę za kulisy.
    
  "Siostro Marx, czy byłaby pani tak miła i przyniosła doktorowi Gouldowi coś na ból głowy?" - zapytała siostra Barken. "Bitte" - powiedziała nieco głośniej, żeby odwrócić uwagę młodej Marlene Marx od jej głupiej fiksacji.
    
  "Yyy, tak, oczywiście, siostro" - odpowiedziała, niechętnie przyjmując zadanie, po czym niemal wyskoczyła z pokoju.
    
  "Słodka dziewczynka" - powiedziała Nina.
    
  "Proszę jej wybaczyć. Tak naprawdę to jej matka - są twoimi wielkimi fankami. Wiedzą wszystko o twoich podróżach, a niektóre rzeczy, o których pisałeś, całkowicie urzekły pielęgniarkę Marks. Więc proszę zignoruj jej wzrok" - wyjaśniła uprzejmie pielęgniarka Barken.
    
  Nina od razu przeszła do konkretów, dopóki nie wytrącił ich z równowagi śliniący się szczeniak w uniformie medycznym, który miał wkrótce wrócić. "To kto tam będzie spał? Ktoś znajomy?"
    
  Pielęgniarka Barken pokręciła głową. "Myślę, że on nawet nie powinien wiedzieć, kim naprawdę jest" - wyszeptała. "Z zawodowego punktu widzenia nie mogę się dzielić, ale skoro będzie pani dzielić pokój z nowym pacjentem..."
    
  "Guten Morgen, siostro" - powiedział mężczyzna od progu. Jego słowa były stłumione przez maskę chirurgiczną, ale Nina wyczuła, że jego akcent nie był autentycznie niemiecki.
    
  "Przepraszam, doktorze Gould" - powiedziała pielęgniarka Barken, podchodząc do wysokiej postaci. Nina słuchała uważnie. O tej porze, kiedy panowała senność, w pokoju panowała jeszcze względna cisza, co ułatwiało słuchanie, zwłaszcza gdy Nina zamknęła oczy.
    
  Lekarz zapytał pielęgniarkę Barken o młodego mężczyznę, którego przywieziono poprzedniej nocy, i o to, dlaczego pacjenta nie ma już na oddziale, który Nina nazywała "oddziałem nr 4". Poczuła skurcz żołądka, gdy pielęgniarka poprosiła lekarza o okazanie dokumentu tożsamości, a on odpowiedział groźbą.
    
  "Siostro, jeśli nie dasz mi potrzebnych informacji, ktoś umrze, zanim zdążysz wezwać ochronę. Zapewniam cię o tym".
    
  Ninie zaparło dech w piersiach. Co on planował zrobić? Nawet z szeroko otwartymi oczami ledwo widziała, więc próba zapamiętania jego rysów twarzy była praktycznie bezcelowa. Najlepiej było po prostu udawać, że nie zna niemieckiego i że i tak jest zbyt senna, żeby cokolwiek słyszeć.
    
  "Nie. Myślisz, że to pierwszy raz w ciągu dwudziestu siedmiu lat mojej pracy medycznej, kiedy szarlatan próbuje mnie zastraszyć? Wynoś się, albo sama cię pobiję" - zagroziła siostra Barken. Pielęgniarka nic nie powiedziała, ale Nina wyczuła szaleńczą szarpaninę, a potem niespokojną ciszę. Odważyła się odwrócić głowę. Kobieta stała niewzruszenie w drzwiach, ale nieznajomy zniknął.
    
  "To było za proste" - powiedziała Nina pod nosem, ale dla dobra wszystkich udawała głupią. "Czy to mój lekarz?"
    
  "Nie, moja droga" - odpowiedziała pielęgniarka Barken. "I proszę, jeśli go pani zobaczy ponownie, proszę natychmiast powiadomić mnie lub kogokolwiek z personelu". Wyglądała na bardzo zirytowaną, ale nie okazywała strachu, gdy dołączyła do Niny przy jej łóżku. "Powinni przyjąć nowego pacjenta w ciągu najbliższego dnia. Na razie ustabilizowali jego stan. Ale proszę się nie martwić, jest mocno znieczulony. Nie będzie dla pani problemem".
    
  "Jak długo będę tu uwięziona?" - zapytała Nina. "I nie mów mi, dopóki nie wyzdrowieję".
    
  Pielęgniarka Barken zachichotała. "Proszę mi powiedzieć, doktorze Gould. Zadziwił pan wszystkich swoją zdolnością do zwalczania infekcji i wykazał pan zdolności lecznicze graniczące z nadprzyrodzonymi. Kim pan jest, jakimś wampirem?"
    
  Humor pielęgniarki był jak najbardziej mile widziany. Nina z zadowoleniem zauważyła, że niektórzy ludzie wciąż odczuwają pewien rodzaj zachwytu. Ale nawet najbardziej otwartym umysłom nie potrafiła powiedzieć, że jej nadprzyrodzone zdolności uzdrawiania były wynikiem transfuzji krwi, którą otrzymała wiele lat wcześniej. U bram śmierci Ninę uratowała krew wyjątkowo okrutnego wroga, niemal pozostałość po eksperymentach Himmlera nad stworzeniem nadczłowieka, cudownej broni. Miała na imię Lita i była potworem o prawdziwie potężnej krwi.
    
  "Może uszkodzenia nie były tak poważne, jak początkowo sądzili lekarze" - odpowiedziała Nina. "Poza tym, skoro goję się tak dobrze, to dlaczego tracę wzrok?"
    
  Siostra Barken położyła kojąco dłoń na czole Niny. "Może to po prostu objaw zaburzeń elektrolitowych lub niskiego poziomu insuliny, moja droga. Jestem pewna, że wkrótce odzyskasz wzrok. Nie martw się. Jeśli będziesz kontynuować dobrą pracę, wkrótce stąd wyjdziesz".
    
  Nina miała nadzieję, że przypuszczenie kobiety było słuszne, bo musiała znaleźć Sama i zapytać o Purdue. Potrzebowała też nowego telefonu. Do tej pory po prostu sprawdzała wiadomości, czy coś się dzieje z Purdue, bo mógł być na tyle sławny, żeby trafić na pierwsze strony gazet w Niemczech. Chociaż próbował ją zabić, miała nadzieję, że nic mu nie jest - gdziekolwiek się znajduje.
    
  "Czy mężczyzna, który mnie tu przyprowadził... kiedykolwiek powiedział, że wróci?" Nina zapytała o Detlefa Holzera, znajomego, którego skrzywdziła, zanim uratował ją przed Purdue i żyłami diabła pod niesławnym reaktorem nr 4 w Czarnobylu.
    
  "Nie, nie mieliśmy od niego żadnych wieści od tamtej pory" - przyznała siostra Barkena. "Przecież on w żadnym wypadku nie był moim chłopakiem, prawda?"
    
  Nina uśmiechnęła się, wspominając słodkiego, tępego ochroniarza, który pomógł jej, Samowi i Perdue znaleźć słynną Bursztynową Komnatę, zanim wszystko się rozpadło na Ukrainie. "Nie facet" - uśmiechnęła się do mglistego obrazu swojej siostry karmiącej. "Wdowiec".
    
    
  Rozdział 4 - Urok
    
    
  "Jak się czuje Nina?" - Purdue zapytał Sama, kiedy wychodzili z pokoju bez łóżek, mając za bagaż płaszcz Purdue"a i małą walizkę.
    
  "Detlef Holzer umieścił ją w szpitalu w Heidelbergu. Planuję ją odwiedzić za tydzień, może dwa" - wyszeptał Sam, rozglądając się po korytarzu. "Dobrze, że Detlef jest taki wyrozumiały, bo inaczej twoja dupa już by się włóczyła po Prypeci".
    
  Rozejrzawszy się w lewo i prawo, Sam gestem dał znak przyjacielowi, żeby poszedł za nim w prawo, gdzie skierował się w stronę schodów. Usłyszeli głosy kłócące się na półpiętrze. Po chwili wahania Sam zatrzymał się i udawał, że jest pochłonięty rozmową telefoniczną.
    
  "Oni nie są agentami Szatana, Sam. Daj spokój" - zaśmiał się Purdue, ciągnąc Sama za rękaw, mijając dwóch woźnych, którzy rozmawiali o niczym. "Oni nawet nie wiedzą, że jestem pacjentem. Z tego, co wiedzą, ty jesteś moim pacjentem".
    
  "Panie Perdue!" krzyknęła kobieta z tyłu, strategicznie przerywając wypowiedź Perdue.
    
  "Idź dalej" - mruknął Perdue.
    
  "Dlaczego?" - zażartował głośno Sam. "Myślą, że jestem twoim pacjentem, pamiętasz?"
    
  "Sam! Na litość boską, kontynuuj" - nalegał Perdue, tylko trochę rozbawiony dziecinnym okrzykiem Sama.
    
  "Panie Purdue, proszę się zatrzymać. Muszę z panem zamienić kilka słów" - powtórzyła kobieta. Przerwał z westchnieniem i odwrócił się do atrakcyjnej kobiety. Sam odchrząknął. "Proszę, powiedz mi, że to pańska lekarka, Purdue. Bo... cóż, lada dzień może mi zrobić pranie mózgu".
    
  "Wygląda na to, że już to zrobiła" - mruknął Perdue, rzucając ostre spojrzenie swojemu partnerowi.
    
  "Nie miałam przyjemności" - uśmiechnęła się, spotykając wzrok Sama.
    
  "Chciałbyś?" zapytał Sam, otrzymując potężny cios łokciem od Purdue.
    
  "Przepraszam?" zapytała, dołączając do nich.
    
  "Jest trochę nieśmiały" - skłamał Perdue. "Obawiam się, że musi nauczyć się mówić głośniej. Musi wydawać się taki niegrzeczny, Melisso. Przepraszam".
    
  "Melissa Argyle" - uśmiechnęła się, przedstawiając się Samowi.
    
  "Sam Cleave" - powiedział po prostu, monitorując tajne sygnały Purdue na swoim urządzeniu peryferyjnym. "Czy jesteś maszyną do prania mózgu pana Purdue...?"
    
  "...psycholog prowadzący?" zapytał Sam, zamykając bezpiecznie swoje myśli.
    
  Uśmiechnęła się nieśmiało, rozbawiona. "Nie! Och, nie. Chciałabym mieć taką władzę. Jestem tu w Sinclair tylko szefową administracji, odkąd Ella poszła na urlop macierzyński".
    
  "Więc wyjeżdżasz za trzy miesiące?" Sam udał żal.
    
  "Obawiam się, że tak" - odpowiedziała. "Ale wszystko będzie dobrze. Mam pracę na pół etatu na Uniwersytecie Edynburskim jako asystentka lub doradczyni dziekana Wydziału Psychologii".
    
  "Słyszałeś, Purdue?" Sam był pod ogromnym wrażeniem. "Jest w Forcie Edynburg! Świat jest mały. Ja też tam bywam, ale głównie w celach informacyjnych, kiedy pracuję nad swoimi zadaniami".
    
  "O, racja" - uśmiechnął się Perdue. "Wiem, gdzie ona jest - na służbie".
    
  "Kto twoim zdaniem dał mi to stanowisko?" - zemdlała i spojrzała na Perdue z bezgranicznym uwielbieniem. Sam nie mógł przegapić okazji do psoty.
    
  "Och, tak? Jesteś starym draniem, Dave! Pomagasz utalentowanym, obiecującym naukowcom zdobyć etat, nawet jeśli nie dostajesz uznania ani nic. Czyż on nie jest najlepszy, Melisso?" Sam pochwalił przyjaciela, wcale nie wprowadzając Purdue w błąd, ale Melissa była przekonana o jego szczerości.
    
  "Tak wiele zawdzięczam panu Purdue" - zaćwierkała. "Mam tylko nadzieję, że wie, jak bardzo to doceniam. Właściwie to on dał mi ten długopis". Przesunęła grzbietem długopisu po swojej ciemnoróżowej szmince z lewej na prawą, podświadomie flirtując, a jej żółte loki ledwo zasłaniały twarde sutki, widoczne spod beżowego kardiganu.
    
  "Jestem pewien, że Pen również docenia twoje wysiłki" - powiedział Sam bez ogródek.
    
  Perdue zbladła, w myślach krzycząc do Sama, żeby się zamknął. Blondynka natychmiast przestała ssać dłoń, zdając sobie sprawę z tego, co robi. "Co pan ma na myśli, panie Cleve?" zapytała surowo. Sam nie dał się zbić z tropu.
    
  "No wiesz, Pen byłby wdzięczny, gdybyś wypisał pana Perdue za kilka minut" - Sam uśmiechnął się pewnie. Perdue nie mógł w to uwierzyć. Sam był zajęty wykorzystywaniem swojego dziwnego talentu na Melissie, zmuszając ją do robienia tego, czego chciał, uświadomił sobie natychmiast. Starając się nie uśmiechać na bezczelność dziennikarki, zachował miły wyraz twarzy.
    
  "Oczywiście" - uśmiechnęła się promiennie. "Pozwólcie mi tylko przynieść wasze dokumenty rezygnacyjne i spotkam się z wami w holu za dziesięć minut".
    
  "Dziękuję bardzo, Melisso" - zawołał za nią Sam, schodząc po schodach.
    
  Powoli obrócił głowę i zobaczył dziwny wyraz twarzy Purdue.
    
  "Jesteś niepoprawny, Sam Cleve" - skarcił go.
    
  Sam wzruszył ramionami.
    
  "Przypomnij mi, żebym kupił ci Ferrari na Gwiazdkę" - uśmiechnął się szeroko. "Ale najpierw będziemy pić do Hogmanay i dłużej!"
    
  "Rocktober był w zeszłym tygodniu, nie wiedziałeś?" - rzekł Sam rzeczowo, gdy oboje schodzili do recepcji na pierwszym piętrze.
    
  "Tak".
    
  Przy recepcji, zdenerwowana dziewczyna, którą Sam wcześniej zdezorientował, znów wpatrywała się w niego. Purdue nie musiał pytać. Mógł się tylko domyślać, jakie gierki umysłowe Sam musiał prowadzić z tą biedną dziewczyną. "Wiesz, że kiedy używasz swoich mocy w złym celu, bogowie ci je odbiorą, prawda?" - zapytał Sama.
    
  "Ale nie używam ich w złym celu. Wyciągam stąd mojego starego przyjaciela" - bronił się Sam.
    
  "Nie ja, Sam. Kobiety" - Perdue poprawił to, co Sam już wiedział, że miał na myśli. "Spójrz na ich twarze. Coś ty zrobił".
    
  "Niestety, niczego, czego by żałowali. Może powinienem po prostu pozwolić sobie na odrobinę kobiecej uwagi, z pomocą bogów, co?" Sam próbował wzbudzić współczucie u Purdue, ale otrzymał jedynie nerwowy uśmiech.
    
  "Najpierw wydostańmy się stąd bezkarnie, staruszku" - przypomniał Samowi.
    
  "Ha, dobry dobór słów, proszę pana. O, patrz, oto Melissa" - uśmiechnął się figlarnie do Perdue. "Jak ona zasłużyła na to Caran d"Ache? Z tymi różowymi ustami?"
    
  "Ona jest objęta jednym z moich programów opiekuńczych, Sam, podobnie jak wiele innych młodych kobiet... i mężczyzn, jeśli o to chodzi" - bronił się beznadziejnie Perdue, doskonale wiedząc, że Sam go oszukuje.
    
  "Hej, twoje upodobania nie mają ze mną nic wspólnego" - przedrzeźnił go Sam.
    
  Po tym, jak Melissa podpisała dokumenty o wypisie Perdue'a, bez wahania dotarł do samochodu Sama po drugiej stronie rozległego ogrodu botanicznego otaczającego budynek. Jak dwaj chłopcy na wagarach, wybiegli z budynku.
    
  "Masz jaja, Sam Cleve. Przyznaję" - zaśmiał się Perdue, przechodząc obok ochrony z podpisanymi dokumentami zwolnienia.
    
  "Wierzę w to. Udowodnijmy to" - zażartował Sam, wsiadając do samochodu. Zaskoczony wyraz twarzy Perdue'a skłonił go do ujawnienia sekretnego miejsca imprezy, o którym wspominał. "Jedziemy na zachód od North Berwick... do miasteczka z namiotami piwnymi... i będziemy nosić kilty!"
    
    
  Rozdział 5 - Ukryty Marduk
    
    
  Pozbawiona okien i wilgotna piwnica leżała w milczeniu, czekając na pełzający cień, który przesuwał się wzdłuż ściany, sunąc w dół po schodach. Niczym prawdziwy cień, mężczyzna, który go rzucał, poruszał się bezszelestnie, dyskretnie zbliżając się do jedynego pustego miejsca, w którym mógł się ukryć na tyle długo, by zdążyć na zmianę warty. Wyczerpany olbrzym starannie planował swój kolejny ruch, ale nie zapominał o rzeczywistości - musiał się ukrywać przez co najmniej kolejne dwa dni.
    
  Ostateczną decyzję podjął po dokładnym przejrzeniu grafiku personelu na drugim piętrze, gdzie administrator przypiął tygodniowy harmonogram do tablicy ogłoszeń w pokoju nauczycielskim. W kolorowym dokumencie w Excelu zauważył nazwisko upartej pielęgniarki i szczegóły jej dyżuru. Nie chciał się z nią więcej spotykać, a ona miała jeszcze dwa dni pracy, więc nie miał wyboru i musiał zaszyć się w betonowej samotności słabo oświetlonej kotłowni, gdzie jedyną rozrywką była bieżąca woda.
    
  Co za katastrofa, pomyślał. Ale ostatecznie dotarcie do pilota Olafa Lanhagena, który do niedawna służył w jednostce Luftwaffe w bazie lotniczej Büchner, było warte czekania. Czyhający starzec nie mógł za żadną cenę pozwolić, by ciężko ranny pilot przeżył. To, co młody człowiek mógłby zrobić, gdyby go nie zatrzymano, było po prostu zbyt ryzykowne. Rozpoczęło się długie oczekiwanie na oszpeconego myśliwego, uosobienie cierpliwości, ukrywającego się teraz w głębi heidelberskiego ośrodka medycznego.
    
  Trzymał w dłoniach maskę chirurgiczną, którą właśnie zdjął, zastanawiając się, jak to będzie chodzić wśród ludzi bez żadnego zakrycia na twarzy. Ale po takiej refleksji zrodziła się w nim nieodparta pogarda dla tego pragnienia. Musiał przyznać przed sobą, że chodzenie w świetle dziennym bez maski byłoby dla niego bardzo niekomfortowe, choćby z powodu dyskomfortu, jaki by mu to sprawiało.
    
  Nagi.
    
  Czułby się nagi, jałowy, bez względu na to, jak pozbawiona wyrazu była teraz jego twarz, gdyby został zmuszony do ujawnienia światu swojej wady. I zastanawiał się, jak to jest wyglądać normalnie z definicji, siedząc w cichym mroku wschodniego kąta piwnicy. Nawet gdyby nie był zdeformowany i miał akceptowalną twarz, czułby się odsłonięty i strasznie rzucający się w oczy. Właściwie, jedynym pragnieniem, jakie mógł ocalić od tej myśli, był przywilej swobodnej mowy. Nie, zmienił zdanie. Zdolność mówienia nie byłaby jedyną rzeczą, która dawałaby mu przyjemność; sama radość z uśmiechania się byłaby jak nieuchwytny sen uchwycony w pamięci.
    
  W końcu zwinął się pod szorstkim kocem ze skradzionej pościeli, uprzejmości pralni. Zwinął kilka zakrwawionych, płóciennych prześcieradeł, które znalazł w jednym z płóciennych pojemników, żeby izolować odwodnione ciało od twardej podłogi. W końcu jego wystające kości zostawiały siniaki nawet na najmiększym materacu, a tarczyca nie pozwalała mu wchłonąć ani kropli miękkiej, lipidowej tkanki, która zapewniała komfortową amortyzację.
    
  Choroba z dzieciństwa jedynie pogłębiła jego wadę wrodzoną, zamieniając go w cierpiącego potwora. Ale to była jego klątwa - dorównać błogosławieństwu bycia tym, kim był, zapewniał siebie. Początkowo Peter Marduk z trudem to akceptował, ale gdy odnalazł swoje miejsce na świecie, jego cel stał się jasny. Oszpecenie, fizyczne czy duchowe, musiało ustąpić miejsca roli nadanej mu przez okrutnego Stwórcę, który go stworzył.
    
  Minął kolejny dzień, a on pozostał niezauważony, co było jego największą umiejętnością w każdym przedsięwzięciu. Peter Marduk, siedemdziesięcioośmioletni, położył głowę na cuchnącej pościeli, żeby się przespać i poczekać na kolejny dzień. Zapach mu nie przeszkadzał. Jego zmysły były niezwykle wybiórcze; to jedno z błogosławieństw, którymi został przeklęty, gdy nie miał nosa. Kiedy chciał wytropić zapach, jego węch był jak u rekina. Z drugiej strony, potrafił wykorzystać węch przeciwny. Właśnie to teraz robił.
    
  Jego węch się wyłączył, nastawił uszy, nasłuchując każdego normalnie niesłyszalnego dźwięku podczas snu. Na szczęście, po ponad dwóch dniach bezsenności, starzec zamknął oczy - swoje zadziwiająco normalne oczy. Z oddali słyszał skrzypienie kół wózka pod ciężarem obiadu na Oddziale B tuż przed godzinami odwiedzin. Utrata przytomności pozostawiła go ślepym i spokojnym, z nadzieją na sen bez snów, dopóki zadanie nie zbudzi go z letargu i nie zmusi do ponownego wykonania zadania.
    
    
  * * *
    
    
  "Jestem taka zmęczona" - powiedziała Nina do pielęgniarki Marks. Młoda pielęgniarka miała nocny dyżur. Od czasu spotkania z dr Niną Gould w ciągu ostatnich dwóch dni, nieco odrzuciła swoje miłosne maniery i okazywała choremu historykowi więcej profesjonalnego ciepła.
    
  "Zmęczenie jest częścią choroby, doktorze Gould" - powiedziała ze współczuciem do Niny, poprawiając poduszki.
    
  "Wiem, ale nie czułam się tak zmęczona, odkąd mnie przyjęli. Podali mi środek uspokajający?"
    
  "Pozwól mi zobaczyć" - zaproponowała pielęgniarka Marks. Wyciągnęła kartę choroby Niny ze schowka u stóp łóżka i powoli przekartkowała strony. Jej niebieskie oczy przesunęły się po lekach podawanych w ciągu ostatnich dwunastu godzin, po czym powoli pokręciła głową. "Nie, doktorze Gould. Nie widzę tu niczego poza lekiem miejscowym w kroplówce. Oczywiście żadnych środków uspokajających. Czy jest pan śpiący?"
    
  Marlene Marx delikatnie wzięła Ninę za rękę i sprawdziła jej parametry życiowe. "Tętno jest dość słabe. Pozwól, że sprawdzę ciśnienie".
    
  "O mój Boże, czuję, że nie mogę unieść rąk, siostro Marx" - westchnęła ciężko Nina. "Czuję się jakby..." Nie wiedziała, jak zapytać, ale w świetle objawów czuła, że musi. "Byłaś kiedyś na prochach?"
    
  Wyglądając na nieco zaniepokojoną, że Nina wie, jak to jest być pod wpływem Rohypnolu, pielęgniarka ponownie pokręciła głową. "Nie, ale mam dobre pojęcie, jak taki lek wpływa na ośrodkowy układ nerwowy. Czy to właśnie czujesz?"
    
  Nina skinęła głową, ledwo otwierając oczy. Pielęgniarka Marks z niepokojem zauważyła, że ciśnienie krwi Niny jest ekstremalnie niskie, gwałtownie spadając w sposób całkowicie sprzeczny z jej wcześniejszymi przewidywaniami. "Moje ciało jest jak kowadło, Marlene" - mruknęła cicho Nina.
    
  "Proszę zaczekać, doktorze Gould" - nalegała pielęgniarka, starając się mówić ostro i głośno, by obudzić umysł Niny, która biegła zawołać kolegów. Wśród nich był dr Eduard Fritz, lekarz, który leczył młodego mężczyznę, który przybył dwie noce później z oparzeniami drugiego stopnia.
    
  "Doktorze Fritz!" - zawołała pielęgniarka Marks tonem, który nie zaalarmowałby innych pacjentów, ale przekazałby personelowi medycznemu poczucie pilności. "Ciśnienie krwi doktor Gould gwałtownie spada i z trudem udaje mi się utrzymać ją przytomną!"
    
  Zespół pobiegł do Niny i odsłonił zasłony. Reakcja personelu na widok małej kobiety samotnie zajmującej pokój dwuosobowy była oszołomiona. W godzinach odwiedzin nie było takiego zdarzenia od dawna, a wielu odwiedzających i pacjentów czekało, aby upewnić się, że pacjentka jest cała i zdrowa.
    
  "To wygląda jak z "Anatomii Graya" - usłyszała pielęgniarka Marks, jak kobieta, która biegła z lekami, o które prosił dr Fritz, powiedziała do męża. Ale Marks zależało tylko na tym, żeby sprowadzić dr Gould z powrotem, zanim ta całkowicie zemdleje. Dwadzieścia minut później ponownie rozsunęli zasłony, rozmawiając szeptem z uśmiechem. Po ich minach przechodnie widzieli, że stan pacjenta się ustabilizował i powrócił do gwarnej atmosfery, która zazwyczaj kojarzy się z tą porą nocy w szpitalu.
    
  "Dzięki Bogu udało nam się ją uratować" - westchnęła siostra Marks, opierając się o ladę recepcyjną, by napić się kawy. Stopniowo odwiedzający zaczęli opuszczać oddział, żegnając się z uwięzionymi bliskimi do jutra. Stopniowo korytarze stawały się cichsze, a odgłosy kroków i stłumione głosy cichły. Dla większości personelu ulgą był krótki odpoczynek przed ostatnimi dyżurami tego wieczoru.
    
  "Doskonała robota, siostro Marx" - uśmiechnął się dr Fritz. Mężczyzna rzadko się uśmiechał, nawet w najlepszych chwilach. W rezultacie wiedziała, że jego słowa zostaną docenione.
    
  "Dziękuję, doktorze" - odpowiedziała skromnie.
    
  "Rzeczywiście, gdybyście nie zareagowali natychmiast, moglibyśmy dziś wieczorem stracić dr Gould. Obawiam się, że jej stan jest poważniejszy, niż wskazuje na to jej biologia. Muszę przyznać, że byłem tym zdezorientowany. Mówi pan, że miała wadę wzroku?"
    
  "Tak, doktorze. Skarżyła się, że ma niewyraźny wzrok aż do wczorajszego wieczoru, kiedy to wprost użyła słów "ślepnie". Ale nie byłam w stanie jej udzielić żadnej rady, ponieważ nie mam pojęcia, co mogło być tego przyczyną poza ewidentnym niedoborem odporności" - zasugerowała siostra Marks.
    
  "Właśnie to w tobie lubię, Marlene" - powiedział. Nie uśmiechał się, ale mimo to jego wypowiedź była pełna szacunku. "Znasz swoje miejsce. Nie udajesz lekarza i nie ośmielasz się mówić pacjentom, co twoim zdaniem ich trapi. Zostawiasz to profesjonalistom, i to dobrze. Z takim nastawieniem daleko zajdziesz pod moją opieką".
    
  Mając nadzieję, że dr Hilt nie powtórzył jej poprzedniego zachowania, Marlene tylko się uśmiechnęła, ale jej serce zabiło z dumy, gdy dr Fritz wyraził aprobatę. Był czołowym ekspertem w dziedzinie diagnostyki szerokospektralnej, obejmującej różne dziedziny medycyny, a mimo to pozostał skromnym lekarzem i konsultantem. Biorąc pod uwagę jego osiągnięcia zawodowe, dr Fritz był stosunkowo młody. Mając nieco ponad czterdzieści lat, był już autorem kilku nagradzanych artykułów i prowadził wykłady na całym świecie podczas urlopów naukowych. Jego opinie były wysoko cenione przez większość naukowców medycznych, a zwłaszcza przez skromne pielęgniarki, takie jak Marlene Marx, która właśnie ukończyła staż.
    
  To była prawda. Marlene znała swoje miejsce u jego boku. Nieważne, jak szowinistycznie czy seksistowsko brzmiała wypowiedź dr. Fritza, wiedziała, co miał na myśli. Jednak wiele innych pracownic nie zrozumiałoby jej znaczenia tak dobrze. Dla nich jego władza była egoistyczna, niezależnie od tego, czy na nią zasługiwał, czy nie. Postrzegały go jako mizogina zarówno w miejscu pracy, jak i w społeczeństwie, często rozmawiającego o swojej orientacji seksualnej. Ale on nie zwracał na nie uwagi. Po prostu stwierdzał oczywistość. Wiedział lepiej, a one nie były uprawnione do natychmiastowego postawienia diagnozy. Dlatego nie miały prawa wyrażać swoich opinii, a tym bardziej gdy on był zobowiązany to zrobić w sposób właściwy.
    
  "Patrz szybciej, Marks" - powiedział jeden z sanitariuszy, przechodząc obok.
    
  "Dlaczego? Co się dzieje?" - zapytała, szeroko otwierając oczy. Zwykle modliła się o odrobinę ruchu na nocnej zmianie, ale Marlen już dość się nacierpiała jak na jedną noc.
    
  "Przenosimy Freddy"ego Kruegera do kobiety z Czarnobyla" - odpowiedział, gestem dając jej znać, żeby zaczęła przygotowywać łóżko do przeprowadzki.
    
  "Hej, okaż trochę szacunku temu biedakowi, idioto" - powiedziała do sanitariusza, który tylko roześmiał się na jej upomnienie. "To czyjś syn, wiesz!"
    
  Otworzyła łóżko dla nowego lokatora w przyćmionym, samotnym świetle nad głową. Odchylając koce i prześcieradło, tworząc zgrabny trójkąt, Marlene zastanowiła się, choćby przez chwilę, nad losem biednego młodego mężczyzny, który stracił większość rysów twarzy, nie wspominając o zdolnościach, z powodu poważnego uszkodzenia nerwów. Doktor Gould przeniósł się do zaciemnionej części pokoju, oddalonej o kilka stóp, udając dla odmiany, że jest wypoczęty.
    
  Przyjęli nowego pacjenta z minimalnymi utrudnieniami i przenieśli go na nowe łóżko, wdzięczni, że nie obudził się z bólu, który niewątpliwie byłby potworny podczas ich zabiegu. Po jego ułożeniu po cichu wyszli, podczas gdy w piwnicy wszyscy spali równie twardo, stanowiąc bezpośrednie zagrożenie.
    
    
  Rozdział 6 - Dylemat Luftwaffe
    
    
  "O mój Boże, Schmidt! Jestem dowódcą, Generalnym Inspektorem Dowództwa Luftwaffe!" - krzyknął Harold Mayer w rzadkim momencie utraty panowania nad sobą. "Ci dziennikarze będą chcieli wiedzieć, dlaczego zaginiony pilot użył jednego z naszych myśliwców bez pozwolenia mojego biura ani Dowództwa Operacji Połączonych Bundeswehry! A ja dopiero teraz dowiaduję się, że kadłub został odkryty przez naszych ludzi - i ukryty?"
    
  Gerhard Schmidt, zastępca dowódcy, wzruszył ramionami i spojrzał na zarumienioną twarz swojego przełożonego. Generał porucznik Harold Meyer nie był człowiekiem, który traci panowanie nad emocjami. Scena rozgrywająca się przed Schmidtem była niezwykle nietypowa, ale doskonale rozumiał, dlaczego Meyer zareagował w ten sposób. Sprawa była bardzo poważna i wkrótce jakiś wścibski dziennikarz odkryje prawdę o pilocie, który uciekł samotnie jednym z ich samolotów wartych milion euro.
    
  "Czy znaleźli już pilota Lö Wenhagena?" - zapytał Schmidta, oficera, który miał nieszczęście zostać mianowany, aby przekazać mu szokujące wieści.
    
  "Nie. Na miejscu zdarzenia nie znaleziono ciała, co pozwala nam sądzić, że wciąż żyje" - odpowiedział zamyślony Schmidt. "Ale trzeba też wziąć pod uwagę, że mógł zginąć w katastrofie. Wybuch mógł zniszczyć jego ciało, Haroldzie".
    
  "Całe to gadanie o "mógł" i "może musieć" - to mnie najbardziej martwi. Martwi mnie niepewność tego, co wyniknie z całej tej sprawy, nie wspominając o tym, że w niektórych naszych eskadrach ludzie są na krótkoterminowych urlopach. Po raz pierwszy w mojej karierze czuję się nieswojo" - przyznał Meyer, w końcu siadając na chwilę, by pomyśleć. Nagle podniósł wzrok, krzyżując stalowe spojrzenie Schmidta, ale patrzył dalej niż twarz podwładnego. Minęła chwila, zanim Meyer podjął ostateczną decyzję. "Schmidt..."
    
  "Tak, proszę pana?" Schmidt szybko odpowiedział, chcąc wiedzieć, w jaki sposób dowódca uchroni ich wszystkich przed hańbą.
    
  "Znajdź trzech ludzi, którym ufasz. Potrzebuję inteligentnych ludzi, z mózgami i siłą, przyjacielu. Ludzi takich jak ty. Muszą zrozumieć, w jakich tarapatach się znaleźliśmy. To koszmar wizerunkowy, który tylko czeka, żeby się wydarzyć. Ja - i prawdopodobnie ty też - prawdopodobnie zostaniemy zwolnieni, jeśli to, co ten mały dupek zdołał zrobić przed naszymi nosami, wyjdzie na jaw" - powiedział Meyer, znów odchodząc od tematu.
    
  "I potrzebujemy, żeby go namierzyć?" zapytał Schmidt.
    
  "Tak. I wiesz, co zrobić, jeśli go znajdziesz. Kieruj się własnym rozsądkiem. Jeśli chcesz, przesłuchaj go, żeby dowiedzieć się, jakie szaleństwo popchnęło go do tego głupiego aktu odwagi - wiesz, jakie miał intencje" - zasugerował Meyer. Pochylił się do przodu, opierając brodę na złożonych dłoniach. "Ale Schmidt, jeśli choć trochę źle oddycha, wyrzuć go. W końcu jesteśmy żołnierzami, a nie nianiami ani psychologami. Zbiorowe dobro Luftwaffe jest o wiele ważniejsze niż jeden maniakalny idiota, który ma coś do udowodnienia, rozumiesz?"
    
  "Całkowicie" - zgodził się Schmidt. Nie tylko chciał zadowolić swojego przełożonego; szczerze podzielał jego zdanie. Obaj nie przeszli lat testów i szkoleń w niemieckich siłach powietrznych po to, by zostać zniszczeni przez jakiegoś zarozumiałego pilota. W rezultacie Schmidt był potajemnie podekscytowany misją, którą otrzymał. Uderzył się dłońmi w uda i wstał. "Zrobione. Daj mi trzy dni na zebranie mojego trio, a potem będziemy ci codziennie składać raporty".
    
  Meyer skinął głową, nagle czując ulgę z powodu współpracy z człowiekiem o podobnych poglądach. Schmidt włożył czapkę i z uśmiechem zasalutował ceremonialnie. "To znaczy, jeśli rozwiązanie tego dylematu zajmie nam tyle czasu".
    
  "Miejmy nadzieję, że pierwsza wiadomość będzie ostatnią" - odpowiedział Meyer.
    
  "Będziemy w kontakcie" - obiecał Schmidt, opuszczając biuro, po czym Meyer poczuł się znacznie lepiej.
    
    
  * * *
    
    
  Gdy Schmidt wybrał trzech ludzi, przeprowadził z nimi instruktaż pod przykrywką tajnej operacji. Mieli ukryć informacje o misji przed wszystkimi innymi, w tym przed rodzinami i współpracownikami. Z wielkim taktem oficer zapewnił swoich ludzi, że misja opiera się na skrajnej stronniczości. Wybrał trzech potulnych, inteligentnych mężczyzn o różnych stopniach z różnych jednostek bojowych. To było wszystko, czego potrzebował. Nie zawracał sobie głowy szczegółami.
    
  "Więc, panowie, przyjmujecie czy odrzucacie?" - zapytał w końcu ze swojego prowizorycznego podium, stojącego na podwyższeniu z betonu w warsztacie konserwacyjnym bazy. Surowy wyraz jego twarzy i następująca po nim cisza oddawały wagę misji. "Dajcie spokój, chłopaki, to nie są oświadczyny! Tak czy nie! To prosta misja: znajdźcie i zniszczcie mysz w naszym zbiorniku na pszenicę, chłopaki".
    
  "Jestem za."
    
  "Ach, danke Himmelfarb! Wiedziałem, że wybrałem właściwego mężczyznę, kiedy wybrałem ciebie" - powiedział Schmidt, stosując psychologię odwrotną, by ponaglić pozostałą dwójkę. Dzięki presji otoczenia ostatecznie mu się udało. Wkrótce potem rudowłosy demon imieniem Kohl stuknął obcasami w swoim typowym, popisowym stylu. Oczywiście, ostatni mężczyzna, Werner, musiał ustąpić. Opierał się, ale tylko dlatego, że planował trochę pobawić się w Dillenburgu przez następne trzy dni, a mała wycieczka Schmidta pokrzyżowała mu plany.
    
  "Chodźmy dorwać tego małego drania" - powiedział obojętnie. "W zeszłym miesiącu dwa razy pokonałem go w blackjacka, a on nadal jest mi winien 137 euro".
    
  Jego dwaj koledzy parsknęli śmiechem. Schmidt był zadowolony.
    
  "Dzięki za poświęcenie czasu i wiedzy, chłopaki. Zdobędę informacje dziś wieczorem, a pierwsze rozkazy będą gotowe we wtorek. Rozejść się."
    
    
  Rozdział 7 - Spotkanie z zabójcą
    
    
  Zimne, czarne spojrzenie nieruchomych, paciorkowatych oczu spotkało Ninę, gdy stopniowo wybudzała się z błogiego snu. Tym razem nie dręczyły jej koszmary, ale mimo to obudziła się, by ujrzeć ten przerażający widok. Złapała oddech, gdy ciemne źrenice przekrwionych oczu stały się rzeczywistością, którą, jak myślała, utraciła we śnie.
    
  O Boże - wyszeptała, gdy go zobaczyła.
    
  Odpowiedział z czymś, co mogłoby być uśmiechem, gdyby miał jeszcze jakieś mięśnie na twarzy, ale jedyne, co mogła dostrzec, to zmarszczenie powiek w przyjaznym geście rozpoznania. Skinął uprzejmie głową.
    
  "Dzień dobry" - zmusiła się Nina, by powiedzieć, mimo że nie miała nastroju na rozmowę. Nienawidziła siebie za to, że w duchu liczyła na to, że pacjent stracił mowę, żeby tylko zostawił ją w spokoju. Przecież tylko się z nim przywitała, z grzeczności. Ku jej przerażeniu, odpowiedział ochrypłym szeptem. "Dzień dobry. Przepraszam, że cię wystraszyłam. Po prostu myślałam, że już się nie obudzę".
    
  Tym razem Nina uśmiechnęła się bez moralnego przymusu. "Jestem Nina".
    
  "Miło mi cię poznać, Nino. Przepraszam... trudno mi rozmawiać" - przeprosił.
    
  "Nie martw się. Nie mów nic, jeśli będzie bolało."
    
  "Chciałabym, żeby bolało. Ale moja twarz jest po prostu zdrętwiała. Czuję..."
    
  Westchnął głęboko, a Nina dostrzegła ogromny smutek w jego ciemnych oczach. Nagle serce ścisnęło jej się z żalu do mężczyzny z roztopioną skórą, ale nie odważyła się teraz odezwać. Chciała pozwolić mu dokończyć to, co chciał powiedzieć.
    
  "Czuję się, jakbym nosił twarz kogoś innego". Zmagał się ze słowami, jego emocje były w rozterce. "Tylko ta martwa skóra. Tylko to odrętwienie, jak wtedy, gdy dotykasz czyjejś twarzy, rozumiesz? To jak... maska".
    
  Kiedy mówił, Nina wyobrażała sobie jego cierpienie, co zmusiło ją do porzucenia dotychczasowej złośliwości, pragnąc, by milczał dla jej własnej wygody. Wyobraziła sobie wszystko, co powiedział, i postawiła się na jego miejscu. Jakie to musiało być straszne! Ale niezależnie od realności jego cierpienia i nieuniknionych wad, pragnęła zachować pozytywny ton.
    
  "Jestem pewna, że będzie lepiej, zwłaszcza dzięki lekom, które nam podają" - westchnęła. "Jestem zaskoczona, że czuję tyłek na desce sedesowej".
    
  Jego oczy znów się zwęziły i zmarszczyły, a z gardła wyrwał się rytmiczny jęk, który - jak teraz wiedziała - był śmiechem, choć reszta jego twarzy nie zdradzała jego śladu. "Jak wtedy, gdy zasypiasz, leżąc na własnej ręce" - dodał.
    
  Nina wskazała na niego z wyraźnym przyzwoleniem. "Dobrze".
    
  Oddział szpitalny tętnił życiem wokół dwójki nowych znajomych, którzy robili poranny obchód i nosili tace ze śniadaniem. Nina zastanawiała się, gdzie jest pielęgniarka Barken, ale nic nie powiedziała, gdy do pokoju wszedł dr Fritz w towarzystwie dwóch nieznajomych w strojach służbowych, a pielęgniarka Marks podążała tuż za nimi. Okazało się, że nieznajomi to pracownicy administracji szpitala, jeden mężczyzna i jedna kobieta.
    
  "Dzień dobry, doktorze Gould" - uśmiechnął się dr Fritz, ale poprowadził swój zespół do kolejnego pacjenta. Pielęgniarka Marks uśmiechnęła się do Niny, po czym wróciła do pracy. Zasłoniły grube zielone zasłony i usłyszała, jak personel rozmawia z nowym pacjentem stosunkowo przyciszonymi głosami, prawdopodobnie dla jej wygody.
    
  Nina zmarszczyła brwi z frustracji, słysząc ich nieustanne pytania. Biedak ledwo potrafił poprawnie wymówić słowa! Słyszała jednak wystarczająco dużo, by wiedzieć, że pacjent nie pamiętał swojego imienia i że jedyne, co pamiętał, zanim się zapalił, to latanie.
    
  "Ale przybiegłeś tu, wciąż w płomieniach!" - poinformował go dr Fritz.
    
  "Nie pamiętam tego" - odpowiedział mężczyzna.
    
  Nina zamknęła słabnące oczy, żeby wyostrzyć słuch. Usłyszała, jak lekarz mówi: "Moja pielęgniarka zabrała ci portfel, kiedy ci go usypiali. Z tego, co udało nam się rozszyfrować ze zwęglonych szczątków, masz dwadzieścia siedem lat i pochodzisz z Dillenburga. Niestety, twoje nazwisko na karcie zostało zniszczone, więc nie możemy ustalić, kim jesteś ani z kim powinniśmy się skontaktować w sprawie twojego leczenia i tym podobnych spraw". O mój Boże! - pomyślała wściekle. Ledwo uratowali mu życie, a pierwsza rozmowa, jaką z nim przeprowadzają, dotyczy finansowych drobiazgów! Typowe!
    
  "Ja... ja nie mam pojęcia, jak się nazywam, doktorze. Jeszcze mniej wiem o tym, co mi się przydarzyło". Zapadła długa cisza, a Nina nic nie słyszała, dopóki kurtyna ponownie się nie rozsunęła i nie wyszli dwaj urzędnicy. Kiedy mijali, Nina była zszokowana, słysząc, jak jeden z nich mówi do drugiego: "My też nie możemy opublikować portretu pamięciowego w wiadomościach. On nie ma takiej zakrwawionej twarzy, którą ktokolwiek mógłby rozpoznać".
    
  Nie mogła się powstrzymać, żeby go nie bronić. "Hej!"
    
  Jak dobrzy pochlebcy, zatrzymali się i uśmiechnęli słodko do znanej naukowczyni, ale to, co powiedziała, zmyło z ich twarzy fałszywe uśmiechy. "Ten człowiek przynajmniej ma jedną twarz, a nie dwie. Sprytny?"
    
  Dwaj zawstydzeni sprzedawcy długopisów odeszli bez słowa, a Nina spiorunowała ich wzrokiem, unosząc brwi. Nadymała się dumnie, cicho dodając: "I po niemiecku, suki".
    
  "Muszę przyznać, że to było imponujące, zwłaszcza jak na Szkota". Dr Fritz uśmiechnął się, zapisując dane młodego mężczyzny. Zarówno pacjent z oparzeniami, jak i pielęgniarka Marx docenili bezczelność historyka, unosząc kciuki do góry. Dzięki temu Nina poczuła się jak dawniej.
    
  Nina skinęła na pielęgniarkę Marks, żeby podeszła bliżej, upewniając się, że młoda kobieta wie, że chce się z nią dyskretnie podzielić. Doktor Fritz spojrzał na obie kobiety, podejrzewając, że jest coś, o czym powinien zostać poinformowany.
    
  "Panie, zaraz się uspokoję. Tylko ułożę naszego pacjenta". Zwracając się do pacjenta z oparzeniami, powiedział: "Przyjacielu, w międzyczasie będziemy musieli podać ci nazwisko, nie sądzisz?"
    
  "A co z Samem?" - zasugerował pacjent.
    
  Żołądek Niny ścisnął się. Nadal muszę skontaktować się z Samem. Albo chociaż z Detlefem.
    
  "Co się stało, doktorze Gould?" zapytała Marlene.
    
  "Hmm, nie wiem, komu jeszcze powiedzieć, ani czy to w ogóle stosowne, ale" - westchnęła szczerze - "chyba tracę wzrok!"
    
  "Jestem pewna, że to tylko skutek uboczny promieniowania..." - próbowała Marlene, ale Nina w geście protestu mocno chwyciła ją za ramię.
    
  "Słuchajcie! Jeśli jeszcze jeden pracownik tego szpitala użyje promieniowania jako wymówki zamiast zrobić coś z moimi oczami, zbuntuję się. Rozumiecie?" Zachichotała niecierpliwie. "Proszę. PROSZĘ. Zróbcie coś z moimi oczami. Zróbcie badanie. Cokolwiek. Mówię wam, ślepnę, mimo że pielęgniarka Barken zapewniała mnie, że zdrowieję!"
    
  Doktor Fritz wysłuchał skargi Niny. Schował długopis do kieszeni i mrugając zachęcająco do pacjenta, którego teraz nazywał Samem, wyszedł.
    
  "Doktorze Gould, czy widzisz moją twarz, czy tylko zarys mojej głowy?"
    
  "Oba, ale na przykład nie potrafię rozpoznać koloru twoich oczu. Wcześniej wszystko było zamazane, ale teraz nie da się dostrzec niczego dalej niż na wyciągnięcie ręki" - odpowiedziała Nina. "Kiedyś widziałam..." Nie chciała nazywać nowego pacjenta jego wybranym imieniem, ale musiała: "...oczy Sama, nawet różowawy kolor białek, doktorze. To było dosłownie godzinę temu. Teraz nic nie widzę".
    
  "Siostra Barken powiedziała ci prawdę" - powiedział, wyciągając pióro świetlne i rozchylając powieki Niny lewą ręką w rękawiczce. "Goisz się tak szybko, wręcz nienaturalnie". Zniżył niemal sterylną twarz do jej, by sprawdzić reakcję jej źrenic, gdy jęknęła.
    
  "Widzę cię!" krzyknęła. "Widzę cię wyraźnie jak na dłoni. Każdą skazę. Nawet zarost na twarzy wystający przez pory."
    
  Zdezorientowany, spojrzał na pielęgniarkę po drugiej stronie łóżka Niny. Na jej twarzy malował się niepokój. "Zrobimy dzisiaj badania krwi. Siostro Marks, wyniki będą gotowe na jutro".
    
  "Gdzie jest siostra Barken?" zapytała Nina.
    
  "Ona ma dyżur dopiero w piątek, ale jestem pewna, że tak obiecująca pielęgniarka jak panna Marks da sobie z tym radę, prawda?" Młoda pielęgniarka energicznie skinęła głową.
    
    
  * * *
    
    
  Po zakończeniu godzin odwiedzin wieczornych większość personelu była zajęta układaniem pacjentów do snu, ale dr Fritz wcześniej podał dr Ninie Gould środek uspokajający, aby zapewnić jej spokojny sen. Przez cały dzień była bardzo zdenerwowana i zachowywała się nietypowo z powodu pogarszającego się wzroku. Nietypowo, była powściągliwa i nieco ponura, jak można się było spodziewać. Kiedy zgasło światło, spała twardo.
    
  O 3:20 rano nawet przyciszone rozmowy między pielęgniarkami nocnymi ucichły, wszystkie zmagające się z napadami nudy i usypiającą mocą ciszy. Pielęgniarka Marks pracowała na dodatkowej zmianie, spędzając wolny czas w mediach społecznościowych. Szkoda, że ze względów zawodowych zabroniono jej publikowania wyznania jej bohaterki, dr Gould. Była pewna, że wzbudziłoby to zazdrość pasjonatów historii i fanatyków II wojny światowej wśród jej internetowych znajomych, ale niestety musiała zachować szokującą wiadomość dla siebie.
    
  Cichy, klekoczący odgłos podskoków rozległ się echem w korytarzu, zanim Marlene podniosła wzrok i zobaczyła jednego z sanitariuszy z pierwszego piętra pędzącego w stronę dyżurki pielęgniarek. Niegodziwy woźny deptał mu po piętach. Obaj mężczyźni mieli zszokowane miny, rozpaczliwie wołając pielęgniarki o ciszę, dopóki do nich nie dotrą.
    
  Zdyszani dwaj mężczyźni zatrzymali się przy drzwiach gabinetu, gdzie Marlene i inna pielęgniarka czekały na wyjaśnienia ich dziwnego zachowania.
    
  "Tam-tam" - zaczęła pierwsza sprzątaczka - "na pierwszym piętrze jest intruz i właśnie wchodzi po schodach przeciwpożarowych".
    
  "Więc wezwijcie ochronę" - wyszeptała Marlene, zaskoczona ich niezdolnością do poradzenia sobie z zagrożeniem bezpieczeństwa. "Jeśli podejrzewacie, że ktoś stwarza zagrożenie dla personelu i pacjentów, wiedzcie, że..."
    
  "Słuchaj, kochanie!" Sanitariusz nachylił się prosto do młodej kobiety i szepnął jej drwiąco do ucha najciszej, jak potrafił. "Obaj ochroniarze nie żyją!"
    
  Woźny energicznie skinął głową. "To prawda! Zadzwoń na policję. Natychmiast! Zanim tu dotrze!"
    
  "A co z personelem na drugim piętrze?" - zapytała, gorączkowo próbując znaleźć numer do recepcjonistki. Obaj mężczyźni wzruszyli ramionami. Marlene zaniepokoiła się, widząc, że centrala telefoniczna nieustannie piszczy. Oznaczało to, że albo jest za dużo połączeń do obsłużenia, albo system jest uszkodzony.
    
  "Nie mogę złapać głównych linii!" - wyszeptała z naciskiem. "O mój Boże! Nikt nie wie, że są kłopoty. Musimy ich ostrzec!" Marlene zadzwoniła z komórki do doktora Hilta na jego prywatny telefon. "Doktorze Hook?" - zapytała z szeroko otwartymi oczami, podczas gdy zaniepokojeni mężczyźni nieustannie sprawdzali sylwetkę, którą widzieli wspinającą się po schodach ewakuacyjnych.
    
  "Będzie wściekły, że zadzwoniłeś do niego na komórkę" - ostrzegł dyżurny.
    
  "Kogo to obchodzi? Byle tylko do niego nie dotknęła, Victor!" - mruknęła inna pielęgniarka. Poszła w jej ślady, dzwoniąc z komórki na lokalną policję, podczas gdy Marlene ponownie wybrała numer dr. Hilta.
    
  "Nie odbiera" - wyszeptała. "Dzwoni, ale nie ma też poczty głosowej".
    
  "Świetnie! A nasze telefony są w naszych cholernych szafkach!" - wrzasnął sanitariusz Victor, kipiąc rozpaczliwie, przeczesując sfrustrowane włosy palcami. W tle słyszeli inną pielęgniarkę rozmawiającą z policją. Wcisnęła telefon w pierś sanitariusza.
    
  "Tutaj!" - nalegała. "Powiedz im szczegóły. Wysyłają dwa samochody".
    
  Victor wyjaśnił sytuację dyspozytorowi pogotowia ratunkowego, który wysłał radiowozy. Następnie pozostał na linii, podczas gdy ona kontynuowała zbieranie od niego dodatkowych informacji i przekazywała je radiowozom, które pędziły do szpitala w Heidelbergu.
    
    
  Rozdział 8 - Wszystko jest zabawne i przyjemne, dopóki...
    
    
  "Zig-zag! Chcę wyzwania!" - ryknęła głośna, otyła kobieta, gdy Sam zaczął uciekać od stołu. Purdue był zbyt pijany, żeby się tym przejmować, obserwując, jak Sam próbuje wygrać zakład, że krępa dziewczyna z nożem go nie dźgnie. Okoliczne osoby pijące utworzyły małą grupkę wiwatujących, obstawiających chuliganów, wszyscy znali talent Big Morag do walki nożem. Wszyscy lamentowali i chcieli skorzystać na nieudolnej odwadze tej idiotki z Edynburga.
    
  Namioty rozświetlał świąteczny blask lampionów, rzucających cienie kołyszących się pijaków, którzy z zapałem śpiewali do melodii kapeli ludowej. Nie zapadła jeszcze całkowita ciemność, ale ciężkie, pokryte chmurami niebo odbijało światła rozległego pola w dole. Kilka osób wiosłowało wzdłuż krętej rzeki, która przepływała obok straganów, rozkoszując się delikatnymi falami migoczącej wody wokół nich. Dzieci bawiły się pod drzewami w pobliżu parkingu.
    
  Sam usłyszał pierwszy świst sztyletu tuż obok swojego ramienia.
    
  "Auć!" krzyknął niechcący. "O mało co nie wylałem piwa!"
    
  Słyszał krzyki kobiet i mężczyzn, którzy go poganiali, przekrzykując zgiełk fanów Morag skandujących jej imię. Gdzieś w tym szaleństwie Sam usłyszał małą grupkę skandującą: "Zabić drania! Zabić wampira!".
    
  Purdue nie otrzymał żadnego wsparcia, nawet gdy Sam na chwilę odwrócił się, by zobaczyć, gdzie Maura skierowała wzrok. Ubrany w rodzinną kratę nałożoną na kilt, Purdue zataczając się, przedzierał się przez zatłoczony parking w stronę klubowni na terenie posiadłości.
    
  "Zdrajca" - mruknął Sam. Upił kolejny łyk piwa, gdy Mora uniosła obwisłą dłoń, by wycelować ostatni z trzech sztyletów. "O, cholera!" - krzyknął Sam, odrzucając kufel i biegnąc w stronę wzgórza nad rzeką.
    
  Tak jak się obawiał, jego upojenie służyło dwóm celom: upokorzeniu, a następnie uchronieniu się przed kłopotami. Dezorientacja na zakręcie sprawiła, że stracił równowagę, a po zaledwie jednym skoku do przodu stopa zahaczyła tyłem o drugą kostkę, powalając go z głuchym hukiem na mokrą, luźną trawę i błoto. Czaszka Sama uderzyła o skałę ukrytą wśród długich kęp zieleni, a jasny błysk światła boleśnie przeszył mu mózg. Oczy wywróciły mu się do oczodołów, ale natychmiast odzyskał przytomność.
    
  Prędkość upadku rzuciła jego ciężki kilt do przodu, a ciało gwałtownie się zatrzymało. W dolnej części pleców poczuł przerażające potwierdzenie podwiniętego ubrania. Jakby to nie wystarczyło, by potwierdzić koszmar, który nastąpił, świeże powietrze na pośladkach zrobiło swoje.
    
  "O Boże! Znowu to samo" - jęknął, przesiąknięty zapachem ziemi i gnoju, gdy tłum strofował go donośnym śmiechem. "Z drugiej strony" - powiedział sobie, siadając - "nie będę o tym pamiętał rano. Zgadza się! To nie będzie miało znaczenia".
    
  Ale był fatalnym dziennikarzem, zapominając pamiętać, że błyski świateł, które od czasu do czasu oślepiały go z bliskiej odległości, oznaczały, że nawet gdy zapomni o tej gehennie, zdjęcia i tak będą górą. Przez chwilę Sam po prostu siedział, żałując, że nie był tak boleśnie konwencjonalny; żałując, że nie założył bielizny, a przynajmniej stringów! Bezzębna Morag szeroko otworzyła usta ze śmiechu, gdy podeszła chwiejnie, żeby go podnieść.
    
  "Nie martw się, kochanie!" zaśmiała się. "To nie ci sami ludzie, których widzieliśmy za pierwszym razem!"
    
  Jednym szybkim ruchem krzepka dziewczyna postawiła go na nogi. Sam był zbyt pijany i z mdłościami, by się jej oprzeć. Strzepnęła go z kiltu i obmacywała, odgrywając komediowy występ na jego cześć.
    
  "Hej! Eee, paniusiu..." wyjąkał, machając rękami jak oszołomiony flaming, próbując odzyskać panowanie nad sobą. "Uważaj na ręce!"
    
  "Sam! Sam!" usłyszał okrutne drwiny i gwizdy dochodzące gdzieś z wnętrza bańki, z dużego, szarego namiotu.
    
  "Purdue?" zawołał, szukając swojego kubka na gęstym, błotnistym trawniku.
    
  "Sam! Chodź, musimy iść! Sam! Przestań się wygłupiać z tą grubą dziewczyną!" Purdue zatoczył się do przodu, mamrocząc coś niezrozumiale, gdy się zbliżył.
    
  "Co widzisz?" krzyknęła Morag w odpowiedzi na obelgę. Marszcząc brwi, odsunęła się od Sama, by poświęcić Purdue całą swoją uwagę.
    
    
  * * *
    
    
  "Dodasz trochę lodu, kolego?" zapytał barman Purdue.
    
  Sam i Perdue niepewnie weszli do klubowej sali, gdy większość osób opuściła już swoje miejsca. Wyszli na zewnątrz, aby obejrzeć połykaczy ognia podczas pokazu perkusyjnego.
    
  "Tak! Lód dla nas obu!" - krzyknął Sam, chwytając się za głowę w miejscu, gdzie kamień dotknął jej rany. Perdue kroczył dumnie obok niego, unosząc rękę, by zamówić dwie porcje miodu pitnego, podczas gdy oni opatrywali rany.
    
  "Boże, ta kobieta uderza jak Mike Tyson" - zauważył Perdue, przykładając woreczek z lodem do prawej brwi, w miejscu, gdzie pierwszy cios Morag zasygnalizował jej dezaprobatę dla jego komentarza. Drugi cios trafił tuż poniżej lewej kości policzkowej, a Perdue nie mógł powstrzymać się od wrażenia na jej kombinacji.
    
  "No cóż, ona rzuca nożami jak amatorka" - wtrącił Sam, ściskając szklankę w dłoni.
    
  "Wiesz, że tak naprawdę nie chciała cię uderzyć, prawda?" - przypomniał Samowi barman. Zastanowił się przez chwilę, po czym odparł: "Ale z drugiej strony, głupia jest, że się tak zakłada. Odzyskałem podwójną stawkę".
    
  "No tak, ale postawiła na siebie cztery razy więcej, człowieku!" - zaśmiał się barman serdecznie. "Nie zasłużyła na tę reputację głupotą, prawda?"
    
  "Ha!" - wykrzyknął Perdue, wpatrując się w telewizor za barem. To właśnie dlatego w ogóle szukał Sama. To, co zobaczył wcześniej w wiadomościach, wydawało mu się niepokojące i chciał zostać tam do następnej emisji, żeby móc pokazać to Samowi.
    
  W ciągu następnej godziny na ekranie pojawiło się dokładnie to, na co czekał. Pochylił się do przodu, przewracając kilka szklanek na blacie. "Patrz!" - wykrzyknął. "Patrz, Sam! Czy to nie jest szpital, w którym teraz leży nasza droga Nina?"
    
  Sam obserwował, jak reporter opisywał dramat, który rozegrał się zaledwie kilka godzin wcześniej w znanym szpitalu. Natychmiast go to zaniepokoiło. Obaj mężczyźni wymienili zaniepokojone spojrzenia.
    
  "Musimy po nią pójść, Sam" - nalegał Perdue.
    
  "Gdybym był trzeźwy, wyjechałbym teraz, ale w tym stanie nie możemy pojechać do Niemiec" - ubolewał Sam.
    
  "Nie ma problemu, przyjacielu" - Perdue uśmiechnął się w swoim zwykłym psotnym geście. Uniósł kieliszek i opróżnił resztkę alkoholu. "Mam prywatny odrzutowiec i załogę, która może nas tam zawieźć, żebyśmy mogli nadrobić zaległości w spaniu. Choć nie chciałbym wracać do Detlefa, mówimy o Ninie".
    
  "Tak" - zgodził się Sam. "Nie chcę, żeby tam została kolejną noc. Nie, jeśli tylko będę mógł temu zaradzić".
    
  Perdue i Sam opuścili imprezę z twarzami kompletnie uwalanymi gównem i poobijanymi, zdeterminowani, by oczyścić umysły i przyjść z pomocą pozostałej jednej trzeciej swoich znajomych.
    
  Gdy na szkockim wybrzeżu zapadła noc, pozostawili za sobą radosny ślad, wsłuchując się w cichnące dźwięki dud. Był to zwiastun poważniejszych wydarzeń, kiedy ich chwilowa lekkomyślność i wesołość ustąpią miejsca pilnej pomocy dr Niny Gould, która dzieliła przestrzeń z rozwiązłym mordercą.
    
    
  Rozdział 9 - Krzyk Bezimiennego Człowieka
    
    
  Nina była przerażona. Przespała większość poranka i wczesnego popołudnia, ale dr Fritz zabrał ją do gabinetu okulistycznego na badanie wzroku, gdy tylko policja zezwoliła im na wejście. Pierwsze piętro było silnie strzeżone zarówno przez policję, jak i lokalną firmę ochroniarską, która w nocy poświęciła dwóch swoich pracowników. Drugie piętro było zamknięte dla osób, które nie były tam uwięzione, oraz dla personelu medycznego.
    
  "Ma pani szczęście, że udało się pani przespać całe to szaleństwo, doktorze Gould" - powiedziała pielęgniarka Marks do Niny, kiedy przyszła ją odwiedzić tego wieczoru.
    
  "Naprawdę nawet nie wiem, co się stało. Czy napastnik zabił jakichś ochroniarzy?" Nina zmarszczyła brwi. "To wszystko, co udało mi się wywnioskować z fragmentów rozmowy. Nikt nie potrafił mi powiedzieć, co, do cholery, naprawdę się działo".
    
  Marlene rozejrzała się, aby upewnić się, że nikt nie widział, jak opowiadała Ninie szczegóły.
    
  "Nie powinniśmy straszyć pacjentów niepotrzebnymi informacjami, doktorze Gould" - powiedziała pod nosem, udając, że sprawdza parametry życiowe Niny. "Ale zeszłej nocy jeden z naszych sprzątaczy widział, jak ktoś zabił jednego z naszych ochroniarzy. Oczywiście nie zatrzymał się, żeby sprawdzić, kto to był".
    
  "Złapali sprawcę?" - zapytała poważnie Nina.
    
  Pielęgniarka pokręciła głową. "Właśnie dlatego to miejsce jest objęte kwarantanną. Przeszukują szpital w poszukiwaniu osób nieupoważnionych do przebywania tutaj, ale jak dotąd bezskutecznie".
    
  "Jak to możliwe? Musiał się wymknąć, zanim przyjechała policja" - zasugerowała Nina.
    
  "My też tak myślimy. Po prostu nie rozumiem, czego szukał, skoro dwóch mężczyzn straciło życie" - powiedziała Marlene. Wzięła głęboki oddech i postanowiła zmienić temat. "Jak twój wzrok dzisiaj? Lepiej?"
    
  "To samo" - odpowiedziała Nina obojętnie. Najwyraźniej miała inne sprawy na głowie.
    
  "Biorąc pod uwagę obecną interwencję, uzyskanie rezultatów zajmie trochę więcej czasu. Ale kiedy już będziemy wiedzieć, możemy rozpocząć leczenie".
    
  "Nienawidzę tego uczucia. Ciągle chce mi się spać, a teraz ledwo widzę cokolwiek poza rozmazanym obrazem ludzi, których spotykam" - jęknęła Nina. "Wiesz, muszę skontaktować się z przyjaciółmi i rodziną, żeby wiedzieli, że wszystko u mnie w porządku. Nie mogę tu zostać na zawsze".
    
  "Rozumiem, doktorze Gould" - powiedziała ze współczuciem Marlene, zerkając na swojego drugiego pacjenta, który siedział naprzeciwko Niny i poruszył się na łóżku. "Chcę zajrzeć do Sama".
    
  Gdy pielęgniarka Marks podeszła do ofiary poparzenia, Nina patrzyła, jak otwiera oczy i patrzy w sufit, jakby widział coś, czego oni nie widzieli. Potem ogarnął ją smutek i nostalgia, i wyszeptała do siebie:
    
  "Sam".
    
  Gasnące spojrzenie Niny zaspokajało jej ciekawość, gdy obserwowała, jak pacjent Sam unosi rękę i chwyta za nadgarstek pielęgniarki Marks, ale nie mogła dostrzec wyrazu jego twarzy. Zaczerwieniona skóra Niny, uszkodzona przez toksyczne powietrze Czarnobyla, prawie całkowicie się zagoiła. Nadal jednak czuła, że umiera. Nudności i zawroty głowy nie ustępowały, a jej parametry życiowe tylko się poprawiały. Dla kogoś tak przedsiębiorczego i pełnego pasji, jak szkocka historyczka, takie domniemane słabości były niedopuszczalne i wywołały u niej spore rozczarowanie.
    
  Słyszała szepty, zanim pielęgniarka Marks pokręciła głową, zaprzeczając wszystkiemu, o co pytał. Wtedy pielęgniarka oderwała się od pacjenta i szybko odeszła, nie patrząc na Ninę. Pacjentka jednak patrzyła na Ninę. To było wszystko, co mogła zobaczyć. Ale nie miała pojęcia dlaczego. Co znamienne, konfrontowała się z nim.
    
  "Co się stało, Sam?"
    
  Nie odwrócił wzroku, lecz zachował spokój, jakby liczył, że zapomni o rozmowie. Próbując usiąść, jęknął z bólu i opadł z powrotem na poduszkę. Westchnął ciężko. Nina postanowiła zostawić go w spokoju, ale wtedy jego ochrypłe słowa przerwały ciszę między nimi, domagając się jej uwagi.
    
  "W-wiesz... wiesz... osoba, której szukają?" wyjąkał. "Wiesz? Intruz?"
    
  "Tak" - odpowiedziała.
    
  "On poluje na m-mnie. To mnie szuka, Nino. A-a dziś w nocy... idzie mnie zabić" - powiedział drżącym, mamroczącym głosem. Jego słowa zmroziły krew w żyłach Ninę, jakby nie spodziewała się, że przestępca będzie szukał czegokolwiek w jej pobliżu. "Nino?" - naciskał.
    
  "Jesteś pewien?" zapytała.
    
  "Tak" - potwierdził ku jej przerażeniu.
    
  "Słuchaj, skąd wiesz, kim on jest? Widziałeś go tutaj? Widziałeś go na własne oczy? Bo jeśli nie, to pewnie po prostu jesteś paranoikiem, przyjacielu" - stwierdziła, mając nadzieję, że pomoże mu to przemyśleć swoją ocenę i rozjaśnić jej sytuację. Miała też nadzieję, że się mylił, bo nie była w stanie ukryć się przed zabójcą. Widziała, jak jego trybiki kręcą się w kółko, gdy przetwarzał jej słowa. "I jeszcze jedno" - dodała - "skoro nawet nie pamiętasz, kim jesteś ani co ci się stało, skąd wiesz, że ściga cię jakiś bezimienny przeciwnik?"
    
  Nina nie zdawała sobie z tego sprawy, ale jej dobór słów odwrócił wszystkie skutki, jakie wyrządził młodemu mężczyźnie - wspomnienia powróciły falą. Jego oczy rozszerzyły się z przerażenia, gdy mówiła, a jej czarne spojrzenie przeszyło ją tak intensywnie, że widziała je nawet przy słabnącym wzroku.
    
  "Sam?" zapytała. "O co chodzi?"
    
  "Mein Gott, Nina!" - wychrypiał. Właściwie to był krzyk, ale uszkodzenie strun głosowych stłumiło go do zaledwie histerycznego szeptu. "Bez twarzy, powiadasz! Cholera, twarz - bez twarzy! To był... Nina, człowiek, który mnie podpalił...!"
    
  "Tak? A co z nim?" - nalegała, choć wiedziała, co chciał powiedzieć. Chciała tylko poznać więcej szczegółów, gdyby tylko udało jej się je zdobyć.
    
  "Ten człowiek, który próbował mnie zabić... nie miał... twarzy!" - krzyknął przerażony pacjent. Gdyby mógł płakać, rozpłakałby się na wspomnienie potwora, który prześladował go po meczu tamtej nocy. "Dogonił mnie i podpalił!"
    
  "Pielęgniarko!" krzyknęła Nina. "Pielęgniarko! Niech ktoś pomoże! Proszę!"
    
  Przybiegły dwie pielęgniarki z zakłopotanymi minami. Nina wskazała na zdenerwowanego pacjenta i zawołała: "Właśnie sobie przypomniał atak. Proszę mu dać coś na wstrząs!"
    
  Pospieszyli mu z pomocą i zaciągnęli zasłony, podając mu środek uspokajający. Nina czuła, jak ogarnia ją letarg, ale próbowała sama rozwiązać tę dziwną zagadkę. Czy mówił poważnie? Czy był na tyle logiczny, by dojść do tak trafnego wniosku, czy też zmyślał? Wątpiła, by był nieszczery. W końcu mężczyzna ledwo poruszał się o własnych siłach ani nie potrafił wypowiedzieć zdania bez trudu. Z pewnością nie byłby tak szalony, gdyby nie był przekonany, że jego ubezwłasnowolnienie będzie go kosztować życie.
    
  "Boże, jakże bym chciała, żeby Sam tu był i pomógł mi myśleć" - mruknęła, a jej umysł błagał o sen. "Nawet Purdue by to zrobił, gdyby tym razem powstrzymał się od próby zabicia mnie". Zbliżała się pora kolacji, a ponieważ żadne z nich nie spodziewało się gości, Nina mogła spać, jeśli chciała. A przynajmniej tak jej się zdawało.
    
  Doktor Fritz uśmiechnął się, wchodząc. "Doktorze Gould, przyszedłem tylko dać panu coś na problemy ze wzrokiem".
    
  "Cholera" - mruknęła. "Halo, doktorze. Co mi pan podaje?"
    
  "To po prostu środek zmniejszający zwężenie naczyń włosowatych w twoich oczach. Mam powody, by sądzić, że twój wzrok pogarsza się z powodu ograniczonego przepływu krwi do okolic oczu. Jeśli w nocy wystąpią u ciebie jakiekolwiek problemy, możesz po prostu skontaktować się z dr. Hiltem. Wróci do pracy dziś wieczorem, a ja skontaktuję się z tobą rano, dobrze?"
    
  "Dobrze, doktorze" - zgodziła się, patrząc, jak wstrzykuje jej nieznaną substancję w ramię. "Masz już wyniki badań?"
    
  Doktor Fritz początkowo udawał, że jej nie słyszy, ale Nina powtórzyła pytanie. Nie spojrzał na nią, najwyraźniej skupiony na tym, co robił. "Porozmawiamy o tym jutro, doktorze Gould. Do tego czasu powinienem mieć wyniki badań". W końcu spojrzał na nią z wyrazem braku pewności siebie, ale Nina nie miała ochoty na dalszą rozmowę. W tym czasie jej współlokatorka się uspokoiła i ucichła. "Dobranoc, droga Nino". Uśmiechnął się życzliwie i uścisnął dłoń Niny, po czym zamknął teczkę i odłożył ją z powrotem na łóżko.
    
  "Dobranoc" - śpiewała, gdy lek zaczął działać, usypiając jej umysł.
    
    
  Rozdział 10 - Ucieczka z bezpiecznego miejsca
    
    
  Kościsty palec szturchnął Ninę w ramię, wytrącając ją z przerażenia. Odruchowo przycisnęła dłoń do bolącego miejsca, niespodziewanie chwytając je pod dłoń, co ją omal nie zabiło. Jej zamglone oczy rozszerzyły się, by zobaczyć, kto do niej mówi, ale poza przenikliwymi ciemnymi plamami pod brwiami plastikowej maski nie mogła dostrzec twarzy.
    
  "Nina! Ciii" - błagała pusta twarz z cichym skrzypieniem. To był jej współlokator, stojący przy jej łóżku w białej szpitalnej koszuli. Rurki zostały zdjęte z jego ramion, pozostawiając ślady sączącej się szkarłatu, niedbale wytartego o nagą białą skórę wokół nich.
    
  "C-co do cholery?" zmarszczyła brwi. "Serio?"
    
  "Słuchaj, Nino. Tylko bądź bardzo cicho i posłuchaj mnie" - wyszeptał, lekko kucając, tak aby jego ciało było zasłonięte od wejścia do pokoju przy łóżku Niny. Uniósł tylko głowę, żeby móc mówić jej do ucha. "Mężczyzna, o którym ci mówiłem, idzie po mnie. Muszę znaleźć ciche miejsce, dopóki nie odejdzie".
    
  Ale nie miał szczęścia. Nina była odurzona do granic możliwości i jego los niewiele ją obchodził. Po prostu kiwała głową, aż jej swobodnie poruszające się oczy znów zapadły się pod ciężkie powieki. Westchnął z rozpaczą i rozejrzał się, a jego oddech przyspieszał z każdą chwilą. Owszem, obecność policji chroniła pacjentów, ale szczerze mówiąc, uzbrojeni strażnicy nie byli w stanie uratować nawet tych, których zatrudnili, a co dopiero tych nieuzbrojonych!
    
  Lepiej by było, pomyślał cierpliwy Sam, gdyby się schował, zamiast ryzykować ucieczkę. Gdyby został wykryty, mógłby odpowiednio rozprawić się z napastnikiem i miejmy nadzieję, że dr Gould uniknie dalszej przemocy. Słuch Niny znacznie się poprawił, odkąd zaczęła tracić wzrok; dzięki temu słyszała szuranie stóp jej paranoicznego współlokatora. Jego kroki oddalały się od niej, ale nie zbliżały do łóżka. Nadal zasypiała i budziła się, ale jej oczy pozostały zamknięte.
    
  Wkrótce potem, głęboko za oczodołami Niny rozkwitł ogłuszający ból, niczym kwiat bólu wnikający w jej mózg. Połączenia nerwowe szybko oswoiły receptory z rozdzierającą migreną, którą to powodowało, i Nina głośno krzyczała przez sen. Nagle, stopniowo narastający ból głowy wypełnił jej gałki oczne i wywołał pieczenie w czole.
    
  "O mój Boże!" krzyknęła. "Moja głowa! Moja głowa mnie rozsadza!"
    
  Jej krzyki rozbrzmiewały echem w niemal całkowitej ciszy późnej nocy na oddziale, szybko przyciągając uwagę personelu medycznego. Drżącymi palcami Niny w końcu odnalazła przycisk alarmowy i naciskała go wielokrotnie, wzywając pielęgniarkę nocną po nielegalną pomoc. Do pokoju wbiegła nowa pielęgniarka, świeżo po szkole.
    
  "Doktorze Gould? Doktorze Gould, wszystko w porządku? Co się stało, kochanie?" zapytała.
    
  "O mój Boże..." - wyjąkała Nina, pomimo wywołanego narkotykiem oszołomienia - "głowa mi pęka! Mam to teraz przed oczami i to mnie zabija. O mój Boże! Czuję się, jakby moja czaszka pękała".
    
  "Pójdę po doktora Hilta. Właśnie wyszedł z sali operacyjnej. Proszę się odprężyć. Zaraz będzie, doktorze Gould". Pielęgniarka odwróciła się i pobiegła po pomoc.
    
  "Dziękuję" - westchnęła Nina, wyczerpana straszliwym bólem, niewątpliwie bijącym z oczu. Na chwilę uniosła głowę, żeby sprawdzić Sama, pacjenta, ale go już nie było. Nina zmarszczyła brwi. "Mogłabym przysiąc, że rozmawiał ze mną przez sen". Zastanowiła się jeszcze. "Nie. Musiało mi się to przyśnić".
    
  "Doktor Gould?"
    
  "Tak? Przepraszam, ledwo widzę" - przeprosiła.
    
  "Dr Ephesus jest ze mną". Zwracając się do lekarza, powiedziała: "Przepraszam, muszę tylko na chwilę wyskoczyć do sąsiedniego pokoju, żeby pomóc Frau Mittag z pościelą".
    
  "Oczywiście, siostro. Proszę się nie spieszyć" - odpowiedział lekarz. Nina usłyszała kroki pielęgniarki. Spojrzała na dr. Hilta i opowiedziała mu o swoich dolegliwościach. W przeciwieństwie do dr. Fritza, który był bardzo proaktywny i lubił stawiać szybkie diagnozy, dr Hilt był lepszym słuchaczem. Zanim odpowiedział, poczekał, aż Nina wyjaśni, jak dokładnie ból głowy ustąpił za jej oczami.
    
  "Doktorze Gould? Czy mógłby mi pan chociaż dobrze się przyjrzeć?" - zapytał. "Bóle głowy są zazwyczaj bezpośrednim skutkiem zbliżającej się ślepoty, rozumie pan?"
    
  "Wcale nie" - powiedziała ponuro. "Ta ślepota z każdym dniem się pogłębia, a dr Fritz nie zrobił nic konstruktywnego. Czy mógłbyś mi dać coś na ten ból? Jest prawie nie do zniesienia".
    
  Zdjął maskę chirurgiczną, żeby móc mówić wyraźnie. "Oczywiście, moja droga".
    
  Zobaczyła, jak przechylił głowę, patrząc na łóżko Sama. "Gdzie jest drugi pacjent?"
    
  "Nie wiem" - wzruszyła ramionami. "Może poszedł do łazienki. Pamiętam, że powiedział pielęgniarce Marks, że nie ma zamiaru korzystać z patelni".
    
  "Dlaczego on nie skorzysta tutaj z toalety?" zapytał lekarz, ale Nina szczerze mówiąc miała już dość słuchania o swojej współlokatorce, kiedy potrzebowała pomocy w złagodzeniu potwornego bólu głowy.
    
  "Nie wiem!" - warknęła na niego. "Słuchaj, czy mógłbyś mi dać coś na ból?"
    
  Jej ton wcale go nie przekonał, ale wziął głęboki oddech i westchnął. "Doktorze Gould, czy ukrywa pan swoją współlokatorkę?"
    
  Pytanie było absurdalne i nieprofesjonalne. Nina była niesamowicie zirytowana jego absurdalnym pytaniem. "Tak. Jest gdzieś w tym pokoju. Dwadzieścia punktów, jeśli dasz mi jakieś środki przeciwbólowe, zanim go znajdziecie!"
    
  "Musisz mi powiedzieć, gdzie on jest, doktorze Gould, albo umrzesz dziś w nocy" - powiedział bez ogródek.
    
  "Czyś ty kompletnie oszalał?" wrzasnęła. "Czy ty mi naprawdę grozisz?" Nina wyczuła, że coś jest nie tak, ale nie mogła krzyczeć. Obserwowała go mrużąc oczy, ukradkiem szukając czerwonego przycisku, wciąż leżącego na łóżku obok niej, a jednocześnie nie spuszczając wzroku z jego nieobecnej twarzy. Jego rozmazany cień uniósł przycisk dzwonka, żeby mogła go zobaczyć. "Szukasz tego?"
    
  "O Boże" - Nina wybuchnęła płaczem, zakrywając nos i usta dłońmi, gdy uświadomiła sobie, że właśnie przypomniała sobie ten głos. W głowie jej pękało, a skóra płonęła, ale nie odważyła się ruszyć.
    
  "Gdzie on jest?" wyszeptał spokojnie. "Powiedz mi, albo zginiesz".
    
  "Nie wiem, okej?" Jej głos drżał lekko pod dłońmi. "Naprawdę nie wiem. Spałam przez cały ten czas. Boże, czy jestem jego opiekunką?"
    
  Wysoki mężczyzna odpowiedział: "Cytujesz Kaina prosto z Biblii. Powiedz mi, doktorze Gould, czy jest pan religijny?"
    
  "Pieprzyć cię!" krzyknęła.
    
  "Ach, ateista" - zauważył zamyślony. "W okopach nie ma ateistów. To kolejny cytat - być może bardziej pasujący do ciebie w chwili ostatecznego odkupienia, gdy spotka cię śmierć z rąk tego, co sprawi, że zapragniesz mieć boga".
    
  "Nie jest pan doktorem Hiltem" - powiedziała pielęgniarka za jego plecami. Jej słowa zabrzmiały jak pytanie, przesiąknięte niedowierzaniem i zrozumieniem. Potem powalił ją z tak elegancką szybkością, że Nina nawet nie zdążyła docenić jego zwięzłości. Kiedy pielęgniarka upadała, jej ręce puściły nocnik. Ten potoczył się po wypolerowanej podłodze z ogłuszającym hukiem, który natychmiast przyciągnął uwagę personelu nocnego na dyżurce.
    
  Nagle policjanci zaczęli krzyczeć na korytarzu. Nina spodziewała się, że zatrzymają oszusta w jej pokoju, ale zamiast tego pobiegli prosto pod jej drzwi.
    
  "Naprzód! Naprzód! Jest na drugim piętrze! Osadźcie go w aptece! Szybko!" - krzyknął dowódca.
    
  "Co?" Nina zmarszczyła brwi. Nie mogła w to uwierzyć. Dostrzegała jedynie postać szarlatana szybko zbliżającego się do niej i, niczym los biednej pielęgniarki, zadał jej potężny cios w głowę. Przez chwilę czuła przeszywający ból, zanim rozpłynęła się w czarnej rzece niepamięci. Nina ocknęła się zaledwie chwilę później, wciąż niezgrabnie skulona na łóżku. Jej ból głowy miał teraz towarzystwo. Uderzenie w skroń nauczyło ją nowego poziomu bólu. Była teraz opuchnięta, przez co jej prawe oko wydawało się mniejsze. Pielęgniarka nocna wciąż leżała na podłodze obok niej, ale Nina nie miała czasu. Musiała się stąd wydostać, zanim ten przerażający nieznajomy do niej wróci, zwłaszcza teraz, gdy znał ją lepiej.
    
  Ponownie chwyciła wiszący przycisk połączenia, ale głowica urządzenia była odcięta. "Cholera" - jęknęła, ostrożnie opuszczając nogi nad krawędź łóżka. Widziała jedynie proste kontury przedmiotów i ludzi. Nie było śladu tożsamości ani intencji, gdy nie widziała ich twarzy.
    
  "Cholera! Gdzie są Sam i Purdue, kiedy ich potrzebuję? Jak to możliwe, że zawsze ląduję w tym bałaganie?" - jęknęła, na wpół z frustracją i strachem, idąc, próbując wyrwać się z rurek, które trzymała w rękach, i przeciskając się przez tłum kobiet obok, które trzęsły się z zimna. Działania policji przyciągnęły uwagę większości nocnej zmiany, a Nina zauważyła, że na trzecim piętrze panuje upiorna cisza, jedynie odległe echo telewizyjnej prognozy pogody i szepty dwóch pacjentek w sąsiednim pokoju. Czysto. To skłoniło ją do znalezienia ubrań i ubrania się najlepiej, jak potrafiła, w zapadającym mroku z powodu pogarszającego się wzroku, który wkrótce miał ją opuścić. Po ubraniu się, trzymając buty w dłoniach, żeby nie wzbudzić podejrzeń, wychodząc, podkradła się z powrotem do stolika nocnego Sama i otworzyła szufladę. Jego zwęglony portfel wciąż był w środku. Włożyła kartę z powrotem do środka, wsuwając ją do tylnej kieszeni dżinsów.
    
  Zaczynała się martwić o miejsce pobytu współlokatora, jego stan zdrowia, a przede wszystkim o to, czy jego desperacka prośba była prawdziwa. Do tej pory bagatelizowała to jako sen, ale teraz, gdy zniknął, zaczęła dwa razy zastanawiać się nad jego wizytą z tamtej nocy. Tak czy inaczej, musiała uciec przed oszustem. Policja nie mogła zapewnić żadnej ochrony przed tym bezosobowym zagrożeniem. Już ścigali podejrzanych, a żaden z nich nie widział osoby odpowiedzialnej. Nina wiedziała, kto jest za to odpowiedzialny, jedynie dzięki jego nagannemu zachowaniu wobec niej i siostry Barken.
    
  "O cholera!" - powiedziała, zatrzymując się w miejscu, niemal na końcu białego korytarza. "Siostro Barken. Muszę ją ostrzec". Ale Nina wiedziała, że proszenie o grubą pielęgniarkę zaalarmuje personel, że się wymyka. Nie było wątpliwości, że na to nie pozwolą. Myśl, myśl, myśl! Nina przekonywała samą siebie, stojąc nieruchomo i wahając się. Wiedziała, co musi zrobić. To było nieprzyjemne, ale to był jedyny sposób.
    
  Wracając do swojego ciemnego pokoju, korzystając jedynie z padającego na migoczącą podłogę światła z korytarza, Nina zaczęła rozbierać pielęgniarkę nocną. Na szczęście dla małej historyczki, pielęgniarka była o dwa rozmiary za duża.
    
  "Przepraszam bardzo. Naprawdę" - wyszeptała Nina, zdejmując jej fartuch i zakładając go na własne ubranie. Czując się okropnie z powodu tego, co robi tej biednej kobiecie, Nina, niezdarna moralna potrzeba, kazała jej zarzucić pościel na pielęgniarkę. Przecież ta leżała w samej bieliźnie na zimnej podłodze. Daj jej bułkę, Nino, pomyślała, patrząc na nią ponownie. Nie, to głupota. Wynoś się stąd! Ale nieruchome ciało pielęgniarki zdawało się ją wołać. Być może litość Niny była przyczyną krwawienia z nosa, krwi, która utworzyła lepką, ciemną kałużę na podłodze pod jej twarzą. Nie mamy czasu! Przekonujące argumenty dały jej do myślenia. "Pieprzyć to" - zdecydowała Nina na głos i raz przewróciła nieprzytomną kobietę, pozwalając pościeli otulić jej ciało i ochronić przed twardą podłogą.
    
  Jako pielęgniarka, Nina mogła pokrzyżować plany policji i uciec, zanim zauważyli, że ma problemy ze znalezieniem schodów i klamek. Kiedy w końcu dotarła na parter, usłyszała rozmowę dwóch policjantów o ofierze morderstwa.
    
  "Chciałbym tu być" - powiedział jeden z nich. "Złapałbym tego sukinsyna".
    
  "Oczywiście, cała akcja dzieje się przed naszą zmianą. Teraz musimy zadowolić się tym, co zostało" - ubolewał inny.
    
  "Tym razem ofiarą był lekarz - ten na nocnym dyżurze" - wyszeptała pierwsza. Może doktor Hilt? - pomyślała, kierując się do wyjścia.
    
  "Znaleźli lekarza z kawałkiem skóry oderwanym od twarzy, tak samo jak strażnik poprzedniej nocy" - usłyszała, jak dodaje.
    
  "Wczesna zmiana?" - zapytał Ninę jeden z funkcjonariuszy, gdy ją mijał. Wzięła głęboki oddech i sformułowała swój niemiecki najlepiej, jak potrafiła.
    
  "Tak, moje nerwy nie wytrzymały morderstwa. Straciłam przytomność i uderzyłam się w twarz" - mruknęła szybko, próbując znaleźć klamkę.
    
  "Pozwól, że ci to podam" - powiedział ktoś, otwierając drzwi, by wyrazić współczucie.
    
  "Dobranoc, siostro" - powiedział policjant do Niny.
    
  "Dzięki, dziękuję" - uśmiechnęła się, czując na twarzy chłodne nocne powietrze, walcząc z bólem głowy i starając się nie spaść ze schodów.
    
  "I tobie również dobrej nocy, Doktorze... Efez, prawda?" - zapytał policjant za Niną w drzwiach. Krew w niej zastygła, ale pozostała wierna.
    
  "To prawda. Dobranoc, panowie" - powiedział mężczyzna radośnie. "Bądźcie bezpieczni!"
    
    
  Rozdział 11 - Szczenię Małgorzaty
    
    
  "Sam Cleve jest do tego idealny, proszę pana. Skontaktuję się z nim."
    
  "Nie stać nas na Sama Cleve"a" - szybko odpowiedział Duncan Gradwell. Umierał z ochoty na papierosa, ale kiedy wiadomość o katastrofie myśliwca w Niemczech przedostała się przez kable na ekran jego komputera, domagała się natychmiastowej i pilnej uwagi.
    
  "To mój stary przyjaciel. Przekonam go... do działania" - usłyszał głos Margaret. "Jak mówiłam, skontaktuję się z nim. Pracowaliśmy razem lata temu, kiedy pomagałem jego narzeczonej, Patricii, w jej pierwszej pracy zawodowej".
    
  "Czy to ta dziewczyna, którą widział zastrzeloną przez ten odkryty pierścień z bronią?" - zapytał Gradwell raczej beznamiętnym tonem. Margaret spuściła głowę i powoli skinęła głową. "Nic dziwnego, że w późniejszych latach tak często sięgał po butelkę" - westchnął Gradwell.
    
  Margaret nie mogła powstrzymać się od śmiechu. "Cóż, proszę pana, Sam Cleve nie potrzebował długiej perswazji, żeby nakłonić go do łyknięcia z butelki. Ani przed Patricią, ani po... incydencie".
    
  "Ach! Więc powiedz mi, czy on jest zbyt niestabilny, żeby opowiedzieć nam tę historię?" - zapytał Gradwell.
    
  "Tak, panie Gradwell. Sam Cleve jest nie tylko lekkomyślny, ale i notorycznie pokręcony" - powiedziała z delikatnym uśmiechem. "Dokładnie taki dziennikarz, jakiego chciałoby się widzieć, ujawniającego tajne operacje niemieckiego dowództwa Luftwaffe. Jestem pewna, że ich kanclerz byłby zachwycony, gdyby się o tym dowiedział, zwłaszcza teraz".
    
  "Zgadzam się" - potwierdziła Margaret, zaciskając dłonie przed sobą, stojąc na baczność przed biurkiem redaktora. "Skontaktuję się z nim natychmiast i zapytam, czy byłby skłonny obniżyć nieco honorarium dla starego przyjaciela".
    
  "Mam taką nadzieję!" Podwójny podbródek Gradwella zadrżał, gdy jego głos się podniósł. "Ten człowiek jest teraz sławnym pisarzem, więc jestem pewien, że te szalone wypady, na które wyrusza z tym bogatym idiotą, niekoniecznie są bohaterskie".
    
  "Bogaty idiota", którego Gradwell pieszczotliwie nazywał, to David Perdue. Gradwell w ciągu ostatnich kilku lat narastał w nim brak szacunku do Perdue'a z powodu pogardy, jaką miliarder żywił wobec osobistego przyjaciela Gradwella. Przyjaciel, o którym mowa, profesor Frank Matlock z Uniwersytetu Edynburskiego, został zmuszony do rezygnacji ze stanowiska kierownika swojego wydziału w nagłośnionej aferze Brixton Tower, po tym jak Perdue wycofał swoje hojne darowizny na rzecz wydziału. Naturalnie, wybuchła burza wokół późniejszego romantycznego zauroczenia Perdue'a ulubioną zabawką Matlocka, obiektem jego mizoginicznych nakazów i zaprzeczeń, dr Niną Gould.
    
  Fakt, że to wszystko było już historią, godną półtorej dekady "zapomnienia", nie miał znaczenia dla rozgoryczonego Gradwella. Teraz kierował "Edinburgh Post", stanowisko, które wypracował ciężką pracą i uczciwą grą, lata po tym, jak Sam Cleave opuścił zakurzone korytarze gazety.
    
  "Tak, panie Gradwell" - odpowiedziała uprzejmie Margaret. "Dotrę do niego, ale co, jeśli nie uda mi się go zmusić do kręcenia?"
    
  "Za dwa tygodnie, Margaret, dokona się historia świata" - Gradwell uśmiechnął się jak halloweenowy gwałciciel. "Za nieco ponad tydzień świat będzie oglądał na żywo z Hagi, gdzie Bliski Wschód i Europa podpiszą traktat pokojowy gwarantujący zakończenie wszelkich działań wojennych między oboma światami. Niezaprzeczalnym zagrożeniem dla tego wydarzenia jest niedawny samobójczy lot holenderskiego pilota Bena Gruijsmana, pamiętasz?"
    
  "Tak, proszę pana". Przygryzła wargę, wiedząc dokładnie, do czego zmierza, ale nie chcąc go zirytować, przerywając. "Zinfiltrował iracką bazę lotniczą i porwał samolot".
    
  "Zgadza się! I rozbił się w siedzibie CIA, powodując bałagan, który teraz się dzieje. Jak wiecie, Bliski Wschód najwyraźniej wysłał kogoś, by odwetem zniszczył niemiecką bazę lotniczą!" - wykrzyknął. "A teraz powiedz mi jeszcze raz, dlaczego ten lekkomyślny i bystry Sam Cleave nie skorzystał z okazji, by wpakować się w ten bałagan".
    
  "Zgadza się" - uśmiechnęła się nieśmiało, czując się wyjątkowo niezręcznie, patrząc, jak jej szef ślini się, gdy z pasją opowiada o eskalującej sytuacji. "Muszę iść. Kto wie, gdzie on teraz jest? Muszę natychmiast zacząć do wszystkich dzwonić".
    
  "Zgadza się!" warknął Gradwell, kierując się prosto do swojego małego biura. "Szybko i niech Clive nam o tym opowie, zanim kolejny antypokojowy idiota wywoła samobójstwo i III wojnę światową!"
    
  Margaret nawet nie spojrzała na kolegów, mijając ich, ale wiedziała, że wszyscy śmieją się do rozpuku z uroczych uwag Duncana Gradwella. Jego dobór słów był żartem wtajemniczonym. Margaret zazwyczaj śmiała się najgłośniej, gdy doświadczony redaktor sześciu poprzednich biur prasowych był zdenerwowany jakąś wiadomością, ale tym razem nie odważyła się. Co, jeśli zobaczy, jak chichocze, obserwując to, co uważał za warte uwagi? Wyobraźcie sobie jego wybuch, gdyby zobaczył jej uśmieszek odbijający się w dużych szklanych panelach jej biura?
    
  Margaret z niecierpliwością czekała na kolejną rozmowę z młodym Samem. Z drugiej strony, nie był już młodym Samem. Ale dla niej zawsze będzie tym kapryśnym i nadgorliwym reporterem, który ujawnia niesprawiedliwość, gdziekolwiek się da. Był dublerem Margaret w poprzedniej erze "Edinburgh Post", gdy świat wciąż pogrążony był w chaosie liberalizmu, a konserwatyści chcieli ograniczyć wolność każdego człowieka. Sytuacja zmieniła się dramatycznie, odkąd Światowa Organizacja Jedności przejęła kontrolę polityczną nad kilkoma byłymi krajami UE, a kilka terytoriów Ameryki Południowej odłączyło się od rządów byłych krajów Trzeciego Świata.
    
  Margaret z pewnością nie była feministką, ale Światowa Organizacja Jedności, kierowana głównie przez kobiety, wykazała znaczącą różnicę w sposobie radzenia sobie z napięciami politycznymi i ich rozwiązywania. Działania militarne nie cieszyły się już tak dużym poparciem ze strony rządów zdominowanych przez mężczyzn. Postęp w rozwiązywaniu problemów, innowacjach i optymalizacji zasobów został osiągnięty dzięki międzynarodowym darowiznom i strategiom inwestycyjnym.
    
  Na czele Banku Światowego stała przewodnicząca powołanej Rady ds. Tolerancji Międzynarodowej, profesor Martha Sloan. Była ona byłą ambasador Polski w Anglii, która wygrała ostatnie wybory, aby przewodzić nowemu sojuszowi państw. Głównym celem Rady było eliminowanie zagrożeń militarnych poprzez negocjowanie porozumień opartych na wzajemnym kompromisie, a nie terroryzm i interwencje militarne. Handel był ważniejszy niż wrogość polityczna, powiedziała profesor. Sloan zawsze podkreślała to w swoich przemówieniach. W rzeczywistości stało się to zasadą, z którą utożsamiała się we wszystkich mediach.
    
  "Dlaczego musimy tracić tysiące synów, by zaspokoić chciwość kilku starych mężczyzn u władzy, skoro wojna nigdy ich nie dotknie?" - wołała zaledwie kilka dni przed swoim miażdżącym zwycięstwem. "Dlaczego musimy paraliżować gospodarkę i niszczyć ciężką pracę architektów i murarzy? Albo niszczyć budynki i zabijać niewinnych ludzi, podczas gdy współcześni watażkowie czerpią zyski z naszej nędzy i zerwania naszych linii krwi? Młodzież poświęcona w niekończącym się cyklu zniszczenia to głupota podtrzymywana przez ograniczonych przywódców, którzy kontrolują waszą przyszłość. Rodzice tracący dzieci, małżonkowie, bracia i siostry oderwani od nas z powodu niezdolności starszych i zgorzkniałych mężczyzn do rozwiązywania konfliktów?"
    
  Z ciemnymi włosami splecionymi w kucyk i charakterystycznym aksamitnym naszyjnikiem, który pasował do każdej stylizacji, drobna, charyzmatyczna przywódczyni zaszokowała świat pozornie prostymi sposobami na destrukcyjne praktyki systemów religijnych i politycznych. Co więcej, została kiedyś wyśmiana przez oficjalną opozycję za twierdzenie, że duch igrzysk olimpijskich stał się niczym więcej niż kolejną finansową potęgą.
    
  Nalegała, by używać go z tych samych powodów, dla których został stworzony - jako pokojowego współzawodnictwa, w którym zwycięzca zostaje wyłaniany bez ofiar. "Dlaczego nie możemy rozpocząć wojny na szachownicy albo korcie tenisowym? Nawet pojedynek na rękę między dwoma krajami mógłby rozstrzygnąć, kto postawi na swoim, na litość boską! To ten sam pomysł, tylko bez miliardów wydanych na sprzęt wojenny czy niezliczonych istnień ludzkich zniszczonych przez ofiary wśród szeregowych żołnierzy, które nie mają nic wspólnego z bezpośrednią przyczyną. Ci ludzie zabijają się nawzajem bez powodu, tylko z rozkazu! Jeśli wy, moi przyjaciele, nie potraficie podejść do kogoś na ulicy i strzelić mu w głowę bez żalu i traumy psychicznej" - pytała jakiś czas temu ze swojego podium w Mińsku - "to dlaczego zmuszacie do tego swoje dzieci, braci, siostry i małżonków, głosując na tych staromodnych tyranów, którzy utrwalają tę zbrodnię? Dlaczego?"
    
  Margaret nie przejmowała się tym, czy nowe związki zawodowe będą krytykowane za to, co kampanie opozycji nazywały wzrostem feministek, czy podstępnym zamachem stanu agentów Antychrysta. Poparłaby każdego władcę, który sprzeciwiłby się bezsensownemu masowemu mordowaniu naszej własnej rasy ludzkiej w imię władzy, chciwości i korupcji. W gruncie rzeczy Margaret Crosby poparła Sloane, ponieważ świat stał się mniej opresyjny od czasu, gdy doszła do władzy. Mroczne zasłony skrywające wielowiekowe waśnie zostały teraz zdjęte, otwierając kanał komunikacji między niezadowolonymi krajami. Gdyby to zależało ode mnie, niebezpieczne i niemoralne ograniczenia religijne zostałyby uwolnione od hipokryzji, a dogmaty terroru i niewolnictwa zostałyby zniesione. Indywidualizm jest kluczowy w tym nowym świecie. Jednolitość dotyczy formalnego stroju. Zasady opierają się na zasadach naukowych. Wolność dotyczy jednostki, szacunku i dyscypliny osobistej. To wzbogaci każdego z nas, umysł i ciało, i pozwoli nam być bardziej produktywnymi, doskonalszymi w tym, co robimy. A w miarę jak będziemy stawać się lepsi w tym, co robimy, nauczymy się pokory. Pokora rodzi życzliwość.
    
  Przemówienie Marthy Sloan odtwarzało się na komputerze w biurze Margaret, gdy szukała ostatniego numeru, który wybrała dla Sama Cleve'a. Była podekscytowana, że może z nim znowu porozmawiać po tak długim czasie i nie mogła powstrzymać chichotu, wybierając jego numer. Kiedy rozległ się pierwszy sygnał, uwagę Margaret przykuła kołysząca się postać kolegi tuż za oknem. Ściana. Machał dziko rękami, żeby zwrócić jej uwagę, wskazując na zegarek i płaski ekran jej komputera.
    
  "O czym ty, do cholery, mówisz?" - zapytała, mając nadzieję, że jego umiejętność czytania z ruchu warg przewyższyła tę z gestami. "Rozmawiam przez telefon!"
    
  W telefonie Sama Cleve'a włączyła się poczta głosowa, więc Margaret przerwała połączenie, żeby otworzyć drzwi i posłuchać, co mówi recepcjonista. Szarpnęła drzwi z diabelskim grymasem i warknęła: "Co, na litość boską, jest takie ważne, Gary? Próbuję skontaktować się z Samem Cleve'em".
    
  "O to właśnie chodzi!" - wykrzyknął Gary. "Oglądajcie wiadomości. Jest w wiadomościach, już w Niemczech, w szpitalu w Heidelbergu, gdzie, jak twierdził reporter, był facet, który rozbił niemiecki samolot!"
    
    
  Rozdział 12 - Samodzielne przypisanie
    
    
  Margaret pobiegła z powrotem do biura i przełączyła kanał na SKY International. Nie odrywając wzroku od krajobrazu na ekranie, przedzierała się przez nieznajomych w tle, żeby sprawdzić, czy rozpozna swojego dawnego kolegę. Była tak skupiona na tym zadaniu, że ledwo zauważyła komentarz reportera. Gdzieniegdzie jakieś słowo przebijało się przez gąszcz faktów, uderzając w jej umysł dokładnie w odpowiednim miejscu, by przypomnieć sobie całą historię.
    
  "Władze nie schwytały jeszcze nieuchwytnego zabójcy odpowiedzialnego za śmierć dwóch funkcjonariuszy ochrony trzy dni temu i kolejną zeszłej nocy. Tożsamość zmarłego zostanie ujawniona po zakończeniu śledztwa prowadzonego przez Wydział Śledczy Wiesloch w siedzibie głównej w Heidelbergu". Margaret nagle dostrzegła Sama wśród gapiów za znakami i barierami kordonu. "Boże, chłopcze, jak ty się zmieniłeś w...". Założyła okulary i pochyliła się, żeby mu się lepiej przyjrzeć. Z aprobatą zauważyła: "Całkiem przystojny łachman, teraz, kiedy jesteś mężczyzną, co?". Jaką metamorfozę przeszedł! Jego ciemne włosy zapuściły się tuż za ramiona, a końcówki sterczały dziko, nieuczesane, nadając mu pozór celowego wyrafinowania.
    
  Miał na sobie czarny skórzany płaszcz i buty. Zielony kaszmirowy szalik owinięty był wokół kołnierza, podkreślając jego ciemne rysy twarzy i równie ciemne ubranie. W mglisty, szary niemiecki poranek przeciskał się przez tłum, żeby lepiej się przyjrzeć. Margaret zauważyła, że rozmawia z policjantem, który pokręcił głową na sugestię Sama.
    
  "Pewnie próbujesz się dostać do środka, co, kochanie?" Margaret uśmiechnęła się lekko. "Cóż, aż tak bardzo się nie zmieniłeś, prawda?"
    
  Za nim rozpoznała innego mężczyznę, którego często widywała na konferencjach prasowych i w efektownych materiałach z uniwersyteckich przyjęć, przesyłanych do kabiny redakcyjnej przez redaktora działu rozrywki. Wysoki, siwowłosy mężczyzna pochylił się, by przyjrzeć się scenie obok Sama Cleave'a. On również był nienagannie ubrany. Okulary miał schowane w przedniej kieszeni marynarki. Ręce trzymał schowane w kieszeniach spodni, chodząc tam i z powrotem. Zauważyła jego brązową, włosko skrojoną marynarkę polarową, skrywającą coś, co, jak przypuszczała, było ukrytą bronią.
    
  "David Perdue" - oznajmiła cicho, gdy scena rozgrywała się w dwóch mniejszych wersjach za jej okularami. Jej wzrok oderwał się od ekranu, by rozejrzeć się po biurze typu open space, upewniając się, że Gradwell jest nieruchomy. Tym razem był spokojny, przeglądając właśnie otrzymany artykuł. Margaret zachichotała i z ironicznym uśmiechem wróciła wzrokiem do płaskiego ekranu. "Najwyraźniej nie zauważyłeś, że Clive nadal przyjaźni się z Dave"em Perdue, prawda?" - zachichotała.
    
  "Od rana zgłoszono zaginięcie dwóch pacjentów, a rzecznik policji..."
    
  "Co?" Margaret zmarszczyła brwi. Słyszała to już wcześniej. Wtedy postanowiła nadstawić uszu i uważnie przeczytać raport.
    
  "...policja nie ma pojęcia, jak dwójka pacjentów mogła uciec z budynku z jednym wyjściem, strzeżonym przez funkcjonariuszy 24 godziny na dobę. To skłoniło władze i administrację szpitala do przypuszczenia, że dwoje pacjentów, Nina Gould i ofiara poparzenia, znana jedynie jako "Sam", mogą nadal przebywać na wolności w budynku. Powód ich ucieczki pozostaje jednak tajemnicą".
    
  "Ale Sam jest na zewnątrz, idioci" - Margaret zmarszczyła brwi, kompletnie zbita z tropu wiadomością. Znała relację Sama Cleave'a z Niną Gould, którą poznała kiedyś krótko po wykładzie o strategiach sprzed II wojny światowej, widocznych we współczesnej polityce. "Biedna Nina. Co się stało, że trafili na oddział dla osób z oparzeniami? Boże. Ale Sam... to jest..."
    
  Margaret pokręciła głową i oblizała usta czubkiem języka, jak zawsze, gdy próbowała rozwiązać zagadkę. Nic tu nie miało sensu; ani pacjenci znikający przez policyjne bariery, ani tajemnicze zgony trzech pracowników, nikt nawet nie widział podejrzanego, a co najdziwniejsze - zamieszanie wywołane faktem, że drugim pacjentem Niny był "Sam", podczas gdy Sam stał na zewnątrz wśród gapiów... na pierwszy rzut oka.
    
  W głowie dawnej koleżanki Sam odezwał się bystry, dedukcyjny tok myślenia. Odchyliła się na krześle, patrząc, jak Sam znika z kadru wraz z resztą tłumu. Splotła palce i patrzyła przed siebie bezmyślnie, nie zwracając uwagi na zmieniające się doniesienia.
    
  "Na widoku" - powtarzała w kółko, ucieleśniając swoje formuły w różnych możliwościach. "Na widoku..."
    
  Margaret podskoczyła, przewracając na szczęście pustą filiżankę i jedną z nagród prasowych, które leżały na krawędzi biurka. Zamarła z wrażenia, olśniona nagłym odkryciem, jeszcze bardziej zainspirowana do rozmowy z Samem. Chciała dotrzeć do sedna całej tej sprawy. Z ogarniającego ją chaosu zdała sobie sprawę, że musiało być kilka elementów układanki, których nie znała, elementów, które tylko Sam Cleve mógł wnieść do jej nowego poszukiwania prawdy. I czemu nie? Byłby rad, gdyby ktoś z jej logicznym umysłem pomógł mu rozwiązać zagadkę zniknięcia Niny.
    
  Szkoda by było, gdyby śliczna historyczka została kiedyś przyłapana w budynku z jakimś porywaczem albo szaleńcem. To niemal gwarantowało złe wieści, a ona z pewnością nie chciała, żeby do tego doszło, jeśli tylko mogła temu zapobiec.
    
  "Panie Gradwell, rezerwuję sobie tydzień na napisanie artykułu o Niemczech. Proszę, zaplanuj czas mojej nieobecności" - powiedziała zirytowana, otwierając drzwi Gradwella, wciąż pospiesznie wkładając płaszcz.
    
  "O czym ty, u licha, mówisz, Margaret?" - wykrzyknął Gradwell, odwracając się na krześle.
    
  "Sam Cleve jest w Niemczech, panie Gradwell" - oznajmiła podekscytowana.
    
  "Dobrze! Więc możesz mu opowiedzieć historię, po którą tu przyszedł" - pisnął.
    
  "Nie, nie rozumie pan. Jest tego więcej, panie Gradwell, o wiele więcej! Wygląda na to, że dr Nina Gould też tam jest" - poinformowała go, rumieniąc się i pospiesznie zapinając pasek. "A teraz władze zgłaszają jej zaginięcie".
    
  Margaret odczekała chwilę, żeby złapać oddech i zobaczyć, co myśli jej szef. Przez chwilę patrzył na nią z niedowierzaniem. Potem ryknął: "Co ty tu, do cholery, jeszcze robisz? Idź i sprowadź Clive'a. Zdemaskujmy Szwabów, zanim ktoś inny wskoczy na tę cholerną machinę samobójczą!"
    
    
  Rozdział 13 - Trzech nieznajomych i zaginiony historyk
    
    
  "Co oni mówią, Sam?" - zapytał cicho Perdue, gdy Sam do niego dołączył.
    
  "Mówią, że dwóch pacjentów zaginęło wczesnym rankiem" - odpowiedział Sam z taką samą rezerwą, po czym obaj odsunęli się od tłumu, aby omówić swoje plany.
    
  "Musimy wydostać Ninę, zanim stanie się kolejnym celem dla tego zwierzęcia" - nalegał Perdue, zaciskając krzywo paznokieć między przednimi zębami, gdy to rozważał.
    
  "Za późno, Purdue" - oznajmił Sam z ponurą miną. Zatrzymał się i zlustrował niebo, jakby szukał pomocy u jakiejś wyższej siły. Jasnoniebieskie oczy Purdue"a patrzyły na niego pytająco, ale Sam poczuł, jak kamień ściska mu żołądek. W końcu wziął głęboki oddech i powiedział: "Nina zaginęła".
    
  Perdue nie od razu to zauważył, być może dlatego, że była to ostatnia rzecz, jaką chciał usłyszeć... Po wieści o jej śmierci, oczywiście. Natychmiast otrząsając się z zamyślenia, Perdue wpatrywał się w Sama z wyrazem całkowitego skupienia. "Użyj kontroli umysłu, żeby zdobyć dla nas jakieś informacje. No dalej, użyłeś jej, żeby mnie wyciągnąć z Sinclair" - namawiał Sama, ale jego przyjaciel tylko pokręcił głową. "Sam? To dla kobiety, którą oboje..." Niechętnie użył słowa, które miał na myśli, i taktownie zastąpił je "uwielbiałam".
    
  "Nie mogę" - poskarżył się Sam. Wyglądał na zrozpaczonego tym wyznaniem, ale nie było sensu podtrzymywać urojenia. Nie przyniosłoby to pożytku jego ego i nikomu wokół niego. "Straciłem... tę... zdolność" - szarpał się.
    
  To był pierwszy raz, kiedy Sam powiedział to na głos od szkockich wakacji i to było do bani. "Straciłem ją, Purdue. Kiedy potknąłem się o własne, zakrwawione stopy, uciekając przed Olbrzymką Gretą, czy jak jej tam było, uderzyłem głową o skałę i, cóż" - wzruszył ramionami i spojrzał na Purdue z poczuciem winy. "Przepraszam, stary. Ale straciłem wszystko, co mogłem zrobić. Boże, kiedy ją miałem, myślałem, że to jakaś klątwa - coś, co uprzykrza mi życie. Teraz, kiedy jej nie mam... Teraz, kiedy naprawdę jej potrzebuję, życzę sobie, żeby nigdy nie zniknęła".
    
  "Świetnie" - jęknął Purdue, przesuwając dłonią po czole i pod linią włosów, by zanurzyć się w gęstej siwiźnie. "Dobra, pomyślmy o tym. Pomyślmy. Przeżyliśmy o wiele gorsze rzeczy bez pomocy jakichś paranormalnych sztuczek, prawda?"
    
  "Tak" - zgodził się Sam, wciąż czując, że zawiódł swoją drużynę.
    
  "Musimy więc po prostu zastosować staromodną metodę tropienia, żeby znaleźć Ninę" - zasugerował Perdue, starając się jak najlepiej oddać swoją typową postawę niezłomnego ducha.
    
  "A co, jeśli ona nadal tam jest?" Sam rozwiał wszelkie złudzenia. "Mówią, że nie ma mowy, żeby się stąd wydostała, więc uważają, że nadal może być w budynku".
    
  Policjant, z którym rozmawiał Sam, nie powiedział mu, że pielęgniarka skarżyła się, że poprzedniej nocy została napadnięta - pielęgniarce, której odebrano fartuch, a ona obudziła się na podłodze w szpitalnej sali, owinięta w koce.
    
  "W takim razie musimy wejść do środka. Nie ma sensu szukać po całych Niemczech, jeśli nie zbadaliśmy dokładnie pierwotnego miejsca zdarzenia i jego otoczenia" - rozmyślał Purdue. Jego wzrok wyczuł bliskość funkcjonariuszy i cywilnych ochroniarzy. Za pomocą tabletu potajemnie zarejestrował miejsce zdarzenia, dostęp do piętra na zewnątrz brązowego budynku oraz podstawowy układ wejść i wyjść.
    
  "Świetnie" - powiedział Sam, zachowując powagę i udając niewiniątko. Wyciągnął paczkę papierosów, żeby łatwiej mu było myśleć. Zapalenie pierwszej maski było jak uścisk dłoni ze starym przyjacielem. Sam zaciągnął się dymem i natychmiast poczuł spokój, skupienie, jakby odsunął się od tego wszystkiego, żeby spojrzeć na całość. Przypadkowo zauważył również furgonetkę Sky International News i trzech podejrzanie wyglądających mężczyzn kręcących się w pobliżu. Z jakiegoś powodu wydawali się nie na miejscu, ale nie potrafił sobie przypomnieć, co to takiego.
    
  Zerkając na Purdue, Sam zauważył, że siwowłosy wynalazca przesuwał tablet z prawej do lewej, aby uchwycić panoramę.
    
  "Purdue" - powiedział Sam przez zaciśnięte usta - "idź szybko w lewo. Przy furgonetce. Przy furgonetce jest trzech podejrzanych drani. Widzisz ich?"
    
  Purdue posłuchał sugestii Sama i zgarnął trzech mężczyzn, wszyscy po trzydziestce, o ile się zorientował. Sam miał rację. Było jasne, że nie przyszli zobaczyć, o co całe zamieszanie. Zamiast tego wszyscy zerknęli na zegarki, z rękami spoczywającymi na przyciskach. Podczas gdy czekali, jeden z nich się odezwał.
    
  "Synchronizują swoje zegarki" - zauważył Perdue, ledwo poruszając ustami.
    
  "Tak" - zgodził się Sam przez długi strumień dymu, który pozwolił mu obserwować, nie rzucając się w oczy. "Co myślisz, bomba?"
    
  "Nieprawdopodobne" - odparł spokojnie Purdue, a jego głos łamał się jak u rozkojarzonego wykładowcy, gdy trzymał nad mężczyznami ramkę z notatkami. "Nie trzymaliby się tak blisko siebie".
    
  "Chyba że mają myśli samobójcze" - odparł Sam. Perdue spojrzał znad okularów w złotych oprawkach, wciąż trzymając notes.
    
  "Wtedy nie musieliby synchronizować zegarów, prawda?" - zapytał niecierpliwie. Sam musiał ustąpić. Purdue miał rację. Mieli tam być jako obserwatorzy, ale przed czym? Wyciągnął kolejnego papierosa, nawet nie dopalając pierwszego.
    
  "Obżarstwo to grzech śmiertelny, rozumiesz" - zażartował Purdue, ale Sam go zignorował. Zgasił czerstwego papierosa i ruszył w stronę trzech mężczyzn, zanim Purdue zdążył zareagować. Przechadzał się swobodnie po płaskim, zaniedbanym terenie, żeby nie spłoszyć swoich celów. Jego niemiecki był fatalny, więc tym razem postanowił udawać samego siebie. Może gdyby uznali go za głupiego turystę, byliby mniej niechętni do dzielenia się.
    
  "Witajcie, panowie" - powitał radośnie Sam, wciskając papierosa między usta. "Domyślam się, że nie macie ognia?"
    
  Nie spodziewali się tego. Wpatrywali się zszokowani w nieznajomego stojącego tam, uśmiechającego się szeroko i wyglądającego głupio z niezapalonym papierosem.
    
  "Moja żona poszła na lunch z innymi kobietami z trasy i zabrała ze sobą moją zapalniczkę". Sam wymyślił wymówkę, skupiając się na ich osobowościach i strojach. W końcu to była prerogatywa dziennikarza.
    
  Rudowłosy leniuch zwrócił się do swoich przyjaciół po niemiecku. "Dajcie mu ogień, na litość boską. Spójrzcie, jaki żałośnie wygląda". Pozostali dwaj uśmiechnęli się z aprobatą, a jeden z nich zrobił krok naprzód, zapalając Samowi papierosa. Sam zdał sobie teraz sprawę, że jego odwrócenie uwagi było nieskuteczne, ponieważ wszyscy trzej wciąż bacznie obserwowali szpital. "Tak, Werner!" - nagle krzyknął jeden z nich.
    
  Niska pielęgniarka wyszła z wyjścia pilnowanego przez policję i gestem zaprosiła jednego z nich do środka. Wymieniła kilka słów z dwoma strażnikami przy drzwiach, a oni skinęli głowami z zadowoleniem.
    
  "Kol" - ciemnowłosy mężczyzna uderzył rudowłosego mężczyznę grzbietem swojej dłoni.
    
  "Warum nicht Himmelfarb?" zaprotestował Kohl, po czym nastąpiła szybka wymiana ognia, która szybko zakończyła się między trzema mężczyznami.
    
  "Kohl! Sofort!" - powtórzył władczy, ciemnowłosy mężczyzna z uporem.
    
  Umysł Sama z trudem przetworzył słowa, ale założył, że pierwsze słowo to nazwisko chłopca. Następne, jak zgadywał, brzmiało coś w stylu "zrób to szybko", ale nie był pewien.
    
  "Och, jego żona też wydaje rozkazy" - Sam udawał głupiego, leniwie paląc. "Moja nie jest taka słodka..."
    
  Franz Himmelfarb, skinieniem głowy od swojego kolegi, Dietera Wernera, natychmiast przerwał Samowi. "Słuchaj, przyjacielu, masz coś przeciwko? Jesteśmy oficerami dyżurnymi, którzy próbują wtopić się w tłum, a ty nam to utrudniasz. Naszym zadaniem jest dopilnować, żeby zabójca nie wymknął się niezauważony, a żeby to zrobić, cóż, nie potrzebujemy, żeby nam przeszkadzano w pracy".
    
  "Rozumiem. Przepraszam. Myślałem, że jesteście po prostu bandą idiotów, którzy tylko czekają, żeby ukraść benzynę z wozu transmisyjnego. Wyglądałeś na takiego" - odpowiedział Sam z nieco celowo sarkastycznym tonem. Odwrócił się i odszedł, ignorując odgłosy, jakie jeden mężczyzna powstrzymywał drugiego. Sam obejrzał się i zobaczył, że się na niego gapią, co skłoniło go do szybszego pójścia w stronę domu Purdue. Nie dołączył jednak do przyjaciela i unikał skojarzeń wzrokowych z nim, na wypadek gdyby trzy hieny szukały czarnej owcy, którą mogłyby wyłapać. Purdue wiedział, co robi Sam. Ciemne oczy Sama lekko się rozszerzyły, gdy ich spojrzenia spotkały się w porannej mgle, i dyskretnie dał Purdue'owi znak, żeby nie wdawał się z nim w rozmowę.
    
  Purdue postanowił wrócić do wynajętego samochodu z kilkoma innymi osobami, które odjechały z miejsca zdarzenia, aby wrócić do swoich zajęć, podczas gdy Sam został. On z kolei dołączył do grupy miejscowych, którzy zgłosili się na ochotnika do pomocy policji w wypatrywaniu wszelkich podejrzanych działań. To była tylko przykrywka, by mieć oko na trzech przebiegłych harcerzy w flanelowych koszulach i wiatrówkach. Sam zadzwonił do Purdue'a ze swojego punktu obserwacyjnego.
    
  "Tak?" - w słuchawce wyraźnie słychać było głos Purdue"a.
    
  "Zegarki wojskowe, wszystkie dokładnie tego samego modelu. Ci faceci służą w siłach zbrojnych" - powiedział, błądząc wzrokiem po pokoju, żeby pozostać niezauważonym. "I nazwiska. Kol, Werner i... eee..." Nie mógł sobie przypomnieć trzeciego.
    
  "Tak?" Purdue nacisnął przycisk i wpisał nazwiska do folderu personelu wojskowego armii niemieckiej w Archiwum Departamentu Obrony USA.
    
  "Cholera" - zmarszczył brwi Sam, krzywiąc się z powodu swojej słabej zdolności zapamiętywania szczegółów. "To dłuższe nazwisko".
    
  "To mi, mój przyjacielu, nie pomoże" - przedrzeźnił go Perdue.
    
  "Wiem! Wiem, na litość boską!" - wrzał Sam. Czuł się niewiarygodnie bezsilny, gdy jego niegdyś niezwykłe zdolności zostały wystawione na próbę i uznane za niewystarczające. Jego nowo odkryta niechęć do samego siebie nie wynikała z utraty zdolności parapsychicznych, ale z rozczarowania, że nie może brać udziału w turniejach, tak jak kiedyś, gdy był młodszy. "Niebo. Myślę, że to ma coś wspólnego z niebem. Boże, muszę popracować nad moim niemieckim... i cholerną pamięcią".
    
  "Może Engel?" Perdue próbował pomóc.
    
  "Nie, za krótko" - odparł Sam. Jego wzrok powędrował po budynku, w górę, ku niebu, a potem w dół, ku miejscu, gdzie stali trzej niemieccy żołnierze. Sam zamarł. Zniknęli.
    
  "Himmelfarb?" - zgadywał Purdue.
    
  "Tak, to ta! To jest ta nazwa!" - wykrzyknął Sam z ulgą, ale teraz się martwił. "Zniknęły. Zniknęły, Perdue. Cholera! Po prostu gubię ją wszędzie, prawda? Kiedyś potrafiłem gonić pierdnięcie w burzy!"
    
  Purdue milczał, analizując informacje, które zdobył włamując się do tajnych plików z wygodnego fotela w swoim samochodzie, podczas gdy Sam stał w zimnym porannym powietrzu, czekając na coś, czego nawet nie rozumiał.
    
  "Ci faceci są jak pająki" - jęknął Sam, lustrując ludzi wzrokiem ukrytym pod smagającą go grzywką. "Są groźni, gdy się na nich patrzy, ale jest o wiele gorzej, gdy nie wiadomo, dokąd poszli".
    
  "Sam" - odezwał się nagle Perdue, naprowadzając dziennikarza, który był przekonany, że jest śledzony i zastawiany na niego pułapkę, na temat. "To wszyscy niemieccy piloci Luftwaffe, jednostka Leo 2".
    
  "Co to znaczy? To piloci?" - zapytał Sam, niemal rozczarowany.
    
  "Nie do końca. Są trochę bardziej wyspecjalizowane" - wyjaśnił Perdue. "Wracaj do samochodu. Będziesz chciał tego posłuchać przy podwójnym rumie z lodem".
    
    
  Rozdział 14 - Zamieszki w Mannheim
    
    
  Nina obudziła się na kanapie, czując się, jakby ktoś wszczepił jej kamień w czaszkę i po prostu odepchnął jej mózg na bok, by go rozbolał. Niechętnie otworzyła oczy. Odkrycie, że jest całkowicie ślepa, byłoby zbyt bolesne, ale nienaturalne byłoby, gdyby tego nie zrobiła. Ostrożnie pozwoliła powiekom zatrzepotać i rozchylić się. Nic się nie zmieniło od wczoraj, za co była niezmiernie wdzięczna.
    
  Tost i kawa unosiły się w salonie, gdzie odpoczywała po bardzo długim spacerze ze swoim partnerem ze szpitala, "Samem". Nadal nie mógł sobie przypomnieć swojego imienia, a ona wciąż nie mogła się przyzwyczaić do nazywania go Samem. Musiała jednak przyznać, że pomimo wszystkich rozbieżności na jego temat, pomógł jej do tej pory pozostać niezauważoną przez władze, które z radością odesłałyby ją z powrotem do szpitala, gdzie szaleniec już przyszedł się z nią przywitać.
    
  Cały poprzedni dzień spędzili pieszo, próbując dotrzeć do Mannheim przed zmrokiem. Żadne z nich nie miało dokumentów ani pieniędzy, więc Nina musiała zagrać kartę litości, żeby zapewnić im darmowy transport z Mannheim do Dillenburga, na północ od tego miejsca. Niestety, sześćdziesięciodwuletnia kobieta, którą Nina próbowała przekonać, uznała, że lepiej będzie dla dwójki turystów, jeśli zjedzą, wezmą ciepły prysznic i dobrze się wyśpią. Spędziła więc noc na kanapie, goszcząc dwa duże koty i haftowaną poduszkę pachnącą zwietrzałym cynamonem. Boże, muszę się skontaktować z Samem. Moim Samem, przypomniała sobie, siadając. Jej dolna część pleców opadła wraz z biodrami, a Nina poczuła się jak staruszka, pełna bólu. Jej wzrok się nie pogorszył, ale nadal trudno było jej normalnie funkcjonować, skoro ledwo widziała. Na dodatek ona i jej nowa przyjaciółka musiały się ukrywać przed identyfikacją jako dwie pacjentki, które zaginęły w szpitalu w Heidelbergu. Dla Niny było to szczególnie trudne, ponieważ przez większość czasu musiała udawać, że nie boli jej skóra ani nie ma gorączki.
    
  "Dzień dobry!" - powiedziała miła gospodyni od progu. Z szpatułką w dłoni zapytała, nerwowo przeciągając słowa po niemiecku: "Czy życzy pan sobie jajka na toście, Schatz?"
    
  Nina skinęła głową z głupkowatym uśmiechem, zastanawiając się, czy wygląda choć w połowie tak źle, jak się czuje. Zanim zdążyła zapytać, gdzie jest łazienka, kobieta zniknęła z powrotem w limonkowo-zielonej kuchni, gdzie zapach margaryny dołączył do niezliczonych aromatów docierających do wyostrzonego nosa Niny. Nagle olśniło ją. Gdzie był Drugi Sam?
    
  Pamiętała, jak gospodyni dała im poprzedniej nocy kanapę do spania, ale jego sofa była pusta. Nie żeby nie cieszyła ją ta odrobina prywatności, ale on znał okolicę lepiej niż ona i nadal był jej oczami. Nina wciąż miała na sobie dżinsy i szpitalną koszulę, porzuciwszy fartuch tuż przed kliniką w Heidelbergu, gdy większość oczu odwróciła się.
    
  Przez cały czas spędzony z drugim Samem Nina nie mogła powstrzymać się od zastanawiania, jak to możliwe, że udawał doktora Hilta, zanim wyszedł za nią ze szpitala. Funkcjonariusze na warcie z pewnością wiedzieli, że mężczyzna z poparzoną twarzą nie mógł być zmarłym lekarzem, pomimo sprytnego przebrania i identyfikatora. Oczywiście, nie miała możliwości rozpoznania jego rysów twarzy w obecnym stanie wzroku.
    
  Nina podciągnęła rękawy na zaczerwienione przedramiona, czując, jak mdłości ściskają jej ciało.
    
  "Toaleta?" - zdołała krzyknąć z kuchennych drzwi, po czym pobiegła krótkim korytarzem wskazanym przez kobietę z łopatą. Gdy tylko dotarła do drzwi, Ninę ogarnęły drgawki i szybko zatrzasnęła drzwi, żeby się załatwić. Nie było tajemnicą, że przyczyną jej dolegliwości żołądkowo-jelitowych był ostry zespół popromienny, ale brak leczenia tego i innych objawów tylko pogorszył jej stan.
    
  Wymiotując jeszcze gwałtowniej, Nina nieśmiało wyszła z łazienki i skierowała się w stronę kanapy, na której spała. Kolejnym wyzwaniem było utrzymanie równowagi bez trzymania się ściany podczas chodzenia. W całym tym małym domu Nina uświadomiła sobie, że wszystkie pokoje są puste. Czy on mógł mnie tu zostawić? Drań! Zmarszczyła brwi, obezwładniona narastającą gorączką, której nie mogła już dłużej zwalczyć. Dodatkowa dezorientacja uszkodzonych oczu sprawiła, że z trudem sięgnęła po zmiażdżony przedmiot, który, jak miała nadzieję, był dużą kanapą. Bose stopy Niny szły po dywanie, gdy kobieta skręciła za róg, by przynieść jej śniadanie.
    
  "Och! Mein Gott!" krzyknęła w panice, widząc, jak kruche ciało jej gościa upada. Gospodyni szybko postawiła tacę na stole i rzuciła się na pomoc Ninie. "Kochana, wszystko w porządku?"
    
  Nina nie mogła jej powiedzieć, że jest w szpitalu. Właściwie, prawie nic nie mogła jej powiedzieć. Mózg trzeszczał jej w czaszce, a oddech przypominał otwarte drzwiczki piekarnika. Oczy wywróciły się do tyłu, gdy zwiotczała w ramionach kobiety. Wkrótce potem Nina odzyskała przytomność, z twarzą lodowatą od stróżek potu. Na czole miała myjkę i poczuła niezręczny ruch w biodrach, który ją zaniepokoił i zmusił do szybkiego wyprostowania się. Kot obojętnie spojrzał jej w oczy, gdy jej dłoń chwyciła futrzane ciało i natychmiast je puściła. "Och" - to wszystko, co Nina zdołała wykrztusić i położyła się z powrotem.
    
  "Jak się czujesz?" zapytała kobieta.
    
  "Chyba choruję z zimna, tu, w obcym kraju" - mruknęła cicho Nina, żeby podtrzymać pozory. Tak, racja - podpowiedział jej wewnętrzny głos. Szkot cofający się przed niemiecką jesienią. Doskonały pomysł!
    
  Wtedy jej pani wypowiedziała złote słowa: "Liebchen, czy jest ktoś, do kogo powinnam zadzwonić, żeby cię odebrał? Mąż? Rodzina?". Wilgotna, blada twarz Niny rozbłysła nadzieją. "Tak, proszę!"
    
  "Twój przyjaciel nawet się z tobą nie pożegnał dziś rano. Kiedy wstałem, żeby was zawieźć do miasta, po prostu go nie było. Pokłóciliście się?"
    
  "Nie, powiedział, że spieszy mu się do domu brata. Może myślał, że będę go wspierać, kiedy będę chora" - odpowiedziała Nina, zdając sobie sprawę, że jej hipoteza była prawdopodobnie absolutnie słuszna. Kiedy spędzili dzień na spacerze wiejską drogą pod Heidelbergiem, nie nawiązali ze sobą szczególnej więzi. Ale on opowiedział jej wszystko, co pamiętał o swojej osobowości. W tamtym czasie Nina uznała pamięć drugiego Sama za zaskakująco wybiórczą, ale nie chciała wywoływać zamieszania, skoro była tak zależna od jego wskazówek i tolerancji.
    
  Pamiętała, że rzeczywiście miał na sobie długi, biały płaszcz, ale poza tym niemal nie dało się dostrzec jego twarzy, nawet jeśli nadal ją miał. Trochę irytował ją brak szoku, jaki okazywali na jego widok, niezależnie od tego, gdzie pytali o drogę lub gdzie wchodzili w interakcje z innymi. Przecież gdyby zobaczyli mężczyznę, którego twarz i tors zmieniły się w toffi, wydaliby jakiś dźwięk lub wykrzyknęli jakieś współczujące słowo? Ale reagowali banalnie, nie okazując żadnego zainteresowania wyraźnie świeżymi ranami mężczyzny.
    
  "Co się stało z twoim telefonem komórkowym?" - zapytała kobieta - zupełnie normalne pytanie, na które Nina bez trudu odpowiedziała najbardziej oczywistym kłamstwem.
    
  "Okradziono mnie. Torbę z telefonem, pieniędzmi, wszystkim. Zniknęły. Chyba wiedzieli, że jestem turystką i wzięli mnie na celownik" - wyjaśniła Nina, biorąc telefon kobiety i kiwając głową w podziękowaniu. Wybrała numer, który tak dobrze znała na pamięć. Kiedy telefon zadzwonił po drugiej stronie linii, Nina poczuła przypływ energii i lekkie ciepło w żołądku.
    
  "Rozłam". Boże, jakie piękne słowo, pomyślała Nina, nagle czując się bezpieczniej niż od dawna. Ile czasu minęło, odkąd ostatni raz słyszała głos swojego starego przyjaciela, okazjonalnego kochanka i okazjonalnego kolegi? Serce jej podskoczyło. Nina nie widziała Sama od czasu, gdy został porwany przez Zakon Czarnego Słońca, gdy prawie dwa miesiące temu wyruszyli na wyprawę w poszukiwaniu słynnej XVIII-wiecznej Bursztynowej Komnaty w Polsce.
    
  "S-Sam?" zapytała, niemal się śmiejąc.
    
  "Nina?" krzyknął. "Nina? To ty?"
    
  "Tak. Jak się masz?" Uśmiechnęła się słabo. Całe ciało ją bolało i ledwo mogła siedzieć.
    
  "Jezu Chryste, Nina! Gdzie jesteś? Czy jesteś w niebezpieczeństwie?" - zapytał rozpaczliwie, przekrzykując ciężki szum jadącego samochodu.
    
  "Żyję, Sam. Ledwo. Ale jestem bezpieczna. Z kobietą w Mannheim, tutaj w Niemczech. Sam? Możesz po mnie przyjechać?" - jej głos się załamał. Prośba ta uderzyła Sam w serce. Tak odważna, inteligentna i niezależna kobieta raczej nie błagałaby o ratunek jak małe dziecko.
    
  "Oczywiście, że po ciebie przyjadę! Mannheim jest niedaleko stąd. Podaj mi adres, a przyjedziemy po ciebie" - wykrzyknął podekscytowany Sam. "O mój Boże, nie wyobrażasz sobie, jak bardzo się cieszymy, że nic ci nie jest!"
    
  "Co to całe "my" znaczy?" zapytała. "I dlaczego jesteś w Niemczech?"
    
  "Żeby cię zabrać do domu, do szpitala, oczywiście. Widzieliśmy w wiadomościach, że tam, gdzie Detlef cię zostawił, panował istny koszmar. A kiedy tu dotarliśmy, ciebie już nie było! Nie mogę w to uwierzyć" - bredził, śmiejąc się z ulgą.
    
  "Przekażę cię miłej pani, która dała mi adres. Do zobaczenia wkrótce, dobrze?" - odpowiedziała Nina, ciężko dysząc, i oddała telefon właścicielce, po czym zapadła w głęboki sen.
    
  Kiedy Sam powiedział "my", poczuła, że to oznacza, że uratował Purdue'a z dostojnej klatki, w której był uwięziony po tym, jak Detlef zastrzelił go z zimną krwią w pobliżu Czarnobyla. Ale choroba trawiła jej ciało niczym kara od boga morfiny, którego zostawiła za sobą, więc w tej chwili nie obchodziło jej to. Chciała tylko rozpłynąć się w objęciach tego, co ją czekało.
    
  Wciąż słyszała, jak kobieta opowiada, jak wyglądał dom, gdy odeszła od sterów i zapadła w gorączkowy sen.
    
    
  Rozdział 15 - Złe lekarstwo
    
    
  Pielęgniarka Barken siedziała na grubej skórzanej tapicerce zabytkowego fotela biurowego, opierając łokcie na kolanach. W monotonnym szumie jarzeniówek, jej dłonie spoczywały po bokach głowy, gdy słuchała raportu administratora o śmierci dr. Hilta. Otyła pielęgniarka opłakiwała lekarza, którego znała zaledwie siedem miesięcy. Miała z nim trudną relację, ale była kobietą pełną współczucia, która szczerze żałowała jego śmierci.
    
  "Pogrzeb odbędzie się jutro" - powiedziała recepcjonistka przed wyjściem z biura.
    
  "Widziałam w wiadomościach, wiesz, o morderstwach. Doktor Fritz powiedział mi, żebym nie przychodziła, chyba że to konieczne. Nie chciał, żebym też była narażona na niebezpieczeństwo" - powiedziała swojej podwładnej, pielęgniarce Marks. "Marlene, musisz poprosić o przeniesienie. Nie mogę się o ciebie martwić za każdym razem, gdy mam wolne".
    
  "Nie martw się o mnie, siostro Barken" - uśmiechnęła się Marlene Marks, podając jej jeden z kubków zupy instant, którą przygotowała. "Myślę, że ktokolwiek to zrobił, musiał mieć konkretny powód, wiesz? Jakby cel już tu był".
    
  "Nie sądzisz...?" Siostra Barken szeroko otworzyła oczy, patrząc na siostrę Marks.
    
  "Doktorze Gould" - pielęgniarka Marks potwierdziła obawy siostry. "Myślę, że to był ktoś, kto chciał ją porwać, a teraz, kiedy już ją zabrali" - wzruszyła ramionami - "niebezpieczeństwo dla personelu i pacjentów minęło. Założę się, że ci biedni ludzie, którzy zginęli, spotkali swój koniec tylko dlatego, że stanęli na drodze zabójcy, rozumiesz? Prawdopodobnie próbowali go powstrzymać".
    
  "Rozumiem tę teorię, kochanie, ale dlaczego w takim razie pacjent "Sam" również zaginął?" - zapytała pielęgniarka Barken. Po minie Marlene widziała, że młoda pielęgniarka jeszcze o tym nie pomyślała. W milczeniu popijała zupę.
    
  "To takie smutne, że zabrał doktora Goulda" - ubolewała Marlene. "Była bardzo chora, a jej wzrok się pogarszał, biedna kobieta. Z drugiej strony, moja matka wpadła we wściekłość, gdy usłyszała o porwaniu doktora Goulda. Była zła, że była tu przez cały ten czas, pod moją opieką, a ja jej o tym nie powiedziałam".
    
  "O mój Boże" - współczuła siostra Barken. "Musiała być dla ciebie piekłem. Widziałam tę kobietę zdenerwowaną i przeraża nawet mnie".
    
  Obaj odważyli się roześmiać w tej ponurej sytuacji. Doktor Fritz wszedł do gabinetu pielęgniarskiego na trzecim piętrze z teczką pod pachą. Jego twarz była poważna, co natychmiast przerwało ich mizerną wesołość. Coś na kształt smutku lub rozczarowania odbiło się w jego oczach, gdy przygotowywał sobie kawę.
    
  "Guten Morgen, doktorze Fritz" - powiedziała młoda pielęgniarka, przerywając niezręczną ciszę.
    
  Nie odpowiedział jej. Pielęgniarka Barken była zaskoczona jego nieuprzejmością i swoim autorytatywnym tonem zmusiła mężczyznę do zachowania się, powtarzając to samo powitanie, tylko o kilka decybeli głośniej. Doktor Fritz podskoczył, wyrwany z letargu i kontemplacji.
    
  "Och, przepraszam, panie" - wyszeptał. "Dzień dobry. Dzień dobry" - skinął głową do każdej z nich, wycierając spoconą dłoń o płaszcz, zanim zamieszał kawę.
    
  To zachowanie było zupełnie nie w stylu doktora Fritza. Dla większości kobiet, które go spotkały, był odpowiedzią niemieckiego przemysłu medycznego na George'a Clooneya. Jego pewny siebie urok krył się w sile, przewyższanej jedynie przez jego umiejętności medyczne. A jednak stał tutaj, w skromnym gabinecie na trzecim piętrze, z spoconymi dłońmi i przepraszającym wyrazem twarzy, który wprawił obie kobiety w osłupienie.
    
  Pielęgniarka Barken i pielęgniarka Marks wymieniły ciche zmarszczenia brwi, zanim krzepka weteranka wstała, żeby umyć jej kubek. "Doktorze Fritz, co pana zdenerwowało? Siostra Marks i ja zgłaszamy się na ochotnika, żeby znaleźć osobę, która pana zdenerwowała, i zrobić jej darmową lewatywę z baru z dodatkiem mojej specjalnej herbaty Chai... prosto z imbryka!"
    
  Pielęgniarka Marks nie mogła powstrzymać się od zakrztuszenia zupą od niespodziewanego śmiechu, choć nie była pewna, jak zareaguje lekarz. Jej szeroko otwarte oczy wpatrywały się w przełożonego z subtelnym wyrzutem, a szczęka opadła jej ze zdumienia. Pielęgniarka Barken pozostała niewzruszona. Czuła się swobodnie, posługując się humorem, by wydobyć z niego informacje, nawet te osobiste i bardzo emocjonalne.
    
  Doktor Fritz uśmiechnął się i pokręcił głową. Podobało mu się to podejście, choć to, co ukrywał, w żadnym wypadku nie zasługiwało na żart.
    
  "Choć doceniam twój bohaterski gest, Siostro Barken, przyczyną mojego smutku nie jest tyle człowiek, co los człowieka" - powiedział najbardziej cywilizowanym tonem, jakim się posługuje.
    
  "Czy mogę zapytać, kto?" - naciskała siostra Barken.
    
  "Właściwie, nalegam" - odpowiedział. "Oboje leczyliście doktora Goulda, więc byłoby więcej niż stosowne, gdybyście znali wyniki badań Niny".
    
  Marlene bezszelestnie uniosła obie dłonie do twarzy, zasłaniając usta i nos w geście oczekiwania. Siostra Barken zrozumiała reakcję siostry Marks, ponieważ sama nie przyjęła tej wiadomości zbyt dobrze. Poza tym, jeśli dr Fritz tkwił w bańce cichej ignorancji wobec świata, to musiało być dobrze.
    
  "To przykre, zwłaszcza że początkowo wyleczyła się tak szybko" - zaczął, mocniej ściskając teczkę. "Badania wykazują znaczny spadek liczby krwinek. Uszkodzenia komórkowe były zbyt poważne, jak na czas, jaki zajęło jej leczenie".
    
  "O, słodki Jezu" - szlochała Marlene w ramionach. Łzy napłynęły jej do oczu, ale twarz siostry Barken miała wyraz, który nauczono ją przyjmować złe wieści.
    
  Pusty.
    
  "Na jakim poziomie się znajdujemy?" zapytała siostra Barken.
    
  "Cóż, jej jelita i płuca zdają się ponosić ciężar rozwijającego się raka, ale istnieją również wyraźne przesłanki, że doznała drobnych uszkodzeń neurologicznych, co prawdopodobnie jest przyczyną pogorszenia wzroku, siostro Barken. Przeszła tylko badania, więc nie będę w stanie postawić ostatecznej diagnozy, dopóki jej nie zobaczę".
    
  W tle pielęgniarka Marks cicho pojękiwała, słysząc tę wiadomość, ale starała się panować nad sobą i nie pozwolić, by pacjentka tak bardzo ją dotknęła. Wiedziała, że płacz nad pacjentem jest nieprofesjonalny, ale to nie była byle jaka pacjentka. To była dr Nina Gould, jej inspiracja i znajoma, do której miała słabość.
    
  "Mam tylko nadzieję, że wkrótce ją znajdziemy i będziemy mogli ją sprowadzić z powrotem, zanim sytuacja stanie się gorsza niż być powinna. Nie możemy jednak tak po prostu tracić nadziei" - powiedział, patrząc na młodą, zapłakaną pielęgniarkę. "Bardzo trudno jest zachować pozytywne nastawienie".
    
  "Doktorze Fritz, Naczelny Dowódca Niemieckich Sił Powietrznych wysyła dziś kogoś, żeby z panem porozmawiać" - oznajmiła asystentka doktora Fritza z progu. Nie zdążyła zapytać, dlaczego siostra Marx płacze, bo spieszyła się z powrotem do małego gabinetu doktora Fritza, za który była odpowiedzialna.
    
  "Kto?" - zapytał, odzyskując pewność siebie.
    
  "Mówi, że nazywa się Werner. Dieter Werner z niemieckich sił powietrznych. Chodzi o ofiarę poparzenia, która zniknęła ze szpitala. Sprawdziłam - ma wojskowe upoważnienie do przebywania tutaj w imieniu generała porucznika Harolda Meyera". Wypowiada to praktycznie jednym tchem.
    
  "Nie wiem już, co tym ludziom powiedzieć" - poskarżył się dr Fritz. "Nie potrafią sami posprzątać tego bałaganu, a teraz przychodzą i marnują mój czas..." i wyszedł, mamrocząc gniewnie. Jego asystentka spojrzała jeszcze raz na dwie pielęgniarki, po czym pospieszyła za swoją szefową.
    
  "Co to znaczy?" - westchnęła siostra Barken. "Cieszę się, że nie jestem na miejscu tego biednego lekarza. Chodź, siostro Marks. Czas na obchód". Wróciła do swojego zwykłego surowego polecenia, tylko po to, by zasygnalizować, że czas na wizytę. I z właściwą sobie surową irytacją dodała: "I otrzyj oczy, na litość boską, Marlene, zanim pacjenci pomyślą, że jesteś tak naćpana jak oni!"
    
    
  * * *
    
    
  Kilka godzin później siostra Marks zrobiła sobie przerwę. Właśnie opuściła oddział położniczy, gdzie każdego dnia pracowała na dwugodzinnej zmianie. Dwie pielęgniarki z oddziału położniczego skorzystały z urlopu okolicznościowego po niedawnych morderstwach, więc na oddziale brakowało personelu. W gabinecie pielęgniarki odciążyła bolące nogi i wsłuchała się w obiecujący szum czajnika.
    
  Gdy czekała, kilka snopów złoconego światła oświetliło stół i krzesła przed małą lodówką, zmuszając ją do dokładnego przyjrzenia się czystym liniom mebli. W jej zmęczonym stanie przypomniało jej to smutne wieści z przeszłości. Tuż obok, na gładkiej powierzchni kremowego stołu, wciąż widziała teczkę dr Niny Gould, leżącą tam jak każda inna karta, którą potrafiła odczytać. Tylko ta miała charakterystyczny zapach. Emanowała z niej cuchnąca, rozkładająca się woń, która dusiła pielęgniarkę Marks, dopóki nie obudziła się z koszmarnego snu nagłym ruchem ręki. O mało nie upuściła filiżanki na twardą podłogę, ale złapała ją w ostatniej chwili, uruchamiając napędzane adrenaliną odruchy nagłego uwolnienia.
    
  "O mój Boże!" wyszeptała w panice, ściskając mocno porcelanowy kubek. Jej wzrok padł na pustą powierzchnię biurka, gdzie nie było widać ani jednego pliku. Ku jej uldze, to był tylko brzydki miraż niedawnego zamieszania, ale rozpaczliwie pragnęła, żeby prawdziwe wiadomości w nim zawarte były takie same. Dlaczego to również nie mogło być tylko złym snem? Biedna Nina!
    
  Marlene Marks znów poczuła łzawienie oczu, ale tym razem nie z powodu stanu Niny. Po prostu nie miała pojęcia, czy piękna, ciemnowłosa historyczka w ogóle żyje, a tym bardziej, dokąd zabrał ją ten bezwzględny złoczyńca.
    
    
  Rozdział 16 - Wesołe spotkanie / Niezbyt wesoła część
    
    
  "Właśnie dzwoniła moja dawna koleżanka z Edinburgh Post, Margaret Crosby" - zwierzył się Sam, wciąż patrząc z nostalgią na telefon po wsiadaniu do wynajętego samochodu z Perdue. "Jedzie tutaj, żeby zaproponować mi współtworzenie śledztwa w sprawie udziału niemieckich sił powietrznych w jakimś skandalu".
    
  "Brzmi jak dobra historia. Powinieneś to zrobić, staruszku. Wyczuwam tu międzynarodowy spisek, ale nie jestem fanem wiadomości" - powiedział Perdue, kierując się w stronę tymczasowego schronienia Niny.
    
  Kiedy Sam i Perdue podjechali pod wskazany dom, miejsce wyglądało upiornie. Choć skromny dom został niedawno pomalowany, ogród był dziki. Kontrast między nimi sprawiał, że dom się wyróżniał. Cierniste krzewy otaczały beżowe ściany zewnętrzne pod czarnym dachem. Odpryski bladoróżowej farby na kominie wskazywały, że uległ on zniszczeniu jeszcze przed malowaniem. Dym unosił się z niego niczym leniwy, szary smok, zlewając się z zimnymi, monochromatycznymi chmurami pochmurnego dnia.
    
  Dom stał na końcu małej uliczki nad jeziorem, co tylko potęgowało ponury, samotny nastrój tego miejsca. Kiedy dwaj mężczyźni wysiedli z samochodu, Sam zauważył, że firanki w jednym z okien łopoczą.
    
  "Zostaliśmy zauważeni" - oznajmił Sam swojemu towarzyszowi. Purdue skinął głową, a jego wysoka sylwetka górowała nad framugą drzwi samochodu. Jego blond włosy powiewały na delikatnym wietrze, gdy patrzył, jak otwierają się drzwi wejściowe. Zza nich wyjrzała pulchna, miła twarz.
    
  "Frau Bauer?" zapytał Perdue z drugiej strony samochodu.
    
  "Pan Cleve?" Uśmiechnęła się.
    
  Perdue wskazał na Sama i uśmiechnął się.
    
  "Idź, Sam. Nie sądzę, żeby Nina powinna się ze mną od razu umawiać, jasne?" Sam zrozumiał. Jego przyjaciel miał rację. W końcu on i Nina nie rozstali się w najlepszych stosunkach, skoro Purdue śledził ją w ciemnościach, groził śmiercią i tak dalej.
    
  Gdy Sam podskakiwał po schodach ganku, gdzie kobieta przytrzymywała mu drzwi, nie mógł powstrzymać się od pragnienia, by zostać tu na dłużej. W domu unosił się boski zapach: mieszanką kwiatów, kawy i nikłą pozostałością czegoś, co jeszcze kilka godzin temu mogło być francuskim tostem.
    
  "Dziękuję" - powiedział do Frau Bauer.
    
  "Jest tutaj, po drugiej stronie. Spała od czasu, gdy ostatnio rozmawialiśmy przez telefon" - poinformowała Sama, bezczelnie mierząc wzrokiem jego szorstką powierzchowność. To sprawiło, że poczuł się nieswojo, jakby został zgwałcony w więzieniu, ale Sam skupił uwagę na Ninie. Jej drobna postać zwinęła się pod stertą koców, z których niektóre przemieniły się w koty, gdy je odsunął, odsłaniając twarz Niny.
    
  Sam tego nie okazywał, ale był zszokowany, widząc, jak źle wyglądała. Jej usta były sine na tle bladej twarzy, włosy przykleiły się do skroni, a ona oddychała chrapliwie.
    
  "Czy ona pali?" - zapytała Frau Bauer. "Jej płuca brzmią okropnie. Nie pozwoliła mi zadzwonić do szpitala, zanim ją pani nie zobaczyła. Czy mam zadzwonić teraz?"
    
  "Jeszcze nie" - odparł szybko Sam. Frau Bauer powiedziała mu o mężczyźnie, który towarzyszył Ninie przez telefon, i Sam założył, że to ta druga zaginiona osoba ze szpitala. "Nina" - powiedział cicho, przesuwając opuszkami palców po jej głowie, za każdym razem powtarzając jej imię nieco głośniej. W końcu otworzyła oczy i uśmiechnęła się. "Sam". Jezu! Co się dzieje z jej oczami? Z przerażeniem pomyślał o lekkiej mgiełce zaćmy, która przesłaniała jej wzrok niczym pajęczyna.
    
  "Cześć, piękna" - odpowiedział, całując ją w czoło. "Skąd wiedziałaś, że to ja?"
    
  "Żartujesz sobie?" powiedziała powoli. "Twój głos jest wyryty w mojej pamięci... tak jak twój zapach".
    
  "Mój zapach?" zapytał.
    
  "Marlboro i arogancja" - zażartowała. "Boże, zabiłabym teraz za papierosa".
    
  Frau Bauer zakrztusiła się herbatą. Sam parsknął śmiechem. Nina zakaszlała.
    
  "Strasznie się martwiliśmy, kochanie" - powiedział Sam. "Zabierzmy cię do szpitala. Proszę".
    
  Zranione oczy Niny rozszerzyły się. "Nie".
    
  "Wszystko się tam już uspokoiło". Próbował ją oszukać, ale Nina nie dała się nabrać.
    
  "Nie jestem głupia, Sam. Śledzę wiadomości z tego miejsca. Jeszcze nie złapali tego sukinsyna, a kiedy ostatnio rozmawialiśmy, dał mi jasno do zrozumienia, że jestem po złej stronie barykady" - wychrypiała szybko.
    
  "Dobra, dobra. Uspokój się trochę i powiedz mi dokładnie, co to znaczy, bo wydaje mi się, że miałeś bezpośredni kontakt z zabójcą" - odpowiedział Sam, starając się ukryć w swoim głosie prawdziwe przerażenie, jakie odczuwał na myśl o tym, co sugerowała.
    
  "Herbatę czy kawę, Herr Cleve?" - szybko zapytała miła gospodyni.
    
  "Doro robi świetną herbatę cynamonową, Sam. Spróbuj" - zasugerowała Nina zmęczonym głosem.
    
  Sam skinął głową uprzejmie, odsyłając niecierpliwą Niemkę do kuchni. Martwił się, że Perdue siedzi w samochodzie, czekając na rozwiązanie obecnej sytuacji Niny. Nina znów popadła w oszołomienie, uśpiona telewizyjną wojną o Bundesligę. Martwiąc się o swoje życie w trakcie nastoletniego załamania nerwowego, Sam wysłał Perdue SMS-a.
    
  Jest tak uparta, jak myśleliśmy.
    
  Nieuleczalnie chory. Macie jakieś pomysły?
    
  Westchnął, czekając na jakieś pomysły, jak zawieźć Ninę do szpitala, zanim jej upór doprowadzi do śmierci. Oczywiście, przymus bez użycia przemocy był jedynym sposobem na poradzenie sobie z kimś w stanie delirium i wściekłym na świat, ale obawiał się, że jeszcze bardziej zraziłoby to Ninę, zwłaszcza do Purdue. Dźwięk jego telefonu przerwał monotonię komentatora telewizyjnego, budząc Ninę. Sam spojrzał w dół, gdzie schował telefon.
    
  Zasugerować inny szpital?
    
  W przeciwnym wypadku znokautuj ją mocnym sherry.
    
  W ostatniej wiadomości Sam zrozumiał, że Perdue żartuje. Pierwsza wiadomość była jednak świetnym pomysłem. Zaraz po pierwszej wiadomości nadeszła kolejna.
    
  Universitätsklinikum Mannheim.
    
  Theresienkrankenhaus.
    
  Na spoconym czole Niny pojawił się głęboki grymas. "Co to za nieustanny hałas, do cholery?" - wymamrotała przez wirujący śmiech gorączki. "Niech to się skończy! O mój Boże..."
    
  Sam wyłączył telefon, żeby uspokoić sfrustrowaną kobietę, którą próbował uratować. Frau Bauer weszła z tacą. "Przepraszam, Frau Bauer" - przeprosił bardzo cicho Sam. "Za kilka minut pozbędziemy się pani włosów".
    
  "Nie bądź szalony" - wychrypiała z ciężkim akcentem. "Nie spiesz się. Tylko dopilnuj, żeby Nina szybko trafiła do szpitala. Nie sądzę, żeby wyglądała aż tak źle".
    
  "Dziękuję" - odpowiedział Sam. Upił łyk herbaty, uważając, żeby nie poparzyć ust. Nina miała rację. Gorący napój był tak bliski ambrozji, jak tylko mógł sobie wyobrazić.
    
  "Nina?" - odważył się ponownie Sam. "Musimy się stąd wydostać. Twój przyjaciel ze szpitala cię porzucił, więc nie do końca mu ufam. Jeśli wróci z kilkoma przyjaciółmi, będziemy mieli kłopoty".
    
  Nina otworzyła oczy. Sam poczuł falę smutku, gdy spojrzała ponad jego twarzą w przestrzeń za nim. "Nie wracam".
    
  "Nie, nie, nie musisz" - uspokajał. "Zabierzemy cię do lokalnego szpitala tutaj, w Mannheim, kochanie".
    
  "Nie, Sam!" błagała. Jej pierś unosiła się niespokojnie, gdy dłonie próbowały odnaleźć dokuczliwy zarost. Smukłe palce Niny zacisnęły się na karku, gdy wielokrotnie próbowała pozbyć się sklejonych loków, a za każdym razem, gdy jej się to nie udawało, czuła coraz większą irytację. Sam robił to za nią, podczas gdy ona wpatrywała się w to, co uważała za jego twarz. "Dlaczego nie mogę wrócić do domu? Dlaczego nie mogą mnie leczyć w szpitalu w Edynburgu?"
    
  Nina nagle sapnęła i wstrzymała oddech, a jej nozdrza lekko się rozszerzyły. W drzwiach stanęła Frau Bauer z gościem, za którym podążała.
    
  "Możesz".
    
  "Purdue!" - wykrztusiła Nina, próbując przełknąć ślinę przez suche gardło.
    
  "Możesz zostać przewieziona do wybranej przez siebie placówki medycznej w Edynburgu, Nino. Pozwól nam tylko przewieźć cię do najbliższego szpitala ratunkowego, żeby cię ustabilizować. Kiedy to nastąpi, Sam i ja natychmiast wyślemy cię do domu. Obiecuję ci to" - powiedział jej Perdue.
    
  Starał się mówić cicho i spokojnie, żeby nie zdenerwować jej. Jego słowa były przesiąknięte pozytywnym tonem determinacji. Purdue wiedział, że musi dać jej to, czego chciała, bez dalszej dyskusji o Heidelbergu.
    
  "Co ty na to, kochanie?" Sam uśmiechnął się, głaszcząc ją po włosach. "Nie chcesz przecież umierać w Niemczech, prawda?" Spojrzał przepraszająco na swoją niemiecką gospodynię, ale ona tylko się uśmiechnęła i machnęła ręką.
    
  "Próbowałeś mnie zabić!" - warknęła Nina na coś wokół siebie. Początkowo słyszała, gdzie stoi, ale głos Perdue"a zadrżał, gdy się odezwał, więc i tak rzuciła się na niego.
    
  "Zaprogramowano go, Nino, żeby wykonywał polecenia tego idioty z Czarnego Słońca. Daj spokój, wiesz, że Purdue nigdy nie skrzywdziłoby cię celowo" - próbowała Sam, ale krztusiła się z bólu. Nie mogli stwierdzić, czy Nina jest wściekła, czy przerażona, ale jej ręce gorączkowo machały, aż w końcu wyczuła dłoń Sama. Przywarła do niego, a jej mleczne oczy błądziły z boku na bok.
    
  "Boże, spraw, żeby to nie był Purdue" - powiedziała.
    
  Sam pokręcił głową z rozczarowaniem, gdy Perdue wychodził z domu. Nie było wątpliwości, że tym razem uwaga Niny głęboko go zraniła. Frau Bauer patrzyła ze współczuciem, jak wysoki blondyn odchodzi. W końcu Sam postanowił obudzić Ninę.
    
  "Chodź" powiedział, delikatnie dotykając jej delikatnego ciała.
    
  "Zostawcie koce. Mogę więcej robić na drutach" - uśmiechnęła się Frau Bauer.
    
  "Bardzo dziękuję. Byłaś tak, tak pomocna" - powiedział Sam do kelnerki, podnosząc Ninę i niosąc ją do samochodu. Twarz Perdue była pusta i pozbawiona wyrazu, gdy Sam ładował śpiącą Ninę do samochodu.
    
  "Tak, jest w szpitalu" - oznajmił Sam nonszalancko, próbując pocieszyć Purdue, nie popadając w płacz. "Chyba będziemy musieli wrócić do Heidelbergu, żeby odebrać jej dokumentację od poprzedniego lekarza, kiedy już zostanie przyjęta do Mannheim".
    
  "Możesz iść. Wracam do Edynburga, jak tylko zajmiemy się Niną". Słowa Purdue'a pozostawiły pustkę w głowie Sama.
    
  Sam zmarszczył brwi, oszołomiony. "Ale powiedziałeś, że zawieziesz ją tam do szpitala". Rozumiał rozczarowanie Purdue, ale nie było sensu ryzykować życiem Niny.
    
  "Wiem, co powiedziałem, Sam" - powiedział ostro. Jego puste spojrzenie powróciło; to samo, które miał na Sinclaira, kiedy powiedział Samowi, że nic mu nie pomoże. Purdue uruchomił silnik. "Też wiem, co ona powiedziała".
    
    
  Rozdział 17 - Podwójna sztuczka
    
    
  W najwyższym biurze na piątym piętrze dr Fritz spotkał się z szanowanym przedstawicielem bazy lotnictwa taktycznego 34 Büchel w imieniu Naczelnego Dowódcy Luftwaffe, którego poszukiwała wówczas prasa i rodzina zaginionego pilota.
    
  "Dziękuję, że przyjął mnie pan bez uprzedzenia, doktorze Fritz" - powiedział Werner serdecznie, rozbrajając specjalistę swoją charyzmą. "Generał porucznik poprosił mnie o przybycie, ponieważ jest obecnie zasypany wizytami i groźbami prawnymi, co z pewnością pan rozumie".
    
  "Tak. Proszę usiąść, panie Werner" - powiedział ostro dr Fritz. "Jak zapewne pan rozumie, ja również mam napięty grafik, ponieważ muszę opiekować się pacjentami w stanie krytycznym i terminalnym bez niepotrzebnych przerw w mojej codziennej pracy".
    
  Werner uśmiechnął się i usiadł, zdezorientowany nie tylko wyglądem lekarza, ale także jego niechęcią do spotkania się z nim. Jednak jeśli chodzi o misje, takie rzeczy wcale Wernerowi nie przeszkadzały. Był tam, aby zdobyć jak najwięcej informacji o pilocie Lö Wenhagenie i stopniu jego obrażeń. Doktor Fritz nie miałby innego wyjścia, jak tylko pomóc mu w poszukiwaniach ofiary poparzenia, zwłaszcza pod pretekstem uspokojenia rodziny. Oczywiście, w rzeczywistości był uczciwym celem.
    
  Werner nie podkreślił również faktu, że dowódca nie ufał placówce medycznej na tyle, by po prostu przyjąć tę informację. Starannie ukrył fakt, że podczas gdy on pracował z dr. Fritzem na piątym piętrze, dwóch jego kolegów przeszukiwało budynek z dokładnym, precyzyjnym grzebieniem w poszukiwaniu ewentualnych szkodników. Każdy z nich przeszukiwał teren osobno, wchodząc po schodach ewakuacyjnych i schodząc po kolejnych. Wiedzieli, że mają niewiele czasu na dokończenie poszukiwań, zanim Werner skończy przesłuchiwać lekarza naczelnego. Gdy upewnili się, że Lö Wenhagen nie ma w szpitalu, mogli rozszerzyć poszukiwania na inne potencjalne lokalizacje.
    
  Tuż po śniadaniu dr Fritz zadał Wernerowi bardziej palące pytanie.
    
  "Poruczniku Werner, jeśli pan pozwoli" - jego słowa były przesiąknięte sarkazmem. "Dlaczego dowódca pańskiej eskadry nie jest tu, żeby ze mną o tym porozmawiać? Myślę, że powinniśmy przestać gadać bzdury, ty i ja. Obaj wiemy, dlaczego Schmidt poluje na młodego pilota, ale co to ma wspólnego z panem?"
    
  "Tak. Jestem tylko przedstawicielem, doktorze Fritz. Ale mój raport dokładnie odzwierciedli, jak szybko nam pan pomógł" - odparł stanowczo Werner. Ale tak naprawdę nie miał pojęcia, dlaczego jego dowódca, kapitan Gerhard Schmidt, wysłał go i jego asystentów za pilotem. Wszyscy trzej zakładali, że zamierzają zabić pilota tylko za to, że skompromitował Luftwaffe, rozbijając jeden z ich absurdalnie drogich myśliwców Tornado. "Kiedy dostaniemy to, czego chcemy" - blefował - "wszyscy dostaniemy za to nagrodę".
    
  "Ta maska nie należy do niego" - oświadczył dr Fritz zuchwale. "Idź i powiedz to Schmidtowi, chłopcze na posyłki".
    
  Twarz Wernera zbladła. Przepełniała go wściekłość, ale nie był tam, by krytykować lekarza. Bezczelna, lekceważąca drwina lekarza była niezaprzeczalnym wezwaniem do walki, czymś, co Werner w myślach zapisał na swojej liście rzeczy do zrobienia. Ale na razie skupił się na tej soczystej informacji, której kapitan Schmidt się nie spodziewał.
    
  "Powiem mu dokładnie to samo, proszę pana". Przejrzyste, zwężone oczy Wernera przeszyły doktora Fritza. Na twarzy pilota myśliwca pojawił się uśmieszek, a brzęk naczyń i gwar personelu szpitalnego zagłuszyły słowa o sekretnym pojedynku. "Jak tylko maska zostanie znaleziona, z pewnością zaproszę pana na ceremonię". Werner ponownie zerknął, próbując wtrącić słowa-klucze, których znaczenia nie sposób było rozszyfrować.
    
  Doktor Fritz zaśmiał się głośno. Radośnie uderzył dłonią w stół. "Ceremonia?"
    
  Werner przez chwilę obawiał się, że zepsuł przedstawienie, ale jego ciekawość szybko się opłaciła. "To ci powiedział? Ha! Powiedział ci, że potrzebujesz ceremonii, żeby wcielić się w ofiarę? Ojejku!" Dr Fritz pociągnął nosem, ocierając łzy rozbawienia z kącików oczu.
    
  Werner był zachwycony arogancją doktora, więc wykorzystał ją, odkładając na bok swoje ego i pozornie przyznając, że dał się nabrać. Wyglądając na skrajnie rozczarowanego, kontynuował: "Okłamał mnie?". Jego głos był stłumiony, ledwie słyszalny szept.
    
  "Zgadza się, poruczniku. Maska Babilońska nie jest przedmiotem ceremonialnym. Schmidt pana oszukuje, żeby uniemożliwić panu czerpanie z niej korzyści. Spójrzmy prawdzie w oczy, to niezwykle cenny przedmiot dla tego, kto da najwięcej" - dr Fritz ochoczo przyznał.
    
  "Jeśli była tak cenna, dlaczego zwróciłeś ją do Löwenhagen?" Werner przyjrzał się bliżej.
    
  Doktor Fritz patrzył na niego z całkowitym zdumieniem.
    
  "Löwenhagen. Kto to jest Löwenhagen?"
    
    
  * * *
    
    
  Podczas gdy pielęgniarka Marks sprzątała resztki zużytych odpadów medycznych po swoim obchodzie, jej uwagę przykuł cichy dźwięk dzwoniącego telefonu w dyżurce pielęgniarskiej. Z przepełnionym jękiem pobiegła otworzyć, ponieważ żadna z jej koleżanek nie skończyła jeszcze z pacjentami. To była recepcja na pierwszym piętrze.
    
  "Marlene, ktoś tu chce się widzieć z doktorem Fritzem, ale nikt nie odbiera" - powiedziała sekretarka. "Mówi, że to pilne i od tego zależy życie. Czy mogłabyś mnie połączyć z lekarzem?"
    
  "Hmm, nie ma go w pobliżu. Musiałbym go poszukać. O czym ona mówi?"
    
  Recepcjonistka odpowiedziała przyciszonym głosem: "Upiera się, że jeśli nie zobaczy doktora Fritza, Nina Gould umrze".
    
  "O mój Boże!" - wyszeptała siostra Marks. "On ma Ninę?"
    
  "Nie wiem. Powiedział tylko, że ma na imię... Sam" - wyszeptała recepcjonistka, bliska przyjaciółka pielęgniarki Marks, która znała fikcyjne imię ofiary poparzenia.
    
  Ciało pielęgniarki Marks zdrętwiało. Adrenalina pchnęła ją do przodu i machnęła ręką, by zwrócić uwagę ochroniarza z trzeciego piętra. Nadbiegł z drugiego końca korytarza, z ręką na kaburze, mijając gości i personel po czystej podłodze, a jego odbicie odbijało się w nim.
    
  "Dobrze, powiedz mu, że idę po niego i zabieram go do doktora Fritza" - powiedziała pielęgniarka Marks. Po rozłączeniu się, powiedziała ochroniarzowi: "Na dole jest mężczyzna, jeden z dwóch zaginionych pacjentów. Mówi, że musi się spotkać z doktorem Fritzem, bo inaczej drugi zaginiony pacjent umrze. Musisz iść ze mną, żeby go aresztować".
    
  Strażnik z kliknięciem odpiął kaburę i skinął głową. "Rozumiem. Ale proszę zostać za mną". Nadał przez radio swoją jednostkę, meldując, że zamierza aresztować potencjalnego podejrzanego i poszedł za pielęgniarką Marks do poczekalni. Marlene poczuła szybsze bicie serca, przerażona, ale podekscytowana rozwojem sytuacji. Gdyby mogła pomóc w aresztowaniu podejrzanego, który porwał dr. Goulda, byłaby bohaterką.
    
  W asyście dwóch innych funkcjonariuszy, pielęgniarka Marks i ochroniarz zeszli po schodach na pierwsze piętro. Gdy dotarli na półpiętro i skręcili za róg, pielęgniarka Marks z niepokojem wyjrzała zza potężnego funkcjonariusza, by dostrzec pacjenta z oddziału oparzeń, którego tak dobrze znała. Ale nigdzie go nie było.
    
  "Siostro, kim jest ten mężczyzna?" zapytał funkcjonariusz, gdy dwóch innych przygotowywało się do ewakuacji. Pielęgniarka Marks tylko pokręciła głową. "Nie... Nie widzę go". Jej wzrok przesuną się po wszystkich mężczyznach w holu, ale nikt nie miał poparzeń na twarzy ani klatce piersiowej. "To niemożliwe" - powiedziała. "Zaczekaj, powiem ci, jak się nazywa". Stojąc wśród ludzi w holu i poczekalni, pielęgniarka Marks zatrzymała się i zawołała: "Sam! Czy mógłbyś pójść ze mną do doktora Fritza?"
    
  Recepcjonistka wzruszyła ramionami, patrząc na Marlene i powiedziała: "Co ty, do cholery, robisz? On tu jest!". Wskazała na przystojnego, ciemnowłosego mężczyznę w eleganckim płaszczu czekającego przy ladzie. Natychmiast podszedł do niej z uśmiechem. Funkcjonariusze wyciągnęli pistolety, zatrzymując Sama w pół kroku. Tymczasem gapiący się wstrzymali oddech; niektórzy zniknęli za rogami.
    
  "Co się dzieje?" zapytał Sam.
    
  "Nie jesteś Samem" - zmarszczyła brwi siostra Marks.
    
  "Siostro, czy to porywacz, czy nie?" zapytał niecierpliwie jeden z policjantów.
    
  "Co?" - krzyknął Sam, marszcząc brwi. "Jestem Sam Cleave, szukam doktora Fritza".
    
  "Czy ma pan doktor Ninę Gould?" zapytał policjant.
    
  W trakcie dyskusji pielęgniarka aż złapała oddech. Sam Cleave, tuż przed nią.
    
  "Tak" - zaczął Sam, ale zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, unieśli broń, celując prosto w niego. "Ale ja jej nie porwałem! Jezu! Schowajcie broń, idioci!"
    
  "To nie jest właściwy sposób zwracania się do funkcjonariusza organów ścigania, synu" - przypomniał Samowi inny funkcjonariusz.
    
  "Przepraszam" - powiedział szybko Sam. "Dobrze? Przepraszam, ale musisz mnie wysłuchać. Nina jest moją przyjaciółką i obecnie leczy się w szpitalu Theresien w Mannheim. Potrzebują jej dokumentacji, czy czegoś w tym rodzaju, a ona wysłała mnie do swojego lekarza prowadzącego, żebym zdobył te informacje. To wszystko! Tylko po to tu jestem, rozumiesz?"
    
  "Dowód osobisty" - zażądał strażnik. "Powoli".
    
  Sam powstrzymał się od żartowania z działań agenta FBI, na wypadek gdyby okazały się skuteczne. Ostrożnie otworzył klapę płaszcza i wyciągnął paszport.
    
  "Proszę bardzo. Sam Cleve. Widzisz?" Pielęgniarka Marks wyszła zza policjanta i przepraszająco podała Samowi rękę.
    
  "Bardzo mi przykro z powodu nieporozumienia" - powiedziała Samowi, powtarzając to samo funkcjonariuszom. "Widzicie, drugi pacjent, który zaginął z doktorem Gouldem, również nazywał się Sam. Oczywiście, od razu założyłam, że to Sam chciał się z nim spotkać. A kiedy powiedział, że doktor Gould może umrzeć..."
    
  "Tak, tak, rozumiemy, siostro Marx" - westchnął strażnik, chowając pistolet do kabury. Pozostała dwójka była równie rozczarowana, ale nie miała innego wyjścia, jak pójść w jego ślady.
    
    
  Rozdział 18 - Odsłonięty
    
    
  "Ty też" - zażartował Sam, gdy zwrócono mu legitymację. Zarumieniona młoda pielęgniarka uniosła dłoń w geście wdzięczności, gdy wychodzili, czując się strasznie nieśmiało.
    
  "Panie Cleve, to dla mnie wielki zaszczyt pana poznać". Uśmiechnęła się, ściskając dłoń Sama.
    
  "Mów mi Sam" - flirtował, celowo wpatrując się w jej oczy. Poza tym sojusznik mógłby pomóc mu w misji; nie tylko w odzyskaniu akt Niny, ale także w dotarciu do sedna niedawnych incydentów w szpitalu, a być może nawet w bazie lotniczej w Buchel.
    
  "Bardzo przepraszam, że tak schrzaniłam sprawę. Drugi pacjent, z którym zniknęła, również nazywał się Sam" - wyjaśniła.
    
  "Tak, kochanie, znowu to złapałem. Nie ma za co przepraszać. To była szczera pomyłka". Wjechali windą na piąte piętro. Błąd, który o mało nie kosztował mnie cholernego życia!
    
  W windzie, z dwoma technikami rentgenowskimi i entuzjastyczną pielęgniarką Marks, Sam odepchnął niezręczność. Wpatrywały się w niego w milczeniu. Przez ułamek sekundy Sam rozważał, czy nie zaskoczyć Niemek uwagą, że kiedyś widział szwedzki film porno zaczynający się w podobny sposób. Drzwi na drugim piętrze otworzyły się i Sam dostrzegł biały napis na ścianie korytarza z napisem "Rentgen 1 i 2" napisanym czerwonymi literami. Dwóch techników rentgenowskich odetchnęło dopiero po wyjściu z windy. Sam usłyszał, jak ich chichot cichnie, gdy srebrne drzwi ponownie się zamknęły.
    
  Pielęgniarka Marks uśmiechnęła się krzywo, a jej wzrok wbił się w podłogę, co skłoniło reportera do rozwiania jej konsternacji. Odetchnął ciężko, patrząc w górę na światło nad nimi. "Więc, siostro Marks, czy dr Fritz jest radiologiem?"
    
  Jej postawa natychmiast się wyprostowała, niczym lojalnego żołnierza. Znajomość mowy ciała Sama podpowiadała mu, że pielęgniarka żywiła do lekarza, o którym mowa, niegasnący szacunek, a wręcz pożądanie. "Nie, ale to doświadczony lekarz, który wykłada na światowych konferencjach medycznych na różne tematy naukowe. Powiem panu szczerze - wie trochę o każdej chorobie, podczas gdy inni lekarze specjalizują się tylko w jednej, a o reszcie nie mają zielonego pojęcia. Doskonale opiekował się doktorem Gouldem. Może pan być tego pewien. Właściwie, tylko on to pojął..."
    
  Siostra Marks natychmiast przełknęła ślinę, niemal wyrzucając z siebie straszną nowinę, która oszołomiła ją jeszcze tego ranka.
    
  "Co?" zapytał dobrodusznie.
    
  "Chciałam tylko powiedzieć, że cokolwiek trapi doktora Goulda, doktor Fritz się tym zajmie" - powiedziała, zaciskając usta. "Ach! Chodźmy!" - uśmiechnęła się, ulżona, że tak szybko dotarli na piąte piętro.
    
  Zaprowadziła Sama do skrzydła administracyjnego na piątym piętrze, mijając archiwum i herbaciarnię dla personelu. Podczas spaceru Sam co jakiś czas podziwiał widoki z identycznych kwadratowych okien, umieszczonych wzdłuż śnieżnobiałego holu. Za każdym razem, gdy ściana ustępowała miejsca zasłoniętemu oknem, słońce wpadało przez nie i ogrzewało twarz Sama, dając mu widok z lotu ptaka na okolicę. Zastanawiał się, gdzie jest Purdue. Zostawił samochód Sama i bez zbędnych wyjaśnień wziął taksówkę na lotnisko. Problem polegał na tym, że Sam nosił w sobie coś nierozwiązanego, dopóki nie znalazł czasu, by się tym zająć.
    
  "Dr Fritz musiał już skończyć przesłuchanie" - poinformowała Sam pielęgniarka Marks, gdy zbliżali się do zamkniętych drzwi. Krótko opowiedziała, jak dowódca sił powietrznych wysłał emisariusza, aby porozmawiał z dr. Fritzem w sprawie pacjenta, który dzielił pokój z Niną. No cóż. Sam się zastanowił. Jak wygodnie to wszystko wygląda? Wszyscy, których potrzebuję, pod jednym dachem. To jak kompaktowe centrum informacyjne dla śledztw kryminalnych. Witamy w centrum korupcji!
    
  Zgodnie z protokołem, pielęgniarka Marks zapukała trzy razy i otworzyła drzwi. Porucznik Werner miał właśnie wychodzić i wydawał się nie być zaskoczony widokiem pielęgniarki, ale rozpoznał Sama z wozu transmisyjnego. Na czole Wernera pojawiło się pytanie, ale pielęgniarka Marks zatrzymała się, a jej twarz zbladła.
    
  "Marlene?" zapytał Werner z ciekawością. "Co się stało, kochanie?"
    
  Stała nieruchomo, ogarnięta podziwem, gdy fala przerażenia powoli ją ogarniała. Jej wzrok padł na identyfikator doktora Fritza na białym fartuchu, ale pokręciła głową z niedowierzaniem. Werner podszedł do niej i objął jej twarz dłońmi, gdy przygotowywała się do krzyku. Sam wiedział, że coś się dzieje, ale ponieważ nie znał nikogo z tych ludzi, w najlepszym razie nie wiedział, co się dzieje.
    
  "Marlene!" krzyknął Werner, żeby ją otrzeźwić. Marlene Marx odzyskała głos i warknęła na mężczyznę w płaszczu. "Nie jesteś doktorem Fritzem! Nie jesteś doktorem Fritzem!"
    
  Zanim Werner zdążył w pełni zrozumieć, co się dzieje, oszust rzucił się naprzód i wyrwał mu pistolet z kabury na ramieniu. Sam zareagował jednak szybciej i rzucił się naprzód, by odepchnąć Wernera, udaremniając próbę uzbrojenia się przez ohydnego napastnika. Pielęgniarka Marks wybiegła z gabinetu, rozpaczliwie wzywając ochronę.
    
  Mrużąc oczy przez szybę w podwójnych drzwiach pokoju, jeden z funkcjonariuszy, którego wcześniej wezwała pielęgniarka Marks, próbował dostrzec postać biegnącą w jego stronę i w stronę jego kolegi.
    
  "Głowa do góry, Klaus" - uśmiechnął się do kolegi. "Paranoidalna Polly wróciła".
    
  "O mój Boże, ale to się naprawdę rusza, prawda?" - zauważył inny oficer.
    
  "Znowu krzyczy: wilku! Słuchaj, nie mamy dużo do roboty na tej zmianie, ale nie lubię być w tarapatach, rozumiesz?" - odpowiedział pierwszy oficer.
    
  "Siostro Marx!" - wykrzyknął drugi oficer. "Komu teraz możemy grozić?"
    
  Marlene rzuciła się głową naprzód i wylądowała prosto w jego ramionach, wczepiając w niego pazury.
    
  "Gabinet doktora Fritza! Chodźcie! Odejdźcie, na litość boską!" - krzyknęła, gdy ludzie zaczęli się na nią gapić.
    
  Kiedy pielęgniarka Marks zaczęła ciągnąć mężczyznę za rękaw, ciągnąc go w stronę gabinetu dr. Fritza, funkcjonariusze zdali sobie sprawę, że tym razem to nie przeczucie. Ponownie pobiegli w stronę przeciwległego korytarza, znikając im z oczu, podczas gdy pielęgniarka krzyczała na nich, żeby złapali to, co nadal nazywała potworem. Pomimo dezorientacji, podążyli za odgłosami kłótni i wkrótce zrozumieli, dlaczego zrozpaczona młoda pielęgniarka nazwała oszusta potworem.
    
  Sam Cleve był zajęty wymianą ciosów ze staruszkiem, wchodząc mu w drogę za każdym razem, gdy ten zmierzał do drzwi. Werner siedział na podłodze, oszołomiony, otoczony odłamkami szkła i kilkoma naczyniami nerkowymi, roztrzaskanymi po tym, jak oszust pozbawił go przytomności nocnikiem i przewrócił małą szafkę, w której dr Fritz trzymał szalki Petriego i inne delikatne przedmioty.
    
  "O cholera, spójrz na to!" - krzyknął jeden z funkcjonariuszy do swojego partnera, próbując obezwładnić pozornie niezwyciężonego przestępcę, nakładając na niego swoje ciała. Samowi ledwo udało się uciec, gdy dwóch funkcjonariuszy obezwładniało przestępcę w białym fartuchu. Czoło Sama zdobiły szkarłatne wstążki, które elegancko okalały jego kości policzkowe. Obok niego Werner chwycił się za tył głowy, gdzie nocnik boleśnie otarł mu się o czaszkę.
    
  "Chyba będę potrzebował szwów" - powiedział Werner pielęgniarce Marks, która ostrożnie wślizgnęła się przez drzwi do gabinetu. Jego ciemne włosy były przesiąknięte krwią w miejscu, gdzie rozwarła się głęboka rana. Sam obserwował, jak funkcjonariusze obezwładniają dziwnie wyglądającego mężczyznę, grożąc użyciem śmiercionośnej siły, aż w końcu ustąpił. Pojawili się również dwaj inni mężczyźni, których Sam widział z Wernerem w pobliżu wozu transmisyjnego.
    
  "Hej, co tu robi turysta?" zapytał Kol, gdy zobaczył Sama.
    
  "On nie jest turystą" - broniła się siostra Marx, trzymając Wernera za głowę. "To światowej sławy dziennikarz!"
    
  "Naprawdę?" - zapytał szczerze Kol. "Kochanie". Wyciągnął rękę, żeby pomóc Samowi wstać. Himmelfarb jedynie pokręcił głową i cofnął się, dając wszystkim przestrzeń do ruchu. Funkcjonariusze założyli mężczyźnie kajdanki, ale zostali poinformowani, że w tej sprawie jurysdykcję mają Siły Powietrzne.
    
  "Chyba powinniśmy go wam przekazać" - powiedział oficer Wernerowi i jego ludziom. "Załatwmy tylko formalności, żeby oficjalnie przekazać go w ręce wojska".
    
  "Dziękuję, panie oficerze. Proszę to załatwić tutaj, w biurze. Nie chcemy, żeby opinia publiczna i pacjenci znów się niepokoili" - radził Werner.
    
  Policja i strażnicy odciągnęli mężczyznę na bok, podczas gdy pielęgniarka Marks niechętnie wykonywała swoje obowiązki, opatrunając rany i otarcia starca. Była pewna, że ta przerażająca twarz z łatwością mogłaby prześladować w snach nawet najbardziej zatwardziałych mężczyzn. Nie chodziło o to, że był brzydki sam w sobie, ale o to, że jego rysy twarzy były takie. W głębi duszy czuła dziwne współczucie, zmieszane z obrzydzeniem, gdy osuszała jego ledwo krwawiące zadrapania wacikiem nasączonym alkoholem.
    
  Jego oczy miały idealny kształt, choć nie były atrakcyjne w swojej egzotycznej naturze. Wyglądało jednak, jakby reszta twarzy została poświęcona dla ich piękna. Czaszka miała nierówną linię, a nos zdawał się niemal nie istnieć. Ale to usta trafiły do Marlene.
    
  "Masz mikrostomię" - zauważyła.
    
  "Tak, łagodna postać twardziny układowej powoduje zjawisko małych ust" - odpowiedział swobodnie, jakby był na badaniu krwi. Niemniej jednak jego słowa były dobrze wymawiane, a jego niemiecki akcent był już praktycznie nieskazitelny.
    
  "Jakieś wstępne leczenie?" - zapytała. To było głupie pytanie, ale gdyby nie wdała się z nim w medyczną pogawędkę, byłby o wiele bardziej odpychający. Rozmowa z nim była prawie jak rozmowa z Samem, pacjentem, z czasów, gdy tam był - intelektualna rozmowa z przekonującym potworem.
    
  "Nie" - odpowiedział tylko, pozbawiony sarkazmu, tylko dlatego, że zadała pytanie. Jego ton był niewinny, jakby w pełni akceptował jej badanie lekarskie, podczas gdy mężczyźni rozmawiali w tle.
    
  "Jak masz na imię, kolego?" zapytał go głośno jeden z policjantów.
    
  "Marduk. Peter Marduk" - odpowiedział.
    
  "Nie jesteś Niemcem?" zapytał Werner. "Boże, nabrałeś mnie".
    
  Marduk chętnie uśmiechnąłby się słysząc niestosowny komplement na temat jego języka niemieckiego, ale ciasna tkanina wokół ust pozbawiła go tego przywileju.
    
  "Dokumenty tożsamości" - warknął funkcjonariusz, wciąż pocierając wargę spuchniętą od przypadkowego uderzenia podczas aresztowania. Marduk powoli sięgnął do kieszeni kurtki pod białym fartuchem doktora Fritza. "Muszę spisać jego zeznanie dla naszej dokumentacji, poruczniku".
    
  Werner skinął głową z aprobatą. Mieli za zadanie wytropić i zabić LöWenhagena, a nie schwytać starca podającego się za lekarza. Jednak teraz, gdy Werner dowiedział się, dlaczego Schmidt naprawdę poluje na LöWenhagena, dodatkowe informacje od Marduka mogłyby im się bardzo przydać.
    
  "Czyli doktor Fritz też nie żyje?" - zapytała cicho pielęgniarka Marks, pochylając się, by zasłonić wyjątkowo głęboką ranę na stalowych ogniwach zegarka Sama Cleve"a.
    
  "NIE".
    
  Serce jej podskoczyło. "Co masz na myśli? Skoro udawałaś go w jego biurze, powinnaś była go najpierw zabić".
    
  "To nie jest bajka o irytującej dziewczynce w czerwonym szalu i jej babci, moja droga" - westchnął starzec. "Chyba że to ta wersja, w której babcia wciąż żyje w brzuchu wilka".
    
    
  Rozdział 19 - Ekspozycja babilońska
    
    
  "Znaleźliśmy go! Nic mu nie jest. Jest tylko nieprzytomny i zakneblowany!" - oznajmił jeden z policjantów, gdy znaleźli doktora Fritza. Był dokładnie tam, gdzie Marduk kazał im szukać. Nie mogli schwytać Marduka bez konkretnych dowodów na to, że popełnił morderstwa w "Precious Nights", więc Marduk zdradził swoją lokalizację.
    
  Oszust upierał się, że jedynie obezwładnił lekarza i przybrał jego postać, aby umożliwić mu niespodziewane opuszczenie szpitala. Jednak nominacja Wernera zaskoczyła go, zmuszając do pełnienia tej roli jeszcze przez chwilę, "...aż pielęgniarka Marks pokrzyżowała mi plany" - ubolewał, wzruszając ramionami z rezygnacją.
    
  Kilka minut po przybyciu kapitana policji dowodzącego komisariatem policji w Karlsruhe krótkie oświadczenie Marduka zostało skompletowane. Mogli postawić mu zarzuty jedynie za drobne przestępstwa, takie jak napaść.
    
  "Poruczniku, po zakończeniu działań policji muszę zwolnić zatrzymanego z przyczyn medycznych, zanim go pan zabierze" - powiedziała pielęgniarka Marx Wernerowi w obecności funkcjonariuszy. "Taki jest protokół szpitalny. W przeciwnym razie Luftwaffe może ponieść konsekwencje prawne".
    
  Ledwo poruszyła ten temat, a już stał się palący. Do biura weszła kobieta ubrana w strój służbowy, niosąca luksusową skórzaną teczkę. "Dzień dobry" - zwróciła się do funkcjonariuszy stanowczym, ale serdecznym tonem. "Miriam Inkley, brytyjska przedstawicielka prawna biura Banku Światowego w Niemczech. Rozumiem, że ta delikatna sprawa została panu przedstawiona, Kapitanie?"
    
  Komendant policji zgodził się z prawnikiem. "Tak, to prawda, proszę pani. Nadal jednak mamy otwartą sprawę o morderstwo, a wojsko podaje nazwisko naszego jedynego podejrzanego. To stwarza problem".
    
  "Proszę się nie martwić, Kapitanie. Chodź, omówimy wspólne działania Jednostki Śledczej Sił Powietrznych i Departamentu Policji w Karlsruhe w drugim pokoju" - zasugerowała dojrzała Brytyjka. "Może pan potwierdzić szczegóły, jeśli będą one satysfakcjonujące dla pańskiego śledztwa z WUO. Jeśli nie, możemy umówić się na kolejne spotkanie, aby lepiej omówić pańskie obawy".
    
  "Nie, proszę, pozwólcie mi zobaczyć, co V.U.O. ma na myśli. Dopóki nie postawimy sprawcy przed sądem. Nie zależy mi na relacjonowaniu w mediach, tylko na sprawiedliwości dla rodzin tych trzech ofiar" - można było usłyszeć komendanta policji, gdy obaj wyszli na korytarz. Funkcjonariusze pożegnali się i poszli za nim z dokumentami w dłoniach.
    
  "Więc VVO w ogóle wie, że pilot brał udział w jakiejś tajnej akcji PR?" - martwiła się pielęgniarka Marks. "To poważna sprawa. Mam nadzieję, że nie wpłynie to na ważny kontrakt, który zaraz podpiszą".
    
  "Nie, WUO nic o tym nie wie" - powiedział Sam. Opatrzył krwawiące kostki sterylną gazą. "Właściwie tylko my znamy zbiegłego pilota i, miejmy nadzieję, wkrótce cel jego pościgu". Sam spojrzał na Marduka, który skinął głową na znak zgody.
    
  "Ale..." - próbowała zaprotestować Marlene Marks, wskazując na puste drzwi, za którymi brytyjski prawnik przed chwilą powiedział im co innego.
    
  "Ma na imię Margaret. Właśnie uratowała cię przed całym mnóstwem kłopotów prawnych, które mogłyby opóźnić twoje małe polowanie" - powiedział Sam. "Jest reporterką szkockiej gazety".
    
  "Więc to twój przyjaciel" - zasugerował Werner.
    
  "Tak" - potwierdził Sam. Kol, jak zwykle, wyglądał na zdezorientowanego.
    
  "Niewiarygodne!" Siostra Marx uniosła ręce. "Czy oni kogoś udają? Pan Marduk gra doktora Fritza. A pan Cleave turystę. Ta reporterka gra prawniczkę Banku Światowego. Nikt nie ujawnia, kim naprawdę są! Zupełnie jak w tej historii z Biblii, gdzie nikt nie potrafił mówić obcymi językami i panowało zamieszanie".
    
  "Babilon" - padła zbiorowa odpowiedź mężczyzn.
    
  "Tak!" - pstryknęła palcami. "Wszyscy mówicie różnymi językami, a to biuro to Wieża Babel".
    
  "Nie zapominaj, że udajesz, że nie łączy cię żadna romantyczna relacja z porucznikiem" - przerwał jej Sam, unosząc palec wskazujący z wyrzutem.
    
  "Skąd wiedziałeś?" zapytała.
    
  Sam po prostu pochylił głowę, nie zwracając nawet uwagi na intymność i pieszczoty między nimi. Siostra Marx zarumieniła się, gdy Werner puścił do niej oko.
    
  "Potem jest grupa z was, którzy udajecie tajnych oficerów, podczas gdy w rzeczywistości jesteście wybitnymi pilotami myśliwców z niemieckiej grupy operacyjnej Luftwaffe, zupełnie jak ofiara, na którą polujecie, Bóg jeden wie z jakiego powodu" - Sam obalił ich oszustwo.
    
  "Mówiłam ci, że jest genialnym dziennikarzem śledczym" - szepnęła Marlene do Wernera.
    
  "A ty" - powiedział Sam, zapędzając w kozi róg wciąż oszołomionego doktora Fritza. "Gdzie ty się mieścisz?"
    
  "Przysięgam, że nie miałem pojęcia!" - przyznał dr Fritz. "Poprosił mnie tylko, żebym mu to schował. Więc powiedziałem mu, gdzie to schowałem, na wypadek gdybym nie był na służbie, kiedy go wypisywali! Ale przysięgam, że nie wiedziałem, że to coś potrafi coś takiego! Boże, o mało nie oszalałem, kiedy zobaczyłem tę... tę... nienaturalną przemianę!"
    
  Werner i jego ludzie, a także Sam i pielęgniarka Marks, stali tam, oszołomieni bełkotem doktora. Wydawało się, że tylko Marduk wiedział, co się dzieje, ale zachował spokój, obserwując szaleństwo rozgrywające się w gabinecie lekarskim.
    
  "Cóż, jestem kompletnie zdezorientowany. A wy?" - oznajmił Sam, ściskając zabandażowaną rękę przy boku. Wszyscy skinęli głowami w ogłuszającym chórze pomruków dezaprobaty.
    
  "Myślę, że nadszedł czas na jakąś ekspozycję, która pomoże nam wszystkim odkryć swoje prawdziwe intencje" - zasugerował Werner. "W końcu moglibyśmy nawet pomagać sobie nawzajem w naszych różnych dążeniach, zamiast próbować ze sobą walczyć".
    
  "Mądry człowieku" - wtrącił Marduk.
    
  "Muszę zrobić ostatni obchód" - westchnęła Marlene. "Jeśli się nie pojawię, siostra Barken domyśli się, że coś jest nie tak. Powiesz mi jutro, kochanie?"
    
  "Tak zrobię" - skłamał Werner. Po czym pocałował ją na pożegnanie, zanim otworzyła drzwi. Spojrzała na niewątpliwie uroczą anomalię, jaką był Peter Marduk, i uśmiechnęła się do starca życzliwie.
    
  Gdy drzwi się zamknęły, gęsta atmosfera testosteronu i nieufności ogarnęła osoby przebywające w gabinecie doktora Fritza. Nie było tu jednego Alfy, ale każdy z nich wiedział, czego brakuje pozostałym. W końcu Sam zaczął.
    
  "Zróbmy to szybko, dobrze? Muszę się teraz zająć czymś bardzo pilnym. Doktorze Fritz, proszę przesłać wyniki badań dr Niny Gould do Mannheim, zanim zajmiemy się pańskim grzechem" - rozkazał lekarzowi Sam.
    
  "Nina? Czy dr Nina Gould żyje?" - zapytał z szacunkiem, wzdychając z ulgą i żegnając się jak dobry katolik, jakim był. "To wspaniała wiadomość!"
    
  "Mała kobieta? Ciemne włosy i oczy niczym piekielny ogień?" - zapytał Marduk Sama.
    
  "Tak, to bez wątpienia ona!" - uśmiechnął się Sam.
    
  "Obawiam się, że ona też źle zinterpretowała moją obecność tutaj" - powiedział Marduk z żalem. Postanowił nie wspominać o policzkowaniu biednej dziewczyny, kiedy narobiła kłopotów. Ale kiedy powiedział jej, że umrze, miał na myśli jedynie to, że Löwenhagen jest na wolności i niebezpieczny, czego nie miał teraz czasu wyjaśniać.
    
  "W porządku. To jak szczypta ostrej papryki dla prawie każdego" - odpowiedział Sam, podczas gdy dr Fritz wyciągnął teczkę z wydrukowanymi kopiami Niny i zeskanował wyniki badań do swojego komputera. Po zeskanowaniu dokumentu z makabrycznym materiałem, poprosił Sama o adres e-mail lekarza Niny w Mannheim. Sam wręczył mu wizytówkę ze wszystkimi szczegółami i niezgrabnie założył Samowi opatrunek na czoło. Skrzywił się i zerknął na Marduka, mężczyznę odpowiedzialnego za skaleczenie, ale starzec udawał, że nie widzi.
    
  "No cóż" - dr Fritz odetchnął głęboko i ciężko, odczuwając ulgę, że jego pacjentka wciąż żyje. "Cieszę się, że żyje. Nigdy nie pojmę, jak udało jej się stąd wyjść z tak słabym wzrokiem".
    
  "Twój przyjaciel widział ją aż do wyjścia, Doktorze" - poinformował go Marduk. "Znasz tego młodego drania, któremu dałeś maskę, żeby mógł nosić twarze ludzi, których zabił z chciwości?"
    
  "Nie wiedziałem!" - wybuchnął gniewem doktor Fritz, wciąż zły na starca za pulsujący ból głowy, na który cierpiał.
    
  "Hej, hej!" Werner przerwał dalszą kłótnię. "Jesteśmy tu po to, żeby to rozwiązać, a nie pogorszyć! Więc najpierw chcę wiedzieć, jakie masz" - wskazał prosto na Marduka - "powiązania z Löwenhagenem. Zostaliśmy wysłani, żeby go schwytać i to wszystko, co wiemy. Potem, kiedy cię przesłuchiwałem, wyszła na jaw cała ta sprawa z maską".
    
  "Jak już mówiłem, nie wiem kim jest LöWenhagen" - upierał się Marduk.
    
  "Pilot, który rozbił samolot, nazywa się Olaf LöWenhagen" - odpowiedział Himmelfarb. "Został poparzony w katastrofie, ale jakimś cudem przeżył i dotarł do szpitala".
    
  Nastąpiła długa pauza. Wszyscy czekali, aż Marduk wyjaśni, dlaczego w ogóle ścigał Löwenhagena. Starzec wiedział, że jeśli im powie, dlaczego ścigał młodego mężczyznę, będzie musiał również wyjawić, dlaczego go podpalił. Marduk wziął głęboki oddech i zaczął wyjaśniać gąszcz nieporozumień.
    
  "Miałem wrażenie, że mężczyzna, którego wypędziłem z płonącego kadłuba myśliwca Tornado, był pilotem o nazwisku Neumann" - powiedział.
    
  "Neumann? To niemożliwe. Neumann jest na wakacjach, pewnie przegrywa ostatnie rodzinne monety w jakiejś ciemnej uliczce" - zaśmiał się Himmelfarb. Kol i Werner skinęli głowami z aprobatą.
    
  "No cóż, goniłem go z miejsca wypadku. Goniłem go, bo miał maskę. Kiedy zobaczyłem maskę, musiałem go zniszczyć. Był złodziejem, pospolitym złodziejem, mówię ci! A to, co ukradł, było zbyt potężne, żeby jakiś głupi imbecyl mógł sobie z tym poradzić! Musiałem więc go powstrzymać w jedyny sposób, w jaki można powstrzymać Zamaskowanego" - powiedział Marduk z niepokojem.
    
  "Przebieraniec?" zapytał Kol. "Stary, to brzmi jak złoczyńca z horroru". Uśmiechnął się i poklepał Himmelfarba po ramieniu.
    
  "Dorośnij", mruknął Himmelfarb.
    
  "Przebranie to ktoś, kto przybiera wygląd innej osoby, używając babilońskiej maski. To maska, którą zdjął twój zły przyjaciel razem z doktorem Gouldem" - wyjaśnił Marduk, ale wszyscy widzieli, że nie chciał się rozwodzić.
    
  "Dalej" - prychnął Sam, mając nadzieję, że jego domysły co do reszty opisu okażą się błędne. "Jak zabić maszynę maskującą?"
    
  "Ogień" - odpowiedział Marduk, niemal zbyt szybko. Sam widział, że chciał się po prostu wygadać. "Słuchajcie, w dzisiejszym świecie to wszystko jest tylko bajką. Nie oczekuję, że ktokolwiek z was to zrozumie".
    
  "Zignoruj to" - Werner machnął ręką na jego obawy. "Chcę wiedzieć, jak można założyć maskę i zmienić swoją twarz w czyjąś inną. Ile w tym racjonalnego?"
    
  "Proszę mi wierzyć, poruczniku. Widziałem rzeczy, o których ludzie czytają tylko w mitologii, więc nie odrzucałbym tego tak pochopnie jako irracjonalnego" - oświadczył Sam. "Większość absurdów, z których kiedyś drwiłem, jak później odkryłem, jest w miarę prawdopodobna z naukowego punktu widzenia, gdy odrzuci się ozdobniki dodawane przez wieki, by uczynić coś praktycznym, i wydają się one śmiesznie zmyślone".
    
  Marduk skinął głową, wdzięczny, że ktoś w ogóle miał okazję go wysłuchać. Jego przenikliwe spojrzenie przeskakiwało między słuchającymi go mężczyznami, analizując ich miny i zastanawiając się, czy w ogóle powinien zawracać sobie tym głowę.
    
  Musiał jednak ciężko pracować, ponieważ jego ofiara wymknęła się spod kontroli i podjęła się najbardziej nikczemnego przedsięwzięcia ostatnich lat - rozpętania III wojny światowej.
    
    
  Rozdział 20 - Niesamowita prawda
    
    
  Doktor Fritz milczał przez cały czas, ale w tym momencie poczuł potrzebę dodania czegoś do rozmowy. Spoglądając na dłoń spoczywającą na jego kolanach, zauważył dziwność maski. "Kiedy ten pacjent wszedł, cały pogrążony w żałobie, poprosił mnie, żebym zatrzymał maskę dla niego. Na początku nie zwróciłem na to uwagi, rozumiesz? Pomyślałem, że jest dla niego cenna i że to prawdopodobnie jedyna rzecz, którą ocalił z pożaru domu czy czegoś takiego".
    
  Spojrzał na nich zdziwiony i przestraszony. Potem skupił się na Marduku, jakby czuł potrzebę wytłumaczenia starcowi, dlaczego udawał, że nie widzi tego, co sam widział.
    
  "W pewnym momencie, kiedy położyłem go twarzą do dołu, że tak powiem, żeby móc operować pacjenta, część martwego ciała, która odpadła z jego ramienia, przykleiła się do mojej rękawicy; musiałem ją strzepnąć, żeby móc kontynuować pracę". Oddychał teraz nierówno. "Ale trochę dostało się pod maskę i przysięgam na Boga..."
    
  Doktor Fritz pokręcił głową, zbyt zawstydzony, by powtórzyć to koszmarne i absurdalne stwierdzenie.
    
  "Powiedz im! Powiedz im, w imię Boga! Muszą wiedzieć, że nie jestem szalony!" - krzyknął starzec. Jego słowa były niespokojne i powolne, ponieważ kształt jego ust utrudniał mowę, ale jego głos przebijał się przez uszy wszystkich obecnych niczym grzmot.
    
  "Muszę skończyć pracę. Wiedz, że wciąż mam czas" - dr Fritz próbował zmienić temat, ale nikt nie poruszył się, żeby go wesprzeć. Brwi drgnęły, gdy zmienił zdanie.
    
  "Kiedy... kiedy ciało weszło w maskę" - kontynuował - "czy powierzchnia maski... nabrała kształtu?". Dr Fritz nie mógł uwierzyć własnym słowom, a jednak dokładnie pamiętał, co się stało! Twarze trzech pilotów zamarły w niedowierzaniu. Jednak na twarzach Sama Cleve"a i Marduka nie było śladu potępienia ani zaskoczenia. "Wnętrze maski stało się... twarzą, tylko" - wziął głęboki oddech - "po prostu wklęsłą. Powtarzałem sobie, że to długie godziny pracy i kształt maski płatają mi okrutny żart, ale gdy tylko otarłem zakrwawioną serwetkę, twarz zniknęła".
    
  Nikt nic nie powiedział. Niektórym mężczyznom trudno było w to uwierzyć, podczas gdy inni próbowali sformułować możliwe scenariusze. Marduk pomyślał, że to dobry moment, by po szokującym zdarzeniu lekarza przedstawić coś niesamowitego, ale tym razem w bardziej naukowy sposób. "Oto, jak to działa. Maska Babilońska wykorzystuje dość makabryczną metodę: wykorzystuje martwą ludzką tkankę do wchłonięcia zawartego w niej materiału genetycznego, a następnie formuje twarz tej osoby w maskę".
    
  "Jezu!" - powiedział Werner. Patrzył, jak Himmelfarb mija go i kieruje się do łazienki w pokoju. "Tak, nie winię cię, kapralu".
    
  "Panowie, przypominam wam, że mam do kierowania oddziałem" - dr Fritz powtórzył swoje poprzednie stwierdzenie.
    
  "Jest... coś jeszcze" - wtrącił Marduk, powoli unosząc kościstą dłoń, by podkreślić swoje słowa.
    
  "O, świetnie" - Sam uśmiechnął się sarkastycznie i odchrząknął.
    
  Marduk zignorował go i przedstawił jeszcze więcej niepisanych zasad. "Gdy Masker przyjmie cechy dawcy, maskę można zdjąć tylko ogniem. Tylko ogień może ją zdjąć z twarzy Maskera". Po czym dodał uroczyście: "I właśnie dlatego musiałem zrobić to, co zrobiłem".
    
  Himmelfarb nie mógł już tego znieść. "Na litość boską, jestem pilotem. Ten bełkot zdecydowanie nie jest dla mnie. To wszystko brzmi dla mnie jak Hannibal Lecter. Odchodzę, przyjaciele".
    
  "Dostałeś misję, Himmelfarb" - powiedział surowo Werner, ale kapral z bazy lotniczej w Szlezwiku nie chciał brać udziału w grze, bez względu na cenę.
    
  "Zdaję sobie z tego sprawę, poruczniku!" krzyknął. "I na pewno osobiście przekażę moje niezadowolenie naszemu szanownemu dowódcy, żeby nie spotkała pana reprymenda za moje zachowanie". Westchnął, ocierając wilgotne, blade czoło. "Przepraszam, chłopaki, ale nie dam rady. Powodzenia, naprawdę. Zadzwońcie do mnie, kiedy będziecie potrzebować pilota. Tylko ja". Wyszedł i zamknął za sobą drzwi.
    
  "Dzięki, chłopcze" - pożegnał się Sam. Następnie zwrócił się do Marduka z tym jednym dręczącym pytaniem, które dręczyło go odkąd po raz pierwszy wyjaśniono to zjawisko. "Marduk, mam problem. Powiedz mi, co się stanie, jeśli ktoś po prostu założy maskę, nie dotykając martwego ciała?"
    
  "Nic".
    
  Wśród pozostałych rozległ się chóralny okrzyk rozczarowania. Marduk zdał sobie sprawę, że spodziewali się bardziej wymyślnych zasad, ale nie zamierzał niczego wymyślać dla zabawy. Po prostu wzruszył ramionami.
    
  "Nic się nie dzieje?" Kol był zdumiony. "Nie umierasz w męczarniach ani nie udusisz się? Zakładasz maskę i nic się nie dzieje". Maska Babilońska. Babilon
    
  "Nic się nie dzieje, synu. To tylko maska. Dlatego tak mało ludzi wie o jej złowrogiej mocy" - odpowiedział Marduk.
    
  "Co za zabójcza erekcja" - poskarżył się Kol.
    
  "OK, więc gdybyś założył maskę i twoja twarz stałaby się twarzą kogoś innego - i nie zostałbyś podpalony przez jakiegoś szalonego starego drania, takiego jak ty - czy nadal miałbyś twarz tej osoby na zawsze?" - zapytał Werner.
    
  "O, jakie dobre!" - wykrzyknął Sam, oczarowany tym wszystkim. Gdyby był amatorem, żułby teraz długopis i robił notatki jak szalony, ale Sam był doświadczonym dziennikarzem, zdolnym do zapamiętania niezliczonych faktów podczas słuchania. Do tego potajemnie nagrał całą rozmowę na dyktafonie w kieszeni.
    
  "Oślepniesz" - odpowiedział nonszalancko Marduk. "Potem staniesz się jak wściekłe zwierzę i umrzesz".
    
  Ponownie syknął z zaskoczenia. Potem rozległ się chichot, a może dwa. Jeden z nich pochodził od doktora Fritza. W tym momencie zdał sobie sprawę, że próba wyrzucenia zawiniątka jest daremna, a poza tym zaczynał go już interesować.
    
  "Wow, panie Marduk, zdaje się, że masz odpowiedź na wszystko, prawda?" Doktor Fritz pokręcił głową z rozbawionym uśmiechem.
    
  "Tak, to prawda, drogi doktorze" - zgodził się Marduk. "Mam prawie osiemdziesiąt lat i jestem odpowiedzialny za tę i inne relikwie odkąd byłem piętnastolatkiem. Do tej pory nie tylko zapoznałem się z zasadami, ale niestety widziałem je w działaniu zbyt wiele razy".
    
  Doktor Fritz nagle poczuł się głupio z powodu swojej arogancji, co było widać na jego twarzy. "Przepraszam".
    
  "Rozumiem, doktorze Fritz. Mężczyźni zawsze szybko odrzucają to, czego nie mogą kontrolować, jako szaleństwo. Ale jeśli chodzi o ich własne absurdalne praktyki i idiotyczne zachowanie, potrafią podać niemal każde wytłumaczenie, żeby je usprawiedliwić" - wyjąkał starzec.
    
  Lekarz zauważył, że napięcie mięśni wokół ust rzeczywiście uniemożliwiało mężczyźnie mówienie.
    
  "Hmm, czy istnieje jakiś powód, dla którego ludzie noszący maski ślepną i tracą rozum?" Kol zadał swoje pierwsze szczere pytanie.
    
  "Ta część pozostaje głównie legendą i mitem, synu" - wzruszył ramionami Marduk. "Widziałem to tylko kilka razy na przestrzeni lat. Większość ludzi, którzy używali maski w nikczemnych celach, nie miała pojęcia, co się z nimi stanie po zemście. Jak każde zaspokojenie złego impulsu czy pragnienia, ma swoją cenę. Ale ludzkość nigdy się nie uczy. Władza jest dla bogów. Pokora dla ludzi".
    
  Werner obliczył to wszystko w myślach. "Podsumuję to" - powiedział. "Jeśli nosisz maskę tylko dla przebrania, jest ona nieszkodliwa i bezużyteczna".
    
  "Tak" - odpowiedział Marduk, opuszczając brodę i powoli mrugając.
    
  "A jeśli weźmiesz trochę skóry z jakiegoś martwego celu i położysz ją na wewnętrznej stronie maski, a potem nałożysz na twarz... Boże, robi mi się niedobrze, gdy to mówię... Twoja twarz staje się twarzą tej osoby, prawda?"
    
  "Jeszcze jeden tort dla drużyny Wernera" - Sam uśmiechnął się i wskazał palcem, gdy Marduk skinął głową.
    
  "Ale wtedy musiałbyś go spalić albo nosić na sobie i oślepnąć, zanim byś zupełnie oszalał" - zmarszczył brwi Werner, skupiając się na ustawianiu kaczek.
    
  "To prawda" - potwierdził Marduk.
    
  Dr Fritz miał jeszcze jedno pytanie. "Czy ktoś kiedykolwiek wymyślił, jak uniknąć któregoś z tych losów, panie Marduk? Czy ktoś kiedykolwiek uwolnił maskę, nie oślepiając się ani nie umierając w płomieniach?"
    
  "Jak LöWenhagen to zrobił? Przecież założył go z powrotem, żeby zabrać twarz doktora Hilta i opuścić szpital! Jak on to zrobił?" - zapytał Sam.
    
  "Ogień zajął go za pierwszym razem, Sam. Miał po prostu szczęście, że przeżył. Skóra to jedyny sposób, by uniknąć losu Maski Babilońskiej" - powiedział Marduk, brzmiąc zupełnie obojętnie. Stało się to tak integralną częścią jego życia, że miał już dość powtarzania tych samych faktów.
    
  "Ta... skóra?" Sam się skrzywił.
    
  "Właśnie o to chodzi. To w zasadzie skóra z babilońskiej maski. Trzeba ją nałożyć na twarz Maskarza w odpowiednim momencie, aby ukryć połączenie twarzy Maskarza z maską. Ale nasza biedna, rozczarowana ofiara nie ma o tym pojęcia. Szybko zda sobie sprawę ze swojego błędu, o ile jeszcze tego nie zrobiła" - odpowiedział Marduk. "Ślepota zazwyczaj trwa nie dłużej niż trzy, cztery dni, więc gdziekolwiek jest, mam nadzieję, że nie prowadzi samochodu".
    
  "I dobrze mu tak. Drań!" skrzywił się Kol.
    
  "Zgadzam się w zupełności" - powiedział dr Fritz. "Ale, panowie, naprawdę muszę was prosić, żebyście wyszli, zanim personel administracyjny dowie się o naszych nadmiernych uprzejmościach".
    
  Ku uldze doktora Fritza, tym razem wszyscy się zgodzili. Chwycili płaszcze i powoli przygotowywali się do opuszczenia gabinetu. Z aprobatą kiwając głowami i ostatnimi pożegnaniami, piloci Sił Powietrznych odlecieli, pozostawiając Marduka w areszcie ochronnym na pokaz. Postanowili spotkać się z Samem nieco później. W obliczu tego nowego obrotu spraw i tak potrzebnego uporządkowania zawiłych faktów, chcieli przemyśleć swoją rolę w szerszej perspektywie.
    
  Sam i Margaret spotkali się w hotelowej restauracji, gdy Marduk i dwóch pilotów zmierzali do bazy lotniczej, aby złożyć raport Schmidtowi. Werner wiedział już, że Marduk zna swojego dowódcę, na podstawie ich wcześniejszej rozmowy, ale nadal nie rozumiał, dlaczego Schmidt ukrywał informacje o złowrogiej masce dla siebie. Był to bezcenny artefakt, ale biorąc pod uwagę jego pozycję w tak kluczowej organizacji, jak niemiecka Luftwaffe, Werner uważał, że za poszukiwaniami Maski Babilonu przez Schmidta musiał kryć się jakiś bardziej polityczny powód.
    
  "Co powiesz o mnie swojemu dowódcy?" - zapytał Marduk dwóch młodych mężczyzn, których eskortował, idących do jeepa Wernera.
    
  "Nie jestem pewien, czy powinniśmy mu w ogóle o tobie mówić. Z tego, co rozumiem, najlepiej byłoby, gdybyś pomógł nam znaleźć LöWenhagena i zachował swoją obecność w tajemnicy, panie Marduk. Im mniej kapitan Schmidt wie o tobie i twoim udziale, tym lepiej" - powiedział Werner.
    
  "Do zobaczenia na bazie!" krzyknął Kol z odległości czterech samochodów, odblokowując swój samochód.
    
  Werner skinął głową. "Pamiętaj, Marduk nie istnieje, a my wciąż nie znaleźliśmy Löwenhagena, prawda?"
    
  "Mam!" Kol zatwierdził plan lekkim powitaniem i chłopięcym uśmiechem. Wsiadł do samochodu i odjechał, gdy późne popołudniowe światło oświetlało panoramę miasta przed nim. Zbliżał się zachód słońca, a oni dotarli do drugiego dnia poszukiwań, wciąż kończąc dzień bez powodzenia.
    
  "Chyba będziemy musieli zacząć szukać niewidomych pilotów?" - zapytał Werner, całkowicie szczerze, jakkolwiek absurdalnie brzmiała jego prośba. "Minęły trzy dni, odkąd Löwenhagen użył maski, żeby uciec ze szpitala, więc pewnie ma już problemy z oczami".
    
  "To prawda" - odpowiedział Marduk. "Jeśli ma mocną kondycję, a nie dzięki kąpieli w ogniu, którą mu zafundowałem, może minąć więcej czasu, zanim straci wzrok. Dlatego Zachód nie rozumiał starożytnych zwyczajów Mezopotamii i Babilonii i uważał nas wszystkich za heretyków i krwiożercze bestie. Kiedy starożytni królowie i wodzowie palili ślepców podczas procesów o czary, nie robili tego z okrucieństwa ani z fałszywego oskarżenia. Większość tych przypadków była bezpośrednio spowodowana użyciem maski babilońskiej do własnych celów".
    
  "Większość z tych okazów?" - zapytał Werner, unosząc brwi i włączając zapłon jeepa, podejrzliwie patrząc na wcześniej stosowane metody.
    
  Marduk wzruszył ramionami. "Cóż, każdy popełnia błędy, synu. Lepiej dmuchać na zimne".
    
    
  Rozdział 21 - Tajemnica Neumanna i LöVenhagena
    
    
  Wyczerpany i przepełniony stale narastającym żalem, Olaf Lanhagen usiadł w pubie niedaleko Darmstadt. Minęły dwa dni, odkąd porzucił Ninę w domu Frau Bauer, ale nie mógł sobie pozwolić na ciągnięcie partnera w tak tajnej misji, zwłaszcza takiej, która wymagała od niego przewodzenia niczym osła. Miał nadzieję wykorzystać pieniądze doktora Hilta na jedzenie. Rozważał również pozbycie się telefonu komórkowego, na wypadek gdyby był śledzony. Władze musiały już zdać sobie sprawę, że to on jest odpowiedzialny za morderstwa w szpitalu, dlatego nie zarekwirował samochodu Hilta, aby dotrzeć do kapitana Schmidta, który przebywał wówczas w bazie lotniczej w Szlezwiku.
    
  Postanowił zaryzykować i użyć telefonu komórkowego Hilta, aby wykonać jedno połączenie. Prawdopodobnie postawiłoby go to w niezręcznej sytuacji ze Schmidtem, ponieważ rozmowy telefoniczne mogłyby być monitorowane, ale nie miał innego wyboru. Z narażeniem swojego bezpieczeństwa i fatalnym wynikiem misji, zmuszony był uciec się do bardziej niebezpiecznych środków komunikacji, aby nawiązać kontakt z człowiekiem, który wysłał go na misję.
    
  "Jeszcze jednego pilsnera, proszę pana?" - zapytał nagle kelner, sprawiając, że serce Löwenhagena zabiło mocniej. Spojrzał na tępego kelnera, a jego głos był głęboko znudzony.
    
  "Tak, dziękuję". Szybko zmienił zdanie. "Czekaj, nie. Poproszę sznapsa. I coś do jedzenia".
    
  "Musi pan coś zamówić z menu, proszę pana. Smakowało panu coś?" - zapytał obojętnie kelner.
    
  "Po prostu przynieś mi jakieś owoce morza" - westchnął Löwenhagen z frustracją.
    
  Kelner zaśmiał się pod nosem: "Proszę pana, jak pan widzi, nie serwujemy owoców morza. Proszę zamówić danie, które oferujemy".
    
  Gdyby Löwenhagen nie spodziewał się ważnego spotkania albo gdyby nie był osłabiony z głodu, mógłby skorzystać z przywileju przybrania twarzy Hilta i roztrzaskać czaszkę sarkastycznego idioty. "To po prostu przynieś mi stek. O mój Boże! No, nie wiem, zaskocz mnie!" - wrzasnął wściekle pilot.
    
  "Tak, proszę pana" - odpowiedział oszołomiony kelner, szybko zbierając menu i kufel z piwem.
    
  "I nie zapomnijcie najpierw o sznapsie!" - krzyknął za idiotą w fartuchu, który przeciskał się do kuchni między stolikami z szeroko otwartymi oczami klientów. Löwenhagen uśmiechnął się do nich i wydał z siebie coś w rodzaju cichego pomruku, który wyrwał się z głębi jego przełyku. Zaniepokojeni niebezpiecznym mężczyzną, niektórzy ludzie opuścili lokal, podczas gdy inni wdali się w nerwowe rozmowy.
    
  Atrakcyjna młoda kelnerka odważyła się przynieść mu drinka w ramach przysługi dla przerażonego kolegi. (Kelner zbierał się w kuchni, przygotowując się do konfrontacji z rozgniewanym klientem, gdy tylko jego jedzenie będzie gotowe). Uśmiechnęła się ostrożnie, odstawiła szklankę i oznajmiła: "Sznaps dla pana".
    
  "Dziękuję" - to było wszystko, co powiedział, ku jej zaskoczeniu.
    
  Dwudziestosiedmioletni Löwenhagen siedział rozmyślając o swojej przyszłości w przytulnym świetle pubu, gdy słońce chyliło się ku zachodowi, pogrążając okna w ciemności. Muzyka stawała się coraz głośniejsza, gdy wieczorny tłum napływał niczym niechętnie przeciekający sufit. Czekając na jedzenie, zamówił pięć kolejnych mocnych drinków, a kojące piekło alkoholu paliło jego zranione ciało, zastanawiając się, jak do tego doszło.
    
  Nigdy w życiu nie wyobrażał sobie, że stanie się bezwzględnym zabójcą, mordercą dla zysku, i to w tak młodym wieku. Większość mężczyzn degeneruje się z wiekiem, zamieniając się w bezduszne świnie dla obietnicy zysku. Nie on. Jako pilot myśliwca rozumiał, że pewnego dnia będzie musiał zabić wielu ludzi w walce, ale zrobi to za ojczyznę.
    
  Obrona Niemiec i utopijnych celów Banku Światowego dotyczących nowego świata była jego najważniejszym obowiązkiem i pragnieniem. Odbieranie życia w tym celu było na porządku dziennym, ale teraz wyruszył na krwawą wyprawę, by zaspokoić pragnienia dowódcy Luftwaffe, które nie miały nic wspólnego z wolnością Niemiec ani dobrobytem świata. Wręcz przeciwnie, dążył do czegoś wręcz przeciwnego. To przytłaczało go niemal tak samo mocno, jak pogarszający się wzrok i coraz bardziej buntowniczy temperament.
    
  Najbardziej niepokoił go krzyk Neumanna, który wydał, gdy LöWenhagen po raz pierwszy go podpalił. Kapitan Schmidt zatrudnił LöWenhagena do tego, co dowódca określił jako ściśle tajną operację. Miało to miejsce po niedawnym rozmieszczeniu ich eskadry w pobliżu Mosulu w Iraku.
    
  Z tego, co dowódca poufnie powiedział LöWenhagenowi, wynika, że Flieger Neumann został wysłany przez Schmidta, aby odzyskać mało znaną starożytną relikwię z prywatnej kolekcji, podczas ich pobytu w Iraku w trakcie ostatniej serii bombardowań Banku Światowego, a w szczególności tamtejszej placówki CIA. Neumann, były nastoletni przestępca, posiadał umiejętności niezbędne do infiltracji domu bogatego kolekcjonera i kradzieży Maski Babilońskiej.
    
  Dostał zdjęcie delikatnej, przypominającej czaszkę relikwii i z jej pomocą udało mu się wykraść przedmiot z mosiężnej skrzynki, w której spał. Wkrótce po udanym napadzie Neumann wrócił do Niemiec z łupem, który zdobył dla Schmidta, ale Schmidt nie przewidział słabości ludzi, których wybrał do wykonania swojej brudnej roboty. Neumann był zapalonym hazardzistą. Pierwszego wieczoru po powrocie zabrał maskę ze sobą do jednej ze swoich ulubionych spelunek - speluny w bocznej uliczce w Dillenburgu.
    
  Nie dość, że dopuścił się najbardziej lekkomyślnego czynu, nosząc przy sobie bezcenny, skradziony artefakt, to jeszcze ściągnął na siebie gniew kapitana Schmidta, nie dostarczając maski tak dyskretnie i pilnie, jak go do tego zobowiązano. Dowiedziawszy się o powrocie eskadry i zaginięciu Neumanda, Schmidt natychmiast skontaktował się z wybuchowym wyrzutkiem z koszar swojej poprzedniej bazy lotniczej, aby wszelkimi możliwymi sposobami odzyskać artefakt od Neumanda.
    
  Rozmyślając o tamtej nocy, Löwenhagen poczuł, jak w jego umyśle rozpala się żądza nienawiści do kapitana Schmidta. Był przyczyną niepotrzebnych poświęceń. Był przyczyną niesprawiedliwości zrodzonej z chciwości. Był powodem, dla którego Löwenhagen nigdy nie odzyskał swoich atrakcyjnych rysów twarzy, a to była bez wątpienia najbardziej niewybaczalna zbrodnia, jaką chciwość dowódcy wyrządziła Löwenhagenowi - temu, co z niego pozostało.
    
  Efez był dość przystojny, ale dla LöWenhagena utrata indywidualności dotknęła go głębiej niż jakakolwiek fizyczna krzywda, jaką mógł mu wyrządzić. Co gorsza, jego wzrok zaczął szwankować do tego stopnia, że nie był w stanie nawet przeczytać menu, żeby zamówić jedzenie. Upokorzenie było niemal gorsze niż dyskomfort i fizyczne ułomności. Upił łyk sznapsa i pstryknął palcami nad głową, domagając się więcej.
    
  W głowie słyszał tysiące głosów obwiniających wszystkich za jego złe decyzje, a jego własny umysł, znieruchomiał z powodu szybkości, z jaką wszystko poszło nie tak. Pamiętał noc, w której zdobył maskę, i to, jak Neumann odmówił oddania ciężko zarobionego łupu. Podążył tropem Neumanna do jaskini hazardu pod schodami nocnego klubu. Tam odpoczywał, udając kolejnego bywalca imprez, który często bywał w tym miejscu.
    
  Tuż po godzinie 1 w nocy Neumann stracił wszystko i teraz musiał stawić czoła wyzwaniu typu "podwójna wygrana albo nic".
    
  "Zapłacę ci 1000 euro, jeśli pozwolisz mi zatrzymać tę maskę jako zabezpieczenie" - zaproponował Löwenhagen.
    
  "Żartujesz?" Neumann zachichotał pijany. "Ta cholerna rzecz jest warta milion razy tyle!". Trzymał maskę na widoku, ale na szczęście jego stan upojenia alkoholowego sprawił, że podejrzane towarzystwo, w którym się znajdował, zwątpiło w jego szczerość. Löwenhagen nie mógł pozwolić im się dwa razy zastanowić, więc zareagował szybko.
    
  "Teraz wystawię cię za głupią maskę. Przynajmniej mogę cię odwieźć z powrotem do bazy". Powiedział to wyjątkowo głośno, mając nadzieję, że przekona pozostałych, że po prostu próbuje zdobyć maskę, żeby zmusić przyjaciela do powrotu do domu. Dobrze, że oszukańcza przeszłość Löwenhagena wyćwiczyła jego spryt. Był niesamowicie przekonujący, gdy przeprowadzał oszustwo, a ta cecha charakteru zazwyczaj mu służyła. Aż do teraz, kiedy ostatecznie zadecydowała o jego przyszłości.
    
  Mask siedział pośrodku okrągłego stołu, otoczony przez trzech mężczyzn. Lö Wenhagen nie mógł się sprzeciwić, gdy kolejny gracz chciał dołączyć do akcji. Mężczyzna był lokalnym motocyklistą, prostym szeregowcem w swoim zakonie, ale byłoby podejrzane, gdyby odmówiono mu wstępu do gry w pokera na publicznym wysypisku, znanym wśród lokalnych łobuzów.
    
  Mimo swoich sprytnych sztuczek LöWenhagen nie był w stanie wyciągnąć maski od nieznajomego, który miał na skórzanym kołnierzyku czarno-biały emblemat Gremium.
    
  "Rządzi czarna siódemka, dranie!" ryknął potężny motocyklista, gdy LöVenhagen spasował, a ręka Neumanna pokazała bezsilną trójkę waletów. Neumann był zbyt pijany, by próbować odzyskać maskę, choć wyraźnie był zdruzgotany porażką.
    
  "O Jezu! O, słodki Jezu, on mnie zabije! On mnie zabije!" - to wszystko, co Neumann zdołał wykrztusić, z głową pochyloną w dłoniach. Siedział tam, jęcząc, aż kolejna grupa, próbująca zająć stolik, kazała mu się odpieprzyć albo stanąć twarzą do banku. Neumann wyszedł, mamrocząc pod nosem jak szaleniec, ale znowu zrzucono to na karb pijackiego zamroczenia, a ci, których zepchnął z drogi, tak to odebrali. Löwenhagen poszedł za Neumannem, nieświadomy ezoterycznej natury relikwii, którą motocyklista machał gdzieś przed sobą. Motocyklista zatrzymał się na chwilę, przechwalając się przed grupą dziewczyn, że maska z czaszką będzie wyglądać odrażająco pod jego hełmem w stylu niemieckiego wojska. Szybko zdał sobie sprawę, że Neumann w rzeczywistości podążył za motocyklistą do ciemnego betonowego dołu, gdzie rząd motocykli lśnił w bladych snopach reflektorów, które nie sięgały parkingu.
    
  Spokojnie obserwował, jak Neumann wyciąga pistolet, wychodzi z cienia i strzela motocykliście prosto w twarz. Strzały nie były rzadkością w tej części miasta, choć niektórzy zaalarmowali innych motocyklistów. Wkrótce potem ich sylwetki pojawiły się nad krawędzią parkingu, ale wciąż byli zbyt daleko, by dostrzec, co się stało.
    
  Dławiąc się na ten widok, Löwenhagen był świadkiem przerażającego rytuału odcinania kawałka ciała zmarłego własnym nożem. Neumann przyłożył krwawiącą tkaninę do spodu maski i zaczął rozbierać ofiarę tak szybko, jak tylko potrafił, pijackimi palcami. Zszokowany, z szeroko otwartymi oczami, Löwenhagen natychmiast rozpoznał sekret Maski Babilońskiej. Teraz wiedział, dlaczego Schmidt tak bardzo chciał ją zdobyć.
    
  W swoim nowym, groteskowym przebraniu Neumann wtoczył ciało do śmietników kilka metrów od ostatniego samochodu w ciemności, po czym swobodnie wsiadł na motocykl mężczyzny. Cztery dni później Neumann zdjął maskę i zniknął. Löwenhagen odnalazł go przed bazą w Szlezwiku, gdzie ukrywał się przed gniewem Schmidta. Neumann wciąż wyglądał jak motocyklista, w ciemnych okularach i brudnych dżinsach, ale pozbył się barw klubowych i motocykla. Szef Gremium z Mannheim szukał oszusta i nie było warto ryzykować. Kiedy Neumann skonfrontował się z Löwenhagenem, ten śmiał się jak szalony, mamrocząc coś niezrozumiale w czymś przypominającym starożytny arabski dialekt.
    
  Następnie chwycił nóż i próbował odciąć sobie twarz.
    
    
  Rozdział 22 - Powstanie Niewidomego Boga
    
    
  "W końcu nawiązałeś kontakt". Głos dobiegł Löwenhagena znad jego lewego ramienia. Natychmiast wyobraził sobie diabła i niewiele mu zabrakło.
    
  "Kapitanie Schmidt" - powiedział, ale z oczywistych powodów nie wstał ani nie zasalutował. "Musi mi pan wybaczyć, że nie zareagowałem właściwie. Widzi pan, przecież noszę cudzą twarz".
    
  "Absolutnie. Jacka Danielsa poproszę" - powiedział Schmidt kelnerowi, zanim jeszcze podszedł do stolika z daniami Löwenhagen.
    
  "Najpierw odstaw talerz, kolego!" krzyknął Löwenhagen, namawiając zdezorientowanego mężczyznę do posłuszeństwa. Kierownik restauracji stał w pobliżu, czekając na kolejne wykroczenie, zanim poprosił winowajcę o opuszczenie lokalu.
    
  "Widzę, że teraz już wiesz, do czego służy ta maska" - mruknął Schmidt pod nosem, pochylając głowę, by sprawdzić, czy ktoś nie podsłuchuje.
    
  "Widziałem, co zrobiła tamtej nocy, kiedy twoja mała suka Neumand wykorzystała ją, żeby się zabić" - powiedział cicho Löwenhagen, ledwo oddychając między kęsami i połykając pierwszą połowę mięsa jak zwierzę.
    
  "Więc co proponujesz, żebyśmy teraz zrobili? Szantażować mnie, żeby dostać pieniądze, jak Neumann?" - zapytał Schmidt, próbując zyskać na czasie. Doskonale rozumiał, co relikwia odebrała tym, którzy jej używali.
    
  "Szantażować cię?" - wrzasnął Löwenhagen, ściskając zęby pełną różową skórą. "Żartujesz sobie ze mnie, kapitanie? Chcę ci to zdjąć, kapitanie. Idź do chirurga".
    
  "Dlaczego? Słyszałem ostatnio, że jesteś mocno poparzony. Myślałem, że wolałbyś zachować twarz tego przystojnego doktora zamiast roztopionej kupy mięsa, tam gdzie kiedyś była twoja" - odparł ze złością dowódca. Z osłupieniem obserwował, jak Löwenhagen z trudem kroi stek, wytężając słabnące oczy, by znaleźć krawędzie.
    
  "Pieprz się!" - zaklął Löwenhagen. Nie widział dobrze twarzy Schmidta, ale czuł przemożną chęć wbicia mu noża rzeźnickiego w oczy i liczenia na najlepsze. "Chcę ją wykończyć, zanim zmienię się w szalonego nietoperza... w... wariata... kurwa..."
    
  "Czy to właśnie stało się z Neumannem?" - przerwał Schmidt, pomagając młodemu mężczyźnie w budowaniu zdań. "Co dokładnie się stało, Löwenhagen? Dzięki hazardowemu fetyszowi tego idioty rozumiem jego motywację, by zatrzymać to, co prawnie mi się należy. Zastanawia mnie, dlaczego chciałeś to przede mną ukrywać przez tak długi czas, zanim się ze mną skontaktowałeś".
    
  "Miałem ci to dać dzień po tym, jak odebrałem Neumannowi, ale tej samej nocy znalazłem się w ogniu, drogi kapitanie". Löwenhagen ręcznie wpychał sobie kawałki mięsa do ust. Przerażeni ludzie wokół zaczęli się gapić i szeptać.
    
  "Przepraszam panów" - powiedział kierownik taktownie i przyciszonym głosem.
    
  Ale LöWenhagen był zbyt niecierpliwy, by słuchać. Rzucił na stół czarną kartę American Express i powiedział: "Słuchaj, przynieś nam butelkę tequili, a ja kupię jedną dla tych wszystkich wścibskich idiotów, jeśli przestaną się tak na mnie patrzeć!".
    
  Część jego zwolenników przy stole bilardowym bił brawo. Reszta tłumu wróciła do swoich zajęć.
    
  "Nie martw się, zaraz wychodzimy. Tylko podaj wszystkim napoje i pozwól mojemu przyjacielowi dokończyć posiłek, dobrze?" Schmidt usprawiedliwiał ich obecny stan swoją świętą, cywilizowaną postawą. To na kilka minut zmyliło uwagę kierownika.
    
  "A teraz powiedz mi, jak moja maska trafiła do twojej cholernej agencji rządowej, skąd każdy mógł ją zabrać" - wyszeptał Schmidt. Przyniesiono butelkę tequili i nalał sobie dwa kieliszki.
    
  Löwenhagen przełknął ślinę. Alkohol najwyraźniej nie uśmierzył skutecznie bólu spowodowanego obrażeniami, ale był głodny. Opowiedział dowódcy, co się stało, głównie po to, by zachować twarz, a nie po to, by się usprawiedliwiać. Cała scena, która wcześniej doprowadzała go do szału, rozegrała się, gdy opowiedział Schmidtowi wszystko, co doprowadziło do odkrycia Neumanna mówiącego językami pod postacią motocyklisty.
    
  "Arabski? To jest niewiarygodne" - przyznał Schmidt. "To, co słyszałeś, było w rzeczywistości akadyjskie? Niesamowite!"
    
  "Kogo to obchodzi?" warknął Löwenhagen.
    
  "Więc? Jak zdobyłeś od niego maskę?" - zapytał Schmidt, niemal uśmiechając się na myśl o interesujących faktach w tej historii.
    
  "Nie miałem pojęcia, jak odzyskać maskę. No cóż, oto on, z w pełni rozwiniętą twarzą, bez śladu maski, która się pod nią kryła. O mój Boże, posłuchaj, co mówię! To wszystko jest koszmarne i surrealistyczne!"
    
  "No dalej" - nalegał Schmidt.
    
  "Zapytałem go wprost, jak mogę mu pomóc zdjąć maskę, rozumiesz? Ale on... on..." Löwenhagen zaśmiał się jak pijany awanturnik z absurdalności własnych słów. "Kapitanie, ugryzł mnie! Jak cholerny bezpański pies" - warknął drań, gdy się zbliżyłem, a kiedy jeszcze mówiłem, drań ugryzł mnie w ramię. Wyrwał mi cały kawałek! Jezu! Co ja miałem myśleć? Po prostu zacząłem go okładać pierwszym kawałkiem metalowej rury, jaki znalazłem w pobliżu".
    
  "No i co zrobił? Nadal mówił po akadyjsku?" - zapytał dowódca, nalewając im kolejnego drinka.
    
  "Ruszył biegiem, więc oczywiście pobiegłem za nim. W końcu pojechaliśmy przez wschodni Szlezwik, do miejsca, do którego tylko my wiemy, jak dotrzeć?" - powiedział do Schmidta, który skinął głową. "Tak, znam to miejsce, za hangarem budynku pomocniczego".
    
  "Zgadza się. Przeszliśmy przez to, Kapitanie, jak szaleni. Chciałem go zabić. Tak bardzo cierpiałem, krwawiłem, miałem dość tego, że tak długo mi się wymykał. Przysięgam, że byłem gotów rozwalić mu łeb na kawałki, żeby odzyskać tę maskę, rozumiesz?" - warknął cicho Löwenhagen, brzmiąc rozkosznie psychotycznie.
    
  "Tak, tak. Mów dalej". Schmidt nalegał, żeby usłyszeć resztę historii, zanim jego podwładny w końcu ulegnie miażdżącemu szaleństwu.
    
  W miarę jak jego talerz stawał się coraz brudniejszy i bardziej pusty, Löwenhagen mówił szybciej, a jego spółgłoski stawały się coraz wyraźniejsze. "Nie wiedziałem, co próbował zrobić, ale może wiedział, jak zdjąć maskę albo coś. Szedłem za nim aż do hangaru, a potem zostaliśmy sami. Słyszałem, jak strażnicy krzyczą na zewnątrz hangaru. Wątpię, żeby rozpoznali Neumanna, skoro miał teraz czyjąś twarz, prawda?"
    
  "Czy to wtedy porwał myśliwiec?" - zapytał Schmidt. "Czy to właśnie spowodowało katastrofę samolotu?"
    
  W tym momencie oczy Löwenhagena były już prawie całkowicie ślepe, ale nadal dostrzegał cienie i ciała stałe. Jego tęczówki nabrały żółtego odcienia, koloru oczu lwa, ale mówił dalej, przygważdżając Schmidta swoim niewidomym spojrzeniem, gdy ten zniżył głos i lekko pochylił głowę. "Boże, kapitanie Schmidt, jak on pana nienawidził".
    
  Narcyzm nie pozwolił Schmidtowi rozważyć uczuć zawartych w oświadczeniu Löwenhagena, ale zdrowy rozsądek sprawił, że poczuł się nieco zbrukany - dokładnie tam, gdzie jego dusza powinna być. "Oczywiście, że to zrobił" - powiedział swojemu niewidomemu podwładnemu. "To ja mu pokazałem tę maskę. Ale nigdy nie powinien był wiedzieć, do czego służy, a co dopiero jej używać. Ten głupiec sam się o to prosił. Tak jak ty".
    
  "Ja..." Löwenhagen rzucił się gniewnie do przodu pośród brzęczących naczyń i przewracających się szklanek, "użyłem tego tylko po to, żeby zabrać twoją drogocenną, krwawą relikwię ze szpitala i dać ją tobie, niewdzięczny podgatunku!"
    
  Schmidt wiedział, że Löwenhagen wypełnił swoje zadanie, a jego niesubordynacja nie budziła już większego niepokoju. Jednak jego wyrok dobiegał końca, więc Schmidt pozwolił mu wybuchnąć gniewem. "Nienawidził cię tak samo jak ja! Neumann żałował, że kiedykolwiek brał udział w twoim zdradzieckim planie wysłania oddziału samobójców do Bagdadu i Hagi".
    
  Schmidt poczuł, jak serce mu podskakuje na wzmiankę o jego rzekomo tajnym planie, lecz jego twarz pozostała niewzruszona, skrywając wszelki niepokój pod stalowym wyrazem twarzy.
    
  "Po wypowiedzeniu twojego imienia, Schmidt, zasalutował i powiedział, że jedzie cię odwiedzić z własną, małą samobójczą misją". Głos LöWenhagena przebił się przez jego uśmiech. "Stał tam, śmiejąc się jak dzikie zwierzę, piszcząc z ulgi, widząc, kim jest. Wciąż przebrany za martwego motocyklistę, skierował się w stronę samolotu. Zanim zdążyłem do niego dotrzeć, wpadli strażnicy. Po prostu uciekłem, żeby uniknąć aresztowania. Gdy byłem już poza bazą, wsiadłem do ciężarówki i pobiegłem do Büchel, żeby cię ostrzec. Miałeś wyłączony telefon komórkowy".
    
  "I wtedy rozbił samolot w pobliżu naszej bazy" - Schmidt skinął głową. "Jak mam wyjaśnić prawdziwą historię generałowi porucznikowi Meyerowi? Był przekonany, że to był uzasadniony kontratak po tym, co ten holenderski idiota zrobił w Iraku".
    
  "Neumann był pilotem pierwszej klasy. To, że chybił celu - ciebie - jest równie żałosne, co zagadkowe" - warknął Löwenhagen. Tylko sylwetka Schmidta wciąż wskazywała na jego obecność obok niego.
    
  "Spudłował, bo tak jak ty, mój chłopcze, jest niewidomy" - oznajmił Schmidt, rozkoszując się zwycięstwem nad tymi, którzy mogliby go zdemaskować. "Ale nie wiedziałeś o tym, prawda? Ponieważ Neumann nosił okulary przeciwsłoneczne, nie wiedziałeś o jego słabym wzroku. W przeciwnym razie nigdy byś nie użył Maski Babilońskiej, prawda?"
    
  "Nie, nie zrobiłbym tego" - wychrypiał LöWenhagen, czując się pokonany do granic możliwości. "Ale powinienem był wiedzieć, że wyślesz kogoś, żeby mnie spalił i odzyskał maskę. Po tym, jak pojechałem na miejsce katastrofy, znalazłem zwęglone szczątki Neumanna rozrzucone daleko od kadłuba. Maska została zdjęta z jego zwęglonej czaszki, więc zaniosłem ją do mojego drogiego dowódcy, któremu, jak sądziłem, mogę zaufać". W tym momencie jego żółte oczy oślepły. "Ale już się tym zająłeś, prawda?"
    
  "O czym mówisz?" usłyszał obok siebie Schmidta, ale miał już dość oszukiwania dowódcy.
    
  "Wysłałeś kogoś za mną. Znalazł mnie z maską na miejscu katastrofy i gonił aż do Heidelbergu, aż w mojej ciężarówce skończyło się paliwo!" warknął Löwenhagen. "Ale miał dość paliwa dla nas obu, Schmidt. Zanim zdążyłem go zobaczyć, oblał mnie benzyną i podpalił! Mogłem tylko biec do szpitala, który znajdował się rzut kamieniem stąd, wciąż mając nadzieję, że ogień się nie zajmie, a może nawet zgaśnie, gdy będę biegł. Ale nie, ogień tylko narastał i stawał się gorętszy, pożerając moją skórę, usta i kończyny, aż czułem, jakbym krzyczał przez własne ciało! Wiesz, jak to jest czuć, jak serce pęka od szoku, gdy twoje własne ciało pali się jak stek na grillu? TY?" - krzyknął do kapitana z gniewną miną trupa.
    
  Kiedy kierownik pospiesznie podszedł do ich stolika, Schmidt lekceważąco podniósł rękę.
    
  "Wyjeżdżamy. Wyjeżdżamy. Po prostu przelej wszystko na tę kartę kredytową" - rozkazał Schmidt, wiedząc, że dr Hilt wkrótce zostanie ponownie znaleziony martwy, a wyciąg z jego karty kredytowej pokaże, że przeżył o kilka dni dłużej, niż pierwotnie podawano.
    
  "No dalej, LöWenhagen" - powiedział Schmidt z naciskiem. "Wiem, jak zdjąć ci tę maskę z twarzy. Chociaż nie mam pojęcia, jak odwrócić tę ślepotę".
    
  Zaprowadził swojego towarzysza do baru, gdzie podpisał paragon. Gdy wychodzili, Schmidt wsunął kartę kredytową z powrotem do kieszeni LöWenhagena. Wszyscy pracownicy i klienci odetchnęli z ulgą. Nieszczęsny kelner, który nie dostał napiwku, cmoknął językiem i powiedział: "Dzięki Bogu! Mam nadzieję, że widzimy go ostatni raz".
    
    
  Rozdział 23 - Morderstwo
    
    
  Marduk spojrzał na zegarek, którego mały prostokąt na tarczy z rozkładanymi okienkami daty wskazywał 28 października. Jego palce stukały w blat, czekając na recepcjonistkę w hotelu Swanwasser, gdzie również zatrzymali się Sam Cleve i jego tajemnicza dziewczyna.
    
  "Proszę bardzo, panie Marduk. Witamy w Niemczech" - recepcjonistka uśmiechnęła się uprzejmie i oddała Mardukowi paszport. Jej wzrok zatrzymał się na jego twarzy chwilę za długo, sprawiając, że starzec zastanawiał się, czy to z powodu jego nietypowej twarzy, czy też dlatego, że w dokumentach tożsamości widniał Irak jako kraj pochodzenia.
    
  "Vielen Dank" - odpowiedział. Uśmiechnąłby się, gdyby mógł.
    
  Po zameldowaniu się w pokoju zszedł na dół, aby spotkać się z Samem i Margaret w ogrodzie. Czekali już na niego, gdy wyszedł na taras z widokiem na basen. Nisko osadzony, elegancko ubrany mężczyzna podążał za Mardukiem w pewnej odległości, ale starzec był zbyt spostrzegawczy, by nie zauważyć.
    
  Sam odchrząknął znacząco, ale Marduk powiedział tylko: "Widzę go".
    
  "Oczywiście, że wiesz" - powiedział sobie Sam, kiwając głową w stronę Margaret. Spojrzała na nieznajomego i lekko się wzdrygnęła, ale ukryła to przed jego wzrokiem. Marduk odwrócił się, by spojrzeć na podążającego za nim mężczyznę, na tyle długo, by ocenić sytuację. Mężczyzna uśmiechnął się przepraszająco i zniknął w korytarzu.
    
  "Widzą paszport z Iraku i tracą rozum" - warknął zirytowany, siadając.
    
  "Panie Marduk, to jest Margaret Crosbie z Edinburgh Post" - przedstawił ich Sam.
    
  "Miło mi panią poznać" - rzekł Marduk, ponownie kiwając głową w sposób uprzejmy zamiast uśmiechu.
    
  "I pan też, panie Marduk" - odpowiedziała serdecznie Margaret. "Wspaniale w końcu poznać kogoś tak kompetentnego i obytego w świecie jak pan". Czy ona rzeczywiście flirtuje z Mardukiem? Sam zastanawiał się ze zdziwieniem, obserwując, jak podają sobie ręce.
    
  "A skąd to wiesz?" zapytał Marduk z udawanym zdziwieniem.
    
  Sam sięgnął po urządzenie nagrywające.
    
  "Ach, wszystko, co wydarzyło się w gabinecie lekarskim, jest już udokumentowane". Spojrzał surowo na dziennikarza śledczego.
    
  "Nie martw się, Marduk" - powiedział Sam, zdecydowany zignorować wszelkie obawy. "To tylko dla mnie i tych, którzy pomogą nam znaleźć Maskę Babilonu. Jak wiesz, panna Crosby już przyczyniła się do pozbycia się komendanta policji".
    
  "Tak, niektórzy dziennikarze mają na tyle zdrowego rozsądku, by wybiórczo podchodzić do tego, co świat powinien wiedzieć, a... cóż, czego świat lepiej by nigdy nie wiedział. Maska Babilońska i jej możliwości należą do tej drugiej kategorii. Możesz zaufać mojej dyskrecji" - obiecała Mardukowi Margaret.
    
  Jego wizerunek ją urzekł. Brytyjska panna zawsze miała zamiłowanie do tego, co niezwykłe i niepowtarzalne. Nie był wcale tak potworny, jak opisywał go personel szpitala w Heidelbergu. Owszem, był ewidentnie zdeformowany według powszechnych standardów, ale jego twarz tylko podkreślała jego intrygującą indywidualność.
    
  "To dla mnie ulga, proszę pani" - westchnął.
    
  "Proszę, mów mi Margaret" - powiedziała szybko. Tak, tu był jakiś geriatryczny flirt, zdecydował Sam.
    
  "Wracając do tematu" - przerwał Sam, przechodząc do poważniejszej rozmowy. "Gdzie zaczniemy szukać tej postaci LöWenhagen?"
    
  "Myślę, że powinniśmy wyeliminować go z gry. Według porucznika Wernera, człowiekiem stojącym za zdobyciem Maski Babilońskiej jest kapitan Schmidt z niemieckiej Luftwaffe. Poleciłem porucznikowi Wernerowi, żeby pod pretekstem złożenia raportu ukradł maskę Schmidtowi jutro do południa. Jeśli do tego czasu nie otrzymam od Wernera żadnej wiadomości, będziemy musieli założyć najgorsze. W takim przypadku będę musiał osobiście zinfiltrować bazę i porozmawiać ze Schmidtem. To on jest mózgiem tej całej szalonej operacji i będzie chciał zdobyć relikwię, zanim zostanie podpisany wielki traktat pokojowy".
    
  "Więc myślisz, że będzie udawał mezoarabskiego sygnatariusza?" - zapytała Margaret, trafnie używając nowego określenia na Bliski Wschód po zjednoczeniu przyległych, małych ziem pod jednym rządem.
    
  "Jest milion możliwości, Mada... Margaret" - wyjaśnił Marduk. "Mógłby to zrobić z własnej woli, ale nie mówi po arabsku, więc ludzie komisarza będą wiedzieć, że jest szarlatanem. Właśnie dlatego nie potrafi kontrolować umysłów mas. Wyobraź sobie, jak łatwo mógłbym temu zapobiec, gdybym nadal miał te paranormalne bzdury" - ubolewał Sam.
    
  Marduk kontynuował swobodnym tonem. "Mógł przybrać postać nieznanej osoby i zabić komisarza. Mógł nawet wysłać do budynku kolejnego pilota-samobójcę. Najwyraźniej taka jest teraz moda".
    
  "Czy nie było nazistowskiego szwadronu, który zrobił to podczas II wojny światowej?" zapytała Margaret, kładąc dłoń na przedramieniu Sama.
    
  "Eee, nie wiem. Dlaczego?"
    
  Gdybyśmy wiedzieli, jak skłonili tych pilotów do zgłoszenia się do tej misji, moglibyśmy dociec, jak Schmidt planował zorganizować coś podobnego. Mogę się mylić, ale czy nie powinniśmy przynajmniej rozważyć tej możliwości? Może dr Gould mógłby nam nawet pomóc.
    
  "Obecnie przebywa w szpitalu w Mannheim" - powiedział Sam.
    
  "Jak się czuje?" zapytał Marduk, wciąż czując się winny za to, że ją uderzył.
    
  "Nie widziałem jej, odkąd do mnie przyszła. Właśnie dlatego w ogóle przyszedłem do doktora Fritza" - odpowiedział Sam. "Ale masz rację. Równie dobrze mogę sprawdzić, czy może nam pomóc - jeśli jest przytomna. Boże, mam nadzieję, że jej pomogą. Była w złym stanie, kiedy ją ostatnio widziałem".
    
  "W takim razie powiedziałbym, że wizyta jest konieczna z kilku powodów. A co z porucznikiem Wernerem i jego przyjacielem Kolem?" - zapytał Marduk, upijając łyk kawy.
    
  Zadzwonił telefon Margaret. "To moja asystentka". Uśmiechnęła się dumnie.
    
  "Masz asystenta?" - zażartowała Sam. "Od kiedy?" - wyszeptała do Sama tuż przed odebraniem telefonu. "Mam tajnego agenta z zamiłowaniem do policyjnych radiotelefonów i bezpiecznej komunikacji, chłopcze". Z mrugnięciem oka odebrała telefon i odeszła przez nieskazitelnie przystrzyżony trawnik, oświetlony ogrodowymi lampami.
    
  "No więc, hakerze" - mruknął Sam, chichocząc.
    
  "Gdy Schmidt zdobędzie maskę, ktoś z nas będzie musiał go przechwycić, panie Cleave" - powiedział Marduk. "Głosuję, żebyś szturmował mur, a ja czekał w zasadzce. Pozbądź się go. Przecież z tą twarzą nigdy nie będę w stanie dostać się do bazy".
    
  Sam wypił swoją single maltę i zastanowił się. "Gdybyśmy tylko wiedzieli, co zamierza z nią zrobić. Musiał sam zdawać sobie sprawę z niebezpieczeństw związanych z jej noszeniem. Przypuszczam, że zatrudni jakiegoś pachołka, żeby sabotował podpisanie kontraktu".
    
  "Zgadzam się" - zaczął Marduk, ale Margaret wybiegła z romantycznego ogrodu z wyrazem absolutnego przerażenia na twarzy.
    
  "O mój Boże!" krzyknęła najciszej, jak potrafiła. "O mój Boże, Sam! Nie uwierzysz!" Kostki Margaret skręciły się w pośpiechu, gdy szła przez trawnik do stołu.
    
  "Co? Co to jest?" Sam zmarszczył brwi, zeskakując z krzesła, żeby ją złapać, zanim upadnie na kamienny taras.
    
  Margaret wpatrywała się w swoich dwóch towarzyszy z szeroko otwartymi z niedowierzania oczami. Ledwo mogła złapać oddech. Kiedy w końcu odzyskała oddech, wykrzyknęła: "Profesor Martha Sloane została właśnie zamordowana!".
    
  "Jezu Chryste!" krzyknął Sam, chowając głowę w dłoniach. "Teraz jesteśmy w dupie. Zdajesz sobie sprawę, że to III wojna światowa!"
    
  "Wiem! Co teraz możemy zrobić? Ta umowa już nic nie znaczy" - potwierdziła Margaret.
    
  "Skąd wzięłaś te informacje, Margaret? Czy ktoś już przyznał się do winy?" - zapytał Marduk tak taktownie, jak tylko potrafił.
    
  "Moim źródłem jest znajoma rodziny. Jej informacje są zazwyczaj rzetelne. Ukrywa się w prywatnym, chronionym miejscu i spędza każdą chwilę dnia, sprawdzając..."
    
  "...hakowanie" - poprawił Sam.
    
  Spojrzała na niego gniewnie. "Sprawdza strony internetowe firm ochroniarskich i tajne organizacje. Zazwyczaj w ten sposób dostaję wiadomości, zanim policja zostanie wezwana na miejsce zbrodni lub do miejsca zdarzenia" - przyznała. "Otrzymała raport zaledwie kilka minut temu, po tym, jak przekroczyła granicę z prywatną agencją ochrony Dunbara. Jeszcze nawet nie zadzwonili na lokalną policję ani do koronera, ale będzie nas informować na bieżąco o śmierci Sloana".
    
  "Więc jeszcze nie wyemitowano?" - wykrzyknął Sam z uporem.
    
  "Nie, ale to się zaraz stanie, nie ma co do tego wątpliwości. Firma ochroniarska i policja złożą raporty, zanim jeszcze skończymy pić". Łzy napłynęły jej do oczu, gdy mówiła. "Oto nasza szansa na nowy świat. Boże, chcieli wszystko zepsuć, prawda?"
    
  "Oczywiście, moja droga Margaret" - powiedział Marduk, spokojnie jak zawsze. "To jest to, co ludzkość robi najlepiej. Niszczenie wszystkiego, co niekontrolowane i twórcze. Ale nie mamy teraz czasu na filozofię. Mam pomysł, choć bardzo nieprawdopodobny".
    
  "Cóż, nic nie mamy" - poskarżyła się Margaret. "Więc proszę bardzo, Peterze".
    
  "A co jeśli moglibyśmy oślepić świat?" - zapytał Marduk.
    
  "Podoba ci się ta maska?" zapytał Sam.
    
  "Słuchaj!" - rozkazał Marduk, okazując pierwsze oznaki emocji i zmuszając Sama do ponownego ukrycia języka za zaciśniętymi ustami. "A co, gdybyśmy mogli zrobić to, co media robią każdego dnia, tylko na odwrót? Czy istnieje sposób, aby powstrzymać rozprzestrzenianie się doniesień i utrzymać świat w niewiedzy? W ten sposób będziemy mieli czas na znalezienie rozwiązania i dopilnowanie, aby spotkanie w Hadze się odbyło. Przy odrobinie szczęścia być może uda nam się zapobiec katastrofie, z którą niewątpliwie teraz się mierzymy".
    
  "Nie wiem, Marduk" - powiedział Sam, czując się przygnębiony. "Każdy ambitny dziennikarz na świecie chciałby być tym, który relacjonuje to dla swojej stacji radiowej w swoim kraju. To wielka wiadomość. Nasi sępy nigdy nie odmówiliby takiej przyjemności z szacunku dla pokoju ani jakichkolwiek norm moralnych".
    
  Margaret pokręciła głową, potwierdzając druzgocące wyznanie Sama. "Gdybyśmy tylko mogli założyć tę maskę komuś, kto wygląda jak Sloane... tylko po to, żeby podpisać kontrakt".
    
  "Cóż, jeśli nie uda nam się powstrzymać floty statków przed lądowaniem, będziemy musieli usunąć ocean, po którym płyną" - powiedział Marduk.
    
  Sam uśmiechnął się, ciesząc się nieortodoksyjnym myśleniem staruszka. Rozumiał, podczas gdy Margaret była zdezorientowana, a jej mina potwierdzała jej dezorientację. "Chcesz powiedzieć, że jeśli raporty i tak się ukażą, powinniśmy zamknąć media, których używają do ich relacjonowania?"
    
  "Zgadza się" - Marduk skinął głową, jak zawsze. "Na ile się da".
    
  "Jak to możliwe, na litość boską...?" - zapytała Margaret.
    
  "Podoba mi się też pomysł Margaret" - powiedział Marduk. "Jeśli zdobędziemy maskę, będziemy mogli oszukać świat, by uwierzył, że doniesienia o zabójstwie profesor Sloane to mistyfikacja. I możemy wysłać własnego oszusta, żeby podpisał dokument".
    
  "To ogromne przedsięwzięcie, ale myślę, że wiem, kto byłby na tyle szalony, żeby się na to zdecydować" - powiedział Sam. Chwycił telefon i wcisnął literę szybkiego wybierania. Odczekał chwilę, a potem na jego twarzy pojawił się wyraz absolutnego skupienia.
    
  "Witaj, Perdue!"
    
    
  Rozdział 24 - Druga strona Schmidta
    
    
  "Jest pan zwolniony z zadania w LöWenhagen, poruczniku" - rzekł stanowczo Schmidt.
    
  "Więc, znalazłeś człowieka, którego szukamy, proszę pana? Dobrze! Jak go znalazłeś?" - zapytał Werner.
    
  "Powiem panu, poruczniku Werner, tylko dlatego, że darzę pana tak wielkim szacunkiem i że zgodził się pan pomóc mi znaleźć tego przestępcę" - odparł Schmidt, przypominając Wernerowi o jego klauzuli "niezbędnej wiedzy". "Właściwie to było zaskakująco surrealistyczne. Pański kolega dzwonił do mnie godzinę temu, żeby dać mi znać, że przywozi Löwenhagena".
    
  "Mój kolega?" Werner zmarszczył brwi, ale przekonująco odegrał swoją rolę.
    
  "Tak. Kto by pomyślał, że Kohl będzie miał odwagę aresztować kogokolwiek, co? Ale mówię ci to z wielką rozpaczą" - Schmidt udawał smutek, a jego zachowanie było oczywiste dla jego podwładnego. "Kiedy Kohl prowadził LöWenhagena, mieli straszny wypadek, w którym oboje zginęli".
    
  "Co?" - wykrzyknął Werner. "Proszę, powiedz mi, że to nieprawda!"
    
  Jego twarz zbladła na wieść, o której wiedział, że jest pełna podstępnych kłamstw. Fakt, że Kohl opuścił parking szpitalny zaledwie kilka minut przed nim, świadczył o tuszowaniu sprawy. Kohl nigdy nie zdołałby tego wszystkiego dokonać w tak krótkim czasie, jaki Werner potrzebował, by dotrzeć do bazy. Ale Werner zachował wszystko dla siebie. Jedyną bronią Wernera było zaślepienie Schmidta i ukrycie faktu, że wiedział wszystko o motywach Löwenhagena, które skłoniły go do schwytania, o masce i brudnych kłamstwach otaczających śmierć Kohla. Wywiad wojskowy, w rzeczy samej.
    
  Jednocześnie Werner był autentycznie wstrząśnięty śmiercią Kohla. Jego zrozpaczona postawa i rozpacz były autentyczne, gdy opadł z powrotem na krzesło w gabinecie Schmidta. Aby dolać oliwy do ognia, Schmidt odegrał rolę skruszonego dowódcy i poczęstował go świeżą herbatą, by złagodzić szok wywołany złą wiadomością.
    
  "Wiesz, aż ciarki mnie przechodzą na myśl, co Löwenhagen musiał zrobić, żeby spowodować tę katastrofę" - powiedział do Wernera, krążąc wokół biurka. "Biedny Kohl. Czy wiesz, jak bardzo boli mnie myśl, że tak dobry pilot z tak świetlaną przyszłością stracił życie z powodu mojego rozkazu zatrzymania bezdusznego i zdradzieckiego podwładnego, takiego jak Löwenhagen?"
    
  Werner zacisnął szczękę, ale musiał zachować maskę, dopóki nie nadszedł właściwy moment, by ujawnić to, co wiedział. Głos mu drżał, gdy postanowił udawać ofiarę, drążyć temat jeszcze głębiej. "Proszę pana, proszę mi nie mówić, że Himmelfarb podzielił ten los?"
    
  "Nie, nie. Nie martw się o Himmelfarba. Poprosił mnie, żebym odsunął go od misji, bo nie mógł tego znieść. Chyba jestem wdzięczny, że mam pod swoimi rozkazami kogoś takiego jak pan, poruczniku" - Schmidt dyskretnie skrzywił się z miejsca Wernera. "Tylko pan mnie nie zawiódł".
    
  Werner zastanawiał się, czy Schmidtowi udało się zdobyć maskę, a jeśli tak, to gdzie ją trzymał. Nie mógł jednak o to po prostu zapytać. Musiał to sprawdzić.
    
  "Dziękuję, proszę pana" - odpowiedział Werner. "Jeśli będzie mnie pan potrzebował do czegoś jeszcze, proszę pytać".
    
  "To właśnie ta postawa czyni bohaterów, poruczniku!" - śpiewał Schmidt przez grube usta, a pot perlił się na jego pulchnych policzkach. "Dla dobra kraju i prawa do noszenia broni, czasami trzeba poświęcić wielkie rzeczy. Czasami oddanie życia, by ocalić tysiące, które chronisz, jest częścią bycia bohaterem, bohaterem, którego Niemcy pamiętają jako mesjasza dawnych czasów i człowieka, który poświęcił się, by zachować supremację i wolność swojego kraju".
    
  Wernerowi nie podobało się, dokąd to zmierzało, ale nie mógł działać impulsywnie bez ryzyka wykrycia. "Nie mogę się nie zgodzić, kapitanie Schmidt. Powinieneś wiedzieć. Jestem pewien, że nikt nigdy nie osiągnie takiej rangi, jaką osiągnąłeś jako bezkręgowy gnojek. Mam nadzieję, że pewnego dnia pójdę w twoje ślady".
    
  "Jestem pewien, że sobie pan z tym poradzi, poruczniku. I ma pan rację. Wiele poświęciłem. Mój dziadek zginął walcząc z Brytyjczykami w Palestynie. Mój ojciec zginął broniąc kanclerza Niemiec podczas zamachu w czasie zimnej wojny" - bronił się. "Ale powiem panu jedno, poruczniku. Kiedy zostawię po sobie spuściznę, moi synowie i wnuki będą mnie pamiętać nie tylko jako przyjemną historię do opowiadania obcym. Nie, będę pamiętany za to, że zmieniłem bieg naszego świata, będę pamiętany przez wszystkich Niemców, a tym samym przez kultury i pokolenia na całym świecie". Hitlera? Werner się nad tym zastanowił, ale przyznał, że Schmidt poparł go fałszywie. "Zdecydowanie tak, proszę pana! Nie mógłbym się bardziej zgodzić".
    
  Wtedy zauważył emblemat na pierścionku Schmidta, ten sam, który Werner pomylił z obrączką ślubną. Na płaskiej złotej podstawie wieńczącej czubek jego palca wygrawerowany był symbol rzekomo wymarłej organizacji, Zakonu Czarnego Słońca. Widział go już wcześniej w domu swojego stryjecznego dziadka, tego dnia, gdy pod koniec lat 80. pomógł swojej praciotce sprzedać wszystkie książki zmarłego męża na wyprzedaży garażowej. Symbol go zaintrygował, ale jego praciotka wpadła w furię, gdy zapytał, czy może pożyczyć książkę.
    
  Nigdy więcej o tym nie myślał, dopóki nie rozpoznał symbolu na pierścieniu Schmidta. Kwestia pozostania w niewiedzy stała się dla Wernera trudna, ponieważ rozpaczliwie chciał wiedzieć, co Schmidt robi, nosząc symbol, o którym jego własna, patriotyczna prababcia nie chciała, żeby wiedział.
    
  "To intrygujące, proszę pana" - zauważył Werner, nawet nie zastanawiając się nad konsekwencjami swojej prośby.
    
  "Co?" zapytał Schmidt, przerywając swoją wspaniałą przemowę.
    
  "Twój pierścień, Kapitanie. Wygląda jak starożytny skarb albo jakiś sekretny talizman z supermocami, jak w komiksach!" - powiedział podekscytowany Werner, zachwycając się pierścieniem, jakby był po prostu pięknym dziełem sztuki. Werner był tak ciekaw, że nawet nie bał się zapytać o emblemat czy pierścień. Być może Schmidt uważał, że jego porucznik jest szczerze zafascynowany jego dumną przynależnością, ale wolał zachować swoje zaangażowanie w Zakonie dla siebie.
    
  "Och, mój tata dał mi to, kiedy miałem trzynaście lat" - wyjaśnił Schmidt z nostalgią, patrząc na piękne, idealne linie pierścionka, którego nigdy nie zdjął.
    
  "Herb rodzinny? Wygląda bardzo elegancko" - Werner namawiał swojego dowódcę, ale nie udało mu się nakłonić go do zwierzeń. Nagle zadzwonił telefon komórkowy Wernera, przerywając milczenie między dwoma mężczyznami a prawdą. "Przepraszam, kapitanie".
    
  "Bzdura" - odparł Schmidt, zbywając to z entuzjazmem. "Jesteś teraz poza służbą".
    
  Werner obserwował, jak kapitan wychodzi na zewnątrz, aby zapewnić mu trochę prywatności.
    
  "Cześć?"
    
  To była Marlene. "Dieter! Dieter, zabili doktora Fritza!" - krzyknęła z czegoś, co brzmiało jak pusty basen albo kabina prysznicowa.
    
  "Czekaj, zwolnij, kochanie! Kto? I kiedy?" - zapytał Werner swoją dziewczynę.
    
  "Dwie minuty temu! Z-z-tak właśnie... z zimną krwią, na litość boską! Tuż przede mną!" krzyczała histerycznie.
    
  Porucznik Dieter Werner poczuł, jak żołądek zaciska mu się na dźwięk rozpaczliwego szlochu ukochanej. W jakiś sposób ten złowrogi symbol na pierścieniu Schmidta był zapowiedzią tego, co miało nastąpić. Werner czuł, jakby podziw dla pierścienia sprowadził na niego nieszczęście. Był zaskakująco blisko prawdy.
    
  "Co ty... Marlene! Słuchaj!" - próbował nakłonić ją do podania mu więcej informacji.
    
  Schmidt usłyszał podniesiony głos Wernera. Zaniepokojony, powoli wszedł z zewnątrz do gabinetu, rzucając pytające spojrzenie porucznikowi.
    
  "Gdzie jesteś? Gdzie to się stało? W szpitalu?" - próbował ją przekonać, ale ona kompletnie nie rozumiała.
    
  "Nie! N-nie, Dieter! Himmelfarb właśnie postrzelił doktora Fritza w głowę. O Jezu! Umrę tu!" - szlochała z rozpaczą nad upiornym, dźwięcznym echem miejscem, którego nie mógł jej wyjawić.
    
  "Marlene, gdzie jesteś?" krzyknął.
    
  Rozmowa telefoniczna zakończyła się kliknięciem. Schmidt wciąż stał oszołomiony przed Wernerem, czekając na odpowiedź. Twarz Wernera zbladła, gdy wsunął telefon z powrotem do kieszeni.
    
  "Przepraszam, panie. Muszę iść. W szpitalu wydarzyło się coś strasznego" - powiedział dowódcy, odwracając się, by odejść.
    
  "Nie ma jej w szpitalu, poruczniku" - powiedział sucho Schmidt. Werner zamarł w miejscu, ale jeszcze się nie odwrócił. Sądząc po głosie dowódcy, spodziewał się, że pistolet oficera będzie wycelowany w tył jego głowy, i uczynił Schmidtowi zaszczyt, stając z nim twarzą w twarz, gdy ten nacisnął spust.
    
  "Himmelfarb właśnie zabił doktora Fritza" - powiedział Werner, nie odwracając się w stronę oficera.
    
  "Wiem, Dieter" - przyznał Schmidt. "Powiedziałem mu. Wiesz, dlaczego robi wszystko, co mu każę?"
    
  "Romantyczne przywiązanie?" Werner zaśmiał się cicho, w końcu pozbywając się fałszywego podziwu.
    
  "Ha! Nie, romans jest dla potulnych duchem. Jedyny podbój, jaki mnie interesuje, to panowanie potulnego intelektu" - powiedział Schmidt.
    
  "Himmelfarb to pieprzony tchórz. Wszyscy wiedzieliśmy o tym od samego początku. Zakradnie się do każdego, kto mógłby go chronić lub mu pomóc, bo jest tylko niekompetentnym, płaszczącym się bachorem" - powiedział Werner, obrażając kaprala z autentyczną pogardą, którą zawsze ukrywał z grzeczności.
    
  "To absolutna prawda, poruczniku" - zgodził się kapitan. Jego gorący oddech musnął kark Wernera, gdy pochylił się nieprzyjemnie blisko. "Dlatego, w przeciwieństwie do ludzi takich jak ty i innych zmarłych, do których wkrótce dołączysz, on robi to, co robi" - Babilon.
    
  Ciało Wernera przepełniała wściekłość i nienawiść, całe jego istnienie przepełnione było rozczarowaniem i głęboką troską o Marlene. "I co z tego? Strzelaj już!" - powiedział z przekorą.
    
  Schmidt zaśmiał się cicho za jego plecami. "Proszę usiąść, poruczniku".
    
  Werner niechętnie spełnił polecenie. Nie miał wyboru, co rozwścieczyło takiego wolnomyśliciela jak on. Obserwował, jak arogancki oficer siada, celowo błyskając pierścieniem przed oczami Wernera. "Himmelfarb, jak mówisz, wykonuje moje rozkazy, ponieważ nie jest w stanie zdobyć się na odwagę, by stanąć w obronie swoich przekonań. A jednak wykonuje zadanie, do którego go zlecam, i nie muszę go błagać, szpiegować ani grozić jego bliskim. Co do ciebie, z drugiej strony, twoja moszna jest zbyt masywna jak na twoje własne dobro. Nie zrozum mnie źle, podziwiam człowieka, który myśli samodzielnie, ale kiedy stawiasz czoła opozycji - wrogowi - stajesz się zdrajcą. Himmelfarb powiedział mi wszystko, poruczniku" - przyznał Schmidt z głębokim westchnieniem.
    
  "Być może jesteś zbyt ślepy, żeby zobaczyć, jakim on jest zdrajcą" - warknął Werner.
    
  "Zdrajca prawicy jest w istocie bohaterem. Ale odłóżmy na bok moje preferencje. Dam ci szansę na odkupienie się, poruczniku Werner. Jako dowódca eskadry myśliwców, będziesz miał zaszczyt wlecieć swoim Tornado prosto w salę konferencyjną CIA w Iraku, aby upewnić się, że wiedzą, co świat myśli o ich istnieniu".
    
  "To absurd!" - zaprotestował Werner. "Dotrzymali swojej części zawieszenia broni i zgodzili się na negocjacje handlowe...!"
    
  "Blah, blah, blah!" Schmidt roześmiał się i pokręcił głową. "Wszyscy znamy polityczne skorupki jajek, przyjacielu. To podstęp. Nawet gdyby nie był - jaki byłby świat, skoro Niemcy są tylko kolejnym bykiem w zagrodzie?" Jego pierścień błysnął w świetle lampy na biurku, gdy wyszedł zza rogu. "Jesteśmy liderami, pionierami, potężnymi i dumnymi, poruczniku! Światowa Organizacja Narodów Zjednoczonych i CITE to banda suk, które chcą wykastrować Niemcy! Chcą nas wsadzić do klatki z innymi zwierzętami rzeźnymi. Mówię: "Nie ma mowy!"
    
  "To wina związku zawodowego, proszę pana" - próbował Werner, ale to tylko rozgniewało kapitana.
    
  "Związek? Och, och, czy "związek" oznacza Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich z dawnych czasów?" Usiadł na biurku tuż przed Wernerem, pochylając głowę do poziomu porucznika. "W akwarium nie ma miejsca na rozwój, przyjacielu. A Niemcy nie mogą prosperować w przytulnym małym klubie robótek ręcznych, gdzie wszyscy rozmawiają i dają prezenty przy herbacie. Obudź się! Ograniczają nas do uniformizacji i odcinają nam jaja, przyjacielu! Pomożesz nam znieść tę potworność... ucisk".
    
  "A co jeśli odmówię?" - zapytał głupio Werner.
    
  "Himmelfarb będzie miał okazję spędzić trochę czasu sam na sam ze słodką Marlene" - uśmiechnął się Schmidt. "Poza tym, jak to mówią, już przygotowałem grunt pod porządne lanie. Większość roboty już zrobiona. Dzięki jednemu z moich zaufanych dronów, który wykonuje swoje obowiązki zgodnie z rozkazami" - krzyknął Schmidt do Wernera - "ta suka Sloan znika z pola widzenia na dobre. Już samo to powinno rozpalić świat do ostatecznej konfrontacji, co?"
    
  "Co? Profesorze Sloane?" - wykrztusił Werner.
    
  Schmidt potwierdził wiadomość, przesuwając kciukiem po gardle. Zaśmiał się dumnie i usiadł przy biurku. "Więc, poruczniku Werner, czy możemy - może Marlene - na ciebie liczyć?"
    
    
  Rozdział 25 - Podróż Niny do Babilonu
    
    
  Kiedy Nina obudziła się z gorączkowego i bolesnego snu, znalazła się w zupełnie innym szpitalu. Jej łóżko, choć regulowane jak łóżko szpitalne, było przytulne i pokryte zimową pościelą. Znajdowały się na nim niektóre z jej ulubionych motywów: czekoladowy, brązowy i jasnobrązowy. Ściany zdobiły antyczne obrazy w stylu Leonarda da Vinci, a w sali szpitalnej nie było żadnych śladów kroplówek, strzykawek, misek ani innych upokarzających urządzeń, których Nina nienawidziła.
    
  Usłyszała dzwonek do drzwi, który zmuszona była nacisnąć, bo była tak spragniona, że nie mogła dosięgnąć wody przy łóżku. Pewnie mogłaby, ale bolała ją skóra, jakby od zamrożenia mózgu i piorunów, co zniechęcało ją do tego zadania. Dosłownie chwilę po tym, jak zadzwoniła, przez drzwi weszła egzotycznie wyglądająca pielęgniarka w luźnym stroju.
    
  "Dzień dobry, doktorze Gould" - powitała go radośnie, przyciszonym głosem. "Jak się pan czuje?"
    
  "Czuję się okropnie. Tak bardzo chcę iść" - zdołała wykrztusić Nina. Nie zdawała sobie sprawy, że znów widzi wystarczająco dobrze, dopóki nie wypiła połowy wysokiej szklanki wody wzbogaconej. Napiwszy się do syta, Nina oparła się o miękkie, ciepłe łóżko i rozejrzała po pokoju, w końcu zatrzymując wzrok na uśmiechniętej pielęgniarce.
    
  "Znowu widzę prawie idealnie" - mruknęła Nina. Uśmiechnęłaby się, gdyby nie była tak zażenowana. "Yyy, gdzie ja jestem? Ty w ogóle nie mówisz - ani nie wyglądasz - po niemiecku".
    
  Pielęgniarka się roześmiała. "Nie, doktorze Gould. Jestem Jamajką, ale mieszkam tutaj, w Kirkwall, jako pielęgniarka na pełen etat. Zostałam zatrudniona, żeby się tobą opiekować w najbliższej przyszłości, ale jest lekarz, który ciężko pracuje z kolegami, żeby cię wyleczyć".
    
  "Nie mogą. Powiedz im, żeby się poddali" - powiedziała Nina sfrustrowanym tonem. "Mam raka. Powiedzieli mi w Mannheim, kiedy szpital w Heidelbergu przysłał moje wyniki".
    
  "Cóż, nie jestem lekarzem, więc nie mogę panu powiedzieć niczego, czego pan już nie wie. Mogę panu jednak powiedzieć, że niektórzy naukowcy nie ogłaszają swoich odkryć ani nie patentują leków z obawy przed bojkotem ze strony firm farmaceutycznych. To wszystko, co powiem, dopóki nie porozmawia pan z dr Kate" - poradziła pielęgniarka.
    
  "Doktor Kate? Czy to jego szpital?" zapytała Nina.
    
  "Nie, proszę pani. Dr Kate to naukowczyni zatrudniona wyłącznie do badania pani choroby. To mała klinika na wybrzeżu Kirkwall. Należy do Scorpio Majorus Holdings z siedzibą w Edynburgu. Tylko kilka osób o niej wie". Uśmiechnęła się do Niny. "Teraz proszę tylko zmierzyć pani parametry życiowe i zobaczyć, czy uda nam się panią uspokoić, a potem... czy chciałaby pani coś zjeść? Czy mdłości nadal się utrzymują?"
    
  "Nie" - odpowiedziała szybko Nina, po czym westchnęła i uśmiechnęła się na myśl o długo oczekiwanym odkryciu. "Nie, wcale nie mam mdłości. Właściwie, umieram z głodu". Nina uśmiechnęła się krzywo, żeby nie nasilić bólu za przeponą i między płucami. "Powiedz mi, jak się tu znalazłam?"
    
  "Pan David Perdue przyleciał tu z Niemiec, żebyś mogła otrzymać specjalistyczną opiekę w bezpiecznym otoczeniu" - poinformowała Ninę pielęgniarka, badając jej oczy latarką. Nina delikatnie chwyciła pielęgniarkę za nadgarstek.
    
  "Czekaj, czy Purdue tu jest?" zapytała lekko zaniepokojona.
    
  "Nie, proszę pani. Prosił mnie, żebym pani przekazała przeprosiny. Pewnie za to, że mnie tu nie było" - powiedziała pielęgniarka do Niny. Tak, pewnie za to, że próbowała mi odciąć cholerną głowę w ciemnościach, pomyślała Nina.
    
  "Ale miał dołączyć do pana Cleve'a w Niemczech na jakieś spotkanie konsorcjum, więc obawiam się, że na razie zostanie pan sam z nami, pańskim małym zespołem lekarzy" - wtrąciła szczupła, ciemnoskóra pielęgniarka. Nina była oczarowana jej piękną cerą i zaskakująco oryginalnym akcentem, czymś pomiędzy londyńskim arystokratą a rastafarianinem. "Pan Cleve podobno odwiedzi pana w ciągu najbliższych trzech dni, więc to przynajmniej jedna znajoma twarz, na którą można czekać, prawda?"
    
  "Tak, to pewne" - Nina skinęła głową, usatysfakcjonowana przynajmniej tą wiadomością.
    
    
  * * *
    
    
  Następnego dnia Nina czuła się znacznie lepiej, choć jej oczy nie odzyskały jeszcze sowiej mocy. Jej skóra była praktycznie wolna od oparzeń i bólu, a oddychała swobodniej. Gorączka pojawiła się u niej tylko raz poprzedniego dnia, ale szybko ustąpiła po podaniu jej jasnozielonego płynu, który - jak żartowała dr Kate - stosowali na Hulku, zanim stał się sławny. Nina była pod ogromnym wrażeniem humoru i profesjonalizmu zespołu, który idealnie łączył pozytywne nastawienie z wiedzą medyczną, aby zmaksymalizować jej dobre samopoczucie.
    
  "Czy to prawda, co mówią o sterydach?" Sam uśmiechnął się od progu.
    
  "Tak, to prawda. Cała prawda. Powinieneś był widzieć, jak moje jaja zmieniły się w rodzynki!" - zażartowała, a jej mina wyrażała tak wielkie zdumienie, że Sam wybuchnął głośnym śmiechem.
    
  Nie chcąc jej dotykać ani ranić, po prostu delikatnie pocałował ją w czubek głowy, czując zapach świeżego szamponu w jej włosach. "Tak miło cię widzieć, kochanie" - wyszeptał. "A te policzki też są zarumienione. Teraz musimy tylko poczekać, aż zmoczysz nos i będziesz gotowa do wyjścia".
    
  Nina zaśmiała się z trudem, ale uśmiech nie zniknął. Sam wzięła ją za rękę i rozejrzała się po pokoju. Stał tam duży bukiet jej ulubionych kwiatów, przewiązany dużą, szmaragdowozieloną wstążką. Sam uznał to za dość uderzające.
    
  "Mówią mi, że to po prostu element wystroju, że co tydzień zmieniają kwiaty i tak dalej" - zauważyła Nina - "ale ja wiem, że są z Purdue".
    
  Sam nie chciał mieszać Niny z Purdue, zwłaszcza że wciąż potrzebowała leczenia, które tylko Purdue mogło zapewnić. Z drugiej strony wiedział, że Purdue nie ma kontroli nad tym, co próbował zrobić Ninie w tych ciemnych jak smoła tunelach pod Czarnobylem. "No cóż, próbowałem ci załatwić bimber, ale twoja ekipa go skonfiskowała" - wzruszył ramionami. "Cholerni pijacy, większość z nich. Uważaj na tę seksowną pielęgniarkę. Trzęsie się po alkoholu".
    
  Nina chichotała razem z Samem, ale założyła, że usłyszał o jej raku i desperacko próbuje ją pocieszyć, przedawkowując bezsensowne bzdury. Ponieważ nie chciała być uwikłana w te bolesne okoliczności, zmieniła temat.
    
  "Co się dzieje w Niemczech?" zapytała.
    
  "Śmieszne, że o to pytasz, Nino" - odchrząknął i wyciągnął dyktafon z kieszeni.
    
  "O, audioporno?" zażartowała.
    
  Sam czuł się winny z powodu swoich motywów, ale przybrał wyraz współczucia na twarzy i wyjaśnił: "Tak naprawdę potrzebujemy pomocy w postaci kilku informacji o nazistowskim szwadronie samobójców, który najwyraźniej zniszczył kilka mostów..."
    
  "Tak, 200 kg" - wtrąciła, zanim zdążył kontynuować. "Plotka głosi, że zniszczyli siedemnaście mostów, żeby uniemożliwić wojskom radzieckim przeprawę. Ale według moich źródeł to głównie spekulacje. O KG 200 wiem tylko dlatego, że na drugim roku studiów magisterskich pisałam pracę o wpływie patriotyzmu psychologicznego na misje samobójcze".
    
  "Ile to właściwie jest 200 kg?" - zapytał Sam.
    
  "Kampfgeschwader 200" - powiedziała z lekkim wahaniem, wskazując na sok owocowy na stole za Samem. Podał jej szklankę, a ona upiła kilka małych łyków przez słomkę. "Mieli za zadanie obsłużyć bombę..." - próbowała sobie przypomnieć nazwę, patrząc w sufit - "...nazywali się, hm, chyba... Reichenberg, o ile dobrze pamiętam. Ale później stali się znani jako Eskadra Leonidasa. Dlaczego? Wszyscy zginęli i odeszli".
    
  "Tak, to prawda, ale wiesz, jak nieustannie napotykamy rzeczy, które powinny być martwe i zniknięte" - przypomniał Ninie. Nie mogła się z tym kłócić. Przynajmniej wiedziała równie dobrze jak Sam i Purdue, że stary świat i jego czarodzieje wciąż żyją i mają się dobrze w nowoczesnym świecie.
    
  "Proszę, Sam, nie mów mi, że mamy do czynienia z oddziałem samobójców z czasów II wojny światowej, którzy wciąż latają Focke-Wulfami nad Berlinem" - wykrzyknęła, biorąc głęboki oddech i zamykając oczy z udawanym strachem.
    
  "Yyy, nie" - zaczął opowiadać jej o szalonych wydarzeniach z ostatnich kilku dni - "ale czy pamiętasz tego pilota, który uciekł ze szpitala?"
    
  "Tak" - odpowiedziała dziwnym tonem.
    
  "Wiesz, jak wyglądał, kiedy oboje podróżowaliście?" - zapytał Sam, chcąc dowiedzieć się, jak daleko wstecz musi się cofnąć, zanim zacznie opowiadać jej o wszystkim, co się wydarzyło.
    
  "Nie mogłam go dostrzec. Na początku, kiedy policjanci nazwali go doktorem Hiltem, pomyślałam, że to ten potwór, no wiesz, ten, który prześladuje mojego sąsiada. Ale zdałam sobie sprawę, że to po prostu biedny facet, który się poparzył, prawdopodobnie przebrany za martwego lekarza" - wyjaśniła Samowi.
    
  Wziął głęboki oddech i pożałował, że nie może zaciągnąć się papierosem, zanim powie Ninie, że tak naprawdę podróżowała z zabójcą wilkołaków, który ją oszczędził tylko dlatego, że była ślepa jak nietoperz i nie potrafiła go wskazać.
    
  "Czy mówił coś o masce?" Sam chciał delikatnie ominąć temat, mając nadzieję, że przynajmniej wie o Masce Babilońskiej. Był jednak niemal pewien, że LöWenhagen nie zdradziłby przypadkiem takiej tajemnicy.
    
  "Co? Maskę? Taką, jaką mu założyli, żeby zapobiec zakażeniu tkanek?" - zapytała.
    
  "Nie, kochanie" - odpowiedział Sam, gotowy wyjawić wszystko, w co byli zaangażowani. "Starożytna relikwia. Babilońska maska. Wspominał o tym w ogóle?"
    
  "Nie, nigdy nie wspominał o żadnej innej maseczce poza tą, którą nałożyli mu na twarz po nałożeniu maści z antybiotykiem" - wyjaśniła Nina, ale jej zmarszczka jeszcze bardziej się pogłębiła. "Na litość boską! Powiesz mi, o co chodziło, czy nie? Przestań zadawać pytania i przestań się bawić tym, co trzymasz, żebym usłyszała, że znowu wpadliśmy w niezłe gówno".
    
  "Kocham cię, Nino" - zaśmiał się Sam. Musiała się goić. Ten rodzaj dowcipu należał do zdrowej, seksownej i gniewnej historyczki, którą tak uwielbiał. "Dobra, najpierw powiem ci, do kogo należą te głosy i jaką rolę odgrywają w tym wszystkim".
    
  "Dobra, mów dalej" - powiedziała, wyglądając na skupioną. "O Boże, to będzie niezły wycisk, więc pytaj, jeśli czegoś nie rozumiesz..."
    
  "Sam!" warknęła.
    
  "Dobra. Przygotuj się. Witamy w Babilonie."
    
    
  Rozdział 26 - Galeria twarzy
    
    
  W półmroku, z martwymi ćmami przyczepionymi do grubych szklanych kloszy, porucznik Dieter Werner towarzyszył kapitanowi Schmidtowi, gdzie miał wysłuchać raportu z wydarzeń z najbliższych dwóch dni. Zbliżał się dzień podpisania traktatu, 31 października, a plan Schmidta miał się wkrótce urzeczywistnić.
    
  Poinformował swoją jednostkę o miejscu zbornym zaplanowanego przez siebie ataku - podziemnym bunkrze, w którym niegdyś esesmani z tego obszaru ukrywali swoje rodziny podczas alianckich nalotów bombowych. Zamierzał pokazać wybranemu dowódcy punkt, z którego mógłby przeprowadzić atak.
    
  Werner nie miał ani słowa od swojej ukochanej Marlene od czasu jej histerycznego telefonu, który ujawnił frakcje i ich członków. Jego telefon komórkowy został skonfiskowany, aby uniemożliwić mu powiadomienie kogokolwiek, i był pod ścisłym nadzorem Schmidta przez całą dobę.
    
  "Niedaleko" - powiedział mu niecierpliwie Schmidt, gdy po raz setny wjechali w mały korytarz, który wyglądał jak wszystkie inne. Werner mimo to starał się dostrzec jakieś charakterystyczne cechy, gdzie tylko mógł. W końcu dotarli do bezpiecznych drzwi z klawiaturą cyfrową. Palce Schmidta były zbyt szybkie, by Werner mógł zapamiętać kod. Chwilę później grube stalowe drzwi odblokowały się i otworzyły z ogłuszającym trzaskiem.
    
  "Proszę wejść, poruczniku" - zaprosił Schmidt.
    
  Gdy drzwi zamknęły się za nimi, Schmidt za pomocą dźwigni na ścianie zapalił jasne, białe światło sufitowe. Światła migotały szybko kilka razy, zanim pozostały włączone, oświetlając wnętrze bunkra. Werner był oszołomiony.
    
  Urządzenia komunikacyjne umieszczono w narożnikach komory. Czerwone i zielone cyfry migały monotonnie na panelach umieszczonych między dwoma płaskimi ekranami komputerowymi, pomiędzy którymi znajdowała się pojedyncza klawiatura. Na prawym ekranie Werner zobaczył topograficzny obraz strefy uderzenia, siedziby CIA w Mosulu w Iraku. Po lewej stronie ekranu znajdował się identyczny monitor wyświetlający obraz z monitoringu satelitarnego.
    
  Jednak to pozostali obecni w pokoju powiedzieli Wernerowi, że Schmidt mówił śmiertelnie poważnie.
    
  "Wiedziałem, że znasz maskę babilońską i jej konstrukcję, zanim przyszedłeś do mnie ze swoim raportem, więc oszczędza mi to czasu, który musiałbym poświęcić na wyjaśnianie i opisywanie wszystkich jej "magicznych mocy"" - chwalił się Schmidt. "Dzięki pewnym postępom w nauce o komórkach wiem, że efekty działania maski nie są tak naprawdę magiczne, ale nie interesuje mnie, jak działa - tylko co robi".
    
  "Gdzie to jest?" - zapytał Werner, udając podekscytowanie widokiem relikwii. "Nigdy wcześniej tego nie widziałem? Mam to nosić?"
    
  "Nie, przyjacielu" - uśmiechnął się Schmidt. "Zrobię to".
    
  "Jako kto? Skoro profesor Sloane nie żyje, nie będziesz miał powodu, żeby udawać kogoś związanego z traktatem".
    
  "To nie twoja sprawa, kogo przedstawiam" - odpowiedział Schmidt.
    
  "Ale wiesz, co się stanie" - powiedział Werner, mając nadzieję, że uda mu się odwieść Schmidta, aby sam mógł odzyskać maskę i przekazać ją Mardukowi. Schmidt miał jednak inne plany.
    
  "Wierzę w to, ale jest coś, co może zdjąć maskę bez problemu. Nazywa się Skóra. Niestety, Neumann nie zadał sobie trudu, żeby zabrać ten niezwykle ważny dodatek, kiedy ukradł maskę, idioto! Wysłałem więc Himmelfarba, żeby naruszył przestrzeń powietrzną i wylądował na tajnym pasie startowym jedenaście kilometrów na północ od Niniwy. Musi zdobyć Skórę w ciągu najbliższych dwóch dni, żebym mógł zdjąć maskę, zanim..." wzruszył ramionami, "to nieuniknione".
    
  "A co, jeśli mu się nie uda?" - zapytał Werner, zdumiony ryzykiem, jakie podjął Schmidt.
    
  "On cię nie zawiedzie. Ma współrzędne lokalizacji i..."
    
  "Przepraszam, Kapitanie, ale czy kiedykolwiek przyszło ci do głowy, że Himmelfarb mógłby się przeciwko tobie zwrócić? On zna wartość maski babilońskiej. Nie boisz się, że cię za to zabije?" - zapytał Werner.
    
  Schmidt zapalił światło po przeciwnej stronie pomieszczenia. W jego blasku Wernera powitała ściana pełna identycznych masek. Maski, uformowane w kształt czaszek, wisiały na ścianie, zamieniając bunkier w coś przypominającego katakumby.
    
  "Himmelfarb nie ma pojęcia, która z nich jest prawdziwa, ale ja tak. Wie, że nie może przejąć maski, jeśli nie skorzysta z okazji, żeby ją zdjąć, nakładając mi skórę na twarz, a żeby mieć pewność, że działa, będę przystawiał pistolet do głowy jego syna przez całą drogę do Berlina". Schmidt uśmiechnął się, podziwiając obrazy na ścianie.
    
  "Zrobiłeś to wszystko, żeby zmylić każdego, kto próbował ukraść ci maskę? Genialne!" - zauważył szczerze Werner. Skrzyżował ramiona na piersi i powoli szedł wzdłuż ściany, starając się znaleźć między nimi jakąkolwiek różnicę, ale było to praktycznie niemożliwe.
    
  "Och, nie ja je zrobiłem, Dieter". Schmidt na chwilę porzucił swój narcyzm. "To były próby replik, wykonane przez naukowców i projektantów Zakonu Czarnego Słońca około 1943 roku. Maska babilońska została zdobyta przez Renatusa z Zakonu, gdy ten został wysłany na kampanię na Bliski Wschód".
    
  "Renatus?" zapytał Werner, który nie znał systemu rang tajnej organizacji, gdyż mało kto go znał.
    
  "Przywódca" - powiedział Schmidt. "W każdym razie, po odkryciu jego możliwości, Himmler natychmiast nakazał wyprodukowanie kilkunastu podobnych masek w podobny sposób i przeprowadził z nimi eksperymenty w oddziale Leonidasa z KG 200. Plan zakładał, że zaatakują dwie konkretne jednostki Armii Czerwonej i zinfiltrują ich szeregi, udając żołnierzy radzieckich".
    
  "Te właśnie maski?" Werner był zdumiony.
    
  Schmidt skinął głową. "Tak, wszystkie dwanaście. Ale to była porażka. Naukowcy, którzy odtworzyli maskę babilońską, źle obliczyli koszty, albo, cóż, nie znam szczegółów" - wzruszył ramionami. "Zamiast tego piloci stali się psychopatami, skłonnymi do samobójstw i rozbili swoje maszyny w obozach różnych jednostek radzieckich, zamiast dokończyć misję. Himmler i Hitler nie przejmowali się tym, ponieważ była to nieudana operacja. W ten sposób oddział Leonidasa przeszedł do historii jako jedyny nazistowski szwadron kamikaze w historii".
    
  Werner chłonął to wszystko, próbując opracować sposób na uniknięcie tego samego losu, jednocześnie oszukując Schmidta, by na chwilę stracił czujność. Ale szczerze mówiąc, do realizacji planu pozostały dwa dni, a zapobieżenie katastrofie teraz byłoby praktycznie niemożliwe. Znał palestyńską pilotkę z rdzenia VVO. Gdyby udało mu się z nią skontaktować, mogłaby uniemożliwić Himmelfarbowi opuszczenie irackiej przestrzeni powietrznej. To pozwoliłoby mu skupić się na sabotowaniu Schmidta w dniu podpisania umowy.
    
  Radia zatrzeszczały, a na mapie topograficznej pojawiła się duża czerwona plama.
    
  "Ach! Jesteśmy!" - wykrzyknął radośnie Schmidt.
    
  "Kto?" - zapytał z ciekawością Werner. Schmidt poklepał go po plecach i poprowadził do ekranów.
    
  "Tak, przyjacielu. Operacja Lew 2. Widzisz ten błysk? To satelitarne śledzenie biur CIA w Bagdadzie. Potwierdzenie dla tych, na których czekam, wskaże blokadę odpowiednio Hagi i Berlina. Gdy wszystkie trzy będą na miejscu, twoja jednostka poleci do Bagdadu, podczas gdy pozostałe dwie jednostki twojego dywizjonu jednocześnie zaatakują pozostałe dwa miasta".
    
  "O mój Boże" - mruknął Werner, wpatrując się w pulsujący czerwony przycisk. "Dlaczego akurat te trzy miasta? Rozumiem Hagę - szczyt ma się tam odbyć. Bagdad mówi sam za siebie, ale dlaczego Berlin? Czy przygotowujecie dwa kraje do wzajemnych kontrataków?"
    
  "Dlatego wybrałem cię na mojego dowódcę, poruczniku. Jesteś urodzonym strategiem" - powiedział triumfalnie Schmidt.
    
  Zamontowany na ścianie głośnik interkomu dowódcy kliknął, a ostry, bolesny dźwięk sprzężenia rozniósł się echem po zamkniętym bunkrze. Obaj mężczyźni instynktownie zakryli uszy, krzywiąc się z bólu, aż hałas ucichł.
    
  "Kapitanie Schmidt, tu strażnik bazy Kilo. Jest tu kobieta, która chce się z panem widzieć, wraz ze swoją asystentką. Z dokumentów wynika, że to Miriam Inkley, brytyjska przedstawicielka prawna biura Banku Światowego w Niemczech" - powiedział strażnik przy bramie.
    
  "Teraz? Bez umówionej wizyty?" krzyknął Schmidt. "Powiedz jej, żeby się odczepiła. Jestem zajęty!"
    
  "Och, nie zrobiłbym tego, proszę pana" - argumentował Werner, wystarczająco przekonująco, by Schmidt uwierzył, że mówi zupełnie poważnie. Szepnął do kapitana: "Słyszałem, że pracuje dla generała porucznika Meyera. Prawdopodobnie chodzi o morderstwa popełnione przez Löwenhagena i prasę próbującą przedstawić nas w złym świetle".
    
  "Bóg jeden wie, że nie mam na to czasu!" - odpowiedział. "Przynieście je do mojego biura!"
    
  "Czy mam panu towarzyszyć, panie? Czy chce pan, żebym stał się niewidzialny?" - zapytał przebiegle Werner.
    
  "Nie, oczywiście, że musisz iść ze mną" - warknął Schmidt. Był zirytowany tą przerwą, ale Werner przypomniał sobie imię kobiety, która pomogła im stworzyć dywersję, kiedy musieli pozbyć się policji. "W takim razie Sam Cleve i Marduk powinni tu być. Muszę znaleźć Marlene, ale jak?". W drodze ze swoim dowódcą do biura Werner łamał sobie głowę, próbując wymyślić, gdzie mógłby trzymać Marlene i jak uciec niezauważony przed Schmidtem.
    
  "Pospiesz się, poruczniku" - rozkazał Schmidt. Wszelkie ślady jego dawnej dumy i radosnego oczekiwania zniknęły, a on sam powrócił do roli tyrana. "Nie mamy czasu do stracenia". Werner zastanawiał się, czy po prostu nie powinien obezwładnić kapitana i splądrować pomieszczenia. Teraz byłoby to takie proste. Znajdowali się między bunkrem a bazą, pod ziemią, gdzie nikt nie usłyszy wołania kapitana o pomoc. Z drugiej strony, zanim dotarli do bazy, wiedział, że przyjaciel Sama, Cleve, jest na powierzchni, a Marduk prawdopodobnie już wiedział, że Werner ma kłopoty.
    
  Gdyby jednak pokonał przywódcę, wszyscy mogliby zostać zdemaskowani. To była trudna decyzja. W przeszłości Werner często wahał się, ponieważ opcji było zbyt mało, ale tym razem było ich zbyt wiele, a każda z nich prowadziła do równie trudnych rezultatów. Niewiedza, który element jest prawdziwą Maską Babilońską, również stanowiła poważny problem, a czas uciekał - dla całego świata.
    
  Zbyt szybko, zanim Werner zdążył ocenić za i przeciw sytuacji, dotarli do schodów skromnego biurowca. Werner wszedł po schodach obok Schmidta, a od czasu do czasu jakiś pilot lub pracownik administracyjny pozdrawiał go lub salutował. Głupotą byłoby teraz dokonać zamachu stanu. Czekaj na swoją kolej. Zobacz, jakie możliwości się najpierw pojawią, powiedział sobie Werner. Ale Marlene! Jak ją znajdziemy? Jego emocje walczyły z rozumem, podczas gdy on sam utrzymywał nieprzenikniony wyraz twarzy przed Schmidtem.
    
  "Po prostu graj wszystko, co mówię, Werner" - powiedział Schmidt przez zaciśnięte zęby, gdy zbliżali się do biura, gdzie Werner zobaczył reporterkę i Marduka czekających w maskach. Przez ułamek sekundy poczuł się znowu wolny, jakby miał nadzieję krzyknąć i ujarzmić swojego opiekuna, ale Werner wiedział, że musi czekać.
    
  Wymiana spojrzeń między Mardukiem, Margaret i Wernerem była szybkim, zawoalowanym wyznaniem, dalekim od ostrych uczuć kapitana Schmidta. Margaret przedstawiła siebie i Marduka jako dwoje prawników specjalizujących się w lotnictwie, z bogatym doświadczeniem w naukach politycznych.
    
  "Proszę usiąść" - zaproponował Schmidt, udając uprzejmość. Starał się nie patrzeć na dziwnego starca, który towarzyszył surowej, ekstrawertycznej kobiecie.
    
  "Dziękuję" - powiedziała Margaret. "Właściwie chcieliśmy rozmawiać z prawdziwym dowódcą Luftwaffe, ale wasza ochrona poinformowała nas, że generał porucznik Meyer przebywa poza granicami kraju".
    
  Zadała ten ofensywny cios w nerwy z gracją i z zamierzonym zamiarem lekkiego zirytowania kapitana. Werner stał stoicko przy stole, starając się nie wybuchnąć śmiechem.
    
    
  Rozdział 27 - Suza, czyli wojna
    
    
  Wzrok Niny utkwiony był w oczach Sama, gdy słuchała ostatniej części nagrania. W pewnym momencie przestraszył się, że przestała oddychać, marszcząc brwi, koncentrując się, łapiąc oddech i przechylając głowę na bok przez całą ścieżkę dźwiękową. Kiedy nagranie się skończyło, po prostu nadal się w niego wpatrywała. W tle telewizor Niny leciał kanał informacyjny, ale bez dźwięku.
    
  "Do diabła!" - krzyknęła nagle. Jej dłonie były pokryte igłami i rurkami po dzisiejszej procedurze, inaczej schowałaby je we włosach ze zdumienia. "Mówisz mi, że facet, którego uważałam za Kubę Rozpruwacza, to w rzeczywistości Gandalf Szary, a mój przyjaciel, który spał ze mną w jednym pokoju i przeszedł ze mną wiele kilometrów, był bezwzględnym mordercą?"
    
  "Tak".
    
  "To dlaczego mnie też nie zabił?" - pomyślała Nina na głos.
    
  "Twoja ślepota uratowała ci życie" - powiedział jej Sam. "Fakt, że byłaś jedyną osobą, która nie widziała, że jej twarz należy do kogoś innego, musiał być twoim ratunkiem. Nie stanowiłaś dla nich zagrożenia".
    
  "Nigdy nie sądziłem, że będę szczęśliwy będąc niewidomym. Jezu! Wyobrażasz sobie, co mogło mi się stać? Gdzie oni wszyscy teraz są?"
    
  Sam odchrząknął. Nina już wiedziała, że oznacza to, iż czuje się niekomfortowo z czymś, co próbował wyrazić, z czymś, co w innych okolicznościach brzmiałoby szalenie.
    
  "O mój Boże!" - zawołała ponownie.
    
  "Słuchaj, to wszystko jest ryzykowne. Purdue jest zajęty gromadzeniem zespołów hakerów w każdym większym mieście, aby zakłócać transmisje satelitarne i sygnały radiowe. Chce zapobiec zbyt szybkiemu rozprzestrzenieniu się wieści o śmierci Sloane" - wyjaśnił Sam, nie żywiąc zbyt wielkiej nadziei na plan Purdue'a, mający na celu opóźnienie doniesień medialnych na całym świecie. Miał jednak nadzieję, że zostanie to znacząco utrudnione, przynajmniej przez rozległą sieć cyberszpiegów i techników, którymi Purdue dysponował. "Margaret, kobiecy głos, który słyszałaś, wciąż jest w Niemczech. Werner miał powiadomić Marduka, kiedy udało mu się zwrócić maskę Schmidtowi bez jego wiedzy, ale do tego czasu nie otrzymał od niego żadnego kontaktu".
    
  "Więc nie żyje" - Nina wzruszyła ramionami.
    
  "Niekoniecznie. To po prostu oznacza, że nie udało mu się zdobyć maski" - powiedział Sam. "Nie wiem, czy Kol może mu w tym pomóc, ale moim zdaniem wydaje się trochę nieobecny. Ponieważ jednak Marduk nie miał żadnych wieści od Wernera, pojechał z Margaret do bazy w Büchel, żeby zobaczyć, co się dzieje".
    
  "Powiedz Perdue, żeby przyspieszył pracę nad systemami transmisyjnymi" - powiedziała Nina do Sama.
    
  "Jestem pewien, że poruszają się tak szybko, jak to możliwe".
    
  "Za mało" - odparła, kiwając głową w stronę telewizora. Sam odwrócił się i odkrył, że pierwsza duża stacja telewizyjna wyemitowała reportaż, który ludzie z Purdue próbowali powstrzymać.
    
  "O mój Boże!" krzyknął Sam.
    
  "To się nie uda, Sam" - przyznała Nina. "Żaden agent informacyjny nie przejąłby się tym, gdyby rozpętali kolejną wojnę światową, rozsiewając wieści o śmierci profesora Sloane"a. Wiesz, jacy oni są! Nieostrożni, chciwi ludzie. Typowe. Wolą ukraść sobie reputację za plotki, niż rozważyć konsekwencje".
    
  "Chciałbym, żeby niektóre z głównych gazet i użytkowników mediów społecznościowych nazwały to mistyfikacją" - powiedział rozczarowany Sam. "Byłoby to wystarczająco długo, żeby powstrzymać prawdziwe nawoływania do wojny".
    
  Telewizor nagle zgasł i pojawiło się kilka teledysków z lat 80. Sam i Nina zastanawiali się, czy to robota hakerów, którzy wykorzystują wszystko, co im wpadnie w ręce, by opóźnić kolejne raporty.
    
  "Sam" - powiedziała natychmiast, łagodniejszym i bardziej szczerym tonem. "To, co Marduk ci mówił o tej skórze, która może zdjąć maskę - czy on to ma?"
    
  Nie miał odpowiedzi. W tamtej chwili nawet nie przyszło mu do głowy, żeby zapytać Marduka o to więcej.
    
  "Nie mam pojęcia" - odpowiedział Sam. "Ale nie mogę teraz ryzykować dzwonienia do niego z telefonu Margaret. Kto wie, gdzie oni są za liniami wroga, wiesz? To byłby szalony ruch, który mógłby nas kosztować wszystko".
    
  "Wiem. Po prostu jestem ciekawa" - powiedziała.
    
  "Dlaczego?" powinien był zapytać.
    
  "No cóż, mówiłaś, że Margaret wpadła na pomysł, żeby ktoś użył maski, żeby przybrać postać profesora Sloane"a, nawet po to, żeby podpisać traktat pokojowy, prawda?" - opowiedziała Nina.
    
  "Tak, zrobiła to" - potwierdził.
    
  Nina westchnęła ciężko, zastanawiając się, czemu miała służyć. Ostatecznie miało to służyć dobru większemu niż tylko jej własnemu dobru.
    
  "Czy Margaret może nas połączyć z biurem Sloane?" - zapytała Nina, jakby zamawiała pizzę.
    
  "Purdue może. Dlaczego?"
    
  "Umówmy się na spotkanie. Pojutrze jest Halloween, Sam. Jeden z najwspanialszych dni w historii nowożytnej i nie możemy pozwolić, żeby został zepchnięty w kąt. Jeśli pan Marduk zdobędzie dla nas maskę" - wyjaśniła, ale Sam zaczął energicznie kręcić głową.
    
  "Nie ma mowy! Nigdy ci na to nie pozwolę, Nino" - zaprotestował wściekle.
    
  "Daj mi skończyć!" krzyknęła najgłośniej, jak tylko jej zmaltretowane ciało mogło wytrzymać. "Zrobię to, Sam! To moja decyzja, a moje ciało to moje przeznaczenie!"
    
  "Naprawdę?" krzyknął. "A co z ludźmi, których zostawisz, jeśli nie uda nam się zdjąć maski, zanim cię nam zabierze?"
    
  "A co, jeśli tego nie zrobię, Sam? Czy cały glob pogrąży się w pieprzonej III wojnie światowej? Życie jednego człowieka... czy znowu bombardowanie wszystkich dzieci na planecie? Ojcowie i bracia wracają na front i Bóg jeden wie, do czego jeszcze wykorzystają technologię tym razem!" Płuca Niny pracowały na najwyższych obrotach, by wydusić z siebie te słowa.
    
  Sam po prostu pokręcił pochyloną głową. Nie chciał przyznać, że to była najlepsza rzecz, jaką mógł zrobić. Gdyby to była jakakolwiek inna kobieta, ale nie Nina.
    
  "Chodź, Clive, wiesz, że to jedyne wyjście" - powiedziała, gdy pielęgniarka wbiegła do pokoju.
    
  "Doktorze Gould, nie może pan być tak spięty. Proszę wyjść, panie Cleve" - zażądała. Nina nie chciała być nieuprzejma wobec personelu medycznego, ale absolutnie nie mogła zostawić tej sprawy nierozwiązanej.
    
  "Hannah, proszę, pozwól nam dokończyć tę dyskusję" - błagała Nina.
    
  "Ledwo oddychasz, doktorze Gould. Nie możesz tak działać ci na nerwy i powodować gwałtownego przyspieszenia akcji serca" - zganiła go Hannah.
    
  "Rozumiem" - odpowiedziała szybko Nina, utrzymując serdeczny ton. "Ale proszę, daj mi i Samowi jeszcze kilka minut".
    
  "Co się stało z telewizorem?" - zapytała Hannah, zdziwiona ciągłymi przerwami i zniekształconymi obrazami. "Powiem serwisantom, żeby sprawdzili naszą antenę". Po tych słowach wyszła z pokoju, rzucając ostatnie spojrzenie na Ninę, by przypomnieć jej, co właśnie powiedziała. Nina skinęła głową w odpowiedzi.
    
  "Powodzenia z naprawą anteny" - uśmiechnął się Sam.
    
  "Gdzie jest Perdue?" zapytała Nina.
    
  "Mówiłem ci. Jest zajęty łączeniem satelitów obsługiwanych przez jego firmy parasolowe ze zdalnym dostępem dla swoich tajnych wspólników".
    
  "No bo gdzie on jest? Czy jest w Edynburgu? Czy jest w Niemczech?"
    
  "Dlaczego?" zapytał Sam.
    
  "Odpowiedz mi!" zażądała, marszcząc brwi.
    
  "Nie chciałaś go mieć w pobliżu, więc teraz trzyma się z daleka". Teraz to już wyszło na jaw. Powiedział to, niewiarygodnie broniąc Perdue'a przed Niną. "On głęboko żałuje tego, co się stało w Czarnobylu, a ty potraktowałaś go jak gówno w Mannheim. Czego się spodziewałaś?"
    
  "Czekaj, co?" warknęła do Sama. "Próbował mnie zabić! Zdajesz sobie sprawę, jaki poziom nieufności to kultywuje?"
    
  "Tak, wierzę! Wierzę. I ścisz głos, zanim siostra Betty wróci. Wiem, jak to jest pogrążyć się w rozpaczy, gdy moje życie jest zagrożone przez tych, którym ufałam. Nie możesz uwierzyć, że on mógłby cię celowo skrzywdzić, Nino. Na litość boską, on cię kocha!"
    
  Zatrzymał się, ale było już za późno. Nina została rozbrojona, bez względu na cenę, ale Sam już żałował swoich słów. Ostatnią rzeczą, o której musiał jej przypominać, były nieustanne starania Perdue'a o jej względy. Według niego, Sam i tak był gorszy od Perdue'a pod wieloma względami. Perdue był geniuszem o niepodważalnym uroku, niezależnym finansowo, odziedziczył majątki, rezydencje i zaawansowane technologicznie patenty. Cieszył się znakomitą reputacją jako badacz, filantrop i wynalazca.
    
  Sam miał tylko Nagrodę Pulitzera i kilka innych nagród i wyróżnień. Oprócz trzech książek i niewielkiej sumy pieniędzy za udział w polowaniu na skarby na Purdue, Sam miał apartament typu penthouse i kota.
    
  "Odpowiedz na moje pytanie" - powiedziała po prostu, dostrzegając ukłucie w oczach Sama na myśl o jej stracie. "Obiecuję, że będę się dobrze zachowywać, jeśli Purdue pomoże mi skontaktować się z siedzibą WUO".
    
  "Nie wiemy nawet, czy Marduk ma maskę" - Sam chwytał się brzytwy, żeby powstrzymać Ninę.
    
  "To wspaniale. Chociaż nie mamy pewności, możemy również zorganizować moje reprezentowanie WUO podczas podpisywania dokumentów, aby ludzie profesora Sloana mogli odpowiednio zorganizować logistykę i ochronę". "W końcu" - westchnęła - "kiedy pojawia się drobna brunetka, z twarzą Sloana czy bez, łatwiej byłoby zignorować doniesienia jako mistyfikację, prawda?"
    
  "Purdue jest właśnie w Reichtisusis" - przyznał Sam. "Skontaktuję się z nim i powiem mu o twojej ofercie".
    
  "Dziękuję" - odpowiedziała cicho, gdy ekran telewizora samoczynnie przełączył kanały, zatrzymując się na chwilę na sygnałach testowych. Nagle zatrzymał się na globalnej stacji informacyjnej, która jeszcze nie straciła sygnału. Wzrok Niny pozostał wbity w ekran, ignorując na chwilę ponurą ciszę Sama.
    
  "Sam, patrz!" - krzyknęła, z trudem unosząc rękę, by wskazać na telewizor. Sam się odwróciła. Za nią w biurze CIA w Hadze pojawiła się reporterka z mikrofonem.
    
  "Zrób głośniej!" - krzyknął Sam, chwytając pilota i naciskając mnóstwo niewłaściwych przycisków, aż w końcu zwiększył głośność, co uwidoczniło się w postaci rosnących zielonych pasków na ekranie o wysokiej rozdzielczości. Zanim usłyszeli, co mówi, zdążyła wypowiedzieć zaledwie trzy zdania.
    
  "...tutaj, w Hadze, po doniesieniach o rzekomym zamordowaniu profesor Marthy Sloane wczoraj w jej domu wakacyjnym w Cardiff. Media nie były w stanie potwierdzić tych doniesień, ponieważ przedstawiciel profesor nie był dostępny, aby udzielić komentarza".
    
  "Cóż, przynajmniej nadal nie są pewni faktów" - zauważyła Nina. Reportaż ze studia był kontynuowany, a prezenterka dodawała kolejne informacje o kolejnym wydarzeniu.
    
  Jednak w świetle zbliżającego się szczytu, na którym ma zostać podpisany traktat pokojowy między państwami Mezoarabskimi a Bankiem Światowym, biuro przywódcy Mezoarabii, sułtana Junusa ibn Mekkana, ogłosiło zmianę planów.
    
  "Tak, zaczyna się. Kurwa, wojna" - warknął Sam, siedząc i nasłuchując z napięciem.
    
  "Izba Reprezentantów Mezoarabów zmieniła warunki umowy, która miała zostać podpisana w mieście Suza w Mezoarabii, w odpowiedzi na groźby pod adresem sułtana ze strony stowarzyszenia".
    
  Nina wzięła głęboki oddech. "Więc albo Suza, albo wojna. Nadal uważasz, że noszenie przeze mnie maski babilońskiej nie jest kluczowe dla przyszłości całego świata?"
    
    
  Rozdział 28 - Zdrada Marduka
    
    
  Werner wiedział, że nie wolno mu opuszczać biura, gdy Schmidt rozmawiał z gośćmi, ale musiał dowiedzieć się, gdzie przetrzymywana jest Marlene. Gdyby udało mu się skontaktować z Samem, dziennikarz mógłby wykorzystać jego kontakty, aby namierzyć jej połączenie z telefonem komórkowym Wernera. Był szczególnie pod wrażeniem biegłości brytyjskiej dziennikarki w posługiwaniu się żargonem prawniczym, gdy oszukiwała Schmidta, podszywając się pod prawniczkę z siedziby WUO.
    
  Marduk nagle przerwał rozmowę. "Przepraszam, kapitanie Schmidt, ale czy mogę skorzystać z pańskiej kwatery dla mężczyzn? Tak bardzo spieszyliśmy się do pańskiej bazy z powodu tych wszystkich szybko rozwijających się wydarzeń, że przyznaję, iż zaniedbałem pęcherz".
    
  Schmidt był zbyt użyteczny. Nie chciał się kompromitować przed VO, ponieważ to oni kontrolowali jego bazę i przełożonych. Dopóki nie zorganizował ognistego zamachu stanu przeciwko ich władzy, musiał być posłuszny i podlizywać się, ilekroć było to konieczne, aby zachować pozory.
    
  "Oczywiście! Oczywiście" - odpowiedział Schmidt. "Poruczniku Werner, czy mógłby pan odprowadzić naszego gościa do męskiej toalety? I nie zapomnij zapytać... Marlene... o dostęp do Bloku B, dobrze?"
    
  "Tak, proszę pana" - odpowiedział Werner. "Proszę ze mną, proszę pana".
    
  "Dziękuję, poruczniku. Wie pan, kiedy osiągnie pan mój wiek, ciągłe wizyty w toalecie staną się obowiązkowe i długotrwałe. Ciesz się swoją młodością."
    
  Schmidt i Margaret zachichotali słysząc słowa Marduka, a Werner poszedł w jego ślady. Zwrócił uwagę na subtelne, zaszyfrowane ostrzeżenie Schmidta, że życie Marlene będzie zagrożone, jeśli Werner spróbuje zrobić cokolwiek poza jego wzrokiem. Wyszli z biura powoli, podkreślając podstęp i zyskując na czasie. Gdy znaleźli się poza zasięgiem słuchu, Werner odciągnął Marduka na bok.
    
  "Panie Marduk, proszę, musisz mi pomóc" - wyszeptał.
    
  "Właśnie dlatego tu jestem. Twoja niezdolność do skontaktowania się ze mną i to niezbyt skutecznie ukryte ostrzeżenie od twojego przełożonego zdradziły wszystko" - odparł Marduk. Werner wpatrywał się w starca z podziwem. Niesamowite, jak spostrzegawczy był Marduk, zwłaszcza jak na swój wiek.
    
  "Boże, jak ja lubię mądrych ludzi" - powiedział w końcu Werner.
    
  "Ja też, synu. Ja też. A tak przy okazji, czy chociaż dowiedziałeś się, gdzie trzyma Maskę Babilońską?" - zapytał. Werner skinął głową.
    
  "Ale najpierw musimy zadbać o naszą nieobecność" - powiedział Marduk. "Gdzie jest twój szpital?"
    
  Werner nie miał pojęcia, co knuje starzec, ale nauczył się już zachowywać pytania dla siebie i obserwować rozwój wydarzeń. "Tędy".
    
  Dziesięć minut później obaj mężczyźni stanęli przed klawiaturą w celi, w której Schmidt trzymał swoje pokręcone nazistowskie sny i pamiątki. Marduk spojrzał na drzwi i klawiaturę. Po bliższym przyjrzeniu się zdał sobie sprawę, że dostanie się do środka będzie trudniejsze, niż początkowo sądził.
    
  "Ma obwód awaryjny, który ostrzega go, jeśli ktoś manipuluje jego elektroniką" - powiedział Marduk porucznikowi. "Będziesz musiał pójść i odwrócić jego uwagę".
    
  "Co? Nie mogę tego zrobić!" - szepnął i krzyknął jednocześnie Werner.
    
  Marduk oszukał go swoim nieustającym spokojem. "A dlaczego nie?"
    
  Werner nic nie powiedział. Mógł łatwo rozproszyć Schmidta, zwłaszcza w obecności kobiety. Schmidt raczej nie robiłby wokół niej zamieszania w ich towarzystwie. Werner musiał przyznać, że to był jedyny sposób na zdobycie maski.
    
  "Skąd wiesz, co to za maska?" - zapytał w końcu Marduka.
    
  Staruszek nawet nie zadał sobie trudu, żeby odpowiedzieć. Było to tak oczywiste, że jako strażnik maski rozpoznałby ją wszędzie. Wystarczyło, że odwrócił głowę i spojrzał na młodego porucznika. "Tsk-tsk-tsk".
    
  "Dobra, dobra" - Werner przyznał, że to głupie pytanie. "Czy mogę skorzystać z twojego telefonu? Muszę poprosić Sama Cleave'a, żeby namierzył mój numer".
    
  "Och! Przepraszam, synu. Nie mam telefonu. Jak wejdziesz na górę, użyj telefonu Margaret, żeby skontaktować się z Samem. A potem stwórz prawdziwy alarm. Powiedz "pożar".
    
  "Oczywiście. Ogień. Twoja sprawa" - zauważył Werner.
    
  Ignorując komentarz młodego mężczyzny, Marduk wyjaśnił resztę planu. "Jak tylko usłyszę alarm, odblokuję klawiaturę. Twój kapitan nie będzie miał innego wyjścia, jak tylko ewakuować się z budynku. Nie będzie miał czasu, żeby tu zejść. Spotkam się z tobą i Margaret przed bazą, więc upewnij się, że będziesz przy niej cały czas".
    
  "Mam" - powiedział Werner. "Czy Margaret ma numer telefonu Sama?"
    
  "To tak zwane bliźnięta Trauchle'a czy coś w tym stylu" - zmarszczył brwi Marduk. "Ale tak czy inaczej, tak, ma jego numer. A teraz idź i rób swoje. Ja poczekam na sygnał chaosu". W jego głosie słychać było nutę humoru, ale twarz Wernera wyrażała całkowite skupienie na tym, co miał zamiar zrobić.
    
  Chociaż Marduk i Werner zapewnili sobie alibi w szpitalu na tak długą nieobecność, odkrycie obwodu zapasowego wymagało nowego planu. Werner wykorzystał go jednak do wymyślenia wiarygodnej historii na wypadek, gdyby po przybyciu do biura okazało się, że Schmidt już powiadomił ochronę.
    
  W kierunku przeciwnym do rogu, gdzie oznaczono wejście do ambulatorium bazy, Werner wślizgnął się do archiwum administracyjnego. Udany sabotaż był niezbędny nie tylko do uratowania Marlene, ale praktycznie do uratowania świata przed kolejną wojną.
    
    
  * * *
    
    
  W małym korytarzu tuż za bunkrem Marduk czekał na alarm. Nerwowo kusiło go, by pobawić się klawiaturą, ale powstrzymał się, by uniknąć przedwczesnego pojmania Wernera. Marduk nigdy nie przypuszczał, że kradzież Maski Babilońskiej wywoła tak otwartą wrogość. Zazwyczaj udawało mu się szybko i dyskretnie wyeliminować złodziei maski, wracając do Mosulu z relikwią w nienaruszonym stanie.
    
  Z tak kruchą sceną polityczną i najnowszą kradzieżą motywowaną chęcią dominacji nad światem, Marduk wierzył, że sytuacja nieuchronnie wymknie się spod kontroli. Nigdy wcześniej nie włamywał się do domów ludzi, nie oszukiwał ich, a nawet nie pokazywał się publicznie! Teraz czuł się jak agent rządowy - i to z zespołem. Musiał przyznać, że po raz pierwszy w życiu cieszył się z przyjęcia do zespołu, ale po prostu nie był typem - ani wiekiem - do takich rzeczy. Sygnał, na który czekał, nadszedł bez ostrzeżenia. Czerwone światła nad bunkrem zaczęły migać, sygnalizując wizualny, bezgłośny alarm. Marduk wykorzystał swoją wiedzę technologiczną, aby zignorować rozpoznany kod, ale wiedział, że bez podania alternatywnego hasła wysłałoby to ostrzeżenie do Schmidta. Drzwi się otworzyły, odsłaniając bunkier wypełniony starymi nazistowskimi artefaktami i urządzeniami komunikacyjnymi. Ale Marduk nie szukał tam niczego poza maską, najbardziej destrukcyjną reliktem ze wszystkich.
    
  Zgodnie z tym, co powiedział Werner, na ścianie wisiało trzynaście masek, z których każda do złudzenia przypominała maskę babilońską. Marduk ignorował kolejne wezwania z interkomu o ewakuację, oglądając każdą z reliktów. Jedną po drugiej badał je swoim imponującym spojrzeniem, skłonnym do skrupulatnego studiowania szczegółów z intensywnością drapieżnika. Każda maska była podobna do poprzedniej: cienka, przypominająca czaszkę powłoka z ciemnoczerwonym wnętrzem, wypełniona materiałem kompozytowym opracowanym przez magów nauki z zimnej, okrutnej epoki, której nie można było dopuścić do powtórzenia.
    
  Marduk rozpoznał przeklęty znak tych naukowców, który zdobił ścianę za urządzeniami sterującymi technologią elektroniczną i satelitą komunikacyjnym.
    
  Zaśmiał się szyderczo: "Zakon Czarnego Słońca. Czas, żebyś przekroczył nasze horyzonty".
    
  Marduk wziął prawdziwą maskę i schował ją pod płaszczem, zapinając dużą wewnętrzną kieszeń. Musiał się spieszyć, żeby dołączyć do Margaret i, miejmy nadzieję, do Wernera, o ile chłopak jeszcze nie został postrzelony. Zanim wyszedł w czerwonawy blask szarego cementu podziemnego korytarza, Marduk zatrzymał się, by raz jeszcze przyjrzeć się obrzydliwemu pomieszczeniu.
    
  "No, jestem" - westchnął ciężko, ściskając w dłoniach stalową rurę z szafki. Zaledwie sześcioma uderzeniami Peter Marduk zniszczył sieć elektryczną bunkra wraz z komputerami, których Schmidt używał do mapowania stref ataku. Przerwa w dostawie prądu nie ograniczyła się jednak tylko do bunkra; był on połączony z budynkiem administracyjnym bazy lotniczej. W całej bazie lotniczej Büchel nastąpiła całkowita awaria, która wprawiła personel w szał.
    
  Po tym, jak świat zobaczył w telewizji relację z decyzji sułtana Junusa ibn Mekki o zmianie miejsca podpisania traktatu pokojowego, powszechnie uważano, że zbliża się wojna światowa. Choć domniemane zabójstwo profesor Marthy Sloan pozostawało niejasne, wciąż budziło niepokój obywateli i personelu wojskowego na całym świecie. Po raz pierwszy dwie odwiecznie walczące frakcje miały zamiar zawrzeć pokój, a samo wydarzenie, w najlepszym razie, budziło niepokój u większości widzów na całym świecie.
    
  Taki niepokój i paranoja były powszechne wszędzie, więc awaria zasilania w tej samej bazie lotniczej, gdzie nieznany pilot rozbił myśliwiec zaledwie kilka dni wcześniej, wywołała panikę. Marduk zawsze lubił chaos wywołany panicznym lotem. Zamieszanie zawsze nadawało sytuacji pewien pozór bezprawia i lekceważenia protokołu, co służyło mu w jego pragnieniu poruszania się niezauważonym.
    
  Zsunął się po schodach do wyjścia, które prowadziło na dziedziniec, gdzie zbiegały się koszary i budynki administracyjne. Latarki i żołnierze pracujący przy generatorach oświetlali otoczenie żółtym światłem, które przenikało każdy dostępny zakątek bazy lotniczej. Tylko w stołówce panowała ciemność, co tworzyło idealną ścieżkę dla Marduka, aby przejść przez bramę boczną.
    
  Wracając do przekonująco powolnego, kulejącego kroku, Marduk w końcu przedarł się przez krzątający się personel wojskowy, gdzie Schmidt krzyczał rozkazy dla pilotów, by stali w gotowości, a personelowi ochrony, by zamknęli bazę. Marduk wkrótce dotarł do strażnika bramy, który pierwszy zapowiedział jego przybycie i przybycie Margaret. Wyglądając na zdecydowanie nieszczęśliwego, starzec zapytał zrozpaczonego strażnika: "Co się dzieje? Zgubiłem się! Możesz pomóc? Mój kolega odsunął się ode mnie i..."
    
  "Tak, tak, tak, pamiętam pana. Proszę poczekać przy samochodzie, proszę pana" - powiedział strażnik.
    
  Marduk skinął głową na znak zgody. Znów się obejrzał. "Więc widziałeś, jak przechodziła?"
    
  "Nie, proszę pana! Proszę poczekać w samochodzie!" - krzyknął strażnik, nasłuchując rozkazów ponad wyciem alarmów i świateł reflektorów.
    
  "Dobrze. Do zobaczenia" - odpowiedział Marduk, kierując się w stronę samochodu Margaret, mając nadzieję, że ją tam zastanie. Jego maska przylegała do wystającej piersi, gdy przyspieszył kroku w stronę samochodu. Marduk czuł się spełniony, a nawet spokojny, wsiadając do wynajętego samochodu Margaret z kluczykami, które jej odebrał.
    
  Odjeżdżając, Marduk nie mógł już dostrzec widoku pandemonium w lusterku wstecznym. Poczuł, jak ciężar spada mu z duszy, głęboką ulgę, że może teraz wrócić do ojczyzny z maską, którą odnalazł. To, co działo się na świecie, z jego stale zanikającą kontrolą i grami o władzę, nie miało już dla niego znaczenia. Z jego punktu widzenia, skoro ludzkość stała się tak arogancka i żądna władzy, że nawet perspektywa harmonii przerodziła się w bezduszność, być może zagłada była już dawno przesądzona.
    
    
  Rozdział 29 - Uruchomienie zakładki Purdue
    
    
  Perdue nie chciał rozmawiać z Niną osobiście, więc pozostał w swojej rezydencji Raichtisusis. Stamtąd kontynuował organizowanie blokady medialnej, o którą prosiła Sam. Badacz nie miał jednak zamiaru stać się samotnikiem i użalać się nad sobą tylko dlatego, że jego była kochanka i przyjaciółka, Nina, go unikała. W rzeczywistości Perdue miał własne plany na nieuniknione kłopoty, które zaczęły się zbliżać w Halloween.
    
  Gdy jego sieć hakerów, ekspertów medialnych i półprzestępczych aktywistów połączyła się z blokiem medialnym, mógł swobodnie realizować własne plany. Jego pracę utrudniały problemy osobiste, ale nauczył się nie pozwalać emocjom przeszkadzać w bardziej namacalnych zadaniach. Podczas zbierania informacji do drugiego artykułu, otoczony listami kontrolnymi i dokumentami podróży, otrzymał powiadomienie przez Skype'a. To był Sam.
    
  "Jak się sprawy mają dziś rano w Casa Purdue?" - zapytał Sam. Jego głos był pogodny, ale twarz śmiertelnie poważna. Gdyby to była zwykła rozmowa telefoniczna, Purdue uznałby Sama za uosobienie radości.
    
  "Świetnie Scott, Sam" - Perdue musiał wykrzyknąć, widząc przekrwione oczy dziennikarza i jego bagaż. "Myślałem, że to ja już nie śpię. Wyglądasz na bardzo wyczerpanego. Czy to Nina?"
    
  "Och, to zawsze Nina, moja przyjaciółko" - odpowiedział Sam z westchnieniem - "ale nie w taki sposób, w jaki zazwyczaj doprowadza mnie do szału. Tym razem przeniosła to na zupełnie nowy poziom".
    
  "O mój Boże" - mruknął Perdue, przygotowując się na tę wiadomość i pociągając łyk czarnej kawy, która strasznie zepsuła się z powodu braku ciepła. Skrzywił się na ziarnisty smak, ale bardziej martwił się telefonem od Sama.
    
  "Wiem, że nie chcesz teraz zajmować się niczym, co ją dotyczy, ale muszę cię prosić, żebyś chociaż pomógł mi zastanowić się nad jej propozycją" - powiedział Sam.
    
  "Jesteś teraz w Kirkwall?" zapytał Purdue.
    
  "Tak, ale nie na długo. Słuchałeś nagrania, które ci wysłałem?" - zapytał zmęczony Sam.
    
  "Tak. To absolutnie hipnotyzujące. Zamierzasz to opublikować w "Edinburgh Post"? Wydaje mi się, że Margaret Crosby cię nękała po moim wyjeździe z Niemiec". Purdue zachichotał, nieświadomie torturując się kolejnym łykiem zjełczałej kofeiny. "Blef!"
    
  "Myślałem o tym" - odpowiedział Sam. "Gdyby chodziło tylko o morderstwa w szpitalu w Heidelbergu albo korupcję w dowództwie Luftwaffe, to tak. Byłby to dobry krok w kierunku utrzymania mojej reputacji. Ale teraz to kwestia drugorzędna. Pytam, czy poznałeś sekret maski, ponieważ Nina chce ją nosić".
    
  Oczy Purdue'a zamigotały w jasnym świetle ekranu, przybierając wilgotny odcień szarości, gdy wpatrywał się w obraz Sama. "Słucham?" - powiedział, nie drgnąwszy.
    
  "Wiem. Prosiła cię, żebyś skontaktował się z WUO i nakłonił ludzi Sloana do dostosowania się... do jakiegoś porozumienia" - wyjaśnił Sam zdruzgotany tonem. "Teraz wiem, że jesteś na nią zły i w ogóle..."
    
  "Nie jestem na nią zły, Sam. Po prostu muszę się od niej zdystansować dla naszego wspólnego dobra - jej i mojego. Ale nie będę uciekał się do dziecinnego milczenia tylko dlatego, że chcę od kogoś odpocząć. Nadal uważam Ninę za przyjaciółkę. I ciebie, skoro już o tym mowa. Więc cokolwiek wy dwoje mnie potrzebujecie, najmniej, co mogę zrobić, to was wysłuchać" - powiedział Perdue do przyjaciela. "Zawsze mogę się wycofać, jeśli uznam to za zły pomysł".
    
  "Dziękuję, Purdue" - Sam odetchnął z ulgą. "Och, dzięki Bogu, że masz więcej powodów niż ona".
    
  "Więc chce, żebym wykorzystał moje powiązania z profesorem. Administracja finansowa Sloana pociąga za sznurki, prawda?" - zapytał miliarder.
    
  "No dobrze" - skinął głową Sam.
    
  "A potem? Czy ona wie, że sułtan poprosił o zmianę miejsca?" - zapytał Perdue, biorąc kubek, ale w porę zdał sobie sprawę, że nie chce tego, co w nim było.
    
  "Ona wie. Ale uparcie chce zaakceptować twarz Sloane i podpisać traktat, nawet w samym sercu starożytnej Babilonii. Problemem jest zdarcie skóry" - powiedział Sam.
    
  "Po prostu zapytaj tego Marduka na nagraniu, Sam. Odniosłem wrażenie, że się kontaktowaliście?"
    
  Sam wyglądał na zdenerwowanego. "Poszedł sobie, Purdue. Planował zinfiltrować bazę lotniczą Buchel z Margaret Crosby, żeby odzyskać maskę od kapitana Schmidta. Porucznik Werner miał zrobić to samo, ale nie mógł..." Sam zrobił długą pauzę, jakby musiał wymusić kolejne słowa. "Więc nie mamy pojęcia, jak znaleźć Marduka, żeby pożyczył maskę na podpisanie traktatu".
    
  "O mój Boże!" - wykrzyknął Perdue. Po krótkiej pauzie zapytał: "Jak Marduk opuścił bazę?"
    
  "Wynajął samochód Margaret. Porucznik Werner miał uciec z bazy z Mardukiem i Margaret po tym, jak zdobyli maskę, ale po prostu ich tam zostawił i zabrał ją z... ach!" Sam natychmiast zrozumiał. "Jesteś geniuszem! Prześlę ci jej dane, żebyśmy mogli znaleźć jej ślady w samochodzie".
    
  "Zawsze na bieżąco z technologią, stary głupcze" - chwalił się Perdue. "Technologia to układ nerwowy Boga".
    
  "Całkiem możliwe" - zgodził się Sam. "To strony wiedzy... A teraz wiem to wszystko, bo Werner zadzwonił do mnie niecałe 20 minut temu, również prosząc o twoją pomoc". Nawet mówiąc to wszystko, Sam nie mógł pozbyć się poczucia winy, że pokładał tak wielkie zaufanie w Purdue, po tym jak jego wysiłki zostały tak bezceremonialnie potępione przez Ninę Gould.
    
  Purdue był zaskoczony, wręcz zaskoczony. "Chwileczkę, Sam. Daj mi notatki i długopis".
    
  "Prowadzisz rachunki?" zapytał Sam. "Jeśli nie, to myślę, że powinieneś. Źle się czuję, stary".
    
  "Wiem. I wyglądasz dokładnie tak, jak brzmisz. Bez urazy" - powiedział Perdue.
    
  "Dave, możesz mnie teraz nazywać gównem, a mnie to nie obchodzi. Tylko proszę, powiedz, że możesz nam w tym pomóc" - błagał Sam, patrząc dużymi, ciemnymi oczami w dół i mając rozczochrane włosy.
    
  "Co więc mam zrobić dla porucznika?" zapytał Perdue.
    
  "Kiedy wrócił do bazy, dowiedział się, że Schmidt wysłał Himmelfarba, jednego z mężczyzn w filmie "Dezerter", aby pojmał i przetrzymywał jego dziewczynę. Mieliśmy się nią zaopiekować, bo była pielęgniarką Niny w Heidelbergu" - wyjaśnił Sam.
    
  "Dobrze, punkty dla dziewczyny porucznika, jak ona się nazywa?" zapytał Perdue, trzymając długopis w ręku.
    
  "Marlene. Marlene Marx. Zmusili ją do zadzwonienia do Wernera po tym, jak zabili lekarza, któremu pomagała. Jedynym sposobem, żeby ją znaleźć, jest namierzenie jej telefonu komórkowego."
    
  "Zrozumiałem. Przekażę mu te informacje. Wyślij mi jego numer SMS-em."
    
  Na ekranie Sam już kręcił głową. "Nie, Schmidt ma swój telefon. Wysyłam ci jego numer do śledzenia, ale nie możesz się z nim tam skontaktować, Purdue".
    
  "O, jasne. Przekażę ci to. Kiedy zadzwoni, możesz mu to przekazać. Dobrze, to pozwól mi zająć się tymi zadaniami, a wkrótce dam ci znać, co z tego wyszło".
    
  "Dziękuję bardzo, Perdue" - powiedział Sam, wyglądając na wyczerpanego, ale wdzięcznego.
    
  "Nie ma problemu, Sam. Pocałuj ode mnie Furię i postaraj się nie podrapać oczu". Perdue uśmiechnął się, a Sam zachichotał szyderczo w odpowiedzi, po czym błyskawicznie zniknął w ciemności. Perdue wciąż się uśmiechał, gdy ekran zrobił się czarny.
    
    
  Rozdział 30 - Rozpaczliwe środki
    
    
  Chociaż satelity nadawcze były w dużej mierze nieczynne na całym świecie, niektóre sygnały radiowe i strony internetowe pozostały, zarażając świat plagą niepewności i przesady. Na pozostałych, niezablokowanych jeszcze profilach w mediach społecznościowych, ludzie donosili o panice wywołanej obecną sytuacją polityczną, a także o zamachach i groźbach III wojny światowej.
    
  Z powodu uszkodzeń serwerów w głównych węzłach komunikacyjnych planety, ludzie na całym świecie naturalnie wysnuwali najgorsze możliwe wnioski. Niektóre doniesienia głosiły, że internet został zaatakowany przez potężną grupę złożoną z przedstawicieli wszystkich możliwych grup, od kosmitów planujących inwazję na Ziemię po Drugie Przyjście. Niektórzy, co bardziej naiwni, wierzyli, że za atakiem stoi FBI, wierząc, że bardziej przydatne dla krajowego wywiadu będzie "zawieszenie internetu". W związku z tym obywatele wszystkich krajów wyszli na ulice, aby wyrazić swoje niezadowolenie na wszelkie możliwe sposoby.
    
  Duże miasta ogarnęły niepokoje, a ratusze zmuszone były do uwzględnienia embarg komunikacyjnych, których nie były w stanie rozwiązać. Na szczycie wieży Banku Światowego w Londynie, zrozpaczona Lisa patrzyła z góry na tętniące życiem miasto pełne niezgody. Lisa Gordon była zastępcą dowódcy organizacji, która niedawno straciła swojego lidera.
    
  "Boże, spójrz tylko na to" - powiedziała do swojej asystentki, opierając się o szklaną szybę swojego biura na 22. piętrze. "Ludzie są gorsi niż dzikie zwierzęta, kiedy nie mają przywódców, nauczycieli, żadnego upoważnionego przedstawiciela. Zauważyłaś?"
    
  Obserwowała grabież z bezpiecznej odległości, ale wciąż pragnęła przemówić im do rozsądku. "Gdy tylko porządek i przywództwo w krajach choćby trochę osłabną, obywatele pomyślą, że jedyną alternatywą jest zniszczenie. Nigdy nie potrafiłam tego zrozumieć. Jest zbyt wiele różnych ideologii, zrodzonych przez głupców i tyranów". Pokręciła głową. "Wszyscy mówimy różnymi językami, a mimo to staramy się żyć razem. Boże, dopomóż. To prawdziwy Babilon".
    
  "Doktorze Gordon, konsulat Mezoarabski jest na linii 4. Potrzebują potwierdzenia wizyty profesor Sloane jutro w pałacu sułtana w Suzie" - powiedział osobisty asystent. "Czy nadal mam się tłumaczyć, że jest chora?"
    
  Lisa odwróciła się do swojej asystentki. "Teraz wiem, dlaczego Marta narzekała wcześniej, że musi podejmować wszystkie decyzje. Powiedz im, że będzie. Nie zamierzam jeszcze rzucać kamieniem w tę ciężko wywalczoną inicjatywę. Nawet jeśli będę musiała tam sama pojechać i błagać o pokój, nie odpuszczę z powodu terroryzmu".
    
  "Doktorze Gordon, na pana głównej linii jest pewien dżentelmen. Ma dla nas bardzo ważną propozycję dotyczącą traktatu pokojowego" - powiedział sekretarz, zerkając zza drzwi.
    
  "Hayley, wiesz, że nie odbieramy telefonów od osób prywatnych" - upomniała ją Lisa.
    
  "Mówi, że nazywa się David Perdue" - dodała niechętnie sekretarka.
    
  Lisa gwałtownie się odwróciła. "Proszę, natychmiast połącz go z moim biurkiem".
    
  Lisa była nieco zdumiona, gdy usłyszała sugestię Perdue'a, by zatrudnić oszusta, który zajmie miejsce profesora Sloana. Oczywiście, nie wspomniał o absurdalnym użyciu maski, by podszyć się pod kobietę. To byłoby nieco zbyt przerażające. Niemniej jednak sugestia podmiany zszokowała Lisę Gordon.
    
  "Panie Perdue, choć my w WUO Britain doceniamy Pańską nieustającą hojność wobec naszej organizacji, musi Pan zrozumieć, że takie działanie byłoby oszustwem i nieetyczne. I, jak zapewne Pan rozumie, właśnie tym praktykom się sprzeciwiamy. To sprawiłoby, że wyglądalibyśmy na hipokrytów".
    
  "Oczywiście, że wiem" - odpowiedział Perdue. "Ale proszę się zastanowić, doktorze Gordon. Jak daleko jest pan gotów nagiąć zasady, żeby osiągnąć pokój? Oto chora kobieta - i czy nie wykorzystał pan jej choroby jako kozła ofiarnego, żeby zapobiec potwierdzeniu śmierci Marthy? A ta kobieta, która jest do złudzenia podobna do Marthy, proponuje wprowadzić w błąd właściwe osoby, byle tylko na chwilę w historii ustanowić pańską organizację w jej oddziałach".
    
  "P-powinienem... pomyśleć o tym, panie Purdue" - wyjąkała, wciąż nie mogąc podjąć decyzji.
    
  "Lepiej się pospiesz, doktor Gordon" - przypomniał jej Perdue. "Podpisanie umowy jest jutro, w innym kraju, a czasu jest coraz mniej".
    
  "Skontaktuję się z tobą, jak tylko porozmawiam z naszymi doradcami" - powiedziała Perdue. W głębi duszy Lisa wiedziała, że to najlepsze rozwiązanie; nie, jedyne. Alternatywa byłaby zbyt kosztowna i musiałaby zdecydowanie rozważyć swoje zasady moralne w kontekście dobra wspólnego. To nie była prawdziwa rywalizacja. Jednocześnie Lisa wiedziała, że jeśli zostanie przyłapana na planowaniu takiego oszustwa, zostanie pociągnięta do odpowiedzialności i prawdopodobnie oskarżona o zdradę. Fałszerstwo to jedno, ale bycie świadomym wspólnikiem takiej politycznej parodii - groziłaby jej jedynie publiczna egzekucja.
    
  "Czy pan jeszcze tu jest, panie Purdue?" - krzyknęła nagle, patrząc na system telefoniczny na swoim biurku, jakby odbijała się w nim jego twarz.
    
  "Tak. Czy mam to załatwić?" - zapytał serdecznie.
    
  "Tak" - potwierdziła stanowczo. "I to nigdy nie może wyjść na jaw, rozumiesz?"
    
  "Mój drogi doktorze Gordon, myślałem, że znasz mnie lepiej" - odpowiedział Perdue. "Wyślę dr Ninę Gould i ochroniarza do Susy moim prywatnym odrzutowcem. Moi piloci skorzystają z zezwolenia WUO, pod warunkiem, że pasażerem będzie rzeczywiście profesor Sloan".
    
  Po skończonej rozmowie Lisa poczuła, że waha się między ulgą a przerażeniem. Przemierzała biuro, zgarbiona i ciasno skrzyżowała ramiona na piersi, rozważając, na co właśnie się zgodziła. W myślach sprawdzała każdy powód, upewniając się, że każdy z nich ma wiarygodną wymówkę na wypadek, gdyby farsa wyszła na jaw. Po raz pierwszy z zadowoleniem przyjęła opóźnienia medialne i ciągłe przerwy w dostawie prądu, nieświadoma, że była w zmowie z odpowiedzialnymi za to osobami.
    
    
  Rozdział 31 - Czyją twarz chciałbyś nosić?
    
    
  Porucznik Dieter Werner był ulżony, zaniepokojony, ale mimo to uradowany. Skontaktował się z Samem Cleave'em z telefonu na kartę, który kupił, uciekając z bazy lotniczej, oznaczony przez Schmidta jako dezerter. Sam podał mu współrzędne ostatniego telefonu Marlene i miał nadzieję, że wciąż tam jest.
    
  "Berlin? Bardzo dziękuję, Sam!" - powiedział Werner, stojąc samotnie w zimną noc w Mannheim na stacji benzynowej, gdzie tankował samochód brata. Poprosił brata, żeby pożyczył mu samochód, ponieważ żandarmeria wojskowa będzie go szukać, odkąd wymknął się ze szponów Schmidta.
    
  "Zadzwoń do mnie, jak tylko ją znajdziesz, Dieter" - powiedział Sam. "Mam nadzieję, że żyje i ma się dobrze".
    
  "Tak zrobię, obiecuję. I przekaż Purdue milion podziękowań za jej znalezienie" - powiedział Samowi, po czym się rozłączył.
    
  Jednak Werner nie mógł uwierzyć w oszustwo Marduka. Był niezadowolony z siebie, że w ogóle mógł zaufać człowiekowi, który oszukał go podczas przesłuchania w szpitalu.
    
  Teraz jednak musiał jechać najszybciej, jak mógł, aby dotrzeć do fabryki Kleinschaft Inc. na obrzeżach Berlina, gdzie przetrzymywano jego Marlene. Z każdym przebytym kilometrem modlił się, żeby nic jej się nie stało, a przynajmniej żeby żyła. W kaburze na biodrze miał swoją osobistą broń palną, Makarowa, którą dostał w prezencie od brata na dwudzieste piąte urodziny. Był gotowy na Himmelfarb, jeśli tchórzowi starczyłoby odwagi, by stanąć do walki w konfrontacji z prawdziwym żołnierzem.
    
    
  * * *
    
    
  Tymczasem Sam pomagał Ninie przygotować się do podróży do Suzy w Iraku. Mieli tam dotrzeć następnego dnia, a Purdue już zorganizowało lot po otrzymaniu bardzo ostrożnej zgody od zastępcy dowódcy EMD, dr Lisy Gordon.
    
  "Denerwujesz się?" - zapytał Sam, gdy Nina wyszła z pokoju, pięknie ubrana i zadbana, zupełnie jak nieżyjący profesor Sloan. "O mój Boże, jesteś taka do niej podobna... Gdybym tylko cię nie znał".
    
  "Jestem strasznie zdenerwowana, ale wciąż powtarzam sobie dwie rzeczy. To dla dobra świata i za piętnaście minut skończę" - przyznała. "Słyszałam, że pod jej nieobecność grali kartą bólu. No cóż, mają jeden punkt widzenia".
    
  "Wiesz, że nie musisz tego robić, kochanie" - powiedział jej po raz ostatni.
    
  "Och, Sam" - westchnęła. "Jesteś nieustępliwy, nawet gdy przegrywasz".
    
  "Widzę, że twoja chęć rywalizacji wcale ci nie przeszkadza, nawet patrząc na to z punktu widzenia zdrowego rozsądku" - zauważył, biorąc jej torbę. "Chodź, czeka samochód, który zawiezie nas na lotnisko. Za kilka godzin przejdziesz do historii".
    
  "Czy spotkamy się z jej ludźmi w Londynie czy w Iraku?" - zapytała.
    
  "Purdue powiedział, że spotkają się z nami w siedzibie CIA w Susie. Tam spędzisz trochę czasu z faktyczną następczynią WUO, dr Lisą Gordon. Pamiętaj, Nino, tylko Lisa Gordon wie, kim jesteś i co robimy, dobrze? Nie daj się zwieść" - powiedział, gdy powoli wyszli w białą mgłę unoszącą się w zimnym powietrzu.
    
  "Rozumiem. Za dużo się martwisz" - prychnęła, poprawiając szalik. "A tak przy okazji, gdzie jest ten wielki architekt?"
    
  Sam zmarszczył brwi.
    
  "Perdue, Sam, gdzie jest Perdue?" powtórzyła, ruszając w drogę.
    
  "Ostatnim razem, gdy z nim rozmawiałem, był w domu, ale to Purdue, zawsze coś knuje". Uśmiechnął się i wzruszył ramionami. "Jak się czujesz?"
    
  "Moje oczy są prawie całkowicie wyleczone. Wiecie, kiedy słuchałem nagrania i pan Marduk powiedział, że ludzie noszący maski ślepną, zastanawiałem się, czy to właśnie o tym myślał tamtej nocy, kiedy odwiedził mnie przy szpitalnym łóżku. Może myślał, że jestem Sa... Löwenhagen... udającą laskę".
    
  Nie było to tak nieprawdopodobne, jak się wydawało, pomyślał Sam. Właściwie, to mogło być prawdą. Nina powiedziała mu, że Marduk pytał ją, czy ukrywała współlokatorkę, więc całkiem możliwe, że Peter Marduk miał rację. Nina oparła głowę na ramieniu Sama, a on niezgrabnie pochylił się na bok, żeby mogła go dosięgnąć wystarczająco nisko.
    
  "Co byś zrobił?" - zapytała nagle, przekrzykując stłumiony szum samochodu. "Co byś zrobił, gdybyś mógł nosić czyjąś twarz?"
    
  "Nawet o tym nie pomyślałem" - przyznał. "Chyba to zależy".
    
  "Czy to jest włączone?"
    
  "To zależy od tego, jak długo uda mi się zachować twarz tego mężczyzny" - zadrwił Sam.
    
  "Tylko na jeden dzień, ale nie musisz ich zabijać ani umierać pod koniec tygodnia. Po prostu masz ich twarz na jeden dzień, a po dwudziestu czterech godzinach zdejmujesz ją i znowu masz swoją" - wyszeptała cicho.
    
  "Chyba powinienem powiedzieć, że przebrałbym się za jakąś ważną osobę i czynił dobro" - zaczął Sam, zastanawiając się, na ile powinien być szczery. "Chyba powinienem być Purdue".
    
  "Dlaczego, do cholery, chcesz być Purdue?" - zapytała Nina, siadając. Och, świetnie. Teraz to zrobiłeś, pomyślał Sam. Myślał o prawdziwych powodach, dla których wybrał Purdue, ale wszystkie te powody były powodem, którego nie chciał wyjawić Ninie.
    
  "Sam! Dlaczego Purdue?" - nalegała.
    
  "On ma wszystko" - odpowiedział na początku, ale ona milczała i to zauważyła, więc Sam rozwinął myśl. "Purdue potrafi wszystko. Jest zbyt niesławny, by być dobroczynnym świętym, ale zbyt ambitny, by być nikim. Jest wystarczająco inteligentny, by wynaleźć cudowne maszyny i gadżety, które mogłyby zrewolucjonizować medycynę i technologię, ale jest zbyt skromny, by je opatentować i na nich zarobić. Wykorzystując swój spryt, reputację, koneksje i pieniądze, może dosłownie wszystko osiągnąć. Ja użyłbym jego twarzy, by pchnąć mnie ku wyższym celom, niż mój prosty umysł, skromne finanse i nicość mogłyby osiągnąć".
    
  Spodziewał się, że jego wypaczone priorytety i chybione cele zostaną poddane ostrej rewizji, ale zamiast tego Nina pochyliła się i mocno go pocałowała. Serce Sama zabiło mocniej na ten nieoczekiwany gest, ale dosłownie oszalało na jej słowa.
    
  Zachowaj twarz, Sam. Masz to, czego Purdue pragnie, to, za co cały jego geniusz, pieniądze i wpływy nic mu nie dadzą.
    
    
  Rozdział 32 - Propozycja Cienia
    
    
  Peter Marduk nie przejmował się wydarzeniami rozgrywającymi się wokół niego. Przywykł do ludzi zachowujących się jak szaleńcy, miotających się jak wykolejone lokomotywy, gdy tylko coś poza ich kontrolą przypominało im o tym, jak mało mają władzy. Z rękami w kieszeniach płaszcza i czujnym spojrzeniem spod kapelusza przechadzał się między spanikowanymi nieznajomymi na lotnisku. Wielu z nich wracało do domów na wypadek ogólnokrajowego zamknięcia wszystkich usług i transportu. Przeżywszy wiele epok, Marduk widział już to wszystko. Przeżył trzy wojny. Ostatecznie wszystko zawsze się układało i przenosiło do innej części świata. Wiedział, że wojna nigdy się nie skończy. Doprowadziłaby jedynie do wysiedleń. Jego zdaniem pokój był złudzeniem, wymyślonym przez tych, którzy są zmęczeni walką o to, co mają, lub organizowaniem turniejów, by wygrywać spory. Harmonia była niczym więcej niż mitem, wymyślonym przez tchórzy i fanatyków religijnych, którzy mieli nadzieję, że szerząc wiarę, zasłużą na miano bohaterów.
    
  "Pana lot jest opóźniony, panie Marduk" - poinformował go pracownik odprawy. "Spodziewamy się, że wszystkie loty będą opóźnione z powodu tej ostatniej sytuacji. Loty będą dostępne dopiero jutro rano".
    
  "Nie ma problemu. Mogę poczekać" - powiedział, ignorując jej badawcze spojrzenie na jego dziwne rysy twarzy, a raczej ich brak. Peter Marduk tymczasem postanowił odpocząć w pokoju hotelowym. Był za stary, a jego ciało zbyt kościste, by siedzieć długo. To wystarczyło na lot powrotny. Zameldował się w hotelu Kolonia Bonn i zamówił kolację przez obsługę pokoju. Oczekiwanie na zasłużony sen bez konieczności zakładania maski czy zwijania się w piwnicy w oczekiwaniu na złodzieja-mordercę było miłą odmianą dla jego zmęczonych, starych kości.
    
  Gdy elektroniczne drzwi zamknęły się za nim, potężne oczy Marduka dostrzegły sylwetkę siedzącą na krześle. Nie potrzebował dużo światła, ale jego prawa dłoń powoli objęła twarz przypominającą czaszkę, skrytą pod płaszczem. Łatwo było się domyślić, że intruz przyszedł po relikwię.
    
  "Najpierw będziesz musiał mnie zabić" - rzekł spokojnie Marduk, mówiąc poważnie.
    
  "To życzenie jest w moim zasięgu, panie Marduk. Jestem skłonny je spełnić natychmiast, jeśli nie zgodzisz się na moje żądania" - powiedziała postać.
    
  "Na litość boską, pozwól mi wysłuchać twoich żądań, żebym mógł się przespać. Nie zaznałem spokoju, odkąd kolejna zdradziecka rasa ludzi ukradła ją z mojego domu" - poskarżył się Marduk.
    
  "Proszę, usiądź. Odpocznij. Mogę odejść bez przeszkód i pozwolić ci spać albo mogę uwolnić cię od tego ciężaru na zawsze i odejść z tym, po co przyszedłem" - powiedział nieproszony gość.
    
  "Och, tak myślisz?" Starzec zaśmiał się cicho.
    
  "Zapewniam cię o tym" - odpowiedział mu drugi stanowczo.
    
  "Przyjacielu, wiesz tyle, co każdy, kto przychodzi po Maskę Babilonu. A to nic. Jesteś tak zaślepiony swoją chciwością, swoimi pragnieniami, zemstą... czymkolwiek innym, czego tylko zapragniesz, używając czyjejś twarzy. Ślepi! Wszyscy!" Westchnął, wygodnie opadając na łóżko w ciemności.
    
  "Dlatego maska oślepia Zamaskowanego?" - zapytał nieznajomy.
    
  "Tak, sądzę, że twórca miał na myśli jakąś formę metaforycznego przesłania" - odpowiedział Marduk, zrzucając buty.
    
  "A szaleństwo?" - zapytał ponownie nieproszony gość.
    
  "Synu, możesz żądać tyle informacji o tej relikwii, ile chcesz, zanim mnie zabijesz i ją zabierzesz, ale nic nie osiągniesz. Zabije ciebie lub tego, kogo podstępem zmusisz do jej noszenia, ale losu Maskarza nie da się zmienić" - poradził Marduk.
    
  "To znaczy, nie bez skóry" - wyjaśnił napastnik.
    
  "Bez skóry nie" - zgodził się Marduk, powoli i ponuro. "To prawda. A jeśli umrę, nigdy nie dowiesz się, gdzie znaleźć Skórę. Poza tym, ona sama nie działa, więc po prostu daj sobie spokój, synu. Idź swoją drogą, a maskę zostaw tchórzom i szarlatanom".
    
  "Czy sprzedałbyś to?"
    
  Marduk nie mógł uwierzyć własnym słyszom. Wybuchnął rozkosznym rykiem śmiechu, który wypełnił pomieszczenie niczym pełne agonii krzyki ofiary tortur. Sylwetka się nie poruszyła, nie wykonała żadnego ruchu ani nie przyznała się do porażki. Po prostu czekała.
    
  Stary Irakijczyk usiadł i zapalił lampki przy łóżku. Na krześle siedział wysoki, szczupły mężczyzna o siwych włosach i jasnoniebieskich oczach. W lewej ręce trzymał mocno pistolet Magnum kalibru .44, wycelowany prosto w serce starca.
    
  "Wszyscy wiemy, że użycie skóry z twarzy dawcy zmienia twarz osoby, która nosi maskę" - powiedział Perdue. "Ale tak się składa, że wiem..." Pochylił się, by przemówić łagodniejszym, bardziej onieśmielającym tonem - "że prawdziwą nagrodą jest druga połowa monety. Mogę ci strzelić w serce i zabrać maskę, ale najbardziej potrzebuję twojej skóry".
    
  Z zapartym tchem, Peter Marduk wpatrywał się w jedynego człowieka, który kiedykolwiek odkrył sekret Maski Babilońskiej. Zamarł w bezruchu, wpatrując się w Europejczyka z dużym pistoletem, siedzącego w milczeniu i cierpliwości.
    
  "Ile to kosztuje?" zapytał Perdue.
    
  "Nie możesz kupić maski, a tym bardziej nie możesz kupić mojej skóry!" - wykrzyknął z przerażeniem Marduk.
    
  "Nie kupować. Wynająć" - poprawił Perdue, należycie wprowadzając starca w błąd.
    
  "Czy jesteś przy zdrowych zmysłach?" Marduk zmarszczył brwi. Było to szczere pytanie skierowane do człowieka, którego motywów naprawdę nie potrafił zrozumieć.
    
  "Za noszenie maski przez tydzień, a następnie zdjęcie skóry z twarzy w ciągu pierwszego dnia, pokryję koszty całkowitego przeszczepu skóry i rekonstrukcji twarzy" - zaproponował Perdue.
    
  Marduk był zdumiony. Zaniemówił. Chciał się śmiać z absurdalności tej propozycji i wyśmiać idiotyczne zasady tego człowieka, ale im dłużej rozważał zdanie, tym bardziej nabierało sensu.
    
  "Dlaczego tydzień?" - zapytał.
    
  "Chcę zbadać jego właściwości naukowe" - odpowiedział Perdue.
    
  "Naziści też próbowali. Ponieśli sromotną klęskę!" - zadrwił starzec.
    
  Purdue pokręcił głową. "Moim motywem jest czysta ciekawość. Jako kolekcjoner i badacz pamiątek, chcę po prostu wiedzieć... jak. Podoba mi się moja twarz taka, jaka jest, i mam dziwne pragnienie, żeby nie umrzeć na demencję".
    
  "A pierwszego dnia?" - zapytał starzec jeszcze bardziej zaskoczony.
    
  "Jutro bardzo bliska przyjaciółka musi się pojawić w ważnym miejscu. To, że jest gotowa zaryzykować, ma historyczne znaczenie dla doprowadzenia do tymczasowego pokoju między dwoma odwiecznymi wrogami" - wyjaśnił Perdue, opuszczając lufę pistoletu.
    
  "Doktor Nina Gould" - uświadomił sobie Marduk, wymawiając jej imię z cichym szacunkiem.
    
  Perdue, uspokojony, że Marduk się o tym dowiedział, kontynuował: "Jeśli świat dowie się, że profesor Sloane rzeczywiście została zamordowana, nigdy nie uwierzą prawdzie: że została zamordowana na rozkaz wysokiego rangą niemieckiego oficera, by wrobić Mezoarabię. Wiecie o tym. Pozostaną ślepi na prawdę. Widzą tylko to, na co pozwalają im maski - maleńkie, lornetkowe obrazy szerszego obrazu. Panie Marduk, mówię absolutnie poważnie o mojej propozycji".
    
  Po namyśle starzec westchnął. "Ale idę z tobą".
    
  "Nie chciałbym, żeby było inaczej" - uśmiechnął się Perdue. "No i masz."
    
  Rzucił na stół pisemną umowę, określającą warunki i ramy czasowe dotyczące "przedmiotu", o którym nigdy nie wspomniano, aby mieć pewność, że nikt w ten sposób nie dowie się o masce.
    
  "Kontrakt?" - wykrzyknął Marduk. "Na serio, synu?"
    
  "Może nie jestem zabójcą, ale jestem biznesmenem" - uśmiechnął się Perdue. "Podpisz tę naszą umowę, żebyśmy mogli odpocząć. Przynajmniej na razie".
    
    
  Rozdział 33 - Spotkanie Judy
    
    
  Sam i Nina siedzieli w pilnie strzeżonym pomieszczeniu, zaledwie godzinę przed spotkaniem z sułtanem. Wyglądała na bardzo chorą, ale Sam powstrzymał się od wścibstwa. Jednak według personelu w Mannheim, narażenie na promieniowanie nie było przyczyną jej śmierci. Jej oddech był świszczący, gdy próbowała nabrać powietrza, a oczy pozostały lekko mleczne, ale skóra całkowicie się zagoiła. Sam nie był lekarzem, ale widział, że coś jest nie tak, zarówno ze zdrowiem Niny, jak i z jej abstynencją.
    
  "Prawdopodobnie nie możesz znieść mojego oddechu w twojej obecności, co?" - żartował.
    
  "Dlaczego pytasz?" zmarszczyła brwi, poprawiając aksamitny naszyjnik, tak aby pasował do zdjęć Sloane dostarczonych przez Lisę Gordon. Znajdował się na nich groteskowy okaz, o którym Gordon nie chciał wiedzieć, nawet po tym, jak zakład pogrzebowy Sloane otrzymał nakaz jego okazania na mocy wątpliwego nakazu sądowego wydanego przez Scorpio Majorus Holdings.
    
  "Już nie palisz, więc pewnie zapach mojego tytoniu doprowadza cię do szału" - zapytał.
    
  "Nie" - odpowiedziała - "to tylko irytujące słowa, które wypowiadam tak ciężko".
    
  "Profesorze Sloane?" - zawołał zza drzwi kobiecy głos z silnym akcentem. Sam szturchnął Ninę mocno łokciem, zapominając, jaka jest krucha. Wyciągnął ręce przepraszająco. "Bardzo przepraszam!"
    
  "Tak?" zapytała Nina.
    
  "Twoja świta powinna tu dotrzeć za niecałą godzinę" - powiedziała kobieta.
    
  "Och, hm, dziękuję" - odpowiedziała Nina. Szepnęła do Sama. "Moja świta. To pewnie przedstawiciele Sloana".
    
  "Tak".
    
  "Poza tym są tu dwaj panowie, którzy twierdzą, że należą do pańskiej osobistej ochrony, razem z panem Cleave'em" - powiedziała kobieta. "Czy spodziewa się pan pana Marduka i pana Kilta?"
    
  Sam wybuchnął śmiechem, ale powstrzymał się, zakrywając usta dłonią. "Kilt, Nina. To musi być Purdue, z powodów, których nie chcę zdradzać".
    
  "Wzdrygam się na samą myśl" - odpowiedziała i zwróciła się do kobiety: "To prawda, Yasmin. Spodziewałam się ich. Właściwie..."
    
  Obaj weszli do pokoju, przeciskając się obok krzepkich arabskich strażników, by dostać się do środka.
    
  "...spóźnili się!"
    
  Drzwi zamknęły się za nimi. Nie było żadnych formalności, bo Nina nie zapomniała ciosu, jaki otrzymała w szpitalu w Heidelbergu, a Sam nie zapomniał zdrady ich zaufania przez Marduka. Perdue to wyczuł i natychmiast przerwał.
    
  "No dalej, dzieciaki. Możemy utworzyć grupę, jak już zmienimy historię i unikniemy aresztowania, dobrze?"
    
  Niechętnie się zgodzili. Nina odwróciła wzrok od Purdue'a, nie dając mu szansy na naprawienie sytuacji.
    
  "Gdzie jest Margaret, Peter?" - zapytał Sam Marduka. Starzec poruszył się niespokojnie. Nie potrafił zmusić się do powiedzenia prawdy, choć zasługiwali na to, by go za to znienawidzić.
    
  "Rozdzieliliśmy się" - westchnął - "podzieliliśmy się. Nie mogłem też znaleźć porucznika, więc postanowiłem porzucić całą misję. Źle zrobiłem, po prostu odchodząc, ale musisz zrozumieć. Mam już dość pilnowania tej cholernej maski i ścigania tych, którzy ją zabierają. Nikt nie miał o niej wiedzieć, ale nazistowski badacz Talmudu Babilońskiego natknął się na starsze teksty z Mezopotamii i wieść o Masce ujrzała światło dzienne". Marduk wyjął maskę i potrzymał ją pod światło. "Chciałbym się jej pozbyć raz na zawsze".
    
  Na twarzy Niny pojawił się wyraz współczucia, co jeszcze bardziej pogorszyło jej i tak już zmęczony wygląd. Łatwo było zauważyć, że daleko jej do wyzdrowienia, ale starali się zachować swoje obawy dla siebie.
    
  "Zadzwoniłem do niej do hotelu. Nie wróciła i się nie wymeldowała" - wrzasnął Sam. "Jeśli coś jej się stanie, Marduk, przysięgam na Chrystusa, osobiście..."
    
  "Musimy to zrobić. Teraz!" Nina wyrwała ich z zamyślenia stanowczym stwierdzeniem: "Zanim stracę panowanie nad sobą".
    
  "Musi się przemienić na oczach doktora Gordona i innych profesorów. Ludzie Sloana nadchodzą, więc jak to zrobimy?" - zapytał Sam starca. W odpowiedzi Marduk po prostu podał Ninie maskę. Nie mogła się doczekać, żeby jej dotknąć, więc wzięła ją od niego. Pamiętała tylko, że musi to zrobić, żeby ratować traktat pokojowy. I tak umierała, więc jeśli usunięcie się nie powiedzie, termin porodu zostanie po prostu przesunięty o kilka miesięcy.
    
  Patrząc na wnętrze maski, Nina skrzywiła się z powodu łez, które zamgliły jej oczy.
    
  "Boję się" - wyszeptała.
    
  "Wiemy, kochanie" - powiedział uspokajająco Sam - "ale nie pozwolimy ci umrzeć w ten sposób... w ten sposób..."
    
  Nina zdała sobie już sprawę, że nie słyszeli o raku, ale dobór słów Sama był nieumyślnie natarczywy. Z opanowanym, zdecydowanym wyrazem twarzy Nina podniosła pojemnik ze zdjęciami Sloan i pęsetą wyciągnęła groteskową zawartość. Wszyscy pozwolili, by zadanie przyćmiło obrzydliwy akt, gdy patrzyli, jak kawałek skóry z ciała Marthy Sloan wślizguje się pod maskę.
    
  Zaintrygowani ponad wszelkie słowa, Sam i Perdue skulili się, by zobaczyć, co się stanie. Marduk po prostu wpatrywał się w zegar na ścianie. Wewnątrz maski próbka tkanki natychmiast się rozpadła, a na zazwyczaj kostno-brązowej powierzchni maska nabrała głębokiego, czerwonego odcienia, który zdawał się ożywać. Na powierzchni pojawiła się drobna zmarszczka.
    
  "Nie marnuj czasu, bo ci go zabraknie" - ostrzegł Marduk.
    
  Nina złapała oddech. "Wesołego Halloween" - powiedziała, krzywiąc się i chowając twarz za maską.
    
  Perdue i Sam z niepokojem oczekiwali piekielnego skurczu mięśni twarzy, gwałtownego pęcznienia gruczołów i marszczenia się skóry, ale byli rozczarowani. Nina pisnęła cicho, gdy jej dłonie uwolniły maskę, która przykleiła się do jej twarzy. Nic niezwykłego się nie wydarzyło, poza jej reakcją.
    
  "O mój Boże, to jest przerażające! Doprowadza mnie to do szału!" - spanikowała, ale Marduk podszedł i usiadł obok niej, by udzielić jej wsparcia emocjonalnego.
    
  "Spokojnie. To, co czujesz, to fuzja komórek, Nino. Myślę, że będzie trochę szczypać od stymulacji zakończeń nerwowych, ale musisz pozwolić temu nabrać kształtu" - namawiał.
    
  Na oczach Sama i Purdue cienka maska po prostu zmieniła swój kształt, by harmonizować z twarzą Niny, aż z gracją zapadła się pod jej skórę. Ledwo dostrzegalne rysy Niny przekształciły się w rysy Marthy, aż kobieta przed nimi stała się wierną repliką tej ze zdjęcia.
    
  "To nie jest, kurwa, prawdziwe" - zdumiał się Sam, obserwując. Umysł Purdue"a został przytłoczony molekularną strukturą całej transformacji, zarówno chemiczną, jak i biologiczną.
    
  "To lepsze niż science fiction" - mruknął Purdue, pochylając się, by przyjrzeć się bliżej twarzy Niny. "To hipnotyzujące".
    
  "Zarówno niegrzeczne, jak i obrzydliwe. Nie zapominaj o tym" - powiedziała ostrożnie Nina, niepewna, czy zdoła wymówić, przybierając twarz drugiej kobiety.
    
  "W końcu mamy Halloween, kochanie" - uśmiechnął się Sam. "Po prostu udawaj, że wyglądasz naprawdę, naprawdę dobrze w swoim kostiumie Marthy Sloan". Purdue skinął głową z lekkim uśmiechem, ale był zbyt pochłonięty naukowym cudem, którego był świadkiem, by zrobić cokolwiek innego.
    
  "Gdzie jest skóra?" - zapytała ustami Marty. "Proszę, powiedz mi, że ją tu masz".
    
  Perdue musiał jej odpowiedzieć, czy przestrzegają ciszy w radiu publicznym, czy nie.
    
  "Mam skórę, Nino. Nie martw się o to. Jak tylko umowa zostanie podpisana..." Zrobił pauzę, pozwalając jej uzupełnić luki.
    
  Wkrótce potem przybyli ludzie profesora Sloana. Dr Lisa Gordon była zdenerwowana, ale dobrze to ukrywała pod maską profesjonalizmu. Poinformowała najbliższą rodzinę Sloana o jej chorobie i podzieliła się tą samą wiadomością ze swoim personelem. Z powodu choroby płuc i gardła nie będzie mogła wygłosić przemówienia, ale nadal będzie obecna, aby przypieczętować umowę z Mezoarabią.
    
  Prowadząc małą grupę agentów prasowych, prawników i ochroniarzy, skierowała się prosto do sekcji zatytułowanej "Dostojnicy z wizytami prywatnymi", czując ucisk w żołądku. Sympozjum historyczne było już za kilka minut i musiała dopilnować, aby wszystko poszło zgodnie z planem. Wchodząc do pokoju, w którym Nina czekała z towarzyszkami, Lisa zachowała figlarny wyraz twarzy.
    
  "Och, Marto, jestem taka zdenerwowana!" wykrzyknęła, widząc kobietę uderzająco podobną do Sloan. Nina tylko się uśmiechnęła. Zgodnie z prośbą Lisy, nie pozwolono jej się odezwać; musiała odgrywać tę farsę przed ludźmi Sloan.
    
  "Dajcie nam minutkę, dobrze?" - zwróciła się Lisa do swojego zespołu. Gdy tylko zamknęli drzwi, jej zachowanie całkowicie się zmieniło. Szczęka jej opadła na widok miny kobiety, o której mogłaby przysiąc, że była jej przyjaciółką i koleżanką. "Do diabła, panie Purdue, pan nie żartuje!"
    
  Perdue uśmiechnął się ciepło. "Zawsze miło pana widzieć, doktorze Gordon".
    
  Lisa wyjaśniła Ninie podstawowe zasady, jak akceptować reklamy i tak dalej. Potem nadeszła część, która najbardziej martwiła Lisę.
    
  "Doktorze Gould, rozumiem, że ćwiczył pan podrabianie jej podpisu?" - zapytała Lisa bardzo cicho.
    
  "Tak. Chyba mi się udało, ale przez chorobę moje ręce są trochę mniej pewne niż zwykle" - odpowiedziała Nina.
    
  "To wspaniale. Upewniliśmy się, że wszyscy wiedzą, że Martha jest bardzo chora i miała lekkie drgawki podczas leczenia" - odpowiedziała Lisa. "To pomogłoby wyjaśnić wszelkie rozbieżności w podpisie, abyśmy z Bożą pomocą mogli to załatwić bezproblemowo".
    
  W sali prasowej w Susie obecni byli przedstawiciele prasy wszystkich głównych nadawców, tym bardziej że wszystkie systemy satelitarne i stacje zostały cudownie przywrócone do godziny 2:15 nad ranem tego dnia.
    
  Gdy profesor Sloane wyszła z korytarza, by wejść do sali konferencyjnej z sułtanem, kamery jednocześnie zwróciły się w jej stronę. Błyski fleszy z kamer o wysokiej rozdzielczości i długich obiektywach rzucały jasne światło na twarze i ubrania eskortujących ich liderów. Trzech mężczyzn odpowiedzialnych za dobro Niny, spiętych, stało, obserwując przebieg wydarzeń na monitorze w szatni.
    
  "Nic jej nie będzie" - powiedział Sam. "Ćwiczyła nawet akcent Sloane, na wypadek gdyby musiała odpowiedzieć na jakieś pytania". Spojrzał na Marduka. "A kiedy to się skończy, ty i ja znajdziemy Margaret Crosby. Nie obchodzi mnie, co będziesz musiał zrobić ani dokąd pójdziesz".
    
  "Uważaj na swój ton, synu" - odparł Marduk. "Pamiętaj, że beze mnie droga Nina nie będzie w stanie odzyskać swojego wizerunku ani długo zachować życia".
    
  Perdue szturchnął Sama, by powtórzył prośbę o przyjacielskość. Zadzwonił telefon Sama, przerywając napiętą atmosferę w pokoju.
    
  "To jest Margaret" - oznajmił Sam, wpatrując się w Marduka.
    
  "Widzisz? Nic jej nie jest" - odpowiedział obojętnie Marduk.
    
  Kiedy Sam odebrał, nie był to głos Margaret.
    
  "Sam Cleve, jak mniemam?" - syknął Schmidt, zniżając głos. Sam natychmiast przełączył rozmowę na głośnik, żeby inni mogli usłyszeć.
    
  "Tak, gdzie jest Margaret?" zapytał Sam, nie tracąc czasu na oczywisty charakter połączenia.
    
  "To nie twoje zmartwienie w tej chwili. Martwisz się, gdzie ona skończy, jeśli nie będziesz posłuszny" - powiedział Schmidt. "Powiedz tej oszustce u sułtana, żeby porzuciła misję, albo jutro złapiesz kolejną oszustkę z łopatą".
    
  Marduk wyglądał na zszokowanego. Nigdy nie wyobrażał sobie, że jego działania doprowadzą do śmierci pięknej kobiety, ale teraz stało się to rzeczywistością. Zakrył dłonią dolną połowę twarzy, słuchając krzyku Margaret w tle.
    
  "Patrzysz z bezpiecznej odległości?" - Sam rzucił wyzwanie Schmidtowi. "Bo jeśli jesteś gdziekolwiek w moim zasięgu, nie dam ci satysfakcji wpakowania kulki w twoją grubą nazistowską łeb".
    
  Schmidt roześmiał się z aroganckim entuzjazmem. "Co zamierzasz zrobić, gazeciarzu? Napisz artykuł wyrażający twoje niezadowolenie, oczerniający Luftwaffe".
    
  "Zamknij" - odpowiedział Sam. Jego ciemne oczy spotkały się z Purdue. Miliarder bez słowa zrozumiał. Trzymając tablet w dłoni, bezgłośnie wprowadził kod bezpieczeństwa i kontynuował sprawdzanie GPS-u w telefonie Margaret, podczas gdy Sam walczył z dowódcą. "Zrobię to, co potrafię najlepiej. Zdemaskuję cię. Bardziej niż kogokolwiek innego, zostaniesz zdemaskowany jako zdeprawowany, żądny władzy samozwańczy tchórz, którym jesteś. Nigdy nie będziesz Meyerem, kolego. Generał porucznik jest dowódcą Luftwaffe, a jego reputacja sprawi, że świat będzie miał wysokie mniemanie o niemieckich siłach zbrojnych, a nie jakiś impotent, który myśli, że może manipulować światem".
    
  Perdue uśmiechnął się. Sam wiedział, że trafił na bezdusznego dowódcę.
    
  "Sloane podpisuje ten traktat, więc twoje wysiłki są daremne. Nawet gdybyś zabił wszystkich, których przetrzymujesz, nie zmieniłoby to skutków dekretu, zanim jeszcze podniosłeś broń" - Sam nękał Schmidta, potajemnie modląc się do Boga, żeby Margaret nie zapłaciła za jego bezczelność.
    
    
  Rozdział 34 - Ryzykowne przeczucie Margaret
    
    
  Margaret z przerażeniem patrzyła, jak jej przyjaciel Sam Cleve rozwścieczał porywacza. Była przywiązana do krzesła, wciąż oszołomiona po narkotykach, którymi ją obezwładnił. Margaret nie miała pojęcia, gdzie jest, ale z jej ograniczonej znajomości niemieckiego wynikało, że nie była jedyną zakładniczką. Obok niej leżał stos urządzeń technicznych, które Schmidt skonfiskował pozostałym zakładnikom. Podczas gdy skorumpowany dowódca paradował i się kłócił, Margaret uciekała się do swoich dziecinnych sztuczek.
    
  Kiedy była małą dziewczynką w Glasgow, straszyła inne dzieci, zwichając sobie palce i ramiona dla ich rozrywki. Od tamtej pory, oczywiście, cierpiała na artretyzm w głównych stawach, ale była prawie pewna, że nadal może używać kostek. Kilka minut przed telefonem do Sama Cleave'a, Schmidt wysłał Himmelfarba, żeby sprawdził walizkę, którą ze sobą przywieźli. Wynieśli ją z bunkra bazy lotniczej, który został niemal zniszczony przez intruzów. Nie zauważył, jak lewa ręka Margaret wyślizgnęła się z kajdanek i sięgnęła po telefon komórkowy, który należał do Wernera, gdy był przetrzymywany w bazie lotniczej Büchel.
    
  Wyciągając szyję, żeby lepiej widzieć, sięgnęła po telefon, ale był poza jej zasięgiem. Starając się nie przegapić jedynej okazji do komunikacji, Margaret szturchała krzesło za każdym razem, gdy Schmidt się śmiał. Wkrótce była tak blisko, że opuszkami palców niemal dotykała plastiku i gumy etui telefonu.
    
  Schmidt zakończył przedstawianie Samowi ultimatum i teraz musiał tylko obejrzeć bieżące przemówienia przed podpisaniem umowy. Zerknął na zegarek, pozornie nie przejmując się Margaret, teraz, gdy została przedstawiona jako narzędzie nacisku.
    
  "Himmelfarb!" krzyknął Schmidt. "Przyprowadźcie ludzi. Nie mamy dużo czasu".
    
  Sześciu pilotów, w skafandrach i gotowych do działania, bezszelestnie weszło do pomieszczenia. Monitory Schmidta wyświetlały te same mapy topograficzne co poprzednio, ale ponieważ zniszczenie Marduka pozostawiło go w bunkrze, Schmidt musiał zadowolić się najpotrzebniejszymi rzeczami.
    
  "Panie!" - zawołali Himmelfarb i pozostali piloci, stojąc między Schmidtem i Margaret.
    
  "Nie mamy praktycznie czasu na wysadzenie niemieckich baz lotniczych, które tu zidentyfikowaliśmy" - powiedział Schmidt. "Podpisanie traktatu wydaje się nieuniknione, ale zobaczymy, jak długo będą się trzymać umowy, kiedy nasza eskadra, w ramach operacji Leo 2, jednocześnie wysadzi w powietrze kwaterę główną VVO w Bagdadzie i pałac w Suzie".
    
  Skinął głową w stronę Himmelfarba, który wyciągnął ze skrzyni wadliwe repliki masek z czasów II wojny światowej. Po kolei wręczył każdemu z mężczyzn maskę.
    
  "A więc tutaj, na tej tacy, mamy zachowaną tkankę pilota, który nie wytrzymał próby, Olafa LöWenhagena. Po jednej próbce na osobę, umieśćcie ją w każdej masce" - rozkazał. Niczym maszyny, identycznie ubrani piloci wykonali jego polecenie. Schmidt sprawdził pracę każdego z nich przed wydaniem kolejnego rozkazu. "Pamiętajcie, że wasi koledzy piloci z Büchel już rozpoczęli misję w Iraku, więc pierwsza faza operacji Leo 2 została zakończona. Waszym obowiązkiem jest przeprowadzenie drugiej fazy".
    
  Przewinął ekrany, wywołując transmisję na żywo z podpisania umowy w Suzie. "Więc, synowie Niemiec, załóżcie maski i czekajcie na moje rozkazy. Gdy tylko to się wydarzy na żywo na moim ekranie, będę wiedział, że nasi ludzie zbombardowali nasze cele w Suzie i Bagdadzie. Wtedy wydam wam rozkaz i uruchomię Fazę 2 - zniszczenie baz lotniczych Büchel, Norvenich i Szlezwik. Wszyscy znacie swoje cele".
    
  "Tak, proszę pana!" odpowiedzieli chórem.
    
  "Dobra, dobra. Następnym razem, gdy będę planował zabić takiego zarozumiałego rozpustnika jak Sloane, będę musiał zrobić to sam. Ci tak zwani snajperzy w dzisiejszych czasach to hańba" - poskarżył się Schmidt, obserwując pilotów opuszczających pomieszczenie. Kierowali się do prowizorycznego hangaru, w którym ukrywali wycofane z eksploatacji samoloty z różnych baz lotniczych nadzorowanych przez Schmidta.
    
    
  * * *
    
    
  Na zewnątrz hangaru, pod cienistymi dachami parkingu, położonego za gigantycznym, opuszczonym terenem fabrycznym na obrzeżach Berlina, kuliła się jakaś postać. Szybko przemieszczała się z jednego budynku do drugiego, znikając w każdym z nich, by sprawdzić, czy ktoś tam jest. Dotarł do przedostatniego poziomu roboczego zrujnowanej huty, gdy zobaczył kilku pilotów zmierzających w stronę pojedynczej konstrukcji, która wyróżniała się na tle zardzewiałej stali i starych, czerwonobrązowych ceglanych ścian. Wyglądała dziwnie i nie na miejscu dzięki srebrzystemu połyskowi nowej stali, z której została zbudowana.
    
  Porucznik Werner wstrzymał oddech, obserwując, jak pół tuzina żołnierzy Löwenhagena omawia misję, która miała się rozpocząć za kilka minut. Wiedział, że Schmidt wybrał go do tej misji - samobójczej misji w duchu Eskadry Leonidas z II wojny światowej. Kiedy wspomnieli o innych zmierzających do Bagdadu, serce Wernera zamarło. Pobiegł w miejsce, które, jak miał nadzieję, będzie poza zasięgiem słuchu i zadzwonił, nieustannie sprawdzając otoczenie.
    
  "Cześć, Sam?"
    
    
  * * *
    
    
  W biurze Margaret udawała, że śpi, próbując dowiedzieć się, czy umowa została już podpisana. Musiała, bo na podstawie wcześniejszych ucieczek i doświadczeń z wojskiem w trakcie kariery zawodowej wiedziała, że gdy tylko dochodzi do porozumienia, ludzie zaczynają umierać. Nie bez powodu nazywano to "wiązaniem końca z końcem" i wiedziała o tym. Margaret zastanawiała się, jak mogłaby się obronić przed zawodowym żołnierzem i dowódcą wojskowym z rękami związanymi za plecami - dosłownie.
    
  Schmidt kipiał z gniewu, nieustannie stukając butem, z niepokojem oczekując momentu detonacji. Ponownie sięgnął po zegarek. Według jego najnowszych obliczeń, zostało jeszcze dziesięć minut. Pomyślał, jak wspaniale byłoby zobaczyć, jak pałac eksploduje na oczach Wysokiego Komisarza ONZ ds. Praw Człowieka i sułtana Mezoarawii, tuż przed wysłaniem lokalnych demonów do rzekomego odwetowego bombardowania baz lotniczych Luftwaffe przez wroga. Kapitan obserwował wydarzenia, ciężko dysząc, a jego pogarda narastała z każdą chwilą.
    
  "Patrz na tę sukę!" - zadrwił, gdy Sloan odwoływał swoje przemówienie, a ta sama wiadomość przesuwała się z lewej do prawej strony ekranu CNN. "Chcę moją maskę! Jak tylko ją odzyskam, będę tobą, Meyer!" Margaret rozejrzała się za 16. Inspektorem albo dowódcą niemieckich sił powietrznych, ale go nie było - a przynajmniej nie w biurze, w którym była przetrzymywana.
    
  Natychmiast zauważyła ruch na korytarzu za drzwiami. Jej oczy rozszerzyły się, gdy rozpoznała porucznika. Gestem nakazał jej milczenie i kontynuowanie udawania. Schmidt miał coś do powiedzenia na temat każdego obrazu, który widział w wiadomościach na żywo.
    
  "Ciesz się ostatnimi chwilami. Jak tylko Meyer przyzna się do odpowiedzialności za irackie bombardowania, odrzucę jego podobiznę. Wtedy zobaczymy, do czego jesteś zdolny z tym swoim mokrym, przesiąkniętym atramentem marzeniem!" - zachichotał. W trakcie tyrady zignorował porucznika, który zmierzał do środka, by się z nim skonfrontować. Werner skradał się wzdłuż ściany, gdzie wciąż było trochę cienia, ale miał do pokonania dobre sześć metrów w białym świetle jarzeniówek, zanim zdołał dosięgnąć Schmidta.
    
  Margaret postanowiła wyciągnąć pomocną dłoń. Odepchnęła się gwałtownie na bok i nagle przewróciła się, uderzając mocno w ramię i biodro. Wydała z siebie przeraźliwy krzyk, który sprawił, że Schmidt się skrzywił.
    
  "Jezu! Co ty robisz?" krzyknął do Margaret, chcąc przyłożyć jej but do piersi. Nie był jednak wystarczająco szybki, by uniknąć ciała pędzącego w jego kierunku i uderzającego w stół za nim. Werner rzucił się na kapitana, natychmiast uderzając Schmidta pięścią w jabłko Adama. Złośliwiec próbował zachować spójność, ale Werner nie chciał ryzykować, zważywszy na to, jak twardy był ten doświadczony oficer.
    
  Kolejny szybki cios kolbą pistoletu w skroń dokończył dzieła, a kapitan bezwładnie osunął się na podłogę. Zanim Werner rozbroił dowódcę, Margaret była już na nogach, próbując wyciągnąć nogę krzesła spod ciała i ramienia. Rzucił się jej na pomoc.
    
  "Dzięki Bogu, że pan tu jest, poruczniku!" - wyszeptała, gdy ją puścił. "Marlene jest w męskiej toalecie, przywiązana do kaloryfera. Podali jej chloroform, żeby nie mogła uciec z nami".
    
  "Naprawdę?" Jego twarz się rozjaśniła. "Żyje i ma się dobrze?"
    
  Margaret skinęła głową.
    
  Werner rozejrzał się. "Jak już zwiążemy tę świnię, musisz iść ze mną jak najszybciej" - powiedział.
    
  "Żeby zdobyć Marlene?" - zapytała.
    
  "Nie, żeby sabotować hangar, żeby Schmidt nie mógł już wysyłać swoich os, żeby żądliły" - odpowiedział. "Oni tylko czekają na rozkazy. Ale bez myśliwców mogliby wyrządzić poważne szkody, prawda?"
    
  Margaret się uśmiechnęła. "Jeśli przetrwamy, czy mogę zacytować cię dla Edinburgh Post?"
    
  "Jeśli mi pomożesz, dostaniesz ekskluzywny wywiad na temat całej tej katastrofy" - uśmiechnął się.
    
    
  Rozdział 35 - Sztuczka
    
    
  Kiedy Nina położyła wilgotną dłoń na dekrecie, zastanawiała się, jakie wrażenie zrobią jej bazgroły na tym skromnym skrawku papieru. Serce zabiło jej mocniej, gdy spojrzała na sułtana po raz ostatni, zanim złożyła podpis. W ułamku sekundy, spotykając jego czarne oczy, wyczuła jego szczerą życzliwość i szczerą życzliwość.
    
  "Proszę kontynuować, Profesorze" - zachęcił ją, powoli mrugając oczami, aby ją uspokoić.
    
  Nina musiała udawać, że po prostu ćwiczy swój podpis, inaczej byłaby zbyt zdenerwowana, by zrobić to poprawnie. Gdy długopis sunął pod jej wodzą, Nina poczuła, jak jej serce bije szybciej. Czekali tylko na nią. Cały świat wstrzymał oddech, czekając, aż skończy składać podpis. Nigdy w życiu nie spotkałby jej większy zaszczyt, nawet gdyby ta chwila zrodziła się z oszustwa.
    
  W chwili, gdy z wdziękiem postawiła końcówkę długopisu na ostatniej kropce swojego podpisu, świat zaklaskał. Obecni bili brawo i wstali z miejsc. Tymczasem miliony widzów transmisji na żywo modliły się, żeby nic złego się nie stało. Nina spojrzała na sześćdziesięciotrzyletniego sułtana. Delikatnie uścisnął jej dłoń, patrząc jej głęboko w oczy.
    
  "Kimkolwiek jesteś" - powiedział - "dziękuję ci za to, co robisz".
    
  "Co masz na myśli? Wiesz, kim jestem" - zapytała Nina z wyrafinowanym uśmiechem, choć tak naprawdę była przerażona tym wyznaniem. "Jestem profesor Sloane".
    
  "Nie, nie jesteś taka. Profesor Sloane miał bardzo ciemnoniebieskie oczy. Ale ty masz piękne arabskie oczy, jak onyks w moim królewskim pierścieniu. Jakby ktoś złapał parę tygrysich oczu i umieścił je na twojej twarzy". Wokół jego oczu pojawiły się zmarszczki, a broda nie mogła ukryć uśmiechu.
    
  "Proszę, Wasza Miłość..." błagała, zachowując pozę dla dobra publiczności.
    
  "Kimkolwiek jesteś" - powiedział, zagłuszając ją - "maska, którą nosisz, nie ma dla mnie znaczenia. To nie maski nas definiują, ale to, co z nimi robimy. Dla mnie liczy się to, co tu zrobiłaś, rozumiesz?"
    
  Nina z trudem przełknęła ślinę. Chciała się rozpłakać, ale to zszargałoby wizerunek Sloane. Sułtan poprowadził ją na podium i wyszeptał jej do ucha: "Pamiętaj, moja droga, najważniejsze jest to, co reprezentujemy, a nie to, jak wyglądamy".
    
  Podczas owacji na stojąco, która trwała ponad dziesięć minut, Nina z trudem utrzymywała się na nogach, mocno ściskając dłoń sułtana. Podeszła do mikrofonu, gdzie wcześniej odmówiła zabrania głosu, a cisza stopniowo ustępowała miejsca sporadycznym okrzykom i brawom. Aż w końcu zaczęła mówić. Nina starała się, by jej głos był wystarczająco zachrypnięty, by pozostać tajemniczym, ale miała do przekazania ważne ogłoszenie. Uświadomiła sobie, że ma tylko kilka godzin, by przybrać czyjąś twarz i zrobić z nią coś pożytecznego. Nie miała nic do powiedzenia, ale uśmiechnęła się i powiedziała: "Panie i panowie, szanowni goście i wszyscy nasi przyjaciele na całym świecie. Moja choroba osłabia mój głos i mowę, więc zrobię to szybko. Z powodu pogarszającego się stanu zdrowia chciałabym publicznie zrezygnować..."
    
  W prowizorycznej sali pałacu Suzy wybuchło ogromne poruszenie, wypełnione zdumionymi widzami, ale wszyscy uszanowali decyzję przywódczyni. Wprowadziła swoją organizację i znaczną część współczesnego świata w erę zaawansowanej technologii, wydajności i dyscypliny, nie rezygnując z indywidualności ani zdrowego rozsądku. Za to była szanowana, niezależnie od jej wyborów zawodowych.
    
  "...ale jestem przekonana, że wszystkie moje wysiłki zostaną perfekcyjnie zrealizowane przez moją następczynię i nową Komisarz Światowej Organizacji Zdrowia, dr Lisę Gordon. Służenie ludziom było dla mnie przyjemnością..." Nina kontynuowała ogłoszenie, podczas gdy Marduk czekał na nią w szatni.
    
  "Mój Boże, doktor Gould, sama jesteś niezłą dyplomatką" - zauważył, obserwując ją. Sam i Perdue wyszli w pośpiechu po odebraniu telefonu od Wernera.
    
    
  * * *
    
    
  Werner wysłał Samowi wiadomość ze szczegółami nadchodzącego zagrożenia. Z Perdue na pokładzie, pobiegli do Gwardii Królewskiej i okazali swoje dokumenty, aby porozmawiać z dowódcą eskadry mezoarabskiej, porucznikiem Jenebele Abdi.
    
  "Pani, mamy pilne informacje od pani przyjaciela, porucznika Dietera Wernera" - powiedział Sam do strajkującej kobiety w wieku około dwudziestu lat.
    
  "Och, Ditty" - skinęła głową leniwie, nie wyglądając na szczególnie zachwyconą obecnością dwóch szalonych Szkotów.
    
  "Poprosił mnie, żebym ci podał ten kod. Nieautoryzowany niemiecki myśliwiec stacjonuje około dwudziestu kilometrów od Suzy i pięćdziesięciu kilometrów od Bagdadu!" - wyrzucił z siebie Sam niczym niecierpliwy uczeń z pilną wiadomością dla dyrektora. "Wykonują samobójczą misję, by zniszczyć siedzibę CIA i ten pałac pod dowództwem kapitana Gerharda Schmidta".
    
  Porucznik Abdi natychmiast wydała rozkazy swoim ludziom i nakazała skrzydłowym dołączyć do niej w ukrytej bazie na pustyni, aby przygotować się do nalotu. Sprawdziła kod wysłany przez Wernera i skinęła głową na znak, że rozumie jego ostrzeżenie. "Schmidt, co?" uśmiechnęła się krzywo. "Nienawidzę tego pieprzonego Szwaba. Mam nadzieję, że Wernerowi jaja odstrzelą". Uścisnęła dłoń Purdue i Sama. "Muszę się ubrać. Dzięki, że nas ostrzegłeś".
    
  "Czekaj" - zmarszczył brwi Perdue - "sam brałeś udział w walce powietrznej?"
    
  Porucznik uśmiechnął się i puścił oko. "Oczywiście! Jeśli znów spotkasz starego Dietera, zapytaj go, dlaczego w akademii lotniczej nazywali mnie "Jenny Dżihad".
    
  "Ha!" - zaśmiała się Sam, biegnąc ze swoim zespołem, by uzbroić się i z najwyższą precyzją przechwycić każde zbliżające się zagrożenie. Kod dostarczony przez Wernera skierował ich do dwóch odpowiadających im gniazd, z których miały wystartować eskadry Leo 2.
    
  "Nie udało nam się podpisać kontraktu z Niną" - ubolewał Sam.
    
  "W porządku. To będzie na każdym cholernym kanale informacyjnym, jaki sobie wyobrazisz, lada chwila" - zapewnił Purdue, klepiąc Sama po plecach. "Nie chcę zabrzmieć paranoicznie, ale muszę dowieźć Ninę i Marduka do Raichtisusis" - zerknął na zegarek i szybko obliczył godziny, czas podróży i czas, który upłynął - "następne sześć godzin".
    
  "Dobra, chodźmy, zanim ten stary drań znowu zniknie" - mruknął Sam. "A tak przy okazji, co napisałeś do Wernera, kiedy rozmawiałem z Dżihadystką Jenny?"
    
    
  Rozdział 36 - Konfrontacja
    
    
  Po tym, jak uwolnili nieprzytomną Marlene i szybko, cicho przenieśli ją przez zerwane ogrodzenie do samolotu, Margaret poczuła niepokój, skradając się przez hangar z porucznikiem Wernerem. W oddali słyszeli, jak piloci nabierają coraz większego niepokoju, oczekując na rozkaz Schmidta.
    
  "Jak mamy zniszczyć sześć samolotów bojowych przypominających F-16 w mniej niż dziesięć minut, poruczniku?" - szepnęła Margaret, gdy wsuwali się pod luźny panel.
    
  Werner zaśmiał się cicho. "Schatz, grasz za dużo w amerykańskie gry wideo". Wzruszyła ramionami nieśmiało, gdy podał jej duże stalowe narzędzie.
    
  "Bez opon nie będą mogli wystartować, Frau Crosby" - radził Werner. "Proszę, zniszcz opony na tyle, żeby doszło do porządnej eksplozji, gdy tylko przekroczą tę linię. Mam plan awaryjny, bardziej oddalony".
    
  Kapitan Schmidt obudził się w swoim gabinecie po utracie przytomności spowodowanej tępym narzędziem. Był przywiązany do tego samego krzesła, na którym siedziała Margaret, a drzwi były zamknięte na klucz, co uwięziło go w jego własnym miejscu przetrzymywania. Monitory pozostawiono włączone, aby mógł obserwować, co praktycznie doprowadziło go do szaleństwa. Rozpaczliwe oczy Schmidta tylko zdradzały jego porażkę, ponieważ wiadomości na jego ekranie donosiły o pomyślnym podpisaniu traktatu i udaremnieniu niedawnej próby nalotu dzięki szybkiej reakcji Mezoarabskich Sił Powietrznych.
    
  "Jezu Chryste! Nie! Nie mogłeś wiedzieć! Skąd oni mogli wiedzieć?" - jęknął jak dziecko, a jego kolana niemal się zwichnęły, gdy w ślepej wściekłości próbował kopnąć krzesło. Jego przekrwione oczy patrzyły przez zakrwawione czoło. "Werner!"
    
    
  * * *
    
    
  W hangarze Werner użył telefonu komórkowego jako namierzacza satelitarnego GPS, aby określić położenie hangaru. Margaret zrobiła wszystko, co w jej mocy, aby przebić opony samolotu.
    
  "Czuję się naprawdę głupio, robiąc takie staroświeckie rzeczy, poruczniku" - wyszeptała.
    
  "W takim razie powinnaś przestać to robić" - powiedział jej Schmidt z wejścia do hangaru, celując w nią z broni. Nie widział Wernera, który kucał przed jednym z Tajfunów i pisał coś na telefonie. Margaret uniosła ręce w geście poddania, ale Schmidt oddał w jej kierunku dwa strzały i upadła na ziemię.
    
  Wykrzykując rozkazy, Schmidt w końcu rozpoczął drugą fazę swojego planu ataku, choćby z zemsty. Zakładając niedziałające maski, jego ludzie weszli na pokłady samolotów. Werner pojawił się przed jednym z samolotów, trzymając w dłoni telefon komórkowy. Schmidt stał za samolotem, poruszając się powoli, strzelając do nieuzbrojonego Wernera. Nie wziął jednak pod uwagę pozycji Wernera ani kierunku, w którym prowadził Schmidta. Kule odbiły się rykoszetem od podwozia. Kiedy pilot uruchomił silnik odrzutowy, dopalacze, które aktywował, wystrzeliły piekielny język ognia prosto w twarz kapitana Schmidta.
    
  Spoglądając na to, co pozostało z odsłoniętego ciała i zębów Schmidta, Werner splunął na niego. "Teraz nie masz nawet twarzy na swoją maskę pośmiertną, świnio".
    
  Werner nacisnął zielony przycisk w telefonie i odłożył go. Szybko wziął ranną dziennikarkę na ramiona i zaniósł ją do samochodu. Z Iraku Perdue odebrał sygnał i wysłał wiązkę satelitarną, aby namierzyć celownik, szybko podnosząc temperaturę w hangarze. Rezultat był szybki i gorący.
    
    
  * * *
    
    
  W wieczór Halloween cały świat świętował, nieświadomy prawdziwej przyzwoitości ich kostiumów i masek. Prywatny odrzutowiec Purdue wystartował z Susy ze specjalnym pozwoleniem i wojskową eskortą poza ich przestrzenią powietrzną, aby zapewnić im bezpieczeństwo. Na pokładzie Nina, Sam, Marduk i Purdue pochłaniali kolację, kierując się do Edynburga. Niewielki, wyspecjalizowany zespół czekał na nich, aby jak najszybciej nałożyć Ninie skórę.
    
  Na płaskim ekranie telewizora mogli śledzić rozwój wydarzeń.
    
  Dziwny wypadek w opuszczonej hucie stali pod Berlinem pochłonął życie kilku pilotów niemieckich sił powietrznych, w tym zastępcy dowódcy naczelnego, kapitana Gerharda Schmidta i dowódcy Luftwaffe, generała porucznika Harolda Meyera. Nadal nie wiadomo, jakie były podejrzane okoliczności.
    
  Sam, Nina i Marduk zastanawiali się, gdzie jest Werner i czy udało mu się uciec na czas z Marlene i Margaret.
    
  "Dzwonienie do Wernera byłoby bezcelowe. Ten facet przegląda komórki jak bieliznę" - zauważył Sam. "Musimy poczekać i zobaczyć, czy się z nami skontaktuje, prawda, Purdue?"
    
  Ale Perdue nie słuchał. Leżał na plecach w fotelu z odchylaną głową, z ukochaną tabletką na brzuchu, z rękami złożonymi na niej.
    
  Sam uśmiechnął się. "Spójrz na to. Człowiek, który nigdy nie śpi, w końcu odpoczywa".
    
  Na tablecie Sam widział Purdue rozmawiającego z Wernerem, odpowiadając na pytanie Sama zadane wcześniej tego wieczoru. Pokręcił głową. "Genialne".
    
    
  Rozdział 37
    
    
  Dwa dni później Nina poddała się zabiegowi rekonwalescencji w tej samej przytulnej placówce w Kirkwall, w której wcześniej przebywała. Skóra właściwa z twarzy Marduka została usunięta i przyłożona do podobizny profesora. Sloan, rozpuszczając cząsteczki fuzyjne, pracował, aż Maska Babilońska znów stała się (bardzo) stara. Choć zabieg był przerażający, Nina cieszyła się, że odzyskała swoją twarz. Wciąż mocno otumaniona sekretem raka, którym podzieliła się z personelem medycznym, zasnęła, gdy Sam poszedł po kawę.
    
  Staruszek również wracał do zdrowia, zajmując łóżko na tym samym korytarzu co Nina. W tym szpitalu nie musiał spać na zakrwawionych prześcieradłach i plandekach, za co był dozgonnie wdzięczny.
    
  "Dobrze wyglądasz, Peter" - uśmiechnął się Perdue, patrząc na postępy Marduka. "Wkrótce będziesz mógł wrócić do domu".
    
  "Moją maską" - przypomniał mu Marduk.
    
  Perdue zaśmiał się pod nosem. "Oczywiście. W masce".
    
  Sam wpadł się przywitać. "Właśnie byłem z Niną. Wciąż dochodzi do siebie po burzy, ale jest taka szczęśliwa, że znów jest sobą. Daje do myślenia, prawda? Czasami, żeby być najlepszą wersją siebie, najlepszą twarzą jest twoja własna".
    
  "Bardzo filozoficzne" - zadrwił Marduk. "Ale teraz jestem arogancki, skoro potrafię się uśmiechać i szydzić z pełną swobodą ruchów".
    
  Ich śmiech wypełnił małą część ekskluzywnego gabinetu lekarskiego.
    
  "Czyli przez cały ten czas to ty byłeś prawdziwym kolekcjonerem, od którego skradziono Maskę Babilońską?" - zapytał Sam, zafascynowany faktem, że Peter Marduk był milionerem i kolekcjonerem pamiątek, od którego Neumann ukradł Maskę Babilońską.
    
  "To takie dziwne?" zapytał Sama.
    
  "Trochę. Zazwyczaj zamożni kolekcjonerzy wysyłają prywatnych detektywów i zespoły specjalistów od renowacji, aby odzyskać swoje przedmioty."
    
  "Ale wtedy więcej ludzi dowiedziałoby się, co ten cholerny artefakt naprawdę robi. Nie mogę ryzykować. Widziałeś, co się stało, gdy tylko dwóch mężczyzn dowiedziało się o jej zdolnościach. Wyobraź sobie, co by się stało, gdyby świat poznał prawdę o tych starożytnych przedmiotach. Niektóre rzeczy lepiej trzymać w tajemnicy... za maskami, że tak powiem".
    
  "Nie mógłbym się bardziej zgodzić" - przyznał Perdue. Chodziło o jego skrywane uczucia dotyczące rozłąki z Niną, ale postanowił ukryć je przed światem zewnętrznym.
    
  "Cieszę się, że kochana Margaret przeżyła postrzał" - powiedział Marduk.
    
  Sam wyglądał na bardzo dumnego, gdy o niej wspomniał. "Uwierzysz, że jest nominowana do Nagrody Pulitzera za dziennikarstwo śledcze?"
    
  "Powinieneś założyć z powrotem tę maskę, mój chłopcze" - powiedział Perdue zupełnie szczerze.
    
  "Nie, nie tym razem. Nagrała wszystko na skonfiskowanym telefonie komórkowym Wernera! Od fragmentu, w którym Schmidt tłumaczył rozkazy swoim ludziom, po fragment, w którym przyznaje się do zaplanowania zamachu na Sloane, mimo że nie był wtedy pewien, czy naprawdę nie żyje. Teraz Margaret jest znana z ryzyka, jakie podjęła, by odkryć spisek i morderstwo Meyera, i tak dalej. Oczywiście, ostrożnie to ujęła, żeby żadna wzmianka o odrażającej relikwii ani o pilotach, którzy stali się szaleńcami o skłonnościach samobójczych, nie zmąciła spokoju, rozumiesz?"
    
  "Jestem wdzięczny, że postanowiła zachować to w tajemnicy, po tym jak ją tam zostawiłem. Boże, co ja sobie myślałem?" - jęknął Marduk.
    
  "Jestem pewien, że bycie czołowym reporterem to wynagrodzi, Peter" - pocieszył go Sam. "W końcu, gdybyś jej tam nie zostawił, nigdy nie zdobyłaby wszystkich nagrań, które przyniosły jej sławę".
    
  "Mimo to jestem winien jej i porucznikowi pewną rekompensatę" - odparł Marduk. "W następną noc Wszystkich Świętych, ku pamięci naszej przygody, urządzę wielką uroczystość, a oni będą gośćmi honorowymi. Ale niech trzyma się z dala od mojej kolekcji... na wszelki wypadek".
    
  "Doskonale!" - wykrzyknął Perdue. "Możemy ją odebrać z mojej posiadłości. Jaki jest temat?"
    
  Marduk pomyślał przez chwilę, po czym uśmiechnął się swoimi nowymi ustami.
    
  "No cóż, bal maskowy, oczywiście."
    
    
  KONIEC
    
    
    
    
    
    
    
    
    
    
  Preston W. Child
  Tajemnica Bursztynowej Komnaty
    
    
  PROLOG
    
    
    
  Wyspy Alandzkie, Morze Bałtyckie - luty
    
    
  Teemu Koivusaari miał pełne ręce roboty z nielegalnymi towarami, które próbował przemycić, ale kiedy znalazł nabywcę, wysiłek się opłacił. Minęło sześć miesięcy, odkąd opuścił Helsinki, by dołączyć do dwóch kolegów na Wyspach Alandzkich, gdzie prowadzili lukratywny biznes, produkując podróbki kamieni szlachetnych. Podrabiali wszystko, od cyrkonii sześciennych po niebieskie szkło, jako diamenty i tanzanit, a czasami - całkiem umiejętnie - podając metale nieszlachetne za srebro i platynę niczego niepodejrzewającym miłośnikom klejnotów.
    
  "Co masz na myśli, mówiąc, że jest w tym coś więcej?" Teemu zapytał swojego asystenta, skorumpowanego afrykańskiego złotnika o imieniu Mula.
    
  "Potrzebuję jeszcze kilograma, żeby zrealizować zamówienie z Mińska, Teemu. Mówiłam ci to wczoraj" - poskarżyła się Mula. "Wiesz, muszę się zajmować klientami, kiedy coś schrzanisz. Spodziewam się kolejnego kilograma do piątku, inaczej możesz wracać do Szwecji".
    
  "Finlandia".
    
  "Co?" Mula zmarszczyła brwi.
    
  "Jestem z Finlandii, nie ze Szwecji" - poprawił go Teemu.
    
  Mula wstał od stołu, krzywiąc się, wciąż w swoich grubych, cienkich jak brzytwa okularach. "Kogo obchodzi, skąd jesteś?" Okulary powiększały jego oczy do absurdalnego kształtu rybiego oka, którego płetwa piszczała ze śmiechu. "Spadaj, człowieku. Przynieś mi więcej bursztynu; potrzebuję więcej surowca na szmaragdy. Ten kupiec będzie tu w weekend, więc ruszaj!"
    
  Chudy Teemu głośno się śmiejąc, wyszedł z ukrytej, prowizorycznej fabryki, którą prowadzili.
    
  "Hej! Tomi! Musimy jechać nad morze po kolejną rybę, kolego" - powiedział do trzeciego kolegi, który był zajęty rozmową z dwiema Łotyszkami na wakacjach.
    
  "Teraz?" krzyknęła Tomi. "Nie teraz!"
    
  "Dokąd idziesz?" zapytała bardziej ekstrawertyczna dziewczyna.
    
  "Eee, musimy" - zawahał się, patrząc na przyjaciela z żałosnym wyrazem twarzy. "Musimy coś zrobić".
    
  "Naprawdę? Jaką pracę wykonujesz?" zapytała, ostentacyjnie zlizując rozlaną colę z palca. Tomi znów spojrzała na Teemu, a jego oczy wywróciły się z pożądania, błagając go potajemnie, żeby rzucił pracę na razie, żeby oboje mogli zaliczyć. Teemu uśmiechnął się do dziewczyn.
    
  "Jesteśmy jubilerami" - pochwalił się. Dziewczyny natychmiast się zaintrygowały i zaczęły z entuzjazmem rozmawiać w swoim ojczystym języku. Trzymały się za ręce. Żartobliwie błagały dwóch młodych mężczyzn, żeby je zabrali. Teemu pokręcił smutno głową i szepnął do Tomiego: "Nie ma mowy, żebyśmy ich zabrali!".
    
  "Dawaj! Nie mogą mieć więcej niż siedemnaście lat. Pokaż im kilka naszych diamentów, a dadzą nam wszystko, czego zapragniemy!" - warknął Tomi do ucha przyjaciela.
    
  Teemu spojrzał na śliczne małe kocięta i odpowiedział po zaledwie dwóch sekundach: "Dobra, chodźmy".
    
  Z radosnymi okrzykami Tomi i dziewczęta wślizgnęły się na tylne siedzenie starego fiata i obie objechały wyspę, starając się pozostać niezauważone, przewożąc skradzione klejnoty, bursztyn i chemikalia do swoich podrobionych skarbów. W lokalnym porcie działała mała firma, która między innymi dostarczała importowany azotan srebra i złoty pył.
    
  Nieuczciwy właściciel, opętany stary żeglarz z Estonii, zazwyczaj pomagał trzem oszustom osiągnąć wyznaczone normy i przedstawiał ich potencjalnym klientom, oferując im hojny udział w zyskach. Gdy wyskakiwali z małego samochodu, zobaczyli, jak przemyka obok nich, krzycząc wściekle: "No dalej, chłopaki! Jest tutaj! Jest tutaj, i to tuż tutaj!".
    
  "O mój Boże, znowu ma dziś jeden ze swoich szalonych nastrojów" - westchnęła Tomi.
    
  "Co tu jest?" zapytała spokojniejsza dziewczyna.
    
  Starszy pan szybko rozejrzał się dookoła: "Statek widmo!"
    
  "O Boże, znowu to samo!" jęknął Teemu. "Słuchaj! Musimy z tobą omówić pewną sprawę!"
    
  "Interesy nie znikną!" krzyknął starzec, kierując się w stronę krawędzi doków. "Ale statek zniknie".
    
  Pobiegli za nim, zdumieni jego szybkimi ruchami. Kiedy do niego dotarli, wszyscy zatrzymali się, żeby złapać oddech. Dzień był pochmurny, a lodowata morska bryza przeszywała ich szorstką bryzą, gdy zbliżała się burza. Od czasu do czasu na niebie rozbłyskiwały błyskawice, którym towarzyszyły odległe grzmoty. Za każdym razem, gdy błyskawica przecinała chmury, młodzi mężczyźni lekko się wzdrygali, ale ciekawość brała górę.
    
  "Słuchaj, spójrz" - powiedział radośnie starzec, wskazując na płyciznę w pobliżu zatoki po lewej stronie.
    
  "Co? Patrz co?" powiedział Teemu, kręcąc głową.
    
  "Nikt nie wie o tym statku widmo oprócz mnie" - powiedział emerytowany marynarz młodym kobietom z urokiem starego świata i błyskiem w oku. Wydawały się zaintrygowane, więc opowiedział im o zjawach. "Widzę je na radarze, ale czasami znika, po prostu" - powiedział tajemniczym głosem - "po prostu znika!".
    
  "Nic nie widzę" - powiedziała Tomi. "Chodźmy, wracamy".
    
  Starzec spojrzał na zegarek. "Już niedługo! Już niedługo! Nie idź. Tylko poczekaj."
    
  Rozległ się grzmot, który przeraził dziewczęta i posłał je w ramiona dwóch młodych mężczyzn, natychmiast przemieniając się w upragnioną burzę. Dziewczęta, obejmując się, patrzyły ze zdumieniem, jak nagle nad falami pojawił się rozżarzony ładunek magnetyczny. Z niego wyłonił się dziób zatopionego statku, ledwo widoczny nad powierzchnią.
    
  "Widzisz?" krzyknął starzec. "Widzisz? Odpływ, więc tym razem w końcu zobaczysz ten przeklęty statek!"
    
  Młodzi mężczyźni za nim stali z podziwem, widząc to, co widzieli. Tomi wyciągnął telefon, żeby sfotografować to zjawisko, ale z chmur uderzył wyjątkowo potężny piorun, sprawiając, że wszyscy się skrzywili. Nie dość, że nie udało mu się uchwycić sceny, to jeszcze nie widzieli, jak piorun zderza się z polem elektromagnetycznym wokół statku, wywołując piekielny ryk, który niemal rozsadzał im bębenki.
    
  "Jezu Chryste! Słyszałeś to?" - krzyknął Teemu, przedzierając się przez zimny podmuch wiatru. "Uciekajmy stąd, zanim nas zabiją!"
    
  "Co to jest?" wykrzyknęła ekstrawertyczna dziewczyna i wskazała na wodę.
    
  Staruszek podkradł się bliżej krawędzi mola, żeby zbadać sprawę. "To mężczyzna! Chodźcie, chłopcy, pomóżcie mi go wyciągnąć!"
    
  "Wygląda na martwego" - powiedziała Tomi z przerażonym wyrazem twarzy.
    
  "Bzdura" - zaprotestował starzec. "On unosi się twarzą do góry, a jego policzki są czerwone. Ratujcie mnie, nicponie!"
    
  Młodzi mężczyźni pomogli mu wyciągnąć bezwładne ciało mężczyzny z rozbijających się fal, zapobiegając jego rozbiciu o molo lub utonięciu. Zanieśli je z powrotem do warsztatu starca i umieścili na stole warsztatowym z tyłu, gdzie starzec topił bursztyn, aby nadać mu kształt. Upewniwszy się, że nieznajomy żyje, starzec przykrył go kocem i zostawił, aż dokończy swoje sprawy z dwoma młodymi mężczyznami. W tylnym pokoju było przyjemnie ciepło po procesie topienia. W końcu udali się do swojego małego mieszkania z dwoma przyjaciółmi, zostawiając starcowi opiekę nad losem nieznajomego.
    
    
  Rozdział 1
    
    
    
  Edynburg, Szkocja - sierpień
    
    
  Niebo nad iglicami zbladło, a słabe słońce rzucało żółtą poświatę dookoła. Niczym w zwierciadle, które zwiastowało zły omen, zwierzęta zdawały się niespokojne, a dzieci milczały. Sam błąkał się bez celu wśród jedwabnych i bawełnianych koców zwisających z jakiegoś nieznanego miejsca. Nawet patrząc w górę, nie widział żadnych punktów zaczepienia dla puszystej tkaniny - żadnych poręczy, żadnych nici, żadnych drewnianych podpór. Zdawały się wisieć na niewidzialnym haku w powietrzu, kołysząc się na wietrze, który tylko on wyczuwał.
    
  Nikt inny, kto mijał go na ulicy, zdawał się nie odczuwać wpływu podmuchów wiatru niosących pustynny piasek. Ich suknie i rąbki długich spódnic kołysały się jedynie pod wpływem ruchu stóp, a nie wiatru, który od czasu do czasu dusił mu oddech i smagał potargane ciemne włosy po twarzy. W gardle miał sucho, a żołądek piekł go od dni bez jedzenia. Zmierzał w stronę studni na środku rynku, gdzie wszyscy mieszkańcy zbierali się w dni targowe i by wysłuchać wieści z nadchodzącego tygodnia.
    
  "Boże, jak ja tu nienawidzę niedziel" - mruknął mimowolnie Sam. "Nienawidzę tych tłumów. Powinienem był przyjść dwa dni temu, kiedy było ciszej".
    
  "Dlaczego tego nie zrobiłaś?" - usłyszał pytanie Niny ponad swoim lewym ramieniem.
    
  "Bo wtedy nie byłem spragniony, Nino. Nie ma sensu przychodzić tu po wodę, jeśli nie jesteś spragniony" - wyjaśnił. "Ludzie nie znajdą wody w studni, dopóki jej nie potrzebują, nie wiedziałaś?"
    
  "Nie zrobiłam tego. Przepraszam. Ale to dziwne, nie sądzisz?" - zauważyła.
    
  "Co?" zmarszczył brwi, gdy spadający piasek szczypał go w oczy i wysuszał kanaliki łzowe.
    
  "Że wszyscy mogą pić ze studni, prócz ciebie" - odpowiedziała.
    
  "Jak to możliwe? Dlaczego tak mówisz?" - warknął Sam w obronie. "Nikt nie może pić, dopóki nie wyschnie. Tu nie ma wody".
    
  "Nie ma tu dla ciebie wody. Dla innych wystarczy" - zaśmiała się.
    
  Sam był wściekły obojętnością Niny na jego cierpienie. Jakby tego było mało, wciąż go wściekała. "Może dlatego, że nie pasujesz do tego miejsca, Sam. Zawsze się we wszystko wtrącasz i wyciągasz najkrótszą zapałkę, i byłoby w porządku, gdybyś nie był takim nieznośnym marudą".
    
  "Słuchaj! Masz..." - zaczął odpowiadać, tylko po to, by odkryć, że Nina go zostawiła. "Nina! Nina! Zniknięcie nie pomoże ci wygrać tej kłótni!"
    
  W tym momencie Sam dotarł do słonej studni, popychany przez zgromadzonych tam ludzi. Nikt inny nie chciał pić, ale wszyscy stali jak mur, blokując ziejącą dziurę, przez którą Sam słyszał plusk wody w ciemności poniżej.
    
  "Przepraszam" - mruknął, odsuwając ich jednego po drugim, by zajrzeć za krawędź. Głęboko w studni woda miała głęboki błękit, pomimo czerni głębi. Światło z góry załamywało się, tworząc lśniące białe gwiazdy na pomarszczonej powierzchni, gdy Sam miał ochotę na kęs.
    
  "Proszę, czy mógłbyś dać mi coś do picia?" - zapytał, nie zwracając się do nikogo konkretnego. "Proszę! Tak cholernie mi się chce pić! Woda jest tuż obok, a ja nie mogę jej dosięgnąć".
    
  Sam wyciągnął rękę tak daleko, jak tylko mógł, ale z każdym calem, który przesuwał, woda zdawała się cofać dalej, zachowując dystans, aż w końcu osiągnęła poziom niższy niż wcześniej.
    
  "O rany!" krzyknął wściekle. "Żartujecie sobie ze mnie?" Przyjął poprzednią postawę i rozejrzał się po nieznajomych, którzy wciąż nie przejmowali się nieustającą burzą piaskową i jej suchym naporem. "Potrzebuję liny. Ma ktoś linę?"
    
  Niebo robiło się coraz jaśniejsze. Sam spojrzał w górę na błysk światła, który emanował ze słońca, ledwo zakłócając idealną okrągłość gwiazdy.
    
  "Rozbłysk słoneczny" - mruknął zmieszany. "Nic dziwnego, że jest mi tak cholernie gorąco i chce mi się pić. Jak wy, ludzie, możecie nie czuć tego nieznośnego upału?"
    
  W gardle miał tak sucho, że ostatnie dwa słowa zabrzmiały jak niewyraźny pomruk. Sam miał nadzieję, że palące słońce nie wysuszy studni, przynajmniej dopóki nie skończy pić. W mroku rozpaczy uciekł się do przemocy. Skoro nikt nie zwracał uwagi na uprzejmego człowieka, być może zauważyliby jego trudną sytuację, gdyby zachowywał się nieprzewidywalnie.
    
  Rzucając dziko koszami na śmieci i rozbijając naczynia, Sam krzyczał o kubek i linę - cokolwiek, co pomogłoby mu napić się wody. Brak płynu w żołądku przypominał mu kwas. Sam poczuł palący ból przeszywający całe ciało, jakby każdy narząd został poparzony przez słońce. Upadł na kolana, krzycząc jak banshee w agonii, drapiąc sękatymi palcami luźny żółty piasek, gdy kwas tryskał mu do gardła.
    
  Złapał ich za kostki, ale oni tylko od niechcenia kopnęli go w ramię, nie zwracając na niego uwagi. Sam zawył z bólu. Zmrużonymi oczami, wciąż zasypanymi piaskiem, spojrzał w niebo. Nie było słońca ani chmur. Widział tylko szklaną kopułę rozciągającą się od horyzontu do horyzontu. Wszyscy z nim stali przed kopułą z podziwem, zamarli w zachwycie, zanim głośny huk oślepił ich wszystkich - wszystkich oprócz Sama.
    
  Fala niewidzialnej śmierci uderzyła z nieba pod kopułą i obróciła wszystkich obywateli w popiół.
    
  "O Boże, nie!" krzyknął Sam na widok ich straszliwego końca. Próbował oderwać ręce od oczu, ale ani drgnęły. "Puść moje ręce! Niech oślepnę! Niech oślepnę!"
    
  "Trzy..."
    
  "Dwa..."
    
  "Jeden".
    
  Kolejny trzask, niczym puls zniszczenia, rozległ się w uszach Sama, gdy jego oczy gwałtownie się otworzyły. Serce waliło mu niekontrolowanie, gdy rozglądał się wokół szeroko otwartymi, przerażonymi oczami. Pod głową miał cienką poduszkę, a ręce delikatnie związane, sprawdzając wytrzymałość cienkiej liny.
    
  "Świetnie, teraz mam linę" - zauważył Sam, patrząc na swoje nadgarstki.
    
  "Myślę, że wezwanie do liny zostało wywołane przez twoją podświadomość, która przypominała ci o twoich ograniczeniach" - zasugerował lekarz.
    
  "Nie, potrzebowałem liny, żeby wyciągnąć wodę ze studni" - odparł Sam, gdy psycholog uwolnił mu ręce.
    
  "Wiem. Opowiedział mi pan wszystko po drodze, panie Cleve."
    
  Dr Simon Helberg był czterdziestoletnim weteranem nauki, szczególnie zainteresowanym umysłem i jego urojeniami. Parapsychologia, psychiatria, neurobiologia i, co dziwne, szczególna zdolność do postrzegania pozazmysłowego (ESP) sterowały łodzią tego starego człowieka. Uważany przez większość za szarlatana i hańbę dla środowiska naukowego, dr Helberg nie pozwolił, by jego nadszarpnięta reputacja wpłynęła na jego pracę. Jako aspołeczny naukowiec i samotniczy teoretyk, Helberg żył wyłącznie z informacji i stosowania teorii powszechnie uznawanych za mity.
    
  "Sam, dlaczego myślisz, że nie umarłeś w pulsie, tak jak wszyscy inni? Co cię wyróżniało?" - zapytał Sama, siadając na stoliku kawowym przed sofą, na której wciąż leżał dziennikarz.
    
  Sam uśmiechnął się do niego niemal dziecinnie. "Cóż, to całkiem oczywiste, prawda? Wszyscy byli tej samej rasy, kultury i kraju. Ja byłem kompletnym outsiderem".
    
  "Tak, Sam, ale to nie powinno cię usprawiedliwiać przed katastrofą atmosferyczną, prawda?" - argumentował dr Helberg. Niczym mądra, stara sowa, pulchny, łysy mężczyzna wpatrywał się w Sama swoimi ogromnymi, jasnoniebieskimi oczami. Okulary wisiały mu tak nisko na nosie, że Sam poczuł potrzebę podciągnięcia ich z powrotem, zanim spadną. Powstrzymał jednak chęć rozważenia argumentów staruszka.
    
  "Tak, wiem" - przyznał. Duże, ciemne oczy Sama przesunęły się po podłodze, a jego umysł szukał wiarygodnej odpowiedzi. "Myślę, że to dlatego, że to była moja wizja, a ci ludzie byli tylko statystami na scenie. Byli częścią historii, którą obserwowałem" - zmarszczył brwi, niepewny własnej teorii.
    
  "Chyba to ma sens. Byli tam jednak z jakiegoś powodu. W przeciwnym razie nie zobaczyłbyś tam nikogo innego. Być może potrzebowaliście ich, żeby zrozumieć skutki impulsu śmierci" - zasugerował lekarz.
    
  Sam usiadł i przeczesał włosy dłonią. Westchnął: "Doktorze, jakie to ma znaczenie? Serio, jaka jest różnica między obserwowaniem rozpadu ludzi a obserwowaniem ich eksplozji?"
    
  "Proste" - odpowiedział lekarz. "Różnica tkwi w elemencie ludzkim. Gdybym nie był świadkiem okrucieństwa ich śmierci, byłaby to jedynie eksplozja. Byłaby to jedynie wydarzenie. Jednak obecność i ostatecznie utrata ludzkiego życia mają na celu utrwalenie w tobie emocjonalnego i moralnego elementu twojej wizji. Musisz postrzegać zniszczenie jako utratę życia, a nie po prostu katastrofę bez ofiar".
    
  "Jestem na to za trzeźwy" - jęknął Sam, kręcąc głową.
    
  Doktor Helberg roześmiał się i klepnął się po nodze. Oparł dłonie na kolanach i z trudem podniósł się na nogi, wciąż chichocząc, gdy szedł wyłączyć magnetofon. Sam zgodził się na nagrywanie swoich sesji w interesie badań doktora nad psychosomatycznymi objawami doświadczeń traumatycznych - doświadczeń o podłożu paranormalnym lub nadprzyrodzonym, jakkolwiek absurdalnie by to nie brzmiało.
    
  "Poncho czy Olmega?" Doktor Helberg uśmiechnął się, otwierając sprytnie ukryty barek z napojami.
    
  Sam był zaskoczony. "Nigdy nie uważałem cię za miłośnika tequili, Doc."
    
  "Zakochałem się w niej, kiedy zostałem w Gwatemali kilka lat dłużej, niż powinienem. Gdzieś w latach siedemdziesiątych oddałem serce Ameryce Południowej i wiesz dlaczego?" - uśmiechnął się dr Helberg, nalewając szoty.
    
  "Nie, powiedz mi" - nalegał Sam.
    
  "Stałem się obsesyjny na punkcie pewnej obsesji" - powiedział lekarz. A widząc najbardziej zmieszane spojrzenie Sama, wyjaśnił: "Musiałem dowiedzieć się, co powoduje tę masową histerię, którą ludzie zazwyczaj nazywają religią, synu. Tak potężna ideologia, która przez wieki ujarzmiała tak wielu ludzi, ale nie oferowała żadnego konkretnego uzasadnienia dla swojego istnienia poza władzą jednostek nad innymi, rzeczywiście była dobrym powodem do badań".
    
  "Martwy!" - powiedział Sam, unosząc kieliszek, by spojrzeć psychiatrze w oczy. "Sam byłem świadkiem tego typu obserwacji. Nie tylko religii, ale także nieortodoksyjnych praktyk i całkowicie nielogicznych doktryn, które zniewalały masy, jakby to było prawie..."
    
  "Nadprzyrodzone?" zapytał dr Helberg, unosząc jedną brew.
    
  "Ezoteryczny" - chyba bardziej pasowałoby słowo - powiedział Sam, dopijając kieliszek i krzywiąc się na nieprzyjemną gorycz klarownego napoju. "Jesteś pewien, że to tequila?" - przerwał, łapiąc oddech.
    
  Ignorując trywialne pytanie Sama, dr Helberg pozostał przy temacie. "Tematy ezoteryczne obejmują zjawiska, o których mówisz, synu. Zjawiska nadprzyrodzone to po prostu ezoteryczna teozofia. Może nazywasz swoje ostatnie wizje jedną z tych zagadkowych tajemnic?"
    
  "Wątpię. Postrzegam je jako sny, nic więcej. To nie jest masowa manipulacja, jak religia. Słuchaj, jestem jak najbardziej za wiarą duchową albo jakąś formą zaufania do wyższej inteligencji" - wyjaśnił Sam. "Po prostu nie jestem pewien, czy te bóstwa da się przebłagać lub przekonać modlitwą, by dały ludziom to, czego pragną. Wszystko będzie, jak będzie. Wątpię, żeby cokolwiek kiedykolwiek powstało z litości człowieka błagającego boga".
    
  "Więc wierzysz, że to, co ma się stać, stanie się niezależnie od jakiejkolwiek duchowej interwencji?" - zapytał lekarz Sama, dyskretnie naciskając przycisk nagrywania. "Więc mówisz, że nasz los jest już przesądzony".
    
  "Tak" - skinął głową Sam. "I jesteśmy w kropce".
    
    
  Rozdział 2
    
    
  Spokój w końcu powrócił do Berlina po niedawnych zamachach. Kilku wysokich komisarzy, członków Bundesratu i wielu prominentnych finansistów padło ofiarą morderstw, których nie udało się rozwiązać żadnej organizacji ani osobie. Był to dylemat, z jakim kraj nigdy wcześniej się nie spotkał, ponieważ motywy ataków były nie do odgadnięcia. Zaatakowanych mężczyzn i kobiety nie łączyło nic poza bogactwem i rozpoznawalnością, choć głównie w polityce lub w niemieckim sektorze biznesowym i finansowym.
    
  Komunikaty prasowe nie potwierdziły żadnych informacji, a dziennikarze z całego świata ruszyli do Niemiec, aby gdzieś w Berlinie znaleźć jakiś tajny raport.
    
  "Uważamy, że to była robota organizacji" - powiedziała prasie rzeczniczka ministerstwa Gabi Holzer w oficjalnym oświadczeniu wydanym przez Bundestag, niemiecki parlament. "Uważamy tak, ponieważ w zgonach uczestniczyło więcej niż jedna osoba".
    
  "Dlaczego tak jest? Skąd pani ma pewność, że to nie sprawka jednej osoby, Frau Holzer?" - zapytał jeden z reporterów.
    
  Zawahała się, wzdychając nerwowo. "Oczywiście, to tylko spekulacje. Uważamy jednak, że wiele osób jest w to zamieszanych, ze względu na różne metody użyte do zabicia tych elitarnych obywateli".
    
  "Elita?"
    
  "Wow, elita" - mówi!
    
  Okrzyki irytacji wielu reporterów i obserwatorów były echem źle dobranych przez nią słów, podczas gdy Gabi Holzer próbowała poprawić jej sformułowania.
    
  "Proszę! Proszę, pozwól mi wyjaśnić..." Próbowała to inaczej sformułować, ale tłum na zewnątrz już wrzał z oburzenia. Nagłówki z pewnością rzuciły ten złośliwy komentarz w gorszym świetle, niż zamierzała. Kiedy w końcu udało jej się uspokoić stojących przed nią dziennikarzy, wyjaśniła swój dobór słów tak elokwentnie, jak tylko potrafiła, z trudem, ponieważ jej znajomość angielskiego nie była szczególnie dobra.
    
  "Szanowni Państwo z mediów międzynarodowych, przepraszam za nieporozumienie. Obawiam się, że źle się wyraziłam - mój angielski, cóż... M-przepraszam" - wyjąkała lekko, biorąc głęboki oddech, żeby się uspokoić. "Jak wszyscy wiecie, te przerażające akty zostały popełnione na osobach o dużym wpływie i wpływie w tym kraju. Chociaż pozornie nic ich nie łączyło i nawet nie obracali się w tych samych kręgach, mamy powody, by sądzić, że ich status finansowy i polityczny miał coś wspólnego z motywami napastników".
    
  To było prawie miesiąc temu. Minęło kilka trudnych tygodni, odkąd Gabi Holzer musiała zmierzyć się z prasą i jej sępim nastawieniem, ale wciąż czuła mdłości na samą myśl o konferencjach prasowych. Od tego tygodnia ataki ustały, ale w Berlinie i reszcie kraju panował ponury, niepewny świat, przepełniony strachem.
    
  "Czego się spodziewali?" - zapytał jej mąż.
    
  "Wiem, Detlef, wiem" - zachichotała, wyglądając przez okno sypialni. Gabi rozbierała się do długiego, gorącego prysznica. "Ale nikt poza moją pracą nie rozumie, że muszę być dyplomatyczna. Nie mogę po prostu powiedzieć czegoś w stylu: "Uważamy, że to dobrze finansowana banda hakerów w zmowie z tajemniczym klubem złych właścicieli ziemskich, którzy tylko czekają, żeby obalić niemiecki rząd", prawda?" - zmarszczyła brwi, próbując rozpiąć stanik.
    
  Mąż przyszedł jej z pomocą, otworzył ją, zdjął, a następnie rozpiął zamek jej beżowej ołówkowej spódnicy. Spadła u jej stóp na gruby, miękki dywan, a ona wyszła, wciąż mając na sobie szpilki Gucci na platformie. Mąż pocałował ją w szyję i oparł brodę na jej ramieniu, obserwując światła miasta dryfujące przez morze ciemności. "Czy to naprawdę się dzieje?" - zapytał szeptem, jego usta badały jej obojczyk.
    
  "Myślę, że tak. Moi przełożeni są bardzo zaniepokojeni. Myślę, że to dlatego, że wszyscy myślą podobnie. Istnieją informacje o ofiarach, których nie ujawniliśmy prasie. To niepokojące fakty, które mówią nam, że to nie jest dzieło jednej osoby" - powiedziała.
    
  "Jakie fakty? Co ukrywają przed opinią publiczną?" - zapytał, obejmując jej piersi. Gabi odwróciła się i spojrzała na Detlefa z surową miną.
    
  "Podglądasz? Dla kogo pracujesz, Herr Holzer? Naprawdę próbujesz mnie uwieść dla informacji?" - warknęła, żartobliwie go odpychając. Jej blond loki tańczyły na nagich plecach, gdy podążała za nim krok w krok, gdy się wycofywał.
    
  "Nie, nie, po prostu interesuję się twoją pracą, kochanie" - zaprotestował potulnie, opadając na łóżko. Detlef, potężnie zbudowany, miał osobowość, która przeczyła jego budowie. "Nie chciałem cię przesłuchiwać".
    
  Gabi zatrzymała się jak wryta i przewróciła oczami. "Um Gottes willen!"
    
  "Co zrobiłem?" zapytał przepraszająco.
    
  "Detlef, wiem, że nie jesteś szpiegiem! Miałeś udawać. Mówić coś w stylu: "Jestem tu, żeby za wszelką cenę wyciągnąć od ciebie informacje" albo "Jeśli mi wszystkiego nie powiesz, to z ciebie to wytrzęsę!" albo cokolwiek innego, co przyjdzie ci do głowy. Czemu jesteś taki słodki?" - jęknęła, kopiąc łóżko ostrym obcasem, prosto między jego nogi.
    
  Złapał oddech, stojąc obok swoich rodzinnych klejnotów i zamierając w bezruchu.
    
  "Ugh!" Gabi zachichotała i odsunęła stopę. "Zapal mi papierosa, proszę".
    
  "Oczywiście, kochanie" - odpowiedział smutno.
    
  Gabi odkręciła krany prysznica, żeby nagrzała wodę. Zdjęła majtki i poszła do sypialni zapalić papierosa. Detlef usiadł z powrotem, patrząc na swoją olśniewającą żonę. Nie była bardzo wysoka, ale w tych szpilkach górowała nad nim niczym bogini o kręconych włosach, z Karelią płonącą między pełnymi, czerwonymi ustami.
    
    
  * * *
    
    
  Kasyno było uosobieniem wystawnego luksusu, wpuszczając w swoje grzesznie rozpustne objęcia tylko najbardziej uprzywilejowanych, bogatych i wpływowych bywalców. MGM Grand majestatycznie wznosiło się z lazurową fasadą, przywodząc na myśl Morze Karaibskie Dave'owi Perdue, ale nie był to ostateczny cel podróży miliardera-wynalazcy. Spojrzał na konsjerża i personel, którzy machali mu na pożegnanie, mocno ściskając 500 dolarów napiwku. Nieoznakowana czarna limuzyna odebrała go i zawiozła na najbliższy pas startowy, gdzie załoga Perdue'a oczekiwała na jego przybycie.
    
  "Gdzie tym razem, panie Purdue?" - zapytał starszy steward, eskortując go na miejsce. "Księżyc? Może Pas Oriona?"
    
  Perdue roześmiał się razem z nią.
    
  "Premier Danii, proszę, James" - rozkazał Perdue.
    
  "Zaraz, szefie" - zasalutowała. Miała coś, co Dave wysoko cenił u swoich pracowników: poczucie humoru. Jego geniusz i niewyczerpane bogactwo nigdy nie zmieniły faktu, że Dave Perdue był przede wszystkim człowiekiem radosnym i odważnym. Ponieważ z jakiegoś powodu przez większość czasu pracował gdzieś nad czymś, postanowił wykorzystać wolny czas na podróż. Właściwie, jechał do Kopenhagi, żeby zaznać duńskiej ekstrawagancji.
    
  Purdue był wyczerpany. Nie wstawał z łóżka od ponad 36 godzin bez przerwy, odkąd wraz z grupą przyjaciół z Brytyjskiego Instytutu Inżynierii i Technologii zbudował generator laserowy. Gdy jego prywatny odrzutowiec wystartował, odchylił się do tyłu i postanowił zasnąć po szaleństwie nocnego życia w Las Vegas.
    
  Jak zawsze, gdy podróżował sam, Perdue zostawiał włączony płaski ekran, aby się uspokoić i pomóc sobie zasnąć po nudnej emisji. Czasami oglądał golfa, czasami krykieta, czasami film przyrodniczy, ale zawsze wybierał coś nieistotnego, co dawało mu chwilę wytchnienia. Zegar nad ekranem wskazywał 5:30, gdy stewardesa podała mu wczesną kolację, żeby mógł położyć się spać z pełnym żołądkiem.
    
  Przez senność Perdue usłyszał monotonny głos reportera i następującą po nim debatę na temat zamachów nękających sferę polityczną. Podczas gdy kłócili się na cichym ekranie telewizora, Perdue błogo zasnął, nieświadomy oszołomionych Niemców w studiu. Od czasu do czasu jakiś hałas wyrywał mu się z głowy, ale wkrótce znów odpływał.
    
  Cztery przystanki na tankowanie po drodze dały mu trochę czasu na rozprostowanie nóg między drzemkami. Pomiędzy Dublinem a Kopenhagą ostatnie dwie godziny spędził w głębokim, pozbawionym snów śnie.
    
  Wydawało się, że minęła wieczność, gdy delikatne namowy stewardesy obudziły Perdue'a.
    
  "Panie Perdue? Panie, mamy mały problem" - zagruchała. Jego oczy rozszerzyły się na dźwięk tego słowa.
    
  "Co się stało? Co się stało?" - zapytał, wciąż nie mogąc wydusić z siebie ani słowa.
    
  "Odmówiono nam pozwolenia na wlot do duńskiej lub niemieckiej przestrzeni powietrznej, proszę pana. Może powinniśmy zostać przekierowani do Helsinek?" - zapytała.
    
  "Po co tu byliśmy..." mruknął, pocierając twarz. "Dobrze, dowiem się. Dziękuję, kochanie". Z tymi słowami Perdue pobiegł do pilotów, żeby dowiedzieć się, co jest przyczyną problemu.
    
  "Nie udzielili nam szczegółowych wyjaśnień, proszę pana. Powiedzieli nam tylko, że nasz dowód rejestracyjny jest na czarnej liście zarówno w Niemczech, jak i w Danii!" - wyjaśnił pilot, wyglądając na równie zdziwionego jak Purdue. "Nie rozumiem, dlaczego wcześniej poprosiłem o pozwolenie i je otrzymałem, a teraz mówią nam, że nie możemy lądować".
    
  "Za co trafiła na czarną listę?" Perdue zmarszczył brwi.
    
  "Dla mnie to kompletna bzdura, proszę pana" - wtrącił drugi pilot.
    
  "Zgadzam się całym sercem, Stan" - odpowiedział Perdue. "Dobrze, mamy dość paliwa, żeby polecieć gdzieś indziej? Załatwię to".
    
  "Mamy jeszcze paliwo, panie, ale za mało, żeby podejmować zbyt duże ryzyko" - zameldował pilot.
    
  "Spróbuj, Billord. Jeśli nas nie wpuszczą, kieruj się na północ. Możemy wylądować w Szwecji, dopóki tego nie rozwiążemy" - rozkazał pilotom.
    
  "Zrozumiałem, proszę pana."
    
  "Znowu kontrola ruchu lotniczego, proszę pana" - powiedział nagle drugi pilot. "Słuchajcie".
    
  "Lecą do Berlina, panie Purdue. Co mamy zrobić?" - zapytał pilot.
    
  "Co innego możemy zrobić? Chyba na razie musimy się tego trzymać" - kalkulował Perdue. Zawołał stewardesę i poprosił o podwójny rum z lodem - swój ulubiony trunek, gdy sprawy nie układały się po jego myśli.
    
  Lądując na prywatnym lotnisku Dietricha na obrzeżach Berlina, Perdue przygotowywał się do złożenia formalnej skargi przeciwko władzom w Kopenhadze. Jego zespół prawny nie mógł w najbliższej przyszłości udać się do niemieckiego miasta, więc zadzwonił do ambasady brytyjskiej, aby umówić się na formalne spotkanie z przedstawicielem rządu.
    
  Nigdy nie będąc osobą o porywczym temperamencie, Perdue był wściekły z powodu nagłego wpisania jego prywatnego odrzutowca na czarną listę. Nie mógł pojąć, dlaczego znalazł się na czarnej liście. To było absurdalne.
    
  Następnego dnia wszedł do ambasady brytyjskiej.
    
  "Dzień dobry, nazywam się David Perdue. Mam spotkanie z panem Benem Carringtonem" - powiedział Perdue swojej sekretarce w zabieganej atmosferze ambasady przy Wilhelmstrasse.
    
  "Dzień dobry, panie Purdue" - uśmiechnęła się ciepło. "Proszę, zabiorę pana prosto do jego biura. Czekał na pana".
    
  "Dziękuję" - odpowiedział Perdue, zbyt zawstydzony i zirytowany, by choć uśmiechnąć się do sekretarki.
    
  Drzwi do biura brytyjskiego przedstawiciela były otwarte, gdy recepcjonistka wprowadziła Perdue. Kobieta siedziała przy biurku, odwrócona tyłem do drzwi, rozmawiając z Carringtonem.
    
  "Pan Purdue, jak sądzę" - uśmiechnął się Carrington, podnosząc się z miejsca, by powitać swojego szkockiego gościa.
    
  "Zgadza się" - potwierdził Perdue. "Miło mi pana poznać, panie Carrington".
    
  Carrington wskazał na siedzącą kobietę. "Skontaktowałem się z przedstawicielem Niemieckiego Międzynarodowego Biura Prasowego, aby nam pomógł".
    
  "Panie Perdue" - uśmiechnęła się olśniewająca kobieta - "mam nadzieję, że będę mogła pomóc. Gabi Holzer. Miło mi pana poznać".
    
    
  Rozdział 3
    
    
  Gabi Holzer, Ben Carrington i Dave Perdue rozmawiali o nieoczekiwanym zakazie zajmowania miejsc siedzących podczas picia herbaty w biurze.
    
  "Muszę pana zapewnić, panie Perdue, że to bezprecedensowe. Nasz dział prawny, a także ludzie pana Carringtona, dokładnie sprawdzili pana przeszłość pod kątem czegokolwiek, co mogłoby stanowić podstawę takiego roszczenia, ale nie znaleźliśmy w pana dokumentach niczego, co mogłoby wyjaśnić odmowę wjazdu do Danii i Niemiec" - powiedziała Gabi.
    
  "Dzięki Bogu za Chaima i Todda!" - pomyślał Perdue, gdy Gabi wspomniała o jego sprawdzeniu przeszłości. "Gdyby wiedzieli, ile przepisów złamałem podczas moich badań, zamknęliby mnie natychmiast".
    
  Jessica Haim i Harry Todd byli kimś zupełnie innym niż prawniczymi analitykami komputerowymi Purdue; oboje byli niezależnymi ekspertami od bezpieczeństwa komputerowego, zatrudnionymi przez niego. Chociaż odpowiadali za wzorowe akta sprawy Sama, Niny i Purdue, Haim i Todd nigdy nie byli zamieszani w żadne przestępstwa finansowe. Majątek Purdue był więcej niż wystarczający. Co więcej, nie byli chciwi. Podobnie jak Sam Cleave i Nina Gould, Purdue otaczał się uczciwymi i porządnymi ludźmi. Często działali poza prawem, owszem, ale daleko im było do pospolitych przestępców, a tego większość autorytetów i moralistów po prostu nie mogła zrozumieć.
    
  W bladym porannym słońcu, sączącym się przez żaluzje w biurze Carringtona, Purdue mieszał drugą filiżankę herbaty Earl Grey. Jasna uroda Niemki była elektryzująca, ale nie posiadała charyzmy ani urody, jakich się spodziewał. Wręcz przeciwnie, wydawała się autentycznie zainteresowana dotarciem do sedna sprawy.
    
  "Proszę mi powiedzieć, panie Perdue, czy kiedykolwiek miał pan do czynienia z duńskimi politykami lub instytucjami finansowymi?" - zapytała go Gabi.
    
  "Tak, przeprowadziłem wiele transakcji biznesowych w Danii. Ale nie obracam się w kręgach politycznych. Bardziej skłaniam się ku zajęciom akademickim. Muzea, badania, inwestycje w instytucje szkolnictwa wyższego, ale trzymam się z dala od politycznych agend. Dlaczego?" - zapytał ją.
    
  "Dlaczego pani uważa, że to istotne, pani Holzer?" - zapytał Carrington, wyraźnie zaintrygowany.
    
  "Cóż, to całkiem oczywiste, panie Carrington. Skoro pan Perdue nie ma przeszłości kryminalnej, musi stanowić zagrożenie dla tych krajów, w tym dla mojego, w jakiś inny sposób" - z przekonaniem poinformowała brytyjskiego przedstawiciela. "Jeśli powodem nie jest przestępstwo, musi być związane z jego reputacją jako biznesmena. Oboje znamy jego sytuację finansową i jego reputację jako swoistej celebrytki".
    
  "Rozumiem" - powiedział Carrington. "Innymi słowy, fakt, że brał udział w niezliczonych wyprawach i jest znany jako filantrop, czyni go zagrożeniem dla pani rządu?" Carrington roześmiał się. "To absurd, proszę pani".
    
  "Poczekaj, czy chcesz powiedzieć, że moje inwestycje w niektórych krajach mogły sprawić, że inne kraje straciły zaufanie do moich intencji?" Perdue zmarszczył brwi.
    
  "Nie" - odpowiedziała spokojnie. "Nie chodzi o kraje, panie Perdue. O instytucje".
    
  "Jestem zgubiony" - Carrington pokręcił głową.
    
  Perdue skinął głową na znak zgody.
    
  "Pozwól, że wyjaśnię. W żaden sposób nie sugeruję, że dotyczy to mojego kraju ani żadnego innego. Podobnie jak pan, po prostu spekuluję i myślę, że pan, panie Perdue, mógł nieświadomie wplątać się w spór między..." - przerwała, szukając odpowiedniego angielskiego słowa - "...pewnymi władzami?"
    
  "Ciała? Jak organizacje?" - zapytał Perdue.
    
  "Tak, dokładnie" - powiedziała. "Być może twoja pozycja finansowa w różnych organizacjach międzynarodowych ściągnęła na ciebie gniew agencji przeciwnych tym, z którymi jesteś powiązany. Takie problemy mogłyby łatwo eskalować na skalę globalną, prowadząc do twojego zakazu wjazdu do niektórych krajów; nie przez rządy tych krajów, ale przez kogoś, kto ma wpływ na infrastrukturę tych krajów".
    
  Perdue poważnie się nad tym zastanowił. Niemka miała rację. Właściwie, miała więcej racji, niż mogłaby przypuszczać. Wcześniej dał się złapać w sidła firm, które uważały jego wynalazki i patenty za niezwykle cenne, ale obawiały się, że ich przeciwnicy mogą zaoferować mu bardziej lukratywne kontrakty. To przekonanie często prowadziło wcześniej do szpiegostwa przemysłowego i bojkotów handlowych, które uniemożliwiały mu prowadzenie interesów z jego międzynarodowymi filiami.
    
  "Muszę przyznać, panie Perdue. To ma sens, biorąc pod uwagę pańską obecność w potężnych konglomeratach przemysłu naukowego" - zgodził się Carrington. "Ale z tego, co pani wie, pani Holzer, to nie jest oficjalny zakaz wjazdu? Nie został wydany przez rząd niemiecki, prawda?"
    
  "Zgadza się" - potwierdziła. "Pan Perdue z pewnością nie ma problemu z rządem niemieckim... ani duńskim, jak sądzę. Sądzę, że dzieje się to bardziej tajnie, hm, pod...". Z trudem znalazła odpowiednie słowo.
    
  "Masz na myśli tajne? Tajne organizacje?" - podpowiedziała Perdue, mając nadzieję, że źle zrozumiał jej łamaną angielszczyznę.
    
  "Zgadza się. Grupy podziemne, które chcą, żebyś trzymał się od nich z daleka. Czy jest coś, w co obecnie jesteś zaangażowany, co mogłoby stanowić zagrożenie dla konkurencji?" - zapytała Perdue.
    
  "Nie" - odpowiedział szybko. "Właściwie to wziąłem sobie krótki urlop. Właściwie to właśnie teraz jestem na urlopie".
    
  "To takie niepokojące!" wykrzyknął Carrington, kręcąc głową z rozbawieniem.
    
  "Właśnie stąd to rozczarowanie, panie Carrington" - uśmiechnął się Perdue. "Cóż, przynajmniej wiem, że nie mam żadnych kłopotów z prawem. Zajmę się tym z moimi ludźmi".
    
  "Dobrze. Następnie omówiliśmy wszystko, co mogliśmy, biorąc pod uwagę skąpe informacje, jakie posiadaliśmy na temat tego niezwykłego incydentu" - podsumował Carrington. "Jednakże, nieoficjalnie, pani Holzer" - zwrócił się do atrakcyjnego niemieckiego posła.
    
  "Tak, panie Carrington" - uśmiechnęła się.
    
  "Oficjalnie reprezentowałeś Kanclerza w CNN kilka dni temu w sprawie morderstw, ale nie ujawniłeś powodu" - zapytał z troską w głosie. "Czy jest coś podejrzanego, o czym prasa nie powinna wiedzieć?"
    
  Wyglądała na wyjątkowo nieswojo, z trudem zachowując profesjonalizm. "Obawiam się" - spojrzała na obu mężczyzn z nerwowym wyrazem twarzy - "że to ściśle tajne informacje".
    
  "Innymi słowy, tak" - naciskał Perdue. Podszedł do Gabi Holzer ostrożnie i z delikatnym szacunkiem i usiadł tuż obok niej. "Proszę pani, czy to może mieć coś wspólnego z niedawnymi atakami na elitę polityczną i społeczną?"
    
  Znów padło to słowo.
    
  Carrington wyglądał na całkowicie zahipnotyzowanego, czekając na jej odpowiedź. Drżącymi dłońmi nalał sobie herbaty, skupiając całą uwagę na niemieckim łączniku.
    
  "Przypuszczam, że każdy ma swoją własną teorię, ale jako urzędnik nie mam prawa wyrażać własnych poglądów, panie Perdue. Pan o tym wie. Jak pan może myśleć, że mogłabym o tym rozmawiać z cywilem?" Westchnęła.
    
  "Bo martwię się, gdy sekrety wychodzą na jaw na szczeblu rządowym, moja droga" - odpowiedział Perdue.
    
  "To niemiecka sprawa" - powiedziała bez ogródek. Gabi spojrzała ostro na Carringtona. "Czy mogę zapalić na twoim balkonie?"
    
  "Oczywiście" - zgodził się, wstając, by otworzyć piękne szklane drzwi prowadzące z jego biura na piękny balkon z widokiem na Wilhelmstrasse.
    
  "Widzę stąd całe miasto" - zauważyła, zapalając długiego, cienkiego papierosa. "Mogłybyśmy tu swobodnie rozmawiać, z dala od murów, które mogłyby nas podsłuchiwać. Coś się szykuje, panowie" - powiedziała Carringtonowi i Purdue, gdy otoczyli ją, by podziwiać widok. "To pradawny demon, który się obudził; dawno pogrzebana rywalizacja... Nie, nie rywalizacja. To raczej konflikt między frakcjami, które dawno uznano za martwe, ale się przebudziły i są gotowe do ataku".
    
  Perdue i Carrington wymienili szybkie spojrzenia, zanim przeczytali resztę wiadomości Gabi. Nie spojrzała na nich ani razu, tylko powiedziała przez cienką chmurkę dymu między palcami: "Nasz kanclerz został schwytany, zanim jeszcze zaczęły się zabójstwa".
    
  Obaj mężczyźni z zapartym tchem słyszeli sensację, jaką Gabi im właśnie zrzuciła. Nie dość, że podzieliła się z nimi poufnymi informacjami, to jeszcze właśnie przyznała, że szef niemieckiego rządu zaginął. Brzmiało to jak zamach stanu, ale wyglądało na to, że za porwaniem kryło się coś o wiele mroczniejszego.
    
  "Ale to było ponad miesiąc temu, może nawet wcześniej!" - wykrzyknął Carrington.
    
  Gabi skinęła głową.
    
  "I dlaczego to nie zostało upublicznione?" - zapytał Perdue. "Z pewnością bardzo pomocne byłoby ostrzeżenie wszystkich sąsiednich krajów, zanim ten podstępny spisek rozprzestrzeni się na resztę Europy".
    
  "Nie, to musi pozostać tajemnicą, panie Perdue" - zaprzeczyła. Odwróciła się do miliardera, a jej wzrok podkreślał powagę jej słów. "Dlaczego pan uważa, że ci ludzie, ci elitarni członkowie społeczeństwa, zostali zabici? To wszystko było częścią ultimatum. Ludzie, którzy za tym stoją, grozili śmiercią wpływowym obywatelom Niemiec, dopóki nie dostaną tego, czego chcą. Jedynym powodem, dla którego nasz kanclerz wciąż żyje, jest to, że wciąż spełniamy ich ultimatum" - poinformowała ich. "Ale kiedy zbliżymy się do tego terminu, a Federalna Służba Wywiadowcza nie spełni ich żądań, nasz kraj..." - zaśmiała się gorzko - "...pod nowym przywództwem".
    
  "O rany!" - mruknął pod nosem Carrington. "Musimy zaangażować MI6 i..."
    
  "Nie" - przerwał Perdue. "Nie może pan ryzykować, że zrobi z tego wielkie publiczne widowisko, panie Carrington. Jeśli to wycieknie, kanclerz umrze przed zapadnięciem zmroku. Musimy zlecić komuś zbadanie przyczyn ataków".
    
  "Czego oni chcą od Niemiec?" Carrington łowił ryby.
    
  "Nie wiem tego" - jęknęła Gabi, puszczając dym w powietrze. "Wiem tylko, że to bardzo bogata organizacja z praktycznie nieograniczonymi zasobami, a ich celem jest nic innego jak tylko dominacja nad światem".
    
  "Więc co twoim zdaniem powinniśmy z tym zrobić?" - zapytał Carrington, opierając się o balustradę i patrząc jednocześnie na Perdue i Gabi. Wiatr rozwiewał jego rzadkie, proste, siwe włosy, gdy czekał na propozycję. "Nie możemy nikomu o tym powiedzieć. Gdyby sprawa wyszła na jaw, histeria rozlałaby się po Europie i jestem prawie pewien, że byłby to wyrok śmierci dla twojego kanclerza".
    
  Sekretarka Carringtona skinęła na niego już w drzwiach, by podpisał zniesienie wiz, pozostawiając Perdue i Gabi w niezręcznej ciszy. Każde z nich zastanawiało się nad swoją rolą w tej sprawie, choć nie była to ich sprawa. Byli po prostu dwojgiem uczciwych obywateli świata, pragnących pomóc w walce z mrocznymi duszami, które w pogoni za chciwością i władzą okrutnie pozbawiły życia niewinnych ludzi.
    
  "Panie Perdue, przykro mi to przyznać" - powiedziała, szybko rozglądając się, żeby sprawdzić, czy ich gospodarz jest jeszcze zajęty. "Ale to ja zorganizowałam zmianę trasy pańskiego lotu".
    
  "Co?" - zapytał Perdue, a jego jasnoniebieskie oczy były pełne pytań, gdy wpatrywał się w kobietę ze zdumieniem. "Dlaczego to zrobiłaś?"
    
  "Wiem, kim pan jest" - powiedziała. "Wiedziałam, że nie tolerowałby pan wyrzucenia z duńskiej przestrzeni powietrznej, więc kazałam paru ludziom - nazwijmy ich asystentami - włamać się do systemu kontroli ruchu lotniczego, żeby pana wysłać do Berlina. Wiedziałam, że to do mnie zadzwoni pan Carrington w tej sprawie. Musiałam się z panem spotkać w charakterze oficjalnym. Widzi pan, ludzie się przyglądają".
    
  "Boże, pani Holzer" - Perdue zmarszczył brwi, patrząc na nią z wielkim zaniepokojeniem. "Z pewnością zadała sobie pani wiele trudu, żeby ze mną porozmawiać, więc czego pani ode mnie chce?"
    
  "Ta dziennikarka, laureatka Nagrody Pulitzera, będzie twoją towarzyszką we wszystkich twoich wyprawach" - zaczęła.
    
  "Sam Cleve?"
    
  "Sam Cleve" - powtórzyła, czując ulgę, że zrozumiał, o kogo jej chodzi. "Ma badać porwania i ataki na bogatych i wpływowych. Powinien być w stanie rozgryźć, co do cholery knują. Nie mam prawa ich demaskować".
    
  "Ale wiesz, co się dzieje" - powiedział. Skinęła głową, gdy Carrington do nich dołączył.
    
  "Czy zatem powiedziała pani o swoich pomysłach komuś innemu w biurze, pani Holzer?" - zapytał Carrington.
    
  "Oczywiście, zarchiwizowałam część informacji, ale wiesz...", wzruszyła ramionami.
    
  "Sprytne" - zauważył Carrington, brzmiąc na głęboko pod wrażeniem.
    
  Gabi dodała z przekonaniem: "Wiesz, nie powinnam nic wiedzieć, ale nie śpię. Jestem skłonna robić takie rzeczy, rzeczy, które wpłynęłyby na dobrobyt narodu niemieckiego i wszystkich innych, zresztą, poprzez moją działalność".
    
  "To bardzo patriotyczne z pani strony, pani Holzer" - powiedział Carrington.
    
  Przycisnął lufę tłumika do jej szczęki i rozwalił jej mózg, zanim Perdue zdążył mrugnąć. Gdy zmasakrowane ciało Gabi stoczyło się za balustradę, z której zrzucił ją Carrington, Perdue został szybko obezwładniony przez dwóch ochroniarzy ambasady, którzy pozbawili go przytomności.
    
    
  Rozdział 4
    
    
  Nina przygryzła ustnik fajki, bojąc się, że będzie oddychać nieprawidłowo. Sam upierała się, że nie ma czegoś takiego jak nieprawidłowe oddychanie, że może oddychać tylko w niewłaściwym miejscu - na przykład pod wodą. Czysta, przyjemnie ciepła woda otaczała jej unoszące się ciało, gdy sunęła naprzód nad rafą, mając nadzieję, że nie zostanie zaatakowana przez rekina ani inne morskie stworzenie, które ma zły dzień.
    
  Poniżej niej, poskręcane koralowce zdobiły blade, jałowe dno oceanu, ożywiając je żywymi, pięknymi kolorami w odcieniach, o których istnieniu Nina nawet nie podejrzewała. Liczne gatunki ryb dołączyły do niej w tej eksploracji, śmigając po jej drodze i wykonując szybkie ruchy, które nieco ją zdenerwowały.
    
  "A co, jeśli coś ukrywa się między tymi cholernymi ławicami i rzuci się na mnie?" Nina sama się bała. "A co, jeśli goni mnie teraz kraken albo coś w tym stylu, a wszystkie ryby uciekają, bo chcą od niego uciec?"
    
  Napędzana zastrzykiem adrenaliny z nadaktywnej wyobraźni, Nina kopała szybciej, mocno ściskając ramiona wzdłuż ciała, gdy przeciskała się między ostatnimi dużymi skałami, by dotrzeć do powierzchni. Za nią, ślad srebrzystych bąbelków znaczył jej postępy, a z jej fajki wystrzelił strumień migoczących kulek powietrza.
    
  Nina wynurzyła się na powierzchnię, gdy poczuła, jak jej klatka piersiowa i nogi zaczynają płonąć. Z mokrymi włosami zaczesanymi do tyłu, jej brązowe oczy wydawały się wyjątkowo duże. Stopami dotknęła piaszczystego dna i zaczęła wracać do zatoczki plażowej między wzgórzami utworzonymi przez skały. Krzywiąc się, walczyła z prądem, trzymając gogle w dłoni.
    
  Za nią nadchodził przypływ, a przebywanie w wodzie w tym miejscu było niebezpieczne. Na szczęście słońce zniknęło za gromadzącymi się chmurami, ale było już za późno. Nina po raz pierwszy na świecie doświadczała klimatu tropikalnego i już z tego powodu cierpiała. Ból w ramionach doskwierał jej za każdym razem, gdy woda chlapała na jej zaczerwienioną skórę. Nos zaczął się już łuszczyć od poparzenia słonecznego z poprzedniego dnia.
    
  "O Boże, czy mogę już iść na płyciznę!" - zachichotała z rozpaczą, słysząc nieustanny atak fal i morskiej bryzy, która oblepiała jej zaczerwienione ciało słoną wodą. Kiedy woda sięgała jej do pasa i kolan, pospieszyła, by znaleźć najbliższe schronienie, którym okazał się bar na plaży.
    
  Każdy napotkany chłopak i mężczyzna odwracał się, by obserwować drobną piękność, która dumnie stąpała po miękkim piasku. Ciemne brwi Niny, idealnie wyprofilowane nad dużymi, ciemnymi oczami, tylko podkreślały jej marmurkową cerę, mimo że była teraz mocno zarumieniona. Wszystkie oczy natychmiast skierowały się na trzy szmaragdowozielone trójkąty, które ledwo zakrywały części jej ciała najbardziej pożądane przez mężczyzn. Budowa ciała Niny nie była bynajmniej idealna, ale to sposób, w jaki się prezentowała, sprawiał, że inni podziwiali ją i pożądali.
    
  "Widziałeś mężczyznę, który był ze mną dziś rano?" zapytała młodego barmana, który miał na sobie rozpiętą koszulę w kwiaty.
    
  "Ten facet w okularach z obsesyjnymi szkłami?" - zapytał. Nina musiała się uśmiechnąć i skinąć głową.
    
  "Tak. Właśnie tego szukam" - puściła oko. Wzięła białą bawełnianą tunikę z narożnego krzesła, gdzie ją zostawiła, i włożyła ją przez głowę.
    
  "Dawno go nie widziałem, proszę pani. Ostatnim razem, kiedy go widziałem, jechał na spotkanie ze starszyzną pobliskiej wioski, żeby dowiedzieć się czegoś o ich kulturze, czy coś w tym stylu" - dodał barman. "Chcesz drinka?"
    
  "Hm, możesz przelać rachunek na mnie?" - zapytała z czarującym uśmiechem.
    
  "Oczywiście! Co to będzie?" - uśmiechnął się.
    
  "Sherry" - zdecydowała Nina. Wątpiła, żeby mieli jakiś likier. "Dziękuję."
    
  Dzień ustąpił miejsca dymnemu chłodowi, gdy przypływ przyniósł słoną mgłę, która osiadła na plaży. Nina popijała drinka, ściskając okulary przeciwsłoneczne i rozglądając się dookoła. Większość klientów już wyszła, z wyjątkiem grupy włoskich studentów, którzy wdali się w pijacką bójkę przy barze, i dwóch nieznajomych pochylonych nad drinkami przy ladzie.
    
  Po wypiciu sherry Nina zdała sobie sprawę, że morze jest dużo bliżej, a słońce szybko zachodzi.
    
  "Zbliża się burza czy coś?" zapytała barmana.
    
  "Nie sądzę. Za mało chmur na to" - odpowiedział, pochylając się, żeby wyjrzeć spod strzechy. "Ale myślę, że niedługo zrobi się zimno".
    
  Nina roześmiała się na tę myśl.
    
  "A jak to możliwe?" zachichotała. Zauważywszy zdziwioną minę barmana, wyjaśniła mu, dlaczego ich zimny pomysł wydał jej się zabawny. "Och, jestem ze Szkocji, rozumiesz?"
    
  "Ach!" - zaśmiał się. "Rozumiem! Właśnie dlatego brzmisz jak Billy Connelly! I dlaczego ty" - zmarszczył brwi ze współczuciem, zwracając szczególną uwagę na jej zaczerwienioną skórę - "przegrałaś walkę ze słońcem pierwszego dnia tutaj".
    
  "Tak" - zgodziła się Nina, dąsając się z porażką i ponownie badając swoje dłonie. "Bali mnie nienawidzi".
    
  Zaśmiał się i pokręcił głową. "Nie! Bali kocha piękno. Bali kocha piękno!" wykrzyknął i schował się pod ladą, by wynurzyć się z butelką sherry. Nalał jej kolejny kieliszek. "Ze strony, uprzejmość Bali".
    
  "Dziękuję" - uśmiechnęła się Nina.
    
  Odzyskany spokój niewątpliwie dobrze jej zrobił. Ani razu, odkąd przyjechali z Samem dwa dni wcześniej, nie straciła panowania nad sobą, z wyjątkiem oczywiście momentu, gdy przeklinała słońce, gdy ją smagało. Z dala od Szkocji, z dala od domu w Oban, czuła, że głębsze pytania po prostu do niej nie docierają. Zwłaszcza tutaj, z równikiem na północ, a nie na południe, po raz pierwszy czuła się poza zasięgiem wszelkich przyziemnych czy poważnych spraw.
    
  Bali skrywało ją bezpiecznie. Nina cieszyła się dziwnością, tym, jak bardzo wyspy różniły się od Europy, nawet jeśli nienawidziła słońca i nieustannych fal upałów, które zamieniały jej gardło w pustynię, a język przyklejał się do podniebienia. Nie żeby miała przed czym się ukrywać, ale Nina potrzebowała zmiany otoczenia dla własnego dobra. Tylko wtedy po powrocie do domu będzie w najlepszej formie.
    
  Dowiedziawszy się, że Sam żyje i widząc go ponownie, arogancka akademiczka natychmiast postanowiła wykorzystać jego towarzystwo, wiedząc, że jednak nie jest dla niej stracony. Sposób, w jaki on, Raichtisusis, wyłonił się z cienia w posiadłości Dave'a Purdue, nauczył ją cenić teraźniejszość i nic więcej. Kiedy myślała, że nie żyje, zrozumiała znaczenie ostateczności i żalu i poprzysięgła sobie nigdy więcej nie doświadczać tego bólu - bólu niewiedzy. Jego nieobecność w jej życiu przekonała Ninę, że kocha Sama, nawet jeśli nie wyobrażała sobie poważnego związku z nim.
    
  Sam był wtedy nieco inny. Naturalnie, byłby, gdyby został porwany na pokładzie diabolicznego nazistowskiego statku, który uwięził jego istotę w dziwacznej sieci nieświętej fizyki. Nie było jasne, jak długo był rzucany z tunelu czasoprzestrzennego do tunelu czasoprzestrzennego, ale jedno było pewne: zmieniło to pogląd światowej sławy dziennikarza na to, co niewiarygodne.
    
  Nina słuchała cichnącej rozmowy gości, zastanawiając się, co Sam robi. Obecność jego aparatu tylko utwierdziła ją w przekonaniu, że zniknie na jakiś czas, prawdopodobnie zatracony w pięknie wysp i niezdolny do śledzenia czasu.
    
  "Ostatni drink" - barman uśmiechnął się i zaproponował, że naleje jej kolejnego.
    
  "Och, nie, dziękuję. Na pusty żołądek to jak Rohypnol" - zaśmiała się. "Chyba na tym zakończę".
    
  Zeskoczyła ze stołka barowego, zebrała swój amatorski sprzęt do nurkowania i zarzuciwszy go na ramię, pomachała barmanowi na pożegnanie. Nie było go w pokoju, który dzieliła z Samem, co było do przewidzenia, ale Nina nie mogła pozbyć się niepokoju związanego z jego odejściem. Zrobiła sobie herbatę i czekała, wyglądając przez szerokie, przesuwane szklane drzwi, gdzie cienkie, białe zasłony powiewały na morskiej bryzie.
    
  "Nie mogę" - jęknęła. "Jak ludzie mogą tak siedzieć? Boże, zaraz zwariuję".
    
  Nina zamknęła okna, włożyła bojówki w kolorze khaki i buty trekkingowe, a do małej torby spakowała składany nóż, kompas, ręcznik i butelkę wody pitnej. Zdeterminowana, wyruszyła w gęsto zalesiony teren za ośrodkiem, skąd szlak turystyczny prowadził do pobliskiej wioski. Początkowo zarośnięta piaszczysta ścieżka wiła się wśród wspaniałej katedry drzew dżungli, pełnej kolorowych ptaków i orzeźwiających, czystych strumieni. Przez kilka minut ptasie śpiewy były niemal ogłuszające, ale w końcu ćwierkanie ucichło, jakby ograniczało się do otoczenia, które właśnie opuściła.
    
  Ścieżka przed nią prowadziła prosto pod górę, a roślinność była tu znacznie mniej bujna. Nina zdała sobie sprawę, że ptaki zostały w tyle i że teraz przedziera się przez upiornie cichą okolicę. W oddali słyszała głosy ludzi zażarcie kłócących się, niosące się echem po płaskim terenie rozciągającym się od krawędzi wzgórza, na którym stała. Poniżej, w małej wiosce, kobiety lamentowały i tuliły się do siebie, podczas gdy mężczyźni z plemienia bronili się, krzycząc na siebie. Pośród tego wszystkiego, na piasku siedział samotny mężczyzna - intruz.
    
  "Sam!" - wysapała Nina. "Sam?"
    
  Zaczęła schodzić ze wzgórza w stronę osady. Wyraźny zapach ognia i mięsa wypełnił powietrze, gdy się zbliżyła, a jej wzrok utkwiony był w Samie. Siedział po turecku, prawą rękę oparł na głowie innego mężczyzny, powtarzając w kółko jedno słowo w obcym języku. Niepokojący widok przeraził Ninę, ale Sam był jej przyjacielem i miała nadzieję ocenić sytuację, zanim tłum stanie się agresywny.
    
  "Halo!" powiedziała, wchodząc na centralną polanę. Mieszkańcy wioski zareagowali z nieskrywaną wrogością, natychmiast krzycząc na Ninę i dziko machając rękami, żeby ją odgonić. Rozłożyła ramiona, próbując pokazać, że nie jest wrogiem.
    
  "Nie jestem tu po to, żeby wyrządzić komuś krzywdę. To" - wskazała na Sama - "mój przyjaciel. Zabiorę go, dobrze? Dobrze?" Nina uklękła, demonstrując uległą mowę ciała, gdy zbliżała się do Sama.
    
  "Sam" - powiedziała, wyciągając do niego rękę. "O mój Boże! Sam, co się dzieje z twoimi oczami?"
    
  Jego oczy wywracały się do wewnątrz, gdy powtarzał w kółko to samo słowo.
    
  "Kalihasa! Kalihasa!"
    
  "Sam! Cholera, Sam, obudź się, cholera! Przez ciebie nas zabijesz!" krzyczała.
    
  "Nie możesz go obudzić" - powiedział Ninie mężczyzna, który zapewne był wodzem plemienia.
    
  "Dlaczego nie?" Zmarszczyła brwi.
    
  "Ponieważ nie żyje."
    
    
  Rozdział 5
    
    
  Nina poczuła, jak włosy stają jej dęba w suchym, popołudniowym upale. Niebo nad wioską przybrało bladożółty odcień, przypominający brzemienne niebo Atherton, które odwiedziła kiedyś jako dziecko podczas burzy.
    
  Zmarszczyła brwi z niedowierzaniem, patrząc surowo na szefa. "On nie umarł. Żyje i oddycha... tutaj! Co on mówi?"
    
  Starzec westchnął, jakby widział tę samą scenę już zbyt wiele razy w życiu.
    
  "Kalihasa. Rozkazuje osobie podległej jego władzy umrzeć w jego imieniu".
    
  Inny mężczyzna obok Sama zaczął drgać, ale rozwścieczeni obserwatorzy nie zrobili żadnego ruchu, żeby pomóc towarzyszowi. Nina energicznie potrząsnęła Samem, ale zaniepokojony szef kuchni odepchnął ją.
    
  "Co?" krzyknęła na niego. "Zatrzymam to! Puść mnie!"
    
  "Martwi bogowie przemówili. Musisz słuchać" - ostrzegł.
    
  "Czy wy wszyscy oszaleliście?" krzyknęła, wyrzucając ręce w górę. "Sam!" Nina była przerażona, ale wciąż przypominała sobie, że to Sam - jej Sam - i że musi powstrzymać go przed zabiciem tubylca. Wódz trzymał ją za nadgarstek, żeby nie przeszkadzała. Jego uścisk był nienaturalnie silny jak na tak wątłego staruszka.
    
  Na piasku przed Samem, tubylec krzyczał z bólu, a Sam kontynuował swoją bezprawną pieśń. Krew sączyła się z nosa Sama i kapała na jego klatkę piersiową i uda, wywołując przerażenie wśród mieszkańców wioski. Kobiety płakały, a dzieci krzyczały, doprowadzając Ninę do łez. Gwałtownie potrząsając głową, szkocka historyczka krzyczała histerycznie, zbierając siły. Rzuciła się naprzód z całej siły, wyrywając się z uścisku wodza.
    
  Ogarnięta wściekłością i strachem, Nina rzuciła się na Sama z butelką wody w dłoni, ścigana przez trzech wieśniaków wysłanych, by ją powstrzymać. Była jednak zbyt szybka. Dotarłszy do Sama, oblała mu twarz i głowę wodą. Zwichnęła ramię, gdy wieśniacy ją złapali. Ich pęd okazał się zbyt silny dla jej drobnej postury.
    
  Oczy Sama zamknęły się, gdy krople wody spływały mu po czole. Jego śpiew natychmiast ucichł, a tubylec przed nim uwolnił się od męki. Wyczerpany i płaczący, tarzał się po piasku, wzywając swoich bogów i dziękując im za łaskę.
    
  "Odejdź ode mnie!" krzyknęła Nina, uderzając zdrową ręką jednego z mężczyzn. Uderzył ją mocno w twarz, posyłając na piasek.
    
  "Zabierzcie stąd swojego złego proroka!" - warknął napastnik Niny z silnym akcentem, unosząc pięść, ale wódz powstrzymał go przed dalszą przemocą. Pozostali mężczyźni na jego rozkaz podnieśli się z ziemi i zostawili Ninę i Sama w spokoju, ale nie wcześniej niż splunęli na przechodzących intruzów.
    
  "Sam? Sam!" krzyknęła Nina, a jej głos drżał z szoku i wściekłości, gdy trzymała jego twarz w dłoniach. Przycisnęła boleśnie zranione ramię do piersi, próbując podnieść oszołomionego Sama na nogi. "Jezu Chryste, Sam! Wstawaj!"
    
  Po raz pierwszy Sam mrugnął i zmarszczył brwi, czując, jak ogarnia go zmieszanie.
    
  "Nina?" jęknął. "Co ty tu robisz? Jak mnie znalazłaś?"
    
  "Słuchaj, po prostu spieprzaj i wynoś się stąd, zanim ci ludzie usmażą nam blade tyłki na obiad, okej?" - powiedziała pod nosem. "Proszę. Proszę, Sam!"
    
  Spojrzał na swoją piękną przyjaciółkę. Wyglądała na zszokowaną.
    
  "Co to za siniak na twojej twarzy? Nina. Hej! Czy ktoś..." Zdał sobie sprawę, że są w środku szybko rosnącego tłumu. "...czy ktoś cię uderzył?"
    
  "Nie bądź teraz taki macho. Wynośmy się stąd. Natychmiast" - wyszeptała z naciskiem.
    
  "Dobra, dobra" - mruknął bez ładu i składu, wciąż kompletnie oszołomiony. Jego wzrok błądził z boku na bok, obserwując plującą publiczność, która wykrzykiwała obelgi i gestykulowała w jego i Ninę. "O co im chodzi, na litość boską?"
    
  "Nieważne. Wyjaśnię wszystko, jeśli wyjdziemy stąd żywi" - wyszeptała Nina z agonią i paniką, ciągnąc chwiejne ciało Sama w stronę szczytu wzgórza.
    
  Poruszali się tak szybko, jak tylko mogli, ale kontuzja Niny nie pozwalała jej biec.
    
  "Nie mogę, Sam. Kontynuuj!" - krzyknęła.
    
  "Absolutnie nie. Pozwól, że ci pomogę" - odpowiedział, niezgrabnie dotykając jej brzucha.
    
  "Co robisz?" zmarszczyła brwi.
    
  "Próbuję objąć cię w talii, żebym mógł pociągnąć cię ze sobą, kochanie" - prychnął.
    
  "Nawet nie jesteś blisko. Jestem tu, na widoku" - jęknęła, ale nagle coś jej przyszło do głowy. Machając otwartą dłonią przed twarzą Sama, Nina zauważyła, że śledzi jego ruch. "Sam? Widzisz?"
    
  Zamrugał gwałtownie i wyglądał na zdenerwowanego. "Trochę. Widzę cię, ale trudno ocenić odległość. Moje postrzeganie głębi jest kompletnie zjebane, Nino".
    
  "Dobra, dobra, wracajmy do ośrodka. Jak już będziemy bezpiecznie w naszym pokoju, dowiemy się, co do cholery się z tobą stało" - zasugerowała ze współczuciem. Nina wzięła Sam za rękę i odprowadziła ich oboje do hotelu. Pod czujnym okiem gości i personelu, Nina i Sam pospieszyli do swojego pokoju. Gdy byli już w środku, zamknęła drzwi.
    
  "Połóż się, Sam" - powiedziała.
    
  "Dopóki nie wezwiemy lekarza, który zajmie się tym okropnym siniakiem" - zaprotestował.
    
  "To skąd możesz widzieć siniaka na mojej twarzy?" zapytała, wyszukując numer w książce telefonicznej hotelu.
    
  "Widzę cię, Nino" - westchnął. "Po prostu nie potrafię ci powiedzieć, jak daleko to wszystko jest ode mnie. Muszę przyznać, że to o wiele bardziej irytujące niż niemożność widzenia, dasz wiarę?"
    
  "O tak. Jasne" - odpowiedziała, wybierając numer taksówki. Zamówiła transport na najbliższy oddział ratunkowy. "Weź szybki prysznic, Sam. Musimy sprawdzić, czy masz trwały uszczerbek na wzroku - to znaczy, zaraz po tym, jak wstawią ci to z powrotem do stożka rotatorów".
    
  "Czy masz wybite ramię?" zapytał Sam.
    
  "Tak" - odpowiedziała. "Wymknęło im się, kiedy mnie złapali, żeby trzymać mnie z dala od ciebie".
    
  "Dlaczego? Co ty planowałeś, że chcieli mnie przed tobą chronić?" Uśmiechnął się lekko z zadowoleniem, ale widział, że Nina ukrywa przed nim szczegóły.
    
  "Miałam cię tylko obudzić, ale oni najwyraźniej nie chcieli, żebym to zrobiła, nic więcej" - wzruszyła ramionami.
    
  "Właśnie tego chcę się dowiedzieć. Czy spałem? Czy byłem nieprzytomny?" - zapytał szczerze, odwracając się do niej.
    
  "Nie wiem, Sam" - odpowiedziała nieprzekonująco.
    
  "Nina" - próbował się dowiedzieć.
    
  "Masz mniej" - spojrzała na zegar przy łóżku - "dwadzieścia minut, żeby wziąć prysznic i przygotować się na taksówkę".
    
  "Dobrze" - zgodził się Sam, wstając, żeby wziąć prysznic i powoli przesuwając się wzdłuż krawędzi łóżka i stołu. "Ale to jeszcze nie koniec. Kiedy wrócimy, powiesz mi wszystko, łącznie z tym, co przede mną ukrywasz".
    
  W szpitalu dyżurujący lekarze zajęli się ramieniem Niny.
    
  "Chcesz coś zjeść?" - zapytał spostrzegawczy indonezyjski lekarz. Przypominał Ninie jednego z tych obiecujących młodych hollywoodzkich reżyserów hipsterów, z jego mrocznymi rysami i dowcipną osobowością.
    
  "Może twoja pielęgniarka?" wtrącił Sam, wprawiając niczego niepodejrzewającą pielęgniarkę w osłupienie.
    
  "Nie zwracaj na niego uwagi. Nic na to nie poradzi" - Nina puściła oko do zaskoczonej pielęgniarki, która miała zaledwie dwadzieścia kilka lat. Dziewczyna wymusiła uśmiech, rzucając niepewne spojrzenie na przystojnego mężczyznę, który wszedł na izbę przyjęć z Niną. "A ja gryzę tylko mężczyzn".
    
  "Dobrze wiedzieć" - uśmiechnął się czarujący lekarz. "Jak to zrobiłeś? I nie mów mi, że musiałeś ciężko pracować".
    
  "Upadłam podczas chodzenia" - odpowiedziała Nina bez mrugnięcia okiem.
    
  "Dobrze, idziemy. Gotowa?" - zapytał lekarz.
    
  "Nie" - jęknęła przez ułamek sekundy, zanim lekarz szarpnął ją mocno za ramię, wywołując skurcze mięśni. Nina krzyknęła z bólu, gdy więzadła piekły, a mięśnie się naciągały, wywołując potworny atak bólu w ramieniu. Sam zerwał się na równe nogi, żeby do niej podejść, ale pielęgniarka delikatnie go odepchnęła.
    
  "Już po! Już po wszystkim" - uspokoił ją lekarz. "Wszystko wróciło do normy, dobrze? Będzie palić jeszcze przez dzień lub dwa, ale potem będzie lepiej. Trzymaj go w temblaku. Nie ruszaj się za dużo przez następny miesiąc, więc nie chodź".
    
  "O mój Boże! Przez sekundę myślałam, że wyrywasz mi cholerną rękę!" Nina zmarszczyła brwi. Jej czoło lśniło od potu, a wilgotna skóra była zimna w dotyku, gdy Sam wyciągnął rękę, żeby ją wziąć.
    
  "Wszystko w porządku?" zapytał.
    
  "Tak, jestem złota" - powiedziała, ale jej twarz mówiła co innego. "Teraz musimy sprawdzić twój wzrok".
    
  "Co się dzieje z pana oczami?" zapytał charyzmatyczny doktor.
    
  "No właśnie o to chodzi. Nie mam pojęcia. Ja..." - spojrzał na Ninę podejrzliwie przez chwilę - "wiesz, zasnąłem na zewnątrz, opalając się. A kiedy się obudziłem, miałem problem z koncentracją na odległość".
    
  Lekarz wpatrywał się w Sama, jego wzrok utkwiony w nim, jakby nie wierzył ani słowu turysty. Sięgnął do kieszeni płaszcza po latarkę i skinął głową. "Mówisz, że zasnąłeś podczas opalania. Opalasz się w koszuli? Nie masz opalenizny na klatce piersiowej, a dopóki nie odbijasz światła słonecznego od swojej bladej skóry, mój szkocki przyjacielu, niewiele wskazuje na to, że twoja historia jest prawdziwa".
    
  "Nie sądzę, żeby miało znaczenie, dlaczego spał, doktorze" - broniła się Nina.
    
  Spojrzał na małą petardę dużymi, ciemnymi oczami. "Naprawdę, to robi wielką różnicę, proszę pani. Tylko jeśli będę wiedział, gdzie była, jak długo, na co była narażona i tak dalej, będę mógł określić, co mogło być przyczyną problemu".
    
  "Gdzie chodziłeś do szkoły?" zapytał Sam, zupełnie odchodząc od tematu.
    
  "Ukończyłem Uniwersytet Cornella i spędziłem cztery lata na Uniwersytecie Pekińskim, proszę pana. Pracowałem nad magisterium na Stanfordzie, ale musiałem je przerwać, żeby przyjechać i pomóc w związku z powodzią w Brunei w 2014 roku" - wyjaśnił, patrząc Samowi w oczy.
    
  "I ukrywasz się w takim małym miejscu? Powiedziałbym, że to wręcz szkoda" - zauważył Sam.
    
  "Moja rodzina jest tutaj i myślę, że to właśnie tam moje umiejętności są najbardziej potrzebne" - powiedział młody lekarz, starając się mówić lekko i osobiście, pragnąc nawiązać bliską relację ze Szkotem, zwłaszcza biorąc pod uwagę jego podejrzenia, że coś jest nie tak. Poważna rozmowa na temat takiej choroby byłaby niemożliwa nawet z najbardziej otwartymi ludźmi.
    
  "Panie Cleve, dlaczego nie pójdzie pan ze mną do mojego gabinetu, żebyśmy mogli porozmawiać w cztery oczy?" - zasugerował lekarz poważnym tonem, który zaniepokoił Ninę.
    
  "Czy Nina może iść z nami?" - zapytał Sam. "Chcę, żeby była ze mną podczas prywatnych rozmów o moim zdrowiu".
    
  "Bardzo dobrze" - powiedział lekarz i odprowadzili go do małego pokoju, wychodzącego z krótkiego korytarza oddziału. Nina zerknęła na Sama, ale wydawał się spokojny. Sterylne otoczenie przyprawiało Ninę o mdłości. Lekarz zamknął drzwi i obrzucił ich oboje długim, intensywnym spojrzeniem.
    
  "Może byliście w wiosce niedaleko plaży?" - zapytał.
    
  "Tak" - powiedział Sam. "Czy to miejscowa infekcja?"
    
  "Czy to tam się pani zraniła, proszę pani?" Odwrócił się do Niny z nutą niepokoju. Skinęła głową na znak zgody, wyglądając na nieco zawstydzoną swoim wcześniejszym niezdarnym kłamstwem.
    
  "Czy to jakaś choroba, doktorze?" naciskał Sam. "Czy ci ludzie mają jakąś chorobę...?"
    
  Lekarz wziął głęboki oddech. "Panie Cleve, czy wierzy pan w zjawiska nadprzyrodzone?"
    
    
  Rozdział 6
    
    
  Purdue obudził się w czymś, co przypominało zamrażarkę albo trumnę przeznaczoną do przechowywania zwłok. Jego oczy nie widziały niczego przed sobą. Ciemność i cisza przypominały zimną atmosferę, która szczypała go w nagą skórę. Lewą ręką sięgnął do prawego nadgarstka, ale odkrył, że zegarek został zdjęty. Każdy oddech był jękiem agonii, gdy krztusił się zimnym powietrzem sączącym się gdzieś z ciemności. Wtedy Purdue zdał sobie sprawę, że jest całkowicie nagi.
    
  "O mój Boże! Proszę, nie mów mi, że leżę na stole w jakiejś kostnicy. Proszę, nie mów mi, że uważa się mnie za zmarłego!" - błagał jego wewnętrzny głos. "Spokojnie, Davidzie. Tylko spokojnie, dopóki nie dowiesz się, co się dzieje. Nie ma sensu wpadać w przedwczesną panikę. Panika tylko zaburza osąd. Panika tylko zaburza osąd".
    
  Ostrożnie przesunął dłonie wzdłuż ciała i wzdłuż boków, aby wyczuć, co znajduje się pod nim.
    
  "Atlas".
    
  "Czy to może być trumna?" - pomyślał, ale wyobrażał sobie, że trumna jest wszystkim, tylko nie zimna. Sporadyczne drgawki mięśni w końcu przerodziły się w pełnoobjawowe skurcze, szczególnie w nogach. Purdue wył z bólu w ciemności, ściskając nogi. Przynajmniej to oznaczało, że nie był zamknięty w trumnie ani w lodówce w kostnicy. Mimo to świadomość tego nie przynosiła mu ukojenia. Zimno było nie do zniesienia, nawet bardziej niż gęsta ciemność wokół niego.
    
  Nagle ciszę przerwał odgłos zbliżających się kroków.
    
  "Czy to moje zbawienie?" Czy moja zguba?
    
  Purdue słuchał uważnie, walcząc z pragnieniem szybkiego oddechu. W pomieszczeniu nie było żadnych głosów, słychać było jedynie nieustanny tupot kroków. Serce waliło mu jak młotem od mnóstwa myśli o tym, co to może być - gdzie może się znaleźć. Pstryknął włącznik i białe światło oślepiło Purdue'a, kłując go w oczy.
    
  "Oto on" - usłyszał wysoki męski głos, który przypomniał mu Liberace"a. "Mój Pan i Zbawiciel".
    
  Purdue nie mógł otworzyć oczu. Nawet przez zamknięte powieki światło przenikało do jego czaszki.
    
  "Nie spiesz się, Herr Perdue" - poradził głos z silnym berlińskim akcentem. "Twoje oczy muszą się najpierw przyzwyczaić, bo inaczej oślepniesz, moja droga. A tego nie chcemy. Jesteś po prostu zbyt cenny".
    
  Nietypowo dla Dave'a Perdue, postanowił odpowiedzieć wyraźnie: "Pieprz się".
    
  Mężczyzna zaśmiał się z wulgaryzmów, które brzmiały dość zabawnie. Do uszu Perdue'a dotarł odgłos oklasków i skrzywił się.
    
  "Czemu jestem nagi? Przecież nie dźwigam ciężarów w ten sposób, człowieku" - zdołał wykrztusić Perdue.
    
  "Och, dasz radę, bez względu na to, jak bardzo będziemy cię naciskać, moja droga. Zobaczysz. Opór jest bardzo niezdrowy. Współpraca jest niezbędna jak tlen, jak wkrótce zrozumiesz. Jestem twoim panem, Klaus, a ty jesteś nagi z tego prostego powodu, że nagich mężczyzn łatwo rozpoznać, gdy uciekają. Widzisz, nie ma potrzeby cię krępować, gdy jesteś nagi. Wierzę w proste, ale skuteczne metody" - wyjaśnił mężczyzna.
    
  Purdue zmusił wzrok do przystosowania się do jasnego otoczenia. Wbrew wszystkim obrazom, jakie wyobrażał sobie, leżąc w ciemności, cela, w której był przetrzymywany, była duża i bogato wyposażona. Przypominała mu wystrój kaplicy zamku Glamis w jego rodzinnej Szkocji. Sufity i ściany zdobiły obrazy olejne w stylu renesansowym, o żywych barwach i oprawionych w złocone ramy. Z sufitu zwisały złote żyrandole, a okna, wyłaniające się zza luksusowych, ciemnofioletowych draperii, zdobiły witraże.
    
  W końcu jego wzrok odnalazł mężczyznę, o którym do tej pory słyszał tylko jego głos, i wyglądał niemal dokładnie tak, jak Purdue sobie wyobrażał. Niezbyt wysoki, szczupły i elegancko ubrany, Klaus stał uważnie, z rękami starannie złożonymi przed sobą. Kiedy się uśmiechał, na jego policzkach pojawiały się głębokie dołeczki, a jego ciemne, paciorkowate oczy zdawały się czasem świecić w jasnym świetle. Purdue zauważył, że Klaus czesał włosy w sposób, który przypominał mu Hitlera - ciemny przedziałek z boku, bardzo krótki od czubka ucha w dół. Ale jego twarz była gładko ogolona, a pod nosem nie było śladu po ohydnej kępce włosów, którą nosił demoniczny przywódca nazistów.
    
  "Kiedy mogę się ubrać?" - zapytał Perdue, starając się być jak najbardziej uprzejmy. "Jest mi strasznie zimno".
    
  "Obawiam się, że nie możesz. Dopóki tu będziesz, będziesz nagi, zarówno ze względów praktycznych, jak i" - oczy Klausa z bezwstydnym podziwem przyglądały się wysokiej, szczupłej sylwetce Perdue - "ze względów estetycznych".
    
  "Bez ubrania zamarznę na śmierć! To niedorzeczne!" - zaprotestował Perdue.
    
  "Proszę się opanować, Herr Perdue" - odparł spokojnie Klaus. "Zasady to zasady. Jednak ogrzewanie zostanie włączone, jak tylko wydam polecenie, dla zapewnienia panu komfortu. Ochłodziliśmy pokój tylko po to, żeby pana obudzić".
    
  "A nie mogłeś mnie obudzić po staremu?" Purdue zaśmiał się cicho.
    
  "Jaki jest ten staromodny sposób? Wołanie cię po imieniu? Polewanie wodą? Wysyłanie ulubionego kota, żeby cię przytulił? Proszę bardzo. To świątynia nieczystych bogów, mój drogi. Zdecydowanie nie popieramy uprzejmości i rozpieszczania" - powiedział Klaus zimnym głosem, który przeczył jego uśmiechniętej twarzy i błyszczącym oczom.
    
  Nogi Perdue'a drżały, a sutki stwardniały mu od zimna, gdy stał obok pokrytego jedwabiem stołu, który służył mu za łóżko, odkąd go tu przywieziono. Dłonie zakrywały jego męskość, a spadająca temperatura ciała uwidaczniała się w fioletowym odcieniu paznokci i ust.
    
  "Heizung!" - rozkazał Klaus. Zmienił ton na łagodniejszy: "Za kilka minut poczujesz się o wiele wygodniej, obiecuję".
    
  "Dziękuję" - wyjąkał Perdue, szczękając zębami.
    
  "Możesz usiąść, jeśli chcesz, ale nie będziesz mógł opuścić tego pokoju, dopóki ktoś cię nie wyprowadzi - lub nie wyniesie - w zależności od stopnia twojej współpracy" - poinformował go Klaus.
    
  "Coś w tym stylu" - powiedział Perdue. "Gdzie ja jestem? W świątyni? I czego ode mnie potrzebujesz?"
    
  "Powoli!" - wykrzyknął Klaus z szerokim uśmiechem, klaszcząc w dłonie. "Chcesz tylko poznać szczegóły. Spokojnie."
    
  Perdue czuł narastającą frustrację. "Słuchaj, Klaus, nie jestem żadnym cholernym turystą! Nie jestem tu po to, żeby cię odwiedzać, a już na pewno nie po to, żeby cię zabawiać. Chcę poznać szczegóły, żebyśmy mogli dokończyć tę nieszczęsną sprawę i wrócić do domu! Wydaje ci się, że zakładasz, że jestem zadowolony z bycia tutaj w moim cholernym świątecznym kostiumie, skacząc przez twoje obręcze jak cyrkowe zwierzę!"
    
  Uśmiech Klausa szybko zgasł. Gdy Perdue skończył swoją tyradę, chudzielec spojrzał na niego bez ruchu. Perdue miał nadzieję, że jego słowa dotarły do irytującego idioty, który pogrywał z nim w jeden z jego nieudanych dni.
    
  "Skończyłeś, David?" - zapytał Klaus niskim, złowieszczym głosem, ledwo słyszalnym. Jego ciemne oczy wpatrywały się prosto w Purdue, gdy opuścił brodę i splótł palce. "Pozwól, że coś wyjaśnię. Nie jesteś tu gościem, to prawda; nie jesteś też gospodarzem. Nie masz tu żadnej władzy, bo jesteś nagi, co oznacza, że nie masz dostępu do komputera, gadżetów ani kart kredytowych, żeby wykonywać swoje magiczne sztuczki".
    
  Klaus powoli podszedł do Perdue, kontynuując wyjaśnienia. "Nie wolno ci tu zadawać pytań ani wyrażać opinii. Będziesz posłuszny albo zginiesz, i zrobisz to bez pytania, czy to jasne?"
    
  "Jasne jak kryształ" - odpowiedział Perdue.
    
  "Jedynym powodem, dla którego mam do ciebie jakikolwiek szacunek, jest to, że byłeś kiedyś Renatusem z Zakonu Czarnego Słońca" - powiedział Perdue, krążąc wokół niego. Klaus wyraźnie pokazał wyraz głębokiej pogardy dla swojego jeńca. "Chociaż byłeś złym królem, zdradzieckim zdrajcą, który postanowił zniszczyć Czarne Słońce, zamiast wykorzystać je do rządzenia nowym Babilonem".
    
  "Nigdy nie ubiegałem się o to stanowisko!" bronił swojej sprawy, ale Klaus mówił dalej, jakby słowa Perdue były jedynie skrzypieniem drewnianej boazerii w pokoju.
    
  "Miałeś najpotężniejszą bestię świata na każde skinienie, Renatusie, a postanowiłeś ją zbezcześcić, zgwałcić i niemal doprowadzić do całkowitego upadku wielowiekowej potęgi i mądrości" - głosił Klaus. "Gdyby taki był twój plan od samego początku, pochwaliłbym cię. To dowód talentu do podstępu. Ale jeśli zrobiłeś to z obawy przed potęgą, mój przyjacielu, jesteś nic nie wart".
    
  "Dlaczego bronisz Zakonu Czarnego Słońca? Jesteś jednym z ich sługusów? Obiecali ci miejsce w swojej sali tronowej po zniszczeniu świata? Jeśli im ufasz, jesteś głupcem najwyższego rzędu" - odparł Perdue. Poczuł, jak jego skóra rozluźnia się pod wpływem łagodnego ciepła zmieniającej się temperatury w pomieszczeniu.
    
  Klaus zaśmiał się i uśmiechnął gorzko, stojąc przed Perdue.
    
  "Przypuszczam, że przydomek "głupiec" zależy od celu gry, nie sądzisz? Dla ciebie jestem głupcem, który dąży do władzy za wszelką cenę. Dla mnie jesteś głupcem, bo ją marnujesz" - powiedział.
    
  "Słuchaj, czego chcesz?" - wrzasnął Perdue.
    
  Podszedł do okna i odsunął zasłonę. Za zasłoną, wpuszczona w drewnianą ramę, znajdowała się klawiatura. Zanim jej użył, Klaus zerknął na Purdue.
    
  "Zostałeś tu sprowadzony, żeby cię zaprogramować i znów móc komuś służyć" - powiedział. "Potrzebujemy wyjątkowej relikwii, Davidzie, a ty ją dla nas znajdziesz. A chcesz wiedzieć, co w tym najlepsze?"
    
  Teraz uśmiechał się, tak jak poprzednio. Perdue milczał. Wolał odczekać i wykorzystać swoją obserwację, by znaleźć wyjście, gdy szaleniec odejdzie. W tym momencie nie chciał już dłużej bawić Klausa, tylko po prostu się zgodził.
    
  "Najlepsze jest to, że będziesz chciał nam służyć" - zaśmiał się Klaus.
    
  "Co to za pamiątka?" zapytał Perdue, udając zainteresowanie tą kwestią.
    
  "Och, coś naprawdę wyjątkowego, jeszcze bardziej wyjątkowego niż Włócznia Przeznaczenia!" - wyjawił. "Niegdyś nazywana Ósmym Cudem Świata, mój drogi Davidzie, zaginęła podczas II wojny światowej na skutek działania złowrogiej siły, która rozprzestrzeniła się po Europie Wschodniej niczym szkarłatna zaraza. Z powodu ich ingerencji jest dla nas stracona i chcemy ją odzyskać. Chcemy, aby każdy ocalały fragment został ponownie złożony i przywrócony do dawnej świetności, aby zdobił główną salę tej świątyni w jej złotym blasku".
    
  Perdue się zakrztusił. To, co Klaus sugerował, było absurdalne i niemożliwe, ale typowe dla Czarnego Słońca.
    
  "Naprawdę spodziewasz się znaleźć Bursztynową Komnatę?" - zapytał zaskoczony Perdue. "Została zniszczona przez brytyjskie naloty i nigdy nie dotarła poza Królewiec! Już nie istnieje. Tylko jej fragmenty są rozrzucone po dnie oceanu i pod fundamentami starych ruin zniszczonych w 1944 roku. To daremna misja!"
    
  "No cóż, zobaczymy, czy uda nam się zmienić twoje zdanie" - uśmiechnął się Klaus.
    
  Odwrócił się, by wpisać kod na klawiaturze. Rozległ się głośny szum, ale Purdue nie dostrzegł niczego niezwykłego, dopóki wspaniałe malowidła na suficie i ścianach nie rozpłynęły się w swoich oryginalnych płótnach. Purdue zdał sobie sprawę, że to wszystko było złudzeniem optycznym.
    
  Powierzchnie wewnątrz ram pokryte były ekranami LED, zdolnymi przekształcać sceny, niczym okna, w cyberwszechświat. Nawet okna były po prostu obrazami na płaskich ekranach. Nagle na wszystkich monitorach pojawił się przerażający symbol Czarnego Słońca, po czym zmienił się w jeden, gigantyczny obraz, który rozprzestrzenił się po wszystkich ekranach. Z pierwotnego pomieszczenia nic nie pozostało. Purdue nie znajdował się już w wystawnym salonie zamku. Stał w jaskini ognia i choć wiedział, że to tylko projekcja, nie mógł zaprzeczyć dyskomfortowi rosnącej temperatury.
    
    
  Rozdział 7
    
    
  Niebieskie światło telewizora nadawało pomieszczeniu jeszcze bardziej upiorny klimat. Ruch wiadomości rzucał na ściany mnóstwo czarno-niebieskich kształtów i cieni, migocząc niczym błyskawice i tylko na chwilę oświetlając dekoracje stołu. Nic nie było tam, gdzie powinno. Tam, gdzie kiedyś szklane półki kredensu trzymały szklanki i talerze, teraz znajdowała się tylko ziejąca rama, a w środku nic nie było. Duże, poszarpane odłamki potłuczonych naczyń walały się po podłodze przed kredensem, a także na górze szuflady.
    
  Plamy krwi pokrywały niektóre wióry i płytki podłogowe, czerniejąc w świetle telewizora. Postacie na ekranie zdawały się nie zwracać do nikogo konkretnego. W pomieszczeniu nie było publiczności, choć ktoś był obecny. Na sofie drzemiąca postać mężczyzny wypełniała wszystkie trzy siedzenia i podłokietniki. Jego koce opadły na podłogę, wystawiając go na nocny chłód, ale to go nie obchodziło.
    
  Od śmierci żony Detlef nie czuł nic. Nie tylko stracił emocje, ale i zmysły. Detlef pragnął czuć tylko smutek i żałobę. Jego skóra była zimna, tak zimna, że aż piekła, ale wdowiec czuł tylko odrętwienie, gdy koce zsuwały się z niego i opadały na dywan.
    
  Jej buty wciąż leżały na skraju łóżka, tam, gdzie rzuciła je poprzedniej nocy. Detlef nie mógł się zmusić, żeby je zabrać, bo wtedy naprawdę by zniknęła. Odciski palców Gabi wciąż widniały na skórzanym pasku, brud z podeszew wciąż tam był, a kiedy dotknął butów, poczuł to. Gdyby schował je do szafy, ślady jego ostatnich chwil z Gabi zniknęłyby na zawsze.
    
  Skóra złuszczyła się z jego połamanych kostek, pozostawiając na ranie warstwę resztek. Detlef również tego nie czuł. Czuł tylko chłód, łagodzący ból po ataku i rany poszarpane. Oczywiście wiedział, że następnego dnia poczuje pieczenie ran, ale na razie pragnął tylko snu. Kiedy zaśnie, będzie ją widział w snach. Nie będzie musiał stawiać czoła rzeczywistości. We śnie będzie mógł ukryć się przed rzeczywistością śmierci żony.
    
  "To Holly Darryl, na miejscu makabrycznego incydentu, który miał miejsce dziś rano w ambasadzie brytyjskiej w Berlinie" - bełkotał amerykański reporter w telewizji. "To właśnie tutaj Ben Carrington z ambasady brytyjskiej był świadkiem makabrycznego samobójstwa Gabi Holzer, rzeczniczki Kancelarii Rzeszy. Być może pamiętacie panią Holzer jako rzeczniczkę, która rozmawiała z prasą o niedawnych morderstwach polityków i finansistów w Berlinie, nazywanych obecnie przez media "ofensywą Midasa". Źródła podają, że motywy pani Holzer, która odebrała sobie życie po tym, jak pomogła w śledztwie w sprawie tych morderstw, pozostają niejasne. Pozostaje pytanie, czy była potencjalnym celem tych samych zabójców, a może nawet miała z nimi jakiś związek".
    
  Detlef warknął, na wpół śpiąc, na bezczelność mediów, które nawet sugerowały, że jego żona może mieć coś wspólnego z morderstwami. Nie mógł się zdecydować, które z dwóch kłamstw irytowało go bardziej - domniemane samobójstwo czy absurdalne przeinaczenie jej udziału. Zaniepokojony niesprawiedliwymi spekulacjami wszystkowiedzących dziennikarzy, Detlef czuł narastającą nienawiść do tych, którzy oczernili jego żonę w oczach świata.
    
  Detlef Holzer nie był tchórzem, ale był poważnym samotnikiem. Być może wynikało to z wychowania, a może po prostu z jego charakteru, ale zawsze cierpiał wśród ludzi. Niepewność siebie zawsze była jego przekleństwem, nawet jako dziecko. Nigdy nie wyobrażał sobie, że jest tak ważny, by mieć własne zdanie, i nawet jako trzydziestopięcioletni mężczyzna, żonaty z oszałamiającą kobietą znaną w całych Niemczech, Detlef nadal miał tendencję do zamykania się w sobie.
    
  Gdyby nie przeszedł gruntownego szkolenia bojowego w wojsku, nigdy nie poznałby Gabi. Podczas wyborów w 2009 roku, z powodu plotek o korupcji, przemoc była powszechna, co wywołało protesty i bojkoty przemówień kandydatów w niektórych miejscach w Niemczech. Gabi, między innymi, zabezpieczyła się, zatrudniając osobistą ochronę. Kiedy po raz pierwszy spotkała swojego ochroniarza, od razu się w nim zakochała. Jak mogłaby nie kochać tak wrażliwego, łagodnego olbrzyma jak Detlef?
    
  Nigdy nie rozumiał, co w nim widziała, ale to wszystko było częścią jego niskiej samooceny, więc Gabi nauczyła się lekceważyć jego skromność. Nigdy nie zmuszała go do publicznego pokazywania się z nią po zakończeniu kontraktu jako jej ochroniarz. Jego żona szanowała jego mimowolne obawy, nawet w sypialni. Byli skrajnymi przeciwieństwami, jeśli chodzi o dyskrecję, ale znaleźli wygodny kompromis.
    
  Teraz jej nie było, a on został zupełnie sam. Tęsknota za nią sparaliżowała jego serce i płakał bez przerwy w zaciszu sofy. Jego myśli ogarnęła ambiwalencja. Zamierzał zrobić wszystko, by dowiedzieć się, kto zabił jego żonę, ale najpierw musiał pokonać przeszkody, które sam sobie stworzył. To było najtrudniejsze, ale Gabi zasługiwała na sprawiedliwość, a on musiał po prostu znaleźć sposób, by nabrać pewności siebie.
    
    
  Rozdział 8
    
    
  Sam i Nina nie mieli pojęcia, jak odpowiedzieć na pytanie lekarza. Biorąc pod uwagę wszystko, czego byli świadkami podczas wspólnych przygód, musieli przyznać, że istnieją niewyjaśnione zjawiska. Choć wiele z tego, czego doświadczyli, można było przypisać złożonym prawom fizyki i nieodkrytym zasadom naukowym, byli otwarci na inne wyjaśnienia.
    
  "Dlaczego pytasz?" zapytał Sam.
    
  "Muszę mieć pewność, że ani ty, ani te panie nie pomyślicie, że jestem jakimś przesądnym idiotą, skoro wam to zaraz powiem" - przyznał młody lekarz. Jego wzrok błądził między nimi. Był śmiertelnie poważny, ale nie był pewien, czy powinien ufać obcym na tyle, by tłumaczyć im tak naciąganą teorię.
    
  "Jesteśmy bardzo otwarci, jeśli chodzi o takie rzeczy, Doktorze" - zapewniła go Nina. "Możesz nam powiedzieć. Szczerze mówiąc, sami widzieliśmy różne dziwne rzeczy. Sam i ja wciąż nie jesteśmy nimi zaskoczeni".
    
  "To samo" - dodał Sam z dziecięcym chichotem.
    
  Lekarzowi zajęło chwilę, zanim wymyślił, jak przekazać swoją teorię Samowi. Jego twarz zdradzała zaniepokojenie. Odchrząknął i podzielił się tym, co jego zdaniem Sam powinien wiedzieć.
    
  "Mieszkańcy wioski, którą odwiedziłeś, mieli bardzo dziwne spotkanie kilkaset lat temu. To historia przekazywana ustnie od wieków, więc nie jestem pewien, ile z pierwotnej opowieści przetrwało do dziś" - opowiedział. "Opowiadają o drogocennym kamieniu, który mały chłopiec podniósł i przyniósł do wioski, aby podarować go wodzowi. Ponieważ jednak kamień wyglądał tak nietypowo, starsi uznali go za oko boga i zakryli go, obawiając się, że ktoś ich obserwuje. Krótko mówiąc, wszyscy mieszkańcy wioski zginęli trzy dni później, ponieważ oślepili boga, a on wyładował na nich swój gniew".
    
  "I myślisz, że mój problem ze wzrokiem ma coś wspólnego z tą historią?" Sam zmarszczył brwi.
    
  "Słuchaj, wiem, że to brzmi szalenie. Uwierz mi, wiem, jak to brzmi, ale wysłuchaj mnie" - nalegał młody mężczyzna. "Myślę o czymś mniej medycznym, a bardziej w stylu... hm... tego rodzaju..."
    
  "Dziwna strona?" zapytała Nina sceptycznie.
    
  "Chwileczkę" - powiedział Sam. "No dalej. Co to ma wspólnego z moją wizją?"
    
  "Chyba coś panu się tam przydarzyło, panie Cleve; coś, czego pan nie pamięta" - zasugerował lekarz. "Powiem panu dlaczego. Ponieważ przodkowie tego plemienia oślepili boga, w ich wiosce mógł oślepnąć tylko człowiek, który ukrywał boga".
    
  Zapadła przytłaczająca cisza, podczas której Sam i Nina wpatrywali się w lekarza najbardziej niezrozumiałymi spojrzeniami, jakie kiedykolwiek widział. Nie miał pojęcia, jak wytłumaczyć, co próbował powiedzieć, zwłaszcza że było to tak absurdalne i donkiszotowskie.
    
  "Innymi słowy" - Nina powoli zaczęła się upewniać, że wszystko dobrze zrozumiała - "mówisz nam, że wierzysz w bajki, prawda? Więc to nie ma nic wspólnego z decyzją. Chciałaś nam tylko dać znać, że dałaś się nabrać na te bzdury".
    
  "Nina" - zmarszczył brwi Sam, niezadowolony z jej oschłości.
    
  "Sam, ten facet praktycznie ci wmawia, że w tobie jest bóg. Jestem jak najbardziej za egoizmem i potrafię znieść odrobinę narcyzmu tu i ówdzie, ale na litość boską, nie możesz wierzyć w te bzdury!" - upomniała go. "Boże, to tak, jakby powiedzieć, że jeśli rozboli cię ucho w Amazonii, to jesteś w połowie jednorożcem".
    
  Kpina obcokrajowca była zbyt natarczywa i ordynarna, zmuszając młodego lekarza do ujawnienia diagnozy. Stojąc twarzą w twarz z Samem, odwrócił się do Niny plecami, ignorując jej lekceważenie jego intelektu. "Słuchaj, wiem, jak to brzmi. Ale pan, panie Cleve, przetworzył przerażającą ilość skoncentrowanego ciepła przez swój organon-wizualny w krótkim czasie i chociaż powinno to spowodować eksplozję głowy, doznał pan jedynie niewielkiego uszkodzenia soczewki i siatkówki!"
    
  Spojrzał na Ninę. "To była podstawa mojej diagnozy. Możesz to interpretować, jak chcesz, ale jest zbyt dziwne, żeby odrzucić to jako coś innego niż zjawisko nadprzyrodzone".
    
  Sam był oszołomiony.
    
  "Więc oto powód mojej szalonej wizji" - powiedział do siebie Sam.
    
  "Z powodu ekstremalnego upału powstało kilka małych zaćm, ale każdy okulista może je usunąć po powrocie do domu" - powiedział lekarz.
    
  Co ciekawe, to właśnie Nina zachęciła go do zgłębienia drugiej strony swojej diagnozy. Z wielkim szacunkiem i ciekawością w głosie Nina zapytała lekarza o problem ze wzrokiem Sama z ezoterycznej perspektywy. Początkowo niechętny, zgodził się podzielić swoją perspektywą na temat szczegółów tego, co się wydarzyło.
    
  "Mogę tylko powiedzieć, że oczy pana Cleve'a zostały wystawione na działanie temperatur zbliżonych do pioruna i wyszły z tego z minimalnym uszkodzeniem. Już samo to jest niepokojące. Ale kiedy zna się historie mieszkańców wsi takich jak ja, pamięta się różne rzeczy, zwłaszcza takie jak rozgniewanego, ślepego boga, który wymordował całą wioskę niebiańskim ogniem" - powiedział lekarz.
    
  "Błyskawica" - powiedziała Nina. "Więc dlatego upierali się, że Sam nie żyje, mimo że jego oczy były wywrócone do tyłu. Doktorze, miał atak padaczki, kiedy go znalazłam".
    
  "Czy jest pan pewien, że to nie był po prostu skutek uboczny prądu elektrycznego?" zapytał lekarz.
    
  Nina wzruszyła ramionami: "Może".
    
  "Nic z tego nie pamiętam. Kiedy się obudziłem, pamiętam tylko, że było mi gorąco, byłem na wpół ślepy i strasznie zdezorientowany" - przyznał Sam, marszcząc brwi ze zdumienia. "Teraz wiem jeszcze mniej niż przed tym, jak mi to wszystko powiedziałeś, doktorze".
    
  "Nic z tego nie miało rozwiązać pańskiego problemu, panie Cleave. Ale to był prawdziwy cud, więc powinienem przynajmniej przekazać panu trochę więcej informacji o tym, co mogło się z panem stać" - powiedział im młody mężczyzna. "Słuchajcie, nie wiem, co spowodowało tę starożytną..." Spojrzał na sceptycznie nastawioną kobietę z Samem, nie chcąc ponownie prowokować jej drwin. "Nie wiem, jaka tajemnicza anomalia sprawiła, że przekroczyliście rzeki bogów, panie Cleave, ale na pańskim miejscu zachowałbym to w tajemnicy i zwróciłbym się o pomoc do czarownika-lekarza lub szamana".
    
  Sam się roześmiał. Nina wcale nie uznała tego za zabawne, ale ugryzła się w język, mówiąc o bardziej niepokojących rzeczach, które widziała u Sama, kiedy go znalazła.
    
  "Więc jestem opętany przez starożytnego boga? O, słodki Jezu!" - Sam wybuchnął śmiechem.
    
  Lekarz i Nina wymienili spojrzenia i nawiązało się między nimi ciche porozumienie.
    
  "Musisz pamiętać, Sam, że w starożytności siły natury, które dziś można wyjaśnić naukowo, nazywano bogami. Myślę, że to właśnie próbuje wyjaśnić doktor. Nazywaj to jak chcesz, ale nie ma wątpliwości, że dzieje się z tobą coś niezwykle dziwnego. Najpierw wizje, a teraz to" - wyjaśniła Nina.
    
  "Wiem, kochanie" - zapewnił ją Sam, chichocząc. "Wiem. To brzmi po prostu tak cholernie szalenie. Prawie tak szalenie, jak podróże w czasie albo tunele czasoprzestrzenne stworzone przez człowieka, wiesz?" Teraz, przez uśmiech, wyglądał na zgorzkniałego i załamanego.
    
  Lekarz zmarszczył brwi, patrząc na Ninę, gdy Sam wspomniał o podróżach w czasie, ale ona tylko pokręciła lekceważąco głową i zignorowała temat. Choć lekarz wierzył w dziwactwa i cuda, nie potrafiła mu wytłumaczyć, że jego pacjent spędził kilka koszmarnych miesięcy jako nieświadomy kapitan teleportującego się nazistowskiego statku, który niedawno przeczył wszelkim prawom fizyki. Niektórymi rzeczami po prostu nie powinno się dzielić.
    
  "No cóż, Doktorze, bardzo dziękuję za medyczną - i mistyczną - pomoc" - uśmiechnęła się Nina. "Ostatecznie, okazał się Pan bardziej pomocny, niż kiedykolwiek będzie Pan w stanie pojąć".
    
  "Dziękuję, panno Gould" - uśmiechnął się młody lekarz - "że w końcu mi zaufała. Witam was oboje. Proszę, dbajcie o siebie, dobrze?"
    
  "Tak, jesteśmy fajniejsze niż prostytutka..."
    
  "Sam!" przerwała mu Nina. "Chyba potrzebujesz trochę odpoczynku". Uniosła brew, widząc rozbawienie obu mężczyzn, którzy roześmiali się, żegnając się i wychodząc z gabinetu lekarskiego.
    
    
  * * *
    
    
  Późnym wieczorem, po zasłużonym prysznicu i opatrzeniu ran, dwaj Szkoci położyli się spać. W ciemności wsłuchiwali się w szum pobliskiego oceanu, gdy Sam przyciągnął Ninę bliżej.
    
  "Sam! Nie!" zaprotestowała.
    
  "Co zrobiłem?" zapytał.
    
  "Moja ręka! Nie mogę leżeć na boku, pamiętasz? Piecze jak cholera i czuję, jakby kość w oczodole mi grzechotała" - poskarżyła się.
    
  Przez chwilę milczał, podczas gdy ona usiłowała zająć miejsce na łóżku.
    
  "Nadal możesz leżeć na plecach, prawda?" zagadnął żartobliwie.
    
  "Tak" - odpowiedziała Nina - "ale mam rękę związaną na piersi, więc przepraszam, Jack".
    
  "Tylko cycki, prawda? Reszta jest uczciwa?" - zażartował.
    
  Nina zachichotała, ale Sam nie zdawał sobie sprawy, że uśmiecha się w ciemności. Po krótkiej pauzie jego ton stał się znacznie poważniejszy, ale jednocześnie luźniejszy.
    
  "Nina, co robiłem, kiedy mnie znalazłaś?" zapytał.
    
  "Mówiłam ci" - broniła się.
    
  "Nie, zdradziłaś mi prawdę" - odparł. "Widziałem, jak się powstrzymywałaś w szpitalu, kiedy powiedziałaś lekarzowi, w jakim stanie mnie znalazłaś. No dobrze, może czasami jestem głupi, ale wciąż jestem najlepszym dziennikarzem śledczym na świecie. Udało mi się przezwyciężyć impas z rebeliantami w Kazachstanie i podążyłem tropem do kryjówki terrorystów podczas brutalnych wojen w Bogocie, kochanie. Znam mowę ciała i wiem, kiedy źródła coś przede mną ukrywają".
    
  Westchnęła. "A co ci da znajomość szczegółów? Nadal nie wiemy, co się z tobą dzieje. Cholera, nawet nie wiemy, co się z tobą stało w dniu, w którym zniknąłeś na pokładzie DKM Geheimnis. Naprawdę nie wiem, ile jeszcze zniesiesz tych zmyślonych bzdur, Sam."
    
  "Rozumiem. Wiem, ale to mnie dotyczy, więc muszę wiedzieć. Nie, mam prawo wiedzieć" - odparł. "Musisz mi powiedzieć, żebym miał pełny obraz, kochanie. Wtedy będę mógł połączyć dwa do dwóch, rozumiesz? Dopiero wtedy będę wiedział, co robić. Jeśli czegoś nauczyłem się jako dziennikarz, to tego, że połowa informacji... ale nawet 99% informacji czasami nie wystarcza, by skazać przestępcę. Każdy szczegół jest niezbędny; każdy fakt musi zostać oceniony przed wyciągnięciem wniosków".
    
  "Dobrze, dobrze, dobrze" - przerwała. "Rozumiem. Po prostu nie chcę, żebyś musiała się ze wszystkim zmagać tak szybko po powrocie, dobrze? Przeszłaś przez tak wiele i cudownie to wszystko przetrwałaś, kochanie. Staram się tylko oszczędzić ci trochę złych rzeczy, dopóki nie będziesz lepiej przygotowana do radzenia sobie z nimi".
    
  Sam położył głowę na zgrabnym brzuchu Niny, wywołując u niej chichot. Nie mógł oprzeć głowy na jej piersi z powodu temblaka, więc objął ją ramieniem w biodrze i wsunął dłoń pod jej plecy. Pachniała różami i w dotyku przypominała satynę. Poczuł, jak wolna dłoń Niny muska jego gęste, ciemne włosy, gdy go tam trzymała, i zaczęła mówić.
    
  Przez ponad dwadzieścia minut Sam słuchał, jak Nina opowiada o wszystkim, co się wydarzyło, nie pomijając ani jednego szczegółu. Kiedy opowiedziała mu o tubylcu i dziwnym głosie, którym Sam wypowiadał słowa w niezrozumiałym języku, poczuła, jak jego palce drżą na jej skórze. Poza tym Sam całkiem dobrze wyjaśnił swój przerażający stan, ale żadne z nich nie spało aż do wschodu słońca.
    
    
  Rozdział 9
    
    
  Nieustanne walenie do drzwi wejściowych doprowadzało Detlefa Holtzera do rozpaczy i wściekłości. Minęły trzy dni od morderstwa jego żony, ale wbrew jego nadziejom, jego uczucia tylko się pogorszyły. Za każdym razem, gdy pukał kolejny reporter, skulił się. Cienie dzieciństwa wypełzały z jego wspomnień; te mroczne, zapomniane czasy, które sprawiały, że odrzucał dźwięk pukania do drzwi.
    
  "Zostaw mnie w spokoju!" krzyknął, ignorując dzwoniącego.
    
  "Panie Holzer, tu Hein Mueller z zakładu pogrzebowego. Firma ubezpieczeniowa pana żony skontaktowała się ze mną, aby wyjaśnić pewne kwestie, zanim będzie mogła kontynuować..."
    
  "Głuchy jesteś? Powiedziałem, spadaj!" - warknął nieszczęsny wdowiec. Głos miał drżący od alkoholu. Był na skraju załamania nerwowego. "Chcę autopsji! Została zamordowana! Mówię ci, została zamordowana! Nie pochowam jej, dopóki tego nie zbadają!"
    
  Niezależnie od tego, kto pojawił się w jego drzwiach, Detlef odmawiał im wstępu. Wewnątrz domu samotnik został w niewypowiedziany sposób zredukowany do praktycznie niczego. Przestał jeść i ledwo ruszył się z sofy, gdzie buty Gabi przykuwały go do jej obecności.
    
  "Znajdę go, Gabi. Nie martw się, kochanie. Znajdę go i zrzucę z klifu" - warknął cicho, kołysząc się w przód i w tył, z oczami zamrożonymi w miejscu. Detlef nie mógł już znieść żalu. Wstał i zaczął chodzić po domu, kierując się w stronę zaciemnionych okien. Palcem wskazującym oderwał róg worka na śmieci, który przykleił taśmą do szyby. Na zewnątrz, przed jego domem, zaparkowane były dwa samochody, ale były puste.
    
  "Gdzie jesteś?" - zaśpiewał cicho. Pot perlił mu się na czole i spływał do piekących, czerwonych od niewyspania oczu. Jego masywna sylwetka schudła kilka funtów, odkąd przestał jeść, ale wciąż był prawdziwym mężczyzną. Boso, w spodniach i pogniecionej koszuli z długim rękawem luźno opadającej mu na pas, stał, czekając, aż ktoś pojawi się przy samochodach. "Wiem, że tu jesteś. Wiem, że jesteś u moich drzwi, małe myszki" - skrzywił się, śpiewając słowa. "Myszko, myszko! Próbujesz się włamać do mojego domu?"
    
  Czekał, ale nikt nie pukał do jego drzwi, co było wielką ulgą, choć wciąż nie ufał panującemu tam spokojowi. Bał się tego pukania, które brzmiało dla niego jak taran. Gdy był nastolatkiem, jego ojciec, hazardzista i alkoholik, zostawił go samego w domu, podczas gdy uciekał przed lichwiarzami i bukmacherami. Młody Detlef chował się w środku, zasłaniając okna zasłonami, gdy wilki były u drzwi. Pukanie do drzwi było równoznaczne z atakiem na chłopca na pełną skalę, a serce waliło mu jak oszalałe, przerażony tym, co się stanie, jeśli wejdą do środka.
    
  Rozgniewani mężczyźni oprócz pukania krzyczeli groźby i przeklinali go.
    
  "Wiem, że tam jesteś, mały bachorze! Otwórz drzwi, bo spalę ci dom doszczętnie!" - krzyczeli. Ktoś rzucał cegłami w okna, podczas gdy nastolatek siedział skulony w kącie sypialni, zasłaniając uszy. Kiedy ojciec wrócił do domu dość późno, zastał syna we łzach, ale tylko się roześmiał i nazwał go słabeuszem.
    
  Do dziś Detlef czuł, jak serce mu podskakuje, gdy ktoś pukał do jego drzwi, mimo że wiedział, że dzwoniący są nieszkodliwi i nie mają złych intencji. Ale teraz? Teraz pukali do jego drzwi ponownie. Chcieli go. Byli jak ci wściekli mężczyźni na zewnątrz, gdy był nastolatkiem, nalegający, żeby wyszedł. Detlef czuł się uwięziony. Czuł się zagrożony. Nie miało znaczenia, dlaczego przyszli. Chodziło o to, że próbowali go zmusić do opuszczenia jego sanktuarium, a to był akt wojny wymierzony w wrażliwe emocje wdowca.
    
  Bez wyraźnego powodu poszedł do kuchni i wyjął z szuflady nóż do obierania. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co robi, ale stracił panowanie nad sobą. Łzy napłynęły mu do oczu, gdy wbił ostrze w skórę - nie za głęboko, ale wystarczająco głęboko. Nie miał pojęcia, co go do tego skłoniło, ale wiedział, że musi. Kierując się jakimś poleceniem mrocznego głosu w swojej głowie, Detlef przesunął ostrze kilka centymetrów od jednego boku przedramienia do drugiego. Bolało jak gigantyczne skaleczenie papierem, ale dało się znieść. Unosząc nóż, patrzył, jak krew cicho sączy się z narysowanej linii. Gdy mała czerwona smuga stała się strużką na jego białej skórze, wziął głęboki oddech.
    
  Po raz pierwszy od śmierci Gabi Detlef poczuł spokój. Jego serce zwolniło rytm, a zmartwienia ustąpiły poza jego zasięg - na chwilę. Spokój uwolnienia go urzekł, sprawiając, że poczuł wdzięczność za nóż. Przez chwilę zastanawiał się nad tym, co zrobił, ale pomimo protestów moralnych, nie czuł się winny. Wręcz przeciwnie, czuł się spełniony.
    
  "Kocham cię, Gabi" - wyszeptał. "Kocham cię. To przysięga krwi dla ciebie, moje dziecko".
    
  Owinął rękę ściereczką i umył nóż, ale zamiast odłożyć go na miejsce, schował go do kieszeni.
    
  "Tylko siedź cicho" - wyszeptał do noża. "Bądź przy mnie, kiedy cię będę potrzebował. Jesteś bezpieczny. Czuję się bezpiecznie z tobą". Na twarzy Detlefa pojawił się ironiczny uśmiech, gdy delektował się nagłym spokojem, który go ogarnął. Jakby akt samookaleczenia oczyścił mu umysł, tak bardzo, że poczuł się na tyle pewny siebie, by podjąć wysiłek i znaleźć zabójcę żony poprzez jakieś proaktywne śledztwo.
    
  Detlef szedł po rozbitym szkle bufetu, nie chcąc, by mu przeszkadzano. Ból był tylko kolejną warstwą cierpienia, nakładającą się na to, czego i tak już doświadczał, sprawiając, że wydawało się to w jakiś sposób błahe.
    
  Dopiero co dowiedział się, że nie musi się ciąć, żeby poczuć się lepiej, ale wiedział też, że musi znaleźć notatnik swojej zmarłej żony. Gabi była pod tym względem staroświecka. Wierzyła w papierowe notatki i kalendarze. Chociaż telefon przypominał jej o spotkaniach, zapisywała wszystko - nawyk, który teraz ceniła, bo mógł pomóc w znalezieniu potencjalnych zabójców.
    
  Przeszukując jej szuflady, wiedział dokładnie, czego szuka.
    
  "O Boże, mam nadzieję, że to nie było w twojej torebce, kochanie" - mruknął, wciąż gorączkowo szukając. "Bo mają twoją torebkę i nie oddadzą mi jej, dopóki nie wyjdę za drzwi, żeby z nimi porozmawiać, rozumiesz?". Kontynuował rozmowę z Gabi, jakby słuchała, przywilej singli - nie pozwolić im zwariować, czego nauczył się, obserwując, jak jego matka jest maltretowana w piekle małżeństwa.
    
  "Gabi, potrzebuję twojej pomocy, kochanie" - jęknął Detlef. Opadł na krzesło w małym pokoju, który Gabi wykorzystywała jako swój gabinet. Spojrzał na porozrzucane książki i na jej stare pudełko po papierosach na drugiej półce drewnianej szafki, w której trzymała dokumenty. Detlef wziął głęboki oddech i uspokoił się. "Gdzie położysz ten firmowy kalendarz?" - zapytał cicho, rozważając w myślach wszystkie możliwości.
    
  "Musi być gdzieś, gdzie będziesz miała do tego łatwy dostęp" - zmarszczył brwi, pogrążony w myślach. Wstał i wyobraził sobie, że to jego biuro. "Gdzie byłoby wygodniej?" Usiadł przy jej biurku, zwrócony twarzą do monitora komputera. Na biurku stał kalendarz, ale był pusty. "Zakładam, że nie napisałabyś tego tutaj, bo to nie jest do publicznego wglądu" - zauważył, grzebiąc w dokumentach na blacie biurka.
    
  W porcelanowym kubku z logo jej dawnej drużyny wioślarskiej trzymała długopisy i nożyk do otwierania listów. W płytszej misce trzymała kilka pendrive'ów i drobiazgów, takich jak gumki do włosów, kulkę i dwa pierścionki, których nigdy nie nosiła, bo były za duże. Po lewej stronie, obok nóżki lampki biurkowej, leżało otwarte opakowanie pastylek do ssania na gardło. Pamiętnika nie było.
    
  Detlef znów poczuł, jak ogarnia go smutek, zrozpaczony, że nie znalazł czarnej, oprawionej w skórę książki. Fortepian Gabi stał w prawym, skrajnym rogu pokoju, ale w książkach znajdowały się tylko nuty. Na zewnątrz słyszał deszcz, co idealnie wpisywało się w jego nastrój.
    
  "Gabi, mogę ci w czymś pomóc?" westchnął. Telefon w szafce Gabi zadzwonił, przerażając go na śmierć. Wiedział, że lepiej go nie dotykać. To oni. To łowcy, oskarżyciele. Ci sami ludzie, którzy widzieli w jego żonie jakąś samobójczą słabeuszkę. "Nie!" krzyknął, trzęsąc się z wściekłości. Detlef chwycił z półki żelazną podpórkę do książek i rzucił nią w telefon. Ciężka podpórka z ogromną siłą strąciła telefon z szafki, roztrzaskując go na podłodze. Jego czerwone, łzawiące oczy spojrzały tęsknie na zepsute urządzenie, a potem przeniosły się na szafkę, którą uszkodził ciężką podpórką.
    
  Detlef się uśmiechnął.
    
  Znalazł na szafce czarny pamiętnik Gabi. Leżał pod telefonem przez cały czas, ukryty przed wścibskimi oczami. Podszedł, żeby go podnieść, śmiejąc się maniakalnie. "Kochanie, jesteś najlepsza! To byłaś ty? Co?" - mruknął czule, otwierając książkę. "Dzwoniłaś do mnie? Chciałaś, żebym zobaczył książkę? Wiem, że tak".
    
  Przejrzał ją z zapałem, szukając zapisków, które umówiła na dzień swojej śmierci dwa dni temu.
    
  "Kogo widziałeś? Kto widział cię ostatni, oprócz tego brytyjskiego idioty? Zobaczmy."
    
  Mając zaschniętą krew pod paznokciem, przesuwał palcem wskazującym od góry do dołu, uważnie sprawdzając każdy wpis.
    
  "Muszę tylko zobaczyć, z kim byłeś, zanim..." Przełknął ślinę. "Mówią, że umarłeś dziś rano".
    
    
  8:00 - Spotkanie z przedstawicielami wywiadu
    
  9:30 - Margo Flowers, historia CHD
    
  10:00 rano - Biuro Davida Perdue, Ben Carrington, w sprawie lotu Milli
    
  11:00 - Konsulat wspomina Kiryła
    
  12:00 PM - Umów się na wizytę do dentysty Detlefa
    
    
  Detlef zakrył usta dłonią. "Ból zęba minął, wiesz, Gabi?" Łzy zamazały słowa, które próbował przeczytać. Z hukiem zamknął książkę, przycisnął ją mocno do piersi i zapadł w rozpacz, gorzko szlochając. Przez zaciemnione okna widział błyskawice. W małym gabinecie Gabi panowała teraz niemal całkowita ciemność. Po prostu siedział i płakał, aż oczy wyschły. Smutek go ogarnął, ale musiał się ogarnąć.
    
  "Biuro Carringtona" - pomyślał. "Ostatnim miejscem, w którym była, było biuro Carringtona. Powiedział mediom, że był tam, kiedy umarła". Coś go tknęło. W tym nagraniu było coś jeszcze. Szybko otworzył książkę i włączył lampkę na biurku, żeby lepiej widzieć. Detlef aż się zakrztusił. "Kim jest Milla?" - zastanawiał się na głos. "A kim jest David Perdue?"
    
  Jego palce nie mogły się poruszać wystarczająco szybko, gdy wrócił do jej listy kontaktów, niedbale nabazgranej na twardej wewnętrznej okładce książki. Nie było tam nic o "Milli", ale na dole strony znajdował się adres internetowy jednej z firm Perdue. Detlef natychmiast wszedł do sieci, żeby sprawdzić, kim jest ta Perdue. Po przeczytaniu sekcji "O nas" Detlef kliknął zakładkę "Kontakt" i uśmiechnął się.
    
  "Mam cię!"
    
    
  Rozdział 10
    
    
  Perdue zamknął oczy. Opierając się pokusie zerknięcia na ekrany, trzymał je zamknięte i ignorował krzyki dochodzące z czterech głośników w kątach. Nie mógł jednak zignorować gorączki, która stale rosła. Jego ciało pociło się od upału, ale starał się przestrzegać zasady matki, by nie panikować. Zawsze powtarzała, że zen jest rozwiązaniem.
    
  Kiedy spanikujesz, należysz do nich. Kiedy spanikujesz, twój umysł w to uwierzy i uruchomią się wszystkie reakcje awaryjne. "Zachowaj spokój, albo jesteś skończony" - powtarzał sobie w kółko, stojąc nieruchomo. Innymi słowy, Purdue spłatał sobie dobrego psikusa, w którego, jak miał nadzieję, uwierzy jego mózg. Bał się, że nawet ruch jeszcze bardziej podniesie temperaturę jego ciała, a tego nie potrzebował.
    
  Dźwięk przestrzenny oszukał jego umysł, sprawiając, że uwierzył, że to wszystko jest prawdziwe. Tylko powstrzymując się od patrzenia na ekrany, Purdue mógł zapobiec konsolidacji percepcji i przekształceniu ich w rzeczywistość. Studiując podstawy NLP latem 2007 roku, poznał subtelne sztuczki umysłu, które wpływały na jego rozumienie i rozumowanie. Nigdy nie przypuszczał, że jego życie będzie od nich zależeć.
    
  Ogłuszający dźwięk rozbrzmiewał godzinami ze wszystkich stron. Krzyki maltretowanych dzieci ustąpiły miejsca chóralnym strzałom, by następnie zaniknąć w nieustannym, rytmicznym brzęku stali o stal. Uderzenie młotów w kowadła stopniowo przerodziło się w rytmiczne, seksualne jęki, zanim zostały zagłuszone przez piski biczowanych na śmierć foczych szczeniąt. Nagrania odtwarzano w nieskończonej pętli tak długo, że Perdue był w stanie przewidzieć kolejny dźwięk.
    
  Ku swemu przerażeniu miliarder wkrótce zdał sobie sprawę, że przerażające dźwięki już go nie odrzucały. Zamiast tego uświadomił sobie, że pewne części ciała go podniecały, a inne budziły w nim nienawiść. Ponieważ odmawiał siedzenia, nogi zaczęły go boleć, a dolny odcinek pleców bolał, a podłoga również zaczęła się nagrzewać. Przypomniawszy sobie stół jako potencjalne schronienie, Purdue otworzył oczy, aby go poszukać, ale gdy zamknął oczy, stół został oderwany, uniemożliwiając mu ruch.
    
  "Już próbujesz mnie zabić?" krzyknął, przeskakując z nogi na nogę, żeby dać nogom odpocząć od rozpalonej do czerwoności podłogi. "Czego ode mnie chcesz?"
    
  Ale nikt mu nie odpowiedział. Sześć godzin później Purdue był wyczerpany. Podłoga nie rozgrzała się ani trochę, ale wciąż była na tyle gorąca, że mogłaby poparzyć stopy, gdyby odważył się odpoczywać dłużej niż sekundę. Gorsze od upału i ciągłej potrzeby ruchu było to, że nagranie audio odtwarzało się bez przerwy. Co jakiś czas nie mógł się powstrzymać od otwierania oczu, żeby zobaczyć, co się zmieniło w międzyczasie. Po zniknięciu stołu nic się nie zmieniło. Dla niego ten fakt był bardziej niepokojący niż coś przeciwnego.
    
  Stopy Perdue'a zaczęły krwawić, a pęcherze na podeszwach pękały, lecz nie mógł sobie pozwolić na zatrzymanie się nawet na chwilę.
    
  "O Jezu! Proszę, niech to się skończy! Proszę! Zrobię, co chcesz!" - krzyknął. Próba utrzymania tego w ryzach nie wchodziła już w grę. W przeciwnym razie nigdy nie uwierzyliby w to, że wycierpiał wystarczająco dużo, by uwierzyć, że ich misja się powiedzie. "Klaus! Klaus, na litość boską, proszę, powiedz im, żeby przestali!"
    
  Ale Klaus nie odpowiedział ani nie przerwał męki. Przerażający fragment audio powtarzał się w nieskończoność, aż Perdue przekrzyczał go. Nawet sam dźwięk jego własnych słów przynosił ulgę w porównaniu z powtarzającymi się dźwiękami. Nie minęło dużo czasu, zanim głos go zawiódł.
    
  "Świetnie ci idzie, idioto!" - powiedział jedynie ochrypłym szeptem. "Teraz nie możesz wezwać pomocy i nie masz nawet głosu, żeby się poddać". Nogi ugięły się pod jego ciężarem, ale bał się, że uderzy o podłogę. Wkrótce nie będzie w stanie zrobić ani kroku. Płacząc jak dziecko, Perdue błagał: "O litość. Proszę".
    
  Nagle ekrany zgasły, pogrążając Purdue ponownie w całkowitej ciemności. Dźwięk natychmiast ucichł, a w uszach rozległo się dzwonienie w nagłej ciszy. Podłoga była wciąż gorąca, ale ostygła w ciągu kilku sekund, pozwalając mu w końcu usiąść. Stopy pulsowały przeszywającym bólem, a każdy mięsień w ciele drgał i kurczył się.
    
  "Och, dzięki Bogu" - wyszeptał, wdzięczny, że męka dobiegła końca. Otarł łzy grzbietem dłoni i nawet nie zauważył potu szczypiącego go w oczy. Cisza była majestatyczna. W końcu usłyszał bicie swojego serca, które przyspieszyło z wysiłku. Purdue odetchnął głęboko z ulgą, delektując się błogosławieństwem zapomnienia.
    
  Ale Klaus nie miał na myśli "zapomnienia" dla Perdue.
    
  Dokładnie pięć minut później ekrany włączyły się ponownie, a z głośników dobiegł pierwszy krzyk. Purdue poczuł, jak jego dusza pęka. Pokręcił głową z niedowierzaniem, czując, jak podłoga znów się nagrzewa, a jego oczy wypełniły się rozpaczą.
    
  "Dlaczego?" warknął, karcąc gardło z wysiłkiem krzyku. "Co z ciebie za drań? Czemu się nie pokażesz, ty sukinsynu!" Jego słowa - nawet gdyby zostały usłyszane - trafiłyby w próżnię, bo Klausa tam nie było. Właściwie, nikogo tam nie było. Urządzenie tortur zostało ustawione tak, by się wyłączyło dokładnie wtedy, gdy Purdue poczuła nadzieję - doskonała technika z czasów nazizmu, służąca do zaostrzania tortur psychicznych.
    
  Nigdy nie ufaj nadziei. Jest tak ulotna, jak okrutna.
    
  Kiedy Purdue się obudził, znów znajdował się w bogato zdobionej komnacie zamkowej, pełnej obrazów olejnych i witraży. Przez chwilę myślał, że to wszystko był koszmar, ale potem poczuł przeszywający ból pękających pęcherzy. Słabo widział, bo zabrali mu okulary razem z ubraniem, ale wzrok miał na tyle dobry, że mógł dostrzec detale na suficie - nie obrazy, a ramy.
    
  Jego oczy były suche od rozpaczliwych łez, które wylał, ale to nic w porównaniu z rozdzierającym bólem głowy, który odczuwał z powodu przeciążenia akustycznego. Próbując poruszyć kończynami, odkrył, że jego mięśnie trzymają się lepiej, niż się spodziewał. W końcu Purdue spojrzał na swoje stopy, z obawą o to, co zobaczy. Zgodnie z przewidywaniami, palce u stóp i boki były pokryte pękniętymi pęcherzami i zaschniętą krwią.
    
  "Proszę się nie martwić, Herr Perdue. Obiecuję, że nie będzie pan zmuszony na nich stawać przez co najmniej kolejny dzień" - sarkastyczny głos dobiegł zza drzwi. "Spał pan jak zabity, ale pora się obudzić. Trzy godziny snu w zupełności wystarczą".
    
  "Klaus" - zaśmiał się Perdue.
    
  Chudy mężczyzna leniwie podszedł do stołu, przy którym leżał Perdue, trzymając w dłoniach dwie filiżanki kawy. Kuszony, by wrzucić ją do kubka wielkości myszy Niemca, Perdue powstrzymał się przed ugaszeniem pragnienia. Usiadł i wyrwał kubek swojemu oprawcy, ale odkrył, że jest pusty. Wściekły Perdue rzucił kubek na podłogę, gdzie się roztrzaskał.
    
  "Naprawdę powinien pan uważać na swój temperament, Herr Perdue" - poradził Klaus, a w jego pogodnym głosie słychać było raczej drwinę niż rozbawienie.
    
  "Właśnie tego chcą, Dave. Chcą, żebyś zachowywał się jak zwierzę" - pomyślał Perdue. "Nie pozwól im wygrać".
    
  "Czego ode mnie oczekujesz, Klaus?" - westchnął Perdue, odwołując się do bardziej szanowanej strony Niemca. "Co byś zrobił na moim miejscu? Powiedz mi. Gwarantuję, że zrobiłbyś to samo".
    
  "Och! Co się stało z twoim głosem? Chcesz wody?" - zapytał serdecznie Klaus.
    
  "Więc możesz mi znowu odmówić?" zapytał Perdue.
    
  "Może. Ale może nie. Czemu nie spróbujesz?" - odpowiedział.
    
  "Gry umysłowe". Purdue znał tę grę aż za dobrze. Zasiej zamęt i pozostaw przeciwnika w niepewności, czy spodziewać się kary, czy nagrody.
    
  "Czy mogę prosić o wodę?" - spróbował Pardew. Przecież nie miał nic do stracenia.
    
  "Wasser!" krzyknął Klaus. Obdarzył Perdue ciepłym uśmiechem, autentycznym jak bezwargowe zwłoki, gdy kobieta wyniosła solidne naczynie z czystą, czystą wodą. Gdyby Perdue był w stanie ustać, przebiegłby pół drogi, by ją spotkać, ale musiał na nią poczekać. Klaus postawił pusty kubek, który trzymał w ręku, obok Perdue i nalał trochę wody.
    
  "Dobrze, że kupiłeś dwie filiżanki" - wychrypiał Perdue.
    
  "Przyniosłem dwa kubki z dwóch powodów. Wiedziałem, że jeden z nich się stłucze. Wiedziałem więc, że będziesz potrzebował drugiego, żeby napić się wody, o którą prosiłeś" - wyjaśnił, gdy Perdue chwycił butelkę, żeby sięgnąć po wodę.
    
  Początkowo zignorował kubek, ściskając szyjkę butelki ustami tak mocno, że ciężki pojemnik uderzył go w zęby. Ale Klaus odebrał mu go i podał Perdue'owi. Dopiero po wypiciu dwóch kieliszków Perdue złapał oddech.
    
  "Jeszcze jeden? Proszę" - błagał Klausa.
    
  "Jeszcze jeden, ale porozmawiamy później" - powiedział do swego jeńca i znów napełnił swój kubek.
    
  "Klaus" - wyszeptał Perdue, dopijając do ostatniej kropli. "Czy mógłbyś mi po prostu powiedzieć, czego ode mnie chcesz? Po co mnie tu przyprowadziłeś?"
    
  Klaus westchnął i przewrócił oczami. "Już przez to przechodziliśmy. Nie musisz zadawać pytań". Oddał butelkę kobiecie, a ona wyszła z pokoju.
    
  "Jak mogę tego nie zrobić? Przynajmniej powiedz mi, dlaczego jestem torturowany" - błagał Perdue.
    
  "Nie jesteś torturowany" - upierał się Klaus. "Jesteś przywracany do życia. Kiedy po raz pierwszy skontaktowałeś się z Zakonem, chciałeś nas skusić swoją Świętą Włócznią, tą, którą znalazłeś z przyjaciółmi, pamiętasz? Zaprosiłeś wszystkich wysoko postawionych członków Czarnego Słońca na tajne spotkanie na Deep Sea One, żeby pochwalić się swoją relikwią, prawda?"
    
  Perdue skinął głową. To prawda. Wykorzystał relikwię jako narzędzie nacisku, by zyskać przychylność Zakonu i potencjalne korzyści biznesowe.
    
  "Kiedy grałeś z nami wtedy, nasi członkowie znaleźli się w bardzo niebezpiecznej sytuacji. Ale jestem pewien, że miałeś dobre intencje, nawet po tym, jak odszedłeś z relikwią jak tchórz, porzucając ich na pastwę losu, gdy nadeszła woda" - pouczał Klaus z pasją. "Chcemy, żebyś znów stał się tą osobą; żebyś współpracował z nami, abyśmy mogli osiągnąć to, czego potrzebujemy, abyśmy wszyscy mogli prosperować. Z twoim geniuszem i bogactwem byłbyś idealnym kandydatem, więc zamierzamy... zmienić twoje zdanie".
    
  "Jeśli pragniesz Włóczni Przeznaczenia, z przyjemnością ci ją dam w zamian za moją wolność" - Pardue powiedział to szczerze.
    
  "Gott im Himmel! David, nie słuchałeś?" - wykrzyknął Klaus z młodzieńczą frustracją. "Możemy mieć, co chcemy! Chcemy cię z powrotem, ale proponujesz układ i chcesz negocjować. To nie jest umowa biznesowa. To lekcja wprowadzająca i dopiero gdy upewnimy się, że jesteś gotowy, będziemy mogli opuścić ten pokój".
    
  Klaus spojrzał na zegarek. Wstał, żeby wyjść, ale Perdue próbował go powstrzymać banałem.
    
  "Hm, czy mogę prosić o jeszcze trochę wody?" - wychrypiał.
    
  Nie zatrzymując się ani nie oglądając, Klaus krzyknął: "Wasser!"
    
  Gdy zamknął za sobą drzwi, z sufitu wyłonił się ogromny cylinder o promieniu niemal równym rozmiarom pokoju.
    
  "O Boże, co teraz?" - krzyknęła Perdue w panice, upadając na podłogę. Centralny panel sufitowy rozsunął się i zaczął wypuszczać strumień wody do cylindra, zalewając rozpalone, nagie ciało Perdue i tłumiąc jego krzyki.
    
  Bardziej niż strach przed utonięciem przerażała go świadomość, że nie mają zamiaru nikogo zabić.
    
    
  Rozdział 11
    
    
  Nina kończyła pakowanie, a Sam brał ostatni prysznic. Mieli dotrzeć na lotnisko za godzinę i lecieć do Edynburga.
    
  "Skończyłeś już, Sam?" - zapytała głośno Nina, wychodząc z łazienki.
    
  "Tak, właśnie wylała mi na tyłek trochę piany. Zaraz wyjdę!" odpowiedział.
    
  Nina roześmiała się i pokręciła głową. Telefon w jej torebce zadzwonił. Nie patrząc na ekran, odebrała.
    
  "Cześć".
    
  "Halo, doktorze Gould?" zapytał mężczyzna w telefonie.
    
  "To ona. Z kim rozmawiam?" - zmarszczyła brwi. Zwracali się do niej używając jej tytułu, co oznaczało, że byli biznesmenami albo agentami ubezpieczeniowymi.
    
  "Nazywam się Detlef" - przedstawił się mężczyzna z silnym niemieckim akcentem. "Jeden z asystentów pana Davida Perdue dał mi twój numer. Właśnie próbuję się z nim skontaktować".
    
  "Dlaczego więc nie dała ci jego numeru?" - zapytała niecierpliwie Nina.
    
  "Bo nie ma pojęcia, gdzie on jest, doktorze Gould" - odpowiedział cicho, niemal nieśmiało. "Powiedziała mi, że może pan wiedzieć?"
    
  Nina była zdumiona. To nie miało sensu. Perdue ani na chwilę nie spuszczał z oka swojego asystenta. Być może innych pracowników, ale nigdy asystenta. Kluczem, zwłaszcza biorąc pod uwagę jego impulsywną i żądną przygód naturę, było to, że ktoś z jego ludzi zawsze wiedział, dokąd zmierza, na wypadek gdyby coś poszło nie tak.
    
  "Słuchaj, Det-Detlef? Prawda?" - zapytała Nina.
    
  "Tak, proszę pani" - powiedział.
    
  Daj mi kilka minut, żeby go znaleźć, a zaraz do ciebie oddzwonię, dobrze? Podaj mi proszę swój numer.
    
  Nina nie ufała dzwoniącemu. Perdue nie mógł po prostu zniknąć, więc założyła, że to jakiś podejrzany biznesmen, który próbuje zdobyć jej prywatny numer, oszukując ją. Podał jej swój numer, a ona się rozłączyła. Kiedy zadzwoniła do rezydencji Perdue, odebrała jego asystentka.
    
  "O, cześć, Nino" - przywitała się kobieta, słysząc znajomy głos atrakcyjnej historyczki, z którą Perdue zawsze się spotykał.
    
  "Słuchaj, czy jakiś nieznajomy dzwonił do ciebie, żeby porozmawiać z Dave"em?" - zapytała Nina. Odpowiedź zaskoczyła ją.
    
  "Tak, dzwonił kilka minut temu, pytając o pana Purdue. Ale, prawdę mówiąc, nie miałam od niego dzisiaj żadnych wieści. Może wyjechał na weekend?" - zastanawiała się.
    
  "Nie zapytał cię, czy gdzieś się wybiera?" Nina szturchnęła go. To ją zaniepokoiło.
    
  "Ostatni raz odwiedził mnie w Las Vegas, ale w środę planował pojechać do Kopenhagi. Chciał się zatrzymać w jakimś eleganckim hotelu, ale to wszystko, co wiem" - powiedziała. "Powinniśmy się martwić?"
    
  Nina westchnęła ciężko. "Nie chcę siać paniki, ale dla pewności, rozumiesz?"
    
  "Tak".
    
  "Czy leciał własnym samolotem?" - chciała wiedzieć Nina. To dałoby jej szansę na rozpoczęcie poszukiwań. Otrzymawszy potwierdzenie od asystenta, Nina podziękowała jej i zakończyła rozmowę, próbując zadzwonić do Purdue na komórkę. Nic. Pobiegła do drzwi łazienki i wpadła do środka, zastając Sama owijającego się ręcznikiem wokół talii.
    
  "Hej! Jeśli chciałeś się bawić, to trzeba było powiedzieć, zanim się ogarnąłem" - uśmiechnął się ironicznie.
    
  Ignorując jego żart, Nina mruknęła: "Chyba Purdue ma kłopoty. Nie jestem pewna, czy to problem w stylu Kac Vegas 2, czy prawdziwy problem, ale coś jest nie tak".
    
  "Jak to?" zapytał Sam, idąc za nią do pokoju, żeby się ubrać. Opowiedziała mu o tajemniczym rozmówcy i o tym, że asystent Purdue nie miał od niego żadnych wieści.
    
  "Zakładam, że dzwoniłeś na jego komórkę?" zasugerował Sam.
    
  "Nigdy nie wyłącza telefonu. Wiesz, ma taką zabawną pocztę głosową, która odbiera wiadomości z żartami o fizyce albo na którą odpowiada, ale nigdy nie jest tak po prostu martwa, prawda?" powiedziała. "Kiedy do niego dzwoniłam, nic się nie działo".
    
  "To bardzo dziwne" - zgodził się. "Ale najpierw wróćmy do domu, a potem wszystkiego się dowiemy. Ten hotel, do którego pojechał w Norwegii..."
    
  "Dania" - poprawiła go.
    
  "Nieważne. Może po prostu świetnie się bawi. To jego pierwsze wakacje w gronie "normalnych ludzi" od... no cóż, od zawsze - wiesz, takie, gdzie nikt nie próbuje go zabić i tak dalej" - wzruszył ramionami.
    
  "Coś jest nie tak. Zadzwonię do jego pilota i dowiem się, co jest przyczyną" - oznajmiła.
    
  "Świetnie. Ale nie możemy spóźnić się na nasz lot, więc spakuj swoje rzeczy i chodźmy" - powiedział, klepiąc ją po ramieniu.
    
  Nina zapomniała o mężczyźnie, który zwrócił uwagę na zniknięcie Purdue, głównie dlatego, że próbowała ustalić, gdzie może być jej były kochanek. Wsiadając do samolotu, oboje wyłączyli telefony.
    
  Kiedy Detlef ponownie próbował skontaktować się z Niną, natrafił na kolejny ślepy zaułek, co go rozwścieczyło i natychmiast poczuł, że ktoś go oszukuje. Jeśli partnerka Perdue chciała go chronić, unikając wdowy po kobiecie, którą zabił Perdue, pomyślał Detlef, musiałby uciec się do tego, czego właśnie próbował uniknąć.
    
  Gdzieś w małym biurze Gabi usłyszał syczący dźwięk. Początkowo Detlef zignorował go jako hałas tła, ale wkrótce zmienił się w trzaski. Wdowiec uważnie nasłuchiwał, aby ustalić źródło. Brzmiał, jakby ktoś zmieniał kanały w radiu, a co jakiś czas dobiegał z niego niesłyszalny, chrapliwy głos, ale bez muzyki. Detlef cicho ruszył w stronę miejsca, gdzie szum stawał się coraz głośniejszy.
    
  W końcu spojrzał na otwór wentylacyjny tuż nad podłogą pokoju. Był częściowo zasłonięty zasłonami, ale nie było wątpliwości, że dźwięk dochodzi właśnie stamtąd. Czując potrzebę rozwiązania zagadki, Detlef poszedł po skrzynkę z narzędziami.
    
    
  Rozdział 12
    
    
  W locie powrotnym do Edynburga Sam miała problem z uspokojeniem Niny. Martwiła się o Purdue'a, zwłaszcza że nie mogła korzystać z telefonu podczas długiego lotu. Nie mogąc zadzwonić do jego załogi, aby potwierdzić jego lokalizację, była bardzo niespokojna przez większość lotu.
    
  "Nic teraz nie możemy zrobić, Nino" - powiedział Sam. "Po prostu zdrzemnij się albo coś, dopóki nie wylądujemy. Czas leci, kiedy śpisz" - puścił do mnie oko.
    
  Rzuciła mu jedno ze swoich spojrzeń, jedno z tych, które rzucała, gdy było zbyt wielu świadków na coś bardziej fizycznego.
    
  "Słuchaj, zadzwonimy do pilota, jak tylko tam dotrzemy. Do tego czasu możesz się odprężyć" - zasugerował. Nina wiedziała, że ma rację, ale nie mogła pozbyć się wrażenia, że coś jest nie tak.
    
  "Wiesz, że nigdy nie mogę spać. Kiedy jestem zdenerwowana, nie mogę normalnie funkcjonować, dopóki nie skończę" - mruknęła, krzyżując ramiona, odchylając się do tyłu i zamykając oczy, żeby nie musieć zajmować się Samem. On z kolei grzebał w swoim bagażu podręcznym, szukając czegoś, co mogłoby zająć mu czas.
    
  "Orzeszki! Ciii, nie mów stewardesom" - szepnął do Niny, ale zignorowała jego próbę żartu, trzymając w ręku małą paczkę orzeszków i potrząsając nią. Kiedy zamknęła oczy, zdecydował, że najlepiej będzie zostawić ją w spokoju. "Tak, może powinnaś trochę odpocząć".
    
  Milczała. W mroku zamkniętego świata Nina zastanawiała się, czy jej były kochanek i przyjaciel zapomniał skontaktować się ze swoją asystentką, jak zasugerował Sam. Jeśli tak, z pewnością będzie miała wiele do omówienia z Purdue po drodze. Nie lubiła zamartwiać się rzeczami, które mogły okazać się błahe, zwłaszcza z powodu jej skłonności do nadmiernej analizy. Co jakiś czas turbulencje w samolocie wyrywały ją z lekkiego snu. Nina nie zdawała sobie sprawy, jak długo drzemała. Wydawało się, że to minuty, ale w rzeczywistości trwało to ponad godzinę.
    
  Sam uderzył ją dłonią w ramię, gdzie jej palce spoczywały na krawędzi podłokietnika. Oczy Niny, natychmiast rozgniewane, rozszerzyły się, by uśmiechnąć się do swojego towarzysza, ale tym razem nie był głupi. Nie było też nic, co mogłoby go przestraszyć. Ale potem Nina była zszokowana, widząc, jak Sam się spina, tak jak w ataku, którego była świadkiem w wiosce kilka dni wcześniej.
    
  "O mój Boże! Sam!" powiedziała pod nosem, starając się na razie nie zwracać na siebie uwagi. Chwyciła go za nadgarstek drugą ręką, próbując go uwolnić, ale był zbyt silny. "Sam!" wydusiła z siebie. "Sam, obudź się!" Próbowała mówić cicho, ale jego drgawki zaczęły przyciągać uwagę.
    
  "Co mu jest?" zapytała pulchna kobieta z drugiego końca wyspy.
    
  "Proszę, daj nam tylko chwilę" - warknęła Nina najłagodniej, jak potrafiła. Jego oczy rozszerzyły się, znów matowe i puste. "O Boże, nie!" Tym razem jęknęła nieco głośniej, gdy ogarnęła ją rozpacz, lęk przed tym, co może się stać. Nina przypomniała sobie, co stało się z mężczyzną, którego dotknął podczas ostatniego ataku.
    
  "Przepraszam panią" - przerwała Ninie stewardesa. "Coś się stało?". Ale kiedy zapytała, stewardesa zobaczyła upiorne oczy Sama wpatrzone w sufit. "O cholera" - mruknęła z przestrachem, po czym podeszła do interkomu, żeby zapytać, czy na pokładzie jest lekarz. Ludzie wszędzie odwracali się, żeby zobaczyć, co się dzieje; niektórzy krzyczeli, inni wyciszali rozmowy.
    
  Nina patrzyła, jak usta Sama otwierały się i zamykały rytmicznie. "O Boże! Nie mów. Proszę, nie mów" - błagała, obserwując go. "Sam! Musisz się obudzić!"
    
  Przez chmury świadomości Sam słyszał jej błagalny głos dochodzący gdzieś z oddali. Znów szła obok niego w stronę studni, ale tym razem świat był czerwony. Niebo było ciemnobordowe, a ziemia intensywnie pomarańczowa, niczym ceglany pył pod jego stopami. Nie widział Niny, choć w wizji wiedział, że tam jest.
    
  Kiedy Sam dotarł do studni, nie poprosił o kubek, ale na rozpadającej się ścianie stał pusty. Ponownie pochylił się, żeby zajrzeć do środka. Przed sobą zobaczył głęboką, cylindryczną studnię, ale tym razem woda znajdowała się niedaleko, w cieniu. Pod nią znajdowała się studnia pełna czystej wody.
    
  "Proszę, pomóżcie! On się dusi!" Sam usłyszał krzyk Niny gdzieś z daleka.
    
  Na dole, w studni, Sam zobaczył Purdue'a wyciągającego rękę w górę.
    
  "Purdue?" Sam zmarszczył brwi. "Co robisz w studni?"
    
  Perdue złapał powietrze, ledwo wynurzając twarz z wody. Podszedł do Sama, gdy woda podnosiła się coraz wyżej i wyżej, wyglądając na przerażonego. Blady i zdesperowany, miał wykrzywioną twarz, a dłonie zaciskały się na ściankach studni. Usta Perdue'a były sine, a pod oczami miał cienie. Sam widział, że jego przyjaciel jest nagi w wirującej wodzie, ale kiedy wyciągnął rękę, by go uratować, poziom wody znacznie spadł.
    
  "Wygląda na to, że nie może oddychać. Czy on ma astmę?" - dobiegł inny męski głos z tego samego miejsca, co głos Niny.
    
  Sam rozejrzał się, ale był sam na czerwonym pustkowiu. W oddali dostrzegł zrujnowany stary budynek, przypominający elektrownię. Czarne cienie majaczyły za czterema lub pięcioma piętrami pustych ram okiennych. Z wież nie unosił się dym, a przez szczeliny i pęknięcia ścian, utworzone przez lata opuszczenia, wyrosły bujne chwasty. Z daleka, z głębin swojego jestestwa, dobiegał go nieustanny szum. Dźwięk stawał się coraz głośniejszy, ledwo słyszalny, aż rozpoznał w nim jakiś generator.
    
  "Musimy otworzyć mu drogi oddechowe! Odchyl mu głowę!" - usłyszał ponownie głos mężczyzny, ale Sam próbował dosłyszeć inny dźwięk, zbliżający się grzmot, który stawał się coraz głośniejszy, ogarniając całe pustkowie, aż ziemia zaczęła się trząść.
    
  "Purdue!" krzyknął, ponownie próbując uratować przyjaciela. Kiedy ponownie zajrzał do studni, była pusta, z wyjątkiem symbolu namalowanego na mokrej, brudnej podłodze na dnie. Znał go aż za dobrze. Czarny krąg z wyraźnymi promieniami niczym błyskawice leżał bezszelestnie na dnie cylindra, niczym pająk w zasadzce. Sam sapnął. "Zakon Czarnego Słońca".
    
  "Sam! Sam, słyszysz mnie?" - nalegała Nina, a jej głos zbliżał się w zakurzonym powietrzu opustoszałego miejsca. Przemysłowy szum narastał do ogłuszającego poziomu, a potem ten sam puls, który słyszał pod hipnozą, przeszył atmosferę. Tym razem nie było już nikogo, kto mógłby spłonąć na popiół. Sam krzyknął, gdy fale pulsu zbliżały się do niego, wtłaczając gorące powietrze do jego nosa i ust. Kiedy Nina nawiązała z nim kontakt, został porwany w ostatniej chwili.
    
  "Jest!" - rozległ się wiwatujący męski głos, gdy Sam obudził się na podłodze przejścia, gdzie ułożono go do resuscytacji. Jego twarz była zimna i wilgotna pod delikatną dłonią Niny, a nad nim stał uśmiechnięty Indianin w średnim wieku.
    
  "Bardzo dziękuję, Doktorze!" Nina uśmiechnęła się do Hindusa. Spojrzała na Sama. "Kochanie, jak się czujesz?"
    
  "Czuję się, jakbym tonął" - zdołał wykrztusić Sam, czując, jak ciepło uchodzi mu z oczu. "Co się stało?"
    
  "Nie martw się tym teraz, dobrze?" - pocieszyła go, wyglądając na bardzo zadowoloną i uradowaną jego widokiem. Usiadł, zirytowany gapiącą się publicznością, ale przecież nie mógł się na nich złościć za to, że zauważyli takie widowisko, prawda?
    
  "O mój Boże, czuję się, jakbym połknął galon wody na raz" - jęknął, gdy Nina pomogła mu usiąść.
    
  "Może to moja wina, Sam" - przyznała Nina. "Znowu... ochlapałam cię wodą w twarz. Wygląda na to, że to pomaga ci się obudzić".
    
  Ocierając twarz, Sam wpatrywał się w nią. "Nie, nawet jeśli mnie utopi!"
    
  "To nawet nie zbliżyło się do twoich ust" - zaśmiała się. "Nie jestem głupia".
    
  Sam wziął głęboki oddech i postanowił na razie nie dyskutować. Duże, ciemne oczy Niny ani na chwilę nie spuszczały go z oka, jakby próbowała odgadnąć, o czym myśli. I rzeczywiście, właśnie nad tym się zastanawiała, ale dała mu kilka minut na dojście do siebie po ataku. To, co inni pasażerowie słyszeli, jak mamrocze, było jedynie bełkotem mężczyzny w agonii, ale Nina rozumiała te słowa aż za dobrze. To było dość niepokojące, ale musiała dać Samowi chwilę, zanim zapytała go, czy w ogóle pamięta, co widział pod wodą.
    
  "Pamiętasz, co widziałaś?" - zapytała mimowolnie, ulegając własnej niecierpliwości. Sam spojrzał na nią, początkowo zaskoczony. Po chwili namysłu otworzył usta, żeby przemówić, ale milczał, dopóki nie zdołał sformułować słów. Prawdę mówiąc, tym razem pamiętał każdy szczegół objawienia o wiele lepiej niż wtedy, gdy dr Helberg go zahipnotyzował. Nie chcąc przysparzać Ninie dalszego cierpienia, nieco złagodził odpowiedź.
    
  "Znowu to wyraźnie zobaczyłem. I tym razem niebo i ziemia nie były żółte, ale czerwone. A, i tym razem nie byłem też otoczony ludźmi" - powiedział swoim najbardziej nonszalanckim tonem.
    
  "To wszystko?" zapytała, wiedząc, że pominął większość szczegółów.
    
  "Zasadniczo tak" - odpowiedział. Po długiej pauzie powiedział swobodnie do Niny: "Myślę, że powinniśmy posłuchać twojej intuicji co do Purdue".
    
  "Dlaczego?" zapytała. Nina wiedziała, że Sam coś widział, bo powiedział imię Purdue, kiedy był nieprzytomny, ale udawała głupią.
    
  "Po prostu myślę, że masz dobry powód, żeby chcieć wiedzieć, gdzie on jest. Cała ta sprawa pachnie mi kłopotami" - powiedział.
    
  "Dobrze. Cieszę się, że w końcu zrozumiałeś, na co się decyduję. Może wreszcie przestaniesz mi mówić, żebym się zrelaksowała" - wygłosiła swoje krótkie, "a nie mówiłam" kazanie z Ewangelii. Nina poruszyła się na siedzeniu, gdy interkom samolotu oznajmił, że zaraz wylądują. To był długi, nieprzyjemny lot i Sam miał nadzieję, że Purdue jeszcze żyje.
    
  Po opuszczeniu budynku lotniska postanowili zjeść wczesną kolację, zanim powrócą do apartamentu Sama na South Side.
    
  "Muszę zadzwonić do pilota Purdue. Daj mi tylko chwilę, zanim złapiesz taksówkę, dobrze?" - zwróciła się Nina do Sama. Skinął głową i kontynuował, wciskając dwa papierosy między wargi, żeby zapalić jednego. Samowi udało się doskonale ukryć obawy przed Niną. Krążyła wokół niego, rozmawiając z pilotem, a on nonszalancko podał jej jednego z papierosów, gdy przeszła przed nim.
    
  Zaciągając się papierosem i udając, że obserwuje zachodzące słońce tuż nad panoramą Edynburga, Sam odtwarzał w myślach wydarzenia z wizji, szukając wskazówek, gdzie może być przetrzymywany Perdue. W tle słyszał drżący z emocji głos Niny, która przekazywała każdą informację otrzymaną przez telefon. Zależnie od tego, czego dowiedzą się od pilota Perdue, Sam zamierzał zacząć od miejsca, w którym Perdue był widziany po raz ostatni.
    
  Dobrze było znowu zapalić po godzinach abstynencji. Nawet przerażające uczucie tonięcia, którego doświadczył wcześniej, nie powstrzymało go przed wdychaniem terapeutycznej trucizny. Nina wcisnęła telefon do torebki, trzymając papierosa w ustach. Wyglądała na mocno zdenerwowaną, gdy szybko do niego podeszła.
    
  "Zadzwońcie po taksówkę" - powiedziała. "Musimy dotrzeć do niemieckiego konsulatu, zanim zamkną".
    
    
  Rozdział 13
    
    
  Skurcze mięśni uniemożliwiły Perdue'owi utrzymanie się na powierzchni, co groziło wepchnięciem go pod powierzchnię. Unosił się godzinami w lodowatej wodzie cylindrycznego zbiornika, cierpiąc na dotkliwy brak snu i spowolnione odruchy.
    
  "Kolejna sadystyczna nazistowska tortura?" - pomyślał. "Proszę, Boże, pozwól mi szybko umrzeć. Już dłużej nie dam rady".
    
  Te myśli nie były przesadzone ani zrodzone z użalania się nad sobą, lecz stanowiły dość trafną samoocenę. Jego ciało było głodzone, pozbawione wszelkich składników odżywczych i zmuszone do samoobrony. Tylko jedna rzecz zmieniła się od czasu, gdy pokój został oświetlony dwie godziny wcześniej. Woda przybrała mdły, żółty kolor, który przeciążone zmysły Purdue'a odebrały jako mocz.
    
  "Wyciągnij mnie!" - krzyczał kilkakrotnie w chwilach absolutnego spokoju. Jego głos był ochrypły i słaby, drżący od zimna przenikającego go do szpiku kości. Chociaż woda przestała lać się jakiś czas temu, wciąż groziło mu utonięcie, jeśli przestałby kopać. Pod jego pokrytymi pęcherzami stopami leżał co najmniej 4,5 metra wypełnionego wodą cylindra. Nie byłby w stanie ustać, gdyby jego kończyny się zmęczyły. Po prostu nie miał wyboru i musiał iść dalej, inaczej z pewnością umarłby straszną śmiercią.
    
  Przez wodę Purdue co minutę wyczuwał pulsowanie. Kiedy to nastąpiło, jego ciało drgnęło, ale nie wyrządziło mu to krzywdy, co doprowadziło go do wniosku, że był to impuls niskiego napięcia, mający na celu utrzymanie aktywności synaps. Nawet w stanie majaczenia uznał to za dość nietypowe. Gdyby chcieli go porazić prądem, z łatwością mogliby to zrobić już wcześniej. Pomyślał, że być może zamierzali go torturować, przepuszczając przez wodę prąd elektryczny, ale źle ocenili napięcie.
    
  Zniekształcone wizje przeniknęły jego zmęczony umysł. Mózg ledwo był w stanie utrzymać ruch kończyn, wyczerpany brakiem snu i pożywienia.
    
  "Płyń dalej" - namawiał go dalej, niepewny, czy mówi na głos, czy też głos, który słyszał, pochodził z jego umysłu. Kiedy spojrzał w dół, z przerażeniem zobaczył pod sobą gniazdo wijących się, przypominających kałamarnice stworzeń. Krzycząc ze strachu przed ich apetytem, próbował wciągnąć się na śliską taflę wody, ale bez niczego, czego mógłby się chwycić, nie było ucieczki.
    
  Jedna z macek wyciągnęła się w jego stronę, wzbudzając falę histerii w miliarderze. Poczuł, jak gumowaty wyrostek owija się wokół jego nogi, po czym wciąga go głębiej do cylindrycznego zbiornika. Woda wypełniła mu płuca, a w piersi poczuł pieczenie, gdy po raz ostatni spojrzał na powierzchnię. Patrzenie w dół na to, co go czekało, było po prostu zbyt przerażające.
    
  "Ze wszystkich śmierci, jakie sobie wyobrażałem, nigdy nie sądziłem, że skończę w ten sposób! Jak runo alfa zmieniające się w popiół" - jego zdezorientowany umysł z trudem myślał jasno. Zagubiony i przerażony na śmierć, Purdue zrezygnował z myślenia, formułowania myśli, a nawet wiosłowania. Jego ciężkie, bezwładne ciało opadło na dno zbiornika, a otwarte oczy widziały tylko żółtą wodę, gdy puls znów przyspieszył.
    
    
  * * *
    
    
  "Było blisko" - zauważył radośnie Klaus. Kiedy Perdue otworzył oczy, leżał na łóżku w miejscu, które musiało być szpitalem. Wszystko, od ścian po pościel, miało ten sam kolor co piekielna woda, w której właśnie się utopił.
    
  "Ale gdybym utonął..." próbował nadać sens tym dziwnym wydarzeniom.
    
  "Więc, czy uważasz, że jesteś gotowy wypełnić swój obowiązek wobec Zakonu, Herr Perdue?" - zapytał Klaus. Siedział ubrany boleśnie schludnie w lśniący, dwurzędowy brązowy garnitur, uzupełniony bursztynowym krawatem.
    
  "Na litość boską, tym razem po prostu się podporządkuj! Po prostu podporządkuj się, David. Tym razem bez ściemy. Daj mu to, czego chce. Później, kiedy będziesz wolny, będziesz twardzielem" - powiedział sobie stanowczo.
    
  "Jestem. Jestem gotowy na wszelkie instrukcje" - wybełkotał Purdue. Jego powieki opadły, ukrywając eksplorację pomieszczenia, w którym się znajdował, podczas gdy jego wzrok badał otoczenie, aby określić, gdzie się znajduje.
    
  "Nie brzmisz szczególnie przekonująco" - zauważył sucho Klaus. Jego dłonie były splecione między udami, jakby je ogrzewał albo mówił językiem ciała licealistki. Perdue nienawidził go i jego okropnego niemieckiego akcentu, wypowiadanego z elokwencją debiutantki, ale musiał zrobić wszystko, co możliwe, żeby nie urazić tego mężczyzny.
    
  "Wydaj mi rozkazy, a zobaczysz, jak cholernie poważnie do tego podchodzę" - mruknął Purdue, ciężko dysząc. "Chcesz Bursztynowej Komnaty. Zabiorę ją z miejsca wiecznego spoczynku i osobiście ją tu odniosę".
    
  "Nawet nie wiesz, gdzie to jest, przyjacielu" - uśmiechnął się Klaus. "Ale myślę, że próbujesz zorientować się, gdzie my jesteśmy".
    
  "Jak inaczej...?" - zaczął Perdue, ale jego psychika szybko podpowiedziała mu, że nie powinien zadawać pytań. "Muszę wiedzieć, dokąd to zaprowadzić".
    
  "Dowiesz się, gdzie go zanieść, gdy go odbierzesz. Będzie to twój dar dla Czarnego Słońca" - wyjaśnił Klaus. "Rozumiesz oczywiście, że z powodu swojej zdrady nigdy więcej nie będziesz Renat".
    
  "To zrozumiałe" - zgodził się Perdue.
    
  "Ale twoje zadanie jest jeszcze ważniejsze, drogi panie Perdue. Oczekuje się, że wyeliminujesz swoich byłych kolegów, Sama Cleve'a i tego uroczo bezczelnego doktora Goulda, zanim przemówisz w Zgromadzeniu Unii Europejskiej" - rozkazał Klaus.
    
  Perdue zachował kamienną twarz i skinął głową.
    
  "Nasi przedstawiciele w UE zorganizują nadzwyczajne posiedzenie Rady Unii Europejskiej w Brukseli i zaproszą międzynarodowe media, podczas którego wygłoszą krótkie oświadczenie w naszym imieniu" - kontynuował Klaus.
    
  "Myślę, że będę miał te informacje, kiedy nadejdzie czas" - powiedział Perdue, a Klaus skinął głową. "Dobrze. Pociągnę za odpowiednie sznurki, żeby rozpocząć poszukiwania w Królewcu już teraz".
    
  "Zaproś Goulda i Clive'a, dobrze?" warknął Klaus. "Dwa ptaki, jak to mówią".
    
  "Dziecinna zabawa" - uśmiechnął się Perdue, wciąż pod wpływem halucynogennych narkotyków, które połknął z wodą po nocy spędzonej w upale. "Dajcie mi... dwa miesiące".
    
  Klaus odrzucił głowę do tyłu i zachichotał jak staruszka, piając z radości. Kołysał się w przód i w tył, aż złapał oddech. "Kochana, zrobisz to w dwa tygodnie".
    
  "To niemożliwe!" - wykrzyknął Perdue, starając się nie brzmieć wrogo. "Zorganizowanie takich poszukiwań wymaga po prostu tygodni planowania".
    
  "To prawda. Wiem. Ale mamy harmonogram, który został znacznie napięty przez wszystkie opóźnienia, które mieliśmy z powodu twojego nieprzyjemnego zachowania" - westchnął niemiecki najeźdźca. "A nasi przeciwnicy bez wątpienia odkryją nasz plan gry z każdym naszym postępem w kierunku ich ukrytego skarbu".
    
  Perdue był ciekaw, kto stoi za tym impasem, ale nie odważył się zapytać. Obawiał się, że może to sprowokować porywacza do kolejnej rundy barbarzyńskich tortur.
    
  "A teraz pozwól, żeby te nogi się najpierw zagoiły, a my dopilnujemy, żebyś za sześć dni wrócił do domu. Nie ma sensu wysyłać cię z misją, bo...?" Klaus zachichotał. "Jak to się nazywa po angielsku? Kaleka?"
    
  Perdue uśmiechnął się z rezygnacją, szczerze zdenerwowany, że musi zostać jeszcze godzinę, nie mówiąc już o tygodniu. Nauczył się już po prostu to akceptować, żeby nie sprowokować Klausa do wrzucenia go z powrotem do jaskini z ośmiornicami. Niemiec wstał i wyszedł z pokoju, krzycząc: "Smacznego deseru!".
    
  Perdue spojrzał na pyszny, gęsty budyń, który podano mu w szpitalnym łóżku, ale czuł się, jakby zjadł cegłę. Straciwszy kilka funtów po dniach głodowania w sali tortur, Perdue ledwo powstrzymywał się od jedzenia.
    
  Nie wiedział, że jego pokój był jednym z trzech w prywatnym skrzydle medycznym.
    
  Po odejściu Klausa Perdue rozejrzał się, próbując znaleźć cokolwiek, co nie byłoby zabarwione na żółto lub bursztynowo. Nie mógł pojąć, czy to obrzydliwie żółta woda, w której omal się nie utopił, sprawiała, że jego oczy widziały wszystko w bursztynowych odcieniach. To było jedyne wytłumaczenie, jakie miał, dlaczego wszędzie widział te dziwne kolory.
    
  Klaus przeszedł długim, sklepionym korytarzem, gdzie jego ochroniarze oczekiwali instrukcji, kogo porwać. To był jego mistrzowski plan i musiał zostać wykonany perfekcyjnie. Klaus Kemper był masonem trzeciego pokolenia z Hesji-Kassel, wychowanym w ideologii organizacji Czarne Słońce. Jego dziadkiem był Hauptsturmführer Karl Kemper, dowódca Grupy Pancernej Kleist podczas ofensywy praskiej w 1945 roku.
    
  Od najmłodszych lat ojciec Klausa uczył go przywództwa i doskonałości we wszystkim, co robił. W klanie Kemperów nie było miejsca na błąd, a jego niezwykle pogodny ojciec często uciekał się do bezwzględnych metod, aby egzekwować swoje doktryny. Na przykładzie ojca Klaus szybko przekonał się, że charyzma może być równie niebezpieczna jak koktajl Mołotowa. Wielokrotnie był świadkiem, jak jego ojciec i dziadek zastraszali niezależnych i wpływowych ludzi, zmuszając ich do poddania się, po prostu zwracając się do nich za pomocą określonych gestów i tonu głosu.
    
  Pewnego dnia Klaus zapragnął takiej władzy, ponieważ jego drobna budowa ciała nigdy nie uczyniłaby z niego dobrego rywala w bardziej męskich sztukach walki. Nie mając ani atletyzmu, ani siły, naturalnie zagłębił się w swoją rozległą wiedzę o świecie i biegłość werbalną. Z tym pozornie skromnym talentem, młody Klaus zdołał okresowo awansować w szeregach Zakonu Czarnego Słońca po 1946 roku, aż osiągnął prestiżowy status głównego reformatora organizacji. Klaus Kemper nie tylko zyskał ogromne poparcie dla organizacji w kręgach akademickich, politycznych i finansowych, ale do 2013 roku ugruntował swoją pozycję jako jeden z głównych organizatorów kilku tajnych operacji Czarnego Słońca.
    
  Konkretny projekt, nad którym obecnie pracował, do którego w ostatnich miesiącach zwerbował wielu uznanych współpracowników, miał stać się jego ukoronowaniem. W istocie, gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, Klaus mógłby zapewnić sobie najwyższą pozycję w Zakonie - Renatusa. Stałby się wówczas architektem dominacji nad światem, ale aby to wszystko się ziściło, potrzebował barokowego piękna skarbu, który niegdyś zdobił pałac cara Piotra Wielkiego.
    
  Pomimo konsternacji kolegów co do skarbu, którego szukał, Klaus wiedział, że tylko największy odkrywca świata może go dla niego odzyskać. David Perdue - genialny wynalazca, miliarder i podróżnik, a także akademicki filantrop - dysponował wszelkimi zasobami i wiedzą, jakich Kemper potrzebował, aby odnaleźć mało znany artefakt. Szkoda tylko, że nie udało mu się skutecznie zmusić Szkota do uległości, nawet jeśli Perdue uważał, że Kemper da się oszukać jego nagłą uległością.
    
  W holu jego poplecznicy powitali go z szacunkiem, gdy wychodził. Klaus pokręcił głową z rozczarowaniem, mijając ich.
    
  "Wrócę jutro" - powiedział im.
    
  "Protokół dla Davida Perdue, proszę pana?" zapytał szef.
    
  Klaus wyszedł na jałowy pustkowie otaczające ich osadę w południowym Kazachstanie i odpowiedział wprost: "Zabij go".
    
    
  Rozdział 14
    
    
  W niemieckim konsulacie Sam i Nina skontaktowali się z ambasadą brytyjską w Berlinie. Dowiedzieli się, że Purdue miał kilka dni wcześniej spotkanie z Benem Carringtonem i nieżyjącą już Gabi Holzer, ale to było wszystko, co wiedzieli.
    
  Musieli wracać do domu, bo zbliżała się pora zamknięcia, ale przynajmniej mieli wystarczająco dużo, żeby się utrzymać. To była mocna strona Sama Cleave'a. Jako dziennikarz śledczy, laureat Nagrody Pulitzera, wiedział dokładnie, jak zdobyć potrzebne informacje, nie rzucając kamieniami w pustą sadzawkę.
    
  "Zastanawiam się, po co mu było spotykać się z tą Gabi" - zauważyła Nina, zajadając się ciasteczkami. Zamierzała zjeść je z gorącą czekoladą, ale umierała z głodu, a czajnik nagrzewał się zbyt długo.
    
  "Sprawdzę to, jak tylko włączę laptopa" - odpowiedział Sam, rzucając torbę na kanapę i zanosząc bagaż do pralni. "Zrób mi też gorącą czekoladę, proszę!"
    
  "Oczywiście" - uśmiechnęła się, ocierając okruszki z ust. W chwilowej samotności kuchni Nina mimowolnie przypomniała sobie przerażający incydent w samolocie powrotnym. Gdyby potrafiła przewidzieć ataki Sama, byłoby to bardzo pomocne, zmniejszając prawdopodobieństwo katastrofy, gdy następnym razem nie będą mieli tyle szczęścia, mając lekarza w pobliżu. A co, gdyby to się stało, gdy będą sami?
    
  "A co, jeśli to się stanie podczas seksu?" - zastanawiała się Nina, rozważając przerażające, a zarazem zabawne możliwości. "Wyobraź sobie, co mógłby zrobić, gdyby skierował tę energię przez coś innego niż dłoń?" Zaczęła chichotać, myśląc o zabawnych obrazach. "To by uzasadniało okrzyk 'O mój Boże!', prawda?". Przechodząc przez głowę przez najróżniejsze absurdalne scenariusze, Nina nie mogła powstrzymać się od śmiechu. Wiedziała, że to wcale nie jest śmieszne, ale po prostu podsunęło historykowi kilka nieortodoksyjnych pomysłów, a ona znalazła w tym komiczny powód.
    
  "Co cię tak śmieszy?" Sam uśmiechnął się i wszedł do kuchni po filiżankę ambrozji.
    
  Nina pokręciła głową, żeby to zignorować, ale tak naprawdę trzęsła się ze śmiechu, parskając między napadami chichotu.
    
  "Nic" - zaśmiała się. "Po prostu jakaś kreskówka w mojej głowie o piorunochronie. Daj spokój".
    
  "Dobrze" - uśmiechnął się szeroko. Uwielbiał, gdy Nina się śmiała. Nie dość, że miała melodyjny śmiech, który ludzie uważali za zaraźliwy, to jeszcze zazwyczaj bywała nieco nerwowa i kapryśna. Niestety, rzadko widywało się ją tak szczerze śmiejącą.
    
  Sam ustawił laptopa tak, aby móc podłączyć go do stacjonarnego routera i uzyskać szybszą prędkość szerokopasmowego dostępu do Internetu niż za pośrednictwem urządzenia bezprzewodowego.
    
  "W końcu powinienem był pozwolić Purdue zrobić mi jeden ze swoich modemów bezprzewodowych" - mruknął. "Te rzeczy przepowiadają przyszłość".
    
  "Masz jeszcze jakieś ciasteczka?" zawołała do niego z kuchni, podczas gdy on słyszał, jak w trakcie poszukiwań otwiera i zamyka drzwiczki szafek.
    
  "Nie, ale sąsiad upiekł mi owsiane ciasteczka z kawałkami czekolady. Sprawdź je, ale jestem pewien, że nadal są dobre. Zajrzyj do słoika na lodówce" - poinstruował.
    
  "Mam ich! Ta!"
    
  Sam rozpoczął poszukiwania Gabi Holtzer i natychmiast dokonał odkrycia, które wzbudziło jego podejrzenia.
    
  "Nina! Nie uwierzysz!" - wykrzyknął, przeglądając niezliczone doniesienia prasowe i artykuły o śmierci rzecznika niemieckiego ministerstwa. "Ta kobieta jakiś czas temu pracowała dla niemieckiego rządu, zajmując się tymi zabójstwami. Pamiętasz te morderstwa w Berlinie, Hamburgu i kilku innych miejscach tuż przed naszym wyjazdem na wakacje?"
    
  "Tak, mgliście. A co z nią?" zapytała Nina, siadając na poręczy sofy z filiżanką i ciasteczkiem.
    
  "Spotkała Perdue w siedzibie Brytyjskiej Wysokiej Komisji w Berlinie i, uwaga: tego samego dnia, w którym rzekomo popełniła samobójstwo" - podkreślił ostatnie dwa słowa, w swoim oszołomieniu. "To był ten sam dzień, w którym Perdue poznała tego Carringtona".
    
  "To był ostatni raz, kiedy ktokolwiek go widział" - zauważyła Nina. "A więc Perdue znika tego samego dnia, w którym spotyka kobietę, która wkrótce potem popełnia samobójstwo. To pachnie spiskiem, prawda?"
    
  "Podobno jedyną osobą na spotkaniu, która nie umarła ani nie zaginęła, jest Ben Carrington" - dodał Sam. Zerknął na zdjęcie Brytyjczyka na ekranie, żeby zapamiętać jego twarz. "Chciałbym z tobą porozmawiać, synu".
    
  "Rozumiem, że jutro jedziemy na południe" - zasugerowała Nina.
    
  "Tak, to znaczy, jak tylko odwiedzimy Raichtisusisa" - powiedział Sam. "Nie zaszkodzi upewnić się, że jeszcze nie wrócił do domu".
    
  "Dzwoniłam do niego na komórkę w kółko. Jest wyłączony, struny głosowe nie działają, nic" - powtórzyła.
    
  "Jaki był związek tej zmarłej kobiety z Purdue?" - zapytał Sam.
    
  "Pilotka powiedziała, że Perdue chciała wiedzieć, dlaczego odmówiono jej wjazdu na pokład samolotu do Kopenhagi. Ponieważ była przedstawicielką rządu niemieckiego, zaproszono ją do ambasady brytyjskiej, aby omówić powody" - relacjonowała Nina. "Ale to było wszystko, co kapitan wiedział. To był ich ostatni kontakt, więc załoga nadal jest w Berlinie".
    
  "Jezu. Muszę przyznać, że mam co do tego naprawdę złe przeczucia" - przyznał Sam.
    
  "W końcu się przyznałeś" - odpowiedziała. "Wspomniałeś o czymś, kiedy miałeś ten atak, Sam. I to coś zdecydowanie oznacza materiał na gównoburzę".
    
  "Co?" zapytał.
    
  Ugryzła kolejny kęs ciasteczka. "Czarne Słońce".
    
  Ponury wyraz pojawił się na twarzy Sama, gdy jego wzrok opadł na podłogę. "Cholera, zapomniałem o tym" - powiedział cicho. "Teraz sobie przypominam".
    
  "Gdzie to widziałeś?" zapytała wprost, zdając sobie sprawę z przerażającej natury tego znaku i jego zdolności do zamieniania rozmów w przykre wspomnienia.
    
  "Na dnie studni" - zwierzył się. "Myślałem. Może powinienem porozmawiać z doktorem Helbergiem o tej wizji. On będzie wiedział, jak ją zinterpretować".
    
  "Skoro już przy tym jesteś, zapytaj go o opinię kliniczną na temat zaćmy wywołanej przez wzrok. Założę się, że to nowe zjawisko, którego nie potrafi wyjaśnić" - powiedziała stanowczo.
    
  "Nie wierzysz w psychologię, prawda?" westchnął Sam.
    
  "Nie, Sam, nie wiem. Niemożliwe, żeby konkretny zestaw wzorców zachowań wystarczył do diagnozowania różnych osób w ten sam sposób" - argumentowała. "On wie mniej o psychologii niż ty. Jego wiedza opiera się na badaniach i teoriach jakiegoś innego starego pierdziela, a ty nadal polegasz na jego nieudanych próbach sformułowania własnych teorii".
    
  "Jak mogę wiedzieć więcej niż on?" - warknął.
    
  "Bo ty to przeżywasz, idioto! Doświadczasz tych zjawisk, a on może tylko spekulować. Dopóki nie poczuje, nie usłyszy i nie zobaczy tego tak jak ty, nie ma mowy, żeby zaczął rozumieć, z czym mamy do czynienia!" - warknęła Nina. Była nim tak rozczarowana i jego naiwnym zaufaniem do doktora Helberga.
    
  "A z czym, według twojej uzasadnionej opinii, mamy do czynienia, moja droga?" - zapytał sarkastycznie. "Czy to coś z któregoś z twoich podręczników do historii? O tak, mój Boże. Teraz sobie przypominam! Możesz nawet w to uwierzyć".
    
  "Helberg jest psychiatrą! Wie tylko, co grupa psychopatycznych idiotów zademonstrowała w jakimś badaniu opartym na okolicznościach dalekich od poziomu dziwactw, których doświadczyłaś, moja droga! Obudź się, do cholery! Cokolwiek ci dolega, to nie tylko psychosomatyka. Coś zewnętrznego kontroluje twoje wizje. Coś inteligentnego manipuluje twoją korą mózgową" - wyjaśniła.
    
  "Bo to przeze mnie przemawia?" - uśmiechnął się sarkastycznie. "Zauważ, że wszystko, co tu powiedziano, odzwierciedla to, co już wiem, co już jest w mojej podświadomości".
    
  "To wyjaśnij anomalię termiczną" - odparła szybko, chwilowo zaskakując Sama.
    
  "Najwyraźniej mój mózg kontroluje również temperaturę mojego ciała. To samo" - odparł, nie okazując niepewności.
    
  Nina zaśmiała się szyderczo. "Temperatura twojego ciała - nieważne, jak bardzo się za gorącego uważasz, Playboyu - nie może osiągnąć temperatury błyskawicy. I właśnie to wykrył lekarz na Bali, pamiętasz? Twoje oczy przekazywały tak skoncentrowany ładunek elektryczny, że głowa powinna ci eksplodować, pamiętasz?"
    
  Sam nie odpowiedział.
    
  "I jeszcze jedno" - kontynuowała swoje słowne zwycięstwo - "mówią, że hipnoza powoduje podwyższony poziom oscylacyjnej aktywności elektrycznej w niektórych neuronach mózgu. Genialne! Cokolwiek cię hipnotyzuje, przesyła przez ciebie niewiarygodne ilości energii elektrycznej, Sam. Nie widzisz, że to, co się z tobą dzieje, kategorycznie wykracza poza zwykłą psychologię?"
    
  "Więc co proponujesz?" krzyknął. "Szaman? Elektrowstrząsy? Paintball? Kolonoskopię?"
    
  "O mój Boże!" Przewróciła oczami. "Nikt z tobą nie rozmawia. Wiesz co? Sam to rozgryź. Idź do tego szarlatana i pozwól mu jeszcze trochę poszperać w twoim umyśle, aż będziesz tak samo nieświadoma jak on. To nie powinna być dla ciebie długa podróż!"
    
  Po tych słowach wybiegła z pokoju i zatrzasnęła drzwi. Gdyby miała samochód, pojechałaby prosto do domu, do Oban, ale utknęła na noc. Sam wiedział, że nie należy drażnić Niny, kiedy jest zła, więc spędził noc na kanapie.
    
  Irytujący dzwonek telefonu obudził Ninę następnego ranka. Obudziła się z głębokiego, pozbawionego snów snu, który trwał zbyt krótko, i usiadła na łóżku. Jej telefon dzwonił gdzieś w torebce, ale nie zdążyła go znaleźć, żeby odebrać.
    
  "Dobra, dobra, do cholery" - mruknęła przez watę budzącego się umysłu. Gorączkowo mocując się z makijażem, kluczami i dezodorantem, w końcu wyciągnęła komórkę, ale połączenie już się zakończyło.
    
  Nina zmarszczyła brwi, patrząc na zegarek. Była już 11:30, a Sam pozwolił jej pospać dłużej.
    
  "Świetnie. Już dziś mnie denerwujesz" - zbeształa Sama pod jego nieobecność. "Powinieneś był zaspać". Kiedy wyszła z pokoju, zdała sobie sprawę, że Sam zniknął. Kierując się do czajnika, zerknęła na ekran telefonu. Ledwo mogła skupić wzrok, ale wciąż była pewna, że nie rozpoznała numeru. Nacisnęła ponowne wybieranie.
    
  "Gabinet doktora Helberga" - odpowiedziała sekretarka.
    
  "O mój Boże" - pomyślała Nina. "On tam poszedł". Zachowała jednak spokój, na wypadek gdyby się pomyliła. "Halo, tu dr Gould. Czy właśnie dzwonił do mnie ktoś z tego numeru?"
    
  "Doktorze Gould?" - powtórzyła podekscytowana kobieta. "Tak! Tak, próbowaliśmy się z panem skontaktować. Chodzi o pana Cleve"a. Czy to możliwe...?"
    
  "Czy on jest w porządku?" wykrzyknęła Nina.
    
  "Czy mógłby Pan przyjść do naszego biura...?"
    
  "Zadałam ci pytanie!" Nina nie mogła się powstrzymać. "Proszę, powiedz mi najpierw, czy wszystko z nim w porządku!"
    
  "My... my nie wiemy, doktorze Gould" - odpowiedziała niepewnie kobieta.
    
  "Co to, do cholery, znaczy?" - wrzasnęła Nina, a jej gniew podsycała troska o dobro Sama. Usłyszała jakiś hałas w tle.
    
  "Cóż, proszę pani, wygląda na to, że on... hm... lewituje."
    
    
  Rozdział 15
    
    
  Detlef zdjął deski podłogowe w miejscu, gdzie znajdował się otwór wentylacyjny, ale kiedy włożył końcówkę śrubokręta w drugi otwór, cała konstrukcja zapadła się w ścianę, w której była zamontowana. Głośny trzask go przestraszył i upadł do tyłu, odpychając się stopami od ściany. Kiedy siedział i patrzył, ściana zaczęła się przesuwać na boki, jak przesuwane drzwi.
    
  "Co do...?" - wybałuszył oczy, podpierając się na dłoniach, wciąż skulony na podłodze. Drzwi prowadziły do czegoś, co uważał za sąsiednie mieszkanie, ale zamiast tego, ciemny pokój okazał się sekretną komnatą obok gabinetu Gabi, mającą cel, który wkrótce miał odkryć. Wstał, otrzepując spodnie i koszulę. Czekając na niego w ciemnych drzwiach, nie chciał po prostu wejść do środka, ponieważ szkolenie nauczyło go, by nie rzucać się lekkomyślnie w nieznane miejsca - a przynajmniej nie bez broni.
    
  Detlef poszedł po swojego Glocka i latarkę, na wypadek gdyby w nieznanym pomieszczeniu działał alarm lub był podsłuchiwany. To właśnie znał najlepiej - naruszenia bezpieczeństwa i protokół antyzabójczy. Z absolutną precyzją skierował lufę w ciemność, regulując tętno, aby w razie potrzeby oddać celny strzał. Jednak miarowy puls nie był w stanie stłumić dreszczyku emocji ani przypływu adrenaliny. Detlef poczuł się jak za dawnych lat, wchodząc do pomieszczenia, oceniając otoczenie i uważnie skanując wnętrze w poszukiwaniu alarmów lub bodźców.
    
  Ku jego rozczarowaniu, był to tylko pokój, chociaż to, co znajdowało się w środku, wcale nie było nieciekawe.
    
  "Idiota" - zbeształ się w duchu, dostrzegając standardowy włącznik światła tuż przy wewnętrznej stronie framugi drzwi. Włączył go, żeby mieć pełny widok na pokój. Radioodbiornik Gabi oświetlała pojedyncza żarówka zwisająca z sufitu. Wiedział, że to jej, bo jej szminka w kolorze czarnej porzeczki stała na baczność obok jednej z papierośnic. Jeden z jej kardiganów wciąż wisiał na oparciu małego krzesła biurowego, a Detlef musiał znów opanować smutek na widok rzeczy żony.
    
  Podniósł miękki kaszmirowy kardigan i głęboko wciągnął jej zapach, po czym odłożył go, by przyjrzeć się sprzętowi. Pokój był umeblowany czterema biurkami. Jedno, przy którym stało jej krzesło, dwa kolejne po obu jego stronach i jedno przy drzwiach, gdzie trzymała stosy dokumentów w czymś, co wyglądało na teczki - nie mógł ich od razu zidentyfikować. W słabym świetle żarówki Detlef miał wrażenie, jakby cofnął się w czasie. Stęchły zapach, przypominający muzeum, wypełniał pomieszczenie z niepomalowanymi, cementowymi ścianami.
    
  "Wow, kochanie, pomyślałbym, że to ty, ze wszystkich ludzi, powiesiłaś tapetę i parę luster" - powiedział do żony, rozglądając się po pokoju radiowym. "Zawsze tak robiłaś; dekorowałaś wszystko".
    
  Miejsce przypominało mu loch albo pokój przesłuchań ze starego filmu szpiegowskiego. Na jej biurku stało sprytne urządzenie, podobne do radia CB, ale nieco inne. Kompletnie nieświadomy tego typu przestarzałych radioodbiorników, Detlef rozejrzał się za włącznikiem. W prawym dolnym rogu znajdował się wystający stalowy włącznik, więc spróbował go włączyć. Nagle zaświeciły się dwa małe wskaźniki, których wskazówki poruszały się w górę i w dół, a z głośnika dobiegał szum.
    
  Detlef spojrzał na pozostałe urządzenia. "Wyglądają na zbyt skomplikowane, żeby ktokolwiek poza naukowcem od rakiet mógł je rozgryźć" - zauważył. "O co w tym wszystkim chodzi, Gabi?" - zapytał, zauważając dużą tablicę korkową wiszącą nad biurkiem, na której leżały stosy papierów. Przypięte do tablicy, zobaczył kilka artykułów o morderstwach, które Gabi badała bez wiedzy przełożonych. Na boku czerwonym markerem napisała "MILLA".
    
  "Kim jest Milla, kochanie?" wyszeptał. Przypomniał sobie wpis w jej pamiętniku o pewnej Milli, spisany w tym samym czasie, co dwaj mężczyźni obecni przy jej śmierci. "Muszę wiedzieć. To ważne".
    
  Ale słyszał jedynie gwiżdżący szept fal radiowych. Jego wzrok powędrował dalej w dół tablicy, gdzie coś jasnego i lśniącego przykuło jego uwagę. Dwa kolorowe zdjęcia przedstawiały pałacową komnatę w złoconym przepychu. "Wow" - mruknął Detlef, oszołomiony detalami i misterną rzeźbą zdobiącą ściany tej bogatej komnaty. Bursztynowe i złote sztukaterie tworzyły piękne emblematy i kształty, obramowane w rogach małymi figurkami cherubinów i bogiń.
    
  "Wycenione na 143 miliony dolarów? Boże, Gabi, wiesz, co to jest?" - mruknął, czytając szczegóły dotyczące zaginionego dzieła sztuki znanego jako Bursztynowa Komnata. "Co miałaś wspólnego z tym pokojem? Musiałaś mieć z nim coś wspólnego; inaczej nic z tego by się tu nie znalazło, prawda?"
    
  Wszystkie raporty o morderstwach zawierały notatki sugerujące, że Bursztynowa Komnata mogła mieć z nimi coś wspólnego. Pod słowem "MILLA" Detlef znalazł mapę Rosji i jej granic z Białorusią, Ukrainą, Kazachstanem i Litwą. Nad regionem stepów kazachskich i Charkowem na Ukrainie widniały liczby napisane czerwonym długopisem, ale nie miały one żadnego znanego wzoru, takiego jak numer telefonu czy współrzędne. Wygląda na to, że Gabi przypadkiem zapisała te dwucyfrowe liczby na mapach, które przypięła do ściany.
    
  Jego uwagę przykuła niewątpliwie cenna pamiątka zwisająca z rogu tablicy korkowej. Do fioletowej wstążki z ciemnoniebieskim paskiem pośrodku przymocowany był medal z napisem w języku rosyjskim. Detlef ostrożnie go zdjął i przypiął do kamizelki pod koszulą.
    
  "W co ty się, do cholery, wpakowałaś, kochanie?" - wyszeptał do żony. Zrobił kilka zdjęć telefonem komórkowym i nakręcił krótki filmik przedstawiający pokój i jego zawartość. "Dowiem się, co to wszystko miało wspólnego z tobą i tą Purdue, z którą się spotykałaś, Gabi" - przysiągł. "A potem znajdę jego znajomych, którzy powiedzą mi, gdzie on jest, albo umrą".
    
  Nagle z prowizorycznego radia na biurku Gabi rozległa się kakofonia zakłóceń, która niemal zabiła Detlefa. Upadł tyłem na zawalone papierami biurko, popychając je z taką siłą, że niektóre akta zsunęły się i rozsypały w nieładzie po podłodze.
    
  "O mój Boże! Moje cholerne serce!" krzyknął, chwytając się za pierś. Czerwone wskazówki na wskaźnikach gwałtownie skakały w lewo i prawo. Przypomniało mu to stare systemy hi-fi, które pokazywały głośność lub klarowność odtwarzanych multimediów. Przez szumy usłyszał, jak głos narasta i zanika. Przyjrzawszy się bliżej, zdał sobie sprawę, że to nie audycja, a rozmowa telefoniczna. Detlef usiadł w fotelu swojej zmarłej żony i słuchał uważnie. To był kobiecy głos, wypowiadający jedno słowo na raz. Marszcząc brwi, pochylił się. Jego oczy natychmiast się rozszerzyły. Było tam wyraźne słowo, które rozpoznał.
    
  "Gabi!"
    
  Usiadł ostrożnie, niepewny, co zrobić. Kobieta nadal dzwoniła do jego żony po rosyjsku; umiał to powiedzieć, ale nie potrafił. Zdeterminowany, by z nią porozmawiać, Detlef pospiesznie otworzył przeglądarkę w telefonie, żeby sprawdzić, jak steruje się starymi radiami. W szaleńczym amoku kciuki wciąż błędnie wpisywały wyszukiwane hasła, wpędzając go w niewypowiedzianą rozpacz.
    
  "Cholera! Tylko nie "gówno o chuj"!" - poskarżył się, gdy na ekranie telefonu pojawiło się kilka wyników wyszukiwania pornografii. Twarz lśniła mu od potu, gdy pobiegł po pomoc do obsługi starego komunikatora. "Czekaj! Czekaj!" - krzyknął do radia, gdy kobiecy głos namawiał Gabi do odebrania. "Czekaj na mnie! Fuj, cholera!"
    
  Wściekły z powodu niezadowalających wyników wyszukiwania w Google, Detlef chwycił grubą, zakurzoną książkę i rzucił nią w radio. Żelazna obudowa lekko się poluzowała, a odbiornik spadł ze stołu, zwisając na kablu. "Pieprz się!" - krzyknął, sfrustrowany, że nie może kontrolować urządzenia.
    
  W radiu rozległ się trzask, a z głośnika dobiegł męski głos z silnym rosyjskim akcentem. "Ty też się pierdol, stary".
    
  Detlef był oszołomiony. Zerwał się na równe nogi i podszedł do miejsca, w którym wepchnął urządzenie. Chwycił wahadłowy mikrofon, który przed chwilą zaatakował książką, i niezgrabnie go uniósł. Na urządzeniu nie było przycisku nadawania, więc Detlef po prostu zaczął mówić.
    
  "Halo? Hej! Halo?" zawołał, rozglądając się dookoła z rozpaczliwą nadzieją, że ktoś odpowie. Drugą rękę delikatnie położył na nadajniku. Przez chwilę dominował tylko szum. Potem pisk przełączanych kanałów z różnymi modulacjami wypełnił małe, upiorne pomieszczenie, podczas gdy jego jedyny lokator czekał w napięciu.
    
  W końcu Detlef musiał przyznać się do porażki. Zrozpaczony pokręcił głową. "Proszę, mów?" - jęknął po angielsku, zdając sobie sprawę, że Rosjanin po drugiej stronie linii prawdopodobnie nie zna niemieckiego. "Proszę? Nie wiem, jak to działa. Muszę ci powiedzieć, że Gabi jest moją żoną".
    
  Z głośnika dobiegł skrzypiący kobiecy głos. Detlef ożywił się. "Czy to Milla? Czy ty jesteś Milla?"
    
  Kobieta z powolną niechęcią odpowiedziała: "Gdzie jest Gabi?"
    
  "Ona nie żyje" - odpowiedział, po czym głośno zastanowił się nad protokołem. "Czy powinienem powiedzieć "koniec"?"
    
  "Nie, to ukryta transmisja w paśmie L, wykorzystująca modulację amplitudy jako falę nośną" - zapewniła go łamaną angielszczyzną, choć biegle posługiwała się terminologią w swoim fachu.
    
  "Co?" - krzyknął Detlef, kompletnie zdezorientowany tematem, na którym był kompletnie niekompetentny.
    
  Westchnęła. "Ta rozmowa jest jak rozmowa telefoniczna. Ty rozmawiasz. Ja rozmawiam. Nie ma potrzeby mówić "koniec".
    
  Detlef poczuł ulgę, słysząc to. "Sehr jelito!"
    
  "Mów głośniej. Ledwo cię słyszę. Gdzie jest Gabi?" powtórzyła, nie dosłyszawszy wyraźnie jego poprzedniej odpowiedzi.
    
  Detlefowi trudno było powtórzyć tę wiadomość. "Moja żona... Gabi nie żyje".
    
  Przez dłuższą chwilę nie było odpowiedzi, tylko odległy trzask zakłóceń. Potem mężczyzna pojawił się ponownie. "Kłamiesz".
    
  "Nie, nie. Nie! Nie kłamię. Moja żona zginęła cztery dni temu" - bronił się ostrożnie. "Sprawdźcie internet! Sprawdźcie CNN!"
    
  "Twoje imię" - powiedział mężczyzna. "To nie jest twoje prawdziwe imię. Coś, co cię identyfikuje. Tylko między tobą a Millą".
    
  Detlef nawet o tym nie pomyślał. "Wdowiec".
    
  Trzask.
    
  Śliczny.
    
  Detlef nienawidził głuchego, białego szumu i martwego powietrza. Czuł się tak pusty, tak samotny, tak wydrążony przez pustkę informacji - w pewnym sensie to go definiowało.
    
  "Wdowiec. Przełącz nadajnik na 1549 MHz. Poczekaj na Metallikę. Znajdź numery. Użyj GPS-a i ruszaj w czwartek" - poinstruował mężczyzna.
    
  Trzask
    
  Klik odbił się echem w uszach Detlefa niczym wystrzał z pistoletu, pozostawiając go zdruzgotanego i zdezorientowanego. Stał jak sparaliżowany, z wyciągniętymi rękami, oszołomiony. "Co do cholery?"
    
  Nagle przypomniały mu się instrukcje, o których wcześniej zamierzał zapomnieć.
    
  "Wracajcie! Halo?" krzyknął do głośnika, ale Rosjanie już odeszli. Wyrzucił ręce w górę, rycząc z frustracji. "Piętnaście czterdzieści dziewięć" - powiedział. "Piętnaście czterdzieści dziewięć. Zapamiętaj to!" Gorączkowo szukał przybliżonej liczby na wskaźniku. Powoli obracając tarczą, znalazł wskazaną stację.
    
  "I co teraz?" - jęknął. Miał już długopis i kartkę papieru gotową do zapisania liczb, ale nie miał pojęcia, co to znaczy czekać na Metallikę. "A co, jeśli to kod, którego nie potrafię rozszyfrować? Co, jeśli nie zrozumiem wiadomości?" - spanikował.
    
  Nagle stacja zaczęła nadawać muzykę. Rozpoznał Metallikę, ale nie rozpoznał utworu. Dźwięk stopniowo cichł, gdy kobiecy głos zaczął odczytywać kody cyfrowe, które Detlef zapisał. Kiedy muzyka znów zaczęła grać, uznał, że transmisja dobiegła końca. Odchylił się na krześle i odetchnął głęboko z ulgą. Był zaintrygowany, ale jego szkolenie ostrzegało go również, że nie można ufać nikomu, kogo się nie zna.
    
  Jeśli jego żonę zabili ludzie, z którymi była związana, to równie dobrze mogli to być Milla i jej wspólnik. Dopóki nie będzie miał pewności, nie będzie mógł po prostu wykonywać ich rozkazów.
    
  Musiał znaleźć kozła ofiarnego.
    
    
  Rozdział 16
    
    
  Nina wpadła do gabinetu doktora Helberga. Poczekalnia była pusta, z wyjątkiem sekretarki, która wyglądała na bladą jak popiół. Jakby znała Ninę, natychmiast wskazała na zamknięte drzwi. Za nimi usłyszała męski głos, mówiący bardzo spokojnie i z namysłem.
    
  "Proszę. Proszę wejść" - sekretarka wskazała na Ninę, która z przerażeniem wpatrywała się w ścianę.
    
  "Gdzie jest strażnik?" zapytała cicho Nina.
    
  "Odszedł, kiedy pan Cleve zaczął lewitować" - powiedziała. "Wszyscy stamtąd uciekli. Z drugiej strony, biorąc pod uwagę całą tę traumę, jaką to spowodowało, będziemy mieli z czym się zmierzyć w przyszłości" - wzruszyła ramionami.
    
  Nina weszła do pokoju, skąd słyszała jedynie rozmowę lekarza. Była wdzięczna, że nie usłyszała "drugiego Sama", naciskając klamkę. Ostrożnie weszła do pokoju, oświetlonego jedynie skąpym południowym słońcem, sączącym się przez zasunięte żaluzje. Psycholog ją zobaczył, ale kontynuował rozmowę, podczas gdy jego pacjent unosił się pionowo, kilka centymetrów nad ziemią. To był przerażający widok, ale Nina była zmuszona zachować spokój i logicznie ocenić problem.
    
  Doktor Helberg namawiał Sama, żeby wrócił z sesji, ale kiedy pstryknął palcami, żeby go obudzić, nic się nie stało. Pokręcił głową, patrząc na Ninę, wyrażając swoje zmieszanie. Ona spojrzała na Sama, który odrzucił głowę do tyłu, a jego mleczne oczy były szeroko otwarte.
    
  "Próbuję go stamtąd wyciągnąć od prawie pół godziny" - wyszeptał do Niny. "Powiedział mi, że widziałaś go takiego już dwa razy. Wiesz, co się dzieje?"
    
  Powoli pokręciła głową, ale postanowiła wykorzystać okazję. Nina wyciągnęła telefon komórkowy z kieszeni kurtki i nacisnęła przycisk nagrywania, żeby nagrać scenę. Ostrożnie uniosła go, żeby objąć całą sylwetkę Sama w kadrze, zanim przemówiła.
    
  Zebrawszy odwagę, Nina wzięła głęboki oddech i powiedziała: "Kalihasa".
    
  Doktor Helberg zmarszczył brwi i wzruszył ramionami. "O co chodzi?" - zapytał bezgłośnie.
    
  Wyciągnęła rękę, prosząc go o ciszę, zanim powiedziała głośniej: "Kalihasa!"
    
  Usta Sama otworzyły się, przyzwyczajając się do głosu, którego Nina tak bardzo się obawiała. Słowa wyszły z ust Sama, ale to nie jego głos ani usta je wypowiedziały. Psycholog i historyk z przerażeniem obserwowali ten makabryczny epizod.
    
  "Kalihasa!" - rozległ się chór nieokreślonych płciowo osobników. "Naczynie jest prymitywne. Naczynie jest bardzo rzadkie".
    
  Ani Nina, ani dr Helberg nie wiedzieli, co to stwierdzenie oznacza poza odniesieniem do Sama, ale psycholog przekonał ją do kontynuowania, aby dowiedzieć się więcej o jego stanie zdrowia. Wzruszyła ramionami, patrząc na lekarza, niepewna, co powiedzieć. Istniała nikła szansa, że uda się z nim porozmawiać na ten temat lub go z nim przekonać.
    
  "Kalihasa" - mruknęła nieśmiało Nina. "Kim jesteś?"
    
  "Świadomy" - odpowiedziało.
    
  "Kim jesteś?" zapytała, parafrazując to, co uważała za nieporozumienie ze strony głosu.
    
  "Świadomość" - odpowiedział. "Twój umysł jest w błędzie".
    
  Doktor Helberg aż westchnął z ekscytacji, odkrywając zdolność stworzenia do komunikacji. Nina starała się nie brać tego do siebie.
    
  "Czego chcesz?" zapytała Nina nieco śmielej.
    
  "Istnieć" - głosiło.
    
  Po jej lewej stronie, przystojny, pulchny psychiatra był zachwycony i absolutnie zafascynowany tym, co się działo.
    
  "Z ludźmi?" - zapytała.
    
  "Zniewolić" - dodał, gdy ona jeszcze mówiła.
    
  "Aby zniewolić statek?" zapytała Nina, która nabrała wprawy w formułowaniu pytań.
    
  "Statek jest prymitywny."
    
  "Czy jesteś bogiem?" zapytała bez namysłu.
    
  "Czy jesteś bogiem?" powtórzyło.
    
  Nina westchnęła z irytacją. Lekarz gestem nakazał jej kontynuować, ale Nina była rozczarowana. Marszcząc brwi i zaciskając usta, powiedziała lekarzowi: "To tylko powtórzenie tego, co powiedziałam".
    
  "To nie jest odpowiedź. On zadaje pytanie" - odpowiedział głos, ku jej zaskoczeniu.
    
  "Nie jestem bogiem" - odpowiedziała skromnie.
    
  "Dlatego właśnie istnieję" - odpowiedziało szybko.
    
  Nagle dr Helberg upadł na podłogę i zaczął drgać, zupełnie jak miejscowy mieszkaniec. Nina spanikowała, ale kontynuowała nagrywanie obu mężczyzn.
    
  "Nie!" krzyknęła. "Przestań! Przestań natychmiast!"
    
  "Czy jesteś Bogiem?" zapytało.
    
  "Nie!" krzyknęła. "Przestań go zabijać! Natychmiast!"
    
  "Czy jesteś Bogiem?" - zapytali ją ponownie, podczas gdy biedna psycholog wiła się z bólu.
    
  Krzyknęła surowo, jako ostatnią deskę ratunku, zanim ponownie zaczęła szukać dzbanka z wodą. "Tak! Jestem Bogiem!"
    
  W jednej chwili Sam upadł na ziemię, a doktor Helberg przestał krzyczeć. Nina pobiegła sprawdzić, co u nich obu.
    
  "Przepraszam!" zawołała do recepcjonistki. "Czy mogłaby pani tu wejść i mi pomóc?"
    
  Nikt nie przyszedł. Zakładając, że kobieta wyszła tak jak pozostali, Nina otworzyła drzwi do poczekalni. Sekretarka siedziała na kanapie w poczekalni, trzymając pistolet ochroniarza. U jej stóp leżał martwy ochroniarz, postrzelony w tył głowy. Nina lekko się cofnęła, nie chcąc ryzykować tego samego losu. Szybko pomogła doktorowi Helbergowi usiąść po bolesnych skurczach, szepcząc mu, żeby nie wydawał żadnych dźwięków. Kiedy odzyskał przytomność, podeszła do Sama, aby ocenić jego stan.
    
  "Sam, słyszysz mnie?" wyszeptała.
    
  "Tak" - jęknął - "ale czuję się dziwnie. Czy to był kolejny atak szaleństwa? Tym razem byłem tego w połowie świadomy, rozumiesz?"
    
  "Co masz na myśli?" zapytała.
    
  "Byłem świadomy przez cały ten czas i czułem się, jakbym zyskiwał kontrolę nad prądem przepływającym przeze mnie. Ta kłótnia z tobą przed chwilą. Nina, to byłem ja. To były moje myśli, trochę zniekształcone i brzmiały jak wyjęte prosto z horroru! I wiesz co?" - wyszeptał z wielkim naciskiem.
    
  "Co?"
    
  "Wciąż czuję, jak to przeze mnie przechodzi" - przyznał, chwytając ją za ramiona. "Doktorze?" - wyrzucił z siebie Sam, widząc, co jego szalone zdolności zrobiły z doktorem.
    
  "Cicho" - uspokoiła go Nina i wskazała na drzwi. "Słuchaj, Sam. Musisz coś dla mnie zrobić. Czy możesz spróbować użyć tej... drugiej strony... żeby manipulować czyimiś intencjami?"
    
  "Nie, nie sądzę" - zasugerował. "Dlaczego?"
    
  "Słuchaj, Sam, właśnie sterowałeś wzorcami mózgowymi doktora Helberga, żeby wywołać atak" - nalegała. "Zrobiłeś mu to. Zrobiłeś to, manipulując aktywnością elektryczną w jego mózgu, więc powinieneś być w stanie zrobić to samo z recepcjonistką. Jeśli tego nie zrobisz" - ostrzegła Nina - "zabije nas wszystkich w mgnieniu oka".
    
  "Nie mam pojęcia, o czym mówisz, ale dobra, spróbuję" - zgodził się Sam, podnosząc się chwiejnie. Wyjrzał zza rogu i zobaczył kobietę siedzącą na kanapie, palącą papierosa, trzymającą w drugiej ręce pistolet ochroniarza. Sam zerknął na doktora Helberga. "Jak ona się nazywa?"
    
  "Elma" - odpowiedział lekarz.
    
  "Elma?" Kiedy Sam zawołał zza rogu, wydarzyło się coś, czego wcześniej nie zauważył. Usłyszenie jej imienia nasiliło aktywność jej mózgu, natychmiast nawiązując kontakt z Samem. Słaby prąd elektryczny przeszył go niczym fala, ale nie był bolesny. W myślach czuła, jakby Sam był do niej przywiązany niewidzialnymi kablami. Nie był pewien, czy powinien przemówić do niej na głos i kazać jej rzucić broń, czy po prostu o tym pomyśleć.
    
  Sam postanowił zastosować tę samą metodę, którą pamiętał, gdy wcześniej znajdował się pod wpływem dziwnej mocy. Myśląc o Elmie, wysłał jej polecenie, czując, jak przesuwa się ono po wyczuwalnej nici do jej umysłu. Kiedy dotarło do niej, Sam poczuł, że jego myśli łączą się z jej myślami.
    
  "Co się dzieje?" - zapytał doktor Helberg Ninę, ale ta odciągnęła go od Sama i szepnęła, żeby się nie ruszał i czekał. Oboje z bezpiecznej odległości obserwowali, jak oczy Sama znów wywracają się do tyłu.
    
  "O, Boże, nie! Znowu!" - jęknął pod nosem doktor Helberg.
    
  "Cicho! Myślę, że tym razem Sam ma kontrolę" - zasugerowała, mając nadzieję, że jej przypuszczenia okazały się słuszne.
    
  "Może dlatego nie mogłem go z tego wyrwać" - powiedział jej dr Helberg. "W końcu to nie był stan hipnozy. To był jego własny umysł, tylko rozszerzony!"
    
  Nina musiała przyznać, że był to fascynujący i logiczny wniosek płynący z wypowiedzi psychiatry, do którego wcześniej nie miała większego szacunku w oczach swoich profesjonalistów.
    
  Elma wstała i rzuciła pistolet na środek poczekalni. Potem weszła do gabinetu lekarskiego z papierosem w dłoni. Nina i dr Helberg schyliły się na jej widok, ale ona tylko uśmiechnęła się do Sama i dała mu papierosa.
    
  "Czy mogę panu też jedną zaoferować, doktorze Gould?" - uśmiechnęła się. "Mam jeszcze dwie w plecaku".
    
  "Eee, nie, dziękuję" - odpowiedziała Nina.
    
  Nina była oszołomiona. Czy kobieta, która właśnie z zimną krwią zamordowała mężczyznę, naprawdę zaproponowała jej papierosa? Sam spojrzał na Ninę z chełpliwym uśmiechem, na który ta tylko pokręciła głową i westchnęła. Elma poszła do recepcji i zadzwoniła na policję.
    
  "Dzień dobry, chciałabym zgłosić morderstwo w gabinecie doktora Helberga na Starym Mieście..." - opisała swoje działania.
    
  "O cholera, Sam!" - wykrzyknęła Nina.
    
  "Wiem, prawda?" Uśmiechnął się, ale wyglądał na nieco speszonego tym odkryciem. "Doktorze, musisz wymyślić jakąś historię, która będzie zrozumiała dla policji. Nie miałem wpływu na żadne z tych bzdur, które zrobiła w poczekalni".
    
  "Wiem, Sam" - dr Helberg skinął głową. "Byłeś jeszcze pod hipnozą, kiedy to się stało. Ale oboje wiemy, że nie panowała nad swoim umysłem i to mnie martwi. Jak mogę pozwolić jej spędzić resztę życia w więzieniu za zbrodnię, której formalnie nie popełniła?"
    
  "Jestem pewna, że możesz zeznać o jej stabilności psychicznej i być może znaleźć wyjaśnienie, które udowodni, że była w transie czy coś w tym stylu" - zasugerowała Nina. Zadzwonił jej telefon, więc podeszła do okna, żeby odebrać, podczas gdy Sam i dr Helberg monitorowali ruchy Elmy, upewniając się, że nie uciekła.
    
  "Prawda jest taka, że ktokolwiek cię kontrolował, Sam, chciał cię zabić, czy to był mój asystent, czy ja" - ostrzegł dr Helberg. "Skoro już możemy założyć, że ta moc to twoja własna świadomość, błagam cię, abyś bardzo uważał na swoje intencje i nastawienie, bo możesz zabić kogoś, kogo kochasz".
    
  Nina nagle złapała oddech, tak gwałtownie, że obaj mężczyźni spojrzeli na nią. Wyglądała na oszołomioną. "To Purdue!"
    
    
  Rozdział 17
    
    
  Sam i Nina opuścili gabinet dr. Helberga przed przybyciem policji. Nie mieli pojęcia, co psycholog zamierza powiedzieć policji, ale teraz mieli ważniejsze sprawy na głowie.
    
  "Powiedział, gdzie jest?" zapytał Sam, kierując się w stronę samochodu Sama.
    
  "Był przetrzymywany w obozie prowadzonym przez... zgadnij kogo?" zaśmiała się.
    
  "Czarne Słońce, przypadkiem?" Sam udawał.
    
  "Bingo! Dał mi ciąg cyfr do wprowadzenia do jednej z jego maszyn w Raichtisusis. Jakieś sprytne urządzenie, podobne do Enigmy" - poinformowała go.
    
  "Wiesz, jak to jest?" zapytał, jadąc do posiadłości Purdue.
    
  "Tak. Był szeroko używany przez nazistów podczas II wojny światowej do komunikacji. To w zasadzie elektromechaniczna maszyna szyfrująca z rotorem" - wyjaśniła Nina.
    
  "I wiesz, jak to działa?" - chciał wiedzieć Sam, bo wiedzieli, że będzie miał problem ze zrozumieniem skomplikowanych kodów. Kiedyś próbował pisać kod na kurs oprogramowania i skończyło się na tym, że stworzył program, który nie robił nic poza tworzeniem umlautów i stacjonarnych dymków.
    
  "Purdue dał mi kilka liczb do wprowadzenia do komputera i powiedział, że dzięki temu poznamy jego lokalizację" - odpowiedziała, przeglądając pozornie bezsensowną sekwencję, którą zapisała.
    
  "Zastanawiam się, jak dotarł do telefonu" - powiedział Sam, gdy zbliżali się do wzgórza, gdzie nad krętą drogą górowała ogromna posiadłość Purdue. "Mam nadzieję, że nie zostanie odkryty, czekając, aż do niego dotrzemy".
    
  "Nie, na razie jest bezpieczny. Powiedział mi, że strażnicy otrzymali rozkaz zabicia go, ale udało mu się uciec z pokoju, w którym go przetrzymywali. Teraz najwyraźniej ukrywa się w sali komputerowej i włamał się do ich linii komunikacyjnych, żeby móc do nas zadzwonić" - wyjaśniła.
    
  "Ha! Stara szkoła! Dobra robota, stary gnoju!" Sam zaśmiał się z pomysłowości Purdue.
    
  Wjechali na podjazd domu Perdue. Ochroniarze znali najbliższych przyjaciół szefa i ciepło pomachali, otwierając ogromną czarną bramę. Asystent Perdue powitał ich w drzwiach.
    
  "Znalazłeś pana Purdue?" zapytała. "Och, dzięki Bogu!"
    
  "Tak, proszę, musimy dostać się do jego pokoju z elektroniką. To pilne" - poprosił Sam i pospieszyli do piwnicy, którą Purdue przekształcił w jedną ze swoich świętych kaplic obfitości wynalazków. Po jednej stronie przechowywał wszystko, nad czym wciąż pracował, a po drugiej wszystko, co ukończył, ale jeszcze nie opatentował. Dla każdego, kto nie żył inżynierią lub miał mniejsze zacięcie techniczne, był to nieprzenikniony labirynt przewodów, sprzętu, monitorów i instrumentów.
    
  "Cholera, spójrz na te wszystkie graty! Jak mamy tu to znaleźć?" - denerwował się Sam. Jego dłonie powędrowały na boki głowy, gdy rozglądał się po okolicy, szukając czegoś, co Nina opisała jako coś w rodzaju maszyny do pisania. "Nic takiego tu nie widzę".
    
  "Ja też" - westchnęła. "Pomóż mi też sprawdzić szafki, proszę, Sam."
    
  "Mam nadzieję, że wiesz, jak sobie z tym poradzić, bo w przeciwnym razie Perdue przejdzie do historii" - powiedział, otwierając pierwsze drzwiczki szafki, ignorując wszelkie żarty, jakie mógł wymyślić na temat kalamburu swoich słów.
    
  "Biorąc pod uwagę wszystkie badania, jakie przeprowadziłam do jednej z moich prac dyplomowych w 2004 roku, powinnam sobie z tym poradzić, nie martw się" - powiedziała Nina, grzebiąc w kilku szafkach ustawionych wzdłuż wschodniej ściany.
    
  "Chyba znalazłem" - powiedział nonszalancko. Ze starej, zielonej, wojskowej szafki Sam wyciągnął zniszczoną maszynę do pisania i uniósł ją jak trofeum. "To to?"
    
  "Tak, to jest to!" - wykrzyknęła. "Dobra, połóż to tutaj".
    
  Nina oczyściła małe biurko i odsunęła krzesło od innego stołu, by usiąść przed nim. Wyciągnęła arkusz z liczbami, który dał jej Purdue, i zabrała się do pracy. Podczas gdy Nina skupiała się na procesie, Sam rozważał ostatnie wydarzenia, próbując je zrozumieć. Gdyby naprawdę potrafił zmusić ludzi do wykonywania jego poleceń, całkowicie odmieniłoby to jego życie, ale coś w jego nowym, wygodnym zestawie talentów sprawiało, że w jego głowie zapalała się cała masa czerwonych światełek.
    
  "Przepraszam, doktorze Gould" - zawołała od drzwi jedna z gospodyń Purdue. "Jest tu pewien pan, który chce się z panem widzieć. Mówi, że rozmawiał z panem przez telefon kilka dni temu o panu Purdue".
    
  "O cholera!" krzyknęła Nina. "Całkowicie zapomniałam o tym facecie! Sam, ten facet, który nas ostrzegł, że Perdue zaginął? To musiał być on. Cholera, będzie wściekły".
    
  "W każdym razie wydaje się bardzo miły" - wtrącił pracownik.
    
  "Pójdę z nim porozmawiać. Jak on się nazywa?" - zapytał Sam.
    
  "Holzer" - odpowiedziała. "Detlef Holzer".
    
  "Nina, Holzer to nazwisko kobiety, która zmarła w konsulacie, prawda?" - zapytał. Skinęła głową, nagle przypominając sobie nazwisko mężczyzny z rozmowy telefonicznej, teraz, gdy Sam o nim wspomniał.
    
  Sam zostawił Ninę zajętą swoimi sprawami i wstał, by porozmawiać z nieznajomym. Kiedy wszedł do holu, ze zdziwieniem zobaczył potężnie zbudowanego mężczyznę popijającego herbatę z taką finezją.
    
  "Panie Holzer?" Sam uśmiechnął się, wyciągając rękę. "Sam Cleve. Jestem przyjacielem doktora Goulda i pana Purdue. W czym mogę pomóc?"
    
  Detlef uśmiechnął się ciepło i uścisnął dłoń Sama. "Miło mi pana poznać, panie Cleve. Gdzie jest dr Gould? Wygląda na to, że każdy, z kim próbuję porozmawiać, znika, a jego miejsce zajmuje ktoś inny".
    
  "W tej chwili jest naprawdę pochłonięta projektem, ale jest tutaj. Aha, i przepraszam, że jeszcze do ciebie nie oddzwoniła, ale wygląda na to, że bez problemu znalazłeś posesję pana Perdue" - zauważył Sam, siadając.
    
  "Znalazłeś go już? Naprawdę muszę z nim porozmawiać o mojej żonie" - powiedział Detlef, grając z Samem w karty. Sam spojrzał na niego zaintrygowany.
    
  "Czy mogę zapytać, jakie były relacje pana Perdue z pańską żoną?" Czy byli partnerami biznesowymi? Sam doskonale wiedział, że spotkali się w biurze Carringtona, aby omówić zakaz lądowania, ale najpierw chciał poznać nieznajomego.
    
  "Nie, właściwie chciałem mu zadać kilka pytań na temat okoliczności śmierci mojej żony. Widzi pan, panie Cleve, wiem, że nie popełniła samobójstwa. Pan Purdue był przy jej śmierci. Czy rozumie pan, do czego zmierzam?" - zapytał Sama bardziej surowym tonem.
    
  "Myślisz, że Purdue zabił twoją żonę?" - potwierdził Sam.
    
  "Wierzę" - odpowiedział Detlef.
    
  "I przyszedłeś tu po zemstę?" zapytał Sam.
    
  "Czy to naprawdę byłoby aż tak nieprawdopodobne?" - odparł niemiecki olbrzym. "To był ostatni człowiek, który widział Gabi żywą. Po co innego miałbym tu być?"
    
  Atmosfera między nimi szybko stała się napięta, ale Sam starał się zachować zdrowy rozsądek i uprzejmość.
    
  "Panie Holzer, znam Dave"a Perdue. Z pewnością nie jest mordercą. To wynalazca i badacz, którego interesują wyłącznie zabytki. Jak pan myśli, co zyskałby na śmierci pańskiej żony?" - zapytał Sam, zaintrygowany swoim dziennikarskim talentem.
    
  "Wiem, że próbowała ujawnić ludzi stojących za tymi morderstwami w Niemczech i że miało to coś wspólnego z nieuchwytną Bursztynową Komnatą, która zaginęła podczas II wojny światowej. Potem spotkała się z Davidem Perdue i zginęła. Nie uważasz, że to trochę podejrzane?" - zapytał Sama konfrontacyjnie.
    
  "Rozumiem, jak pan doszedł do takiego wniosku, panie Holzer, ale zaraz po śmierci Gabi Perdue zaginął..."
    
  "O to właśnie chodzi. Czy zabójca nie próbowałby zniknąć, żeby uniknąć schwytania?" - przerwał mu Detlef. Sam musiał przyznać, że mężczyzna miał powody, by podejrzewać Purdue o zamordowanie jego żony.
    
  "Dobrze, powiem ci co" - Sam rzucił dyplomatycznie - "jak tylko znajdziemy..."
    
  "Sam! Nie mogę zmusić tego cholerstwa, żeby powiedziało mi wszystkie słowa. Ostatnie dwa zdania Purdue"a mówiły coś o Bursztynowej Komnacie i Armii Czerwonej!" - krzyknęła Nina, wbiegając po schodach na Bal Ubrań.
    
  "To dr Gould, prawda?" - zapytał Detlef Sama. "Rozpoznaję jej głos z telefonu. Proszę mi powiedzieć, panie Cleve, co ją łączy z Davidem Perdue?"
    
  "Jestem jego koleżanką i przyjaciółką. Doradzam mu w sprawach historycznych podczas wypraw, panie Holzer" - odpowiedziała stanowczo na jego pytanie.
    
  "Miło mi poznać pana osobiście, doktorze Gould" - Detlef uśmiechnął się chłodno. "Proszę mi teraz powiedzieć, panie Cleve, jak to możliwe, że moja żona badała coś bardzo podobnego do tych samych tematów, o których wspomniał właśnie doktor Gould?". A tak się składa, że oboje znają Davida Perdue, więc dlaczego nie powie mi pan, co mam o tym myśleć?
    
  Nina i Sam wymienili zmarszczone spojrzenia. Wyglądało na to, że ich gościowi brakowało elementów w ich własnej układance.
    
  "Panie Holzer, o jakich przedmiotach pan mówi?" - zapytał Sam. "Gdyby mógł nam pan pomóc to rozgryźć, prawdopodobnie znaleźlibyśmy Purdue'a, a potem obiecuję, że będzie pan mógł go pytać o wszystko, co zechce".
    
  "Oczywiście, nie zabijając go" - dodała Nina, dołączając do dwóch mężczyzn siedzących na aksamitnych siedzeniach w salonie.
    
  "Moja żona prowadziła śledztwo w sprawie morderstw finansistów i polityków w Berlinie. Ale po jej śmierci znalazłem pokój - chyba radiowy - i tam znalazłem artykuły o morderstwach oraz liczne dokumenty dotyczące Bursztynowej Komnaty, którą król Prus Fryderyk Wilhelm I podarował niegdyś carowi Piotrowi Wielkiemu" - powiedział Detlef. "Gabi wiedziała, że istnieje między nimi związek, ale muszę porozmawiać z Davidem Perdue, żeby się dowiedzieć, jaki".
    
  "Cóż, jest sposób, żeby pan z nim porozmawiał, panie Holzer" - Nina wzruszyła ramionami. "Myślę, że informacje, których pan potrzebuje, mogą znajdować się w jego niedawnej korespondencji z nami".
    
  "Więc wiesz, gdzie on jest!" warknął.
    
  "Nie, dostaliśmy tylko tę wiadomość i musimy rozszyfrować wszystkie słowa, zanim będziemy mogli go uratować z rąk ludzi, którzy go porwali" - wyjaśniła Nina zdenerwowanemu gościowi. "Jeśli nie uda nam się rozszyfrować jego wiadomości, nie mam pojęcia, jak go szukać".
    
  "A tak przy okazji, co udało ci się rozszyfrować w dalszej części wiadomości?" - zapytał Sam z ciekawością.
    
  Westchnęła, wciąż zdezorientowana tym bezsensownym sformułowaniem. "Wspomina o "Armii" i "Stepie", może o górzystym regionie? Potem jest "Szukaj Bursztynowej Komnaty albo giń", a jedyne, co wyłapałam, to mnóstwo znaków interpunkcyjnych i gwiazdek. Nie jestem pewna, czy jego samochód jest w pełni sprawny".
    
  Detlef rozważył tę informację. "Spójrz na to" - powiedział nagle, sięgając do kieszeni kurtki. Sam przyjął postawę obronną, ale nieznajomy po prostu wyciągnął telefon komórkowy. Przejrzał zdjęcia i pokazał im zawartość sekretnego pokoju. "Jeden z moich informatorów podał mi współrzędne, gdzie mogłem znaleźć osoby, które Gabi groziła ujawnieniem. Widzisz te liczby? Wpisz je do swojej maszyny i zobacz, co zrobi".
    
  Wrócili do pokoju w piwnicy starej rezydencji, gdzie Nina pracowała z maszyną Enigma. Zdjęcia Detlefa były wyraźne i wystarczająco dokładne, aby każdą kombinację dało się rozszyfrować. Przez kolejne dwie godziny Nina wprowadzała cyfry po kolei. W końcu miała wydruk słów pasujących do szyfrów.
    
  "To nie jest wiadomość Purdue; ta wiadomość opiera się na liczbach z map Gabi" - wyjaśniła Nina, zanim odczytała wyniki. "Najpierw jest napisane: "Czerń kontra Czerwień na kazachskim stepie", potem "Klatka radiacyjna", a dwie ostatnie kombinacje to "Kontrola umysłu" i "Starożytny orgazm"".
    
  Sam uniósł brew. "Starożytny orgazm?"
    
  "Ugh! Źle się wyraziłam. To "starożytny organizm" - wyjąkała, ku rozbawieniu Detlefa i Sama. "Więc o "Stepie" wspominają zarówno Gabi, jak i Purdue, i to jest jedyna wskazówka, która akurat dotyczy lokalizacji".
    
  Sam spojrzał na Detlefa. "Więc przyjechałeś aż z Niemiec, żeby znaleźć zabójcę Gabi. Co powiesz na wycieczkę na kazachski step?"
    
    
  Rozdział 18
    
    
  Nogi Perdue'a wciąż strasznie bolały. Każdy krok sprawiał wrażenie chodzenia po gwoździach sięgających aż do kostek. To praktycznie uniemożliwiało mu noszenie butów, ale wiedział, że musi je nosić, jeśli chce uciec z więzienia. Po wyjściu Klausa z izby chorych, Perdue natychmiast odłączył mu kroplówkę z ręki i zaczął sprawdzać, czy nogi są wystarczająco silne, by utrzymać jego ciężar. Nie wierzył, że zamierzają się nim opiekować przez następne kilka dni. Spodziewał się kolejnych tortur, które okaleczą jego ciało i umysł.
    
  Dzięki swojemu zamiłowaniu do technologii, Perdue wiedział, że potrafi manipulować ich urządzeniami komunikacyjnymi, a także wszelkimi systemami kontroli dostępu i bezpieczeństwa, z których korzystali. Zakon Czarnego Słońca był suwerenną organizacją, wykorzystującą tylko najlepszych do ochrony swoich interesów, ale Dave Perdue był geniuszem, którego mogli się tylko bać. Potrafił udoskonalić każdy wynalazek stworzony przez jego inżynierów, i to bez większego wysiłku.
    
  Usiadł na łóżku, a następnie ostrożnie zsunął się po boku, powoli uciskając obolałe stopy. Purdue skrzywił się i próbował zignorować przeszywający ból po oparzeniach drugiego stopnia. Nie chciał zostać odkryty, gdy jeszcze nie mógł chodzić ani biegać, bo byłby skończony.
    
  Podczas gdy Klaus instruował swoich ludzi przed wyjściem, ich jeniec już kulał przez rozległy labirynt korytarzy, w myślach planując ucieczkę. Na trzecim piętrze, gdzie był przetrzymywany, skradał się wzdłuż północnej ściany, by znaleźć koniec korytarza, zakładając, że muszą tam być schody. Nie był specjalnie zaskoczony, widząc, że cała forteca jest w rzeczywistości okrągła, a zewnętrzne mury zbudowano z żelaznych belek i kratownic, wzmocnionych ogromnymi arkuszami stali przykręcanej śrubami.
    
  "To wygląda jak cholerny statek kosmiczny" - pomyślał, podziwiając architekturę kazachskiej Cytadeli Czarnego Słońca. Centrum budynku było puste - ogromna przestrzeń, w której można było przechowywać lub budować gigantyczne maszyny lub samoloty. Stalowa konstrukcja podtrzymywała ze wszystkich stron dziesięć pięter biur, serwerów, sal przesłuchań, jadalni, pomieszczeń mieszkalnych, sal konferencyjnych i laboratoriów. Purdue był zachwycony wydajną instalacją elektryczną i infrastrukturą naukową budynku, ale musiał się ruszać.
    
  Przedzierał się przez ciemne korytarze opuszczonych pieców i zakurzonych warsztatów, szukając wyjścia lub przynajmniej działającego urządzenia komunikacyjnego, za pomocą którego mógłby wezwać pomoc. Ku swojej uldze odkrył starą salę kontroli ruchu lotniczego, która najwyraźniej była nieużywana od dziesięcioleci.
    
  "Prawdopodobnie część jakiejś wyrzutni z czasów zimnej wojny" - powiedział, marszcząc brwi i rozglądając się po sprzęcie w prostokątnym pomieszczeniu. Nie spuszczając wzroku ze starego lustra, które zabrał z pustego laboratorium, zaczął podłączać jedyne urządzenie, jakie rozpoznał. "Wygląda na elektroniczną wersję nadajnika kodu Morse"a" - zgadł, kucając, by znaleźć kabel do podłączenia do gniazdka ściennego. Urządzenie zostało zaprojektowane wyłącznie do nadawania sekwencji liczbowych, więc musiał spróbować przypomnieć sobie szkolenie, które przeszedł na długo przed swoim pobytem w Wolfensteinie, wiele lat temu.
    
  Po uruchomieniu aparatu i skierowaniu anten w stronę, którą uznał za północną, Purdue znalazł urządzenie nadawcze, które działało jak telegraf, ale mogło łączyć się z geostacjonarnymi satelitami telekomunikacyjnymi za pomocą odpowiednich kodów. Dzięki temu urządzeniu mógł konwertować frazy na ich numeryczne odpowiedniki i używać szyfru Atbash w połączeniu z matematycznym systemem kodowania. "Binarny byłby znacznie szybszy" - oburzył się, ponieważ przestarzałe urządzenie nadal traciło wyniki z powodu krótkich, sporadycznych przerw w dostawie prądu spowodowanych wahaniami napięcia w liniach energetycznych.
    
  Kiedy Purdue w końcu dostarczył Ninie wskazówek potrzebnych do rozwiązania problemu z jego domową Enigmą, zhakował stary system, aby nawiązać połączenie z kanałem telekomunikacyjnym. Próba skontaktowania się z numerem telefonu w ten sposób nie była łatwa, ale musiał spróbować. To był jedyny sposób, w jaki mógł przesłać sekwencje cyfr Ninie w ciągu dwudziestu sekund do jej operatora, ale ku jego zaskoczeniu, udało mu się.
    
  Niedługo potem usłyszał ludzi Kempera biegających po stalowo-betonowej fortecy, szukających go. Nerwy miał napięte, mimo że udało mu się zadzwonić na pogotowie. Wiedział, że znalezienie go zajmie mu kilka dni, więc czekały go godziny cierpienia. Purdue obawiał się, że jeśli go znajdą, kara będzie tak dotkliwa, że nigdy się po niej nie otrząsnie.
    
  Z wciąż obolałym ciałem schronił się w opuszczonym, podziemnym basenie z wodą, za zamkniętymi na klucz żelaznymi drzwiami, pokrytymi pajęczynami i skorodowanymi rdzą. Było jasne, że nikt tam nie wchodził od lat, co czyniło go idealnym schronieniem dla rannego uciekiniera.
    
  Purdue był tak dobrze ukryty, czekając na ratunek, że nawet nie zauważył ataku na cytadelę dwa dni później. Nina skontaktowała się z Chaimem i Toddem, ekspertami komputerowymi Purdue'a, aby wyłączyli sieć energetyczną w okolicy. Podała im współrzędne, które Detlef otrzymał od Milli po dostrojeniu się do stacji numerycznej. Wykorzystując te informacje, dwaj Szkoci uszkodzili zasilanie kompleksu i główny system łączności, zakłócając działanie wszystkich urządzeń, takich jak laptopy i telefony komórkowe, w promieniu trzech kilometrów od Twierdzy Czarnego Słońca.
    
  Sam i Detlef weszli na teren kompleksu niezauważeni przez główne wejście, stosując strategię, którą opracowali przed wlotem helikopterem na opustoszały kazachski step. Zwrócili się o pomoc do polskiej filii Purdue, PoleTech Air & Transit Services. Podczas gdy mężczyźni włamywali się do kompleksu, Nina czekała w samolocie z pilotem przeszkolonym wojskowo, skanując okolicę za pomocą kamery w podczerwieni w poszukiwaniu wrogich ruchów.
    
  Detlef był uzbrojony w glocka, dwa noże myśliwskie i jedną z dwóch pałek teleskopowych. Drugą podał Samowi. Dziennikarz z kolei chwycił swój pistolet Makarowa i cztery bomby dymne. Wpadli przez główne wejście, spodziewając się gradu kul w ciemności, ale zamiast tego potknęli się o kilka ciał rozrzuconych po podłodze korytarza.
    
  "Co się, do cholery, dzieje?" - wyszeptał Sam. "Ci ludzie tu pracują. Kto mógł ich zabić?"
    
  "Z tego, co słyszałem, ci Niemcy zabijają swoich dla awansu" - odpowiedział cicho Detlef, kierując latarkę na martwych mężczyzn na podłodze. "Jest ich około dwudziestu. Słuchaj!"
    
  Sam zatrzymał się i nasłuchiwał. Słyszeli chaos wywołany przerwą w dostawie prądu na innych piętrach budynku. Ostrożnie wspięli się na pierwsze piętro schodów. Rozdzielenie się w tak dużym kompleksie, nieświadome broni ani liczby mieszkańców, było zbyt niebezpieczne. Szli ostrożnie gęsiego, z bronią w pogotowiu, oświetlając drogę pochodniami.
    
  "Miejmy nadzieję, że nie rozpoznają nas od razu jako intruzów" - zauważył Sam.
    
  Detlef uśmiechnął się. "Dobra. Ruszajmy dalej."
    
  "Tak" - powiedział Sam. Obserwowali, jak migające światła niektórych pasażerów pędzą w stronę pomieszczenia z generatorami. "O cholera! Detlef, zaraz włączą generator!"
    
  "Ruszaj się! Ruszaj się!" - rozkazał Detlef swojemu asystentowi, chwytając go za koszulę. Pociągnął Sama za sobą, żeby przechwycić ochroniarzy, zanim dotrą do pomieszczenia z generatorami. Podążając za świecącymi kulami, Sam i Detlef naciągnęli broń, przygotowując się na nieuniknione. W biegu Detlef zapytał Sama: "Czy zabiłeś kiedyś kogoś?"
    
  "Tak, ale nigdy celowo" - odpowiedział Sam.
    
  "Dobra, teraz będziecie musieli... z ogromną surowością!" - oznajmił wysoki Niemiec. "Bez litości. Albo nigdy nie wyjdziemy stamtąd żywi".
    
  "Roger!" - obiecał Sam, gdy stanęli twarzą w twarz z pierwszymi czterema mężczyznami, nie dalej niż metr od drzwi. Mężczyźni nie zdawali sobie sprawy, że dwie postacie nadchodzące z drugiej strony to intruzi, dopóki pierwsza kula nie roztrzaskała czaszki pierwszego mężczyzny.
    
  Sam skrzywił się, gdy gorące strumienie tkanki mózgowej i krwi uderzyły go w twarz, ale wycelował w drugiego mężczyznę w kolejce, który bez mrugnięcia okiem nacisnął spust, zabijając go. Martwy mężczyzna upadł bezwładnie u stóp Sama, gdy ten kucał, by podnieść pistolet. Wycelował w nadchodzących mężczyzn, którzy zaczęli oddawać strzały, raniąc dwóch kolejnych. Detlef powalił sześciu mężczyzn idealnymi strzałami w środek ciała, po czym kontynuował atak na dwa cele Sama, trafiając każdego z nich kulą w czaszkę.
    
  "Świetna robota, Sam" - uśmiechnął się Niemiec. "Palisz, prawda?"
    
  "Wierzę, dlaczego?" zapytał Sam, ocierając krwawą maź z twarzy i ucha. "Daj mi swoją zapalniczkę" - powiedział jego partner od progu. Rzucił Detlefowi jego zapalniczkę Zippo, zanim weszli do pomieszczenia z generatorem i zapalili zbiorniki paliwa. W drodze powrotnej wyłączyli silniki kilkoma celnymi strzałami.
    
  Perdue usłyszał szaleństwo dochodzące ze swojej małej kryjówki i skierował się do głównego wejścia, ale tylko dlatego, że to była jedyna znana mu droga ucieczki. Ciężko kulejąc, opierając się dłonią o ścianę, by odnaleźć drogę w ciemności, Perdue powoli wspiął się po schodach ewakuacyjnych do holu na pierwszym piętrze.
    
  Drzwi były szeroko otwarte i w przyćmionym świetle wpadającym do pokoju, ostrożnie przestępował nad ciałami, aż dotarł do powitalnego powiewu ciepłego, suchego powietrza pustynnego krajobrazu na zewnątrz. Płacząc z wdzięczności i strachu, Perdue pobiegł w stronę helikoptera, machając rękami i modląc się do Boga, żeby nie należał do wroga.
    
  Nina wyskoczyła z samochodu i pobiegła do niego. "Purdue! Perdue! Wszystko w porządku? Chodź tutaj!" krzyknęła, podchodząc do niego. Perdue spojrzała na piękną historyczkę. Krzyczała do radia, dając Samowi i Detlefowi znać, że ma Perdue. Kiedy Perdue wpadł jej w ramiona, upadł, ciągnąc ją za sobą na piasek.
    
  "Nie mogłem się doczekać, aż znów poczuję twój dotyk, Nino" - wyszeptał. "Przeszłaś przez to".
    
  "Zawsze tak robię" - uśmiechnęła się, trzymając wyczerpaną przyjaciółkę w ramionach, dopóki nie przybyli pozostali. Wsiedli do helikoptera i polecieli na zachód, gdzie mieli wygodne zakwaterowanie nad brzegiem Morza Aralskiego.
    
    
  Rozdział 19
    
    
  "Musimy znaleźć Bursztynową Komnatę, bo inaczej zrobi to Zakon. Musimy ją znaleźć, zanim oni to zrobią, bo tym razem obalą rządy świata i rozpętają ludobójczą przemoc" - nalegał Perdue.
    
  Skupili się wokół ogniska na podwórku domu, który Sam wynajmował w osadzie Aral. Była to częściowo umeblowana chata z trzema sypialniami, pozbawiona połowy udogodnień, do których grupa była przyzwyczajona w Pierwszym Świecie. Ale była skromna i przytulna, i mogli tam odpocząć, przynajmniej do czasu, aż Perdue poczuje się lepiej. Tymczasem Sam musiał mieć oko na Detlefa, aby upewnić się, że wdowiec nie zaatakuje miliardera, zanim zajmie się śmiercią Gabi.
    
  "Zajmiemy się tym, jak tylko poczujesz się lepiej, Perdue" - powiedział Sam. "Na razie po prostu leżymy i odpoczywamy".
    
  Warkocz na włosach Niny wymknął się spod wełnianej czapki, gdy zapalała kolejnego papierosa. Ostrzeżenie Purdue, mające być zapowiedzią, nie wydawało jej się wielkim problemem, biorąc pod uwagę jej ostatnie postrzeganie świata. To nie tyle wymiana zdań z boską istotą w duszy Sam pozostawiła ją z tak obojętnymi myślami. Po prostu stała się bardziej świadoma powtarzających się błędów ludzkości i wszechobecnej niezdolności do utrzymania równowagi na całym świecie.
    
  Aral był portem rybackim i miastem portowym, zanim potężne Morze Aralskie niemal całkowicie wyschło, pozostawiając po sobie jedynie jałową pustynię. Ninę smuciło, że tak wiele pięknych zbiorników wodnych wyschło i zniknęło z powodu skażenia przez człowieka. Czasami, gdy czuła się szczególnie apatycznie, zastanawiała się, czy świat byłby lepszy, gdyby ludzkość nie wymordowała wszystkiego, co w nim żyje, łącznie z samą sobą.
    
  Ludzie przypominali jej dzieci porzucone pod opieką mrowiska. Brakowało im po prostu mądrości i pokory, by zrozumieć, że są częścią świata, a nie ponoszą za niego odpowiedzialności. W arogancji i nieodpowiedzialności mnożyli się jak karaluchy, nieświadomi, że zamiast niszczyć planetę, by zaspokoić swoją liczebność i potrzeby, powinni byli ograniczyć wzrost własnej populacji. Ninę frustrowało to, że ludzie, jako zbiorowość, nie chcieli zrozumieć, że stworzenie mniejszej, bardziej inteligentnej populacji doprowadzi do znacznie bardziej wydajnego świata, bez niszczenia wszelkiego piękna w imię swojej chciwości i bezmyślnej egzystencji.
    
  Zamyślona Nina paliła papierosa przy kominku. Myśli i ideologie, którymi nie powinna była się zajmować, wkradały się do jej umysłu, gdzie mogła bezpiecznie zakopać zakazane tematy. Rozważała cele nazistów i odkryła, że niektóre z tych pozornie okrutnych idei były w rzeczywistości realnymi rozwiązaniami wielu problemów, które w obecnych czasach rzuciły świat na kolana.
    
  Naturalnie, brzydziła się ludobójstwem, okrucieństwem i uciskiem. Ostatecznie jednak zgodziła się, że do pewnego stopnia eliminacja słabego materiału genetycznego i wprowadzenie kontroli urodzeń poprzez sterylizację po urodzeniu dwójki dzieci nie jest aż tak potworne. To zmniejszyłoby populację ludzką, a tym samym ochroniłoby lasy i grunty rolne, zamiast ciągłego wycinania lasów w celu tworzenia nowych siedlisk dla ludzi.
    
  Patrząc na ziemię w dole podczas lotu nad Morze Aralskie, Nina w myślach opłakiwała to wszystko. Wspaniałe krajobrazy, niegdyś pełne życia, skurczyły się i uschły pod ludzkimi stopami.
    
  Nie, nie pochwalała działań Trzeciej Rzeszy, ale jej umiejętności i porządek były niezaprzeczalne. "Gdyby tylko dzisiaj istnieli ludzie o tak surowej dyscyplinie i wyjątkowej determinacji, gotowi zmieniać świat na lepsze" - westchnęła, dopalając ostatniego papierosa. "Wyobraź sobie świat, w którym ktoś taki nie uciskałby ludzi, a powstrzymywał bezwzględne korporacje. Gdzie zamiast niszczyć kultury, zniszczyliby medialne pranie mózgu i wszyscy żylibyśmy lepiej. A teraz byłoby tu, kurwa, jezioro, którym można by wyżywić ludzi".
    
  Wrzuciła niedopałek do ognia. Jej wzrok pochwycił spojrzenie Purdue'a, ale udawała, że nie zwraca na niego uwagi. Być może to migoczące cienie rzucane przez ogień nadawały jego wychudłej twarzy tak groźny wygląd, ale nie podobało jej się to.
    
  "Skąd wiesz, gdzie zacząć szukać?" - zapytał Detlef. "Czytałem, że Bursztynowa Komnata została zniszczona podczas wojny. Czy ci ludzie oczekują, że magicznie przywrócisz coś, co już nie istnieje?"
    
  Perdue wydawał się zdenerwowany, ale pozostali zakładali, że to z powodu traumatycznego doświadczenia z rąk Klausa Kempera. "Mówią, że to wciąż gdzieś tam jest. I jeśli ich nie wyprzedzimy, bez wątpienia będą nas zwyciężać na zawsze".
    
  "Dlaczego?" zapytała Nina. "Co jest tak potężnego w Bursztynowej Komnacie - jeśli w ogóle jeszcze istnieje?"
    
  "Nie wiem, Nino. Nie wdawali się w szczegóły, ale jasno dali do zrozumienia, że ma niezaprzeczalną moc" - bełkotał Purdue. "Nie mam pojęcia, co zawiera ani co robi. Wiem tylko, że jest bardzo niebezpieczne - jak to zwykle bywa z rzeczami o idealnym pięknie".
    
  Sam domyślił się, że zdanie jest skierowane do Niny, ale ton Perdue'a nie był ani miłosny, ani sentymentalny. Jeśli się nie mylił, zabrzmiało niemal wrogo. Sam zastanawiał się, co Perdue naprawdę czuje, że Nina spędza z nim tyle czasu, i wydawało się, że to drażliwy temat dla zazwyczaj pogodnego miliardera.
    
  "Gdzie była ostatnio?" - zapytał Detlef Ninę. "Jesteś historyczką. Czy wiesz, dokąd naziści mogli ją zabrać, gdyby nie została zniszczona?"
    
  "Wiem tylko to, co jest napisane w podręcznikach historii, Detlef" - przyznała - "ale czasami w szczegółach kryją się fakty, które dają nam wskazówki".
    
  "A co mówią twoje podręczniki do historii?" zapytał uprzejmie, udając, że jest bardzo zainteresowany powołaniem Niny.
    
  Westchnęła i wzruszyła ramionami, przypominając sobie legendę Bursztynowej Komnaty, którą dyktowały jej podręczniki. "Bursztynowa Komnata powstała w Prusach na początku XVIII wieku, Detlefie. Wykonano ją z bursztynowych paneli oraz inkrustacji i rzeźb w kształcie złotych liści, z lustrami za nimi, które sprawiały, że wyglądała jeszcze bardziej majestatycznie w świetle".
    
  "Do kogo to należało?" zapytał, odgryzając kawałek suchego, domowego chleba.
    
  "Królem w tamtym czasie był Fryderyk Wilhelm I, ale Bursztynową Komnatę podarował carowi Rosji Piotrowi Wielkiemu. Ale jest w tym coś fajnego" - powiedziała. "Chociaż należała do cara, była kilkakrotnie rozbudowywana! Wyobraźcie sobie jej wartość, nawet w tamtych czasach!"
    
  "Od króla?" zapytał ją Sam.
    
  "Tak. Mówią, że kiedy skończył rozbudowę komory, było w niej sześć ton bursztynu. Więc, jak zawsze, Rosjanie zasłużyli na swoją reputację dzięki zamiłowaniu do wielkości" - zaśmiała się. "Ale potem została splądrowana przez oddział nazistowski podczas II wojny światowej".
    
  "Oczywiście" - ubolewał Detlef.
    
  "A gdzie oni to trzymali?" - chciał wiedzieć Sam. Nina pokręciła głową.
    
  "To, co pozostało, przetransportowano do Królewca w celu renowacji, a następnie wystawiono tam na widok publiczny. Ale... to nie wszystko" - kontynuowała Nina, przyjmując od Sama kieliszek czerwonego wina. "Uważa się, że zamek został tam ostatecznie zniszczony przez alianckie naloty, kiedy został zbombardowany w 1944 roku. Niektóre zapisy wskazują, że gdy Trzecia Rzesza upadła w 1945 roku i Armia Czerwona zajęła Królewiec, naziści zabrali już pozostałości Bursztynowej Komnaty i przemycili je na statek pasażerski w Gdyni, aby wywieźć je z Królewca".
    
  "A dokąd on poszedł?" - zapytałem. Purdue zapytał z żywym zainteresowaniem. Wiedział już wiele z tego, co przekazała Nina, ale tylko do fragmentu o zniszczeniu Bursztynowej Komnaty przez alianckie naloty.
    
  Nina wzruszyła ramionami. "Nikt nie wie. Niektóre źródła podają, że statek został storpedowany przez sowiecki okręt podwodny, a Bursztynowa Komnata zaginęła na morzu. Ale prawda jest taka, że tak naprawdę nikt tego nie wie".
    
  "Gdybyś musiała zgadywać" - rzucił jej Sam z zapałem - "na podstawie tego, co wiesz o ogólnej sytuacji podczas wojny, co twoim zdaniem się wydarzyło?"
    
  Nina miała własną teorię na temat tego, co robiła i w co nie wierzyła, sądząc po nagraniach. "Naprawdę nie wiem, Sam. Po prostu nie wierzę w tę historię o torpedzie. Brzmi zbyt jak jakaś przykrywka, żeby powstrzymać wszystkich przed szukaniem jej. Ale z drugiej strony" - westchnęła - "nie mam pojęcia, co mogło się stać. Szczerze mówiąc, myślę, że Rosjanie przechwycili nazistów, ale nie w ten sposób". Zachichotała niezręcznie i ponownie wzruszyła ramionami.
    
  Jasnoniebieskie oczy Purdue'a wpatrywały się w ogień przed nim. Rozważał możliwe konsekwencje opowieści Niny, a także to, czego dowiedział się o tym, co wydarzyło się w Zatoce Gdańskiej. Wybudził się z zamrożonego stanu.
    
  "Myślę, że powinniśmy przyjąć to na wiarę" - oświadczył. "Sugeruję, żebyśmy zaczęli od miejsca, w którym prawdopodobnie zatonął statek, żeby mieć punkt wyjścia. Kto wie, może nawet znajdziemy tam jakieś wskazówki".
    
  "Masz na myśli nurkowanie?" wykrzyknął Detlef.
    
  "Zgadza się" - potwierdził Perdue.
    
  Detlef pokręcił głową: "Nie nurkuję. Nie, dziękuję!"
    
  "No, stary!" - uśmiechnął się Sam, lekko klepiąc Detlefa po plecach. "Możesz wbiec w żywy ogień, ale nie możesz pływać z nami?"
    
  "Nienawidzę wody" - przyznał Niemiec. "Umiem pływać. Po prostu nie wiem. Woda sprawia, że czuję się naprawdę nieswojo".
    
  "Dlaczego? Miałaś złe doświadczenia?" - zapytała Nina.
    
  "Nie wiem, ale może zmusiłem się do zapomnienia, co sprawiło, że tak bardzo nie znoszę pływania" - przyznał.
    
  "Nieważne" - wtrącił Perdue. "Możesz mieć na nas oko, skoro nie możemy dostać niezbędnych pozwoleń na nurkowanie. Czy możemy na ciebie liczyć?"
    
  Detlef rzucił Purdue długie, przenikliwe spojrzenie, które zaniepokoiło Sama i Ninę i sprawiło, że byli gotowi interweniować, ale on po prostu odpowiedział: "Mogę to zrobić".
    
  Było tuż przed północą. Czekali, aż grillowane mięso i ryby się upieką, a kojący trzask ognia ukołysał ich do snu, dając poczucie wytchnienia od trosk.
    
  "David, opowiedz mi o romansie, który miałeś z Gabi Holzer" - nagle nalegał Detlef, w końcu czyniąc to, co nieuniknione.
    
  Perdue zmarszczył brwi, zdziwiony dziwną prośbą nieznajomego, którego wziął za prywatnego konsultanta ds. bezpieczeństwa. "Co masz na myśli?" - zapytał Niemca.
    
  "Detlef" - ostrzegł cicho Sam, radząc wdowcowi, żeby zachował spokój. "Pamiętasz umowę, prawda?"
    
  Serce Niny podskoczyło. Czekała na to z niecierpliwością całą noc. Detlef zachował spokój, o ile mogli stwierdzić, ale powtórzył pytanie zimnym głosem.
    
  "Chcę, żebyś opowiedział mi o swoich stosunkach z Gabi Holzer w brytyjskim konsulacie w Berlinie w dniu jej śmierci" - powiedział spokojnym, choć głęboko niepokojącym tonem.
    
  "Dlaczego?" zapytał Perdue, doprowadzając Detlefa do szału swoim oczywistym unikaniem odpowiedzi.
    
  "Dave, to jest Detlef Holzer" - powiedział Sam, mając nadzieję, że wstęp wyjaśni upór Niemca. "On... nie, był... mężem Gabi Holzer i szukał ciebie, żebyś mógł mu opowiedzieć, co się wydarzyło tamtego dnia". Sam celowo sformułował swoje słowa w ten sposób, przypominając Detlefowi, że Purdue przysługuje domniemanie niewinności.
    
  "Bardzo mi przykro z powodu twojej straty!" - odpowiedział Perdue niemal natychmiast. "O mój Boże, to było straszne!". Było jasne, że Perdue nie udawał. Jego oczy napełniły się łzami, gdy na nowo przeżywał ostatnie chwile przed porwaniem.
    
  "Media donoszą, że popełniła samobójstwo" - powiedział Detlef. "Znam moją Gabi. Nigdy by..."
    
  Purdue wpatrywał się w wdowca szeroko otwartymi oczami. "Ona nie popełniła samobójstwa, Detlef. Została zamordowana na moich oczach!"
    
  "Kto to zrobił?" - ryknął Detlef. Był roztrzęsiony i niezrównoważony, tak blisko objawienia, którego szukał przez cały czas. "Kto ją zabił?"
    
  Perdue zastanowił się przez chwilę i spojrzał na zrozpaczonego mężczyznę. "Ja... ja nie pamiętam".
    
    
  Rozdział 20
    
    
  Po dwóch dniach rekonwalescencji w małym domku grupa wyruszyła na polskie wybrzeże. Sprawa między Perdue a Detlefem wydawała się nierozwiązana, ale dogadywali się stosunkowo dobrze. Perdue była winna Detlefowi nie tylko odkrycie, że śmierć Gabi nie była jej winą, zwłaszcza że Detlef wciąż podejrzewał u Perdue utratę pamięci. Nawet Sam i Nina zastanawiali się, czy Perdue nieświadomie nie ponosi odpowiedzialności za śmierć dyplomaty, ale nie mogli osądzać czegoś, o czym nic nie wiedzieli.
    
  Sam, na przykład, próbował lepiej zrozumieć świat, wykorzystując swoją nową zdolność przenikania umysłów innych, ale mu się to nie udało. W skrytości ducha miał nadzieję, że utracił niechciany dar, którym go obdarzono.
    
  Postanowili zrealizować swój plan. Odkrycie Bursztynowej Komnaty nie tylko pokrzyżowałoby plany złowrogiego Czarnego Słońca, ale także przyniosłoby znaczne korzyści finansowe. Jednak pilna potrzeba odnalezienia tej wspaniałej komnaty pozostawała dla nich wszystkich zagadką. Bursztynowa Komnata musiała oferować coś więcej niż bogactwo i reputację. Czarne Słońce miało ich pod dostatkiem.
    
  Nina miała byłą koleżankę ze studiów, która obecnie była żoną bogatego biznesmena mieszkającego w Warszawie.
    
  "Jeden telefon, chłopaki" - pochwaliła się trzem mężczyznom. "Jeden! Załatwiłam nam darmowy czterodniowy pobyt w Gdyni, a do tego porządną łódź rybacką na nasze małe, nie do końca legalne śledztwo".
    
  Sam żartobliwie potargał jej włosy. "Jesteś wspaniałym zwierzęciem, doktorze Gould! Czy oni mają whisky?"
    
  "Przyznaję, że w tej chwili dałbym wszystko za trochę bourbona" - uśmiechnął się Perdue. "Jaka jest pana trucizna, panie Holzer?"
    
  Detlef wzruszył ramionami: "Wszystko, co można wykorzystać w chirurgii".
    
  "Dobry człowieku! Sam, musimy coś z tego mieć, kolego. Dasz radę?" - zapytał niecierpliwie Perdue. "Za kilka minut mój asystent przeleje pieniądze, żebyśmy mogli dostać to, czego potrzebujemy. Ta łódź - czy należy do twojego przyjaciela?" - zapytał Ninę.
    
  "Należy do starca, u którego mieszkamy" - odpowiedziała.
    
  "Czy będzie podejrzewał, co tam zrobimy?" - martwił się Sam.
    
  "Nie. Mówi, że to stary nurek, rybak i strzelec wyborowy, który przeprowadził się do Gdyni z Nowosybirska tuż po II wojnie światowej. Podobno nigdy nie dostał ani jednej złotej gwiazdki za dobre sprawowanie" - zaśmiała się Nina.
    
  "Dobrze! Wtedy na pewno się wpasuje" - zaśmiał się Perdue.
    
  Kupiwszy trochę jedzenia i mnóstwo alkoholu dla swojego gościnnego gospodarza, grupa udała się do miejsca, które Nina otrzymała od swojego byłego kolegi. Detlef odwiedził lokalny sklep z narzędziami i kupił małe radio i baterie. Takie proste radia były trudno dostępne w bardziej nowoczesnych miastach, ale znalazł jedno obok sklepu z przynętami na ostatniej ulicy przed dotarciem do tymczasowego schronienia.
    
  Podwórko było prowizorycznie ogrodzone drutem kolczastym przywiązanym do chwiejnych słupków. Za ogrodzeniem podwórko porastały głównie wysokie chwasty i duże, zaniedbane rośliny. Wąska ścieżka, opleciona winoroślą, prowadziła od skrzypiącej żelaznej furtki do schodów prowadzących na taras, a stamtąd do przytłaczającej, małej drewnianej chatki. Na ganku czekał na nich starszy mężczyzna, wyglądający niemal dokładnie tak, jak wyobrażała go sobie Nina. Jego duże, ciemne oczy kontrastowały z potarganymi siwymi włosami i brodą. Miał wydatny brzuch i twarz pokrytą bliznami, przez co wyglądał groźnie, ale był przyjazny.
    
  "Witaj!" zawołał, gdy przechodzili przez bramę.
    
  "Boże, mam nadzieję, że on mówi po angielsku" - mruknął Perdue.
    
  "Albo niemiecki" - zgodził się Detlef.
    
  "Witaj! Przynieśliśmy coś dla ciebie" - uśmiechnęła się Nina, podając mu butelkę wódki, a staruszek radośnie klasnął w dłonie.
    
  "Widzę, że świetnie się dogadamy!" krzyknął radośnie.
    
  "Czy pan jest panem Marinesko?" zapytała.
    
  "Kirill! Proszę mówić mi Kirill. I proszę wejść. Nie mam dużego domu ani najlepszego jedzenia, ale jest tu ciepło i przytulnie" - przeprosił. Po tym, jak się przedstawili, podał im zupę warzywną, którą gotował cały dzień.
    
  "Po kolacji zabiorę cię na wycieczkę po łódce, dobrze?" - zaproponował Kirill.
    
  "Doskonale!" - odpowiedział Perdue. "Chciałbym zobaczyć, co masz w tej hangarze na łodzie".
    
  Podał zupę ze świeżo upieczonym chlebem, który szybko stał się ulubionym chlebem Sama. Nakładał sobie kawałek za kawałkiem. "Czy twoja żona to zrobiła?" - zapytał.
    
  "Nie, zrobiłem to. Jestem dobrym piekarzem, prawda?" Kirill się roześmiał. "Moja żona mnie nauczyła. Teraz nie żyje".
    
  "Ja też" - mruknął Detlef. "To wydarzyło się całkiem niedawno".
    
  "Przykro mi to słyszeć" - współczuł Kirill. "Nie sądzę, żeby nasze żony kiedykolwiek nas opuszczały. Zostają, żeby sprawiać nam kłopoty, kiedy popełniamy błędy".
    
  Nina odetchnęła z ulgą, widząc uśmiech Detlefa na twarzy Kirilla: "Ja też tak myślę!"
    
  "Czy będzie ci potrzebna moja łódź do nurkowania?" - zapytał gospodarz, zmieniając temat dla swojego gościa. Wiedział, jaki ból może wyrządzić taka tragedia, i nie mógł się nad tym rozwodzić.
    
  "Tak, chcemy nurkować, ale nie powinno nam to zająć więcej niż dzień lub dwa" - powiedział mu Perdue.
    
  "W Zatoce Gdańskiej? W jakim rejonie?" - naciskał Cyryl. To była jego łódź i to on je zainstalował, żeby nie mogli mu odmówić szczegółów.
    
  "W rejonie, gdzie w 1945 roku zatonął Wilhelm Gustloff" - powiedział Perdue.
    
  Nina i Sam wymienili spojrzenia, mając nadzieję, że staruszek niczego nie podejrzewa. Detlefowi nie zależało na tym, kto się dowie. Chciał tylko dowiedzieć się, jaką rolę Bursztynowa Komnata odegrała w śmierci jego żony i co było tak ważne dla tych dziwnych nazistów. Nad stołem zapadła krótka, napięta cisza.
    
  Kirill przyglądał się im po kolei. Jego wzrok przebijał ich obronę i intencje, gdy przyglądał im się uważnie z uśmieszkiem, który mógł oznaczać wszystko. Odchrząknął.
    
  "Dlaczego?"
    
  Pytanie o jedno słowo wytrąciło ich wszystkich z równowagi. Spodziewali się starannie przygotowanej odmowy albo jakiegoś lokalnego akcentu, ale prostota była niemal nie do pojęcia. Nina spojrzała na Purdue i wzruszyła ramionami. "Powiedz mu".
    
  "Szukamy szczątków artefaktu, który znajdował się na pokładzie statku" - powiedział Perdue do Kiryła, używając możliwie najszerszego opisu.
    
  "Bursztynowy Pokój?" - zaśmiał się, trzymając łyżkę prosto w machinalnej dłoni. "Ty też?"
    
  "Co masz na myśli?" zapytał Sam.
    
  "O mój Boże! Tyle ludzi szukało tego cholerstwa latami, a wszyscy wracali rozczarowani!" - zaśmiał się.
    
  "Więc mówisz, że ona nie istnieje?" zapytał Sam.
    
  "Powiedzcie mi, panie Purdue, panie Cleve i moi pozostali przyjaciele" - uśmiechnął się Kirill - "czego chcecie od Bursztynowej Komnaty, co? Pieniędzy? Sławy? Idźcie do domu. Niektóre piękne rzeczy po prostu nie są warte potępienia".
    
  Perdue i Nina wymienili spojrzenia, uderzeni podobieństwem słów między ostrzeżeniem starca a uczuciami Perdue.
    
  "Klątwa?" zapytała Nina.
    
  "Dlaczego tego szukasz?" zapytał ponownie. "Co chcesz osiągnąć?"
    
  "Moją żonę za to zabito" - wtrącił nagle Detlef. "Jeśli ktokolwiek szukał tego skarbu, był gotów ją za to zabić, chcę to zobaczyć na własne oczy". Jego wzrok wbił się w Perdue.
    
  Kirill zmarszczył brwi. "Co twoja żona miała z tym wspólnego?"
    
  "Prowadziła śledztwo w sprawie morderstw w Berlinie, ponieważ miała powody, by sądzić, że popełniła je tajna organizacja poszukująca Bursztynowej Komnaty. Została jednak zabita, zanim zdążyła dokończyć śledztwo" - powiedział wdowiec Kiryłowi.
    
  Załamując ręce, ich właściciel westchnął głęboko. "Więc nie chcesz tego dla pieniędzy ani sławy? Dobrze. W takim razie powiem ci, gdzie zatonął Wilhelm Gustloff, i sam zobaczysz, ale mam nadzieję, że wtedy przestaniesz opowiadać te bzdury".
    
  Bez dalszych słów i wyjaśnień wstał i opuścił pokój.
    
  "Co to, do cholery, było?" - drążył Sam. "On wie więcej, niż chce przyznać. Coś ukrywa".
    
  "Skąd to wiesz?" zapytał Perdue.
    
  Sam wyglądał na nieco zawstydzonego. "Mam po prostu przeczucie". Spojrzał na Ninę, zanim wstał, żeby zanieść miskę zupy do kuchni. Wiedziała, co oznacza jego spojrzenie. Musiał coś wyczytać w umyśle staruszka.
    
  "Przepraszam" - powiedziała do Perdue i Detlefa, po czym poszła za Samem. Stał w drzwiach prowadzących do ogrodu, patrząc, jak Kirył wychodzi do hangaru na łodzie, żeby sprawdzić paliwo. Nina położyła mu rękę na ramieniu. "Sam?"
    
  "Tak".
    
  "Co widziałeś?" zapytała ciekawie.
    
  "Nic. On wie coś bardzo ważnego, ale to tylko dziennikarski instynkt. Przysięgam, że to nie ma nic wspólnego z tą nową sprawą" - powiedział jej cicho. "Chcę go o to zapytać bezpośrednio, ale nie chcę na niego naciskać, rozumiesz?"
    
  "Wiem. Dlatego go o to zapytam" - powiedziała pewnie.
    
  "Nie! Nina! Wracaj tutaj!" krzyknął, ale ona była nieugięta. Znając Ninę, Sam wiedział, że nie może jej teraz powstrzymać. Zamiast tego postanowił wrócić do środka, aby powstrzymać Detlefa przed zabiciem Perdue. Zbliżając się do stołu w jadalni, Sam poczuł napięcie, ale zobaczył Perdue przeglądającą zdjęcia w telefonie Detlefa.
    
  "To były kody cyfrowe" - wyjaśnił Detlef. "Spójrz na to".
    
  Obaj mężczyźni zmrużyli oczy, gdy Detlef powiększał zdjęcie, które wziął ze strony pamiętnika, na której znalazł nazwisko Perdue. "O mój Boże!" - powiedział zdumiony Perdue. "Sam, chodź i spójrz na to".
    
  Podczas spotkania Perdue i Carringtona zarejestrowano nagranie odnoszące się do "Kirilla".
    
  "Czy po prostu wszędzie znajduję duchy, czy to wszystko może być jednym wielkim spiskiem?" - Detlef zapytał Sama.
    
  "Nie mogę ci powiedzieć na pewno, Detlef, ale mam też przeczucie, że on wie o Bursztynowej Komnacie" - Sam podzielił się z nimi swoimi podejrzeniami. "Rzeczy, których nie powinniśmy wiedzieć".
    
  "Gdzie jest Nina?" zapytał Perdue.
    
  "Po prostu rozmawiam ze staruszkiem. Po prostu nawiązuję znajomości, na wypadek gdybyśmy chcieli dowiedzieć się czegoś więcej" - zapewnił go Sam. "Skoro jego imię widnieje w pamiętniku Gabi, musimy wiedzieć, dlaczego".
    
  "Zgadzam się" - zgodził się Detlef.
    
  Nina i Kirył weszli do kuchni, śmiejąc się z czegoś głupiego, co jej powiedział. Jej trzej koledzy ożywili się, żeby sprawdzić, czy dowiedziała się czegoś więcej, ale ku ich rozczarowaniu Nina cicho pokręciła głową.
    
  "Dosyć tego" - oznajmił Sam. "Upiję go. Zobaczymy, ile będzie ukrywał, kiedy zdejmie cycki".
    
  "Dając mu rosyjską wódkę, nie upije się, Sam" - uśmiechnął się Detlef. "To go tylko uszczęśliwi i rozhula. Która godzina?"
    
  "Już prawie 21:00. Co, masz randkę?" - zażartował Sam.
    
  "Właściwie tak" - odpowiedział dumnie. "Ma na imię Milla".
    
  Zaintrygowany odpowiedzią Detlefa, Sam zapytał: "Chcesz, żebyśmy to zrobili we trzech?"
    
  "Milla?" - krzyknął nagle Kirill, blednąc. "Skąd znasz Millę?"
    
    
  Rozdział 21
    
    
  "Znasz też Millę?" - wydyszał Detlef. "Moja żona rozmawiała z nią prawie codziennie, a po jej śmierci znalazłem jej radiostację. To tam Milla ze mną rozmawiała i powiedziała mi, jak ją znaleźć za pomocą radia krótkofalowego".
    
  Nina, Perdue i Sam siedzieli i słuchali tego wszystkiego, nie mając pojęcia, co dzieje się między Kirillem a Detlefem. Słuchając, nalali sobie wina i wódki i czekali.
    
  "Kim była twoja żona?" - zapytał niecierpliwie Kirill.
    
  "Gabi Holzer" - odpowiedział Detlef, a jego głos wciąż drżał, gdy wymawiał jej imię.
    
  "Gabi! Gabi była moją przyjaciółką z Berlina!" - wykrzyknął starzec. "Pracuje z nami, odkąd jej pradziadek zostawił dokumenty dotyczące operacji Hannibal! O Boże, jakie to straszne! Jakie to smutne, jakie to niesprawiedliwe!". Rosjanin uniósł butelkę i krzyknął: "Za Gabi! Córkę Niemiec i obrończynię wolności!"
    
  Wszyscy dołączyli do nich i wypili za zmarłą bohaterkę, ale Detlef ledwo mógł wykrztusić słowa. Jego oczy napełniły się łzami, a pierś ścisnęła się z żalu po żonie. Słowa nie mogły opisać, jak bardzo za nią tęsknił, ale jego mokre policzki mówiły wszystko. Nawet oczy Kiryła były przekrwione, gdy składał hołd zmarłej sojuszniczce. Po kilku kolejnych kieliszkach wódki i odrobinie bourbona Purdue, Rosjanin poczuł nostalgię, opowiadając wdowcowi, Gabi, o tym, jak jego żona i stary Rosjanin się poznali.
    
  Nina poczuła ciepłe współczucie dla obu mężczyzn, obserwując, jak dzielą się słodkimi historiami o wyjątkowej kobiecie, którą oboje znali i uwielbiali. Zastanawiała się, czy Perdue i Sam uczciliby jej pamięć tak czule, gdy już jej nie będzie.
    
  "Przyjaciele moi" - ryknął Kirył z żalem i upojeniem, odrzucając krzesło, wstając i uderzając dłońmi w stół, rozlewając resztki zupy Detlefa - "Powiem wam, co musicie wiedzieć. Wy" - wyjąkał - "jesteście sojusznikami w ogniu wyzwolenia. Nie możemy pozwolić, by wykorzystali tego wirusa do uciskania naszych dzieci i nas samych!". Zakończył to dziwne oświadczenie ciągiem niezrozumiałych rosyjskich okrzyków bojowych, które brzmiały zdecydowanie gniewnie.
    
  "Powiedz nam" - nalegał Perdue, unosząc kieliszek. "Powiedz nam, w jaki sposób Bursztynowa Komnata zagraża naszej wolności. Czy powinniśmy ją zniszczyć, czy po prostu wytępić tych, którzy chcą ją zdobyć w nikczemnych celach?"
    
  "Zostawcie to tam, gdzie jest!" krzyknął Cyryl. "Zwykli ludzie nie mogą się tam dostać! Te panele - wiedzieliśmy, jakie są złe. Nasi ojcowie nam mówili! O tak! Od samego początku opowiadali nam, jak to diabelskie piękno zmusiło ich do zabicia braci, przyjaciół. Opowiadali nam, jak Mateczka Rosja o mało nie uległa woli nazistowskich psów, a my przysięgliśmy, że nigdy jej nie znajdziemy!"
    
  Sam zaczął się martwić o umysł Rosjanina, który zdawał się scalać kilka historii w jedną. Skupił się na mrowiącej sile krążącej w jego mózgu, delikatnie ją przywołując, mając nadzieję, że nie przejmie kontroli tak gwałtownie, jak wcześniej. Celowo nawiązał połączenie z umysłem starca i utworzył mentalną więź, podczas gdy pozostali obserwowali.
    
  Nagle Sam powiedział: "Kirill, opowiedz nam o Operacji Hannibal".
    
  Nina, Perdue i Detlef odwrócili się i spojrzeli na Sama ze zdumieniem. Prośba Sama natychmiast uciszyła Rosjanina. Nie minęła minuta, a on usiadł i skrzyżował ramiona. "Operacja Hannibal polegała na ewakuacji niemieckich wojsk drogą morską, aby uciec przed Armią Czerwoną, która wkrótce miała nadejść i skopać im nazistowskie tyłki" - zaśmiał się staruszek. "Wsiedli na pokład Wilhelma Gustloffa właśnie tutaj, w Gdyni, i popłynęli do Kilonii. Kazano im też załadować panele z tej cholernej Bursztynowej Komnaty. No, co z niej zostało. Ale!" - krzyknął, lekko kołysząc się na boki, gdy kontynuował: "Ale potajemnie załadowali to na eskortę Gustloffa, torpedowiec Löwe. Wiesz dlaczego?"
    
  Grupa siedziała jak zaczarowana, odpowiadając tylko na pytania. "Nie, dlaczego?"
    
  Kirył roześmiał się serdecznie. "Bo niektórzy z "Niemców" w porcie gdyńskim byli Rosjanami, tak jak załoga eskortowego kutra torpedowego! Przebrali się za nazistowskich żołnierzy i przejęli Bursztynową Komnatę. Ale jest jeszcze lepiej!" Wyglądał na zachwyconego każdym szczegółem, który opowiedział, podczas gdy Sam trzymał go na tej mentalnej smyczy tak długo, jak mógł. "Czy wiesz, że Wilhelm Gustloff otrzymał wiadomość radiową, kiedy ich idiotyczny kapitan wyprowadził ich na otwarte wody?"
    
  "Co tam było napisane?" zapytała Nina.
    
  "To zaalarmowało ich, że zbliża się kolejny niemiecki konwój, więc kapitan Gustloffa włączył światła nawigacyjne statku, aby uniknąć kolizji" - powiedział.
    
  "Dzięki temu byłyby widoczne dla wrogich statków" - podsumował Detlef.
    
  Staruszek wskazał na Niemca i uśmiechnął się. "Zgadza się! Radziecki okręt podwodny S-13 storpedował statek i zatopił go - bez Bursztynowej Komnaty".
    
  "Skąd wiesz? Nie jesteś na tyle stary, żeby tam być, Kirył. Może przeczytałeś jakąś sensacyjną historię, którą ktoś napisał" - odparł Perdue. Nina zmarszczyła brwi, udzielając Perdue'owi niewypowiedzianej reprymendy za przecenianie staruszka.
    
  "Wiem o tym wszystkim, panie Perdue, bo kapitanem S-13 był kapitan Aleksander Marinesko" - chwalił się Kirył. "Mój ojciec!"
    
  Ninie opadła szczęka.
    
  Uśmiech pojawił się na jej twarzy, gdy poznała z pierwszej ręki sekrety Bursztynowej Komnaty. To był dla niej wyjątkowy moment - znaleźć się w towarzystwie historii. Ale Kirył był jeszcze daleko od końca. "Nie zobaczyłby statku tak łatwo, gdyby nie ta niewytłumaczalna wiadomość radiowa informująca kapitana o zbliżającym się niemieckim konwoju, prawda?"
    
  "Ale kto wysłał tę wiadomość? Czy kiedykolwiek się o tym dowiedział?" - zapytał Detlef.
    
  "Nikt nigdy się o tym nie dowiedział. Wiedzieli o tym tylko ludzie zaangażowani w tajny plan" - powiedział Kirill. "Ludzie tacy jak mój ojciec. Ta wiadomość radiowa pochodziła od jego przyjaciół, pana Holzera i naszych przyjaciół. Tę wiadomość radiową wysłała Milla".
    
  "To niemożliwe!" Detlef zbagatelizował rewelację, która ich wszystkich zszokowała. "Rozmawiałem z Millą przez radio tej nocy, kiedy znalazłem radiostację mojej żony. Nie ma mowy, żeby ktokolwiek, kto działał podczas II wojny światowej, nadal żył, a co dopiero nadawał na tej stacji radiowej".
    
  "Masz rację, Detlef, gdyby Milla była człowiekiem" - upierał się Kirill. Teraz kontynuował ujawnianie swoich sekretów, ku uciesze Niny i jej kolegów. Ale Sam tracił kontrolę nad Rosjaninem, wyczerpany ogromnym wysiłkiem umysłowym.
    
  "Kim więc jest Milla?" - zapytała szybko Nina, zdając sobie sprawę, że Sam zaraz straci kontrolę nad starcem. Kirill zemdlał, zanim zdążył powiedzieć coś więcej, a bez zaklęcia Sama, nic nie mogło zmusić pijanego starca do przemówienia. Nina westchnęła z rozczarowaniem, ale Detlef nie przejmował się słowami starca. Planował później posłuchać audycji i miał nadzieję, że rzuci ona trochę światła na niebezpieczeństwo czyhające w Bursztynowej Komnacie.
    
  Sam wziął kilka głębokich oddechów, żeby odzyskać koncentrację i energię, ale Purdue spojrzał mu w oczy przez stół. To spojrzenie wyrażało wyraźną nieufność i sprawiło, że Sam poczuł się bardzo nieswojo. Nie chciał, żeby Purdue wiedział, że potrafi manipulować ludzkimi umysłami. To wzbudziłoby w nim jeszcze większe podejrzenia, a tego nie chciał.
    
  "Jesteś zmęczony, Sam?" - zapytał Perdue bez wrogości i podejrzeń.
    
  "Jestem śmiertelnie zmęczony" - odpowiedział. "A wódka też nie pomaga".
    
  "Też idę spać" - oznajmił Detlef. "Chyba jednak nie będzie nurkowania? To byłoby super!"
    
  "Gdybyśmy mogli obudzić naszego kapitana, może udałoby nam się dowiedzieć, co stało się z eskortą" - zaśmiał się Purdue. "Ale myślę, że przynajmniej na resztę nocy jest już poza nim".
    
  Detlef zamknął się w swoim pokoju na samym końcu korytarza. Był najmniejszy ze wszystkich, sąsiadował z sypialnią Niny. Perdue i Sam dzielili jeszcze jedną sypialnię obok salonu, więc Detlef nie zamierzał ich niepokoić.
    
  Włączył radio tranzystorowe i powoli przekręcił pokrętło, obserwując numer częstotliwości pod ruchomą wskazówką. Radio nadawało fale FM, AM i krótkie, ale Detlef wiedział, gdzie je dostroić. Odkąd odkryto tajny pokój łączności jego żony, pokochał trzeszczące gwizdy pustych fal radiowych. W jakiś sposób otwierające się przed nim możliwości uspokajały go. Podświadomie dawały mu pewność, że nie jest sam; że rozległy eter górnych warstw atmosfery skrywa w sobie mnóstwo życia i wielu sprzymierzeńców. Oferowały możliwość wszystkiego, co tylko można sobie wyobrazić, gdyby tylko ktoś miał na to ochotę.
    
  Pukanie do drzwi sprawiło, że podskoczył. "Scheisse!" Niechętnie wyłączył radio, żeby otworzyć drzwi. To była Nina.
    
  "Sam i Perdue piją, a ja nie mogę spać" - wyszeptała. "Mogę posłuchać z tobą audycji Milli? Przyniosłam długopis i papier".
    
  Detlef był w świetnym humorze. "Jasne, wejdź. Próbowałem tylko znaleźć odpowiednią stację. Jest tyle piosenek, które brzmią prawie tak samo, ale rozpoznaję muzykę".
    
  "Czy tu jest muzyka?" zapytała. "Czy grają piosenki?"
    
  Skinął głową. "Tylko jeden, na początku. To musi być jakiś znacznik" - zgadł. "Myślę, że kanał jest wykorzystywany do różnych celów, a kiedy nadaje do ludzi takich jak Gabi, jest specjalna piosenka, która daje nam znać, że te numery są przeznaczone dla nas".
    
  "O mój Boże! To cała nauka" - zachwycała się Nina. "Działa się tam tak wiele, o czym świat nawet nie wie! To jak cały podwszechświat, pełen tajnych operacji i ukrytych motywów".
    
  Spojrzał na nią ciemnymi oczami, ale jego głos był łagodny. "Straszne, prawda?"
    
  "Tak" - zgodziła się. "I samotna".
    
  "Samotna, tak" - powtórzył Detlef, podzielając jej uczucia. Spojrzał na śliczną historyczkę z tęsknotą i podziwem. W niczym nie przypominała Gabi. W niczym nie przypominała Gabi, ale na swój sposób wydawała się znajoma. Może dlatego, że podzielały ten sam pogląd na świat, a może po prostu dlatego, że ich dusze były samotne. Nina poczuła się nieco nieswojo pod jego żałosnym spojrzeniem, ale uratował ją nagły trzask w głośniku, który sprawił, że podskoczył.
    
  "Słuchaj, Nino!" - wyszeptał. "Zaczyna się".
    
  Muzyka zaczęła grać, ukryta gdzieś daleko, w pustce na zewnątrz, zagłuszona przez szumy i gwizdy modulacyjne. Nina uśmiechnęła się, rozbawiona rozpoznaną melodią.
    
  "Metallica? Naprawdę?" pokręciła głową.
    
  Detlef ucieszył się, słysząc, że wie. "Tak! Ale co to ma wspólnego z liczbami? Łamię sobie głowę, próbując zrozumieć, dlaczego wybrali właśnie tę piosenkę".
    
  Nina się uśmiechnęła. "Piosenka nazywa się "Sweet Amber", Detlef".
    
  "Ach!" wykrzyknął. "Teraz to ma sens!"
    
  Podczas gdy oni jeszcze śmiali się z piosenki, rozpoczął się występ Milli.
    
  "Wartość średnia: 85-45-98-12-74-55-68-16..."
    
  Nina wszystko zapisała.
    
  "Genewa 48-66-27-99-67-39..."
    
  "Jehowa 30-59-69-21-23..."
    
  "Wdowiec..."
    
  "Wdowiec! To ja! To do mnie!" - wyszeptał głośno, podekscytowany.
    
  Nina zapisała następujące liczby: "87-46-88-37-68...".
    
  Kiedy pierwsza 20-minutowa transmisja dobiegła końca i muzyka zakończyła fragment, Nina wręczyła Detlefowi zapisane przez siebie liczby. "Masz jakieś pomysły, co z tym zrobić?"
    
  "Nie wiem, co to jest ani jak działa. Po prostu je zapisuję i przechowuję. Wykorzystaliśmy je, żeby znaleźć lokalizację obozu, w którym przetrzymywano Perdue, pamiętasz? Ale nadal nie mam pojęcia, co to wszystko znaczy" - poskarżył się.
    
  "Musimy skorzystać z maszyny Purdue. Przywiozłam ją. Jest w mojej walizce" - powiedziała Nina. "Jeśli ta wiadomość jest skierowana specjalnie do ciebie, musimy ją natychmiast rozszyfrować".
    
    
  Rozdział 22
    
    
  "To cholernie niesamowite!" Nina była zachwycona tym, co odkryła. Mężczyźni wypłynęli łodzią z Kirillem, a ona została, żeby trochę poszperać, tak jak im powiedziała. Prawdę mówiąc, Nina była zajęta rozszyfrowywaniem numerów, które Detlef otrzymał od Milli poprzedniej nocy. Historyk przeczuwał, że Milla zna miejsce pobytu Detlefa na tyle dobrze, by przekazać mu cenne i istotne informacje, ale na razie dobrze im to wyszło.
    
  Minęło pół dnia, zanim mężczyźni wrócili z zabawnymi opowieściami o rybach, ale wszyscy poczuli potrzebę kontynuowania podróży, gdy tylko będą mieli coś do zrobienia. Sam nie był w stanie nawiązać ponownego kontaktu z umysłem starca, ale nie powiedział Ninie, że jego dziwna zdolność zaczęła ostatnio zanikać.
    
  "Co znalazłeś?" zapytał Sam, zdejmując przesiąknięty sprayem sweter i czapkę. Detlef i Perdue weszli za nim, wyglądając na wyczerpanych. Kirill kazał im dziś zarobić na swoje utrzymanie, pomagając mu przy sieciach i naprawie silników, ale z przyjemnością słuchali jego zabawnych opowieści. Niestety, żadna z nich nie kryła w sobie żadnych historycznych tajemnic. Kazał im wracać do domu, podczas gdy on sam dostarczył swój połów na lokalny targ kilka mil od doków.
    
  "Nie uwierzysz!" - uśmiechnęła się, pochylając się nad laptopem. "Audycja stacji Numbers, której słuchaliśmy z Detlefem, dała nam coś wyjątkowego. Nie wiem, jak oni to robią, i nie obchodzi mnie to" - kontynuowała, gdy zebrali się wokół niej - "ale udało im się zamienić ścieżkę dźwiękową w kody cyfrowe!"
    
  "Co masz na myśli?" - zapytał Purdue, pod wrażeniem, że zabrała ze sobą jego komputer Enigma na wypadek, gdyby go potrzebowali. "To prosta konwersja. Jak szyfrowanie? Jak dane z pliku MP3, Nino" - uśmiechnął się. "Nie ma nic nowego w używaniu danych do konwersji kodowania na dźwięk".
    
  "Ale liczby? Prawdziwe liczby, nic więcej. Żadnych kodów ani bełkotu, jak to się robi przy pisaniu oprogramowania" - odparła. "Słuchajcie, jestem kompletnym nowicjuszem, jeśli chodzi o technologię, ale nigdy nie słyszałam, żeby kolejne dwucyfrowe liczby tworzyły klip dźwiękowy".
    
  "Ja też" - przyznał Sam. "Ale z drugiej strony, nie jestem też jakimś geekiem".
    
  "To wszystko jest świetne, ale myślę, że najważniejsze jest to, co mówi klip dźwiękowy" - zasugerował Detlef.
    
  "Zakładam, że to audycja radiowa nadawana w rosyjskich mediach. W klipie usłyszycie prezentera telewizyjnego przeprowadzającego wywiad z mężczyzną, ale ja nie mówię po rosyjsku..." Zmarszczyła brwi. "Gdzie jest Kirył?"
    
  "Już idzie" - powiedział kojąco Perdue. "Zakładam, że będzie nam potrzebny do tłumaczenia".
    
  "Tak, wywiad trwa prawie 15 minut, zanim zostaje przerwany przez ten dźwięk pikania, który o mało nie rozerwał mi bębenków w uszach" - powiedziała. "Detlef, Milla z jakiegoś powodu chciała, żebyś to usłyszał. Musimy o tym pamiętać. To może mieć kluczowe znaczenie dla odnalezienia Bursztynowej Komnaty".
    
  "Ten głośny pisk" - mruknął nagle Kirill, wchodząc przez drzwi wejściowe z dwiema torbami i butelką alkoholu pod pachą - "to interwencja wojskowa".
    
  "Właśnie takiego człowieka chcieliśmy zobaczyć" - uśmiechnął się Perdue, podchodząc, żeby pomóc staremu Rosjaninowi z bagażami. "Nina ma audycję radiową po rosyjsku. Czy byłby pan tak miły i przetłumaczył ją dla nas?"
    
  "Oczywiście! Oczywiście" - zaśmiał się Kirył. "Pozwól mi posłuchać. A, i nalej mi czegoś do picia, proszę."
    
  Podczas gdy Perdue spełniał swoją prośbę, Nina odtwarzała nagranie audio na swoim laptopie. Z powodu słabej jakości nagrania, brzmiało ono bardzo podobnie do starej audycji. Rozpoznała dwa męskie głosy, jeden zadający pytania, a drugi udzielający długich odpowiedzi. Nagranie nadal zawierało trzaski i zakłócenia, a głosy obu mężczyzn od czasu do czasu cichły, by potem powrócić głośniejsze niż wcześniej.
    
  "To nie jest wywiad, moi przyjaciele" - powiedział Kirill grupie w pierwszej minucie słuchania. "To przesłuchanie".
    
  Serce Niny zabiło mocniej. "Czy to oryginał?"
    
  Sam gestem dał znak Ninie zza pleców Kirilla, żeby poczekała i nic nie mówiła. Staruszek wsłuchiwał się w każde słowo, a jego twarz ciemniała. Od czasu do czasu bardzo powoli kręcił głową, ponuro rozważając to, co właśnie usłyszał. Purdue, Nina i Sam umierali z ciekawości, o czym rozmawiają mężczyźni.
    
  Wszyscy byli zdenerwowani, czekając, aż Kirill skończy słuchać, ale musieli zachować ciszę, żeby mógł usłyszeć coś mimo szumu nagrania.
    
  "Uważajcie na krzyki" - ostrzegła Nina, widząc, że timer zbliża się do końca klipu. Wszyscy się na to przygotowywali i słusznie. Atmosfera rozdarła się wysokim, piskliwym krzykiem, który trwał kilka sekund. Kirył drgnął na dźwięk. Odwrócił się, by spojrzeć na zespół.
    
  "Był strzał. Słyszałeś?" - zapytał nonszalancko.
    
  "Nie. Kiedy?" zapytała Nina.
    
  "W tym strasznym hałasie usłyszałem imię mężczyzny i strzał. Nie mam pojęcia, czy krzyk miał zagłuszyć strzał, czy to był tylko zbieg okoliczności, ale na pewno był to strzał" - powiedział.
    
  "Wow, świetne uszy" - powiedział Perdue. "Żaden z nas nawet tego nie słyszał".
    
  "Mam słaby słuch, panie Perdue. Wyćwiczony słuch. Moje uszy zostały wyćwiczone do słyszenia ukrytych dźwięków i wiadomości przez lata pracy w radiu" - pochwalił się Kirill, uśmiechając się i wskazując na swoje ucho.
    
  "Ale strzał byłby na tyle głośny, że zostałby wykryty nawet przez niewprawne ucho" - zasugerował Perdue. "Znów, to zależy od tematu rozmowy. To powinno nam powiedzieć, czy w ogóle jest istotny".
    
  "Tak, proszę powiedz nam, co powiedzieli, Kirył" - błagał Sam.
    
  Kirył opróżnił kieliszek i odchrząknął. "To przesłuchanie oficera Armii Czerwonej z więźniem Gułagu, więc musiało zostać nagrane tuż po upadku Trzeciej Rzeszy. Słyszę, jak ktoś woła imię mężczyzny z zewnątrz, zanim padł strzał".
    
  "Gułag?" zapytał Detlef.
    
  "Jeńcy wojenni. Stalin nakazał radzieckim żołnierzom pojmanym przez Wehrmacht popełnić samobójstwo po dostaniu się do niewoli. Ci, którzy nie popełnili samobójstwa - jak mężczyzna przesłuchiwany w pańskim nagraniu wideo - zostali uznani przez Armię Czerwoną za zdrajców" - wyjaśnił.
    
  "Więc zabij się, czy zabij własną armię?" - zapytał Sam. "Ci goście nie mają chwili wytchnienia".
    
  "Dokładnie" - zgodził się Cyryl. "Żadnej kapitulacji. Ten człowiek, śledczy, jest dowódcą, a Gułag, jak mówią, pochodzi z 4. Frontu Ukraińskiego. Zatem w tej rozmowie ukraiński żołnierz jest jednym z trzech mężczyzn, którzy przeżyli..." Cyryl nie znał tego słowa, ale rozłożył ręce. "...niewyjaśnione utonięcie u wybrzeży Łotwy. Mówi, że przechwycili skarb, który miał zostać zabrany przez nazistowską Kriegsmarine".
    
  "Skarb. Panele z Bursztynowej Komnaty, jak sądzę" - dodał Perdue.
    
  "Musi tak być. Mówi, że płyty i panele się pokruszyły?" Kirill z trudem mówił po angielsku.
    
  "Kruche" - uśmiechnęła się Nina. "Pamiętam, że mówili, że oryginalne panele stały się kruche ze starości w 1944 roku, kiedy niemiecka Grupa Nord musiała je zdemontować".
    
  "Tak" - puścił oko Cyryl. "Opowiada o tym, jak oszukali załogę Wilhelma Gustloffa i ukradli bursztynowe panele, żeby Niemcy ich nie zabrali. Mówi jednak, że podczas podróży na Łotwę, gdzie czekały na nich jednostki mobilne, coś poszło nie tak. Rozsypujący się bursztyn uwolnił to, co wpadło im do głowy - nie, do głowy kapitana".
    
  "Przepraszam?" - Perdue ożywił się. "Co mu chodzi po głowie? Czy on coś mówi?"
    
  "Może to dla ciebie nie mieć sensu, ale on mówi, że w bursztynie było coś, co było tam zamknięte przez wieki. Myślę, że mówi o owadzie. To właśnie słyszał kapitan. Nikt z nich nie mógł go już zobaczyć, bo był taki, taki mały, jak mucha" - opowiedział Cyryl historię żołnierza.
    
  "O, Boże" - mruknął Sam.
    
  "Ten człowiek twierdzi, że kiedy kapitan sprawił, że jego oczy stały się białe, wszyscy ludzie zaczęli robić straszne rzeczy?"
    
  Kirill zmarszczył brwi, rozważając swoje słowa. Potem skinął głową, zadowolony, że jego wersja dziwnych słów żołnierza była prawidłowa. Nina spojrzała na Sama. Wyglądał na oszołomionego, ale nic nie powiedział.
    
  "On powiedział, co zrobili?" - zapytała Nina.
    
  "Wszyscy zaczęli myśleć jak jedna osoba. Mieli ten sam mózg" - mówi. "Kiedy kapitan kazał im się utopić, wszyscy wyszli na pokład statku i, pozornie niewzruszeni, skoczyli do wody i utonęli niedaleko brzegu".
    
  "Kontrola umysłu" - potwierdził Sam. "Właśnie dlatego Hitler chciał, aby Bursztynowa Komnata wróciła do Niemiec podczas operacji Hannibal. Z taką kontrolą umysłu mógłby podporządkować sobie cały świat bez większego wysiłku!"
    
  "Ale jak się o tym dowiedział?" - chciał wiedzieć Detlef.
    
  "Jak myślisz, jak Trzeciej Rzeszy udało się przekształcić dziesiątki tysięcy normalnych, moralnie zdrowych Niemców i Niemek w podobnie myślących nazistowskich żołnierzy?" - zapytała Nina. "Czy zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego ci żołnierze byli tak z natury źli i nieodparcie okrutni, kiedy nosili te mundury?" Jej słowa odbiły się echem w milczącej kontemplacji jej towarzyszy. "Pomyśl o okrucieństwach popełnionych nawet wobec małych dzieci, Detlef. Tysiące nazistów podzielało to samo zdanie, ten sam poziom okrucieństwa, bezkrytycznie wykonując swoje nikczemne rozkazy niczym zombie z wypranymi mózgami. Założę się, że Hitler i Himmler odkryli ten starożytny organizm podczas jednego z eksperymentów Himmlera".
    
  Mężczyźni zgodzili się, wyglądając na zszokowanych nowym rozwojem sytuacji.
    
  "To ma sens" - powiedział Detlef, pocierając brodę i myśląc o moralnym upadku nazistowskich żołnierzy.
    
  "Zawsze myśleliśmy, że propaganda wyprała im mózgi" - powiedział Kirill swoim gościom - "ale panowała tam zbyt duża dyscyplina. Taki poziom jedności jest nienaturalny. Jak myślicie, dlaczego wczoraj wieczorem nazwałem Bursztynową Komnatę przekleństwem?"
    
  "Czekaj" - Nina zmarszczyła brwi - "wiedziałaś o tym?"
    
  Kirył spojrzał na nią z wyrzutem i groźnie spojrzał. "Tak! Jak myślisz, co robiliśmy z naszymi stacjami cyfrowymi przez te wszystkie lata? Wysyłaliśmy kody na cały świat, żeby ostrzegać naszych sojuszników, dzieląc się informacjami o każdym, kto mógłby spróbować ich użyć przeciwko ludzkości. Wiemy o pluskwach zamkniętych w bursztynie, bo inny nazistowski drań użył ich przeciwko mojemu ojcu i jego firmie rok po katastrofie Gustloffa".
    
  "Dlatego chciałeś nas zniechęcić do szukania tego" - powiedział Perdue. "Teraz rozumiem".
    
  "Czyli to wszystko, co żołnierz powiedział śledczemu?" - zapytał Sam starca.
    
  "Pytali go, jak to się stało, że przeżył rozkaz kapitana, a on odpowiadał, że kapitan nie mógł się do niego zbliżyć, więc nigdy nie usłyszał rozkazu" - wyjaśniał Kirill.
    
  "Dlaczego nie mógł do niego podejść?" - zapytał Perdue, zapisując fakty w małym notatniku.
    
  "Nie mówi. Tylko że kapitan nie mógł znieść przebywania z nim w tym samym pomieszczeniu. Może dlatego strzelają do niego przed końcem sesji, może z powodu imienia mężczyzny, które wykrzykują. Myślą, że ukrywa informacje, więc go zabijają" - Kirill wzruszył ramionami. "Myślę, że to mogło być promieniowanie".
    
  "Promieniowanie z czego? O ile wiem, w Rosji nie było wtedy żadnej aktywności nuklearnej" - powiedziała Nina, dolewając Kiryłowi wódki i sobie wina. "Czy mogę tu zapalić?"
    
  "Oczywiście" - uśmiechnął się. Potem odpowiedział na jej pytanie. "Pierwszy piorun. Widzi pani, pierwsza bomba atomowa została zdetonowana na kazachskich stepach w 1949 roku, ale nikt pani nie mówi, że eksperymenty nuklearne trwają od końca lat 30. XX wieku. Domyślam się, że ten ukraiński żołnierz mieszkał w Kazachstanie, zanim został powołany do Armii Czerwonej, ale" - wzruszył obojętnie ramionami - "mogę się mylić".
    
  "Jakie imię krzyczą w tle, zanim żołnierz zostaje zabity?" - zapytał nagle Perdue. Właśnie dotarło do niego, że tożsamość strzelca wciąż pozostaje tajemnicą.
    
  "Och!" Kirill zachichotał. "Tak, słychać, jak ktoś krzyczy, jakby próbował to powstrzymać". Delikatnie naśladował krzyk. "Obozowiczu!"
    
    
  Rozdział 23
    
    
  Perdue poczuł falę przerażenia na dźwięk tego imienia. Nie mógł się powstrzymać. "Przepraszam" - przeprosił i pobiegł do łazienki. Padając na kolana, Perdue zwymiotował zawartość żołądka. To go zdziwiło. Nie czuł mdłości, zanim Kirill nie wspomniał znajomej nazwy, ale teraz całe jego ciało zadrżało od tego groźnego dźwięku.
    
  Podczas gdy inni kpili z umiejętności Perdue'a, by utrzymać alkohol, cierpiał on na okropny ból brzucha, tak silny, że popadł w kolejną depresję. Spocony i z gorączką, chwycił toaletę, by wykonać kolejne, nieuniknione sprzątanie.
    
  "Kirill, możesz mi o tym opowiedzieć?" - zapytał Detlef. "Znalazłem to w pokoju łączności Gabi, ze wszystkimi jej informacjami o Bursztynowej Komnacie". Wstał i rozpiął koszulę, odsłaniając medal przypięty do kamizelki. Zdjął go i podał Kiryłowi, który wyglądał na pod wrażeniem.
    
  "Co to, do cholery, jest?" Nina się uśmiechnęła.
    
  "To specjalny medal przyznany żołnierzom, którzy brali udział w wyzwoleniu Pragi, przyjacielu" - powiedział z nostalgią Kirill. "Zabrałeś to z rzeczy Gabi? Wygląda na to, że sporo wiedziała o Bursztynowej Komnacie i ofensywie praskiej. To niezwykły zbieg okoliczności, co?"
    
  "Co się stało?"
    
  "Żołnierz nagrany w tym nagraniu audio brał udział w ofensywie praskiej, stąd ten medal" - wyjaśnił z entuzjazmem. "Ponieważ jednostka, w której służył, 4. Front Ukraiński, brała udział w operacji wyzwolenia Pragi spod okupacji nazistowskiej".
    
  "O ile nam wiadomo, mogło to pochodzić od tego samego żołnierza" - zasugerował Sam.
    
  "To byłoby zarówno stresujące, jak i niesamowite" - przyznał Detlef z zadowolonym uśmiechem. "Nie ma przecież tytułu, prawda?"
    
  "Nie, przepraszam" - powiedział gospodarz. "Chociaż byłoby ciekawie, gdyby Gabi otrzymała medal od potomka tego żołnierza, kiedy prowadziła śledztwo w sprawie zniknięcia Bursztynowej Komnaty". Uśmiechnął się smutno, wspominając ją z czułością.
    
  "Nazwałeś ją bojowniczką o wolność" - zauważyła Nina nieobecnym tonem, opierając głowę na pięści. "To dobry opis kogoś, kto próbuje zdemaskować organizację, która próbuje przejąć władzę nad światem".
    
  "Masz rację, Nino" - odpowiedział.
    
  Sam poszedł zobaczyć, co się dzieje z Purdue.
    
  "Hej, stary. Wszystko w porządku?" zapytał, patrząc na klęczące ciało Purdue. Nie było żadnej reakcji, a mężczyzna pochylony nad toaletą nie odzywał się mdłościami. "Purdue?" Sam zrobił krok naprzód i pociągnął Purdue'a za ramię, ale stwierdził, że jest bezwładny i nieprzytomny. Początkowo Sam myślał, że jego przyjaciel zemdlał, ale kiedy sprawdził jego funkcje życiowe, odkrył, że Purdue jest w głębokim szoku.
    
  Próbując go obudzić, Sam nadal wołał jego imię, ale Perdue pozostał nieprzytomny w jego ramionach. "Perdue" - zawołał Sam stanowczo i głośno, czując mrowienie głęboko w umyśle. Nagle energia napłynęła i poczuł przypływ energii. "Perdue, obudź się" - rozkazał Sam, nawiązując połączenie z umysłem Perdue, ale nie udało mu się go obudzić. Próbował trzy razy, za każdym razem zwiększając koncentrację i intencję, ale bezskutecznie. "Nie rozumiem tego. Powinno zadziałać, kiedy tak się czujesz!"
    
  "Detlef!" zawołał Sam. "Czy mógłbyś mi tu pomóc, proszę?"
    
  Wysoki Niemiec pobiegł korytarzem, skąd usłyszał krzyki Sama.
    
  "Pomóż mi go położyć do łóżka" - jęknął Sam, próbując podnieść Perdue'a. Z pomocą Detlefa położyli Perdue'a do łóżka i zebrali się, żeby sprawdzić, co się dzieje.
    
  "To dziwne" - powiedziała Nina. "Nie był pijany. Nie wyglądał na chorego ani nic. Co się stało?"
    
  "Po prostu zwymiotował" - Sam wzruszył ramionami. "Ale w ogóle nie mogłem go obudzić" - powiedział Ninie, ujawniając, że nawet użył swojej nowej zdolności, "niezależnie od tego, jak bardzo się starałem".
    
  "To powód do niepokoju" - potwierdziła jego wiadomość.
    
  "Cały płonie. Wygląda na zatrucie pokarmowe" - zasugerował Detlef, ale gospodarz obrzucił go wściekłym spojrzeniem. "Przepraszam, Kirył. Nie chciałem obrazić twojej kuchni. Ale jego objawy wyglądają mniej więcej tak".
    
  Cogodzinne sprawdzanie stanu Purdue'a i próby jego wybudzenia nie przyniosły rezultatu. Byli zdumieni nagłą gorączką i nudnościami, na które cierpiał.
    
  "Myślę, że to mogą być późne powikłania po tym, co mu się przydarzyło w tym żmijowym legowisku, gdzie go torturowano" - szepnęła Nina do Sama, siedząc na łóżku Purdue. "Nie wiemy, co mu zrobili. A co, jeśli wstrzyknęli mu jakąś toksynę albo, nie daj Boże, śmiertelnego wirusa?"
    
  "Nie wiedzieli, że ucieknie" - odpowiedział Sam. "Po co trzymaliby go w szpitalu, skoro chcieli, żeby zachorował?"
    
  "Może nas zarazić, jak go uratujemy?" wyszeptała z naciskiem, a jej duże brązowe oczy były pełne paniki. "To zestaw przebiegłych narzędzi, Sam. Byłbyś zaskoczony?"
    
  Sam się zgodził. Nie było niczego, czego nie chciałby usłyszeć od tych ludzi. Czarne Słońce posiadało niemal nieograniczoną zdolność niszczenia i niezbędną do tego złowrogą inteligencję.
    
  Detlef był w swoim pokoju, zbierając informacje z centrali telefonicznej Milli. Kobiecy głos monotonnie odczytywał numery, stłumiony przez słaby zasięg za drzwiami sypialni Detlefa, na końcu korytarza, naprzeciwko Sama i Niny. Kirill musiał zamknąć szopę i zaparkować samochód przed kolacją. Jego goście mieli wyjechać jutro, ale wciąż musiał ich przekonać, żeby nie kontynuowali poszukiwań Bursztynowej Komnaty. Ostatecznie nie mógł nic zrobić, jeśli, jak wielu innych, będą nalegać na poszukiwanie szczątków śmiertelnego cudu.
    
  Po przetarciu czoła Purdue'a wilgotnym ręcznikiem, aby złagodzić wciąż rosnącą gorączkę, Nina podeszła do Detlefa, podczas gdy Sam brał prysznic. Delikatnie zapukała.
    
  "Wejdź, Nino" - odpowiedział Detlef.
    
  "Skąd wiedziałeś, że to ja?" zapytała z radosnym uśmiechem.
    
  "Nikogo to nie interesuje tak jak ciebie, oczywiście poza mną" - powiedział. "Dziś wieczorem dostałem wiadomość od faceta ze stacji. Powiedział mi, że zginiemy, jeśli będziemy dalej szukać Bursztynowej Komnaty, Nino".
    
  "Jesteś pewien, że podałeś prawidłowe liczby?" zapytała.
    
  "Nie, nie numery. Spójrz". Pokazał jej swój telefon komórkowy. Z nienamierzalnego numeru wysłano SMS-a z linkiem do stacji. "Dostroiłem radio do tej stacji i usłyszałem, żebym zrezygnował - po prostu po angielsku".
    
  "Groził ci?" Zmarszczyła brwi. "Jesteś pewna, że to nie ktoś inny cię nęka?"
    
  "W jaki sposób miałby wysłać mi wiadomość na częstotliwości stacji, a potem ze mną tam porozmawiać?" - odparł.
    
  "Nie, nie o to mi chodzi. Skąd wiesz, że to od Milli? Na całym świecie są dziesiątki takich stacji, Detlef. Uważaj, z kim się zadajesz" - ostrzegła.
    
  "Masz rację. Nawet o tym nie pomyślałem" - przyznał. "Tak desperacko starałem się zachować to, co Gabi kochała, czym się pasjonowała, wiesz? To sprawiło, że byłem ślepy na niebezpieczeństwo, a czasami... nie obchodzi mnie to".
    
  "No cóż, musisz się tym przejmować, wdowcu. Świat od ciebie zależy" - Nina puściła oko, poklepując go po dłoni z zachętą.
    
  Detlef poczuł przypływ determinacji po jej słowach. "Podoba mi się to" - zaśmiał się.
    
  "Co?" zapytała Nina.
    
  "To imię to Wdowiec. Brzmi jak imię superbohatera, nie sądzisz?" - chwalił się.
    
  "Myślę, że to całkiem fajne, mimo że słowo to kojarzy się ze smutkiem. Odnosi się do czegoś rozdzierającego serce" - powiedziała.
    
  "To prawda" - skinął głową - "ale teraz jestem właśnie tym, wiesz? Bycie wdowcem oznacza, że nadal jestem mężem Gabi, rozumiesz?"
    
  Ninie spodobała się perspektywa Detlefa. Nawet po przejściu piekła straty, udało mu się przekształcić swój smutny przydomek w odę. "To całkiem fajne, wdowcu".
    
  "A tak przy okazji, to są numery z prawdziwej stacji, z Milli dzisiaj" - zauważył, podając Ninie kartkę papieru. "Rozszyfrujesz to. Jestem beznadziejny w tym, co nie ma spustu".
    
  "Dobrze, ale myślę, że powinnaś pozbyć się telefonu" - poradziła Nina. "Jeśli mają twój numer, mogą nas namierzyć, a po tej wiadomości, którą dostałaś, mam co do tego naprawdę złe przeczucia. Nie zaprowadźmy ich do nas, dobrze? Nie chcę się obudzić martwa".
    
  "Wiesz, że tacy ludzie potrafią nas znaleźć bez śledzenia naszych telefonów, prawda?" - odparł, zyskując surowe spojrzenie przystojnego historyka. "Dobra. Wyrzucę to".
    
  "Więc teraz grozi nam SMS-ami?" zapytał Perdue, opierając się swobodnie o framugę drzwi.
    
  "Purdue!" krzyknęła Nina i rzuciła się, żeby go radośnie przytulić. "Cieszę się, że się obudziłeś. Co się stało?"
    
  "Naprawdę powinieneś pozbyć się telefonu, Detlef. Mogli się z tobą kontaktować ludzie, którzy zabili twoją żonę" - powiedział wdowcowi. Nina poczuła się nieco zniechęcona jego powagą. Szybko wyszła. "Rób, co uważasz".
    
  "A tak przy okazji, kim są ci ludzie?" - zaśmiał się Detlef. Purdue nie był jego przyjacielem. Nie podobało mu się, że ktoś, kogo podejrzewał o zabójstwo żony, mu dyktował. Nadal nie miał prawdziwej odpowiedzi na pytanie, kto zabił jego żonę, więc z jego punktu widzenia dogadywali się tylko ze względu na Ninę i Sama - na razie.
    
  "Gdzie jest Sam?" zapytała Nina, przerywając zawiązującą się walkę kogutów.
    
  "Pod prysznicem" - odpowiedział obojętnie Purdue. Ninie nie podobało się jego zachowanie, ale była przyzwyczajona do bycia w centrum napędzanych testosteronem konkursów sikania, choć to nie znaczyło, że jej się to podobało. "To chyba najdłuższy prysznic, jaki kiedykolwiek miał" - zachichotała, przepychając się obok Purdue i wychodząc na korytarz. Poszła do kuchni, żeby zaparzyć kawę, żeby rozjaśnić ponurą atmosferę. "Jesteś już czysty, Sam?" - zażartowała, mijając łazienkę, gdzie słyszała stukanie wody o kafelki. "To będzie kosztować starego całą gorącą wodę". Nina zamierzała rozszyfrować najnowsze kody, delektując się kawą, na którą miała ochotę od ponad godziny.
    
  "Jezu Chryste!" krzyknęła nagle. Cofnęła się pod ścianę i zakryła usta dłonią na ten widok. Kolana się pod nią ugięły i powoli osunęła się. Jej oczy zamarły, po prostu wpatrywała się w starego Rosjanina siedzącego w jego ulubionym fotelu. Jego pełna szklanka wódki stała na stole przed nim, czekając na swój moment, a obok niej spoczywała jego zakrwawiona dłoń, wciąż ściskająca odłamek stłuczonego lustra, którym podciął sobie gardło.
    
  Perdue i Detlef wybiegli, gotowi do walki. Zastali przerażający widok i stali oszołomieni, dopóki Sam nie dołączył do nich z łazienki.
    
  Gdy szok sięgnął zenitu, Nina zaczęła się gwałtownie trząść, szlochając nad obrzydliwym incydentem, który musiał mieć miejsce, gdy była w pokoju Detlefa. Sam, ubrany jedynie w ręcznik, z zaciekawieniem podszedł do starca. Uważnie zbadał położenie dłoni Kirilla i kierunek głębokiej rany w górnej części jego gardła. Okoliczności wskazywały na samobójstwo; musiał się z tym pogodzić. Spojrzał na pozostałych dwóch mężczyzn. W jego spojrzeniu nie było podejrzeń, ale pojawiło się mroczne ostrzeżenie, które skłoniło Ninę do odwrócenia jego uwagi.
    
  "Sam, jak już się ubierzesz, możesz mi pomóc go przygotować?" zapytała, pociągając nosem i wstając.
    
  "Tak".
    
    
  Rozdział 24
    
    
  Po tym, jak zaopiekowali się ciałem Kirilla i owinęli je w prześcieradła na jego łóżku, w domu panowała atmosfera napięcia i żalu. Nina siedziała przy stole, wciąż od czasu do czasu roniąc łzy nad śmiercią uroczego staruszka. Przed nią stały komputer Purdue i jej laptop, na którym powoli i bez przekonania rozszyfrowywała ciągi liczbowe Detlefa. Jej kawa była zimna, a nawet paczka papierosów pozostała nietknięta.
    
  Perdue podszedł do niej i delikatnie objął ją ze współczuciem. "Tak mi przykro, kochanie. Wiem, że uwielbiałaś tego staruszka". Nina nic nie powiedziała. Perdue delikatnie przycisnął policzek do jej policzka, a ona myślała tylko o tym, jak szybko jego temperatura wróciła do normy. Pod osłoną jej włosów wyszeptał: "Uważaj z tym Niemcem, proszę, kochanie. Wygląda na cholernie dobrego aktora, ale to Niemiec. Rozumiesz, o co mi chodzi?"
    
  Nina jęknęła. Jej wzrok spotkał się z Purdue'em, który zmarszczył brwi, bezgłośnie domagając się wyjaśnień. Westchnął i rozejrzał się, żeby upewnić się, że są sami.
    
  "Jest zdecydowany zachować swój telefon komórkowy. Nie wiesz o nim nic poza jego udziałem w śledztwie w sprawie morderstwa w Berlinie. Z tego, co wiemy, może być kluczową postacią. Mógł zabić żonę, gdy zdał sobie sprawę, że gra dla wroga" - cicho przedstawił swoją teorię.
    
  "Widziałeś, jak ją zabił?" W ambasadzie? Czy ty w ogóle siebie słuchasz?" - zapytała z oburzeniem w głosie. "Pomógł cię uratować, Perdue. Gdyby nie on, Sam i ja nigdy byśmy się nie dowiedzieli, że zaginąłeś. Gdyby nie Detlef, nigdy nie dowiedzielibyśmy się, gdzie znaleźć kazachską dziurę Czarnego Słońca, żeby cię uratować".
    
  Purdue uśmiechnął się, a jego mina wyrażała zwycięstwo. "Właśnie to próbuję powiedzieć, moja droga. To pułapka. Nie rób po prostu wszystkich jego instrukcji. Skąd wiesz, że nie prowadził ciebie i Sama do mnie? Może miałeś mnie znaleźć; miałeś mnie stamtąd wydostać. Czy to wszystko jest częścią wielkiego planu?"
    
  Nina nie chciała w to uwierzyć. Namawiała Detlefa, żeby nie zamykał oczu na niebezpieczeństwo z nostalgii, a sama robiła dokładnie to samo! Nie było wątpliwości, że Perdue miał rację, ale nie mogła jeszcze pojąć potencjalnej zdrady.
    
  "Czarne Słońce to w przeważającej mierze Niemcy" - szeptał Purdue, rozglądając się po korytarzu. "Mają swoich ludzi wszędzie. A kogo najbardziej chcą wybić? Mnie, ciebie i Sama. Czy istnieje lepszy sposób, żeby zjednoczyć nas w pogoni za nieuchwytnym skarbem niż użycie podwójnego agenta, agenta Czarnego Słońca, jako ofiary? Ofiara znająca wszystkie odpowiedzi bardziej przypomina... złoczyńcę".
    
  "Udało ci się rozszyfrować informację, Nino?" - zapytał Detlef, wchodząc od strony ulicy i otrzepując koszulę.
    
  Perdue wpatrywał się w nią, głaszcząc ją po włosach po raz ostatni, po czym poszedł do kuchni po drinka. Nina musiała zachować spokój i udawać, że gra, dopóki nie uda jej się w jakiś sposób ustalić, czy Detlef gra w niewłaściwej drużynie. "Już prawie" - powiedziała, ukrywając wszelkie wątpliwości. "Mam tylko nadzieję, że zdobędziemy wystarczająco dużo informacji, żeby znaleźć coś przydatnego. Co, jeśli ta wiadomość nie dotyczy lokalizacji Bursztynowej Komnaty?"
    
  "Nie martw się. Jeśli tak, zaatakujemy Zakon wprost. Do diabła z Bursztynowym Pokojem" - powiedział. Starał się trzymać z dala od Purdue, a przynajmniej unikać przebywania z nim sam na sam. Przestali się dogadywać. Sam był zdystansowany i większość czasu spędzał sam w swoim pokoju, przez co Nina czuła się kompletnie osamotniona.
    
  "Będziemy musieli wkrótce stąd wyjść" - zasugerowała Nina głośno, żeby wszyscy mogli usłyszeć. "Rozszyfruję tę transmisję, a potem musimy ruszać, zanim ktoś nas znajdzie. Skontaktujemy się z lokalnymi władzami w sprawie ciała Kiryła, jak tylko będziemy wystarczająco daleko stąd".
    
  "Zgadzam się" - powiedział Purdue, stojąc przy drzwiach i obserwując zachód słońca. "Im szybciej dotrzemy do Bursztynowej Komnaty, tym lepiej".
    
  "Pod warunkiem, że zdobędziemy właściwe informacje" - dodała Nina, zapisując kolejny wers.
    
  "Gdzie jest Sam?" zapytał Perdue.
    
  "Poszedł do swojego pokoju, gdy posprzątaliśmy bałagan po Kiryłle" - odpowiedział Detlef.
    
  Perdue chciał porozmawiać z Samem o swoich podejrzeniach. Skoro Nina była zajęta Detlefem, równie dobrze mógł ostrzec Sama. Zapukał do drzwi, ale nikt nie odpowiedział. Perdue zapukał głośniej, żeby obudzić Sama na wypadek, gdyby spał. "Panie Cleve! Nie czas teraz na zwłokę. Musimy ruszać!"
    
  "Zrozumiałam!" - wykrzyknęła Nina. Detlef podszedł do niej przy stole, ciekaw, co powie Milla.
    
  "Co ona mówi?" zapytał, siadając na krześle obok Niny.
    
  "Może to wygląda jak współrzędne? Widzisz?" - zasugerowała, podając mu kartkę papieru. Kiedy wpatrywał się w nią, Nina zastanawiała się, co by zrobił, gdyby zauważył, że napisała fałszywą wiadomość, tylko po to, żeby sprawdzić, czy zna już każdy krok. Sfabrykowała wiadomość, spodziewając się, że zwątpi w jej pracę. Wtedy wiedziałaby, czy kieruje grupą za pomocą sekwencji liczbowych.
    
  "Sam zniknął!" krzyknął Perdue.
    
  "To niemożliwe!" krzyknęła Nina, czekając na odpowiedź Detlefa.
    
  "Nie, on naprawdę zniknął" - wychrypiał Perdue po przeszukaniu całego domu. "Szukałem wszędzie. Sprawdziłem nawet na zewnątrz. Sam zniknął".
    
  Zadzwonił telefon komórkowy Detlefa.
    
  "Włącz mu głośnik, mistrzu" - nalegał Perdue. Detlef posłuchał z mściwym uśmiechem.
    
  "Holzer" - odpowiedział.
    
  Słychać było, jak ktoś podaje telefon, a w tle słychać było rozmowę mężczyzn. Nina była rozczarowana, że nie udało jej się dokończyć swojego krótkiego testu z niemieckiego.
    
  Prawdziwa wiadomość od Milli, którą odszyfrowała, zawierała coś więcej niż tylko liczby i współrzędne. Była o wiele bardziej niepokojąca. Słuchając rozmowy telefonicznej, schowała kartkę z oryginalną wiadomością w smukłych palcach. Najpierw widniał na niej napis "Taifel ist gekommen", potem "obiekt schronienia" i "wymagany kontakt". Ostatnia część brzmiała po prostu "Prypeć, 1955".
    
  Z głośnika telefonu usłyszeli znajomy głos, który potwierdził ich najgorsze obawy.
    
  "Nina, nie zwracaj uwagi na to, co mówią! Dam radę!"
    
  "Sam!" krzyknęła.
    
  Usłyszeli bójkę, gdy porywacze ukarali Sama za jego bezczelność. W tle mężczyzna poprosił Sama, żeby powiedział to, co mu powiedziano.
    
  "Bursztynowa Komnata jest w sarkofagu" - wyjąkał Sam, plując krwią po ciosie, który właśnie otrzymał. "Masz 48 godzin, żeby ją oddać, albo zabiją kanclerza Niemiec. I... i" - wykrztusił - "przejmą kontrolę nad UE".
    
  "Kto? Sam, kto?" - zapytał szybko Detlef.
    
  "Nie jest tajemnicą, kto to jest, mój przyjacielu" - powiedziała Nina wprost.
    
  "Komu to oddamy?" - wtrącił Perdue. "Gdzie i kiedy?"
    
  "Dostaniesz instrukcje później" - powiedział mężczyzna. "Niemiec wie, gdzie słuchać".
    
  Rozmowa nagle się zakończyła. "O mój Boże" - jęknęła Nina, zakrywając twarz dłońmi. "Miałeś rację, Purdue. Za tym wszystkim stoi Milla".
    
  Spojrzeli na Detlefa.
    
  "Myślisz, że jestem za to odpowiedzialny?" bronił się. "Zwariowałeś?"
    
  "To pan wydawał nam dotychczas wszystkie rozkazy, panie Holzer - a dokładniej, na podstawie transmisji Milli. Czarne Słońce zaraz wyśle nasze instrukcje tym samym kanałem. Zróbcie, do cholery!" - krzyknęła Nina, powstrzymana przez Perdue przed atakiem na potężnego Niemca.
    
  "Nic o tym nie wiedziałem! Przysięgam! Szukałem Purdue, żeby uzyskać wyjaśnienie śmierci mojej żony, na litość boską! Moją misją było po prostu znalezienie zabójcy mojej żony, a nie to! A on stoi tuż obok, kochanie, tuż obok ciebie. Nadal go kryjesz, po tym wszystkim czasie, i przez cały ten czas wiedziałeś, że zabił Gabi" - krzyknął wściekle Detlef. Jego twarz poczerwieniała, a usta drżały z wściekłości, gdy wycelował w nich glocka i otworzył ogień.
    
  Perdue złapał Ninę i pociągnął ją za sobą na podłogę. "Do łazienki, Nina! Idź! Idź!"
    
  "Jeśli powiesz, że ci to powiedziałam, przysięgam, że cię zabiję!" krzyknęła na niego, gdy popchnął ją do przodu, ledwo unikając celnego pocisku.
    
  "Nie zrobię tego, obiecuję. Tylko się rusz! On jest tutaj!" - błagał Purdue, gdy weszli do łazienki. Cień Detlefa, ogromny na tle ściany korytarza, szybko ruszył w ich stronę. Zatrzasnęli drzwi łazienki i zamknęli je na klucz, gdy rozległ się kolejny strzał, uderzając w stalową framugę.
    
  "O mój Boże, on nas zabije" - wychrypiała Nina, sprawdzając apteczkę w poszukiwaniu czegoś ostrego, co mogłaby wykorzystać, gdy Detlef nieuchronnie wpadł przez drzwi. Znalazła stalowe nożyczki i schowała je do tylnej kieszeni.
    
  "Spróbuj przez okno" - zasugerował Perdue, ocierając czoło.
    
  "Co się stało?" zapytała. Perdue znów wyglądał na chorego, obficie się pocił i kurczowo trzymał uchwyt wanny. "O Boże, znowu to samo".
    
  "Ten głos, Nino. Mężczyzna w telefonie. Chyba go rozpoznałem. Nazywa się Kemper. Kiedy usłyszeli to nazwisko na twoim nagraniu, poczułem to samo, co teraz. A kiedy usłyszałem głos tego mężczyzny w telefonie Sama, znów poczułem te okropne mdłości" - przyznał, ciężko oddychając.
    
  "Myślisz, że te zaklęcia są wywoływane przez czyjś głos?" zapytała pospiesznie, przyciskając policzek do podłogi, żeby zajrzeć pod drzwi.
    
  "Nie jestem pewien, ale chyba tak" - odpowiedział Perdue, walcząc z obezwładniającą falą zapomnienia.
    
  "Ktoś stoi przy drzwiach" - wyszeptała. "Purdue, musisz być czujny. Jest przy drzwiach. Musimy wyjść przez okno. Myślisz, że dasz radę?"
    
  Pokręcił głową. "Jestem zbyt zmęczony" - prychnął. "Musisz się... eee, wynieść stąd..."
    
  Perdue mówił niewyraźnie, potykając się i idąc w stronę toalety z wyciągniętymi przed siebie rękami.
    
  "Nie zostawię cię tu!" zaprotestowała. Purdue wymiotował, aż osłabł, by usiąść. Za drzwiami panowała podejrzana cisza. Nina założyła, że psychotyczny Niemiec będzie cierpliwie czekał, aż wyjdą, żeby móc ich zastrzelić. Nadal stał za drzwiami, więc odkręciła krany w wannie, żeby ukryć swoje ruchy. Odkręciła krany do końca, a następnie ostrożnie otworzyła okno. Nina cierpliwie odkręcała kraty nożyczkami, jedną po drugiej, aż w końcu udało jej się zdjąć urządzenie. Było ciężko. Nina jęknęła, wykręcając tułów, żeby je opuścić, ale poczuła, że Purdue uniósł ręce, by jej pomóc. Opuścił kraty, wyglądając znów jak dawniej. Była kompletnie oszołomiona tymi dziwnymi atakami, które sprawiły, że poczuł się okropnie źle, ale wkrótce został uwolniony.
    
  "Czujesz się lepiej?" zapytała. Skinął głową z ulgą, ale Nina widziała, że ciągłe napady gorączki i wymiotów szybko go odwadniały. Jego oczy wyglądały na zmęczone, a twarz na bladą, ale zachowywał się i mówił jak zwykle. Perdue pomógł Ninie wyskoczyć przez okno, a ona zeskoczyła na trawę na zewnątrz. Jego wysokie ciało niezgrabnie wygięło się w dość wąskim przejściu, zanim opadł na ziemię obok niej.
    
  Nagle cień Detlefa padł na nich.
    
  Serce Niny niemal stanęło, gdy spojrzała na gigantyczne zagrożenie. Bez namysłu podskoczyła i dźgnęła go nożyczkami w krocze. Perdue wytrącił mu glocka z rąk i wziął go, ale zamek wciąż był napięty, co wskazywało na pusty magazynek. Potężny mężczyzna trzymał Ninę w ramionach, śmiejąc się z nieudanej próby strzału Perdue'a. Nina wyciągnęła nożyczki i ponownie go dźgnęła. Oko Detlefa eksplodowało, gdy wbiła mu zamknięte ostrza w oczodół.
    
  "Dalej, Nino!" krzyknął Perdue, odrzucając bezużyteczną broń. "Zanim wstanie. On jeszcze się rusza!"
    
  "Tak?" zaśmiała się. "Mogę to zmienić!"
    
  Ale Perdue odciągnął ją od siebie i pobiegli w stronę miasta, zostawiając swoje rzeczy.
    
    
  Rozdział 25
    
    
  Sam zatoczył się za wychudłym tyranem. Krew spływała mu po twarzy i plamiła koszulę z poszarpanej rany tuż pod prawą brwią. Bandyci trzymali go za ramiona, ciągnąc w kierunku dużej łodzi kołyszącej się na wodach Zatoki Gdyńskiej.
    
  "Panie Cleve, oczekuję, że wykona pan wszystkie nasze rozkazy, w przeciwnym razie pańscy przyjaciele zostaną obwinieni o śmierć kanclerza Niemiec" - poinformował go porywacz.
    
  "Nie masz im nic do zarzucenia!" - argumentował Sam. "Poza tym, jeśli będą ci sprzyjać, i tak wszyscy zginiemy. Wiemy, jak nikczemne są cele Zakonu".
    
  "A ja myślałem, że znasz skalę geniuszu i możliwości Zakonu. Co za głupota z mojej strony. Proszę, nie zmuszaj mnie, żebym używał twoich kolegów jako przykładu, żeby pokazać ci, jak poważnie traktujemy tę sprawę" - warknął sarkastycznie Klaus. Zwrócił się do swoich ludzi. "Zaproś go na pokład. Musimy płynąć".
    
  Sam postanowił poczekać chwilę, zanim spróbuje swoich nowych umiejętności. Chciał najpierw trochę odpocząć, żeby upewnić się, że znowu go nie zawiedzie. Przeciągnęli go brutalnie przez dok i wepchnęli na rozchwiany statek.
    
  "Przyprowadźcie go!" rozkazał jeden z mężczyzn.
    
  "Do zobaczenia, panie Cleve, kiedy dotrzemy na miejsce" - powiedział Klaus życzliwie.
    
  "O mój Boże, znowu jestem na pieprzonym nazistowskim statku!" Sam ubolewał nad swoim losem, ale jego nastrój wcale nie był pogodny. "Tym razem rozwalę im mózgi i zmuszę ich, żeby się pozabijali". O dziwo, czuł się silniejszy w swoich mocach, gdy jego emocje były negatywne. Im mroczniejsze stawały się jego myśli, tym silniejsze stawało się mrowienie w mózgu. "Wciąż tam jest" - uśmiechnął się.
    
  Przyzwyczaił się do poczucia bycia pasożytem. Wiedza, że to nic więcej niż owad z zarania dziejów, nic dla Sama nie znaczyła. Dawała mu ogromną moc umysłową, być może sięgając po dawno zapomniane lub dopiero rozwijające się w odległej przyszłości zdolności. Być może, pomyślał, był to organizm specjalnie przystosowany do zabijania, podobnie jak instynkty drapieżnika. Być może przekierowywał energię z pewnych części współczesnego mózgu, kierując ją ku pierwotnym popędom psychicznym; a ponieważ popędy te służyły przetrwaniu, były skierowane nie ku cierpieniu, lecz ku dominacji i zabijaniu.
    
  Zanim wepchnęli poobijanego dziennikarza do kabiny zarezerwowanej dla więźnia, dwaj mężczyźni trzymający Sama rozebrali go do naga. W przeciwieństwie do Dave'a Perdue, Sam nie stawiał oporu. Zamiast tego spędzał czas w myślach, blokując wszystko, co robili. Rozbieranie go przez dwa niemieckie goryle było dziwne, a sądząc po jego słabym niemieckim rozumie, obstawiali, ile czasu zajmie niskiemu Szkotowi złagodzenie nałogu.
    
  "Cisza jest zazwyczaj negatywną stroną zejścia" - uśmiechnął się łysy mężczyzna, ściągając spodenki Sama do kostek.
    
  "Moja dziewczyna robi to tuż przed atakiem złości" - zauważył chudzielec. "100 euro, więc jutro będzie ryczał jak świnia".
    
  Łysy bandyta spiorunował wzrokiem Sama, stojącego niebezpiecznie blisko. "Wchodzisz. Mówię, że próbuje uciec, zanim dotrzemy na Łotwę".
    
  Dwaj mężczyźni zachichotali, zostawiając jeńca nagiego, obdartego i kipiącego gniewem pod jego beznamiętną maską. Po zamknięciu drzwi Sam przez chwilę stał bez ruchu. Nie wiedział dlaczego. Po prostu nie chciał się ruszyć, choć w jego umyśle nie panował chaos. W głębi duszy czuł się silny, sprawny i potężny, ale stał tam, bez ruchu, po prostu oceniając sytuację. Jedynym ruchem były jego oczy, lustrujące pokój, w którym go zostawili.
    
  Otaczająca go chata była daleka od komfortu, jakiego oczekiwał od swoich zimnych i wyrachowanych właścicieli. Kremowe stalowe ściany stykały się czterema ryglowanymi narożnikami, a pod stopami miał zimną, gołą podłogę. Nie było łóżka, toalety ani okna. Tylko drzwi, zamknięte na klucz na krawędziach, tak samo jak ściany. Pojedyncza, samotna żarówka słabo oświetlała obskurny pokój, nie dostarczając mu zbyt wielu bodźców sensorycznych.
    
  Samowi nie przeszkadzał celowy brak rozproszenia uwagi, ponieważ to, co miało być torturą, za sprawą Kempera, było dla zakładnika wygodną okazją do pełnego skupienia się na swoich zdolnościach umysłowych. Stal była zimna, a Sam zmuszony był stać całą noc albo odmrozić sobie pośladki. Usiadł, nie zastanawiając się zbytnio nad swoją sytuacją, nie robiąc wrażenia na nagłym zimnie.
    
  "Pieprzyć to" - powiedział sobie. "Jestem Szkotem, idioci. Co myślicie, że nosimy pod kiltami w normalny dzień?". Zimno pod jego genitaliami było z pewnością nieprzyjemne, ale znośne, a właśnie tego tutaj potrzebował. Sam żałował, że nie ma nad sobą przełącznika, żeby zgasić światło. Światło zakłócało jego medytację. Gdy łódź kołysała się pod nim, zamknął oczy, próbując pozbyć się pulsującego bólu głowy i pieczenia na kostkach, gdzie skóra rozdarła się podczas walki z porywaczami.
    
  Stopniowo, jeden po drugim, Sam ignorował drobne dolegliwości, takie jak ból i zimno, powoli pogrążając się w coraz bardziej intensywnych cyklach myślowych, aż poczuł, jak prąd w jego czaszce narasta, niczym niespokojny robak budzący się w jej wnętrzu. Znajoma fala przepłynęła przez jego mózg, a jej część przedostała się do rdzenia kręgowego niczym strumienie adrenaliny. Poczuł ciepło w gałkach ocznych, gdy tajemniczy piorun wypełnił mu głowę. Sam się uśmiechnął.
    
  W jego umyśle utworzyła się więź, gdy próbował skupić się na Klausie Kemperze. Nie musiał go lokalizować na statku, byle tylko wypowiedział jego imię. Wydawało się, że minęła godzina, ale wciąż nie mógł kontrolować tyrana, który unosił się w pobliżu, przez co Sam był osłabiony i obficie się pocił. Frustracja zagrażała jego samokontroli, a także nadziei na próbę, ale nie poddawał się. W końcu tak bardzo wysilił umysł, że stracił przytomność.
    
  Kiedy Sam się ocknął, w pokoju panowała ciemność, przez co nie był pewien swojego stanu. Bez względu na to, jak bardzo wysilał wzrok, nic nie widział w całkowitej ciemności. W końcu Sam zaczął wątpić w swoje zdrowie psychiczne.
    
  "Czy ja śnię?" - zastanawiał się, wyciągając przed siebie rękę z niezaspokojonymi opuszkami palców. "Czy jestem teraz pod wpływem tej potwornej rzeczy?". Ale nie mógł. W końcu, gdy drugi przejmował kontrolę, Sam zazwyczaj obserwował przez coś, co zdawało się cienką zasłoną. Kontynuując swoje poprzednie próby, wyciągnął umysł niczym mackę w ciemność, by odnaleźć Klausa. Manipulacja, jak się okazało, była nieuchwytna. Nic z tego nie wyszło, poza odległymi głosami w ożywionej dyskusji i głośnym śmiechem pozostałych.
    
  Nagle, niczym piorun, jego percepcja otoczenia zniknęła, zastąpiona przez żywe wspomnienie, którego istnienia nawet nie podejrzewał. Sam zmarszczył brwi, przypominając sobie, jak leżał na stole pod brudnymi lampami, rzucającymi skąpe światło w warsztacie. Przypomniał sobie intensywne ciepło, na jakie był wystawiony w małej przestrzeni roboczej, wypełnionej narzędziami i pojemnikami. Zanim zdążył spojrzeć dalej, jego pamięć przywołała kolejne doznanie, o którym umysł postanowił zapomnieć.
    
  Przeraźliwy ból wypełnił jego ucho wewnętrzne, gdy leżał w ciemnym, gorącym miejscu. Nad nim kropla soku drzewnego wyciekła z beczki, o włos mijając jego twarz. Pod beczką, w migoczących wizjach jego wspomnień, trzaskał wielki ogień. To on był źródłem intensywnego ciepła. Głęboko w uchu poczuł ostre ukłucie, które sprawiło, że krzyknął z bólu, gdy żółty syrop kapał na stół obok jego głowy.
    
  Sam wstrzymał oddech, gdy olśnienie uderzyło go do głowy. "Bursztyn! Organizm został uwięziony w bursztynie, stopiony przez tego starego drania! Jasne! Kiedy się stopił, ten cholerny stwór mógł uciec. Chociaż po tym wszystkim powinien być martwy. Przecież sok z prastarego drzewa raczej nie kwalifikuje się jako kriogeniczny!" - Sam argumentował swoją logiką. Stało się to, gdy był półprzytomny pod kocem w pracowni - domenie Kalihasy - gdy wciąż dochodziła do siebie po gehennie na przeklętym DKM Geheimnis, po tym, jak statek wyrzucił go na zewnątrz.
    
  Od tego momentu, wraz z całym zamieszaniem i bólem, wszystko pociemniało. Sam jednak pamiętał, jak starzec wbiegł, by powstrzymać rozlanie się żółtego szlamu. Pamiętał też, jak starzec pytał go, czy został wygnany z piekła i do kogo należy. Sam natychmiast odpowiedział "Purdue" na pytanie starca, bardziej podświadomie niż z rozmysłem, i dwa dni później znalazł się w drodze do jakiegoś odległego, tajnego ośrodka.
    
  To właśnie tam Sam przeszedł stopniową i żmudną rekonwalescencję pod opieką i opieką specjalnie dobranego zespołu lekarzy z Purdue, aż był gotowy dołączyć do Purdue w Raichtisusis. Ku jego radości, to właśnie tam spotkał się ponownie z Niną, swoją ukochaną i obiektem jego nieustannych zmagań z Purdue przez wiele lat.
    
  Cała wizja trwała zaledwie dwadzieścia sekund, ale Sam miał wrażenie, jakby przeżywał każdy szczegół na nowo w czasie rzeczywistym - o ile w tym zniekształconym poczuciu istnienia w ogóle istniało pojęcie czasu. Sądząc po blaknących wspomnieniach, rozumowanie Sama wróciło do niemal normalnego poziomu. Jego zmysły przeskakiwały między dwoma światami: mentalnej wędrówki i fizycznej rzeczywistości, niczym dźwignie nastawiające się na prądy zmienne.
    
  Wrócił do pokoju, a jego wrażliwe i rozgorączkowane oczy atakowało słabe światło gołej żarówki. Sam leżał na plecach, drżąc z zimna na podłodze. Od ramion po łydki, jego skóra była zdrętwiała od nieustępliwego żaru stali. Kroki zbliżały się do pokoju, w którym się znajdował, ale Sam postanowił udawać martwego, po raz kolejny sfrustrowany niemożnością przywołania rozwścieczonego entomo-boga, jak go nazywał.
    
  "Panie Cleve, jestem wystarczająco wyszkolony, żeby wiedzieć, kiedy ktoś udaje. Nie jest pan bardziej niekompetentny ode mnie" - mruknął obojętnie Klaus. "Wiem jednak również, co pan próbował zrobić, i muszę przyznać, że podziwiam pańską odwagę".
    
  Sam był zaciekawiony. Nie ruszając się, zapytał: "Och, powiedz mi, staruszku". Klausa nie rozbawiła sarkastyczna imitacja, której Sam Cleve używał, by kpić z jego wyrafinowanej, niemal kobiecej elokwencji. Pięści niemal zacisnęły mu się na widok bezczelności dziennikarki, ale był mistrzem samokontroli i zachował opanowanie. "Próbowałeś manipulować moimi myślami. Albo to, albo po prostu chciałeś pozostać w moich myślach, niczym nieprzyjemne wspomnienie byłej dziewczyny".
    
  "Jakbyś wiedział, czym jest dziewczyna" - mruknął radośnie Sam. Spodziewał się ciosu w żebra albo kopniaka w głowę, ale nic się nie stało.
    
  Odrzucając próby Sama, by wywołać zemstę, Klaus wyjaśnił: "Wiem, że masz Kalihasę, panie Cleave. Jestem zaszczycony, że uważasz mnie za wystarczająco poważne zagrożenie, by wykorzystać ją przeciwko mnie, ale muszę cię błagać, abyś sięgnął po bardziej kojące praktyki". Tuż przed wyjściem Klaus uśmiechnął się do Sama: "Proszę, zachowaj swój wyjątkowy dar dla... ula".
    
    
  Rozdział 26
    
    
  "Zdajesz sobie sprawę, że do Prypeci jedzie się jakieś czternaście godzin, prawda?" - poinformowała Perdue Nina, gdy ten skradał się w stronę garażu Kiryła. "Nie wspominając już o tym, że Detlef wciąż może tu być, czego można się spodziewać po tym, że jego ciało nie znajduje się dokładnie w miejscu, gdzie zadałem mu ostateczny cios, prawda?"
    
  "Nino, moja droga" - powiedział cicho Purdue - "gdzie twoja wiara? A jeszcze lepiej, gdzie ta bezczelna czarodziejka, w którą zazwyczaj się zamieniasz, gdy robi się ciężko? Zaufaj mi. Wiem, jak to zrobić. Jak inaczej uratujemy Sama?"
    
  "Chodzi o Sama? Jesteś pewien, że nie chodzi o Bursztynowy Pokój?" - zawołała. Purdue nie zasługiwał na odpowiedź na jej oskarżenie.
    
  "Nie podoba mi się to" - mruknęła, kucając obok Purdue i rozglądając się po domu i podwórku, z których ledwo uciekli niecałe dwie godziny wcześniej. "Mam złe przeczucie, że on wciąż tam jest".
    
  Purdue podkradł się bliżej do drzwi garażowych Kirilla, dwóch rozchwianych żelaznych blach ledwo trzymających się na miejscu drutem i zawiasami. Drzwi były połączone zamkniętą kłódką na grubym, zardzewiałym łańcuchu, kilka cali od lekko krzywej pozycji prawych drzwi. Za szczeliną w szopie panowała całkowita ciemność. Purdue próbował sprawdzić, czy uda mu się rozerwać kłódkę, ale przeraźliwy skrzypienie zniechęciło go do unikania niepokojenia pewnego wdowca-mordercy.
    
  "To zły pomysł" - upierała się Nina, stopniowo tracąc cierpliwość do Purdue.
    
  "Zanotowałem" - powiedział nieobecnym głosem. Zamyślony, położył dłoń na jej udzie, żeby zwrócić jej uwagę. "Nina, jesteś bardzo drobną kobietą".
    
  "Dzięki, że zauważyłeś" - mruknęła.
    
  "Myślisz, że dasz radę przecisnąć się przez drzwi?" - zapytał szczerze. Uniosła brew i wpatrywała się w niego bez słowa. Prawdę mówiąc, rozważała to, biorąc pod uwagę narastający czas i spory dystans do pokonania, zanim dotarli do celu. W końcu odetchnęła, zamknęła oczy i przybrała wyraz skrupulatnego żalu za to, co zamierzała zrobić.
    
  "Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć" - uśmiechnął się.
    
  "Zamknij się!" - warknęła na niego, zaciskając usta z irytacją i stężając. Nina przedzierała się przez wysokie chwasty i kolczaste krzaki, których kolce przebijały gruby materiał jej dżinsów. Skrzywiła się, przeklęła i mamrotała coś pod nosem, zmierzając w stronę dwudrzwiowej łamigłówki, aż dotarła do podstawy przeszkody, która stała między nią a poobijanym volvo Kirilla. Nina zmierzyła wzrokiem szerokość ciemnej szpary między drzwiami, kręcąc głową w kierunku Purdue.
    
  "No dalej! Wpasujesz się idealnie" - mruknął bezgłośnie, wyglądając zza chwastów, by obserwować Detlefa. Z tego miejsca miał doskonały widok na dom, a zwłaszcza na okno łazienki. Jednak ta zaleta była jednocześnie przekleństwem, ponieważ oznaczała, że nikt nie mógł ich obserwować z domu. Detlef widział ich równie dobrze, jak oni jego, i to właśnie był powód tej pośpiechu.
    
  "O Boże" - wyszeptała Nina, wpychając ramiona i barki między drzwi, krzywiąc się na szorstką krawędź skośnych drzwi, która obcierała jej plecy, gdy przez nie przechodziła. "Jezu, cieszę się, że nie poszłam w drugą stronę" - mruknęła cicho. "Ta puszka tuńczyka obdarłaby mnie ze skóry jak cholera!". Jej grymas pogłębił się, gdy jej udo przesunęło się po drobnych, ostrych kamieniach, podążając za równie poranionymi dłońmi.
    
  Przenikliwe spojrzenie Perdue'a pozostało utkwione w domu, ale nie usłyszał ani nie zobaczył niczego, co mogłoby go zaniepokoić - na razie. Serce waliło mu na myśl o śmiertelnie niebezpiecznym strzelcu wyłaniającym się z tylnych drzwi chaty, ale ufał Ninie, że wyciągnie ich z opresji. Z drugiej strony, bał się możliwości, że kluczyki do samochodu Kirilla nie będą w stacyjce. Kiedy usłyszał brzęk łańcucha, zobaczył, jak uda i kolana Niny wślizgują się przez szczelinę, a potem jej buty znikają w ciemności. Niestety, nie był jedynym, który usłyszał ten hałas.
    
  "Świetna robota, kochanie" - wyszeptał z uśmiechem.
    
  Gdy Nina znalazła się już w środku, odczuła ulgę, że drzwi samochodu, które próbowała otworzyć, były otwarte. Wkrótce jednak odkryła, że kluczyki nie znajdowały się w żadnym z miejsc sugerowanych przez licznych uzbrojonych mężczyzn, których widziała.
    
  "Cholera" - syknęła, grzebiąc w sprzęcie wędkarskim, puszkach po piwie i kilku innych przedmiotach, których przeznaczenia nawet nie chciała rozważać. "Gdzie, do cholery, są twoje klucze, Kirył? Gdzie starzy, szaleni rosyjscy żołnierze trzymają swoje cholerne kluczyki do samochodów - poza kieszeniami?"
    
  Na zewnątrz Perdue usłyszał kliknięcie zamykanych drzwi kuchennych. Tak jak się obawiał, zza rogu wyłonił się Detlef. Perdue leżał rozciągnięty na trawie, mając nadzieję, że Detlef wyszedł na zewnątrz w jakiejś błahej sprawie. Jednak niemiecki olbrzym ruszył dalej w stronę garażu, gdzie Nina najwyraźniej miała problem ze znalezieniem kluczyków do samochodu. Głowę miał owiniętą zakrwawioną szmatą, zasłaniającą oko, które Nina przekłuła nożyczkami. Wiedząc, że Detlef jest do niego wrogo nastawiony, Perdue postanowił odwrócić jego uwagę od Niny.
    
  "Mam nadzieję, że nie ma tej cholernej broni" - mruknął Perdue, wyskakując zza rogu i kierując się w stronę hangaru na łodzie, który znajdował się w pewnej odległości. Chwilę później usłyszał strzały, poczuł palące szarpnięcie w ramieniu i kolejny gwizd obok ucha. "Cholera!" - krzyknął, potykając się, ale wstał i ruszył dalej.
    
  Nina usłyszała strzały. Starając się nie wpaść w panikę, chwyciła mały nóż do krojenia mięsa leżący na podłodze za siedzeniem pasażera, gdzie schowany był jej sprzęt wędkarski.
    
  "Mam nadzieję, że żaden z tych strzałów nie zabił mojego byłego chłopaka Detlefa, bo inaczej zerwę ci skórę z tyłka tym malutkim wytrychem" - zachichotała, włączając światła na dachu samochodu i schylając się, żeby dostać się do przewodów pod kierownicą. Nie miała zamiaru rozpalać na nowo swojego dawnego romansu z Dave'em Perdue, ale był on jednym z jej dwóch najlepszych przyjaciół i uwielbiała go, mimo że zawsze wpędzał ją w sytuacje zagrażające życiu.
    
  Zanim dotarł do hangaru na łodzie, Perdue zdał sobie sprawę, że jego ręka płonie. Ciepła strużka krwi spływała mu po łokciu i dłoni, gdy biegł do schronienia w budynku, ale kiedy w końcu zdołał się obejrzeć, czekała go kolejna niemiła niespodzianka. Detlef wcale go nie gonił. Nie uważając się już za zagrożenie, Detlef schował Glocka i ruszył w stronę rozpadającego się garażu.
    
  "O nie!" - wydyszał Perdue. Wiedział jednak, że Detlef nie będzie w stanie dosięgnąć Niny przez wąską szczelinę między zamkniętymi na łańcuch drzwiami. Jego imponujące rozmiary miały swoje wady, ale były błogosławieństwem dla drobnej i zadziornej Niny, która siedziała w środku, okablowała samochód spoconymi dłońmi i przy prawie zerowym oświetleniu.
    
  Sfrustrowany i zraniony, Perdue bezradnie patrzył, jak Detlef sprawdza zamek i łańcuch, sprawdzając, czy ktoś mógł się do nich włamać. "Pewnie myśli, że jestem tu sam. Boże, mam taką nadzieję" - pomyślał Perdue. Podczas gdy Niemiec majstrował przy bramie garażowej, Perdue wślizgnął się do domu, żeby zabrać tyle ich rzeczy, ile tylko zdołał unieść. Torba na laptopa Niny również zawierała jej paszport, a paszport Sama znalazł w pokoju dziennikarki na krześle obok łóżka. Z portfela Niemca Perdue wyjął gotówkę i złotą kartę kredytową AMEX.
    
  Gdyby Detlef uwierzył, że Perdue zostawił Ninę w mieście i wróci, by dokończyć z nim bitwę, to byłoby wspaniale, miał nadzieję miliarder, obserwując Niemca rozważającego sytuację z kuchennego okna. Perdue poczuł, jak jego ręka drętwieje aż po palce, a utrata krwi przyprawiała go o zawroty głowy, więc wykorzystał resztki sił, by wślizgnąć się z powrotem do hangaru na łodzie.
    
  "Pospiesz się, Nino" - wyszeptał, zdejmując okulary, żeby je wyczyścić i ocierając pot z twarzy koszulą. Ku uldze Purdue, Niemiec zrezygnował z daremnej próby włamania do garażu, głównie dlatego, że nie miał klucza do kłódki. Zakładając okulary, zobaczył Detlefa zmierzającego w jego stronę. "Przyjdzie, żeby się upewnić, że nie żyję!"
    
  Dźwięk zapłonu, który rozbrzmiewał echem przez cały wieczór, rozległ się zza dużego wdowca. Detlef odwrócił się i pospiesznie wrócił do garażu, wyciągając broń. Purdue był zdecydowany trzymać Detlefa z dala od Niny, nawet gdyby miało go to kosztować życie. Wyłonił się z trawy i krzyknął, ale Detlef zignorował go, gdy samochód próbował ponownie zapalić.
    
  "Nie zalewaj jej, Nino!" - to wszystko, co Purdue zdołał krzyknąć, gdy potężne dłonie Detlefa zacisnęły się na łańcuchu i zaczęły rozsuwać drzwi. Nie chciał odpuścić łańcucha. Był poręczny i gruby, o wiele bezpieczniejszy niż te liche, żelazne drzwi. Za drzwiami silnik znów ryknął, ale chwilę później zgasł. Teraz jedynym dźwiękiem w popołudniowym powietrzu był odgłos trzaskających drzwi pod wściekłą siłą niemieckiego dzwonka. Metalowe pęknięcie zatrzeszczało, gdy Detlef rozmontowywał całą instalację, wyrywając drzwi z ich lichych zawiasów.
    
  "O mój Boże!" jęknął Purdue, desperacko próbując uratować ukochaną Ninę, ale zabrakło mu sił, by biec. Patrzył, jak drzwi rozpadają się niczym liście spadające z drzewa, gdy silnik ryknął ponownie. Volvo, nabierając rozpędu, zapiszczało pod stopą Niny i szarpnęło do przodu, gdy Detlef odrzucił na bok drugie drzwi.
    
  "Dzięki, kolego!" powiedziała Nina, naciskając pedał gazu i puszczając sprzęgło.
    
  Perdue zobaczył tylko, jak ciało Detlefa roztrzaskuje się, gdy stary samochód uderzył w niego z pełną prędkością, rzucając jego ciało na bok o kilka stóp swoim pędem. Kanciasty, brzydki brązowy sedan poślizgnął się na błotnistej trawie, zmierzając w kierunku miejsca, w którym Perdue go zatrzymał. Nina otworzyła drzwi pasażera tuż przed zatrzymaniem samochodu, na tyle długo, by Perdue zdążył rzucić się na fotel, zanim samochód zsunął się na ulicę.
    
  "Wszystko w porządku? Purdue! Wszystko w porządku? Gdzie on cię uderzył?" - krzyczała dalej, przekrzykując ryk silnika.
    
  "Dam sobie radę, kochanie" - Perdue uśmiechnął się nieśmiało, ściskając jego dłoń. "Cholera, miałem szczęście, że druga kula ominęła moją czaszkę".
    
  "To szczęśliwy traf, że nauczyłam się odpalać samochód, żeby zaimponować gorącemu chuliganowi z Glasgow, kiedy miałam siedemnaście lat!" - dodała z dumą. "Purdue!"
    
  "Po prostu jedź dalej, Nina" - odpowiedział. "Tylko jak najszybciej przejedźmy przez granicę z Ukrainą".
    
  "Zakładając, że stary grat Kirilla wytrzyma tę podróż" - westchnęła, sprawdzając wskaźnik paliwa, który groził przekroczeniem rezerwy. Perdue pokazał kartę kredytową Detlefa i uśmiechnął się mimo bólu, a Nina wybuchnęła triumfalnym śmiechem.
    
  "Dawaj!" - uśmiechnęła się. "I odpocznij trochę. Kupię ci bandaż, jak tylko dotrzemy do następnego miasta. Stamtąd nie zatrzymamy się, dopóki nie znajdziemy się w zasięgu Kotła Diabła i nie odzyskamy Sama".
    
  Perdue nie zrozumiał ostatniej części. Już zasnął.
    
    
  Rozdział 27
    
    
  W Rydze na Łotwie Klaus i jego niewielka załoga zacumowali, by rozpocząć kolejny etap podróży. Czasu na przygotowanie się do zdobycia i transportu paneli z Bursztynowej Komnaty było niewiele. Nie było czasu do stracenia, a Kemper był bardzo niecierpliwy. Wydawał rozkazy na pokładzie, podczas gdy Sam słuchał ze swojego stalowego więzienia. Dobór słów Kempera nie dawał Samowi spokoju - był istnym ula myśli - i przyprawiał go o dreszcze, tym bardziej że nie wiedział, co Kemper planuje, a to wystarczyło, by wywołać u niego emocjonalny niepokój.
    
  Sam musiał ustąpić; bał się. Mówiąc wprost, odrzucając wszelki wizerunek i szacunek do samego siebie, przerażało go to, co miało nadejść. Na podstawie tych skąpych informacji, które mu przekazano, czuł już, że tym razem jest skazany na ucieczkę. Wiele razy wcześniej unikał tego, co - jak się obawiał - było pewną śmiercią, ale tym razem było inaczej.
    
  "Nie możesz się poddać, Cleve" - zbeształ się, wyłaniając się z otchłani depresji i beznadziei. "Te defetystyczne bzdury nie są dla takich jak ty. Jakie zło mogłoby przewyższyć piekło na pokładzie tego statku teleportacyjnego, na którym byłeś uwięziony? Czy oni mają pojęcie, co musiałeś znosić, podczas gdy ona odbywała swoją piekielną podróż przez te same fizyczne pułapki w kółko?". Ale kiedy Sam zastanowił się trochę nad własnym szkoleniem, szybko zdał sobie sprawę, że nie pamięta, co działo się na DKM Geheimnis podczas jego pobytu tam. Pamiętał jedynie głęboką rozpacz, którą to wydarzenie wywołało głęboko w jego duszy, jedyny ślad po całej sprawie, który wciąż świadomie odczuwał.
    
  Nad sobą słyszał mężczyzn wyładowujących ciężki sprzęt na coś, co musiało być jakimś dużym, ciężkim pojazdem. Gdyby Sam nie wiedział lepiej, pomyślałby, że to czołg. Szybkie kroki zbliżyły się do drzwi jego pokoju.
    
  "Teraz albo nigdy" - powiedział sobie, zbierając odwagę, by spróbować uciec. Gdyby potrafił manipulować tymi, którzy po niego przyszli, mógłby zostawić łódź niezauważoną. Zamki na zewnątrz zatrzasnęły się. Serce waliło mu jak młotem, gdy przygotowywał się do skoku. Kiedy drzwi się otworzyły, stał w nich sam Klaus Kemper, uśmiechając się. Sam rzucił się naprzód, by schwytać nikczemnego porywacza. Klaus powiedział: "24-58-68-91".
    
  Atak Sama natychmiast ustał, a on sam padł na podłogę u stóp celu. Na czole Sama pojawiły się zmieszanie i wściekłość, ale choć bardzo się starał, nie mógł poruszyć ani jednym mięśniem. Jedyne, co słyszał ponad swoim nagim i posiniaczonym ciałem, to triumfalny chichot bardzo niebezpiecznego człowieka, który posiadał śmiertelnie groźne informacje.
    
  "Powiem panu co, panie Cleve" - powiedział Kemper, irytująco spokojnym tonem. "Skoro wykazał się pan taką determinacją, opowiem panu, co się właśnie wydarzyło. Ale!" - powiedział protekcjonalnie, niczym przyszły nauczyciel okazujący łaskę niegrzecznemu uczniowi. "Ale... musi pan zgodzić się, że nie będzie mi pan już więcej zawracał głowy swoimi nieustępliwymi i absurdalnymi próbami ucieczki ode mnie. Nazwijmy to... profesjonalną kurtuazją. Zaprzestanie pan swojego dziecinnego zachowania, a w zamian udzielę panu wywiadu na wieki".
    
  "Przepraszam. Nie przeprowadzam wywiadów ze świniami" - odparł Sam. "Nigdy nie zyskasz ode mnie rozgłosu, więc spieprzaj".
    
  "I znowu, dam ci kolejną szansę na przemyślenie twojego kontrproduktywnego zachowania" - powtórzył Klaus z westchnieniem. "Mówiąc wprost, oddam twoją zgodę za informacje, które tylko ja posiadam. Czy wy, dziennikarze, nie pragniecie... jak to się nazywa? Sensacyjnego newsa?"
    
  Sam ugryzł się w język, nie dlatego, że był uparty, ale dlatego, że przez chwilę rozważał propozycję. "Co by było, gdyby ten idiota uwierzył, że jesteś porządny? I tak planuje cię zabić. Równie dobrze możesz dowiedzieć się więcej o tej zagadce, którą tak bardzo chciałeś rozwiązać" - postanowił. "Poza tym, to lepsze niż paradowanie z dudami na widoku i okładanie się pięściami przez wroga. Przyjmij to. Po prostu przyjmij to na razie".
    
  "Jeśli oddam ciuchy, to masz umowę. Chociaż uważam, że zasługujesz na karę za patrzenie na coś, czego ewidentnie nie masz za wiele, naprawdę wolę nosić spodnie w taką zimę" - przedrzeźniał go Sam.
    
  Klaus przyzwyczaił się do ciągłych obelg ze strony dziennikarza, więc nie obrażał się już tak łatwo. Kiedy zauważył, że słowna agresja to mechanizm obronny Sama Cleve'a, łatwo było mu to puścić płazem, jeśli nie było odwzajemnione. "Oczywiście. Pozwolę ci zrzucić winę na przeziębienie" - odparł, wskazując na wyraźnie nieśmiałe genitalia Sama.
    
  Nie doceniając siły swojego kontrataku, Kemper odwrócił się i zażądał oddania ubrań Samowi. Pozwolono mu się odświeżyć, ubrać i dołączyć do Kempera w jego SUV-ie. Z Rygi mieli przekroczyć dwie granice w kierunku Ukrainy, a za nimi miał podążać potężny wojskowy pojazd taktyczny z kontenerem specjalnie zaprojektowanym do transportu cennych pozostałych paneli Bursztynowej Komnaty, które mieli odzyskać asystenci Sama.
    
  "Imponujące" - powiedział Sam do Kempera, dołączając do kapitana Czarnego Słońca na lokalnej przystani. Kemper obserwował, jak duży kontener z pleksiglasu, sterowany dwiema dźwigniami hydraulicznymi, został przeniesiony z pochyłego pokładu polskiego statku oceanicznego na ogromną ciężarówkę. "Co to za pojazd?" - zapytał, przyglądając się ogromnej ciężarówce hybrydowej, idąc wzdłuż jej boku.
    
  "To prototyp Enrika Hübscha, utalentowanego inżyniera w naszych szeregach" - chwalił się Kemper, towarzysząc Samowi. "Wzorowaliśmy się na amerykańskim Fordzie XM656 z końca lat 60. Jednak w prawdziwie niemieckim stylu znacznie go udoskonaliliśmy, rozszerzając pierwotny projekt o 10 metrów i stosując wzmocnioną stal spawaną wzdłuż osi, rozumiesz?"
    
  Kemper z dumą wskazał na konstrukcję nad oponami o dużej wytrzymałości, ułożonymi parami na całej długości pojazdu. "Odstęp między kołami został fachowo obliczony, aby utrzymać precyzyjny ciężar kontenera, a jednocześnie uwzględnia cechy konstrukcyjne, które eliminują nieuniknione drgania spowodowane oscylującym zbiornikiem wody, stabilizując w ten sposób ciężarówkę podczas jazdy".
    
  "Do czego właściwie służy to gigantyczne akwarium?" - zapytał Sam, obserwując, jak ogromną skrzynię z wodą wciąga się na grzbiet wojskowego potwora transportowego. Gruba, kuloodporna powłoka z pleksiglasu była połączona na każdym z czterech rogów zakrzywionymi miedzianymi płytami. Woda swobodnie przepływała przez dwanaście wąskich komór, również wyłożonych miedzią.
    
  Szczeliny biegnące przez całą szerokość sześcianu zostały zaprojektowane tak, aby pomieścić pojedynczy bursztynowy panel, każdy przechowywany oddzielnie od poprzedniego. Podczas gdy Kemper wyjaśniał misterne urządzenie i jego przeznaczenie, Sam nie mógł powstrzymać się od refleksji nad incydentem, który miał miejsce przy drzwiach jego kabiny na statku godzinę wcześniej. Nie mógł się doczekać, aby przypomnieć Kemperowi o tym, co obiecał, ale na razie grał na zwłokę w ich burzliwej relacji.
    
  "Czy w wodzie jest jakiś związek chemiczny?" - zapytał Kempera.
    
  "Nie, tylko woda" - odpowiedział bez ogródek niemiecki dowódca.
    
  Sam wzruszył ramionami. "Po co więc ta zwykła woda? Co robi z panelami Bursztynowej Komnaty?"
    
  Kemper uśmiechnął się. "Potraktuj to jako środek odstraszający".
    
  Sam spojrzał mu w oczy i zapytał swobodnie: "Aby powstrzymać, powiedzmy, rój przedostający się z pewnego rodzaju ula?"
    
  "Jakież to melodramatyczne" - odparł Kemper, pewnie krzyżując ramiona, gdy mężczyźni zabezpieczali pojemnik kablem i materiałem. "Ale nie do końca się pan myli, panie Cleave. To tylko środek ostrożności. Nie podejmuję ryzyka, chyba że mam poważne alternatywy".
    
  "Zanotowałem" - Sam skinął głową uprzejmie.
    
  Razem obserwowali, jak ludzie Kempera kończą załadunek, nie angażując się w rozmowę. W głębi duszy Sam pragnął przeniknąć do myśli Kempera, ale nie dość, że nie potrafił czytać w myślach, to jeszcze nazistowski PR-owiec znał już sekret Sama - i najwyraźniej coś jeszcze. Ukradkowe podglądanie byłoby zbędne. Coś niezwykłego uderzyło Sama w sposobie pracy tego małego zespołu. Nie było wyznaczonego brygadzisty, ale każdy poruszał się, jakby był kierowany przez konkretne zespoły, dbając o to, by jego zadania były wykonywane sprawnie i jednocześnie. Niesamowite było to, jak szybko, sprawnie i bez słowa poruszali się.
    
  "No, proszę pana Cleve" - nalegał Kemper. "Czas ruszać. Mamy do przekroczenia dwa kraje i bardzo mało czasu. Z tak delikatnym ładunkiem nie przejedziemy przez łotewskie i białoruskie tereny w mniej niż 16 godzin".
    
  "O cholera! Jak bardzo będziemy się nudzić?" - wykrzyknął Sam, już zmęczony tą perspektywą. "Nie mam nawet dziennika. Prawdę mówiąc, w tak długiej podróży mógłbym pewnie przeczytać całą Biblię!"
    
  Kemper roześmiał się, klaszcząc radośnie w dłonie, gdy wsiadali do beżowego SUV-a. "Czytanie tego teraz byłoby kolosalną stratą czasu. To jak czytanie współczesnej literatury pięknej, żeby poznać historię cywilizacji Majów!"
    
  Wsiedli do tyłu pojazdu czekającego przed ciężarówką, aby skierować ją na boczną drogę do granicy łotewsko-białoruskiej. Gdy ruszyli w ślimaczym tempie, luksusowe wnętrze samochodu zaczęło wypełniać się chłodnym powietrzem, łagodząc południowy upał, przy akompaniamencie łagodnej muzyki klasycznej.
    
  "Mam nadzieję, że Mozart ci nie przeszkadza" - rzekł Kemper z uprzejmości.
    
  "Wcale nie" - odparł formalnie Sam. "Chociaż sam jestem raczej fanem ABBY".
    
  Kemper po raz kolejny był bardzo rozbawiony komiczną obojętnością Sama. "Naprawdę? Bawisz się!"
    
  "Nie wiem" - upierał się Sam. "Wiesz, jest coś nieodpartego w szwedzkim retro popie z nieuchronną śmiercią w menu".
    
  "Skoro tak mówisz" - Kemper wzruszył ramionami. Zrozumiał aluzję, ale nie spieszył się z zaspokojeniem ciekawości Sama Cleve'a w tej sprawie. Doskonale wiedział, że dziennikarz był zszokowany mimowolną reakcją swojego ciała na atak. Kolejnym faktem, który ukrył przed Samem, były informacje dotyczące Kalihasy i losu, jaki go czekał.
    
  Podróżując przez resztę Łotwy, dwaj mężczyźni prawie się nie odzywali. Kemper otworzył laptopa, mapując strategiczne lokalizacje nieznanych celów, których Sam nie mógł dostrzec ze swojej pozycji. Wiedział jednak, że to musi być nikczemne - i musi wiązać się z jego rolą w perfidnych planach złowrogiego dowódcy. Sam ze swojej strony powstrzymał się od pytań o pilne sprawy zaprzątające jego umysł, woląc poświęcić czas na relaks. W końcu był niemal pewien, że nie będzie miał ku temu okazji w najbliższym czasie.
    
  Po przekroczeniu granicy z Białorusią wszystko się zmieniło. Kemper zaproponował Samowi pierwszego drinka od wyjazdu z Rygi, wystawiając na próbę wytrzymałość i wolę tak wysoko cenionego w Wielkiej Brytanii dziennikarza śledczego. Sam chętnie przyjął, wręczając mu zapieczętowaną puszkę coli. Kemper również wypił jedną, zapewniając Sama, że został podstępem nakłoniony do wypicia napoju z dodatkiem cukru.
    
  "Proste!" - powiedział Sam, po czym jednym haustem opróżnił ćwierć puszki, delektując się musującym smakiem napoju. Oczywiście Kemper pił swój bez przerwy, zachowując przy tym swój nienaganny spokój. "Klaus" - Sam nagle zwrócił się do swojego oprawcy. Teraz, gdy zaspokoił pragnienie, zebrał się na odwagę. "Liczby są mylące, że tak powiem".
    
  Kemper wiedział, że musi to wyjaśnić Samowi. W końcu szkocki dziennikarz i tak nie planował dożyć kolejnego dnia, a zachowywał się całkiem dobrze. Szkoda, że planował odebrać sobie życie samobójstwem.
    
    
  Rozdział 28
    
    
  W drodze do Prypeci Nina jechała przez kilka godzin po zatankowaniu swojego Volvo we Włocławku. Wykorzystała kartę kredytową Detlefa, aby kupić Perdue apteczkę pierwszej pomocy do opatrzenia rany na dłoni. Znalezienie apteki w nieznanym mieście było okrężną, ale konieczną operacją.
    
  Chociaż porywacze Sam skierowali ją i Perdue do sarkofagu w Czarnobylu - grobowca nieszczęsnego reaktora 4 - pamiętała wiadomość radiową Milli. Wspominała w niej "Prypeć 1955", termin, który po prostu nie stracił na znaczeniu od czasu, gdy go zapisała. W jakiś sposób wyróżniał się wśród innych sformułowań, jakby tchnął obietnicą. Miał zostać ujawniony, więc Nina spędziła ostatnie kilka godzin, próbując rozszyfrować jego znaczenie.
    
  Nie wiedziała nic ważnego o roku 1955, o mieście widmo położonym w Strefie Wykluczenia i ewakuowanym po awarii reaktora. Wątpiła wręcz, by Prypeć kiedykolwiek brała udział w czymkolwiek ważnym przed swoją niesławną ewakuacją w 1986 roku. Te słowa nie dawały spokoju historyczce, dopóki nie spojrzała na zegarek, aby sprawdzić, jak długo jechała samochodem, i nie uświadomiła sobie, że rok 1955 może odnosić się do godziny, a nie daty.
    
  Początkowo myślała, że to może być kres jej możliwości, ale to było wszystko, co miała. Jeśli dotrze do Prypeci do 20:00, raczej nie będzie miała wystarczająco dużo czasu na spokojny sen, co było bardzo niebezpieczną perspektywą, biorąc pod uwagę zmęczenie, którego już doświadczała.
    
  Ciemna droga przez Białoruś była przerażająca i samotna, podczas gdy Perdue chrapała na fotelu pasażera, zasnęła po zażyciu antydoksu. Nadzieja, że jeśli teraz się nie załamie, uda jej się uratować Sama, podtrzymywała ją na duchu. Mały cyfrowy zegar na desce rozdzielczej starego samochodu Kirilla pokazywał godzinę upiornym zielonym kolorem.
    
  02:14
    
  Jej ciało bolało i była wyczerpana, ale włożyła papierosa do ust, zapaliła go i wzięła kilka głębokich oddechów, by napełnić płuca powolną śmiercią. To było jedno z jej ulubionych doznań. Otwarcie okna było dobrym pomysłem. Silny podmuch zimnego nocnego powietrza nieco ją ożywił, choć żałowała, że nie ma przy sobie termosu z mocną kofeiną, która by ją podtrzymała na duchu.
    
  Z otaczającej ją ziemi, ukrytej w ciemności po obu stronach opustoszałej drogi, czuła zapach ziemi. Samochód, nucąc melancholijną pieśń na zużytych oponach, sunął po bladym betonie wijącym się ku granicy między Polską a Ukrainą.
    
  "Boże, to jak czyściec" - poskarżyła się, rzucając niedopałek papierosa w kuszącą nicość na zewnątrz. "Mam nadzieję, że twoje radio działa, Kirył".
    
  Na komendę Niny gałka obróciła się z kliknięciem, a nikłe światełko zasygnalizowało, że radio działa. "No jasne!" - uśmiechnęła się, nie odrywając zmęczonych oczu od drogi, gdy kręciła pokrętłem, szukając odpowiedniej stacji. Była stacja FM, nadawana z jedynego głośnika w samochodzie, tego zamontowanego w jej drzwiach. Ale Nina nie była dziś wybredna. Rozpaczliwie potrzebowała towarzystwa, jakiegokolwiek towarzystwa, by ukoić jej szybko narastający ponury nastrój.
    
  Purdue była nieprzytomna przez większość czasu, pozostawiając jej podejmowanie decyzji. Zmierzali do Chełma, miasta położonego 25 kilometrów od granicy z Ukrainą, i ucięli sobie krótką drzemkę w małym domku. Kiedy dotarli do granicy o 14:00, Nina była pewna, że dotrą do Prypeci o umówionej porze. Jej jedynym zmartwieniem było to, jak dostać się do opuszczonego miasta z strzeżonymi punktami kontrolnymi w całej Strefie Wykluczenia otaczającej Czarnobyl, ale nie miała pojęcia, że Milla ma przyjaciół nawet w najsurowszych obozach Zapomnianych.
    
    
  * * *
    
    
  Po kilku godzinach snu w przytulnym, rodzinnym motelu w Chełmie, odświeżona Nina i pogodny Perdue wyruszyli przez granicę z Polską, kierując się na Ukrainę. Było tuż po 13:00, kiedy dotarli do Kowla, oddalonego o około pięć godzin jazdy od celu.
    
  "Słuchaj, wiem, że przez większość podróży byłem szalony, ale czy jesteś pewna, że nie powinniśmy po prostu udać się do tego sarkofagu, zamiast włóczyć się po Prypeci?" - zapytał Perdue Ninę.
    
  "Rozumiem twoje obawy, ale mam silne przeczucie, że ta wiadomość była ważna. Nie proś mnie o wyjaśnienie ani nadanie jej znaczenia" - odpowiedziała - "ale musimy zrozumieć, dlaczego Milla o tym wspomniała".
    
  Perdue wyglądał na oszołomionego. "Zdajesz sobie sprawę, że transmisje Milli pochodzą bezpośrednio z Zakonu, prawda?" Nie mógł uwierzyć, że Nina będzie działać na korzyść wroga. Choć jej ufał, nie potrafił pojąć logiki, która kierowała jej w tym przedsięwzięciu.
    
  Spojrzała na niego ostro. "Mówiłam ci, że nie potrafię tego wyjaśnić. Po prostu..." zawahała się, wątpiąc w swoje przypuszczenia, "...zaufaj mi. Jeśli wpadniemy w kłopoty, pierwsza przyznam, że popełniłam błąd, ale coś w tym momencie transmisji wydaje się inne".
    
  "Kobieca intuicja, prawda?" zaśmiał się. "Równie dobrze mógłbym dać się strzelić Detlefowi w głowę w Gdyni".
    
  "Jezu, Perdue, czy mógłbyś być trochę milszy?" zmarszczyła brwi. "Nie zapominaj, jak w to wpakowaliśmy się. Sam i ja musieliśmy ci znowu pomóc, kiedy po raz setny wdałeś się w bójkę z tymi draniami!"
    
  "Nie miałem z tym nic wspólnego, moja droga!" - zadrwił z niej. "Ta suka i jej hakerzy napadli na mnie, kiedy zajmowałem się swoimi sprawami, próbując spędzić wakacje w Kopenhadze, na litość boską!"
    
  Nina nie mogła uwierzyć własnym uszom. Purdue był wściekły, zachowywał się jak zdenerwowany nieznajomy, którego nigdy wcześniej nie spotkała. Jasne, został wciągnięty w sprawę Bursztynowego Pokoju przez agentów, na których nie miał wpływu, ale nigdy wcześniej nie wybuchał w ten sposób. Zniesmaczona napiętą ciszą, Nina włączyła radio i ściszyła je, żeby zapewnić sobie trzecią, bardziej radosną obecność w samochodzie. Potem milczała, zostawiając Purdue w furii, próbującą zrozumieć swoją własną absurdalną decyzję.
    
  Właśnie minęli miasteczko Sarny, gdy muzyka w radiu zaczęła cichnąć i pojawiać się. Perdue zignorował nagłą zmianę, wpatrując się przez okno w nijaki krajobraz. Normalnie takie zakłócenia irytowałyby Ninę, ale nie odważyła się wyłączyć radia i zanurzyć w ciszy Perdue. Z czasem narastała, aż stała się nie do zignorowania. Znajoma melodia, ostatnio słyszana na falach krótkich w Gdyni, dobiegła z podniszczonego głośnika obok niej, identyfikując audycję.
    
  "Milla?" - mruknęła Nina, trochę przestraszona, trochę podekscytowana.
    
  Nawet kamienna twarz Perdue'a rozjaśniła się, gdy ze zdziwieniem i niepokojem słuchał powoli cichnącej melodii. Wymienili podejrzliwe spojrzenia, gdy szumy zakłócały fale radiowe. Nina sprawdziła częstotliwość. "To nie jego normalna częstotliwość" - oznajmiła.
    
  "Co masz na myśli?" zapytał, brzmiąc znacznie bardziej jak on sam. "Czy to nie tutaj zazwyczaj stroisz?" zapytał, wskazując na igłę, znajdującą się dość daleko od miejsca, w którym Detlef zazwyczaj stroił ją do stacji numerycznej. Nina pokręciła głową, co jeszcze bardziej zaintrygowało Purdue.
    
  "Czemu miałyby być inne...?" chciała zapytać, ale wyjaśnienie przyszło jej do głowy, gdy Perdue odpowiedział: "Bo się ukrywają".
    
  "Tak, właśnie tak myślę. Ale dlaczego?" - zastanawiała się.
    
  "Słuchaj" - wychrypiał podniecony, wyprostowując się, by usłyszeć.
    
  Głos kobiety był stanowczy, ale spokojny. "Wdowiec".
    
  "To Detlef!" - powiedziała Nina do Perdue. "Przekazują to Detlefowi".
    
  Po krótkiej pauzie niewyraźny głos kontynuował: "Dzięcioł, ósma trzydzieści". Z głośnika dobiegł głośny trzask, a zamiast zakończonej transmisji pozostał tylko biały szum i zakłócenia. Oszołomieni Nina i Perdue zastanawiali się nad tym, co się właśnie wydarzyło, najwyraźniej przypadkiem, podczas gdy fale radiowe syczały od aktualnego sygnału lokalnej stacji.
    
  "Co to, do cholery, jest ten Dzięcioł? Chyba chcą, żebyśmy byli tam o wpół do dziewiątej" - zasugerował Perdue.
    
  "Tak, wiadomość o wysłaniu do Prypeci była o 7:55, więc zmienili lokalizację i dostosowali czas, żeby tam dotrzeć. Teraz jest niewiele później niż wcześniej, więc z tego, co rozumiem, Dzięcioł jest w pobliżu Prypeci" - odważyła się rzucić Nina.
    
  "Boże, chciałbym mieć telefon! Masz swój własny telefon?" - zapytał.
    
  "Mogłabym... jeśli nadal jest w mojej torbie na laptopa, ukradłeś go z domu Kirilla" - odpowiedziała, zerkając na zapinaną na zamek teczkę na tylnym siedzeniu. Purdue sięgnęła do tyłu i przeszukała przednią kieszeń torby, szukając między notesem, długopisami i okularami.
    
  "Mam!" - uśmiechnął się. "Mam nadzieję, że jest naładowany".
    
  "To powinno wystarczyć" - powiedziała, zaglądając do środka. "Powinno wystarczyć na co najmniej dwie godziny. No dalej. Znajdź naszego Dzięcioła, staruszku".
    
  "Na miejscu" - odpowiedział, przeszukując internet w poszukiwaniu czegoś o podobnej nazwie w pobliżu. Szybko zbliżali się do Prypeci, gdy popołudniowe słońce oświetlało jasnobrązowoszary, płaski krajobraz, przemieniając go w upiorne, czarne olbrzymy pylonów strażniczych.
    
  "To takie niepokojące uczucie" - zauważyła Nina, wodząc wzrokiem po krajobrazie. "Patrz, Purdue, to cmentarzysko radzieckiej nauki. Można niemal poczuć zaginioną zorzę polarną w atmosferze".
    
  "To pewnie przez promieniowanie, Nino" - zażartował, wywołując chichot historyka, który cieszył się z powrotu starego Perdue. "Rozgryzłem to".
    
  "Dokąd idziemy?" zapytała.
    
  "Na południe od Prypeci, w kierunku Czarnobyla" - zauważył nonszalancko. Nina uniosła brew, dając do zrozumienia, że niechętnie odwiedza tak niszczycielski i niebezpieczny fragment ukraińskiej ziemi. Ale ostatecznie wiedziała, że muszą tam jechać. Przecież już tam byli - skażeni pozostałościami materiału radioaktywnego pozostawionymi tam po 1986 roku. Purdue sprawdziła mapę w telefonie. "Jedź prosto z Prypeci. Tak zwany "dzięcioł rosyjski" jest w okolicznym lesie" - poinformował ją, pochylając się do przodu, żeby spojrzeć w górę. "Wkrótce zapadnie noc, kochanie. Będzie też zimno".
    
  "Co to jest dzięcioł rosyjski? Mam szukać dużego ptaka łatającego dziury w lokalnych drogach, czy coś?" - zaśmiała się.
    
  "To właściwie relikt zimnej wojny. Przydomek pochodzi od... docenisz to... tajemniczych zakłóceń radiowych, które zakłóciły transmisje w całej Europie w latach 80." - dodał.
    
  "Znowu widma radiowe" - zauważyła, kręcąc głową. "Zastanawiam się, czy jesteśmy codziennie programowani przez ukryte częstotliwości, przesiąknięte ideologiami i propagandą, rozumiesz? Nie zdając sobie sprawy, że nasze opinie mogą być kształtowane przez podprogowe przekazy..."
    
  "Tam!" - wykrzyknął nagle. "Tajna baza wojskowa, z której radzieccy żołnierze nadawali około 30 lat temu. Nazywała się Duga-3, najnowocześniejszy sygnał radarowy, którego używali do wykrywania potencjalnych ataków rakiet balistycznych".
    
  Z Prypeci wyraźnie widać było przerażającą wizję, hipnotyzującą i groteskową zarazem. Rząd identycznych stalowych wież, wznoszący się bezszelestnie ponad wierzchołki drzew napromieniowanych lasów, oświetlony promieniami zachodzącego słońca, otaczał opuszczoną bazę wojskową. "Może masz rację, Nino. Spójrz na jej ogrom. Tutejsze nadajniki mogłyby z łatwością manipulować falami radiowymi, by zmieniać umysły" - snuł hipotezy, z podziwem patrząc na upiorną ścianę stalowych prętów.
    
  Nina spojrzała na swój zegarek cyfrowy. "Już prawie czas".
    
    
  Rozdział 29
    
    
  W całym Czerwonym Lesie dominowały sosny, wyrastające z samej gleby pokrywającej groby dawnego lasu. Po katastrofie w Czarnobylu dawną roślinność wykarczowano i zakopano. Rdzawoczerwone szkielety sosen pod grubą warstwą ziemi dały początek nowemu pokoleniu, zasadzonemu przez władze. Pojedynczy reflektor Volvo, światło drogowe po prawej stronie, oświetlało grobowe, szeleszczące pnie drzew Czerwonego Lasu, gdy Nina zbliżała się do zniszczonych stalowych bram wejściowych do opuszczonego kompleksu. Pomalowane na zielono i ozdobione radzieckimi gwiazdami, dwie bramy pochylały się krzywo, ledwo trzymając się na miejscu przez rozpadające się drewniane ogrodzenie wokół.
    
  "Boże, jakie to przygnębiające!" - zauważyła Nina, opierając się o kierownicę, żeby lepiej widzieć to, co ledwo było widoczne wokół.
    
  "Zastanawiam się, dokąd mamy iść" - powiedział Perdue, szukając oznak życia. Jedynymi jednak oznakami życia były zaskakująco liczne dzikie zwierzęta, takie jak jelenie i bobry, które Perdue dostrzegł po drodze do wejścia.
    
  "Wejdźmy i poczekajmy. Daję im góra 30 minut, a potem wyniesiemy się z tej śmiertelnej pułapki" - oznajmiła Nina. Samochód poruszał się bardzo powoli, sunąc wzdłuż zniszczonych murów, gdzie blaknąca propaganda z czasów sowieckich oddzielała się od kruszących się kamiennych murów. Jedynym dźwiękiem w martwej nocy w bazie wojskowej Duga-3 był pisk opon.
    
  "Nina" - powiedział cicho Perdue.
    
  "Tak?" odpowiedziała, zafascynowana porzuconym Jeepem Willysa.
    
  "Nina!" powiedział głośniej, patrząc przed siebie. Nacisnęła hamulec.
    
  "O cholera!" wrzasnęła, gdy osłona chłodnicy samochodu zatrzymała się o centymetry od wysokiej, szczupłej bałkańskiej piękności w butach i białej sukience. "Co ona robi na środku drogi?" Jasnoniebieskie oczy kobiety przeszyły ciemne spojrzenie Niny przez reflektory. Lekkim ruchem ręki przywołała ich gestem, odwracając się, by wskazać im drogę.
    
  "Nie ufam jej" - szepnęła Nina.
    
  "Nina, jesteśmy na miejscu. Czekają na nas. Jesteśmy już w to wciągnięci. Nie każmy tej pani czekać" - uśmiechnął się, widząc nadąsaną minę pięknej historyczki. "Chodź. To był twój pomysł". Puścił jej oczko zachęcająco i wysiadł z samochodu. Nina zarzuciła torbę z laptopem na ramię i poszła za Purdue. Młoda blondynka nic nie mówiła, gdy szły za nią, od czasu do czasu zerkając na siebie, szukając wsparcia. W końcu Nina poddała się i zapytała: "Czy ty jesteś Milla?"
    
  "Nie" - odpowiedziała kobieta nonszalancko, nie odwracając się. Weszli po dwóch piętrach schodów do pomieszczenia przypominającego kawiarnię z minionej epoki, gdzie oślepiające białe światło wpadało przez drzwi. Otworzyła drzwi i przytrzymała je dla Niny i Perdue, którzy niechętnie weszli, nie spuszczając z niej wzroku.
    
  "To jest Milla" - poinformowała swoich szkockich gości, odsuwając się na bok, by odsłonić pięciu mężczyzn i dwie kobiety siedzących w kręgu z laptopami. "To skrót od Leonid Leopoldt Military Index Alpha".
    
  Każda z nich, mając swój własny styl i cel, na zmianę dowodziła jedynym panelem sterowania swoimi transmisjami. "Jestem Elena. To moi partnerzy" - wyjaśniła z silnym serbskim akcentem. "Jesteś wdowcem?"
    
  "Tak, to on" - odpowiedziała Nina, zanim Perdue zdążył. "Jestem jego kolegą, dr Gould. Możesz mówić do mnie Nina, a to jest Dave".
    
  "Mieliśmy nadzieję, że przyjdziesz. Mamy dla ciebie ostrzeżenie" - powiedział jeden z mężczyzn w kręgu.
    
  "O czym?" zapytała Nina pod nosem.
    
  Jedna z kobiet siedziała w odosobnionej kabinie przy panelu sterowania i nie słyszała ich rozmowy. "Nie, nie będziemy zakłócać jej transmisji. Nie martwcie się" - uśmiechnęła się Elena. "To Jurij. Jest z Kijowa".
    
  Jurij uniósł rękę na powitanie, ale kontynuował pracę. Wszyscy mieli mniej niż 35 lat, ale wszyscy mieli ten sam tatuaż - gwiazdę, którą Nina i Perdue widzieli na bramie, z rosyjskim napisem pod spodem.
    
  "Ładny tatuaż" - powiedziała Nina z aprobatą, wskazując na ten na szyi Eleny. "Co tam jest napisane?"
    
  "Och, jest napisane Armia Czerwona 1985... eee, "Armia Czerwona" i moja data urodzenia. Wszyscy mamy rok urodzenia obok gwiazd" - uśmiechnęła się nieśmiało. Jej głos był jak jedwab, podkreślając artykulację słów i czyniąc ją jeszcze bardziej atrakcyjną niż tylko jej fizyczne piękno.
    
  "To jest imię w skrócie Milli" - zapytała Nina. "Kim jest Leonid...?"
    
  Elena szybko odpowiedziała. "Leonid Leopoldt był ukraińskim agentem niemieckiego pochodzenia podczas II wojny światowej, który przeżył zbiorowe samobójstwo, tonąc u wybrzeży Łotwy. Leonid zabił kapitana i skontaktował się przez radio z dowódcą okrętu podwodnego, Aleksandrem Marinesko".
    
  Perdue szturchnął Ninę łokciem: "Marinesco był ojcem Kirilla, pamiętasz?"
    
  Nina skinęła głową, chcąc dowiedzieć się czegoś więcej od Eleny.
    
  "Ludzie Marinesko zabrali fragmenty Bursztynowej Komnaty i ukryli je, gdy Leonid był wysyłany do gułagu. Kiedy przebywał w pokoju przesłuchań Armii Czerwonej, zastrzelił go ten esesmański świnia Karl Kemper. Ten nazistowski łajdak nie powinien przebywać w ośrodku Armii Czerwonej!" - Elena wrzała z godnością, wyglądając na zdenerwowaną.
    
  "O mój Boże, Perdue!" - wyszeptała Nina. "Leonid był tym żołnierzem na taśmie! Detlef ma medal przypięty do piersi".
    
  "Więc nie jesteś związany z Zakonem Czarnego Słońca?" - zapytał szczerze Perdue. Pod bardzo wrogimi spojrzeniami cała grupa go zganiła i przeklęła. Nie mówił językami, ale ich reakcja była wyraźnie nieprzychylna.
    
  "Wdowiec nie oznacza, że jest obrażony" - wtrąciła Nina. "Hm, nieznany agent powiedział mu, że wasze transmisje radiowe pochodzą z Dowództwa Czarnego Słońca. Ale wiele osób nas okłamało, więc tak naprawdę nie wiemy, co się dzieje. Widzisz, nie wiemy, kto komu służy".
    
  Słowa Niny spotkały się z aprobatą grupy Milla. Natychmiast zaakceptowali jej wyjaśnienie, więc odważyła się zadać nurtujące pytanie: "Ale czy Armia Czerwona nie została rozwiązana na początku lat 90.? A może po prostu po to, by pokazać swoją lojalność?"
    
  Na pytanie Niny odpowiedział mężczyzna w wieku około trzydziestu pięciu lat: "Czy Zakon Czarnego Słońca nie został rozwiązany po tym, jak ten dupek Hitler popełnił samobójstwo?"
    
  "Nie, kolejne pokolenia zwolenników są nadal aktywne" - odpowiedział Perdue.
    
  "No i masz" - powiedział mężczyzna. "Armia Czerwona wciąż walczy z nazistami, tylko że to nowe pokolenie agentów walczących w starej wojnie. Czerwoni kontra Czarni".
    
  "To jest Misza" - wtrąciła się Elena z grzeczności wobec nieznajomych.
    
  "Wszyscy przeszliśmy szkolenie wojskowe, jak nasi ojcowie i ich ojcowie, ale walczymy najgroźniejszą bronią nowego świata - technologią informatyczną" - głosił Misza. Był ewidentnie liderem. "Milla to nowy car Bomba, kochanie!"
    
  Grupa wybuchnęła triumfalnym okrzykiem. Zaskoczony i zdezorientowany Perdue spojrzał na Ninę z uśmiechem i wyszeptał: "Co to jest "Car Bomba", jeśli mogę zapytać?"
    
  "W całej historii ludzkości wybuchła tylko najpotężniejsza broń jądrowa" - puściła oko. "Bomba wodorowa; zdaje się, że została przetestowana gdzieś w latach sześćdziesiątych".
    
  "To są dobrzy" - zauważył żartobliwie Perdue, starając się mówić cicho. Nina zachichotała i skinęła głową. "Cieszę się, że nie jesteśmy za liniami wroga".
    
  Gdy grupa się uspokoiła, Elena zaproponowała Perdue i Ninie czarną kawę, którą obie z wdzięcznością przyjęły. To była wyjątkowo długa podróż, nie wspominając o emocjonalnym obciążeniu, z którym wciąż się zmagały.
    
  "Eleno, mamy kilka pytań dotyczących Milli i jej związku z reliktem Bursztynowej Komnaty" - zapytał z szacunkiem Perdue. "Musimy znaleźć dzieło sztuki, a przynajmniej to, co z niego pozostało, do jutra wieczorem".
    
  "Nie! Och, nie, nie!" - zaprotestował otwarcie Misza. Kazał Elenie zejść z sofy i usiadł naprzeciwko niedoinformowanych gości. "Nikt nie zabierze Bursztynowej Komnaty z jej grobowca! Nigdy! Jeśli chcesz to zrobić, będziemy musieli uciec się do surowych środków przeciwko tobie".
    
  Elena próbowała go uspokoić, gdy pozostali wstali i otoczyli niewielką przestrzeń, w której siedzieli Misha i nieznajomi. Nina wzięła Perdue za rękę, gdy wszyscy dobyli broni. Przerażający trzask odciąganych młotów świadczył o tym, jak poważna była sytuacja Milli.
    
  "Dobra, spokojnie. Porozmawiajmy o alternatywie, bez względu na wszystko" - zasugerował Perdue.
    
  Pierwszy odezwał się łagodny głos Eleny. "Słuchajcie, ostatnim razem, gdy ktoś ukradł część tego arcydzieła, Trzecia Rzesza niemal zniszczyła wolność wszystkich".
    
  "Jak?" zapytał Perdue. Miał oczywiście pewien pomysł, ale nie mógł jeszcze pojąć prawdziwego zagrożenia, jakie ze sobą niósł. Nina chciała tylko schować te nieporęczne pistolety, żeby móc się zrelaksować, ale członkowie Milli ani drgnęli.
    
  Zanim Misza zdążył wdać się w kolejną tyradę, Elena jednym z tych hipnotyzujących gestów poprosiła go, żeby zaczekał. Westchnęła i dodała: "Bursztyn użyty do wykonania oryginalnej Bursztynowej Komnaty pochodził z Bałkanów".
    
  "Wiemy o starożytnym organizmie - Kalihasie - który znajdował się wewnątrz bursztynu" - przerwała cicho Nina.
    
  "A wiesz, co ona robi?" Misza nie mógł się powstrzymać.
    
  "Tak" - potwierdziła Nina.
    
  "To dlaczego, do cholery, chcecie im to dać? Zwariowaliście? Wy ludzie jesteście szaleni! Wy, Zachód i wasza chciwość! Wy, wszystkie żądne pieniędzy dziwki!" - warknął Misha na Ninę i Perdue w niepohamowanej wściekłości. "Zastrzelcie ich" - rozkazał swojej grupie.
    
  Nina uniosła ręce z przerażenia. "Nie! Proszę, posłuchaj! Chcemy zniszczyć bursztynowe panele raz na zawsze, ale po prostu nie wiemy jak. Posłuchaj, Misza" - zwróciła się do niego, błagając o uwagę - "nasz kolega... nasz przyjaciel... jest przetrzymywany przez Zakon i zabiją go, jeśli nie dostarczymy Bursztynowej Komnaty do jutra. Więc Wdowiec i ja jesteśmy w poważnych tarapatach! Rozumiesz?"
    
  Perdue skrzywił się, widząc charakterystyczną dla Niny zaciekłość w stosunku do porywczego Mishy.
    
  "Nina, pozwól, że przypomnę ci, że facet, na którego krzyczysz, trzyma nasze przysłowiowe jaja w garści" - powiedział Perdue, delikatnie szarpiąc Ninę za koszulę.
    
  "Nie, Perdue!" - sprzeciwiła się, odpychając jego dłoń. "Jesteśmy w środku. Nie jesteśmy Armią Czerwoną ani Czarnym Słońcem, ale jesteśmy zagrożeni z obu stron i jesteśmy zmuszeni być ich dziwkami, wykonywać za nich brudną robotę i starać się nie dać zabić!"
    
  Elena siedziała, kiwając głową na znak zgody, czekając, aż Misza zrozumie kłopotliwe położenie nieznajomych. Kobieta, która przez cały czas nadawała, wyszła z kabiny i wpatrywała się w nieznajomych siedzących w stołówce oraz resztę swojej grupy, trzymając broń w pogotowiu. Mierząca ponad 190 cm wzrostu ciemnowłosa Ukrainka była co najmniej nieco onieśmielająca. Jej dredy spływały po ramionach, gdy z gracją szła w ich stronę. Elena mimochodem przedstawiła ją Ninie i Perdue: "To nasza ekspertka od materiałów wybuchowych, Natasza. To była żołnierka sił specjalnych i bezpośrednia potomkini Leonida Leopolda".
    
  "Kto to jest?" - zapytała stanowczo Natasza.
    
  "Wdowiec" - odpowiedział Misza, chodząc tam i z powrotem, rozważając niedawne słowa Niny.
    
  "Ach, wdowiec. Gabi była naszą przyjaciółką" - odpowiedziała, kręcąc głową. "Jej śmierć była wielką stratą dla wolności świata".
    
  "Tak, o to właśnie chodziło" - zgodził się Perdue, nie mogąc oderwać wzroku od przybysza. Elena opowiedziała Nataszy o kłopotach gości, na co kobieta o amazonkowatym wyglądzie odparła: "Misza, musimy im pomóc".
    
  "Toczymy wojnę za pomocą danych i informacji, a nie siły ognia" - przypomniał jej Misza.
    
  "Czy to informacje i dane powstrzymały amerykańskiego oficera wywiadu, który próbował pomóc Czarnemu Słońcu zdobyć Bursztynową Komnatę pod koniec zimnej wojny?" - zapytała go. "Nie, sowiecka siła ognia powstrzymała go w Niemczech Zachodnich".
    
  "Jesteśmy hakerami, nie terrorystami!" protestował.
    
  "Czy to hakerzy zneutralizowali zagrożenie z Czarnobyla w Kalihas w 1986 roku? Nie, Misza, to byli terroryści!" - odparła. "Teraz znowu mamy ten problem i będziemy go mieli, dopóki istnieje Bursztynowa Komnata. Co zrobisz, gdy Czarne Słońce odniesie sukces? Zamierzasz rozsyłać sekwencje liczb, żeby deprogramować umysły tych nielicznych, którzy będą słuchać radia do końca życia, podczas gdy pieprzeni naziści przejmą władzę nad światem za pomocą masowej hipnozy i kontroli umysłu?"
    
  "Katastrofa w Czarnobylu to nie był wypadek?" - zapytał swobodnie Perdue, ale ostre, ostrzegawcze spojrzenia członków Milli uciszyły go. Nawet Nina nie mogła uwierzyć w jego niestosowne pytanie. Najwyraźniej Nina i Perdue właśnie rozniecili najgroźniejsze gniazdo os w historii, a Czarne Słońce miało się wkrótce dowiedzieć, dlaczego czerwień jest kolorem krwi.
    
    
  Rozdział 30
    
    
  Sam myślał o Ninie, czekając, aż Kemper wróci do samochodu. Ochroniarz, który ich wiózł, pozostał za kierownicą, zostawiając włączony silnik. Nawet jeśli Samowi udało się uciec przed gorylem w czarnym kombinezonie, tak naprawdę nie było dokąd uciekać. Krajobraz, rozciągający się we wszystkich kierunkach, jak okiem sięgnąć, przypominał bardzo znajomy widok. Właściwie, to była raczej znajoma wizja.
    
  Niesamowicie podobny do hipnotycznych halucynacji Sama podczas sesji z doktorem Helbergiem, płaski, pozbawiony wyrazu krajobraz z bezbarwnymi łąkami niepokoił go. Dobrze, że Kemper zostawił go na chwilę w spokoju, pozwalając mu przetworzyć to surrealistyczne wydarzenie, aż przestało go przerażać. Ale im bardziej obserwował, rozumiał i chłonął krajobraz, aby się do niego przyzwyczaić, tym bardziej Sam zdawał sobie sprawę, że on również go przeraża.
    
  Poruszając się niespokojnie na krześle, nie mógł powstrzymać się od wspomnienia snu o studni i jałowym krajobrazie sprzed destrukcyjnego impulsu, który rozświetlił niebo i zniszczył narody. Znaczenie tego, co kiedyś było jedynie podświadomą manifestacją chaosu, którego był świadkiem, okazało się, ku przerażeniu Sama, proroctwem.
    
  "Przepowiednia? Ja?" Rozważał absurdalność tego pomysłu. Ale potem kolejne wspomnienie wbiło się w jego świadomość niczym kolejny element układanki. Umysł ujawnił słowa, które zapisał w szponach ataku, w wiosce na wyspie; słowa, które napastnik Niny do niej krzyczał.
    
  "Zabierzcie stąd swojego złego proroka!"
    
  "Zabierzcie stąd swojego złego proroka!"
    
  "Zabierzcie stąd swojego złego proroka!"
    
  Sam był przestraszony.
    
  "O cholera! Jak mogłem tego wtedy nie usłyszeć?" - łamał sobie głowę, zapominając o tym, że taka jest natura umysłu i jego cudownych zdolności. "Nazwał mnie prorokiem?" Przełknął ślinę, blednąc, gdy wszystko się połączyło - wizja precyzyjnego miejsca i zagłada całej rasy pod bursztynowym niebem. Ale najbardziej niepokoiło go pulsowanie, które dostrzegł w swojej wizji, niczym eksplozja atomowa.
    
  Kamper zaskoczył Sama, gdy otworzył drzwi, żeby wrócić. Nagłe kliknięcie centralnego zamka, a następnie głośny trzask klamki, rozległy się dokładnie w chwili, gdy Sam przypomniał sobie o wszechogarniającym impulsie, który przetoczył się przez cały kraj.
    
  "Entschuldigung, Herr Cleve" - przeprosił Kemper, gdy Sam cofnął się przestraszony, chwytając się za pierś. Niemniej jednak wywołało to chichot tyrana. "Czemu się pan tak denerwuje?"
    
  "Po prostu denerwuję się o moich przyjaciół" - Sam wzruszył ramionami.
    
  "Jestem pewien, że cię nie zawiodą" - Klaus próbował być uprzejmy.
    
  "Problem z ładunkiem?" zapytał Sam.
    
  "Tylko drobny problem ze wskaźnikiem paliwa, ale już naprawiony" - odpowiedział poważnie Kemper. "Więc chciałeś wiedzieć, jak sekwencje liczbowe udaremniły twój atak na mnie, tak?"
    
  "Tak. To było niesamowite, ale jeszcze bardziej imponujący był fakt, że dotyczyło to tylko mnie. Mężczyźni, którzy ci towarzyszyli, nie wykazali żadnych oznak manipulacji" - podziwiał Sam, pobłażając ego Klausa, jakby był jego wielkim wielbicielem. To była taktyka, którą Sam Cleve stosował już wielokrotnie, prowadząc śledztwa w celu demaskowania przestępców.
    
  "Oto sekret" - Klaus uśmiechnął się z samozadowoleniem, powoli załamując ręce, przepełniony satysfakcją. "Nie chodzi tyle o liczby, co o ich kombinację. Matematyka, jak wiesz, jest językiem samego Stworzenia. Liczby rządzą wszystkim, co istnieje, czy to na poziomie komórkowym, geometrycznym, w fizyce, związkach chemicznych, czy gdziekolwiek indziej. Są kluczem do transformacji wszystkich danych - jak komputer w określonej części mózgu, rozumiesz?"
    
  Sam skinął głową. Zastanowił się chwilę i odpowiedział: "Więc to jakiś szyfr biologicznej maszyny Enigma".
    
  Kemper bił brawo. Dosłownie. "To niezwykle trafna analogia, panie Cleave! Sam nie potrafiłbym tego lepiej wyjaśnić. Dokładnie tak to działa. Stosując określone łańcuchy kombinacji, można całkowicie rozszerzyć pole oddziaływania, w zasadzie powodując zwarcie receptorów mózgu. A jeśli dodasz do tego prąd elektryczny" - Kemper rozkoszował się swoją wyższością - "wzmocni to efekt formy myślowej dziesięciokrotnie".
    
  "Czyli wykorzystując elektryczność, można by faktycznie zwiększyć ilość danych, które może on absorbować? A może chodzi o zwiększenie możliwości manipulatora, by mógł kontrolować więcej niż jedną osobę jednocześnie?" - zapytał Sam.
    
  "Mów dalej, Dobber" - pomyślał Sam, mistrzowsko wykonując swoją szaradę. "A nagroda wędruje do... Samsona Cleave"a za rolę oczarowanego dziennikarza, oczarowanego przez sprytnego człowieka!". Sam, nie mniej wyjątkowy w swojej roli, zarejestrował każdy szczegół wyrzucony z siebie przez niemieckiego narcyza.
    
  "Jak myślisz, co było pierwszą rzeczą, jaką zrobił Adolf Hitler, kiedy przejął władzę nad nieaktywnym personelem Wehrmachtu w 1935 roku?" - zapytał retorycznie Sama. "Wprowadził dyscyplinę mas, skuteczność bojową i niezachwianą lojalność, aby egzekwować ideologię SS, wykorzystując podświadome programowanie".
    
  Z wielką delikatnością Sam zadał pytanie, które przyszło mu do głowy niemal natychmiast po wypowiedzi Kempera: "Czy Hitler miał Kalihasę?"
    
  "Po umieszczeniu Bursztynowej Komnaty w berlińskim Pałacu Miejskim, pewien niemiecki rzemieślnik z Bawarii..." Kemper zachichotał, próbując sobie przypomnieć nazwisko mężczyzny. "Yyy, nie, nie pamiętam - zaproszono go do współpracy z rosyjskimi rzemieślnikami, aby odrestaurowali artefakt po tym, jak został podarowany Piotrowi Wielkiemu, rozumiesz?"
    
  "Tak" - odpowiedział chętnie Sam.
    
  "Według legendy, gdy pracował nad nowym projektem odrestaurowanej sali w Pałacu Katarzyny, "zażądał" trzech kawałków bursztynu, wiesz, za swoje trudy" - Kemper puścił oko do Sama.
    
  "Nie można go za to winić" - zauważył Sam.
    
  "Nie, jak można go za to winić? Zgadzam się. W każdym razie sprzedał jeden przedmiot. Obawiano się, że pozostałe dwa zostały oszukane przez jego żonę i również sprzedane. Jednak to najwyraźniej nieprawda, a żona, o której mowa, okazała się być wczesną przedstawicielką matriarchatu rodu, która poznała podatnego na wpływy Hitlera wiele wieków później".
    
  Kemper najwyraźniej czerpał przyjemność z własnej narracji, zabijając czas w drodze do morderstwa Sama, ale dziennikarz mimo to uważnie śledził rozwój wydarzeń. "Przekazała swoim potomkom pozostałe dwa kawałki bursztynu z oryginalnej Bursztynowej Komnaty, a oni ostatecznie otrzymali nie kogo innego, jak Johanna Dietricha Eckarta! Jak to mógł być zbieg okoliczności?"
    
  "Przepraszam, Klaus" - przeprosił Sam nieśmiało - "ale moja wiedza o historii Niemiec jest żenująca. Właśnie dlatego trzymam Ninę".
    
  "Hę! Tylko dla informacji historycznych?" - zażartował Klaus. "Wątpię. Ale pozwól, że wyjaśnię. Eckart, niezwykle uczony człowiek i poeta metafizyczny, był bezpośrednio odpowiedzialny za fascynację Hitlera okultyzmem. Podejrzewamy, że to Eckart odkrył moc Kalihasy, a następnie wykorzystał to zjawisko, gromadząc pierwszych członków Czarnego Słońca. I oczywiście, najbardziej prominentny członek, który potrafił aktywnie wykorzystać niezaprzeczalny potencjał zmiany światopoglądu ludzi..."
    
  "...był Adolf Hitler. Teraz rozumiem" - Sam uzupełnił luki, udając urok, by oszukać porywacza. "Calijasa dała Hitlerowi zdolność zamieniania ludzi w, no cóż, drony. To wyjaśnia, dlaczego masy w nazistowskich Niemczech generalnie podzielały tę samą opinię... synchronizację ruchów i ten obscenicznie brutalny, nieludzki poziom okrucieństwa".
    
  Klaus uśmiechnął się czule do Sama. "Nieprzyzwoicie instynktowne... Podoba mi się".
    
  "Myślałem, że możesz" - westchnął Sam. "To wszystko jest całkiem fascynujące, wiesz? Ale skąd się o tym wszystkim dowiedziałeś?"
    
  "Mój ojciec" - odpowiedział rzeczowo Kemper. Udawał, że jest potencjalnym celebrytą ze względu na swoją udawaną nieśmiałość. "Karl Kemper".
    
  "Kemper - to nazwisko pojawiło się w nagraniu audio Niny" - wspominał Sam. "Był odpowiedzialny za śmierć żołnierza Armii Czerwonej w pokoju przesłuchań. Teraz układanka się składa w całość". Wpatrywał się w oczy potwora w małej postaci stojącej przed nim. "Nie mogę się doczekać, aż zobaczę, jak się dusisz" - pomyślał Sam, poświęcając dowódcy Czarnego Słońca całą uwagę, której tak bardzo pragnął. "Nie mogę uwierzyć, że piję z tym ludobójczym draniem. Jakże bym tańczył na twoich prochach, ty nazistowski gnoju!". Obrazy, które zmaterializowały się w duszy Sama, wydawały się obce i oderwane od jego własnej osobowości, i to go niepokoiło. Kalihasa w jego umyśle znów działała, napełniając jego myśli negatywnością i pierwotną przemocą, ale musiał przyznać, że straszne rzeczy, o których myślał, nie były całkowicie przesadzone.
    
  "Powiedz mi, Klaus, jaki był cel morderstw w Berlinie?" Sam kontynuował tak zwany wywiad specjalny przy kieliszku wybornej whisky. "Strach? Niepokój społeczny? Zawsze myślałem, że to twój sposób na przygotowanie mas na nadchodzące wprowadzenie nowego systemu porządku i dyscypliny. Jak blisko byłem! Powinienem był się założyć".
    
  Kemper nie prezentował się najlepiej, gdy dowiedział się o nowej ścieżce kariery dziennikarza śledczego, ale nie miał nic do stracenia, ujawniając swoje motywy żywym trupom.
    
  "To właściwie bardzo prosty program" - odpowiedział. "Skoro mamy kanclerza Niemiec w swojej władzy, mamy siłę nacisku. Zabójstwa wysoko postawionych obywateli, przede wszystkim tych odpowiedzialnych za polityczny i finansowy dobrobyt kraju, dowodzą, że jesteśmy tego świadomi i oczywiście bez wahania spełnimy nasze groźby".
    
  "Więc wybrałeś ich ze względu na ich elitarny status?" - zapytał po prostu Sam.
    
  "To też, panie Cleve. Ale każdy z naszych celów był bardziej zaangażowany w nasz świat niż tylko pieniądze i władza" - wyjaśnił Kemper, choć zdawał się niechętny do ujawnienia, na czym dokładnie polegały te inwestycje. Dopiero gdy Sam udał brak zainteresowania, po prostu skinął głową i zaczął patrzeć przez okno na ruchomy krajobraz za oknem, Kemper poczuł się zobowiązany, by mu o tym powiedzieć. "Każdy z tych pozornie przypadkowych celów był w rzeczywistości Niemcem, pomagającym naszym współczesnym towarzyszom broni w Armii Czerwonej w ukryciu lokalizacji i istnienia Bursztynowej Komnaty, najskuteczniejszej przeszkody w poszukiwaniach przez Czarne Słońce oryginalnego arcydzieła. Mój ojciec dowiedział się z pierwszej ręki od Leopolda - rosyjskiego zdrajcy - że relikwia została przechwycona przez Armię Czerwoną i nie zatonęła wraz z Wilhelmem Gustloffem, który, jak głosi legenda, był Millą. Od tego czasu niektórzy członkowie Czarnego Słońca, zmieniwszy zdanie na temat dominacji nad światem, opuścili nasze szeregi. Czy możecie w to uwierzyć? Potomkowie Aryjczyków, potężni i intelektualnie wyżsi, postanowili zerwać z Zakonem. Ale największą zdradą było pomaganie sowieckim draniom w ukryciu Bursztynowej Komnaty, a nawet finansowanie tajnej operacji w 1986 roku, mającej na celu zniszczenie sześciu z dziesięciu pozostałych bursztynowych brył zawierających Kalihasu!"
    
  Sam ożywił się. "Czekaj, czekaj. O czym ty mówisz w 1986? Połowa Bursztynowej Komnaty została zniszczona?"
    
  "Tak, dzięki niedawno zmarłym członkom elity, którzy sfinansowali Millę na potrzeby operacji Rodina, Czarnobyl jest teraz grobem połowy wspaniałej relikwii" - zaśmiał się Kemper, zaciskając pięści. "Ale tym razem ich zniszczymy - sprawimy, że znikną, wraz z ich rodakami i każdym, kto będzie nas kwestionował".
    
  "Jak?" zapytał Sam.
    
  Kemper roześmiał się, zaskoczony, że ktoś tak spostrzegawczy jak Sam Cleave nie rozumiał, co się naprawdę dzieje. "No cóż, mamy pana, panie Cleave. Jest pan nowym Hitlerem Czarnego Słońca... z tym wyjątkowym stworzeniem, które żywi się pańskim mózgiem".
    
  "Przepraszam?" - wydyszał Sam. "Jak mam ci służyć?"
    
  "Twój umysł ma moc manipulowania masami, przyjacielu. Jak Führer, będziesz w stanie podporządkować sobie Millę i wszystkie inne podobne agencje - nawet rządy. Resztę zrobią oni" - zaśmiał się Kemper.
    
  "A co z moimi przyjaciółmi?" - zapytał Sam, zaniepokojony perspektywami, jakie się przed nim otwierały.
    
  "To nie ma znaczenia. Zanim przejmiesz władzę Kalihasy nad światem, organizm wchłonie większość twojego mózgu" - wyjaśnił Kemper, podczas gdy Sam wpatrywał się w niego z nieskrywanym przerażeniem. "Albo to, albo nienormalny wzrost aktywności elektrycznej usmaży ci mózg. Tak czy inaczej, przejdziesz do historii jako bohater Zakonu".
    
    
  Rozdział 31
    
    
  "Dajcie im to cholerne złoto. Złoto wkrótce stanie się bezwartościowe, jeśli nie znajdą sposobu, by przekształcić próżność i gęstość w prawdziwe paradygmaty przetrwania" - Natasha prychnęła do swoich kolegów. Goście Milli siedzieli przy dużym stole z grupą wojowniczych hakerów, którzy, jak Purdue odkrył, stali za tajemniczą wiadomością Gabi do kontroli ruchu lotniczego. To Marco, jeden z cichszych członków Milli, ominął kontrolę ruchu lotniczego w Kopenhadze i nakazał pilotom Purdue zmianę kursu na Berlin, ale Purdue nie zamierzał zdradzać swojej przykrywki - pseudonimu Detleva "Wdowiec" - i ujawniać swojej prawdziwej tożsamości - jeszcze nie.
    
  "Nie mam pojęcia, co złoto ma wspólnego z tym planem" - mruknęła Nina Perdue w trakcie sprzeczki z Rosjanami.
    
  "Większość zachowanych jeszcze bursztynowych tafli ma złote inkrustacje i ramy, doktorze Gould" - wyjaśniła Elena, sprawiając, że Nina poczuła się głupio, że tak głośno narzeka.
    
  "Tak!" wtrącił Misza. "To złoto jest bardzo cenne dla odpowiednich ludzi".
    
  "Czy teraz jesteś kapitalistyczną świnią?" - zapytał Jurij. "Pieniądze są bezużyteczne. Cenimy tylko informacje, wiedzę i praktyczne rzeczy. Dajemy im złoto. Kogo to obchodzi? Potrzebujemy złota, żeby ich oszukać i wmówić im, że przyjaciele Gabi nic nie knują".
    
  "Jeszcze lepiej" - zasugerowała Elena - "użyjemy złotej nici do umieszczenia izotopu. Potrzebujemy tylko katalizatora i wystarczającej ilości prądu, żeby podgrzać garnek".
    
  "Izotop? Jesteś naukowcem, Eleno?" Purdue jest zafascynowany.
    
  "Fizyk jądrowy, rocznik 2014" - Natasza z uśmiechem chwaliła się swoją sympatyczną koleżanką.
    
  "Cholera!" Nina była zachwycona, pod wrażeniem inteligencji ukrytej w tej pięknej kobiecie. Spojrzała na Perdue i szturchnęła go. "To miejsce to Walhalla dla sapioseksualistów, co?"
    
  Perdue uniósł kokieteryjnie brwi, słysząc trafne przypuszczenie Niny. Nagle ożywioną dyskusję hakerów Armii Czerwonej przerwał głośny trzask, który sprawił, że wszyscy zamarli w oczekiwaniu. Słuchali uważnie, czekając. Z głośników naściennych centrum nadawczego dobiegł wycie sygnału przychodzącego, zapowiadające coś złowieszczego.
    
  "Guten Tag, moja Kameraden".
    
  "O Boże, to znowu Kemper" - syknęła Natasza.
    
  Perdue poczuł mdłości w żołądku. Dźwięk głosu mężczyzny przyprawiał go o zawroty głowy, ale powstrzymał się dla dobra grupy.
    
  "Dotrzemy do Czarnobyla za dwie godziny" - oznajmił Kemper. "To wasze pierwsze i jedyne ostrzeżenie, że spodziewamy się, że nasza ETA usunie Bursztynową Komnatę z sarkofagu. Niezastosowanie się do tego spowoduje..." - zaśmiał się pod nosem i postanowił zrezygnować z formalności - "... cóż, śmierć kanclerz Niemiec i Sama Cleave"a, po czym jednocześnie rozpylimy gaz bojowy w Moskwie, Londynie i Seulu. David Perdue będzie wmieszany w naszą rozległą sieć przedstawicieli mediów politycznych, więc nie próbujcie nas podważać. Dwie godziny. Wiedersehen".
    
  Przez szum przebiło się kliknięcie, a w kawiarni zapadła cisza niczym koc porażki.
    
  "Dlatego musieliśmy zmienić lokalizację. Od miesiąca hakują nasze częstotliwości nadawcze. Wysyłając sekwencje liczb różniące się od naszych, zmuszają ludzi do zabijania siebie i innych za pomocą podprogowych sugestii. Teraz będziemy musieli zamieszkać na opuszczonej stronie Duga-3" - zaśmiała się Natasza.
    
  Perdue przełknął ślinę, czując gwałtowny wzrost temperatury. Starając się nie przeszkadzać w spotkaniu, położył zimne, spocone dłonie na siedzeniu po bokach. Nina od razu wiedziała, że coś jest nie tak.
    
  "Purdue?" zapytała. "Znowu jesteś chory?"
    
  Uśmiechnął się słabo, machnął ręką i pokręcił głową.
    
  "Nie wygląda dobrze" - zauważył Misza. "Zakażenie? Jak długo tu jesteś? Więcej niż dzień?"
    
  "Nie" - odpowiedziała Nina. "Tylko na kilka godzin. Ale choruje od dwóch dni".
    
  "Nie martwcie się, ludzie" - wybełkotał Perdue, wciąż zachowując pogodny wyraz twarzy. "To minie".
    
  "A potem?" zapytała Elena.
    
  Purdue podskoczył, jego twarz zbladła, gdy próbował się pozbierać, ale przepchnął swoje chude ciało w stronę drzwi, walcząc z nieodpartą chęcią wymiotów.
    
  "Potem" - westchnęła Nina.
    
  "Toaleta męska jest na dole" - powiedział Marco nonszalancko, obserwując, jak jego gość spieszy się po schodach. "Drink czy nerwy?" - zapytał Ninę.
    
  "Oba. Czarne Słońce torturowało go przez wiele dni, zanim nasz przyjaciel Sam ruszył mu na ratunek. Myślę, że trauma wciąż na niego oddziałuje" - wyjaśniła. "Trzymali go w swojej twierdzy na kazachskim stepie i torturowali bez wytchnienia".
    
  Kobiety wyglądały na równie obojętne jak mężczyźni. Najwyraźniej tortury były tak głęboko zakorzenione w ich kulturowej przeszłości wojen i tragedii, że stały się oczywistością w rozmowie. Twarz Mishy natychmiast rozjaśniła się i ożywiła. "Doktorze Gould, czy ma pan współrzędne tego miejsca? Tej... twierdzy w Kazachstanie?"
    
  "Tak" - odpowiedziała Nina. "Właśnie tak go znaleźliśmy".
    
  Kapryśny mężczyzna wyciągnął rękę, a Nina szybko przeszukała swoją przednią torbę zapinaną na suwak, szukając papieru, który naszkicowała tego dnia w gabinecie doktora Helberga. Podała Miszy zapisane liczby i informacje.
    
  "Więc pierwsze wiadomości, które Detlef przywiózł nam do Edynburga, nie zostały wysłane przez Millę. W przeciwnym razie znaliby lokalizację kompleksu" - pomyślała Nina, ale zachowała to dla siebie. "Z drugiej strony, Milla nazwała go "Wdowcem". Oni również natychmiast rozpoznali w tym mężczyźnie męża Gabi". Jej dłonie spoczywały w ciemnych, potarganych włosach, gdy podparła głowę i łokcie na stole niczym znudzona uczennica. Uświadomiła sobie, że Gabi - a co za tym idzie, Detlef - również zostali wprowadzeni w błąd przez Zakon w transmisje, tak jak ludzie, których dotknęły sekwencje liczbowe Maleficent. "Boże, jestem winna Detlefowi przeprosiny. Jestem pewna, że przeżył ten drobny incydent z Volvo. Mam nadzieję?"
    
  Purdue był nieobecny od dawna, ale ważniejsze było wymyślenie planu, zanim skończy się czas. Obserwowała, jak rosyjscy geniusze zawzięcie o czymś dyskutują w swoim ojczystym języku, ale nie miała nic przeciwko. Brzmiało to dla niej pięknie, a po ich tonie domyśliła się, że pomysł Miszy był trafny.
    
  Właśnie gdy znów zaczęła się martwić o los Sama, Misza i Elena spotkali się z nią, aby wyjaśnić plan. Pozostali uczestnicy wyszli za Nataszą z sali, a Nina słyszała, jak z hukiem schodzą po żelaznych schodach, niczym podczas ćwiczeń przeciwpożarowych.
    
  "Domyślam się, że masz jakiś plan. Proszę, powiedz mi, że masz. Nasz czas dobiega końca i nie sądzę, żebym mogła go dłużej znieść. Jeśli zabiją Sama, przysięgam na Boga, poświęcę życie, żeby ich wszystkich zgładzić" - jęknęła z rozpaczą.
    
  "To czerwony nastrój" - uśmiechnęła się Elena.
    
  "I tak, mamy plan. Dobry plan" - oznajmił Misza. Wydawał się niemal szczęśliwy.
    
  "Świetnie!" Nina uśmiechnęła się, choć wciąż wyglądała na spięta. "Jaki jest plan?"
    
  Misza śmiało oświadczył: "Dajemy im Bursztynowy Pokój".
    
  Uśmiech Niny zniknął.
    
  "Wrócić?" Zamrugała gwałtownie, na wpół z wściekłości, na wpół z niecierpliwością oczekując jego wyjaśnienia. "Czy powinnam liczyć na coś więcej, w związku z twoim wnioskiem? Bo jeśli to twój plan, straciłam wszelką wiarę w mój malejący podziw dla radzieckiej pomysłowości".
    
  Roześmiali się bezmyślnie. Było jasne, że nie obchodziło ich, co myśli kobieta z Zachodu; nawet na tyle, by pospiesznie rozwiać jej wątpliwości. Nina skrzyżowała ramiona. Myśl o ciągłej chorobie Perdue i ciągłym podporządkowaniu i nieobecności Sama tylko jeszcze bardziej rozwścieczyła zuchwałą historyczkę. Elena wyczuła jej rozczarowanie i śmiało wzięła ją za rękę.
    
  "Nie będziemy ingerować w rzeczywiste roszczenia Czarnego Słońca do Bursztynowej Komnaty ani kolekcji, ale zapewnimy ci wszystko, czego potrzebujesz do walki. Dobrze?" - powiedziała do Niny.
    
  "Nie pomożesz nam odzyskać Sama?" - wydyszała Nina. Miała ochotę wybuchnąć płaczem. Po tym wszystkim jedyni sojusznicy, jakich uważała za swoich w walce z Kemperem, odrzucili ją. Może Armia Czerwona nie była tak potężna, jak sugerowała jej reputacja, pomyślała z gorzkim rozczarowaniem. "Więc w czym, do cholery, właściwie nam pomożesz?" - wrzała.
    
  Oczy Miszy pociemniały z niecierpliwości. "Słuchaj, nie musimy ci pomagać. Rozsyłamy informacje, a nie walczymy w twoich bitwach".
    
  "To oczywiste" - zaśmiała się. "I co teraz?"
    
  "Ty i Wdowiec macie odzyskać pozostałe części Bursztynowej Komnaty. Jurij wynajmie dla ciebie kogoś z ciężkim wózkiem i blokami" - Elena starała się brzmieć bardziej proaktywnie. "Natasza i Marco są obecnie w sektorze reaktora na poziomie Medvedki. Wkrótce pomogę Marco z trucizną".
    
  "Trucizna?" Nina skrzywiła się.
    
  Misza wskazał na Elenę. "Tak nazywają substancje chemiczne, które dodają do bomb. Chyba próbują być zabawni. Na przykład, zatruwając ciało winem, zatruwają przedmioty substancjami chemicznymi albo czymś innym".
    
  Elena pocałowała go i przeprosiła, by dołączyć do reszty w sekretnej piwnicy reaktora na neutrony prędkie, części ogromnej bazy wojskowej, niegdyś wykorzystywanej do przechowywania sprzętu. Duga-3 była jedną z trzech lokalizacji, do których Milla okresowo migrowała każdego roku, aby uniknąć schwytania lub wykrycia, a grupa potajemnie przekształciła każdą z tych lokalizacji w w pełni funkcjonalne bazy operacyjne.
    
  "Kiedy trucizna będzie gotowa, damy wam materiały, ale musicie sami przygotować broń w schronie" - wyjaśnił Misza.
    
  "Czy to sarkofag?" zapytała.
    
  "Tak."
    
  "Ale tam promieniowanie mnie zabije" - zaprotestowała Nina.
    
  "Nie będzie cię w Schronie. W 1996 roku mój wujek i dziadek przenieśli talerze z Bursztynowej Komnaty do starej studni obok Schroniska, ale tam, gdzie jest studnia, jest brud, mnóstwo brudu. W ogóle nie jest połączona z Reaktorem 4, więc wszystko powinno być w porządku" - wyjaśnił.
    
  "O mój Boże, to mnie rozwali" - mruknęła, poważnie rozważając porzucenie całego przedsięwzięcia i pozostawienie Perdue i Sama własnemu losowi. Misha roześmiał się z paranoi rozpieszczonej kobiety z Zachodu i pokręcił głową. "Kto mi pokaże, jak to ugotować?" - zapytała w końcu Nina, dochodząc do wniosku, że nie chce, żeby Rosjanie uznali Szkotów za słabeuszy.
    
  "Natasza jest ekspertką od materiałów wybuchowych. Elena jest ekspertką od zagrożeń chemicznych. Powiedzą ci, jak zamienić Bursztynową Komnatę w trumnę" - uśmiechnął się Misza. "Jeden szczegół, doktorze Gould" - kontynuował ściszonym głosem, nietypowym dla jego autorytarnej natury. "Proszę, dotykaj metalu w odzieży ochronnej i staraj się nie oddychać bez zakrycia ust. A po oddaniu im relikwii, trzymaj się z daleka. Z odpowiedniej odległości, rozumiesz?"
    
  "Dobrze" - odpowiedziała Nina, wdzięczna za jego troskę. To była jego strona, której nie miała okazji wcześniej widzieć. Był dojrzały. "Misza?"
    
  "Tak?"
    
  Całkiem poważnie, zapytała: "Jaką broń ja tu tworzę?"
    
  Nie odpowiedział, więc drążyła temat jeszcze bardziej.
    
  "Jak daleko powinnam być po tym, jak dam Kemperowi Bursztynowy Pokój?" chciała ustalić.
    
  Misza zamrugał kilka razy, patrząc głęboko w ciemne oczy atrakcyjnej kobiety. Odchrząknął i poradził: "Wyjedź z kraju".
    
    
  Rozdział 32
    
    
  Kiedy Perdue obudził się na podłodze w łazience, jego koszula była poplamiona żółcią i śliną. Zażenowany, zrobił, co mógł, żeby ją zmyć mydłem do rąk i zimną wodą w umywalce. Po krótkim wyszorowaniu obejrzał tkaninę w lustrze. "Jakby jej nigdy tam nie było" - uśmiechnął się, zadowolony ze swoich starań.
    
  Gdy wszedł do kawiarni, zastał Ninę ubieraną przez Elenę i Mishę.
    
  "Twoja kolej" - zaśmiała się Nina. "Widzę, że znów zachorowałeś".
    
  "To była tylko przemoc" - powiedział. "Co się dzieje?"
    
  "Kiedy pójdziecie do Bursztynowej Komnaty, wypchamy ubrania doktora Goulda materiałami odpornymi na promieniowanie" - poinformowała go Elena.
    
  "To śmieszne, Nino" - poskarżył się. "Nie chcę tego nosić. Jakby nasze zadanie nie było już utrudnione przez terminy, a teraz musisz uciekać się do absurdalnych i czasochłonnych środków, żeby opóźnić nas jeszcze bardziej?"
    
  Nina zmarszczyła brwi. Wyglądało na to, że Purdue znów stał się marudną suką, z którą kłóciła się w samochodzie, i nie zamierzała tolerować jego dziecinnych napadów złości. "Chcesz, żeby do jutra odpadły ci jaja?" - zażartowała. "W przeciwnym razie lepiej kup sobie kubek; ołowiany".
    
  "Dorośnij, doktorze Gould" - odparł.
    
  "Poziom promieniowania jest bliski zabójczego dla tej małej wyprawy, Dave. Mam nadzieję, że masz sporą kolekcję czapek baseballowych na wypadek nieuniknionej utraty włosów, której będziesz doświadczać za kilka tygodni".
    
  Sowieci po cichu się śmiali z protekcjonalnej tyrady Niny, poprawiając ostatnie z jej wzmocnionych ołowiem urządzeń. Elena dała jej maskę chirurgiczną do zakrycia ust podczas schodzenia do studni i kask wspinaczkowy, na wszelki wypadek.
    
  Po chwili naburmuszenia Perdue pozwolił im się tak ubrać, po czym odprowadził Ninę do miejsca, gdzie Natasza była gotowa uzbroić ich do walki. Marco zebrał dla nich kilka eleganckich narzędzi tnących wielkości piórników, a także instrukcję, jak pokryć bursztyn cienkim, szklanym prototypem, który stworzył specjalnie na tę okazję.
    
  "Czy jesteście pewni, że uda nam się zrealizować to wysoce wyspecjalizowane przedsięwzięcie w tak krótkim czasie?" zapytał Perdue.
    
  "Dr Gould mówi, że jesteś wynalazcą" - odpowiedział Marco. "To tak, jak z elektroniką. Używaj narzędzi, żeby uzyskać dostęp i regulować. Umieść kawałki metalu na arkuszu bursztynu, żeby je ukryć jak złote inkrustacje, i przykryj pokrywkami. Użyj zacisków na rogach i BUM! Bursztynowa Komnata, ulepszona przez śmierć, żeby mogli ją zabrać do domu".
    
  "Wciąż nie do końca rozumiem, co to wszystko znaczy" - poskarżyła się Nina. "Po co to robimy? Misza zasugerował mi, że musimy być daleko, co oznacza, że to bomba, prawda?"
    
  "To prawda" - potwierdziła Natasza.
    
  "Ale to tylko zbiór brudnych, srebrnych, metalowych ramek i pierścionków. Wygląda jak coś, co mój dziadek mechanik trzymał na złomowisku" - jęknęła. Purdue po raz pierwszy wykazał zainteresowanie ich misją, gdy zobaczył te graty, które wyglądały jak zmatowiała stal albo srebro.
    
  "Maryjo, Matko Boża! Nino!" - wyszeptał z szacunkiem, rzucając Nataszy spojrzenie pełne potępienia i zaskoczenia. "Wy ludzie jesteście szaleni!"
    
  "Co? Co to jest?" zapytała. Wszyscy odwzajemnili jego spojrzenie, niewzruszeni jego panicznym osądem. Purdue z otwartymi ustami z niedowierzania odwrócił się do Niny z przedmiotem w dłoni. "To pluton nadający się do użycia w broni. Wysyłają nas, żebyśmy zamienili Bursztynową Komnatę w bombę atomową!"
    
  Nie zaprzeczyli jego zeznaniom ani nie wyglądali na zastraszonych. Nina była bez słowa.
    
  "To prawda?" zapytała. Elena spuściła wzrok, a Natasza dumnie skinęła głową.
    
  "Nie może wybuchnąć, dopóki go trzymasz, Nino" - wyjaśniła spokojnie Natasza. "Po prostu zrób z niego dzieło sztuki i przykryj panele szkłem Marca. A potem daj go Kemperowi".
    
  "Pluton zapala się pod wpływem wilgotnego powietrza lub wody" - przełknął Pardue, myśląc o wszystkich właściwościach tego pierwiastka. "Jeśli powłoka się odpryśnie lub zostanie odsłonięta, konsekwencje mogą być tragiczne".
    
  "Więc nie spieprz tego" - warknęła radośnie Natasza. "Chodźmy, masz mniej niż dwie godziny, żeby pokazać naszym gościom swoje znalezisko".
    
    
  * * *
    
    
  Nieco ponad dwadzieścia minut później Perdue i Nina zostali spuszczeni do ukrytej kamiennej studni, od dziesięcioleci porośniętej radioaktywną trawą i krzewami. Kamienna konstrukcja rozpadła się niczym dawna Żelazna Kurtyna, świadectwo minionej ery zaawansowanej technologii i innowacji, porzucone i pozostawione do rozpadu z powodu skutków Czarnobyla.
    
  "Jesteś daleko od Krypty" - przypomniała Ninie Elena. "Ale oddychaj przez nos. Jurij i jego kuzyn będą tu czekać, aż odzyskasz relikwię".
    
  "Jak to dowieziemy do wejścia do studni? Każdy panel waży więcej niż twój samochód!" - zawołał Perdue.
    
  "Tutaj jest kolejka" - krzyknął Misza w dół, w ciemną jamę. "Tory prowadzą do Bursztynowej Komnaty, gdzie mój dziadek i wujek przenieśli fragmenty do sekretnego miejsca. Można je po prostu spuścić na linach na wózek kopalniany i zjechać tutaj, skąd Jurij je zabierze".
    
  Nina pokazała im kciuk w górę, sprawdzając w radiu częstotliwość, na której Misza podał jej numer, aby mogła się z nimi skontaktować, gdyby miała jakieś pytania w przerażającej elektrowni jądrowej w Czarnobylu.
    
  "No dobrze! Skończmy z tym, Nino" - nalegał Perdue.
    
  Ruszyli w wilgotną ciemność z latarkami przyczepionymi do hełmów. Czarna masa w ciemności okazała się maszyną górniczą, o której wspominał Misza. Za pomocą narzędzi unieśli na nią prześcieradła Marca, popychając maszynę w ruchu.
    
  "Trochę niekooperatywny" - zauważył Perdue. "Ale ja bym był taki sam, gdybym rdzewiał w ciemnościach przez ponad dwadzieścia lat".
    
  Ich promienie światła osłabły zaledwie kilka metrów przed nimi, pogrążone w gęstej ciemności. Miriady maleńkich cząsteczek unosiły się w powietrzu, tańcząc przed promieniami w cichej nicości podziemnego kanału.
    
  "A co jeśli wrócimy i zamkną studnię?" - zapytała nagle Nina.
    
  "Znajdziemy wyjście. Przeżyliśmy już gorsze rzeczy" - zapewnił.
    
  "Jest tu tak niesamowicie cicho" - upierała się w swoim ponurym nastroju. "Kiedyś była tu woda. Ciekawe, ile osób utonęło w tej studni albo zmarło na skutek promieniowania, szukając tu schronienia".
    
  "Nina" - to było wszystko, co powiedział, żeby wytrącić ją z równowagi.
    
  "Przepraszam" - wyszeptała Nina. "Boję się jak diabli".
    
  "To do ciebie niepodobne" - powiedział Perdue w gęstej atmosferze, która pozbawiła jego głos jakiegokolwiek echa. "Boisz się tylko skażenia lub skutków zatrucia radioaktywnego, które prowadzą do powolnej śmierci. Dlatego to miejsce cię przeraża".
    
  Nina wpatrywała się w niego w słabym świetle swojej lampy. "Dziękuję, Davidzie".
    
  Po kilku krokach jego wyraz twarzy się zmienił. Patrzył na coś po jej prawej stronie, ale Nina pozostała nieugięta, nie chcąc wiedzieć, co to było. Kiedy Perdue się zatrzymał, Ninę ogarnęły najróżniejsze przerażające wizje.
    
  "Spójrz" - uśmiechnął się, biorąc ją za rękę i wskazując na wspaniały skarb ukryty pod latami kurzu i gruzu. "Nie jest mniej wspaniały niż wtedy, gdy należał do króla Prus".
    
  Gdy tylko Nina oświetliła żółte płyty, złoto i bursztyn połączyły się, tworząc kunsztowne lustra, odzwierciedlające utracone piękno minionych wieków. Misterne rzeźbienia zdobiące ramy i odłamki luster podkreślały czystość bursztynu.
    
  "Pomyśleć, że zły bóg drzemie tuż tutaj" - wyszeptała.
    
  "Drobina czegoś, co wygląda na inkluzję, Nino, spójrz" - zauważył Perdue. "Okaz, tak mały, że prawie niewidoczny, znalazł się pod lupą Perdue'a, który go powiększał".
    
  "Boże, czyż nie jesteś groteskowym małym draniem?" - powiedział. "Wygląda jak krab albo kleszcz, ale ma głowę jak humanoidalny skurwiel".
    
  "O Boże, to brzmi obrzydliwie" - Nina wzdrygnęła się na samą myśl.
    
  "Chodź i zobacz" - zaprosił Perdue, przygotowując się na jej reakcję. Przyłożył lewą soczewkę powiększającą okularów do kolejnej brudnej plamy na nieskazitelnym, złoconym bursztynie. Nina pochyliła się, żeby na nią spojrzeć.
    
  "Co to, na gonady Jowisza, jest?" - wyszeptała z przerażeniem, z wyrazem oszołomienia na twarzy. "Przysięgam, że się zastrzelę, jeśli ta straszna rzecz dostanie się do mojego mózgu. Boże, wyobrażasz sobie, co by było, gdyby Sam wiedział, jak wygląda jego Kalihasa?"
    
  "A skoro już o Samie mowa, myślę, że powinniśmy się pospieszyć i oddać ten skarb nazistom. Co ty na to?" - nalegał Perdue.
    
  "Tak".
    
  Gdy zgodnie z instrukcją starannie wzmocnili ogromne płyty metalem i zabezpieczyli je folią ochronną, Perdue i Nina kolejno zwinęli panele na dno głowicy odwiertu.
    
  "Patrz, widzisz? Wszyscy zniknęli. Nikogo tam nie ma" - poskarżyła się.
    
  "Przynajmniej nie zablokowali wejścia" - uśmiechnął się. "Nie możemy oczekiwać, że będą tam siedzieć cały dzień, prawda?"
    
  "Chyba nie" - westchnęła. "Cieszę się, że dotarliśmy do studni. Uwierz mi, mam już dość tych cholernych katakumb".
    
  W oddali słychać było głośny ryk silnika. Pojazdy, powoli sunące po pobliskiej drodze, zbliżały się do studni. Jurij i jego kuzyn zaczęli podnosić płyty. Nawet z wygodną siatką ładunkową statku, zajęło to sporo czasu. Dwóch Rosjan i czterech miejscowych pomogło Perdue rozciągnąć siatkę nad każdą płytą; miał nadzieję, że jest ona zaprojektowana tak, aby udźwignąć ponad 400 kg na raz.
    
  "Niewiarygodne" - mruknęła Nina. Stała w bezpiecznej odległości, głęboko w tunelu. Klaustrofobia zaczynała ją ogarniać, ale nie chciała przeszkadzać. Podczas gdy mężczyźni wykrzykiwali zdania i odliczali czas, jej radiotelefon odebrał transmisję.
    
  "Nina, wejdź. Już po wszystkim" - powiedziała Elena cichym trzaskiem, do którego Nina zdążyła się już przyzwyczaić.
    
  "To biuro Niny. To już koniec" - odpowiedziała.
    
  "Nina, wyjdziemy, jak tylko Bursztynowa Komnata zostanie oczyszczona, dobrze?" - ostrzegła Elena. "Nie martw się i nie myśl, że właśnie uciekliśmy, ale musimy stąd wyjść, zanim dotrą do Dugi-3".
    
  "Nie!" krzyknęła Nina. "Dlaczego?"
    
  "Jeśli spotkamy się na tej samej ziemi, będzie krwawa łaźnia. Wiesz o tym" - odpowiedział Misza. "Nie martw się. Będziemy w kontakcie. Uważaj na siebie i bezpiecznej podróży".
    
  Serce Niny zamarło. "Proszę, nie odchodź". Nigdy w życiu nie słyszała bardziej samotnego zwrotu.
    
  "Wciąż".
    
  Usłyszała trzepotanie ubrań Purdue'a i jego trzepanie dłoni w spodniach, by wytrzeć z nich brud. Rozejrzał się za Niną, a kiedy jej się przyjrzał, obdarzył ją ciepłym, zadowolonym uśmiechem.
    
  "Zrobione, doktorze Gould!" - ucieszył się.
    
  Nagle nad nimi rozległy się strzały, rzucając Perdue'a w ciemność. Nina krzyczała, by go ratować, ale on czołgał się dalej, w stronę przeciwległej strony tunelu, co dało jej ulgę, że nic mu nie jest.
    
  "Jurij i jego pomocnicy zostali straceni!" - usłyszeli głos Kempera przy studni.
    
  "Gdzie jest Sam?" krzyknęła Nina, gdy światło padło na podłogę tunelu niczym niebiańskie piekło.
    
  "Pan Cleve wypił trochę za dużo... ale... bardzo dziękuję za współpracę, David! Ach, i doktorze Gould, proszę przyjąć moje szczere kondolencje z okazji ostatnich, bolesnych chwil na tej ziemi. Pozdrowienia!"
    
  "Pieprz się!" krzyknęła Nina. "Do zobaczenia wkrótce, ty draniu! Wkrótce!"
    
  Podczas gdy wyładowywała swoją werbalną furię na uśmiechniętym Niemcu, jego ludzie zaczęli zamurowywać otwór studni grubą betonową płytą, stopniowo zaciemniając tunel. Nina słyszała Klausa Kempera spokojnie recytującego ciąg liczb cichym głosem, niemal identycznym z tym, którym posługiwał się podczas audycji radiowych.
    
  Gdy cień stopniowo się rozpraszał, spojrzała na Perdue i ku jej przerażeniu, jego zamrożone oczy wpatrywały się w Kempera, wyraźnie zafascynowane. W ostatnich promieniach gasnącego światła Nina zobaczyła, jak twarz Perdue wykrzywia się w pożądliwym, złośliwym uśmiechu, patrząc prosto na nią.
    
    
  Rozdział 33
    
    
  Gdy tylko Kemper zabezpieczył swój nielegalny skarb, rozkazał swoim ludziom udać się do Kazachstanu. Wrócili na terytorium Czarnego Słońca z pierwszą realną perspektywą dominacji nad światem, a ich plan był już niemal ukończony.
    
  "Czy wszyscy szóstka jest w wodzie?" - zapytał swoich pracowników.
    
  "Tak, proszę pana."
    
  "To starożytna żywica bursztynowa. Jest dość krucha, więc jeśli się rozsypie, uwięzione w niej próbki wydostaną się na zewnątrz, a wtedy będziemy mieli poważne kłopoty. Muszą zostać pod wodą, dopóki nie dotrzemy do kompleksu, panowie!" krzyknął Kemper, zanim skierował się do swojego luksusowego samochodu.
    
  "Dlaczego woda, Komandorze?" zapytał jeden z jego ludzi.
    
  "Bo nienawidzą wody. Nie mogą tam wywierać żadnego wpływu i nienawidzą jej, zamieniając to miejsce w idealne więzienie, w którym można ich trzymać bez strachu" - wyjaśnił. Po tych słowach wsiadł do samochodu, a oba pojazdy powoli odjechały, pozostawiając Czarnobyl jeszcze bardziej opustoszały niż był.
    
    
  * * *
    
    
  Sam wciąż był pod wpływem proszku, który pozostawił biały osad na dnie pustej szklanki po whisky. Kemper go zignorował. W swojej nowej, ekscytującej pozycji właściciela nie tylko dawnego cudu świata, ale także stojącego u progu władania nadchodzącym nowym światem, ledwo zauważył dziennikarkę. Krzyki Niny wciąż rozbrzmiewały w jego myślach, niczym słodka muzyka dla jego zgniłego serca.
    
  Wyglądało na to, że użycie Perdue jako przynęty w końcu się opłaciło. Przez jakiś czas Kemper nie był pewien, czy metody prania mózgu zadziałały, ale kiedy Perdue z powodzeniem wykorzystał pozostawione mu przez Kempera urządzenia komunikacyjne, wiedział, że Cleve i Gould wkrótce wpadną w sidła. Zdrada, jaką było nie pozwolenie Cleve'owi pójść do Niny po całym jej wysiłku, była dla Kempera wręcz rozkoszna. Teraz miał sposób na dopięcie wszystkich spraw na ostatni guzik, czego nie udało się żadnemu innemu dowódcy Czarnego Słońca.
    
  Dave Perdue, zdrajca Renatus, został pozostawiony, by gnić pod przeklętą ziemią przeklętego Czarnobyla, wkrótce zabijając irytującą małą sukę, która zawsze inspirowała Perdue'a do zniszczenia Zakonu. I Sam Cleave...
    
  Kemper spojrzał na Cleve'a. Sam zmierzał do wody. A gdy już Kemper go przygotuje, odegra ważną rolę idealnego rzecznika Zakonu w mediach. W końcu, jak świat mógłby krytykować cokolwiek prezentowanego przez dziennikarza śledczego, laureata Nagrody Pulitzera, który własnoręcznie zdemaskował gangi zbrojeniowe i rozbił syndykaty przestępcze? Z Samem jako medialną marionetką, Kemper mógł ogłaszać światu, co tylko chciał, jednocześnie kultywując własną Kalihasę, by sprawować masową kontrolę nad całymi kontynentami. A kiedy moc tego małego boga osłabnie, wyśle kilku innych pod opiekę, by go zastąpili.
    
  Sytuacja Kempera i jego Zakonu układała się pomyślnie. W końcu szkockie przeszkody zostały pokonane, a droga do niezbędnych zmian, których Himmler nie zdołał wprowadzić, stanęła otworem. Mimo to Kemper zastanawiał się, jak układają się relacje z seksowną, małą historyczką i jej byłym kochankiem.
    
    
  * * *
    
    
  Nina słyszała bicie swojego serca i nie było to trudne, sądząc po tym, jak dudniło w jej ciele, podczas gdy jej słuch był wyostrzony, by wychwycić choćby najcichszy dźwięk. Perdue milczał i nie miała pojęcia, gdzie może być, ale ruszyła najszybciej, jak mogła, w przeciwnym kierunku, gasząc światła, żeby jej nie widział. Zrobił to samo.
    
  "O, słodki Jezu, gdzie on jest?" - pomyślała, kucając obok miejsca, gdzie kiedyś była Bursztynowa Komnata. W ustach miała sucho i tęskniła za ulgą, ale teraz nie był czas na szukanie pocieszenia ani pokrzepienia. Kilka kroków dalej usłyszała chrzęst kilku małych kamyków, co sprawiło, że głośno westchnęła. "Cholera!" Nina chciała go odwieść, ale sądząc po jego szklistych oczach, wątpiła, by cokolwiek z jej słów dotarło do jej uszu. "Zmierza w moją stronę. Słyszę, że dźwięki są coraz bliżej!"
    
  Byli pod ziemią w pobliżu reaktora nr 4 od ponad trzech godzin i zaczynała odczuwać skutki. Zaczynały ją mdłości, a migrena praktycznie uniemożliwiała jej koncentrację. Jednak ostatnio nad historyczką wisiało niebezpieczeństwo w najróżniejszych formach. Teraz była celem istoty z wypranym mózgiem, zaprogramowanej przez jeszcze bardziej wyprany umysł, by ją zabić. Śmierć z ręki własnego przyjaciela byłaby o wiele gorsza niż ucieczka przed obłąkanym nieznajomym lub najemnikiem na misji. To był Dave! Dave Purdue, jej wieloletni przyjaciel i były kochanek.
    
  Niespodziewanie jej ciało zadrżało, a ona upadła na kolana na zimną, twardą ziemię, wymiotując. Z każdym drgawkiem wymioty stawały się coraz bardziej intensywne, aż w końcu zaczęła płakać. Nina nie mogła zrobić tego cicho, a była przekonana, że Purdue z łatwością ją namierzy po hałasie, jaki wydawała. Obficie się pociła, a pasek latarki na głowie powodował irytujące swędzenie, więc wyrwała go z włosów. W przypływie paniki skierowała latarkę kilka centymetrów nad ziemię i włączyła ją. Wiązka światła rozprzestrzeniła się po ziemi na niewielkim obszarze, a ona oceniła otoczenie.
    
  Purdue nigdzie nie było. Nagle z ciemności przed nią, w jej twarz wystrzelił wielki stalowy pręt. Uderzył ją w ramię, wywołując krzyk agonii. "Purdue! Stój! Jezu Chryste! Zabijesz mnie z powodu tego nazistowskiego idioty? Obudź się, skurwysynu!"
    
  Nina zgasiła światło, dysząc ciężko jak wyczerpany pies. Klęcząc, starała się ignorować pulsującą migrenę, która rozsadzała jej czaszkę, jednocześnie tłumiąc kolejny atak beknięcia. Kroki Purdue zbliżały się do niej w ciemności, obojętne na jej ciche szlochy. Zdrętwiałe palce Niny bawiły się krótkofalówką, do której była przypięta.
    
  "Zostaw to tutaj. Podkręć głośność, a potem uciekaj w przeciwnym kierunku" - zasugerowała sobie, ale inny głos w jej wnętrzu był temu przeciwny. "Idioto, nie możesz stracić ostatniej szansy na komunikację z zewnątrz. Znajdź coś, czego możesz użyć jako broni, tam gdzie były gruzy".
    
  Ta druga opcja była bardziej realistyczna. Chwyciła garść kamieni i czekała na znak jego położenia. Ciemność otuliła ją niczym gruby koc, ale to kurz, który szczypał ją w nos, gdy oddychała, doprowadzał ją do szału. Głęboko w ciemności usłyszała jakiś ruch. Nina rzuciła przed siebie garść kamieni, żeby go zrzucić, po czym rzuciła się w lewo, uderzając prosto w wystający głaz, który uderzył w nią jak ciężarówka. Z duszonym westchnieniem upadła bezwładnie na podłogę.
    
  Gdy jej stan świadomości zagroził jej życiu, poczuła przypływ energii i zaczęła czołgać się po podłodze na kolanach i łokciach. Promieniowanie zaczęło oddziaływać na jej ciało niczym silna grypa. Gęsia skórka przebiegła jej po skórze, a głowa wydawała się ciężka jak ołów. Czoło bolało ją od uderzenia, gdy próbowała odzyskać równowagę.
    
  "Witaj, Nino" - wyszeptał, o centymetry od jej drżącego ciała, sprawiając, że jej serce podskoczyło z przerażenia. Jasne światło Purdue'a na chwilę ją oślepiło, gdy skierował je prosto w jej twarz. "Znalazłem cię".
    
    
  30 godzin później - Shalkar, Kazachstan
    
    
  Sam był wściekły, ale nie odważył się narobić kłopotów, dopóki nie przygotował planu ucieczki. Kiedy się obudził i wciąż znajdował się w szponach Kempera i Zakonu, pojazd przed nimi sunął miarowo po nędznym, opustoszałym odcinku drogi. Do tego czasu minęli już Saratów i przekroczyli granicę z Kazachstanem. Było już za późno na ucieczkę. Podróżowali prawie cały dzień od miejsca, w którym przebywali Nina i Purdue, uniemożliwiając mu po prostu wyskoczenie i ucieczkę z powrotem do Czarnobyla lub Prypeci.
    
  "Śniadanie, panie Cleve" - zasugerował Kemper. "Musimy dodać panu sił".
    
  "Nie, dziękuję" - warknął Sam. "Mam już dość narkotyków w tym tygodniu".
    
  "Daj spokój!" - odparł spokojnie Kemper. "Jesteś jak marudna nastolatka wpadająca w histerię. A ja myślałem, że PMS to przypadłość dziewczyn. Musiałem cię odurzyć, bo inaczej uciekłabyś z koleżankami i zginęła. Powinnaś się cieszyć, że żyjesz". Wyciągnął zapakowaną kanapkę, kupioną w sklepie spożywczym w jednym z miasteczek, przez które przejeżdżali.
    
  "Zabiłeś ich?" zapytał Sam.
    
  "Panie, musimy wkrótce zatankować ciężarówkę w Shalkar" - oznajmił kierowca.
    
  "Wspaniale, Dirk. Jak długo?" - zapytał kierowcę.
    
  "Za dziesięć minut tam dotrzemy" - powiedział Kemperowi.
    
  "Dobra". Spojrzał na Sama, a na jego twarzy pojawił się łobuzerski uśmiech. "Powinieneś tam być!" Kemper zaśmiał się radośnie. "Och, wiem, że tam byłeś, ale to znaczy, powinieneś był to zobaczyć!"
    
  Sam był coraz bardziej sfrustrowany z każdym słowem, które wyrzucił z siebie ten niemiecki drań. Każdy mięsień na twarzy Kempera podsycał nienawiść Sama, a każdy gest dłoni doprowadzał dziennikarza do stanu autentycznego gniewu. "Zaczekaj. Jeszcze chwilkę".
    
  "Twoja Nina gnije teraz pod silnie radioaktywnym reaktorem nr 4" - opowiadał Kemper z niemałym zadowoleniem. "Jej seksowny tyłek jest pokryty pęcherzami i gnije w tej chwili. Kto wie, co Purdue jej zrobił! Ale nawet jeśli przetrwają, głód i choroba popromienna je wykończą".
    
  Poczekaj! Nie ma potrzeby. Jeszcze nie.
    
  Sam wiedział, że Kemper potrafi osłonić swoje myśli przed wpływem Sama i że próba zdominowania go nie tylko zmarnuje jego energię, ale będzie również całkowicie daremna. Zbliżali się do Shalkar, małego miasteczka położonego nad jeziorem, pośród płaskiego, pustynnego krajobrazu. Przy głównej drodze znajdowała się stacja benzynowa, na której stały pojazdy.
    
  - Teraz.
    
  Sam wiedział, że choć nie mógł zmanipulować umysłu Kempera, chudego dowódcę łatwo będzie obezwładnić fizycznie. Ciemne oczy Sama szybko przeskanowały oparcia przednich foteli, podnóżek i przedmioty leżące na siedzeniu w zasięgu Kempera. Jedynym zagrożeniem dla Sama był paralizator leżący obok Kempera, ale Klub Bokserski Highland Ferry nauczył nastoletniego Sama Cleve'a, że zaskoczenie i szybkość górują nad obroną.
    
  Wziął głęboki oddech i zaczął analizować myśli kierowcy. Wielki goryl dysponował siłą fizyczną, ale jego umysł był jak wata cukrowa w porównaniu z baterią, którą Sam wpakował mu do czaszki. Samowi nie zajęło ani chwili, by całkowicie przejąć kontrolę nad umysłem Dirka i zdecydować się na bunt. Bandyta w garniturze wysiadł z samochodu.
    
  "Gdzie ty, k..., jesteś?" - zaczął Kemper, ale jego zniewieściała twarz została roztrzaskana miażdżącym ciosem dobrze wyszkolonej pięści, wymierzonej w wolność. Zanim zdążył pomyśleć o chwyceniu paralizatora, Klaus Kemper otrzymał kolejny cios młotkiem - i kilka kolejnych - aż jego twarz pokryła się spuchniętymi siniakami i krwią.
    
  Na rozkaz Sama kierowca wyciągnął pistolet i zaczął strzelać do robotników w gigantycznej ciężarówce. Sam chwycił telefon Kempera i wymknął się z tylnego siedzenia, kierując się w ustronne miejsce w pobliżu jeziora, które minęli w drodze do miasta. W powstałym chaosie lokalna policja szybko przybyła, aby aresztować strzelca. Kiedy znaleźli pobitego mężczyznę na tylnym siedzeniu, założyli, że za strzelcem stoi Dirk. Próbując schwytać Dirka, oddał on ostatni strzał w niebo.
    
  Sam przeglądał listę kontaktów tyrana, zdecydowany wykonać szybki telefon, zanim wyrzuci komórkę, by uniknąć namierzenia. Nazwisko, którego szukał, pojawiło się na liście i nie mógł się powstrzymać od użycia pięści w powietrzu, żeby je odnaleźć. Wybrał numer i czekał z niepokojem, zapalając papierosa, aż ktoś odbierze.
    
  "Detlef! To Sam."
    
    
  Rozdział 34
    
    
  Nina nie widziała Purdue'a od czasu, gdy poprzedniego dnia uderzyła go w skroń krótkofalówką. Nie miała pojęcia, ile czasu minęło, ale po jej zdenerwowaniu wiedziała, że minęło trochę czasu. Na jej skórze pojawiły się drobne pęcherze, a stan zapalny zakończeń nerwowych uniemożliwiał jej dotykanie czegokolwiek. W ciągu ostatniego dnia kilkakrotnie próbowała skontaktować się z Millą, ale ten idiota Purdue zgubił okablowanie i zostawił ją z urządzeniem, które mogło emitować jedynie biały szum.
    
  "Tylko jeden! Daj mi tylko jeden kanał, ty kupo gówna" - jęknęła cicho z rozpaczą, naciskając raz po raz przycisk rozmowy. Słychać było tylko syczenie białego szumu. "Baterie mi się wyczerpią" - mruknęła. "Milla, wejdź. Proszę. Jest tu ktoś? Proszę, proszę, wejdź!". Palił ją język, a język spuchł, ale wytrzymała. "O Boże, jedynymi ludźmi, z którymi mogę się skontaktować za pomocą białego szumu, są duchy!" - krzyknęła z rozpaczą, rozrywając sobie gardło. Ale Nina już się tym nie przejmowała.
    
  Zapach amoniaku, węgla i śmierci przypomniał jej, że piekło jest bliżej niż jej ostatni oddech. "No dalej! Martwi ludzie! Martwi... pieprzeni Ukraińcy... martwi ludzie z Rosji! Red Dead, wchodźcie! Koniec!"
    
  Beznadziejnie zagubiona w otchłaniach Czarnobyla, jej histeryczny rechot niósł się echem po podziemnym systemie, o którym świat zapomniał dekady temu. Wszystko w jej głowie straciło sens. Wspomnienia migały i blakły, podobnie jak jej plany na przyszłość, zmieniając się w świadome koszmary. Nina traciła rozum szybciej niż życie, więc po prostu śmiała się dalej.
    
  "Czyż cię jeszcze nie zabiłem?" usłyszała znajomą groźbę w ciemnościach.
    
  "Purdue?" prychnęła.
    
  "Tak".
    
  Słyszała, jak szarżuje, ale straciła czucie w nogach. Ruszanie się czy bieganie nie wchodziły już w grę, więc Nina zamknęła oczy i powitała koniec bólu. Stalowa rura spadła jej na głowę, ale migrena znieczuliła jej czaszkę, więc ciepła krew tylko łaskotała ją w twarz. Czekał ją kolejny cios, ale ten nie nastąpił. Powieki Niny zrobiły się ciężkie, ale przez chwilę widziała oszalały wir świateł i słyszała odgłosy przemocy.
    
  Leżała tam, czekając na śmierć, ale słyszała, jak Perdue czmycha w ciemność niczym karaluch, uciekając przed mężczyzną stojącym tuż poza zasięgiem jego światła. Pochylił się nad Niną i delikatnie uniósł ją w ramiona. Jego dotyk bolał jej poparzoną skórę, ale nie przejmowała się tym. Na wpół przytomna, na wpół martwa, Nina czuła, jak niesie ją w stronę jasnego światła. Przypominało jej to historie o umierających ludziach widzących białe światło z nieba, ale w ostrej bieli dziennego światła za ujściem studni Nina rozpoznała swojego wybawcę.
    
  "Wdowiec" - westchnęła.
    
  "Witaj, kochanie" - uśmiechnął się. Jej obdarta dłoń pogłaskała jego pusty oczodół, w który go dźgnęła, i zaczęła szlochać. "Nie martw się" - powiedział. "Straciłem miłość mojego życia. Oko to nic w porównaniu z tym".
    
  Podając jej świeżą wodę na zewnątrz, wyjaśnił, że Sam dzwoniła do niego, nieświadoma, że nie ma go już z nią i Perdue. Sam była bezpieczna, ale poprosił Detlefa, aby ją odnalazł. Detlef wykorzystał swoje szkolenie z zakresu bezpieczeństwa i obserwacji, aby namierzyć sygnały radiowe z telefonu komórkowego Niny w Volvo, aż w końcu udało mu się ustalić jej lokalizację w Czarnobylu.
    
  "Milla wróciła do sieci, a ja użyłem BW Kirilla, żeby dać im znać, że Sam jest bezpieczny, z dala od Kempera i jego bazy" - powiedział jej, gdy tuliła go w ramionach. Nina uśmiechnęła się przez spierzchnięte usta, a jej zakurzona twarz pokryta była siniakami, pęcherzami i łzami.
    
  "Wdowiec" - wycedziła, przeciągając opuchnięty język.
    
  "Tak?"
    
  Nina była bliska zemdlenia, ale zmusiła się do przeprosin. "Przepraszam, że użyłam twoich kart kredytowych".
    
    
  Kazachski step - 24 godziny później
    
    
  Kemper wciąż darzył miłością swoją oszpeconą twarz, ale prawie nad nią nie płakał. Bursztynowa Komnata, pięknie przekształcona w akwarium, z dekoracyjnymi złotymi rzeźbami i oszałamiającym, jasnożółtym bursztynem na drewnianych wzorach, była imponującym akwarium w samym sercu jego pustynnej fortecy, o średnicy około 50 metrów i wysokości 70 metrów, w porównaniu z akwarium, w którym Purdue przebywał podczas swojego pobytu. Jak zawsze elegancko ubrany, wyrafinowany potwór sączył szampana, czekając, aż jego zespół badawczy wyizoluje pierwszy organizm, który zostanie wszczepiony w jego mózg.
    
  Drugiego dnia nad osadą Czarnego Słońca szalała burza. To była dziwna burza, nietypowa o tej porze roku, ale sporadyczne uderzenia piorunów były majestatyczne i potężne. Kemper spojrzał w niebo i uśmiechnął się. "Teraz jestem Bogiem".
    
  W oddali, spomiędzy szalejących chmur, wyłonił się samolot transportowy Ił-76-MD Miszy Swieczyna. 93-tonowa maszyna pędziła przez turbulencje i zmienne prądy. Sam Cleave i Marco Strenski byli na pokładzie, aby dotrzymać Miszy towarzystwa. Wewnątrz samolotu ukryto trzydzieści beczek metalicznego sodu, pokrytych olejem, aby zapobiec kontaktowi z powietrzem lub wodą - na razie. Ten wysoce lotny pierwiastek, stosowany w reaktorach jako przewodnik ciepła i chłodziwo, miał dwie nieprzyjemne właściwości. Zapalał się w kontakcie z powietrzem. Eksplodował w kontakcie z wodą.
    
  "Tam! Tam na dole. Nie da się tego przegapić" - powiedział Sam do Miszy, gdy kompleks Czarnego Słońca pojawił się w zasięgu wzroku. "Nawet jeśli jego akwarium jest poza naszym zasięgiem, ten deszcz załatwi resztę za nas".
    
  "Zgadza się, towarzyszu!" - zaśmiał się Marco. "Nigdy wcześniej nie widziałem czegoś takiego na dużą skalę. Tylko w laboratorium, z niewielką ilością sodu, wielkości ziarnka grochu, w zlewce. Pokażę to na YouTube". Marco zawsze filmował wszystko, co mu się podobało. Właściwie miał na dysku twardym podejrzaną liczbę klipów wideo, wszystkie nagrane w swojej sypialni.
    
  Okrążyli fortecę. Sam krzywił się na każdy błysk pioruna, mając nadzieję, że nie trafi w samolot, ale szaleni Sowieci wydawali się nieustraszeni i radośni. "Czy bębny przebiją ten stalowy dach?" - zapytał Marco, ale Misza tylko przewrócił oczami.
    
  W następnej scenie Sam i Marco odczepiają bębny jeden po drugim, szybko wypychając je z samolotu, tak że spadają z impetem przez dach kompleksu. Wystarczyło kilka sekund, aby ten lotny metal zapalił się i eksplodował w kontakcie z wodą, niszcząc powłokę ochronną płyt Bursztynowej Komnaty i wystawiając pluton na działanie ciepła eksplozji.
    
  Gdy tylko zrzucono pierwsze dziesięć beczek, dach w środku fortecy w kształcie UFO zawalił się, odsłaniając zbiornik na środku okręgu.
    
  "Dosyć tego! Zabierzcie nas na czołg, a potem musimy się stąd szybko wynosić!" - krzyknął Misha. Spojrzał na uciekających mężczyzn i usłyszał, jak Sam mówi: "Chciałbym zobaczyć twarz Kempera po raz ostatni".
    
  Marco roześmiał się, gdy sód zaczął się rozpuszczać. "To za Jurija, ty nazistowska suko!"
    
  Misza poleciał gigantyczną stalową bestią tak daleko, jak tylko mógł w krótkim czasie, jaki mieli, żeby wylądować kilkaset mil na północ od strefy uderzenia. Nie chciał być w powietrzu, gdy bomba eksplodowała. Wylądowali nieco ponad 20 minut później w Kazaly. Z twardego kazachskiego gruntu, z piwem w dłoni, wpatrywali się w horyzont.
    
  Sam miał nadzieję, że Nina wciąż żyje. Miał nadzieję, że Detlefowi udało się ją odnaleźć i że powstrzymał się od zabicia Purdue po tym, jak Sam wyjaśnił, że Carrington zastrzelił Gabi pod wpływem hipnozy Kempera.
    
  Niebo nad kazachskim krajobrazem było żółte, gdy Sam patrzył na jałowy, smagany wiatrem krajobraz, dokładnie tak jak w swojej wizji. Nie miał pojęcia, że studnia, w której widział Perdue, była znacząca, po prostu nie dla kazachskiej części doświadczenia Sama. W końcu ostateczna przepowiednia się spełniła.
    
  Piorun uderzył w wodę w zbiorniku Bursztynowej Komnaty, zapalając wszystko w środku. Siła eksplozji termojądrowej zniszczyła wszystko w promieniu jej działania, pozbawiając Kalihasa życia - na zawsze. Gdy jasny błysk przerodził się w wstrząsający niebem impuls, Misha, Sam i Marco patrzyli, jak grzyb atomowy, o przerażającym pięknie, sięga po bogów kosmosu.
    
  Sam uniósł piwo. "Dedykowane Ninie".
    
    
  KONIEC
    
    
    
    
    
    
    
    
    
    
    
  Preston W. Child
  Diamenty króla Salomona
    
    
  Również przez Prestona Williama Childa
    
    
  Stacja lodowa Wolfenstein
    
  Głębokie morze
    
  Czarne słońce wschodzi
    
  Poszukiwanie Walhalli
    
  Złoto nazistowskie
    
  Spisek Czarnego Słońca
    
  Zwoje Atlantydy
    
  Biblioteka Zakazanych Książek
    
  Grobowiec Odyna
    
  Eksperyment Tesli
    
  Siódma Tajemnica
    
  Kamień Meduzy
    
  Bursztynowy Pokój
    
  Maska babilońska
    
  Fontanna młodości
    
  Sklepienie Herkulesa
    
  Poszukiwanie zaginionego skarbu
    
    
  Wiersz
    
    
    
  Błyszcz, błyśnij, mała gwiazdo,
    
  Jakże jestem ciekaw, kim jesteś!
    
  Tak wysoko ponad światem,
    
  Jak diament na niebie.
    
    
  Gdy palące słońce zachodzi,
    
  Gdy nic na nim nie świeci,
    
  Potem pokazujesz swoje małe światełko,
    
  Błyszcz, błyśnij przez całą noc.
    
    
  Potem podróżnik w ciemności
    
  Dziękuję za Twoją maleńką iskierkę,
    
  Jak mógł zobaczyć dokąd iść,
    
  Gdybyś nie migotał tak bardzo?
    
    
  W ciemnoniebieskim niebie, które trzymasz,
    
  Często zaglądają przez moje zasłony,
    
  Nigdy nie zamykam dla ciebie oczu,
    
  Aż do wschodu słońca na niebie.
    
    
  Jak twoja jasna i maleńka iskierka
    
  Oświetla podróżnika w ciemności,
    
  Chociaż nie wiem kim jesteś,
    
  Błyszcz, błyśnij, mała gwiazdo.
    
    
  - Jane Taylor (No The Star, 1806)
    
    
  1
  Zagubiony w latarni morskiej
    
    
  Reichtisus był jeszcze bardziej promienny, niż Dave Perdue pamiętał. Majestatyczne wieże rezydencji, w której mieszkał przez ponad dwie dekady, a było ich już trzy, sięgały nieziemskiego nieba Edynburga, jakby łącząc posiadłość z niebiosami. Biała korona włosów Perdue'a poruszyła się w cichym oddechu wieczoru, gdy zamknął drzwi samochodu i powoli przeszedł resztę podjazdu do swoich drzwi wejściowych.
    
  Ignorując towarzystwo, w którym się znajdował, ani bagaż, który niósł, jego wzrok ponownie padł na dom. Minęło zbyt wiele miesięcy, odkąd był zmuszony porzucić jego ochronę. Ich bezpieczeństwo.
    
  "Hmm, ty też nie pozbyłeś się mojego personelu, prawda, Patrick?" zapytał szczerze.
    
  Obok niego agent specjalny Patrick Smith, były myśliwy z Purdue i odrodzony sojusznik brytyjskich służb specjalnych, westchnął i gestem nakazał swoim ludziom zamknięcie bram posiadłości na noc. "Trzymaliśmy ich dla siebie, Davidzie. Nie martw się" - odpowiedział spokojnym, głębokim tonem. "Ale zaprzeczyli jakiejkolwiek wiedzy lub zaangażowaniu w twoją działalność. Mam nadzieję, że nie przeszkodzili naszemu szefowi w śledztwie w sprawie przechowywania religijnych i bezcennych relikwii na twojej posesji".
    
  "Absolutnie" - zgodził się stanowczo Perdue. "Ci ludzie to moje gospodynie domowe, a nie koledzy. Nawet im nie wolno wiedzieć, nad czym pracuję, gdzie są moje oczekujące patenty ani dokąd jeżdżę, kiedy jestem w delegacji".
    
  "Tak, tak, potwierdziliśmy to. Słuchaj, Davidzie, skoro śledziłem twoje ruchy i naprowadzałem ludzi na twój trop..." zaczął, ale Purdue rzucił mu ostre spojrzenie.
    
  "Od kiedy nastawiłeś Sama przeciwko mnie?" - warknął do Patricka.
    
  Patrick zaparło mu dech w piersiach, nie mogąc wydusić z siebie przeprosin, które byłyby adekwatne do tego, co się między nimi wydarzyło. "Obawiam się, że przywiązywał większą wagę do naszej przyjaźni, niż zdawałem sobie sprawę. Nigdy nie chciałem, żeby między tobą a Samem rozpadło się z tego powodu. Musisz mi uwierzyć" - wyjaśnił Patrick.
    
  To była jego decyzja o zdystansowaniu się od przyjaciela z dzieciństwa, Sama Cleave'a, dla bezpieczeństwa rodziny. Rozłąka była bolesna i konieczna dla Patricka, którego Sam czule nazywał Paddym, ale więź Sama z Dave'em Purdue nieubłaganie wciągnęła rodzinę agenta MI6 w niebezpieczny świat poszukiwań relikwii po upadku Trzeciej Rzeszy i realnych zagrożeń. Sam został następnie zmuszony do zrzeczenia się przychylności firmy Purdue'a w zamian za zgodę Patricka, co ponownie uczyniło go kretem, który przypieczętował los Purdue'a podczas ich wyprawy w poszukiwaniu Krypty Herkulesa. Ostatecznie Sam dowiódł jednak swojej lojalności wobec Purdue'a, pomagając miliarderowi sfingować własną śmierć, aby zapobiec schwytaniu przez Patricka i MI6, podtrzymując pasję Patricka do pomocy w odnalezieniu Purdue'a.
    
  Po ujawnieniu swojego statusu Patrickowi Smithowi w zamian za ratunek z rąk Zakonu Czarnego Słońca, Perdue zgodził się stanąć przed sądem za przestępstwa archeologiczne popełnione przez rząd Etiopii za kradzież repliki Arki Przymierza z Aksum. To, czego MI6 chciało z własnością Perdue, wykraczało poza pojęcie nawet Patricka Smitha, ponieważ agencja rządowa przejęła Raichtishusis wkrótce po pozornej śmierci jego właściciela.
    
  Dopiero podczas krótkiego przesłuchania wstępnego, przygotowującego do głównego procesu, Perdue był w stanie poskładać w całość fakty korupcji, o których zwierzył się Patrickowi, gdy tylko został skonfrontowany z okropną prawdą.
    
  "Jesteś pewien, że MI6 jest kontrolowane przez Zakon Czarnego Słońca, Davidzie?" - zapytał Patrick cicho, upewniając się, że jego ludzie go nie usłyszą.
    
  "Stawiam na to moją reputację, mój majątek i moje życie, Patricku" - odpowiedział Perdue tym samym tonem. "Przysięgam na Boga, twoją agencję monitoruje szaleniec".
    
  Gdy wchodzili po schodach głównej fasady Purdue House, drzwi wejściowe się otworzyły. Stali tam pracownicy Purdue House, z twarzami pełnymi radości i goryczy, witając powrót swojego pana. Uprzejmie zignorowali przerażające pogorszenie się wyglądu Purdue po tygodniu głodowania w komnacie tortur matriarchy Czarnego Słońca i zachowali swoje zaskoczenie w tajemnicy, bezpiecznie ukrytej pod skórą.
    
  "Zrabowaliśmy magazyn, proszę pana. A twój bar też został splądrowany, kiedy wznosiliśmy toast za twój sukces" - powiedział Johnny, jeden z ogrodników Purdue i Irlandczyk do szpiku kości.
    
  "Nie chciałbym, żeby było inaczej, Johnny". Perdue uśmiechnął się, wchodząc do środka wśród entuzjastycznych okrzyków swoich ludzi. "Mam nadzieję, że uda mi się natychmiast uzupełnić te zapasy".
    
  Powitanie jego personelu zajęło mu tylko chwilę, ponieważ było ich niewielu, ale ich oddanie było niczym przenikliwa słodycz emanująca z kwiatów jaśminu. Garstka ludzi, których zatrudniał, była jak rodzina, wszyscy o podobnych poglądach i podzielali podziw Purdue'a dla jego odwagi i nieustannego dążenia do wiedzy. Ale człowieka, którego najbardziej pragnął zobaczyć, nie było.
    
  "Och, Lily, gdzie jest Charles?" - zapytał Perdue Lillian, swoją kucharkę i wewnętrzną plotkarkę. "Proszę, nie mów mi, że zrezygnował".
    
  Purdue nigdy nie mógł ujawnić Patrickowi, że jego kamerdyner, Charles, był odpowiedzialny za pośrednie ostrzeżenie Purdue'a o planach MI6 w sprawie jego pojmania. To wyraźnie podważyłoby przekonanie, że nikt w Wrichtishousis nie był zamieszany w interesy Purdue'a. Hardy Butler był również odpowiedzialny za zorganizowanie uwolnienia mężczyzny przetrzymywanego przez sycylijską mafię podczas wyprawy Herkulesa, co świadczy o zdolności Charlesa do wykraczania poza zakres obowiązków. Udowodnił Purdue, Samowi i dr Ninie Gould, że był przydatny w czymś znacznie więcej niż tylko prasowaniu koszul z wojskową precyzją i zapamiętywaniu każdego spotkania w kalendarzu Purdue'a.
    
  "Zaginął na kilka dni, proszę pana" - wyjaśniła Lily z ponurą miną.
    
  "Zadzwonił na policję?" - zapytał poważnie Perdue. "Powiedziałem mu, żeby przyjechał i zamieszkał na osiedlu. Gdzie on mieszka?"
    
  "Nie możesz wyjść, Davidzie" - przypomniał mu Patrick. "Pamiętaj, że nadal jesteś w areszcie domowym do poniedziałkowego spotkania. Zobaczę, czy mogę wpaść do niego w drodze do domu, dobrze?"
    
  "Dziękuję, Patricku" - Perdue skinął głową. "Lillian da ci jego adres. Jestem pewien, że powie ci wszystko, co musisz wiedzieć, nawet rozmiar buta" - powiedział, puszczając oko do Lily. "Dobranoc wszystkim. Chyba pójdę wcześniej spać. Tęskniłem za własnym łóżkiem".
    
  Wysoki, wychudzony Mistrz Raichtisusis wszedł na trzecie piętro. Nie okazywał żadnych oznak radości z powrotu do własnego domu, ale MI6 i jego personel zrzucili to na karb zmęczenia po wyjątkowo ciężkim miesiącu dla jego ciała i umysłu. Ale gdy Purdue zamknął drzwi sypialni i skierował się do drzwi balkonowych po drugiej stronie łóżka, kolana się pod nim ugięły. Ledwo widząc przez łzy spływające po policzkach, sięgnął do klamki, tej właściwej - tej zardzewiałej irytującej rzeczy, z którą zawsze musiał się zmagać.
    
  Perdue otworzył drzwi na oścież i zaczerpnął tchu w chłodnym szkockim powietrzu, które napełniło go życiem, prawdziwym życiem; życiem, które mogła zapewnić tylko ziemia jego przodków. Podziwiając rozległy ogród z idealnymi trawnikami, starymi budynkami gospodarczymi i odległym morzem, Perdue głośno płakał, zwracając się ku dębom, jodłom i sosnom, które strzegły jego bezpośredniego podwórka. Jego ciche szlochy i urywany oddech rozpływały się w szeleście koron drzew kołysanych przez wiatr.
    
  Upadł na kolana, pozwalając piekłu w sercu, piekielnej męce, którą niedawno zniósł, pochłonąć go. Drżąc, przycisnął dłonie do piersi, gdy wszystko to wylewało się z niego, wyciszone tylko po to, by nie zwracać na siebie uwagi. Nie myślał o niczym, nawet o Ninie. Nie mówił nic, nie rozważał niczego, nie snuł żadnych planów, nie zastanawiał się. Pod otwartym dachem rozległej, starej posiadłości jej właściciel drżał i zawodził przez dobrą godzinę, po prostu czując. Purdue odrzucił wszelkie racjonalne argumenty i wybrał tylko swoje uczucia. Wszystko toczyło się jak zwykle, wymazując ostatnie kilka tygodni z jego życia.
    
  Jego jasnoniebieskie oczy w końcu z trudem otworzyły się spod opuchniętych powiek; dawno już zdjął okulary. To rozkoszne odrętwienie po dusznym czyszczeniu pieściło go, gdy jego szlochy słabły i stawały się coraz bardziej stłumione. Chmury nad nim wybaczyły mu kilka cichych przebłysków jasności. Lecz wilgoć w jego oczach, gdy patrzył w nocne niebo, przemieniała każdą gwiazdę w oślepiający blask, ich długie promienie przecinały się w punktach, a łzy w jego oczach nienaturalnie je rozciągały.
    
  Spadająca gwiazda przykuła jego uwagę. Przemknęła przez niebo w bezgłośnym chaosie, spadając w nieznanym kierunku, by na zawsze zostać zapomnianym. Purdue był poruszony tym widokiem. Choć widział go już tyle razy, dopiero teraz dostrzegł dziwny sposób, w jaki umiera gwiazda. Ale to niekoniecznie była gwiazda, prawda? Wyobrażał sobie, że furia i ognisty upadek były przeznaczeniem Lucyfera - jak płonął i krzyczał w drodze na dół, niszcząc bez tworzenia i ostatecznie umierając w samotności, podczas gdy ci, którzy obojętnie patrzyli, odbierali to jako kolejną cichą śmierć.
    
  Jego oczy podążały za nim, gdy schodził do jakiejś amorficznej komnaty na Morzu Północnym, aż jego ogon pozostawił niebo bezbarwne, wracając do swojego zwykłego, statycznego stanu. Czując nutę głębokiej melancholii, Perdue wiedział, co mówią mu bogowie. On również spadł ze szczytu potęgi, obracając się w proch, po tym jak błędnie uwierzył, że jego szczęście jest wieczne. Nigdy wcześniej nie był tym człowiekiem, którym się stał, człowiekiem, który w niczym nie przypominał Dave'a Perdue, którego znał. Był obcy we własnym ciele, kiedyś świecącą gwiazdą, ale zredukowany do cichej pustki, której już nie rozpoznawał. Wszystko, na co mógł liczyć, to szacunek tych nielicznych, którzy raczyli spojrzeć w niebo, by zobaczyć jego upadek, by poświęcić choć chwilę swojego życia, by powitać jego upadek.
    
  "Zastanawiam się, kim ty jesteś" - powiedział cicho, mimowolnie i zamknął oczy.
    
    
  2
  Nadepnięcie na węże
    
    
  "Mogę to zrobić, ale będę potrzebował bardzo specyficznego i bardzo rzadkiego materiału" - powiedział Abdul Raya swojej marce. "I będę go potrzebował w ciągu najbliższych czterech dni; w przeciwnym razie będę musiał zerwać naszą umowę. Widzi pani, mam innych klientów, którzy na mnie czekają".
    
  "Czy oferują cenę zbliżoną do mojej?" - zapytała kobieta Abdula. "Bo takiej obfitości niełatwo przebić ani na nią sobie pozwolić, rozumiesz".
    
  "Jeśli pozwoli mi pani być tak śmiałym, pani" - uśmiechnął się ciemnoskóry szarlatan - "to w porównaniu z tym pani opłata wyda się nagrodą".
    
  Kobieta go uderzyła, co jeszcze bardziej usatysfakcjonowało go, że będzie zmuszona się poddać. Wiedział, że jej złe zachowanie to dobry znak i że jej ego zostanie wystarczająco nadszarpnięte, by dostać to, czego chciał, podczas gdy on sam będzie ją oszukiwał, wmawiając jej, że ma lepiej płatnych klientów czekających na jego przyjazd do Belgii. Abdul jednak nie był całkowicie zwiedziony swoimi zdolnościami, kiedy się nimi chwalił, ponieważ talenty, które ukrywał przed ocenami, były o wiele bardziej szkodliwe dla zrozumienia. Będzie je trzymał blisko piersi, za sercem, aż nadejdzie czas, by się ujawnić.
    
  Nie wyszedł po jej wybuchu z słabo oświetlonego salonu jej luksusowego domu, lecz pozostał, jakby nic się nie stało, opierając łokieć o kominek w głębokiej, czerwonej oprawie, przerywanej jedynie obrazami olejnymi w złotych ramach i dwoma wysokimi, rzeźbionymi, antycznymi stołami z dębu i sosny przy wejściu do pokoju. Ogień pod jego płaszczem trzaskał z zapałem, ale Abdul ignorował nieznośny żar parzący mu nogę.
    
  "Więc, których potrzebujesz?" - prychnęła kobieta, wracając wkrótce po wyjściu z pokoju, kipiąc gniewem. W ozdobionej klejnotami dłoni trzymała luksusowy notatnik, gotowy do zapisywania próśb alchemika. Była jedną z zaledwie dwóch osób, do których udało mu się dotrzeć. Niestety dla Abdula, większość Europejczyków z wyższych sfer posiadała bystre zdolności oceny charakteru i szybko go zbyła. Z drugiej strony, ludzie tacy jak Madame Chantal byli łatwym łupem z powodu jednej cechy, której tacy ludzie jak on potrzebowali u swoich ofiar - cechy powszechnej u tych, którzy zawsze znajdowali się na krawędzi grząskiego piasku: desperacji.
    
  Dla niej był po prostu mistrzem kowalstwa metali szlachetnych, dostawcą pięknych i unikatowych wyrobów ze złota i srebra, których drogocenne kamienie były kunsztownie wykonane. Madame Chantal nie miała pojęcia, że był również mistrzem fałszerstwa, ale jej nienasycone zamiłowanie do luksusu i ekstrawagancji zaślepiło ją na wszelkie rewelacje, które mógł nieświadomie wyjawić.
    
  Zręcznym ruchem w lewo zapisał klejnoty potrzebne do wykonania zadania, do którego go zatrudniła. Pisał kaligrafem, ale jego ortografia była fatalna. Niemniej jednak, w desperackim pragnieniu prześcignięcia rówieśników, Madame Chantal zrobiłaby wszystko, co w jej mocy, by osiągnąć to, co było na jego liście. Gdy skończył, przejrzała listę. Marszcząc brwi jeszcze bardziej w widocznych cieniach rzucanych przez kominek, Madame Chantal wzięła głęboki oddech i spojrzała na wysokiego mężczyznę, który przypominał jej jogina albo guru jakiegoś sekretnego kultu.
    
  "Do kiedy ci to potrzebne?" - zapytała ostro. "A mój mąż nie może o tym wiedzieć. Musimy się tu znowu spotkać, bo on niechętnie przyjeżdża do tej części posiadłości".
    
  "Muszę być w Belgii za niecały tydzień, proszę pani, i do tego czasu muszę zrealizować pani zamówienie. Mamy mało czasu, co oznacza, że będę potrzebował tych diamentów, jak tylko będzie pani mogła je włożyć do torebki" - uśmiechnął się delikatnie. Jego puste oczy wpatrywały się w nią, a usta słodko szeptały. Madame Chantal nie mogła się powstrzymać od skojarzenia go z pustynną żmiją, cmokającą językiem, podczas gdy jej twarz pozostała kamienna.
    
  Odraza-przymus. Tak to się nazywało. Nienawidziła tego egzotycznego pana, który twierdził, że jest znakomitym magiem, ale z jakiegoś powodu nie potrafiła mu się oprzeć. Francuski arystokrata nie mógł oderwać wzroku od Abdula, gdy nie patrzył, mimo że budził w niej obrzydzenie pod każdym względem. W jakiś sposób jego odpychająca natura, jego bestialskie pomruki i nienaturalne, szponiaste palce urzekały ją do granic obsesji.
    
  Stał w blasku ognia, rzucając groteskowy cień niedaleko swojego portretu na ścianie. Jego krzywy nos na kościstej twarzy nadawał mu wygląd ptaka - być może małego sępa. Wąsko osadzone ciemne oczy Abdula kryły się pod prawie bezwłosymi brwiami, głębokimi wgłębieniami, które tylko uwydatniały kości policzkowe. Jego szorstkie, przetłuszczone czarne włosy były związane w kucyk, a lewy płatek ucha zdobił pojedynczy, mały kolczyk-kółko.
    
  Pachniał kadzidłem i przyprawami, a kiedy mówił lub się uśmiechał, jego ciemne usta przecinały przerażająco idealne zęby. Madame Chantal czuła jego zapach zniewalający; nie potrafiła stwierdzić, czy był faraonem, czy fantazmatem. Jednego była pewna: magik i alchemik emanował niesamowitą prezencją, nie podnosząc nawet głosu ani nie wykonując żadnego ruchu ręką. To ją przerażało i potęgowało dziwną odrazę, jaką do niego czuła.
    
  "Celeste?" - wydyszała, czytając znajomy tytuł na papierze, który jej podał. Jej wyraz twarzy zdradzał niepokój, jaki odczuwała, myśląc o zdobyciu klejnotu. Błyszcząc niczym wspaniałe szmaragdy w blasku kominka, Madame Chantal spojrzała Abdulowi w oczy. "Panie Raya, nie mogę. Mój mąż zgodził się oddać "Celeste" do Luwru". Próbując naprawić swój błąd, a nawet sugerując, że mogłaby mu załatwić to, czego chciał, spuściła wzrok i powiedziała: "Z pozostałymi dwoma oczywiście sobie poradzę, ale z tym nie".
    
  Abdul nie okazywał żadnych oznak zaniepokojenia tym zakłóceniem. Powoli przesuwając dłonią po jej twarzy, uśmiechnął się pogodnie. "Mam nadzieję, że pani to przemyśli. To przywilej kobiet takich jak pani, trzymać w dłoniach dzieła wielkich ludzi". Gdy jego wdzięcznie wygięte palce rzuciły cień na jej jasną skórę, szlachcianka poczuła lodowaty ucisk przeszywający jej twarz. Szybko otarła chłód z twarzy, odchrząknęła i zebrała się w sobie. Jeśli teraz się zawaha, zgubi go w morzu obcych.
    
  "Wróć za dwa dni. Spotkajmy się tutaj, w salonie. Moja asystentka cię zna i będzie na ciebie czekać" - rozkazała, wciąż wstrząśnięta okropnym uczuciem, które na chwilę przemknęło jej przez twarz. "Zaproszę Celeste, panie Raya, ale lepiej, żebyś był wart zachodu".
    
  Abdul nie powiedział nic więcej. Nie było mu to potrzebne.
    
    
  3
  Odrobina delikatności
    
    
  Kiedy Perdue obudził się następnego dnia, czuł się fatalnie - po prostu. Właściwie nie pamiętał, kiedy ostatnio naprawdę płakał, i chociaż po oczyszczeniu czuł się lżej, jego oczy były opuchnięte i piekły. Aby nikt nie dowiedział się, co było przyczyną jego stanu, Perdue wypił trzy czwarte butelki Southern Moonshine, którą trzymał między książkami grozy na półce przy oknie.
    
  "Boże, staruszku, wyglądasz jak włóczęga" - jęknął Purdue, patrząc na swoje odbicie w lustrze w łazience. "Jak to się stało? Nie mów mi, nie" - westchnął. Odchodząc od lustra, żeby odkręcić krany w prysznicu, mamrotał dalej jak zgrzybiały staruszek. Stosowne, bo jego ciało zdawało się postarzało o wiek w ciągu jednej nocy. "Wiem. Wiem, jak to się stało. Zjadłeś niewłaściwe jedzenie, mając nadzieję, że twój żołądek przyzwyczai się do trucizny, a zamiast tego zostałeś zatruty".
    
  Ubrania opadły z niego, jakby nie rozpoznawały jego ciała, przywierając do nóg, zanim wydostał się ze sterty tkanin, w którą zamieniła się jego garderoba, odkąd stracił cały ten ciężar w lochu "Domu Matki". Pod letnim strumieniem wody Purdue modlił się bez religii, z wdzięcznością bez wiary i głębokim współczuciem dla wszystkich, którzy nie mieli luksusu domowej kanalizacji. Ochrzczony pod prysznicem, oczyścił umysł, odpędzając ciężary, które przypominały mu, że jego męka z rąk Josepha Karstena była daleka od zakończenia, nawet jeśli grał powoli i ostrożnie. Uważał, że zapomnienie jest niedoceniane, ponieważ stanowiło tak wspaniałe schronienie w trudnych chwilach i pragnął poczuć, jak zstępuje na niego nicość.
    
  Jednak Purdue, mimo niedawnego nieszczęścia, nie cieszył się długo swoim szczęściem, gdyż pukanie do drzwi przerwało jego obiecującą terapię.
    
  "Co to jest?" - zawołał, przekrzykując szum wody.
    
  "Śniadanie, proszę pana" - usłyszał zza drzwi. Purdue ożywił się i porzucił milczącą irytację wobec dzwoniącego.
    
  "Karol?" zapytał.
    
  "Tak, proszę pana?" odpowiedział Charles.
    
  Purdue uśmiechnął się, zachwycony, słysząc ponownie znajomy głos swojego kamerdynera - głos, którego tak bardzo mu brakowało, gdy kontemplował swoją ostatnią chwilę w lochu; głos, którego myślał, że już nigdy nie usłyszy. Bez namysłu przygnębiony miliarder wybiegł spod prysznica i szarpnął drzwi. Kamerdyner, kompletnie oszołomiony, stał tam z wyrazem podziwu na twarzy, gdy jego nagi szef go obejmował.
    
  "Boże, staruszku, myślałem, że zniknąłeś!" Purdue uśmiechnął się, puszczając mężczyznę, by uścisnąć mu dłoń. Na szczęście Charles zachował się boleśnie profesjonalnie, ignorując tyrady Purdue"a i zachowując tę rzeczową postawę, którą Brytyjczycy zawsze się szczycili.
    
  "Jestem trochę nie w sosie, proszę pana. Już dobrze, dziękuję" - zapewnił Charles Purdue. "Chce pan zjeść w swoim pokoju czy na dole z" - skrzywił się lekko - "ludźmi z MI6?"
    
  "Zdecydowanie tutaj. Dziękuję, Charles" - odpowiedział Perdue, zdając sobie sprawę, że wciąż wita się z mężczyzną z wystawionymi klejnotami koronnymi.
    
  Karol skinął głową. "Bardzo dobrze, proszę pana."
    
  Gdy Purdue wrócił do łazienki, żeby się ogolić i pozbyć się tych okropnych worków pod oczami, kamerdyner wyszedł z głównej sypialni, cicho chichocząc na wspomnienie pogodnej, nagiej reakcji swojego pracodawcy. Zawsze miło jest być tęsknionym, pomyślał, nawet w takim stopniu.
    
  "Co powiedział?" - zapytała Lily, gdy Charles wszedł do kuchni. W pomieszczeniu unosił się zapach świeżo upieczonego chleba i jajecznicy, lekko przerywany aromatem kawy. Urocza, ale ciekawa szefowa kuchni schowała ręce pod ściereczką i niecierpliwie spojrzała na lokaja, oczekując odpowiedzi.
    
  "Lillian" - mruknął na początku, zirytowany, jak zwykle, jej ciekawością. Ale potem zdał sobie sprawę, że ona również tęskniła za panem domu i miała pełne prawo zastanawiać się, jakie były pierwsze słowa mężczyzny skierowane do Charlesa. Ta szybka refleksja złagodziła jego spojrzenie.
    
  "Bardzo się cieszy, że znów tu jest" - odpowiedział formalnie Charles.
    
  "Tak powiedział?" zapytała czule.
    
  Charles wykorzystał tę okazję. "Niewiele słów, choć jego gesty i mowa ciała doskonale oddawały jego zachwyt". Rozpaczliwie starał się nie śmiać z własnych słów, elegancko sformułowanych tak, by przekazać zarówno prawdę, jak i kaprys.
    
  "Och, to wspaniale" - uśmiechnęła się, kierując się do bufetu po talerz dla Perdue. "To może jajka z kiełbasą?"
    
  Nietypowo, lokaj wybuchnął śmiechem, co stanowiło miłą odmianę od jego zazwyczaj surowej postawy. Lekko zdezorientowana, ale uśmiechająca się na widok jego nietypowej reakcji, stała, czekając na potwierdzenie, że śniadanie jest podawane, gdy lokaj wybuchnął śmiechem.
    
  "Potraktuję to jako "tak" - zachichotała. "O mój Boże, mój chłopcze, musiało ci się stać coś naprawdę zabawnego, że porzuciłeś swoją postawę". Wyciągnęła talerz i postawiła go na stole. "Spójrz na siebie! Po prostu dajesz temu wyraz".
    
  Charles zgiął się wpół ze śmiechu, opierając się o kafelkową wnękę obok żeliwnego pieca węglowego, który zdobił róg tylnych drzwi. "Bardzo mi przykro, Lillian, ale nie mogę ci powiedzieć, co się stało. To byłoby po prostu niestosowne, rozumiesz".
    
  "Wiem" - uśmiechnęła się, układając kiełbaski i jajecznicę obok miękkiego tostu Perdue. "Oczywiście, umieram z ciekawości, co się stało, ale tym razem zadowolę się twoim śmiechem. To mi wystarczy, żeby umilić dzień".
    
  Ucieszony, że starsza pani tym razem złagodniała w swoim dążeniu do informacji, Charles poklepał ją po ramieniu i uspokoił się. Przyniósł tacę i ułożył na niej jedzenie, pomógł jej zaparzyć kawę, a w końcu wziął gazetę, żeby zanieść ją na górę, do Purdue. Zdesperowana, by przedłużyć anomalię człowieczeństwa Charlesa, Lily musiała powstrzymać się od ponownego wspominania tego, co tak go obciążyło, gdy wychodził z kuchni. Bała się, że upuści tacę i miała rację. Mając wciąż żywy obraz w pamięci, Charles zostawiłby bałagan na podłodze, gdyby mu o tym przypomniała.
    
  Na pierwszym piętrze budynku Raichtisusis był pełen pionków tajnych służb. Charles nie miał nic przeciwko ludziom pracującym dla wywiadu w ogóle, ale sam fakt, że tam stacjonowali, czynił z nich jedynie nielegalnych intruzów, finansowanych przez fałszywe królestwo. Nie mieli prawa tam przebywać i chociaż jedynie wykonywali rozkazy, personel nie mógł tolerować ich drobnych i sporadycznych prób zdobycia władzy, gdy stacjonowali, by pilnować miliardera-naukowca, zachowując się jak zwykli złodzieje.
    
  Nadal nie rozumiem, jak wywiad wojskowy mógł zaanektować ten dom, skoro nie ma tu międzynarodowego zagrożenia militarnego, pomyślał Charles, wnosząc tacę do pokoju Perdue. A jednak wiedział, że aby to wszystko uzyskało aprobatę rządu, musiał istnieć jakiś złowrogi powód - jeszcze bardziej przerażająca myśl. Musiało być coś jeszcze, a on zamierzał dotrzeć do sedna sprawy, nawet jeśli znów musiałby wydobyć informacje od szwagra. Charles uratował Perdue ostatnim razem, gdy uwierzył szwagrowi na słowo. Przypuszczał, że szwagier mógłby dostarczyć kamerdynerowi jeszcze kilka, jeśli oznaczałoby to odkrycie, co to wszystko znaczy.
    
  "Hej, Charlie, wstał już?" - zapytał radośnie jeden z agentów.
    
  Charles go zignorował. Jeśli miałby przed kimkolwiek odpowiadać, to nie przed nikim innym, tylko przed agentem specjalnym Smithem. Był już pewien, że jego szef nawiązał silną więź osobistą z agentem nadzorującym. Zbliżając się do drzwi Purdue, opuścił go wszelki humor - powrócił do swojej zwykłej surowej i posłusznej postawy.
    
  "Twoje śniadanie, proszę pana" - powiedział, stojąc w drzwiach.
    
  Purdue otworzył drzwi, wyglądając zupełnie inaczej. Ubrany w chinosy, mokasyny Moschino i białą koszulę z podwiniętymi do łokci rękawami, otworzył drzwi swojemu kamerdynerowi. Gdy Charles wszedł, usłyszał, jak Purdue szybko zamyka za sobą drzwi.
    
  "Muszę z tobą porozmawiać, Charles" - nalegał cicho. "Czy ktoś cię tu śledził?"
    
  "Nie, proszę pana, nic mi o tym nie wiadomo" - odpowiedział szczerze Charles, stawiając tacę na dębowym biurku Purdue, gdzie czasami wieczorami raczył się brandy. Wygładził marynarkę i skrzyżował ręce przed sobą. "W czym mogę panu pomóc?"
    
  Wzrok Purdue'a był dziki, choć mowa jego ciała sugerowała opanowanie i przekonywujący charakter. Choć starał się wyglądać uprzejmie i pewnie, nie udało mu się oszukać kamerdynera. Charles znał Purdue'a od lat. Przez lata widział go w wielu odsłonach - od szalonej furii z powodu przeszkód na drodze do nauki, po pogodę ducha i uprzejmość w ramionach wielu bogatych kobiet. Wyczuwał, że Purdue'a dręczy coś więcej niż tylko zbliżająca się rozprawa.
    
  "Wiem, że to ty powiedziałeś dr Gould, że Secret Service zamierza mnie aresztować, i dziękuję ci z całego serca za ostrzeżenie jej, ale muszę wiedzieć, Charles" - nalegał, a jego głos brzmiał jak stanowczy szept. "Muszę wiedzieć, jak się o tym dowiedziałeś, bo to nie wszystko. To o wiele więcej i muszę wiedzieć wszystko, cokolwiek, co MI6 planuje dalej".
    
  Charles rozumiał żarliwość prośby swojego pracodawcy, ale jednocześnie czuł się strasznie niezręcznie. "Rozumiem" - powiedział, wyraźnie zażenowany. "Cóż, dowiedziałem się o tym przypadkiem. Podczas wizyty u Vivian, moja siostra, jej mąż po prostu... przyznał się do tego. Wiedział, że pracuję dla Reichtisusa, ale najwyraźniej podsłuchał, jak kolega z jednej z brytyjskich filii rządu wspomina, że MI6 dostało pełne pozwolenie na ściganie pana, panie. Prawdę mówiąc, nie sądzę, żeby w ogóle o tym wtedy myślał".
    
  "Oczywiście, że nie. To cholernie śmieszne. Jestem Szkotem, do cholery. Nawet gdybym był zaangażowany w sprawy wojskowe, MI5 pociągałoby za sznurki. Stosunki międzynarodowe w tej sprawie są słusznie uciążliwe, mówię ci, i to mnie martwi" - zamyślił się Purdue. "Charles, musisz skontaktować się ze swoim szwagrem w moim imieniu".
    
  "Z całym szacunkiem, proszę pana" - odparł szybko Charles - "jeśli pan pozwoli, wolałbym nie mieszać w to mojej rodziny. Żałuję podjętej decyzji, proszę pana, ale szczerze mówiąc, boję się o moją siostrę. Zaczynam się martwić, że jest żoną kogoś powiązanego z Secret Service, a on jest tylko administratorem. Wciągnąć ich w taką międzynarodową katastrofę...". Wzruszył ramionami z poczuciem winy, czując się fatalnie z powodu własnej uczciwości. Miał nadzieję, że Purdue nadal docenia jego umiejętności jako kamerdynera i nie zwolni go za jakąś błahą formę niesubordynacji.
    
  "Rozumiem" - odpowiedziała słabo Purdue, odsuwając się od Charlesa, by spojrzeć przez drzwi balkonowe na piękny spokój edynburskiego poranka.
    
  "Przepraszam, panie Perdue" - powiedział Charles.
    
  "Nie, Charles, naprawdę rozumiem. Wierzę ci, uwierz mi. Ile strasznych rzeczy spotkało moich bliskich przyjaciół, bo byli zaangażowani w moją działalność? W pełni rozumiem konsekwencje pracy dla mnie" - wyjaśnił Purdue, brzmiąc zupełnie beznadziejnie, bez intencji wzbudzenia litości. Naprawdę czuł ciężar winy. Starając się być uprzejmy, gdy został z szacunkiem odprawiony, Purdue odwrócił się i uśmiechnął. "Naprawdę, Charles. Naprawdę rozumiem. Proszę, daj mi znać, kiedy przyjedzie agent specjalny Smith".
    
  "Oczywiście, proszę pana" - odpowiedział Charles, gwałtownie opuszczając brodę. Wyszedł z pokoju z poczuciem zdrajcy, a sądząc po spojrzeniach, jakie rzucali mu oficerowie i agenci w holu, uważali go za zdrajcę.
    
    
  4
  Lekarz w
    
    
  Agent specjalny Patrick Smith odwiedził Purdue jeszcze tego samego dnia, aby - jak powiedział swoim przełożonym - umówić się na wizytę lekarską. Biorąc pod uwagę jego przeżycia w domu nazistowskiej matriarchy, znanej jako "Matka", rada sądowa zezwoliła Purdue na otrzymanie opieki medycznej podczas tymczasowego pobytu pod opieką Secret Intelligence Service.
    
  Na tej zmianie dyżurowało trzech mężczyzn, nie licząc dwóch na zewnątrz przy bramie, a Charles był zajęty pracami domowymi, tłumiąc frustrację związaną z nimi. Jednak był bardziej pobłażliwy w swojej uprzejmości wobec Smitha ze względu na jego pomoc w Purdue. Charles otworzył drzwi lekarzowi, gdy zadzwonił dzwonek.
    
  "Nawet biednego lekarza trzeba przeszukać" - westchnął Purdue, stając na szczycie schodów i opierając się ciężko o poręcz.
    
  "Ten facet wygląda na słabego, prawda?" - szepnął jeden z mężczyzn do drugiego. "Patrz, jakie ma opuchnięte oczy!"
    
  "I czerwone" - dodał inny, kręcąc głową. "Nie sądzę, żeby wyzdrowiał".
    
  "Chłopaki, proszę się pospieszyć" - powiedział ostro agent specjalny Smith, przypominając im o zadaniu. "Lekarz ma tylko godzinę z panem Purdue, więc do dzieła".
    
  "Tak, proszę pana" - odpowiedzieli chórem, kończąc poszukiwania pracownika medycznego.
    
  Kiedy skończyli z lekarzem, Patrick odprowadził go na górę, gdzie czekali Purdue i jego kamerdyner. Tam Patrick objął wartę na szczycie schodów.
    
  "Czy jest coś jeszcze, proszę pana?" zapytał Charles, gdy lekarz otworzył mu drzwi do pokoju Purdue.
    
  "Nie, dziękuję, Charles. Możesz iść" - odpowiedział głośno Perdue, zanim Charles zamknął drzwi. Charles wciąż czuł się strasznie winny, że zignorował szefa, ale wydawało się, że Perdue był szczery w swoim zrozumieniu.
    
  W prywatnym gabinecie Purdue, ona i lekarz czekali chwilę, bez słowa i ruchu, nasłuchując wszelkich niepokojących odgłosów za drzwiami. Nie było słychać żadnego ruchu, a przez jeden z ukrytych wizjerów w ścianie Purdue widzieli, że nikt nie podsłuchuje.
    
  "Myślę, że powinienem powstrzymać się od dziecinnych nawiązań do medycznych żartów, żeby poprawić ci humor, staruszku, choćby po to, żeby nie wyjść z roli. Niech będzie jasne, że to strasznie przeszkadza w moich zdolnościach dramatycznych" - powiedział lekarz, stawiając swoją apteczkę na podłodze. "Wiesz, jak walczyłem, żeby doktor Beach pożyczył mi swoją starą walizkę?"
    
  "Daj spokój, Sam" - powiedział Perdue, uśmiechając się radośnie, gdy reporter mrużył oczy za okularami w czarnych oprawkach, które nie należały do niego. "To był twój pomysł, żeby przebrać się za doktora Beacha. A tak przy okazji, jak się miewa mój wybawca?"
    
  Zespół ratunkowy Purdue'a składał się z dwóch osób, które znały jego ukochaną dr Ninę Gould, księdza katolickiego i lekarza rodzinnego z Oban w Szkocji. Te dwie osoby odważyły się uratować Purdue'a przed brutalnym końcem w piwnicy złowrogiej Yvette Wolf, członkini pierwszego stopnia Zakonu Czarnego Słońca, znanej swoim faszystowskim wspólnikom jako "Matka".
    
  "Ma się dobrze, choć jest trochę rozgoryczony po przejściach z tobą i ojcem Harperem w tym piekielnym domu. Jestem pewien, że cokolwiek go tak skłoniło, stałoby się niezwykle głośne, ale on odmawia rzucenia na to światła" - Sam wzruszył ramionami. "Minister też jest zachwycony, a mnie aż swędzą jaja, wiesz?"
    
  Perdue zaśmiał się pod nosem. "Jestem pewien. Zaufaj mi, Sam, to, co zostawiliśmy w tym ukrytym, starym domu, najlepiej zostawić w ukryciu. Jak się czuje Nina?"
    
  "Jest w Aleksandrii i pomaga muzeum w katalogowaniu niektórych skarbów, które odkryliśmy. Chcą nazwać ten konkretny eksponat imieniem Aleksandra Wielkiego - coś na wzór znaleziska Goulda/Earle'a, na cześć ciężkiej pracy Niny i Joanny w odnalezieniu Listu Olimpii i tym podobnych. Oczywiście pominęli twoje szanowne nazwisko. Dupek."
    
  "Widzę, że nasza dziewczyna ma wielkie plany" - powiedział Perdue, uśmiechając się delikatnie i ciesząc się, że ta bezczelna, inteligentna i przystojna historyczka w końcu otrzymała uznanie, na jakie zasługiwała ze strony świata akademickiego.
    
  "Tak, a ona wciąż pyta mnie, jak możemy wyciągnąć cię z tej opresji raz na zawsze, na co zazwyczaj muszę zmienić temat, bo... cóż, szczerze mówiąc, nie wiem, jak bardzo" - powiedział Sam, zmieniając temat rozmowy na poważniejszy.
    
  "No cóż, właśnie dlatego tu jesteś, staruszku" - westchnął Purdue. "I nie mam za dużo czasu, żeby cię poinformować, więc usiądź i napij się whisky".
    
  Sam sapnął: "Ale proszę pana, jestem lekarzem na wezwanie. Jak pan śmie?" Wyciągnął szklankę w stronę Purdue, żeby ją zabarwić cietrzewiem. "Nie bądź skąpy, proszę cię".
    
  Z przyjemnością po raz kolejny dręczyło go poczucie humoru Sama Cleave'a, a Purdue z wielką przyjemnością ponownie cierpiał z powodu młodzieńczej głupoty dziennikarza. Doskonale wiedział, że może powierzyć Cleave'owi swoje życie i że w chwilach największego zainteresowania jego przyjaciel potrafił błyskawicznie i błyskotliwie przyjąć rolę profesjonalnego kolegi. Sam potrafił błyskawicznie przeobrazić się z tępego Szkota w dynamicznego egzekutora - nieoceniony atut w niebezpiecznym świecie okultystycznych reliktów i naukowych maniaków.
    
  Dwaj mężczyźni siedzieli na progu drzwi balkonowych, tuż za nimi, tak że grube, białe, koronkowe firanki mogły osłonić ich rozmowę przed ciekawskimi spojrzeniami zerkającymi na trawniki. Rozmawiali cicho.
    
  "Krótko mówiąc" - powiedział Perdue - "ten skurwiel, który zorganizował moje porwanie, a także porwanie Niny, to członek Czarnego Słońca o nazwisku Joseph Karsten".
    
  Sam zapisał imię w podartym notesie, który trzymał w kieszeni kurtki. "Czy on już nie żyje?" - zapytał Sam rzeczowo. Jego ton był tak rzeczowy, że Purdue nie była pewna, czy powinna się martwić, czy cieszyć z odpowiedzi.
    
  "Nie, on żyje jak najbardziej" - odpowiedział Perdue.
    
  Sam spojrzał na swojego srebrnowłosego przyjaciela. "Ale chcemy go zabić, prawda?"
    
  "Sam, to musi być subtelny ruch. Morderstwo jest dla niskich ludzi" - powiedział mu Perdue.
    
  "Naprawdę? Powiedz to tej pomarszczonej starej suce, która ci to zrobiła" - warknął Sam, wskazując na ciało Perdue. "Zakon Czarnego Słońca miał zginąć razem z nazistowskimi Niemcami, przyjacielu, i dopilnuję, żeby zniknęli, zanim spocznę w trumnie".
    
  "Wiem" - pocieszył go Perdue - "i doceniam twoją gorliwość w walce z moimi krytykantami. Naprawdę. Ale poczekaj, aż usłyszysz całą historię. A potem powiedz mi, że to, co planuję, nie jest najlepszym pestycydem".
    
  "Dobrze" - zgodził się Sam, nieco osłabiając pragnienie zakończenia pozornie odwiecznego problemu, jaki stwarzali ci, którzy wciąż podtrzymywali korupcję elity SS. "No dalej, opowiedz mi resztę".
    
  "Docenicie ten zwrot akcji, choć dla mnie jest on niepokojący" - przyznał Perdue. "Joseph Karsten to nikt inny jak Joe Carter, obecny szef Secret Intelligence Service".
    
  "Jezu!" - wykrzyknął Sam ze zdumieniem. "Nie mówisz serio! Ten człowiek jest tak brytyjski jak popołudniowa herbata i Austin Powers".
    
  "To właśnie mnie zastanawia, Sam" - odpowiedział Perdue. "Rozumiesz, do czego zmierzam?"
    
  "MI6 sprzeniewierza twoją własność" - odpowiedział powoli Sam, analizując w myślach i rozbieganym wzrokiem wszystkie możliwe powiązania. "Brytyjskim Secret Service kieruje członek organizacji Czarne Słońce i nikt nic nie wie, nawet po tym przekręcie prawnym". Jego ciemne oczy błądziły dookoła, gdy jego koła zębate obracały się, by zbadać sprawę ze wszystkich stron. "Purdue, po co mu twój dom?"
    
  Purdue nie dawał Samowi spokoju. Wydawał się niemal obojętny, jakby odrętwiały z ulgi, jaką dawało mu dzielenie się wiedzą. Cichym, zmęczonym głosem wzruszył ramionami i gestem pokazał otwarte dłonie: "Z tego, co podsłuchałem w tej piekielnej stołówce, wydaje im się, że Reichtisusis przechowuje wszystkie relikwie, których poszukiwali Himmler i Hitler".
    
  "Nie do końca nieprawda" - zauważył Sam, robiąc notatki dla własnego użytku.
    
  "Tak, ale Sam, to, co według nich tu ukryłem, jest strasznie drogie. Mało tego. To, co tu mam, nigdy" - mocno chwycił Sama za przedramię - "nie może wpaść w ręce Josepha Karstena! Ani Wywiadu Wojskowego 6, ani Zakonu Czarnego Słońca. Ten człowiek mógłby obalić rządy, mając zaledwie połowę patentów zgromadzonych w moich laboratoriach!" Oczy Purdue'a były wilgotne, a jego stara ręka drżała na skórze Sama, gdy błagał o pomoc swoją jedyną ufność.
    
  "Dobra, stary głupku" - powiedział Sam, mając nadzieję, że złagodzi to manię na twarzy Purdue.
    
  "Słuchaj, Sam, nikt nie wie, czym się zajmuję" - kontynuował miliarder. "Nikt po naszej stronie frontu nie wie, że za bezpieczeństwo Wielkiej Brytanii odpowiada jakiś cholerny nazista. Potrzebuję ciebie, wielkiego dziennikarza śledczego, reportera-celebryty z Nagrodą Pulitzera... żebyś rozpiął spadochron temu draniowi, jasne?"
    
  Sam zrozumiał przesłanie, głośno i wyraźnie. Widział pęknięcia pojawiające się w wiecznie pogodnej i opanowanej fasadzie Dave'a Perdue. Najwyraźniej ten nowy postęp dokonał znacznie głębszego cięcia znacznie ostrzejszym ostrzem i przecinał linię szczęki Perdue'a. Sam wiedział, że musi się z tym uporać, zanim nóż Karstena narysuje czerwony półksiężyc wokół gardła Perdue'a i położy kres jego życiu na zawsze. Jego przyjaciel miał poważne kłopoty, a jego życie było w wyraźnym niebezpieczeństwie, większym niż kiedykolwiek wcześniej.
    
  "Kto jeszcze zna jego prawdziwą tożsamość? Czy Paddy wie?" - zapytał Sam, wyjaśniając, kto jest w to zamieszany, aby móc zdecydować, od czego zacząć. Gdyby Patrick Smith wiedział, że Carter to Joseph Karsten, znów mógłby znaleźć się w niebezpieczeństwie.
    
  "Nie, na rozprawie zrozumiał, że coś mnie dręczy, ale postanowiłam trzymać tak ważną sprawę bardzo blisko serca. Na tym etapie nie ma o tym pojęcia" - potwierdził Perdue.
    
  "Myślę, że tak będzie najlepiej" - przyznał Sam. "Zobaczmy, na ile uda nam się zapobiec poważnym konsekwencjom, jednocześnie zastanawiając się, jak wsadzić tego szarlatana w paszczę jastrzębia".
    
  Wciąż zdeterminowany, by zastosować się do rady Joan Earle z ich rozmowy w błotnistym lodzie Nowej Fundlandii podczas odkrycia Aleksandra Wielkiego, Perdue zwrócił się do Sama: "Proszę cię, Sam, pozwól nam zrobić to po mojemu. Mam ku temu powód".
    
  "Obiecuję, że zrobimy to po twojemu, ale jeśli sytuacja wymknie się spod kontroli, Perdue, wezwę brygadę renegatów, żeby nas wsparli. Ten Karsten ma władzę, z którą nie damy rady walczyć sami. Zazwyczaj istnieje stosunkowo nieprzenikniona tarcza w wyższych szczeblach wywiadu wojskowego, jeśli rozumiesz, o co mi chodzi" - ostrzegł Sam. "Ci ludzie są tak potężni, jak słowo królowej, Perdue. Ten drań mógłby nam zrobić absolutnie obrzydliwe rzeczy i ukryć to, jakby był kotem, który zrobił kupę w kuwecie. Nikt by się o tym nie dowiedział. A każdy, kto zgłosi roszczenie, mógłby zostać szybko wykreślony z rejestru".
    
  "Tak, wiem. Uwierz mi, doskonale rozumiem, jakie szkody może wyrządzić" - przyznał Perdue. "Ale nie chcę jego śmierci, chyba że będę musiał. Na razie będę korzystał z pomocy Patricka i mojego zespołu prawnego, żeby trzymać Karstena na dystans tak długo, jak to możliwe".
    
  "Dobra, pozwól mi przejrzeć trochę historii, aktów własności, rejestrów podatkowych i tak dalej. Im więcej dowiemy się o tym draniu, tym lepiej będziemy musieli go złapać". Sam miał już wszystkie dokumenty uporządkowane, a teraz, wiedząc, w jak poważnych tarapatach znalazł się Purdue, był zdecydowany użyć sprytu, żeby im zaradzić.
    
  "Dobry człowieku" - wyszeptał Perdue, z ulgą, że powiedział o tym komuś takiemu jak Sam, komuś, na kim mógł polegać, że z mistrzowską precyzją postawi na właściwym miejscu grabie. "A teraz, zdaje się, sępy za tymi drzwiami muszą zobaczyć, jak ty i Patrick kończycie moje badanie lekarskie".
    
  Z Samem w przebraniu doktora Beacha i Patrickiem Smithem wykorzystującym jego podstęp, Perdue pożegnał się z drzwiami swojej sypialni. Sam obejrzał się. "Hemoroidy są częste przy tego rodzaju praktykach seksualnych, panie Perdue. Widziałem je głównie u polityków i... agentów wywiadu... ale nie ma się czym martwić. Trzymajcie się zdrowo i do zobaczenia wkrótce".
    
  Perdue zniknął w swoim pokoju, żeby się pośmiać, podczas gdy Sam, idąc do drzwi wejściowych, spotkał się z kilkoma urażonymi spojrzeniami. Skinął grzecznie głową i opuścił posiadłość, ciągnąc za sobą przyjaciela z dzieciństwa. Patrick był przyzwyczajony do wybuchów gniewu Sama, ale tego dnia miał ogromne problemy z utrzymaniem surowej, profesjonalnej postawy, przynajmniej do momentu, aż wsiedli do jego volvo i opuścili posiadłość - ze śmiechem.
    
    
  5
  Smutek w murach Villi d'Chantal
    
    
    
  Antrevo - dwa dni później
    
    
  Ciepły wieczór ledwo ogrzał stopy Madame Chantal, gdy zakładała kolejną parę pończoch na jedwabne rajstopy. Była jesień, ale dla niej zimowy chłód był już wszechobecny.
    
  "Obawiam się, że coś z tobą nie tak, kochanie" - zasugerował jej mąż, poprawiając krawat po raz setny. "Jesteś pewna, że nie możesz po prostu znieść przeziębienia i pójść ze mną dziś wieczorem? Wiesz, jeśli ludzie będą mnie widywać samotnie na bankietach, mogą zacząć podejrzewać, że coś między nami jest nie tak".
    
  Spojrzał na nią z troską. "Nie mogą wiedzieć, że jesteśmy praktycznie bankrutami, rozumiesz? Twoja nieobecność tam ze mną mogłaby wywołać plotki i zwrócić na nas uwagę. Niewłaściwe osoby mogłyby zbadać naszą sytuację tylko po to, by zaspokoić swoją ciekawość. Wiesz, że strasznie się martwię i muszę dbać o dobrą wolę ministra i jego akcjonariuszy, bo inaczej jesteśmy skończeni".
    
  "Oczywiście, że tak. Zaufaj mi, kiedy mówię, że wkrótce nie będziemy musieli martwić się o utrzymanie nieruchomości" - zapewniła go słabo.
    
  "Co to znaczy? Mówiłem ci - nie sprzedaję diamentów. To jedyny pozostały dowód naszego statusu!" - powiedział stanowczo, choć w jego słowach słychać było raczej troskę niż gniew. "Chodź ze mną dziś wieczorem i ubierz się w coś ekstrawaganckiego, żebym wyglądał godnie roli, jaką muszę odegrać jako prawdziwie odnoszący sukcesy biznesmen".
    
  "Henri, obiecuję, że będę z tobą następnym razem. Po prostu nie czuję, żebym mogła dłużej zachować radosny wyraz twarzy, walcząc z gorączką i bólem". Chantal powoli podeszła do męża z uśmiechem. Poprawiła mu krawat i pocałowała go w policzek. Położył grzbiet dłoni na jej czole, żeby sprawdzić temperaturę, po czym wyraźnie się odsunął.
    
  "Co?" zapytała.
    
  "Boże, Chantal. Nie wiem, jaką masz gorączkę, ale wygląda na to, że jest odwrotnie. Jesteś zimna jak... trup" - w końcu udało mu się wydusić z siebie to okropne porównanie.
    
  "Mówiłam ci" - odpowiedziała nonszalancko - "nie czuję się na tyle dobrze, by zdobić twój bok, jak przystało żonie barona. A teraz pospiesz się, bo możesz się spóźnić, a to jest absolutnie niedopuszczalne".
    
  "Tak, milady" - Henri uśmiechnął się, ale serce wciąż waliło mu jak młotem z wrażenia, jakie wywołał dotyk skóry żony, tak zimnej, że nie mógł pojąć, dlaczego jej policzki i usta wciąż płonęły. Baron potrafił doskonale ukrywać emocje. Był to wymóg jego tytułu i właściwy tok postępowania. Wkrótce potem wyszedł, rozpaczliwie pragnąc spojrzeć na żonę machającą na pożegnanie z otwartych drzwi frontowych ich zamku w stylu Belle Époque, ale postanowił zachować pozory.
    
  Pod ciepłym niebem kwietniowego wieczoru baron de Martin niechętnie opuścił dom, ale jego żona była aż nazbyt zadowolona z samotności. Nie chodziło jednak o samotność. Pospiesznie przygotowała się na przyjęcie gościa, najpierw wyjmując trzy diamenty z sejfu męża. Celeste była wspaniała, tak zachwycająca, że nie chciała się z nią rozstawać, ale to, czego oczekiwała od alchemika, było o wiele ważniejsze.
    
  "Dziś w nocy nas uratuję, mój drogi Henri" - wyszeptała, kładąc diamenty na zielonej aksamitnej serwetce wyciętej z sukni, którą zazwyczaj nosiła na bankiety, takie jak ten, na który właśnie wyszedł jej mąż. Energicznie pocierając zimne dłonie, Chantal wyciągnęła je do ognia w kominku, żeby je ogrzać. Równomierny rytm zegara kominkowego przemierzał cichy dom, zmierzając do drugiej połowy tarczy. Miała trzydzieści minut do jego przybycia. Jej gospodyni znała go już z widzenia, podobnie jak jej asystentka, ale jeszcze nie zapowiedziano jego przybycia.
    
  W swoim dzienniku zanotowała ten dzień, wspominając o swoim stanie. Chantal była znawczynią notatek, zapalonym fotografem i pisarką. Pisała wiersze na każdą okazję, nawet w najprostsze chwile przyjemności, układając wiersze w pamięci. Wspomnienia z każdej rocznicy wracała do poprzednich dzienników, aby zaspokoić nostalgię. Jako wielka wielbicielka samotności i starożytności, Chantal prowadziła swoje dzienniki w kosztownie oprawionych zeszytach i czerpała prawdziwą przyjemność z zapisywania swoich myśli.
    
    
  14 kwietnia 2016 - Entrevaux
    
  Chyba robi mi się niedobrze. Moje ciało jest niewiarygodnie zimne, mimo że na zewnątrz jest ledwie 19 stopni. Nawet ogień obok mnie wydaje mi się iluzją; widzę płomienie, ale nie czuję żaru. Gdyby nie moje pilne sprawy, odwołałbym dzisiejsze spotkanie. Ale nie mogę. Muszę zadowolić się ciepłymi ubraniami i winem, żeby nie zwariować z zimna.
    
  Sprzedaliśmy wszystko, co mogliśmy, żeby utrzymać firmę na powierzchni, i martwię się o zdrowie mojego drogiego Henry'ego. Nie śpi i jest generalnie emocjonalnie zdystansowany. Nie mam za dużo czasu, żeby pisać więcej, ale wiem, że to, co zamierzam zrobić, pomoże nam wydostać się z dołka finansowego, w który wpadliśmy.
    
  Pan Raya, egipski alchemik o nieskazitelnej reputacji wśród klientów, odwiedza mnie dziś wieczorem. Z jego pomocą podniesiemy wartość kilku klejnotów, które mi pozostały, a które będą znacznie więcej warte, gdy je sprzedam. W zamian dam mu Celestyn - straszną rzecz, zwłaszcza dla mojego ukochanego Henriego, którego rodzina uważa ten kamień za święty i jest jego właścicielem od niepamiętnych czasów. Ale to niewielka suma, którą warto poświęcić w zamian za oczyszczenie i podniesienie wartości innych diamentów, co przywróci nam sytuację finansową i pomoże mojemu mężowi zachować baronię i ziemię.
    
  Anne, Louise i ja zainscenizujemy włamanie przed powrotem Henriego, żebyśmy mogli wyjaśnić zniknięcie Celeste. Serce mi pęka z żalu za Henrim, za zbezczeszczenie jego dziedzictwa w ten sposób, ale czuję, że to jedyny sposób, aby odzyskać nasz status, zanim popadniemy w zapomnienie i skończymy w niesławie. Ale mój mąż na tym skorzysta i tylko to się dla mnie liczy. Nigdy nie będę mogła mu tego powiedzieć, ale kiedy odzyska siły i poczuje się komfortowo na swoim stanowisku, będzie dobrze spał, dobrze jadł i znów będzie szczęśliwy. To jest warte o wiele więcej niż jakikolwiek błyszczący klejnot.
    
  - Chantal
    
    
  Podpisała się i Chantal ponownie zerknęła na zegar w salonie. Pisała już od jakiegoś czasu. Jak zawsze, schowała pamiętnik w niszy za obrazem pradziadka Henriego i zastanawiała się, co mogło być przyczyną jej nieobecności. Gdzieś w zamglonych myślach, gdy pisała, usłyszała zegar wybijający pierwszą, ale zignorowała go, by nie zapomnieć o tym, co zamierzała zapisać na dzisiejszej stronie pamiętnika. Teraz ze zdziwieniem zobaczyła, jak ozdobna, długa wskazówka przesuwa się z dwunastej na piątą.
    
  "Już dwadzieścia pięć minut spóźnienia?" wyszeptała, narzucając kolejny szal na drżące ramiona. "Anno!" zawołała do gospodyni, podnosząc pogrzebacz, by rozpalić ogień. Gdy syknęła kolejny kawałek drewna, rozżarzone węgle posypały się w komin, ale nie miała czasu, by pogłaskać płomienie i je wzmocnić. Z powodu przełożenia spotkania z Rayą Chantal miała mniej czasu na dokończenie spraw biznesowych przed powrotem męża. To nieco zaniepokoiło panią domu. Szybko, odwróciwszy się do kominka, musiała zapytać służbę, czy gość dzwonił, by wyjaśnić swoje spóźnienie. "Anno! Gdzie ty jesteś, na litość boską?" krzyknęła ponownie, nie czując ciepła płomieni, które niemal lizały jej dłonie.
    
  Chantal nie usłyszała odpowiedzi od swojej pokojówki, gospodyni ani asystentki. "Nie mów mi, że zapomniały, że dziś w nocy pracowały po godzinach" - mruknęła pod nosem, spiesząc korytarzem na wschodnią stronę willi. "Anno! Brigitte!" - zawołała głośniej, okrążając kuchenne drzwi, za którymi panowała tylko ciemność. Unosząc się w mroku, Chantal widziała pomarańczowe światło ekspresu do kawy, wielobarwne światełka gniazdek i niektóre sprzęty AGD; tak to zawsze wyglądało, gdy panie wychodziły na cały dzień. "Boże, zapomniały" - mruknęła, wciągając głęboko powietrze, gdy chłód ścisnął ją w środku niczym ukąszenie lodu w wilgotną skórę.
    
  Właścicielka willi pospiesznie przemierzała korytarze, odkrywając, że jest sama w domu. "Świetnie, teraz muszę to wykorzystać" - poskarżyła się. "Louise, powiedz mi chociaż, że nadal jesteś na służbie" - zwróciła się do zamkniętych drzwi, za którymi jej asystentka zazwyczaj zajmowała się podatkami Chantal, działalnością charytatywną i kontaktami z prasą. Ciemne drewniane drzwi były zamknięte na klucz, a z wnętrza nie dobiegała żadna odpowiedź. Chantal była rozczarowana.
    
  Nawet gdyby jej gość się pojawił, nie miałaby wystarczająco dużo czasu, by wnieść oskarżenie o włamanie, do którego zmusiłaby męża. Mamrocząc pod nosem, idąc, arystokratka nadal naciągała szale na piersi i zakrywała kark, rozpuszczając włosy, tworząc swego rodzaju izolację. Była około 21:00, kiedy weszła do salonu.
    
  Zamieszanie wokół tej sytuacji niemal ją dusiło. Wyraźnie powiedziała personelowi, żeby spodziewał się pana Rayi, ale najbardziej zastanawiało ją to, że nie tylko jej asystentka i gospodyni, ale także gość, zerwali umowę. Czy mąż dowiedział się o jej planach i dał personelowi wolny wieczór, żeby uniemożliwić jej spotkanie z panem Rayą? A co jeszcze bardziej niepokojące, czy Henry w jakiś sposób pozbył się Rayi?
    
  Kiedy wróciła na miejsce, gdzie rozłożyła aksamitną serwetkę z trzema diamentami, Chantal przeżyła szok większy niż sama myśl o byciu w domu. Z jej ust wyrwał się drżący okrzyk, a na widok pustej tkaniny zacisnęła dłonie. Łzy napłynęły jej do oczu, piekąc ją z głębi żołądka i przeszywając serce. Kamienie zostały skradzione, ale jej przerażenie potęgował fakt, że ktoś zdołał je zabrać, gdy była w domu. Żadne środki bezpieczeństwa nie zostały naruszone, co pozostawiło Madame Chantal przerażoną mnogością możliwych wyjaśnień.
    
    
  6
  Wysoka cena
    
    
  "Lepiej mieć dobrą reputację niż bogactwo"
    
  -Król Salomon
    
    
  Wiatr zaczął wiać, ale wciąż nie mógł przerwać ciszy w willi, gdzie Chantal stała zapłakana nad swoją stratą. Nie chodziło tylko o utratę diamentów i bezcennej wartości Celeste, ale o wszystko inne, co zostało utracone w wyniku kradzieży.
    
  "Ty głupia, bezmózga suko! Uważaj, czego sobie życzysz, głupia suko!" - jęknęła przez uwięzione palce, ubolewając nad przewrotnym rezultatem swojego pierwotnego planu. "Teraz nie musisz już kłamać Henriemu. Naprawdę je ukradli!"
    
  Coś poruszyło się w holu, skrzypienie kroków na drewnianej podłodze. Zza zasłony z widokiem na trawnik przed domem zerknęła w dół, żeby sprawdzić, czy ktoś tam jest, ale dom był pusty. Z salonu, pół piętra niżej, dobiegał niepokojący skrzyp, ale Chantal nie mogła zadzwonić na policję ani do firmy ochroniarskiej. Natknęliby się na prawdziwą, niegdyś sfingowaną zbrodnię, a ona miałaby poważne kłopoty.
    
  A może jednak?
    
  Konsekwencje takiego wezwania nie dawały jej spokoju. Czy zabezpieczyła się na wypadek, gdyby zostały odkryte? W końcu wolałaby rozgniewać męża i ryzykować miesiące urazy, niż zginąć z ręki intruza na tyle sprytnego, by ominąć system bezpieczeństwa jej domu.
    
  Lepiej się zdecyduj, kobieto. Czas ucieka. Jeśli złodziej chce cię zabić, marnujesz czas, pozwalając mu grzebać w twoim domu. Serce waliło jej w piersi. Z drugiej strony, jeśli zadzwonisz na policję i twój plan wyjdzie na jaw, Henry może się z tobą rozwieść za utratę Celeste; za to, że w ogóle śmiałeś myśleć, że miałeś prawo ją oddać!
    
  Chantal było tak przeraźliwie zimno, że jej skóra piekła, jakby miała odmrożone pod grubymi warstwami ubrań. Uderzała butami o dywan, aby zwiększyć dopływ wody do stóp, ale stopy nadal były zimne i obolałe w środku.
    
  Wziąwszy głęboki oddech, podjęła decyzję. Chantal wstała z krzesła i wzięła pogrzebacz z kominka. Wiatr przybierał na sile, niczym pojedyncza melodia w samotnym trzasku nikłego ognia, ale Chantal zachowała czujność, wychodząc na korytarz, by zlokalizować źródło skrzypienia. Pod rozczarowanymi spojrzeniami zmarłych przodków męża, przedstawionych na obrazach wiszących na ścianach, przyrzekła sobie, że zrobi wszystko, co w jej mocy, by położyć kres temu nieszczęsnemu pomysłowi.
    
  Z pokerową ręką w dłoni zeszła po schodach po raz pierwszy od czasu, gdy pomachała Henriemu na pożegnanie. Chantal miała sucho w ustach, język wydawał się gruby i nie na miejscu, a gardło szorstkie jak papier ścierny. Patrząc na obrazy kobiet z rodziny Henriego, Chantal nie mogła powstrzymać ukłucia winy na widok wspaniałych diamentowych naszyjników zdobiących ich szyje. Spuściła wzrok, by nie znieść ich wyniosłych min, i przeklęła ją.
    
  Przemierzając dom, Chantal zapalała wszystkie światła, chcąc się upewnić, że nie ma tam miejsca dla nieproszonej osoby. Przed nią północne schody prowadziły w dół, na pierwsze piętro, skąd dobiegał skrzyp. Palce bolały ją, gdy mocno ściskała pogrzebacz.
    
  Kiedy Chantal dotarła na najniższy poziom, odwróciła się, by przejść długimi krokami po marmurowej posadzce i włączyć światło w przedsionku, ale jej serce zamarło w ciemności. Wydała z siebie cichy szloch, widząc przerażającą wizję. Przy włączniku światła na przeciwległej ścianie usłyszała dosadne wyjaśnienie skrzypiącego dźwięku. Ciało kobiety, zawieszone na linie na belce sufitu, kołysało się w przód i w tył na wietrze wpadającym przez otwarte okno.
    
  Kolana Chantal ugięły się pod nią i musiała stłumić pierwotny krzyk, który błagał, by się zrodzić. To była Brigitte, jej gosposia. Wysoka, szczupła, trzydziestodziewięcioletnia blondynka miała siną twarz, odrażającą i przerażająco zniekształconą wersję jej niegdyś pięknej osoby. Jej buty spadły na podłogę, nie dalej niż metr od palców u stóp. Atmosfera w holu na dole była lodowata, niemal nie do zniesienia i nie mogła długo czekać, aż nogi się pod nią ugią. Mięśnie piekły ją i napinały od zimna, a ścięgna w jej ciele napinają się.
    
  Muszę iść na górę! - krzyknęła bezgłośnie. - Muszę iść do kominka, bo zamarznę na śmierć. Po prostu zamknę drzwi i zadzwonię na policję. Zebrawszy wszystkie siły, wlokła się po schodach, pokonując je jeden po drugim, podczas gdy Brigitte śledziła ją z boku martwym, intensywnym wzrokiem. - Nie patrz na nią, Chantal! Nie patrz na nią.
    
  W oddali widziała przytulny, ciepły salon, coś, co stało się teraz kluczowe dla jej przetrwania. Gdyby udało jej się dotrzeć do kominka, musiałaby pilnować tylko jednego pokoju, zamiast próbować eksplorować rozległy, niebezpieczny labirynt jej ogromnego domu. Chantal obliczyła, że gdy już będzie zamknięta w salonie, będzie mogła zadzwonić na policję i udawać, że nie wie o zaginionych diamentach, dopóki mąż się o tym nie dowie. Na razie musiała pogodzić się ze stratą ukochanej gospodyni i zabójcy, który mógł wciąż być w domu. Najpierw musiała przeżyć, a potem musiała zmierzyć się z konsekwencjami swoich złych decyzji. Przeraźliwe napięcie liny przypominało jej nierówny oddech, gdy szła wzdłuż poręczy. Czuła mdłości, a zęby szczękały jej z zimna.
    
  Z małego gabinetu Louise, jednego z pokoi gościnnych na parterze, dobiegł przeraźliwy jęk. Lodowaty podmuch powietrza wystrzelił spod drzwi, spływając po butach Chantal i w górę jej nóg. Nie, nie otwieraj drzwi, argumentowała. Wiesz, co się dzieje. Nie mamy czasu szukać dowodów na to, że już wiesz, Chantal. Chodź. Wiesz. Czujemy to. Jak koszmar z nogami, wiesz, co cię czeka. Po prostu podejdź do ognia.
    
  Opierając się pokusie otwarcia drzwi Louise, Chantal puściła klamkę i odwróciła się, by stłumić jęki w środku. "Dzięki Bogu, że wszystkie światła są zapalone" - wymamrotała przez zaciśnięte zęby, obejmując się ramionami, idąc w stronę zapraszających drzwi, za którymi widniał cudowny, pomarańczowy blask kominka.
    
  Oczy Chantal rozszerzyły się, gdy spojrzała przed siebie. Początkowo nie była pewna, czy faktycznie widziała, jak drzwi się poruszają, ale zbliżając się do pokoju, zauważyła, że zamykają się zauważalnie wolno. Starając się pospieszyć, trzymała pogrzebacz w pogotowiu, czekając na tego, kto zamykał drzwi, ale musiała wejść.
    
  A co, jeśli w domu jest więcej niż jeden zabójca? A co, jeśli ten z salonu odwraca twoją uwagę od tego, co dzieje się w pokoju Louise? - pomyślała, próbując dostrzec jakiś cień lub postać, która mogłaby pomóc jej zrozumieć naturę zdarzenia. To nie był odpowiedni moment, żeby o tym wspominać, zauważył inny głos w jej głowie.
    
  Twarz Chantal była lodowato zimna, usta bezbarwne, a ciało trzęsło się przeraźliwie, gdy podeszła do drzwi. Ale zatrzasnęły się, gdy tylko nacisnęła klamkę, odrzucając je z impetem. Podłoga przypominała lodowisko, a ona zerwała się na równe nogi, szlochając z rezygnacją, gdy z drzwi Louise dobiegały przeraźliwe jęki. Ogarnięta przerażeniem, Chantal próbowała otworzyć drzwi do salonu, ale była zbyt osłabiona zimnem.
    
  Osunęła się na podłogę, zaglądając pod drzwi, żeby zobaczyć światło z kominka. Nawet to mogłoby być niewielką pociechą, gdyby wyobraziła sobie ten upał, ale gruby dywan zasłaniał jej widoczność. Spróbowała wstać ponownie, ale było jej tak zimno, że po prostu zwinęła się w kłębek w kącie obok zamkniętych drzwi.
    
  Idź do któregoś z pozostałych pokoi i przynieś jakieś koce, idioto, pomyślała. No dalej, rozpal jeszcze raz, Chantal. W willi jest czternaście kominków, a ty za jeden chcesz umrzeć? Zadrżała, chcąc się uśmiechnąć z ulgi, jaką poczuła po podjęciu tej decyzji. Madame Chantal z trudem podniosła się, by dotrzeć do najbliższej sypialni gościnnej z kominkiem. Tylko cztery drzwi dalej i kilka schodków wyżej.
    
  Ciężkie jęki dochodzące zza drugich drzwi szarpały jej psychikę i nerwy, ale gospodyni domu wiedziała, że umrze z wychłodzenia, jeśli nie dotrze do czwartego pokoju. Znajdowała się tam szuflada wypełniona zapałkami i zapalniczkami w nadmiarze, a kratka na kominku mieściła tyle butanu, że mógł eksplodować. Jej telefon komórkowy był w salonie, a komputery w różnych pomieszczeniach na parterze - miejscu, do którego nie chciała wchodzić, gdzie okno było otwarte, a jej nieżyjąca już gospodyni odmierzała czas niczym zegar na kominku.
    
  "Proszę, proszę, niech w pokoju będą polana" - drżała, pocierając dłonie i naciągając koniec szala na twarz, próbując złapać trochę ciepłego oddechu. Ściskając pogrzebacz mocno pod pachą, odkryła, że pokój jest otwarty. Panika Chantal wahała się między zabójcą a zimnem i nieustannie zastanawiała się, co ją zabije pierwsze. Z wielkim zapałem próbowała układać polana w kominku w salonie, podczas gdy prześladujące jęki z drugiego pokoju cichły.
    
  Jej dłonie niezgrabnie próbowały chwycić drzewo, ale ledwo mogła używać palców. Coś w jej stanie było dziwnego, pomyślała. Fakt, że jej dom był odpowiednio ogrzewany i nie widziała pary z ust, bezpośrednio przeczył jej założeniu, że pogoda w Nicei była wyjątkowo zimna jak na tę porę roku.
    
  "To wszystko" - kipiała ze złości, próbując rozpalić gaz pod kłodami - "tylko po to, żeby się ogrzać, skoro jeszcze nie jest zimno! Co się dzieje? Zamarzam w środku na śmierć!"
    
  Ogień rozgorzał z hukiem, a rozpalony gaz butan natychmiast zabarwił blade wnętrze pokoju. "Ach! Pięknie!" wykrzyknęła. Opuściła pogrzebacz, by ogrzać dłonie w buzującym palenisku, które ożyło, trzaskając i rozrzucając iskry, które zgasłyby przy najlżejszym dotknięciu. Patrzyła, jak rozlatują się i znikają, gdy wsuwała dłonie w kominek. Coś zaszeleściło za nią, a Chantal odwróciła się, by spojrzeć na wychudłą twarz Abdula Rayi z jego czarnymi, zapadniętymi oczami.
    
  "Panie Raya!" powiedziała mimowolnie. "Zabrał pan moje diamenty!"
    
  "Tak, proszę pani" - powiedział spokojnie. "Ale tak czy inaczej, nie powiem pani mężowi, co pani robiła za jego plecami".
    
  "Ty sukinsynu!" Stłumiła gniew, ale jej ciało nie pozwalało jej na wystarczająco szybki atak.
    
  "Lepiej trzymaj się blisko ognia, proszę pani. Potrzebujemy ciepła, żeby żyć. Ale diamenty nie dadzą ci oddychać" - podzielił się swoją mądrością.
    
  "Rozumiesz, co mogę ci zrobić? Znam kilku bardzo utalentowanych ludzi i mam pieniądze, żeby zatrudnić najlepszych łowców, jeśli nie oddasz mi diamentów!"
    
  "Przestań grozić, Madame Chantal" - ostrzegł serdecznie. "Oboje wiemy, dlaczego potrzebowałaś alchemika, żeby dokonał magicznej transmutacji twoich ostatnich drogocennych kamieni. Potrzebujesz pieniędzy. Tsk-tsk" - pouczył. "Jesteś skandalicznie bogata, dostrzegasz bogactwo tylko wtedy, gdy jesteś ślepa na piękno i cel. Nie zasługujesz na to, co masz, więc wziąłem na siebie uwolnienie cię od tego strasznego ciężaru".
    
  "Jak śmiesz?" zmarszczyła brwi, a jej zdeformowana twarz ledwo traciła błękitny odcień w świetle buzujących płomieni.
    
  "Wyzywam was. Wy, arystokraci, zasiadajcie na najwspanialszych darach ziemi i przywłaszczajcie je sobie. Nie możecie kupić mocy bogów, tylko zepsute dusze mężczyzn i kobiet. Udowodniliście to. Te spadające gwiazdy nie należą do was. Należą do nas wszystkich, magów i rzemieślników, którzy posługują się nimi, by tworzyć, ozdabiać i wzmacniać to, co słabe" - powiedział z pasją.
    
  "Ty? Czarodziej?" Zaśmiała się pusto. "Jesteś artystą-geologiem. Nie ma czegoś takiego jak magia, głupcze!"
    
  "Nie ma ich tam?" - zapytał z uśmiechem, bawiąc się Celeste między palcami. "Więc proszę mi powiedzieć, pani, jak stworzyłem u pani iluzję hipotermii?"
    
  Chantal oniemiała, wściekła i przerażona. Choć wiedziała, że ten dziwny stan dotyczy tylko jej, nie mogła znieść myśli o jego zimnym dotyku na jej dłoni podczas ich ostatniego spotkania. Wbrew prawom natury, umierała z zimna. Jej oczy zamarły z przerażenia, gdy patrzyła, jak odchodzi.
    
  "Do widzenia, pani Chantal. Proszę się ogrzać."
    
  Gdy wychodził, a pokojówka się chwiała, Abdul Rayya usłyszał mrożący krew w żyłach krzyk dochodzący z pokoju gościnnego... dokładnie tak, jak się spodziewał. Schował diamenty do kieszeni, podczas gdy na górze Madame Chantal wdrapała się do kominka, aby jak najbardziej złagodzić chłód. Przez cały ten czas pracowała w bezpiecznej temperaturze 37,5№C (99,5№F), ale wkrótce potem zmarła, pochłonięta płomieniami.
    
    
  7
  W Dole Objawienia nie ma zdrajcy.
    
    
  Purdue doświadczył czegoś, czego nigdy wcześniej nie doświadczył - absolutnej nienawiści do drugiego człowieka. Chociaż powoli dochodził do siebie fizycznie i psychicznie po traumatycznych przeżyciach w małym miasteczku Fallin w Szkocji, odkrył, że jedyną rzeczą, która psuła jego pogodny, beztroski nastrój, był fakt, że Joe Carter, znany również jako Joseph Karsten, wciąż łapie oddech. Za każdym razem, gdy rozmawiał z prawnikami pod przewodnictwem agenta specjalnego Patricka Smitha o zbliżającym się procesie sądowym, czuł w ustach niesmaczny posmak.
    
  "Właśnie dostałem tę notatkę, Davidzie" - oznajmił Harry Webster, główny radca prawny Purdue. "Nie wiem, czy to dla ciebie dobra, czy zła wiadomość".
    
  Dwaj partnerzy Webstera oraz Patrick dołączyli do Perdue i jego prawnika przy stole w jadalni z wysokim sufitem hotelu Wrichtishousis. Zaproponowano im bułeczki i herbatę, które delegacja chętnie przyjęła, po czym udała się na, jak mieli nadzieję, szybkie i łagodne przesłuchanie.
    
  "Co to jest?" - zapytał Perdue, a serce zabiło mu mocniej. Nigdy wcześniej nie musiał się niczego obawiać. Jego bogactwo, zasoby i reprezentanci zawsze mogli rozwiązać każdy jego problem. Jednak w ciągu ostatnich kilku miesięcy zdał sobie sprawę, że jedynym prawdziwym bogactwem w życiu jest wolność i był bliski jej utraty. Doprawdy przerażające olśnienie.
    
  Harry zmarszczył brwi, sprawdzając drobny druk w e-mailu, który otrzymał z działu prawnego w siedzibie Secret Intelligence Service. "Och, i tak pewnie nie będzie to miało dla nas znaczenia, ale szefa MI6 tam nie będzie. Ten e-mail ma na celu powiadomienie i przeprosiny wszystkich zaangażowanych w jego nieobecność, ale miał pilne sprawy osobiste do załatwienia".
    
  "Gdzie?" zapytałem. "Purdue wykrzyknął niecierpliwie.
    
  Zaskakując ławę przysięgłych swoją reakcją, szybko zbagatelizował sprawę wzruszeniem ramion i uśmiechem: "Ciekawi mnie tylko, dlaczego człowiek, który nakazał oblężenie mojej posiadłości, nie zadał sobie trudu, by przyjść na mój pogrzeb".
    
  "Nikt cię nie pochowa, Davidzie" - pocieszył Harry Webster, brzmiąc jak jego prawnik. "Ale nie jest powiedziane gdzie, tylko że miał udać się do ojczyzny swoich przodków. Wyobrażam sobie, że musiało to być w jakimś zakątku dalekiej Anglii".
    
  Nie, to musiało być gdzieś w Niemczech, Szwajcarii albo w jednym z tych przytulnych nazistowskich gniazd, zaśmiał się Perdue, żałując, że nie może po prostu wyjawić prawdy o tym hipokrytycznym przywódcy. W głębi duszy czuł ogromną ulgę, wiedząc, że nie będzie musiał patrzeć w odrażającą twarz wroga, publicznie traktowanego jak przestępca, i patrzeć, jak drań rozkoszuje się swoją sytuacją.
    
  Sam Cleave zadzwonił poprzedniego wieczoru, aby poinformować Purdue, że Channel 8 i World Broadcast Today, prawdopodobnie również CNN, będą dostępne, aby wyemitować wszystko, co dziennikarz śledczy zmontował, aby ujawnić wszelkie przestępstwa MI6 na arenie międzynarodowej i brytyjskiemu rządowi. Jednak dopóki nie zdobędą wystarczających dowodów obciążających Karstena, Sam i Purdue musieli zachować swoją wiedzę w tajemnicy. Problem polegał na tym, że Karsten wiedział. Wiedział, że Purdue wie, a to stanowiło bezpośrednie zagrożenie, coś, co Purdue powinien był przewidzieć. Martwił się tym, jak Karsten postanowi go wykończyć, ponieważ Purdue na zawsze pozostanie w cieniu, nawet jeśli trafi do więzienia.
    
  "Czy mogę skorzystać z komórki, Patricku?" zapytał anielskim tonem, jakby nie mógł skontaktować się z Samem, nawet gdyby chciał.
    
  "Yyy, tak, jasne. Ale muszę wiedzieć, do kogo zadzwonisz" - powiedział Patrick, otwierając sejf, w którym trzymał wszystkie rzeczy, do których Purdue nie mógł mieć dostępu bez pozwolenia.
    
  "Sam Cleve" - rzekł nonszalancko Perdue, od razu zyskując aprobatę Patricka, ale spotykając się z dziwną oceną Webstera.
    
  "Dlaczego?" - zapytał Perdue. "Rozprawa odbędzie się za niecałe trzy godziny, Davidzie. Radzę ci mądrze wykorzystać ten czas".
    
  "Tak właśnie robię. Dziękuję za twoją opinię, Harry, ale to właściwie wina Sama, jeśli nie masz nic przeciwko" - odpowiedział Purdue tonem, który przypomniał Harry'emu Websterowi, że to nie on tu rządzi. Po tych słowach wybrał numer i wiadomość: "Karsten zaginął. Zgaduję, że to austriackie gniazdo".
    
  Krótka, zaszyfrowana wiadomość została natychmiast wysłana przez niestabilne, niemożliwe do namierzenia łącze satelitarne, dzięki jednemu z innowacyjnych urządzeń Purdue'a, które zainstalował w telefonach swoich przyjaciół i kamerdynera - jedynych osób, które jego zdaniem zasługiwały na taki przywilej i znaczenie. Po przesłaniu wiadomości Purdue oddał telefon Patrickowi. "Dziękuję."
    
  "To było cholernie szybkie" - zauważył pod wrażeniem Patrick.
    
  "Technologia, mój przyjacielu. Obawiam się, że słowa wkrótce rozpłyną się w kodach i wrócimy do hieroglifów" - Perdue uśmiechnął się dumnie. "Ale na pewno stworzę aplikację, która zmusi użytkowników do cytowania Edgara Allana Poe lub Szekspira, zanim będą mogli się zalogować".
    
  Patrick nie mógł powstrzymać uśmiechu. To był pierwszy raz, kiedy naprawdę spędził czas z miliarderem, odkrywcą, naukowcem i filantropem Davidem Perdue. Do niedawna uważał go za aroganckiego bogatego dzieciaka, który afiszuje się ze swoimi przywilejami, by zdobyć wszystko, czego zapragnie. Patrick widział w Perdue nie tylko zdobywcę czy skarbiec starożytnych reliktów, które nie były jego własnością; widział w nim zwykłego złodzieja przyjaciół.
    
  Wcześniej nazwisko Perdue budziło w nim jedynie pogardę, utożsamiając się z przekupnością Sama Cleve'a i niebezpieczeństwami związanymi z siwowłosym łowcą relikwii. Teraz jednak Patrick zaczął rozumieć, co go pociągało w tym beztroskim i charyzmatycznym mężczyźnie, który, prawdę mówiąc, był skromny i uczciwy. Mimowolnie poczuł sympatię do towarzystwa i dowcipu Perdue'a.
    
  "Skończmy z tym, chłopcy" - zasugerował Harry Webster i mężczyźni usiedli, aby dokończyć swoje przemówienia.
    
    
  8
  Trybunał dla niewidomych
    
    
    
  Glasgow - trzy godziny później
    
    
  W cichym, słabo oświetlonym pomieszczeniu, niewielka grupa urzędników państwowych, członków towarzystwa archeologicznego i prawników zebrała się na rozprawę Davida Perdue, oskarżonego o rzekome zaangażowanie w szpiegostwo międzynarodowe i kradzież dóbr kultury. Jasnoniebieskie oczy Perdue"a przesunęły się po sali sądowej, szukając pogardliwej twarzy Karstena, jakby była to jego druga natura. Zastanawiał się, co Austriak wyprawia, gdziekolwiek się znajduje, skoro dokładnie wie, gdzie znaleźć Perdue"a. Z drugiej strony, Karsten prawdopodobnie wyobrażał sobie, że Perdue zbyt obawiał się konsekwencji sugerowania powiązań tak wysokiego rangą urzędnika z członkiem Zakonu Czarnego Słońca i być może postanowił dać spać psu.
    
  Pierwszą oznaką tej ostatniej okoliczności był fakt, że sprawa Perdue nie była rozpatrywana przez Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze, zazwyczaj właściwy dla tego typu spraw. Perdue i jego zespół prawny zgodzili się, że nakłonienie przez Joe Cartera rządu Etiopii do wniesienia oskarżenia przeciwko niemu na nieformalnym przesłuchaniu w Glasgow sugerowało, że chciał on utrzymać sprawę w tajemnicy. Takie powściągliwe oskarżenia, choć mogły przyczynić się do właściwego oskarżenia oskarżonego, prawdopodobnie nie zachwiały w znaczący sposób podstawami prawa międzynarodowego dotyczącego szpiegostwa ani czegokolwiek innego.
    
  "To nasza najlepsza linia obrony" - powiedział Harry Webster Perdue przed rozprawą. "On chce, żebyś został oskarżony i osądzony, ale nie chce, żeby zwracano na niego uwagę. To dobrze".
    
  Zgromadzenie usiadło i czekało na rozpoczęcie obrad.
    
  "To jest proces Davida Connora Perdue, oskarżonego o przestępstwa archeologiczne związane z kradzieżą różnych ikon kulturowych i relikwii religijnych" - ogłosił prokurator. "Zeznania złożone podczas tego procesu potwierdzą zarzut szpiegostwa popełnionego pod przykrywką badań archeologicznych".
    
  Po dopełnieniu wszystkich formalności i ogłoszeń, Prokurator Generalny, adw. Ron Watts, w imieniu MI6, przedstawił członków opozycji reprezentujących Federalną Demokratyczną Republikę Etiopii oraz Jednostkę ds. Przestępstw Archeologicznych. Wśród nich byli profesor Imru z Ruchu Ludowego na rzecz Ochrony Dziedzictwa oraz pułkownik Basil Yimenu, weteran i dowódca wojskowy oraz patriarcha Stowarzyszenia Ochrony Zabytków w Addis Abebie.
    
  "Panie Perdue, w marcu 2016 roku ekspedycja, którą pan prowadził i finansował, rzekomo ukradła relikwię religijną znaną jako Arka Przymierza ze świątyni w Aksum w Etiopii. Mam rację?" - powiedział prokurator, skomląc nosowo i z odpowiednią dozą protekcjonalności.
    
  Perdue był, jak zwykle, spokojny i protekcjonalny. "Myli się pan, proszę pana".
    
  Wśród obecnych rozległ się pomruk dezaprobaty, a Harry Webster delikatnie poklepał Perdue'a po ramieniu, by przypomnieć mu o opanowaniu, ale Perdue kontynuował z serdecznością: "To była w rzeczywistości dokładna replika Arki Przymierza, którą znaleźliśmy w zboczu góry za wioską. To nie była słynna Święta Skrzynia zawierająca Bożą moc, proszę pana".
    
  "Widzi pan, to dziwne" - powiedział sarkastycznie prawnik - "bo myślałem, że ci szanowani naukowcy będą w stanie odróżnić prawdziwą Arkę od podróbki".
    
  "Zgadzam się" - szybko odpowiedział Perdue. "Wygląda na to, że dostrzegają różnicę. Z drugiej strony, ponieważ lokalizacja prawdziwej Arki jest jedynie spekulatywna i nie została ostatecznie udowodniona, trudno byłoby stwierdzić, jakie porównania przeprowadzić".
    
  Profesor Imru wstał, patrząc wściekle, ale prawnik gestem nakazał mu usiąść, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć.
    
  "Co masz na myśli?" zapytał prawnik.
    
  "Protestuję, pani" - zapłakał profesor Imru, zwracając się do sędzi Helen Ostrin. "Ten człowiek kpi z naszego dziedzictwa i obraża naszą zdolność do identyfikowania własnych artefaktów!"
    
  "Proszę usiąść, profesorze Imru" - nakazała sędzia. "Nie usłyszałam żadnych tego rodzaju zarzutów od oskarżonego. Proszę poczekać na swoją kolej". Spojrzała na Perdue. "Co pan ma na myśli, panie Perdue?"
    
  "Nie jestem wybitnym historykiem ani teologiem, ale wiem co nieco o królu Salomonie, królowej Saby i Arce Przymierza. Sądząc po opisie we wszystkich tekstach, jestem niemal pewien, że nigdy nie było wzmianki o tym, że pokrywa ma rzeźbienia związane z II wojną światową" - powiedział Perdue mimochodem.
    
  "Co pan ma na myśli, panie Perdue?" "To nie ma sensu" - odparł prawnik.
    
  "Po pierwsze, nie powinno być na nim wygrawerowanej swastyki" - powiedział nonszalancko Perdue, delektując się zszokowaną reakcją publiczności w sali konferencyjnej. Srebrnowłosy miliarder starannie dobierał fakty, aby móc się bronić, nie ujawniając podziemnego świata przestępczego, gdzie prawo tylko by mu przeszkodziło. Starannie dobierał informacje, aby jego działania nie zaalarmowały Karstena i nie dopuściły do tego, by bitwa z Czarnym Słońcem pozostała niezauważona wystarczająco długo, by mógł użyć wszelkich niezbędnych środków, by podpisać ten rozdział.
    
  "Zwariowałeś?" krzyknął pułkownik Yimenu, ale delegacja etiopska natychmiast przyłączyła się do jego protestu.
    
  "Pułkowniku, proszę panować nad sobą, bo inaczej oskarżę pana o obrazę sądu. Proszę pamiętać, że to wciąż rozprawa sądowa, a nie debata!" - warknęła sędzia stanowczym tonem. "Prokuratura może kontynuować postępowanie".
    
  "Czy twierdzi pan, że na złocie wygrawerowano swastykę?" - prawnik uśmiechnął się, słysząc ten absurd. "Czy ma pan jakieś zdjęcia, które to potwierdzają, panie Perdue?"
    
  "Nie wiem" - odpowiedział Perdue z żalem.
    
  Prokurator był zachwycony. "Więc twoja obrona opiera się na plotkach?"
    
  "Moje dokumenty zostały zniszczone podczas pościgu, co niemal doprowadziło do mojej śmierci" - wyjaśnił Perdue.
    
  "Więc władze wzięły pana na celownik" - zaśmiał się Watts. "Być może dlatego, że ukradł pan bezcenny fragment historii. Panie Perdue, podstawa prawna do wszczęcia postępowania karnego za niszczenie zabytków wynika z konwencji z 1954 roku, uchwalonej w odpowiedzi na zniszczenia po II wojnie światowej. Był powód, dla którego do pana strzelano".
    
  "Ale strzelała do nas inna grupa ekspedycyjna, prawnik Watts, dowodzona przez pewną profesor Ritę Popourri i finansowana przez Cosa Nostrę."
    
  Po raz kolejny jego wypowiedź wywołała tak wielkie poruszenie, że sędzia musiał ich przywołać do porządku. Funkcjonariusze MI6 spojrzeli po sobie, nieświadomi jakiegokolwiek zaangażowania sycylijskiej mafii.
    
  "Gdzie więc jest ta druga wyprawa i profesor, który jej przewodził?" - zapytał prokurator.
    
  "Oni nie żyją, proszę pana" - rzekł Perdue wprost.
    
  "Więc mówisz mi, że wszystkie dane i zdjęcia potwierdzające twoje odkrycie zostały zniszczone, a ludzie, którzy mogliby poprzeć twoje twierdzenie, nie żyją" - zaśmiał się Watts. "To całkiem wygodne".
    
  "To sprawia, że zastanawiam się, kto w ogóle zdecydował, że odpłynąłem z Arką" - uśmiechnął się Perdue.
    
  "Panie Perdue, będzie pan zabierał głos tylko wtedy, gdy zostanie pan wezwany" - ostrzegł sędzia. "Jednakże, chciałbym poruszyć ważną kwestię dla oskarżenia. Czy Arka została kiedykolwiek znaleziona w posiadaniu pana Perdue, agencie specjalny Smith?"
    
  Patrick Smith wstał z szacunkiem i odpowiedział: "Nie, moja pani".
    
  "Dlaczego więc nie uchylono zarządzenia Secret Intelligence Service?" - zapytał sędzia. "Skoro nie ma dowodów na postawienie pana Perdue w stan oskarżenia, dlaczego sąd nie został powiadomiony o tym wydarzeniu?"
    
  Patrick odchrząknął. "Bo nasz przełożony jeszcze nie wydał rozkazu, milady".
    
  "A gdzie twój szef?" - zmarszczyła brwi, ale oskarżyciel przypomniał jej o oficjalnym memorandum, w którym Joe Carter poprosił o zwolnienie z powodów osobistych. Sędzia spojrzał na członków trybunału z surową reprymendą. "Uważam ten brak organizacji za niepokojący, panowie, zwłaszcza gdy decydujecie się oskarżyć mężczyznę bez przekonujących dowodów na to, że faktycznie posiada skradziony artefakt".
    
  "Moja pani, jeśli mogę?" - sardonicznie ukłonił się radny Watts. "Pan Purdue był znany i udokumentowany jako odkrywca licznych skarbów podczas swoich wypraw, w tym słynnej Włóczni Przeznaczenia, skradzionej przez nazistów podczas II wojny światowej. Przekazał liczne relikwie o wartości religijnej i kulturowej do muzeów na całym świecie, w tym niedawno odkryte znalezisko Aleksandra Wielkiego. Jeśli wywiad wojskowy nie znalazł tych artefaktów na jego terenie, to tylko dowodzi, że wykorzystywał te wyprawy do szpiegowania innych krajów".
    
  O cholera, pomyślał Patrick Smith.
    
  "Proszę, pani, czy mogę coś powiedzieć?" - zapytał Col Yimenę, na co sędzia skinął ręką, dając znak, że może się zgodzić. "Jeśli ten człowiek nie ukradł naszej Arki, czemu sprzeciwia się cała grupa aksumickich robotników, to jak mogła zniknąć z jego rąk?"
    
  "Panie Perdue? Czy chciałby pan to rozwinąć?" - zapytał sędzia.
    
  "Jak wspomniałem wcześniej, ścigała nas inna ekspedycja. Moja droga, ledwo uciekłem, ale grupa Potpourri przejęła Arkę, która nie była prawdziwą Arką Przymierza" - wyjaśnił Perdue.
    
  "I wszyscy zginęli. Gdzie więc jest artefakt?" - zapytała zachwycona profesor. Imru wyglądała na wyraźnie zdruzgotaną stratą. Sędzia pozwoliła mężczyznom swobodnie mówić, pod warunkiem, że zachowają porządek, zgodnie z jej instrukcjami.
    
  "Ostatnio widziano go w ich willi w Dżibuti, profesorze" - odpowiedział Perdue - "zanim wyruszyli z moimi kolegami i ze mną na wyprawę, żeby zbadać zwoje z Grecji. Musieliśmy im pokazać drogę i to właśnie tam..."
    
  "Sfingowałaś własną śmierć" - oskarżył szorstko prokurator. "Nie muszę nic więcej mówić, milady. Na miejsce wezwano MI6, żeby aresztować pana Purdue, ale znaleziono go "martwego" i odkryto, że włoscy członkowie ekspedycji zginęli. Czy mam rację, agencie specjalny Smith?"
    
  Patrick starał się nie patrzeć na Perdue'a. Cicho odpowiedział: "Tak".
    
  "Dlaczego miałby sfingować swoją śmierć, żeby uniknąć aresztowania, skoro nie miał nic do ukrycia?" - kontynuował prokurator. Perdue chciał wyjaśnić swoje działania, ale opowiadanie o dramacie Zakonu Czarnego Słońca i udowadnianie, że on również nadal istnieje, było zbyt szczegółowe i nie warte odwracania uwagi.
    
  "Moja pani, czy mogę?" Harry Webster w końcu podniósł się ze swego miejsca.
    
  "Proszę kontynuować" - powiedziała z uznaniem, ponieważ obrońca nie powiedział jeszcze ani słowa.
    
  "Czy mogę zasugerować, abyśmy zawarli jakieś porozumienie w imieniu mojego klienta, ponieważ w tej sprawie ewidentnie jest wiele luk? Nie ma konkretnych dowodów przeciwko mojemu klientowi za ukrywanie skradzionych relikwii. Co więcej, nie ma nikogo, kto mógłby zeznać, że faktycznie dostarczył im jakichkolwiek informacji wywiadowczych związanych ze szpiegostwem". Zrobił pauzę, by spojrzeć w oczy każdemu z obecnych przedstawicieli wywiadu wojskowego. Następnie spojrzał na Perdue.
    
  "Panowie, moja pani" - kontynuował - "za zgodą mojej klientki chciałbym przyjąć ugodę".
    
  Purdue zachował kamienną twarz, ale serce waliło mu jak młotem. Tego ranka szczegółowo omówił ten wynik z Harrym, więc wiedział, że może zaufać swojemu głównemu prawnikowi, że podejmie właściwe decyzje. Mimo to, było to stresujące. Mimo to Purdue zgodził się, że powinni po prostu zostawić to wszystko za sobą, z jak najmniejszym ryzykiem. Nie bał się oberwać za swoje przewinienia, ale z pewnością nie cieszyła go perspektywa spędzenia lat za kratkami bez możliwości wymyślania, odkrywania i, co najważniejsze, postawienia Josepha Karstena na swoim.
    
  "Dobrze" - powiedziała sędzia, składając ręce na stole. "Jakie są warunki pozwanego?"
    
    
  9
  Gość
    
    
  "Jak poszło przesłuchanie?" - zapytała Nina Sama przez Skype"a. Za nią widział pozornie niekończące się rzędy półek wypełnionych starożytnymi artefaktami i ludzi w białych fartuchach katalogujących różne przedmioty.
    
  "Nie mam jeszcze odpowiedzi od Paddy'ego ani Purdue, ale na pewno dam ci znać, jak tylko Paddy zadzwoni do mnie dziś po południu" - powiedział Sam, odetchnąwszy z ulgą. "Cieszę się, że Paddy jest z nim".
    
  "Dlaczego?" Zmarszczyła brwi. Potem zachichotała żartobliwie. "Purdue zazwyczaj owija sobie ludzi wokół palca, nawet się nie starając. Nie musisz się o niego martwić, Sam. Założę się, że wyjdzie na wolność bez konieczności smarowania celi w miejscowym więzieniu".
    
  Sam śmiał się razem z nią, rozbawiony zarówno jej wiarą w umiejętności Purdue, jak i żartem o szkockich więzieniach. Tęsknił za nią, ale nigdy by się do tego nie przyznał, a co dopiero powiedział jej to wprost. Ale chciał.
    
  "Kiedy wrócisz, żebym mógł kupić ci single malta?" zapytał.
    
  Nina uśmiechnęła się i pochyliła, żeby pocałować ekran. "Och, tęskni pan za mną, panie Cleve?"
    
  "Nie pochlebiaj sobie" - uśmiechnął się, rozglądając się nieśmiało. Ale podobało mu się, że znów spojrzał w ciemne oczy przystojnego historyka. Jeszcze bardziej podobało mu się, że znów się uśmiechała. "Gdzie jest Joanna?"
    
  Nina obejrzała się, a ruch jej głowy ożywił jej długie, ciemne loki, które uniosły się w górę wraz z jej ruchem. "Była tu... czekaj... Joe!" zawołała spoza ekranu. "Chodź, przywitaj się ze swoją sympatią".
    
  Sam parsknął śmiechem i oparł czoło na dłoni. "Czy ona nadal ugania się za moim oszałamiająco pięknym tyłkiem?"
    
  "Tak, ona nadal uważa cię za wariatkę, skarbie" - zażartowała Nina. "Ale bardziej kocha swojego kapitana. Przepraszam". Nina puściła oko, patrząc, jak zbliża się jej przyjaciółka, Joan Earle, nauczycielka historii, która pomogła im odnaleźć skarb Aleksandra Wielkiego.
    
  "Cześć, Sam!" - pomachał mu wesoły Kanadyjczyk.
    
  Cześć Joe, wszystko w porządku?
    
  "Świetnie mi idzie, kochanie" - rozpromieniła się. "Wiesz, to spełnienie moich marzeń. W końcu mogę się dobrze bawić i podróżować, a jednocześnie uczyć historii!"
    
  "Nie wspominając o opłacie za jego znalezienie, co?" - puścił oko.
    
  Jej uśmiech zniknął, zastąpiony pożądliwym spojrzeniem, gdy skinęła głową i wyszeptała: "Wiem, prawda? Mogłabym na tym zarobić! A jako bonus, dostałam stary, seksowny kajak do mojej firmy czarterowej. Czasami wypływamy na wodę, żeby po prostu obejrzeć zachód słońca, wiesz, kiedy nie wstydzimy się go pokazać".
    
  "Brzmi wspaniale" - uśmiechnął się, w duchu modląc się, by Nina znów zwyciężyła. Uwielbiał Joan, ale potrafiła oszukać mężczyznę. Jakby czytając mu w myślach, wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się. "Dobrze, Sam, zabiorę cię z powrotem do doktora Goulda. A teraz, żegnaj!"
    
  "Żegnaj, Joe" - powiedział, unosząc brew. Dzięki Bogu.
    
  Słuchaj, Sam. Za dwa dni wracam do Edynburga. Zabieram ze sobą łup, który ukradliśmy za przekazanie skarbu Aleksandrii, więc będziemy mieli powód do świętowania. Mam tylko nadzieję, że zespół prawny Purdue dołoży wszelkich starań, żebyśmy mogli świętować razem. Chyba że akurat masz jakieś zlecenie.
    
  Sam nie mógł jej powiedzieć o nieoficjalnym zadaniu, które Purdue mu zlecił, aby dowiedzieć się jak najwięcej o interesach Karstena. Na razie musiało to pozostać tajemnicą między dwoma mężczyznami. "Nie, tylko kilka punktów badawczych tu i tam" - wzruszył ramionami. "Ale nic na tyle ważnego, żeby powstrzymać mnie od wypicia piwa".
    
  "Wspaniale" - powiedziała.
    
  "Więc wracasz prosto do Oban?" zapytał Sam.
    
  Zmarszczyła nos. "Nie wiem. Zastanawiałam się nad tym, bo Raichtisusis jest teraz niedostępny".
    
  "Wiesz, twój pokorny sługa ma też dość luksusową rezydencję w Edynburgu" - przypomniał jej. "To nie historyczna forteca z mitów i legend, ale ma naprawdę fajne jacuzzi i lodówkę pełną zimnych napojów".
    
  Nina uśmiechnęła się krzywo, widząc jego chłopięcą próbę zwabienia jej. "Dobra, dobra, przekonałeś mnie. Po prostu odbierz mnie z lotniska i upewnij się, że bagażnik twojego samochodu jest pusty. Tym razem mam kiepski bagaż, mimo że pakuję się lekko".
    
  "Tak, dziewczyno. Muszę iść, ale czy wyślesz mi SMS-a z godziną swojego przyjazdu?"
    
  "Zrobię to" - powiedziała. "Bądź stanowczy!"
    
  Zanim Sam zdążyła ripostować na prywatny żart Niny, zmusiła ich do refleksji, by przerwać rozmowę. "Cholera!" - jęknął. "Muszę być szybszy".
    
  Wstał i poszedł do kuchni po piwo. Była prawie 21:00, ale powstrzymał się od zawracania Paddy'emu głowy informacjami o procesie w Purdue. Był tym wszystkim niesamowicie zdenerwowany, przez co z wahaniem zadzwonił do Paddy'ego. Sam nie był w sytuacji, w której spodziewałby się dziś złych wieści, ale nienawidził swojej skłonności do przyjmowania najgorszych scenariuszy.
    
  "Dziwne, jak mężczyzna staje się taki męski, kiedy trzyma piwo, nie sądzisz?" - zapytał Breichladdicha, który leniwie przeciągał się na krześle w korytarzu, tuż za drzwiami kuchennymi. "Chyba zadzwonię do Paddy"ego. Co o tym myślisz?"
    
  Duży rudy kot rzucił mu obojętne spojrzenie i wskoczył na wystającą ścianę obok schodów. Powoli podpełzł na drugi koniec szaty i położył się z powrotem - tuż przed zdjęciem Niny, Sama i Purdue po ich gehennie związanej ze znalezieniem Kamienia Meduzy. Sam zacisnął usta i skinął głową. "Myślałem, że tak powiesz. Powinieneś zostać prawnikiem, Bruich. Jesteś bardzo przekonujący".
    
  Podniósł słuchawkę akurat w momencie, gdy ktoś zapukał do drzwi. Nagłe pukanie o mało nie wytrąciło mu piwa z rąk i zerknął na Bruicha. "Wiedziałeś, że tak się stanie?" - zapytał cicho, zerkając przez wizjer. Spojrzał na Bruicha. "Myliłeś się. To nie Paddy."
    
  "Panie Crack?" błagał mężczyzna na zewnątrz. "Czy mogę powiedzieć kilka słów?"
    
  Sam pokręcił głową. Nie miał ochoty na odwiedziny. Poza tym, tak naprawdę cieszył się prywatnością, z dala od obcych i żądań. Mężczyzna zapukał ponownie, ale Sam przyłożył palec do ust, gestem nakazując kotu, żeby był cicho. W odpowiedzi kot po prostu przewrócił się na drugi bok i zwinął w kłębek, by zasnąć.
    
  "Panie Cleve, nazywam się Liam Johnson. Mój kolega jest spokrewniony z lokajem pana Purdue, Charlesem, i mam pewne informacje, które mogą pana zainteresować" - wyjaśnił mężczyzna. Sam toczył wewnętrzną walkę między wygodą a ciekawością. Ubrany tylko w dżinsy i skarpetki, nie miał ochoty na przyzwoitość, ale musiał wiedzieć, co ten facet, Liam, próbował powiedzieć.
    
  "Czekaj!" - krzyknął mimowolnie Sam. Cóż, chyba ciekawość wzięła górę. Z westchnieniem oczekiwania otworzył drzwi. "Hej, Liam."
    
  "Panie Cleve, miło pana poznać" - mężczyzna uśmiechnął się nerwowo. "Czy mogę wejść, zanim ktoś mnie zobaczy?"
    
  "Jasne, ale po okazaniu dokumentu tożsamości" - odpowiedział Sam. Dwie plotkujące starsze panie minęły bramę wejściową, wyglądając na zdziwione wyglądem przystojnego, surowego dziennikarza z gołym torsem, szturchając się nawzajem. Próbował się nie roześmiać i zamiast tego puścił oko.
    
  "To z pewnością przyspieszyło ich ruchy" - zaśmiał się Liam, obserwując ich pośpiech i podając Samowi dokumenty do wglądu. Zaskoczony szybkością, z jaką Liam wyciągnął portfel, Sam nie mógł powstrzymać się od wrażenia.
    
  "Inspektor/Agent Liam Johnson, Sektor 2, Wywiad Brytyjski i tak dalej" - mruknął Sam, czytając drobny druk i sprawdzając, czy Paddy nauczył go szukać słów uwierzytelniających. "Dobra, stary. Proszę."
    
  "Dziękuję, panie Cleve" - powiedział Liam, szybko wchodząc do środka, drżąc z zimna, gdy delikatnie otrząsnął się z kropel deszczu, które nie mogły przeniknąć przez jego płaszcz. "Czy mogę postawić parasol na podłodze?"
    
  "Nie, wezmę to" - zaproponował Sam, wieszając je do góry nogami na specjalnym wieszaku na ubrania, żeby woda mogła spłynąć na gumową matę. "Chcesz piwa?"
    
  "Dziękuję bardzo" - odpowiedział Liam radośnie.
    
  "Naprawdę? Tego się nie spodziewałem" - uśmiechnął się Sam, wyjmując słoik z lodówki.
    
  "Dlaczego? Wiesz, jestem w połowie Irlandczykiem" - zażartował Liam. "Zaryzykowałbym stwierdzenie, że moglibyśmy przepić Szkotów każdego dnia".
    
  "Wyzwanie przyjęte, przyjacielu" - Sam grał w tę grę. Zaprosił gościa, by usiadł na dwuosobowej sofie, którą trzymał dla gości. W porównaniu z trzyosobową, na której Sam spędzał więcej nocy niż we własnym łóżku, dwuosobowa sofa była znacznie bardziej solidna i sprawiała wrażenie mniej zatłoczonej niż poprzednia.
    
  "Więc co przyszedłeś mi powiedzieć?"
    
  Odchrząknął i nagle spoważniał. Wyglądając na głęboko zaniepokojonego, odpowiedział Samowi łagodniejszym tonem: "Pana badania zwróciły naszą uwagę, panie Cleve. Na szczęście od razu je zauważyłem, bo mam silną reakcję na ruch".
    
  "Nie ma mowy", mruknął Sam, popijając kilka łyków, żeby stłumić niepokój, jaki odczuwał, będąc tak łatwo zauważalnym. "Widziałem to, kiedy stałeś na moim progu. Jesteś bystrym obserwatorem i szybko reagujesz. Mam rację?"
    
  "Tak" - odpowiedział Liam. "Dlatego od razu zauważyłem lukę w zabezpieczeniach w oficjalnych raportach jednego z naszych najważniejszych urzędników, Joe Cartera, szefa MI6".
    
  "I jesteś tu, żeby postawić ultimatum i zażądać nagrody, w przeciwnym razie ujawnisz tożsamość przestępcy psom Secret Service, prawda?" Westchnął Sam. "Nie mam środków, żeby opłacić szantażystę, panie Johnson, i nie lubię ludzi, którzy po prostu nie mówią wprost, czego chcą. Czego więc ode mnie oczekujesz, że utrzymam to w tajemnicy?"
    
  "Źle mnie zrozumiałeś, Sam" - syknął stanowczo Liam, a jego zachowanie natychmiast ujawniło Samowi, że nie jest tak delikatny, jak się wydawał. Jego zielone oczy błysnęły, płonąc irytacją z powodu oskarżenia o tak błahe pragnienia. "I to jedyny powód, dla którego przymknąłbym oko na tę zniewagę. Jestem katolikiem i nie możemy ścigać tych, którzy obrażają nas z powodu niewinności i ignorancji. Nie znasz mnie, ale mówię ci teraz, że nie jestem tu po to, by cię przekonać. Jezu Chryste, jestem ponad to!"
    
  Sam nie wspomniał, że reakcja Liama dosłownie go zaskoczyła, ale chwilę później zdał sobie sprawę, że jego założenie, jakkolwiek niezrozumiałe, było nietrafione, zanim pozwolił mężczyźnie właściwie przedstawić swoją sprawę. "Przepraszam, Liam" - zwrócił się do gościa. "Masz prawo być na mnie zły".
    
  "Mam już dość tego, że ludzie zakładają na mój temat różne rzeczy. To chyba nieodłączna część trawnika. Ale zostawmy to na boku i powiem panu, co się dzieje. Po tym, jak pan Perdue został uratowany z domu tej kobiety, Brytyjska Wysoka Komisja Wywiadu wydała rozkaz zaostrzenia środków bezpieczeństwa. Myślę, że to Joe Carter" - wyjaśnił. "Na początku nie mogłem pojąć, co mogło skłonić Cartera do takiej reakcji, przepraszam, na zwykłego obywatela, który po prostu jest bogaty. Nie bez powodu pracuję w wywiadzie, panie Cleve. Potrafię wyczuć podejrzane zachowanie z daleka, a sposób, w jaki tak wpływowy człowiek jak Carter zareagował na to, że pan Perdue żyje i ma się dobrze, podziałał mi na nerwy, rozumie pan?"
    
  "Rozumiem, co masz na myśli. Niestety, są pewne rzeczy, których nie mogę ujawnić na temat badań, które tu prowadzę, Liamie, ale zapewniam cię, że jesteś absolutnie pewien tego podejrzanego przeczucia, które masz".
    
  "Proszę posłuchać, panie Cleve, nie jestem tu po to, żeby wyciągać z pana informacje, ale jeśli to, co pan wie, a czego mi pan nie mówi, dotyczy uczciwości agencji, dla której pracuję, to muszę to wiedzieć" - nalegał Liam. "Niech diabli wezmą plany Cartera, szukam prawdy".
    
    
  10
  Kair
    
    
  Pod ciepłym niebem Kairu panował wrzawa dusz, nie w poetyckim sensie, lecz w pobożnym przeczuciu, że coś złowrogiego przemieszcza się przez kosmos, przygotowując się do spalenia świata, niczym dłoń trzymająca szkło powiększające pod odpowiednim kątem i w odpowiedniej odległości, by spalić ludzkość. Jednak te sporadyczne zgromadzenia świętych mężów i ich wiernych wyznawców charakteryzowały się dziwnym przesunięciem osi precesji ich obserwatorów. Starożytne rody, bezpiecznie chronione w tajnych stowarzyszeniach, zachowały swój status wśród swoich, zachowując zwyczaje swoich przodków.
    
  Początkowo mieszkańcy Libanu cierpieli z powodu nagłych przerw w dostawie prądu, ale podczas gdy technicy próbowali znaleźć przyczynę, z innych miast w innych krajach napływały wiadomości o przerwach w dostawie prądu, wywołując chaos od Bejrutu po Mekkę. Niecały dzień później z Turcji, Iraku i niektórych części Iranu napłynęły doniesienia o niewyjaśnionych przerwach w dostawie prądu, powodujących chaos. Teraz zmierzch zapadł również nad Kairem i Aleksandrią, częściami Egiptu, co skłoniło dwóch mężczyzn z plemion Stargazer do poszukiwania źródła innego niż sieć energetyczna.
    
  "Jesteś pewien, że Numer Siedem opuścił orbitę?" Penekal zapytał swojego kolegę, Ofara.
    
  "Jestem stuprocentowo pewien, Penekal" - odpowiedział Ofar. "Sam zobacz. To kolosalna zmiana, która zajmie tylko kilka dni!"
    
  "Dni? Zwariowałeś? To niemożliwe!" - odparł Penekal, całkowicie odrzucając teorię kolegi. Ofar delikatnie uniósł dłoń i spokojnie machnął. "Daj spokój, bracie. Wiesz, że nie ma nic niemożliwego dla nauki ani dla Boga. Jedno posiada cud drugiego".
    
  Żałując swojego wybuchu, Penecal westchnął i gestem poprosił Ofara o wybaczenie. "Wiem. Wiem. Po prostu..." - wyszeptał niecierpliwie. "Nigdy nie odnotowano takiego zjawiska. Być może obawiam się, że to prawda, ponieważ myśl o jednym ciele niebieskim zmieniającym swoją orbitę bez ingerencji innych jest absolutnie przerażająca".
    
  "Wiem, wiem" - westchnął Ophar. Obaj mężczyźni zbliżali się do sześćdziesiątki, ale ich ciała wciąż cieszyły się zadziwiająco dobrym zdrowiem, a na twarzach nie było prawie śladu starzenia. Obaj byli astronomami, zgłębiającymi głównie teorie Teona z Aleksandrii, ale zgłębiali również współczesne nauki i teorie, śledząc najnowsze astrotechnologie i nowinki naukowe z całego świata. Jednak poza swoją współczesną, zgromadzoną wiedzą, obaj starcy hołdowali tradycjom starożytnych plemion, a ponieważ sumiennie badali niebo, rozważali zarówno naukę, jak i mitologię. Zazwyczaj to połączenie tych dwóch tematów dawało im wspaniały kompromis, pozwalając im łączyć zachwyt z logiką, co pomagało kształtować ich poglądy. Aż do teraz.
    
  Penekal, z drżącą dłonią na tubusie okularu, powoli odsunął się od małej soczewki, przez którą patrzył, a jego oczy wciąż patrzyły przed siebie ze zdumieniem. W końcu odwrócił się do Ofara, z suchością w ustach i ściśniętym sercem. "Przysięgam na bogów. To dzieje się za naszego życia. Ja też nie mogę znaleźć gwiazdy, przyjacielu, gdziekolwiek bym nie spojrzał".
    
  "Jedna gwiazda spadła" - ubolewał Ofar, patrząc ze smutkiem w dół. "Mamy kłopoty".
    
  "Co to za diament według Kodeksu Salomona?" - zapytał Penecal.
    
  "Już sprawdzałem. To Rabdos" - powiedział Ofar z przeczuciem. "Zapalniczka".
    
  Zrozpaczony Penekal z trudem zmierzał w stronę okna ich pokoju obserwacyjnego na dwudziestym piętrze budynku Hathor w Gizie. Z góry widzieli ogromną metropolię Kair, a w dole Nil, wijący się niczym płynny lazur przez miasto. Jego stare, ciemne oczy omiotły miasto w dole, a potem dostrzegły zamglony horyzont rozciągający się wzdłuż linii podziału między światem a niebem. "Czy wiemy, kiedy upadli?"
    
  "Nie do końca. Z notatek, które zrobiłem, wynika, że musiało to się wydarzyć między wtorkiem a dzisiaj. To znaczy, że Rhabdos upadł w ciągu ostatnich trzydziestu dwóch godzin" - zauważył Ofar. "Czy powinniśmy o tym powiedzieć starszyźnie miasta?"
    
  "Nie" - zaprzeczył szybko Penekal. "Jeszcze nie. Jeśli powiemy cokolwiek, co rzuci światło na to, do czego właściwie używamy tego sprzętu, z łatwością mogliby nas rozproszyć, zabierając ze sobą tysiąclecia obserwacji".
    
  "Rozumiem" - powiedział Ofar. "Kierowałem programem rejestracji konstelacji Ozyrysa z tego obserwatorium i mniejszego obserwatorium w Jemenie. To w Jemenie będzie monitorować spadające gwiazdy, kiedy nie będziemy mogli tego robić tutaj, więc będziemy mogli mieć oko na nie".
    
  Zadzwonił telefon Ofara. Przeprosił i wyszedł z pokoju, a Penecal usiadł przy biurku, obserwując, jak obraz na wygaszaczu ekranu przesuwa się w przestrzeni, tworząc iluzję lotu wśród gwiazd, które tak bardzo kochał. To zawsze go uspokajało, a hipnotyczne powtarzanie ruchów gwiazd nadawało mu medytacyjny charakter. Jednak zniknięcie siódmej gwiazdy na obrzeżach konstelacji Lwa niewątpliwie spędzało mu sen z powiek. Słyszał kroki Ofara wchodzące do pokoju szybciej, niż odchodzące.
    
  "Penecal!" wychrypiał, nie mogąc poradzić sobie z presją.
    
  "Co to jest?"
    
  "Właśnie otrzymałem wiadomość od naszych ludzi z Marsylii, z obserwatorium na szczycie Mont Faron, niedaleko Tulonu". Ophar oddychał tak ciężko, że na chwilę stracił zdolność mówienia. Jego przyjaciel musiał go delikatnie pogłaskać, żeby złapał oddech. Gdy pospieszny starzec złapał oddech, kontynuował. "Mówią, że kilka godzin temu w jednej z francuskich willi w Nicei znaleziono powieszoną kobietę".
    
  "To straszne, Ofar" - odpowiedział Penekal. "To prawda, ale co cię to obchodzi, że musiałeś do mnie zadzwonić?"
    
  "Huśtała się na linie z konopi" - ubolewał. "A oto dowód, że to nas bardzo niepokoi" - dodał, wzdychając głęboko. "Dom należał do szlachcica, barona Henriego de Martina, który słynął z kolekcji diamentów".
    
  Penécal rozpoznał kilka znajomych cech, ale nie potrafił połączyć faktów, dopóki Ophar nie dokończył swojej opowieści. "Pénécal, baron Henri de Martin był właścicielem Celeste!"
    
  Szybko powstrzymując się od wymówienia kilku świętych imion w szoku, chudy, stary Egipcjanin zakrył usta dłonią. Te pozornie przypadkowe fakty miały druzgocący wpływ na to, co wiedzieli i za czym podążali. Szczerze mówiąc, były to alarmujące oznaki zbliżającego się wydarzenia apokaliptycznego. Nie zostało to spisane ani uznane za proroctwo, ale stanowiło część spotkań króla Salomona, spisane przez samego mądrego króla w ukrytym kodeksie znanym tylko wyznawcom tradycji Ofar i Penekal.
    
  Zwój ten wspominał o ważnych zwiastunach niebiańskich wydarzeń, które miały apokryficzne konotacje. Kodeks nigdy nie twierdził, że miały one nastąpić, ale sądząc po pismach Salomona, spadająca gwiazda i późniejsze katastrofy były czymś więcej niż tylko zbiegiem okoliczności. Oczekiwano, że ci, którzy podążali za tradycją i potrafili dostrzec znaki, uratują ludzkość, jeśli rozpoznają omen.
    
  "Przypomnij mi, która książka była o przędzeniu konopnej liny?" - zapytał wiernego starego Ofara, który już kartkował notatki w poszukiwaniu tytułu. Zapisując tytuł pod poprzednią spadającą gwiazdą, podniósł wzrok i otworzył książkę. "Onoskelis".
    
  "Jestem kompletnie oszołomiony, stary przyjacielu" - powiedział Penecal, kręcąc głową z niedowierzaniem. "To znaczy, że masoni znaleźli alchemika, albo, w najgorszym razie, mamy do czynienia z Czarodziejem!"
    
    
  11
  Pergamin
    
    
    
  Amiens, Francja
    
    
  Abdul Rayya spał twardo, ale nie śnił. Nigdy wcześniej tego nie zauważył, ale nie wiedział, jak to jest podróżować do nieznanych miejsc ani widzieć nienaturalne rzeczy splecione z nićmi tkaczy snów. Koszmary nigdy go nie nawiedzały. Nigdy w życiu nie był w stanie uwierzyć w przerażające historie snu opowiadane przez innych. Nigdy nie obudził się spocony, trzęsąc się z przerażenia, ani wciąż nie mogąc otrząsnąć się z mdłej paniki wywołanej przez piekielny świat za jego powiekami.
    
  Za oknem słychać było jedynie stłumione rozmowy sąsiadów z dołu, którzy siedzieli na zewnątrz, popijając wino o świcie. Czytali o przerażającym widoku, jaki zastał biedny francuski baron, gdy poprzedniego wieczoru wrócił do domu i znalazł zwęglone ciało żony w kominku ich rezydencji w Entrevaux nad rzeką Var. Gdyby tylko wiedzieli, że nikczemna istota odpowiedzialna za to zdarzenie oddychała tym samym powietrzem.
    
  Pod jego oknem uprzejmi sąsiedzi rozmawiali cicho, ale Raya jakimś cudem słyszał każde słowo, nawet przez sen. Słuchając i zapisując to, co mówili, w towarzystwie szmeru kaskady łagodnie opadającego kanału przylegającego do dziedzińca, umysł Abdula Rayi utrwalał to wszystko w pamięci. Później, jeśli zajdzie taka potrzeba, Abdul Raya mógł sobie przypomnieć te informacje. Powodem, dla którego nie obudził się po ich rozmowie, było to, że znał już wszystkie fakty, nie dzieląc się ich zdumieniem ani zdumieniem reszty Europy, która dowiedziała się o kradzieży diamentów z sejfu barona i makabrycznym morderstwie gospodyni.
    
  Prezenterzy wszystkich głównych stacji telewizyjnych donosili o "ogromnej kolekcji" klejnotów skradzionych ze skarbca barona i że sejf, z którego skradziono "Céleste", był tylko jednym z czterech, z których wszystkie zostały ogołocone z drogocennych kamieni i diamentów, które wypełniały dom arystokraty. Oczywiście, fakt, że to wszystko było nieprawdą, nie był znany nikomu poza baronem Henrim de Martin, który wykorzystał śmierć żony i wciąż niewyjaśniony napad, aby zażądać od firm ubezpieczeniowych sowitej sumy i wypłacić odszkodowanie z polisy żony. Baronowi nie postawiono żadnych zarzutów, ponieważ miał niepodważalne alibi na śmierć Madame Chantal, zapewniające mu odziedziczenie fortuny. Była to kwota, która pozwoliłaby mu wyjść z długów. Zatem, w istocie, Madame Chantal niewątpliwie pomogła mężowi uniknąć bankructwa.
    
  To wszystko była słodka ironia, której baron nigdy by nie zrozumiał. Mimo to, po szoku i przerażeniu tego incydentu, zastanawiał się nad okolicznościami, które go otaczały. Nie wiedział, że jego żona zabrała Celeste i dwa inne mniej ważne kamienie z jego sejfu, i łamał sobie głowę, próbując znaleźć sens w jej niezwykłej śmierci. Nie miała żadnych skłonności samobójczych, a gdyby nawet miała choćby cień skłonności, Chantal nigdy by się nie podpaliła!
    
  Dopiero gdy znalazł Louise, asystentkę Chantal, z obciętym językiem i oślepioną, zdał sobie sprawę, że śmierć jego żony nie była samobójstwem. Policja zgodziła się, ale nie wiedziała, od czego zacząć śledztwo w sprawie tak okrutnego morderstwa. Louise została następnie przyjęta na oddział psychiatryczny Instytutu Psychologicznego w Paryżu, gdzie miała pozostać na obserwacji, ale wszyscy lekarze, którzy ją badali, byli przekonani, że oszalała i że może być odpowiedzialna za morderstwa i późniejsze okaleczenie.
    
  Trafiło to na pierwsze strony gazet w całej Europie, a niektóre mniejsze stacje telewizyjne w innych częściach świata również relacjonowały ten dziwny incydent. Przez cały ten czas baron odmawiał udzielania wywiadów, powołując się na swoje traumatyczne przeżycia jako powód, dla którego musiał unikać życia publicznego.
    
  Sąsiedzi w końcu uznali, że chłodne nocne powietrze jest nie do zniesienia i wrócili do mieszkania. Pozostał tylko szum rzeki i od czasu do czasu dalekie szczekanie psa. Co jakiś czas wąską uliczką po drugiej stronie osiedla przejeżdżał samochód, gwiżdżąc, a potem zapadała cisza.
    
  Abdul nagle obudził się z jasnym umysłem. To nie był początek, ale chwilowa potrzeba przebudzenia zmusiła go do otwarcia oczu. Czekał i nasłuchiwał, ale nic nie mogło go obudzić poza swego rodzaju szóstym zmysłem. Nagi i wyczerpany egipski oszust zbliżył się do okna swojej sypialni. Jedno spojrzenie na rozgwieżdżone niebo wyjaśniło mu, dlaczego poproszono go o opuszczenie snu.
    
  "Kolejny spada" - mruknął, jego bystre oczy śledziły szybki upadek spadającej gwiazdy, w myślach notując przybliżone położenie gwiazd wokół niej. Abdul uśmiechnął się. "Jeszcze chwila, a świat spełni wszystkie twoje życzenia. Będą krzyczeć i błagać o śmierć".
    
  Odwrócił się od okna, gdy tylko biała smuga zniknęła w oddali. W przyćmionym świetle sypialni podszedł do starej drewnianej skrzyni, którą nosił ze sobą wszędzie, ściśniętej dwoma ciężkimi skórzanymi pasami, które łączył z przodu. Światło dawała jedynie mała lampa na ganku, umieszczona niecentralnie w okiennicy nad oknem. Oświetlała jego szczupłą sylwetkę, a światło padające na nagą skórę podkreślało muskularne mięśnie. Raya przypominał jakiegoś akrobatę z cyrku, mroczną wersję akrobaty, który nie dbał o rozrywkę nikogo poza sobą, lecz wykorzystywał swój talent, by inni bawili go.
    
  Pokój był bardzo do niego podobny - prosty, sterylny i funkcjonalny. Była tam umywalka i łóżko, szafa i biurko z krzesłem i lampą. To wszystko. Cała reszta była tam tylko tymczasowo, aby mógł śledzić gwiazdy na belgijskim i francuskim niebie, dopóki nie zdobędzie poszukiwanych diamentów. Niezliczone mapy konstelacji ze wszystkich zakątków świata wisiały na czterech ścianach jego pokoju, wszystkie oznaczone liniami łączącymi przecinającymi się w określonych liniach ley, podczas gdy inne były oznaczone na czerwono z powodu ich nieznanego zachowania z powodu braku map. Niektóre z dużych, przypiętych pinezek map miały plamy krwi, rdzawobrązowe plamy, dyskretnie wskazujące, w jaki sposób zostały zdobyte. Inne były nowsze, odpieczętowane zaledwie kilka lat temu, co stanowiło jaskrawy kontrast z tymi odkrytymi wieki wcześniej.
    
  Zbliżał się czas siania chaosu na Bliskim Wschodzie i rozkoszował się myślą o tym, dokąd uda się teraz: do ludzi o wiele łatwiejszych do oszukania niż głupi, chciwi mieszkańcy Zachodu z Europy. Abdul wiedział, że na Bliskim Wschodzie ludzie będą bardziej podatni na jego oszustwa ze względu na swoje niezwykłe tradycje i przesądy. Mógł z łatwością doprowadzić ich do szaleństwa lub zmusić do wzajemnego zabijania się tam, na pustyni, po której niegdyś stąpał król Salomon. Jerozolimę zachował na koniec, tylko dlatego, że Zakon Spadających Gwiazd postanowił to zrobić.
    
  Rayya otworzył skrzynię i zaczął grzebać w materiale i złoconych pasach, szukając zwojów, których szukał. Ciemnobrązowy, oleisty kawałek pergaminu, leżący tuż przy krawędzi pudełka, był tym, czego szukał. Z zachwytem rozwinął go i położył na stole, zabezpieczając dwoma książkami z obu stron. Następnie, z tej samej skrzyni, wyciągnął athame. Ostrze, zakrzywione z antyczną precyzją, lśniło w słabym świetle, gdy przycisnął jego ostry czubek do lewej dłoni. Czubek miecza bez trudu wbił się w skórę, po prostu dzięki grawitacji. Nie musiał nawet nalegać.
    
  Krew zebrała się wokół małego czubka noża, tworząc idealną, szkarłatną perłę, która powoli rosła, aż do momentu, gdy wyciągnął nóż. Krwią zaznaczył położenie gwiazdy, która właśnie spadła. W tym samym momencie ciemny pergamin zadrżał niepokojąco. Abdul był niezmiernie zadowolony, widząc reakcję zaczarowanego artefaktu, Kodeksu Sol Amona, który znalazł jako młody człowiek, pasąc kozy w suchych cieniach bezimiennych egipskich wzgórz.
    
  Gdy jego krew wsiąkła w mapę gwiazd na zaczarowanym zwoju, Abdul ostrożnie go zwinął i zawiązał ścięgno, które go trzymało. Gwiazda w końcu spadła. Nadszedł czas, by opuścić Francję. Z Celeste w swoim posiadaniu mógł udać się do ważniejszych miejsc, gdzie mógłby czynić cuda i patrzeć, jak świat upada, zniszczony przez zarządzanie diamentami króla Salomona.
    
    
  12
  Pojawia się dr Nina Gould.
    
    
  "Dziwnie się zachowujesz, Sam. To znaczy, dziwniej niż twoja droga, wrodzona dziwność" - zauważyła Nina, nalewając im czerwonego wina. Bruich, wciąż pamiętając drobną kobietę, która opiekowała się nim podczas ostatniej nieobecności Sama w Edynburgu, poczuł się jak u siebie w domu na jej kolanach. Nina automatycznie zaczęła go głaskać, jakby to był naturalny proces.
    
  Godzinę temu wylądowała na lotnisku w Edynburgu, gdzie Sam odebrał ją w ulewnym deszczu i, zgodnie z umową, odwiózł do swojego domu w Dean Village.
    
  "Jestem po prostu zmęczony, Nino". Wzruszył ramionami, wziął od niej kieliszek i uniósł go w toaście. "Obyśmy uciekli z kajdan i oby nasze tyłki przez wiele lat były skierowane na południe!"
    
  Nina wybuchnęła śmiechem, choć rozumiała ukryte pragnienie w tym komicznym toaście. "Tak!" wykrzyknęła, stukając się z nim kieliszkiem i radośnie kręcąc głową. Rozejrzała się po kawalerskim mieszkaniu Sama. Ściany były puste, poza kilkoma zdjęciami Sama z byłymi prominentnymi politykami i kilkoma celebrytami z wyższych sfer, przeplatanymi kilkoma jego zdjęciami z Niną i Perdue, a oczywiście także z Bruicem. Postanowiła położyć kres pytaniu, które długo trzymała w tajemnicy.
    
  "Dlaczego nie kupisz domu?" zapytała.
    
  "Nienawidzę ogrodnictwa" - odpowiedział swobodnie.
    
  "Zatrudnij projektanta krajobrazu lub firmę ogrodniczą."
    
  "Nienawidzę nieporządku".
    
  "Rozumiesz? Myślałem, że żyjąc z ludźmi ze wszystkich stron, będzie dużo niepokojów."
    
  "To emeryci. Są dostępni tylko między 10:00 a 11:00". Sam pochylił się do przodu i przechylił głowę na bok, wyglądając na zainteresowanego. "Nina, czy w ten sposób prosisz mnie, żebym się do ciebie wprowadził?"
    
  "Zamknij się" - zmarszczyła brwi. "Nie bądź głupi. Pomyślałam tylko, że skoro tyle pieniędzy zarobiłeś, jak wszyscy, odkąd te wyprawy przyniosły ci szczęście, to przeznaczysz je na kupno trochę prywatności, a może nawet nowego samochodu?"
    
  "Dlaczego? Datsun działa świetnie" - powiedział, broniąc swojego zamiłowania do funkcjonalności ponad błysk.
    
  Nina jeszcze tego nie zauważyła, ale Sam, tłumacząc się zmęczeniem, ich nie zdjął. Był wyraźnie oschły, jakby w myślach wykonywał długie dzielenie, omawiając z nią łupy ze znaleziska Alexandra.
    
  "Więc nazwali wystawę imieniem twoim i Joego?" Uśmiechnął się. "To całkiem pikantne, doktorze Gould. Pnie się pan teraz po szczeblach kariery akademickiej. Dawno minęły czasy, kiedy Matlock wciąż działał panu na nerwy. Na pewno mu pan pokazał!"
    
  "Palan" - westchnęła, zanim zapaliła papierosa. Jej mocno podkrążone oczy spojrzały na Sama. "Chcesz papierosa?"
    
  "Tak" - jęknął, siadając. "To byłoby wspaniałe. Dziękuję."
    
  Podała mu Marlboro i zaciągnęła się filtrem. Sam wpatrywał się w nią przez chwilę, zanim odważył się zapytać. "Myślisz, że to dobry pomysł? Niedawno o mało nie kopnęłaś Śmierci w jaja. Nie kręciłbym tym robakiem tak szybko, Nino".
    
  "Zamknij się" - mruknęła przez papierosa, kładąc Bruicha na perskim dywanie. Choć Nina doceniała troskę ukochanego Sama, czuła, że samozniszczenie jest prawem każdego człowieka i jeśli myślała, że jej ciało wytrzyma to piekło, miała prawo sprawdzić tę teorię. "Co cię gryzie, Sam?" - zapytała ponownie.
    
  "Nie zmieniaj tematu" - odpowiedział.
    
  "Nie zmieniam tematu" - zmarszczyła brwi, a w jej ciemnobrązowych oczach błysnął ognisty temperament. "Ciebie, bo palę, a mnie, bo wyglądasz inaczej, jesteś zaabsorbowany".
    
  Sam długo nie mógł się z nią spotkać i długo ją namawiał, żeby odwiedziła go w domu, więc nie był gotowy stracić wszystkiego, rozgniewając Ninę. Z ciężkim westchnieniem poszedł za nią do drzwi na patio, które otworzyła, żeby włączyć jacuzzi. Zdjęła koszulkę, odsłaniając podarte plecy pod wiązanym czerwonym bikini. Zmysłowe biodra Niny zakołysały się, gdy ona również zdjęła dżinsy. Sam zamarł w bezruchu, chłonąc ten piękny widok.
    
  Chłód w Edynburgu nie przeszkadzał im zbytnio. Zima minęła, choć wiosny wciąż nie było, a większość ludzi nadal wolała siedzieć w domu. Ale musujący raj Sama krył w sobie ciepłą wodę, a gdy powolne uwalnianie alkoholu podczas ich libacji rozgrzewało im krew, oboje z radością się rozbierali.
    
  Siedząc naprzeciwko Niny w kojącej wodzie, Sam widział, że uparcie domaga się, by jej o tym powiedział. W końcu zaczął mówić. "Nie mam jeszcze żadnych wieści od Purdue ani Paddy'ego, ale jest coś, o co prosił mnie, żebym mu nie mówił, i chciałbym, żeby tak zostało. Rozumiesz, prawda?"
    
  "Czy chodzi o mnie?" zapytała spokojnie, wciąż patrząc na Sama.
    
  "Nie" - zmarszczył brwi, wydając się być zdziwiony jej sugestią.
    
  "To dlaczego nie mogę o tym wiedzieć?" - zapytała od razu, zaskakując go.
    
  "Słuchaj" - wyjaśnił - "gdyby to zależało ode mnie, powiedziałbym ci od razu. Ale Purdue poprosił mnie, żebym na razie zachował to między nami. Przysięgam, kochanie, nie ukrywałbym tego przed tobą, gdyby nie poprosił mnie wyraźnie, żebym to zamknął".
    
  "A kto jeszcze wie?" zapytała Nina, zauważając, że co chwilę jego wzrok kieruje się na jej klatkę piersiową.
    
  "Nikt. Tylko Perdue i ja wiemy. Nawet Paddy nie ma pojęcia. Perdue poprosił nas, żebyśmy go nie informowali, żeby nic, co zrobi, nie przeszkodziło nam w tym, co Perdue i ja próbujemy zrobić, rozumiesz?" - wyjaśnił tak taktownie, jak tylko potrafił, wciąż zafascynowany nowym tatuażem na jej delikatnej skórze, tuż nad lewą piersią.
    
  "Więc on myśli, że będę przeszkadzać?" Zmarszczyła brwi, stukając smukłymi palcami o krawędź jacuzzi, próbując zebrać myśli na ten temat.
    
  "Nie! Nie, Nino, on nic o tobie nie powiedział. Nie chodziło o wykluczenie konkretnych osób. Chodziło o wykluczenie wszystkich, dopóki nie dałem mu potrzebnych informacji. Wtedy ujawni, co planuje. Teraz mogę ci tylko powiedzieć, że Perdue jest celem kogoś potężnego, kogoś, kto jest tajemnicą. Ten człowiek żyje w dwóch światach, dwóch przeciwstawnych światach, i zajmuje w obu bardzo wysokie stanowiska".
    
  "Mówimy więc o korupcji" - podsumowała.
    
  "Tak, ale nie mogę ci jeszcze podać szczegółów lojalności Purdue" - błagał Sam, mając nadzieję, że zrozumie. "A co lepsze, jak tylko Paddy się odezwie, sama zapytasz Purdue. Wtedy nie będę czuł się przegrany, bo złamałem przysięgę".
    
  "Wiesz, Sam, chociaż znam nas troje głównie z okazjonalnych poszukiwań relikwii lub wypraw w poszukiwaniu cennych antycznych drobiazgów" - powiedziała niecierpliwie Nina - "myślałam, że ty, ja i Purdue stanowimy zgrany zespół. Zawsze uważałam nas za trzy niezbędne składniki, stałe elementy historycznych puddingów, które serwowano światu akademickiemu przez ostatnie kilka lat". Ninę bolało wykluczenie, ale starała się tego nie okazywać.
    
  "Nina" - powiedział Sam ostro, ale nie dała mu dojść do słowa.
    
  "Zazwyczaj, gdy dwoje z nas łączy siły, trzeci zawsze wtrąca się po drodze, a jeśli jedno wpadnie w kłopoty, pozostała dwójka zawsze w to wmiesza się w ten czy inny sposób. Nie wiem, czy to zauważyłeś. A czy w ogóle to zauważyłeś?" Jej głos zadrżał, gdy próbowała dodzwonić się do Sama, i choć nie mogła tego okazać, przerażała ją myśl, że odpowie na jej pytanie obojętnie lub je zignoruje. Być może zbyt przywykła do bycia w centrum zainteresowania dwóch odnoszących sukcesy, choć bardzo różnych mężczyzn. Z jej punktu widzenia łączyła ich silna więź przyjaźni i głęboka historia, bliskość śmierci, poświęcenie i lojalność, której nie chciała kwestionować.
    
  Ku jej uldze, Sam się uśmiechnął. Widok jego oczu szczerze wpatrujących się w nią, bez najmniejszego emocjonalnego dystansu - w obecności - sprawił jej ogromną przyjemność, niezależnie od tego, jak kamienna pozostała jej twarz.
    
  "Bierzesz to za poważnie, kochanie" - wyjaśnił. "Wiesz, że cię podniecimy, jak tylko zrozumiemy, co robimy, bo, moja droga Nino, nie mamy kurwa pojęcia, co teraz robimy".
    
  "A ja nie mogę pomóc?" - zapytała.
    
  "Obawiam się, że nie" - powiedział pewnie. "Ale wkrótce się ogarniemy. Wiesz, jestem pewien, że Purdue bez wahania się nimi z tobą podzieli, jak tylko ten stary pies postanowi nas wezwać".
    
  "Tak, mnie też to zaczyna martwić. Proces musiał się skończyć parę godzin temu. Albo jest zbyt zajęty świętowaniem, albo ma więcej problemów, niż myśleliśmy" - zasugerowała. "Sam!"
    
  Rozważając te dwie opcje, Nina zauważyła, że wzrok Sama błądził zamyślony i przypadkowo zatrzymał się na dekolcie Niny. "Sam! Przestań. Nie zmusisz mnie do zmiany tematu".
    
  Sam roześmiał się, kiedy to sobie uświadomił. Mógł nawet poczuć, jak się rumieni, gdy go zauważono, ale podziękował swojej szczęśliwej gwieździe, że przyjęła to lekko. "W każdym razie, przecież nie widziałeś ich wcześniej".
    
  "Może to skłoni cię do ponownego przypomnienia mi o...", spróbował.
    
  "Sam, zamknij się i nalej mi jeszcze jednego drinka" - rozkazała Nina.
    
  "Tak, proszę pani" - powiedział, wyciągając przemoczone, poznaczone bliznami ciało z wody. Teraz była jej kolej, by podziwiać jego męską sylwetkę, gdy ją mijał, i bez wstydu wspominała te nieliczne chwile, kiedy miała szczęście cieszyć się korzyściami płynącymi z tej męskości. Choć te chwile nie były szczególnie świeże, Nina zapisała je w pamięci w specjalnym folderze o wysokiej rozdzielczości.
    
  Bruich stał prosto w drzwiach, nie chcąc przekroczyć progu, gdzie groziły mu kłęby pary. Jego wzrok utkwiony był w Ninie, co było nietypowe dla tego wielkiego, starego, leniwego kota. Zwykle garbił się, spóźniał na wszelkie zajęcia i ledwo koncentrował się na czymkolwiek innym niż na kolejnym ciepłym brzuszku, który mógłby zanieść do domu na noc.
    
  "Co się stało, Bruich?" - zapytała Nina piskliwym głosem, zwracając się do niego czule, jak zawsze. "Chodź tu. Chodź".
    
  Nie poruszył się. "Ugh, oczywiście, że ten cholerny kot do ciebie nie przyjdzie, idioto" - zbeształa samą siebie w ciszy późnej godziny i cichym bulgocie luksusu, którym się delektowała. Zirytowana swoim głupim założeniem o kotach i wodzie, zmęczona czekaniem na powrót Sama, zanurzyła dłonie w lśniącej pianie na powierzchni, wprawiając rudego kota w panikę. Obserwowanie, jak wbiega do środka i znika pod leżanką, sprawiało jej więcej przyjemności niż wyrzutów sumienia.
    
  Suka, potwierdził jej wewnętrzny głos w imieniu biednego zwierzęcia, ale Nina nadal uważała to za zabawne. "Przepraszam, Bruich!" zawołała za nim, wciąż uśmiechając się złośliwie. "Nic na to nie poradzę. Nie martw się, kolego. Karma na pewno do mnie wróci... z wodą, za to, że ci to robię, moja droga".
    
  Sam wybiegł z salonu na patio, wyglądając na bardzo zdenerwowanego. Nadal na wpół przemoczony, wciąż nie rozlał drinków, choć ręce miał wyciągnięte, jakby trzymał w nich kieliszki z winem.
    
  "Świetna wiadomość! Paddy dzwonił. Purdue został oszczędzony pod jednym warunkiem" - krzyknął, wywołując chór gniewnych komentarzy sąsiadów w stylu "zamknij się, Clive!".
    
  Twarz Niny rozjaśniła się. "W jakim stanie?" zapytała, zdecydowanie ignorując ciągłą ciszę panującą w kompleksie.
    
  "Nie wiem, ale wydaje się, że to coś historycznego. Widzi pan, doktorze Gould, będziemy potrzebować trzeciego" - przekazał Sam. "Poza tym, inni historycy nie są tak skąpi jak pan".
    
  Łapiąc oddech, Nina rzuciła się naprzód, sycząc z udawaną obelgą, skoczyła na Sama i pocałowała go, jakby nie całowała go od czasu tych jasnych folderów w jej pamięci. Była tak szczęśliwa, że znów jest w grupie, że nie zauważyła mężczyzny stojącego za ciemną krawędzią niewielkiego dziedzińca, niecierpliwie obserwującego, jak Sam szarpie sznurówki jej bikini.
    
    
  13
  Zaćmienie
    
    
    
  Region Salzkammergut, Austria
    
    
  Dwór Josepha Karstena stał w ciszy, górując nad rozległymi, pozbawionymi ptaków ogrodami. Kwiaty i bukiety kwiatów wypełniały ogród w samotności i ciszy, poruszając się tylko wtedy, gdy powiał wiatr. Nic nie było tu cenione ponad samo istnienie, a taka była natura kontroli Karstena nad tym, co posiadał.
    
  Jego żona i dwie córki postanowiły pozostać w Londynie, porzucając oszałamiające piękno prywatnej rezydencji Karstena. On jednak był całkowicie zadowolony z odosobnienia, współpracując z oddziałem Zakonu Czarnego Słońca i kierując nim ze spokojem. Działając z rozkazów brytyjskiego rządu i kierując międzynarodowym wywiadem wojskowym, mógł utrzymać swoją pozycję w MI6 i wykorzystać jego nieocenione zasoby do czujnego monitorowania relacji międzynarodowych, które mogłyby sprzyjać lub utrudniać inwestycje i plany Czarnego Słońca.
    
  Organizacja ta nie utraciła w żadnym razie swej nikczemnej mocy po II wojnie światowej, kiedy to została zmuszona do wycofania się do podziemnego świata mitów i legend, stając się niewiele więcej niż gorzkim wspomnieniem dla zapomnianych i realnym zagrożeniem dla tych, którzy wiedzieli, że jest inaczej, jak David Perdue i jego towarzysze.
    
  Przeprosiwszy trybunał w Purdue, obawiając się, że zostanie wytknięty przez uciekiniera, Karsten zaoszczędził trochę czasu, aby dokończyć to, co zaczął w sanktuarium swojego górskiego odosobnienia. Na zewnątrz dzień był ponury, ale nie w zwykłym tego słowa znaczeniu. Słabe słońce oświetlało zazwyczaj piękną dzicz gór Salzkammergut, malując rozległy dywan wierzchołków drzew bladą zielenią, w kontraście do głębokiego szmaragdu lasów pod koronami drzew. Panie z Karsten żałowały, że opuszczają zapierające dech w piersiach austriackie krajobrazy, ale naturalne piękno tego miejsca traciło swój blask, gdziekolwiek Joseph i jego towarzysze go odwiedzali, zmuszając ich do ograniczenia wizyt do urokliwego Salzkammergut.
    
  "Zrobiłbym to sam, gdybym nie sprawował urzędu publicznego" - powiedział Karsten z ogrodowego fotela, ściskając telefon na biurku. "Ale za dwa dni muszę wrócić do Londynu, żeby zdać relację z startu Hebrydów i jego planowania, Clive. Nie wrócę do Austrii przez dłuższy czas. Potrzebuję ludzi, którzy potrafią wszystko zrobić bez nadzoru, rozumiesz?"
    
  Wysłuchał odpowiedzi dzwoniącego i skinął głową. "Zgadza się. Możesz się z nami skontaktować, kiedy twoi ludzie zakończą misję. Dziękuję, Clive."
    
  Długo patrzył na drugą stronę stołu, przyglądając się regionowi, w którym miał szczęście mieszkać, gdy nie musiał odwiedzać brudnego Londynu ani gęsto zaludnionego Glasgow.
    
  "Nie stracę tego wszystkiego przez ciebie, Purdue. Niezależnie od tego, czy zdecydujesz się milczeć na temat mojej tożsamości, czy nie, to cię nie oszczędzi. Jesteś obciążeniem i trzeba się z tobą rozprawić. Z wami wszystkimi trzeba się rozprawić" - mruknął, wodząc wzrokiem po majestatycznych, białych górach otaczających jego dom. Surowe skały i bezkresna ciemność lasu koiły jego wzrok, a usta drżały od mściwych słów. "Każdy z was, kto zna moje imię, kto zna moją twarz, kto zabił mamę i wie, gdzie była jej sekretna kryjówka... każdy, kto mógłby mnie oskarżyć o udział w tym... z wami wszystkimi trzeba się rozprawić!"
    
  Karsten zacisnął usta, przypominając sobie noc, gdy uciekł z domu matki, jak tchórz, którym był, kiedy ludzie z Oban przybyli, by uwolnić Davida Purdue z ich szponów. Myśl o tym, że jego cenna zdobycz wpadnie w ręce zwykłych obywateli, irytowała go do granic możliwości, raniąc jego dumę i pozbawiając go zbędnego wpływu na własne sprawy. Powinno być już po wszystkim. Zamiast tego, jego problemy podwoiły się przez te wydarzenia.
    
  "Proszę pana, wieści o Davidzie Perdue" - oznajmił jego asystent, Nigel Lime, z progu dziedzińca. Karsten musiał się odwrócić, żeby spojrzeć na mężczyznę, upewniając się, że ten dziwnie trafny temat rzeczywiście został poruszony, a nie był wytworem jego wyobraźni.
    
  "To dziwne" - odpowiedział. "Właśnie się nad tym zastanawiałem, Nigel".
    
  Pod wrażeniem Nigel zszedł po schodach na dziedziniec pod siatkową markizą, gdzie Karsten pił herbatę. "Cóż, być może ma pan zdolności paranormalne, proszę pana" - uśmiechnął się, trzymając teczkę pod pachą. "Komitet Sądowniczy prosi o pańską obecność w Glasgow w celu podpisania oświadczenia o przyznaniu się do winy, aby rząd Etiopii i Jednostka ds. Zbrodni Archeologicznych mogły przystąpić do złagodzenia wyroku pana Purdue".
    
  Karstena rozpaliła myśl o ukaraniu Perdue, choć wolałby to zrobić sam. Jednak jego oczekiwania wobec niego były chyba zbyt wygórowane w staromodnych nadziejach na zemstę, gdyż szybko się rozczarował, gdy dowiedział się o karze, na którą tak skwapliwie czekał.
    
  "Jaki więc będzie jego wyrok?" - zapytał Nigela. "Co powinni zapłacić?"
    
  "Czy mogę usiąść?" - zapytał Nigel, odpowiadając na gest aprobaty Karstena. Położył teczkę na stole. "David Perdue zawarł ugodę. W zasadzie w zamian za wolność..."
    
  "Wolność?" - ryknął Karsten, a serce waliło mu z nowo odkrytej wściekłości. "Co? Nawet nie dostanie wyroku więzienia?"
    
  "Nie, proszę pana, ale pozwól, że przedstawię panu szczegóły ustaleń" - rzekł spokojnie Nigel.
    
  "Posłuchajmy. Krótko i zwięźle. Chcę tylko najważniejszych momentów" - warknął Karsten, a jego ręce drżały, gdy uniósł kubek do ust.
    
  "Oczywiście, proszę pana" - odpowiedział Nigel, skrywając irytację z powodu szefa pod pozorem spokoju. "Krótko mówiąc" - dodał spokojnie - "pan Perdue zgodził się wypłacić odszkodowanie należne narodowi etiopskiemu i zwrócić relikwię tam, skąd ją zabrał, po czym, oczywiście, zostanie mu zabroniony wjazd do Etiopii".
    
  "Czekaj, to już wszystko?" Karsten zmarszczył brwi, a jego twarz stopniowo nabierała głębszego odcienia fioletu. "Po prostu pozwolą mu odejść?"
    
  Karsten był tak zaślepiony rozczarowaniem i porażką, że nie zauważył kpiącego wyrazu twarzy swojego asystenta. "Jeśli mogę tak powiedzieć, panie, zdaje się pan traktować to dość osobiście".
    
  "Nie możesz!" krzyknął Karsten, odchrząkując. "To bogaty oszust, który wykupuje się ze wszystkiego, oczarowuje arystokrację, żeby nie widziała jego przestępczej działalności. Oczywiście, jestem absolutnie zdruzgotany, gdy tacy ludzie wychodzą z tego obronną ręką, otrzymując jedynie proste ostrzeżenie i rachunek. Ten człowiek to miliarder, Lime! Trzeba go nauczyć, że pieniądze nie zawsze go uratują. Mieliśmy tu niepowtarzalną okazję, żeby go nauczyć - i cały świat rabusiów grobów takich jak on - że zostaną pociągnięci do odpowiedzialności, ukarani! I co postanowią?" - wrzał. "Niech znowu zapłaci za swój cholerny sposób na uniknięcie kary! Jezu Chryste! Nic dziwnego, że prawo i porządek nic już nie znaczą!"
    
  Nigel Lime po prostu czekał, aż ta tyrada się skończy. Nie było sensu przerywać rozwścieczonemu szefowi MI6. Kiedy upewnił się, że Karsten, czy też pan Carter, jak nazywali go jego nieostrożni podwładni, skończył swoją tyradę, Nigel odważył się wyrzucić z siebie jeszcze więcej niechcianych szczegółów. Ostrożnie przesunął teczkę po stole. "I proszę natychmiast to podpisać, proszę pana. Jeszcze dziś musi to zostać dostarczone do komisji z pańskim podpisem".
    
  "Co to jest?" Zapłakana twarz Karstena wykrzywiła się, gdy poniósł kolejną porażkę w swoich staraniach dotyczących Davida Perdue.
    
  "Jednym z powodów, dla których sąd musiał przychylić się do prośby Purdue, było bezprawne zajęcie jego majątku w Edynburgu, proszę pana" - wyjaśnił Nigel, rozkoszując się emocjonalnym odrętwieniem, którego doświadczał, przygotowując się na kolejny wybuch gniewu Karstena.
    
  "Ta nieruchomość nie została po prostu zajęta! Co, na litość boską, dzieje się ostatnio z władzami? Nielegalne? Czyli ktoś, kto jest przedmiotem zainteresowania MI6 w związku z międzynarodowymi sprawami wojskowymi, jest wspomniany, podczas gdy nie przeprowadzono żadnego śledztwa w sprawie zawartości jej nieruchomości?" - krzyknął, rozbijając porcelanową filiżankę o kuty żeliwny blat stołu.
    
  "Szanowny Panie, terenowe biura MI6 przeszukały majątek w poszukiwaniu jakichkolwiek dowodów obciążających i nie znalazły niczego, co wskazywałoby na szpiegostwo wojskowe lub nielegalne pozyskanie jakichkolwiek przedmiotów historycznych, religijnych czy innych. W związku z tym wstrzymanie okupu za Wrichtishousis było bezpodstawne i uznane za bezprawne, ponieważ nie było dowodów na poparcie naszych twierdzeń" - wyjaśnił Nigel bez ogródek, nie dając się zwieść grubej, dominującej twarzy Karstena, gdy wyjaśniał sytuację. "To nakaz zwolnienia, który musi Pan podpisać, aby zwrócić Wrichtishousis właścicielowi i anulować wszystkie przeciwne rozkazy, zgodnie z poleceniem Lorda Harringtona i jego przedstawicieli w Parlamencie".
    
  Karsten był tak wściekły, że jego odpowiedzi były łagodne, pozornie spokojne. "Czy mój autorytet jest lekceważony?"
    
  "Tak, proszę pana" - potwierdził Nigel. "Obawiam się, że tak".
    
  Karsten był wściekły z powodu pokrzyżowania jego planów, ale wolał udawać, że traktuje całą sprawę profesjonalnie. Nigel był bystrym człowiekiem i gdyby dowiedział się o osobistej reakcji Karstena na tę sprawę, mogłoby to rzucić zbyt wiele światła na jego powiązania z Davidem Purdue.
    
  "Więc daj mi długopis" - powiedział, nie okazując ani śladu szalejącej w nim burzy. Podpisując rozkaz zwrotu Reichtischusis swojemu zaprzysiężonemu wrogowi, Karsten poczuł, jak miażdżący cios dla jego starannie opracowanych planów, kosztujących tysiące euro, roztrzaskał jego ego, pozostawiając go bezsilnym przywódcą organizacji pozbawionej realnej władzy.
    
  "Dziękuję, proszę pana" - powiedział Nigel, odbierając długopis z drżącej dłoni Karstena. "Wyślę to dzisiaj, żeby sprawa mogła zostać zamknięta. Nasi prawnicy będą nas informować na bieżąco o rozwoju sytuacji w Etiopii, dopóki relikwia nie wróci na należne jej miejsce".
    
  Karsten skinął głową, ale ledwo słyszał słowa Nigela. Myślał tylko o perspektywie zaczynania od nowa. Próbując się pogubić, próbował dowiedzieć się, gdzie Purdue ukrył wszystkie relikwie, które on, Karsten, miał nadzieję znaleźć na terenie posiadłości Edynburga. Niestety, nie mógł wykonać rozkazu przeszukania wszystkich posiadłości Purdue, ponieważ opierałby się on na informacjach wywiadowczych zebranych przez Zakon Czarnego Słońca, organizację, która nie powinna istnieć, a tym bardziej być kierowana przez wysokiego rangą oficera brytyjskiego Dyrektoriatu Wywiadu Wojskowego.
    
  Musiał zachować to, co uważał za prawdę o sobie. Perdue nie mógł zostać aresztowany za kradzież cennych nazistowskich skarbów i artefaktów, ponieważ ich ujawnienie naraziłoby Czarne Słońce. Myśl Karstena pędziła, próbując to wszystko pojąć, ale odpowiedź wciąż do niego wracała - Perdue musiał umrzeć.
    
    
  14
  A82
    
    
  W nadmorskim miasteczku Oban w Szkocji dom Niny stał pusty, gdy ta uczestniczyła w nowej trasie koncertowej zaplanowanej przez Purdue po jego niedawnych kłopotach prawnych. Życie w Oban toczyło się dalej bez niej, ale wielu mieszkańców bardzo za nią tęskniło. Po makabrycznej historii porwania, która kilka miesięcy temu trafiła na pierwsze strony lokalnych gazet, lokal powrócił do swojego błogiego spokoju.
    
  Doktor Lance Beach i jego żona przygotowywali się do konferencji medycznej w Glasgow, jednego z tych spotkań, na których ważniejsze jest to, kto kogo zna i co nosi, niż same badania medyczne czy granty na leki eksperymentalne, które mają kluczowe znaczenie dla postępu w tej dziedzinie.
    
  "Wiesz, jak bardzo nienawidzę takich rzeczy" - przypomniała Sylvia Beach swojemu mężowi.
    
  "Wiem, kochanie" - odpowiedział, krzywiąc się z wysiłku wsuwania nowych butów na grube wełniane skarpety. "Ale jestem brany pod uwagę do specjalnego traktowania i włączenia tylko wtedy, gdy wiedzą o moim istnieniu, a żeby wiedzieli, że istnieję, muszę się pokazać w tych szalonych aferach".
    
  "Tak, wiem" - jęknęła przez rozchylone usta, mówiąc z otwartymi ustami i malując się szminką w kolorze różanej rosy. "Tylko nie rób tego, co ostatnio, i nie zostawiaj mnie z tym kurnikiem, kiedy będziesz szedł. I nie chcę się tu kręcić".
    
  "Zanotowane". Dr Lance Beach wymusił uśmiech, a jego stopy skrzypiały w nowych, obcisłych, skórzanych butach. Kiedyś nie miałby cierpliwości, by słuchać jęków żony, ale po tym, jak stracił ją w przerażający sposób podczas porwania, nauczył się cenić jej obecność bardziej niż cokolwiek innego. Lance nigdy więcej nie chciał się tak czuć, obawiając się, że już nigdy nie zobaczy żony, więc cicho pojękiwał z radości. "Nie będziemy długo. Obiecuję".
    
  "Dziewczyny wracają w niedzielę, więc jeśli wrócimy trochę wcześniej, będziemy mieli całą noc i pół dnia dla siebie" - powiedziała, szybko sprawdzając jego reakcję w lustrze. Za nią, na łóżku, widziała, jak uśmiecha się sugestywnie na jej słowa: "Hmm, to prawda, pani Beach".
    
  Sylvia uśmiechnęła się szeroko, wkładając kolczyk w prawy płatek ucha i szybko zerknęła na siebie, żeby sprawdzić, jak wygląda w połączeniu z wieczorową suknią. Skinęła głową z aprobatą, doceniając swoją urodę, ale nie wpatrywała się w swoje odbicie zbyt długo. Przypomniało jej to powód, dla którego została porwana przez tego potwora - jej podobieństwo do dr Niny Gould. Jej podobnie drobna sylwetka i ciemne loki zmyliłyby każdego, kto nie znał tych dwóch kobiet, a oczy Sylvii były niemal identyczne jak oczy Niny, tyle że były węższe i bardziej bursztynowe niż czekoladowe oczy Niny.
    
  "Gotowa, kochanie?" - zapytał Lance, mając nadzieję, że rozproszy negatywne myśli, które niewątpliwie dręczyły jego żonę, gdy zbyt długo wpatrywała się w swoje odbicie. Udało mu się. Z cichym westchnieniem przerwała pojedynek na spojrzenia i szybko zebrała torebkę i płaszcz.
    
  "Gotowa do wyjścia" - potwierdziła ostro, mając nadzieję, że rozwieje wszelkie podejrzenia co do jej stanu emocjonalnego. Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, z gracją wyszła z pokoju i ruszyła korytarzem w stronę holu przy drzwiach wejściowych.
    
  Noc była okropna. Chmury nad nimi tłumiły krzyki tytanów pogody i otulały pasma elektryczne niebieskim ładunkiem elektrostatycznym. Padał deszcz, zmieniając ich ścieżkę w strumień. Sylvia skakała w wodzie, jakby chciała zamoczyć buty, a Lance po prostu szedł za nią, trzymając nad jej głową duży parasol. "Czekaj, Silla, czekaj!" krzyknął, gdy szybko wyszła spod parasoli.
    
  "Pospiesz się, leniuchu!" - zażartowała, sięgając do drzwi samochodu, ale mąż nie pozwolił jej kpić z jego powolnego kroku. Nacisnął immobilizer w samochodzie, blokując wszystkie drzwi, zanim zdążyła je otworzyć.
    
  "Nikt, kto ma pilota, nie musi się spieszyć" - chwalił się ze śmiechem.
    
  "Otwórz drzwi!" - nalegała, starając się nie wybuchnąć śmiechem. "Będę miała rozczochrane włosy" - ostrzegła. "I pomyślą, że jesteś niedbałym mężem, a przez to złym lekarzem, rozumiesz?"
    
  Drzwi otworzyły się z kliknięciem, gdy zaczęła się już naprawdę martwić, że zniszczy sobie fryzurę i makijaż. Sylvia wskoczyła do środka z okrzykiem ulgi. Chwilę później Lance usiadł za kierownicą i odpalił samochód.
    
  "Jeśli teraz nie wyjdziemy, to naprawdę się spóźnimy" - zauważył, patrząc przez okno na ciemne i nieustępliwe chmury.
    
  "Zrobimy to dużo wcześniej, kochanie. Jest dopiero ósma wieczorem" - powiedziała Sylvia.
    
  "Tak, ale przy tej pogodzie będzie to piekielnie powolna jazda. Mówię ci, sprawy idą źle. Nie wspominając o korkach w Glasgow, kiedy dotrzemy do cywilizacji".
    
  "Dobra" - westchnęła, opuszczając lusterko pasażera, żeby poprawić rozmazany tusz do rzęs. "Tylko nie jedź za szybko. Nie są aż tak ważne, żebyśmy zginęli w wypadku samochodowym czy coś".
    
  Światła cofania niczym gwiazdy lśniły w strugach ulewy, gdy Lance manewrował swoim BMW, wyjeżdżając z wąskiej uliczki na główną drogę, by rozpocząć dwugodzinną podróż na elitarne przyjęcie koktajlowe w Glasgow, organizowane przez Wiodące Towarzystwo Medyczne Szkocji. W końcu, po mozolnym wysiłku ciągłego skręcania i hamowania, Sylvia zdołała ogarnąć brudną twarz i znów wyglądać ładnie.
    
  Choć Lance nie znosił drogi A82, która oddzielała dwie dostępne trasy, po prostu nie mógł sobie pozwolić na dłuższą, bo by się spóźnił. Zmuszony był skręcić na znienawidzoną główną drogę, wiodącą obok Paisley, gdzie porywacze przetrzymywali jego żonę, zanim przetransportowali ją, o zgrozo, do Glasgow. Bolało go to, ale nie chciał o tym wspominać. Sylvia nie jechała tą drogą, odkąd znalazła się w towarzystwie złych ludzi, którzy wmówili jej, że nigdy więcej nie zobaczy swojej rodziny.
    
  Może nic nie pomyśli, dopóki nie wyjaśnię, dlaczego wybrałem tę trasę. Może zrozumie, pomyślał Lance, jadąc w kierunku Parku Narodowego Trossachs. Ale jego dłonie tak mocno ściskały kierownicę, że palce zdrętwiały.
    
  "Co się stało, kochanie?" zapytała nagle.
    
  "Nic" - powiedział nonszalancko. "Dlaczego?"
    
  "Wyglądasz na spiętą. Martwisz się, że znów przeżyję tę samą podróż z tą suką? Przecież to ta sama droga" - zapytała Sylvia. Mówiła tak swobodnie, że Lance poczuł niemal ulgę, ale wiedział, że nie będzie łatwo, i to go martwiło.
    
  "Szczerze mówiąc, naprawdę się tym martwiłem" - przyznał, lekko zginając palce.
    
  "No, nie rób tego, dobrze?" powiedziała, głaszcząc go po udzie, żeby go uspokoić. "Nic mi nie jest. Ta droga zawsze będzie tutaj. Nie mogę jej unikać do końca życia, rozumiesz? Mogę tylko powtarzać sobie, że radzę sobie z tym z tobą, a nie z nią".
    
  "Więc ta droga już nie jest straszna?" zapytał.
    
  "Nie. Teraz liczy się tylko droga, a ja jestem z mężem, a nie z jakąś szaloną suką. Chodzi o to, żeby przekuć mój strach w coś, czego mam powód się bać" - rozmyślała. "Nie mogę bać się drogi. Droga mnie nie skrzywdziła, nie zagłodziła ani nie zbeształa, prawda?"
    
  Oszołomiony Lance wpatrywał się w żonę z podziwem. "Wiesz, Cilla, to naprawdę fajne spojrzenie na to. I ma sens".
    
  "No cóż, dziękuję, doktorze" - uśmiechnęła się. "Boże, moje włosy mają swój własny rozum. Za długo pan trzymał drzwi zamknięte. Chyba woda zniszczyła mi fryzurę".
    
  "Tak" - zgodził się nonszalancko. "To była woda. Oczywiście."
    
  Zignorowała jego aluzję i ponownie wyciągnęła małe lusterko, desperacko próbując zapleść dwa luźne pasma włosów, które okalały jej twarz. "O rany...!" - krzyknęła gniewnie, odwracając się na krześle, żeby spojrzeć za siebie. "Uwierzysz, ten idiota z latarkami? Ja nic nie widzę w lustrze".
    
  Lance zerknął w lusterko wsteczne. Przenikliwe światła reflektorów samochodu za nimi oświetliły mu oczy, na chwilę go oślepiając. "Boże! Czym on jedzie? Latarnią morską na kółkach?"
    
  "Zwolnij, kochanie, pozwól mu przejechać" - zasugerowała.
    
  "Już jadę za wolno, żeby zdążyć na imprezę, kochanie" - odparł. "Nie pozwolę, żeby ten dupek nas spóźnił. Dam mu tylko trochę jego własnego lekarstwa".
    
  Lance ustawił lusterko tak, aby reflektory samochodu za nim odbijały się prosto na niego. "Dokładnie to, co przepisał lekarz, idioto!" - zaśmiał się Lance. Samochód zwolnił, gdy kierowca wyraźnie oślepił się jasnym światłem, po czym utrzymał bezpieczną odległość.
    
  "Prawdopodobnie Walijczyk" - zażartowała Sylvia. "Prawdopodobnie nie zdawał sobie sprawy, że ma włączone światła drogowe".
    
  "Boże, jak on mógł nie zauważyć, że te cholerne reflektory wypalają lakier na moim samochodzie?" - wykrzyknął Lance, co wywołało wybuch śmiechu jego żony.
    
  Oldlochley właśnie ich wypuścił, gdy w milczeniu jechali na południe.
    
  "Muszę przyznać, że jestem mile zaskoczony tym, jak mały jest ruch dziś wieczorem, nawet jak na czwartek" - zauważył Lance, mknąc drogą A82.
    
  "Słuchaj, kochanie, czy mógłbyś trochę zwolnić?" - błagała Sylvia, odwracając twarz swojej ofiary w jego stronę. "Boję się".
    
  "Wszystko w porządku, kochanie" - uśmiechnął się Lance.
    
  "Nie, naprawdę. Pada tu o wiele mocniej i myślę, że brak ruchu przynajmniej daje nam czas, żeby zwolnić, nie sądzisz?"
    
  Lance nie mógł się sprzeciwić. Miała rację. Oślepienie przez samochód za nimi tylko pogorszyłoby sytuację na mokrej drodze, gdyby Lance utrzymał swoją szaloną prędkość. Musiał przyznać, że prośba Sylvii nie była bezpodstawna. Znacznie zwolnił.
    
  "Czy jesteś szczęśliwa?" zapytał ją.
    
  "Tak, dziękuję" - uśmiechnęła się. "To o wiele bardziej uspokaja".
    
  "A twoje włosy też chyba odżyły" - zaśmiał się.
    
  "Lance!" - krzyknęła nagle, gdy samochód, pędzący szaleńczo przed siebie, odbity w lusterku jej toaletki, dostrzegł grozę tego zdarzenia. W chwili jasności domyśliła się, że samochód nie zauważył gwałtownego hamowania Lance"a i nie zwolnił w porę na błotnistej drodze.
    
  "Jezu!" Lance zachichotał, obserwując, jak światła stają się coraz większe, zbliżając się zbyt szybko, by ich uniknąć. Jedyne, co mogli zrobić, to się przygotować. Lance instynktownie wyciągnął rękę przed żonę, aby osłonić ją przed uderzeniem. Niczym błyskawica, przeszywające reflektory za nimi pomknęły na bok. Samochód za nimi lekko skręcił, ale uderzył ich prawym reflektorem, wprawiając BMW w niestabilny obrót na śliskim asfalcie.
    
  Nagły krzyk Sylvii zagłuszyła kakofonia miażdżonego metalu i tłuczonego szkła. Zarówno Lance, jak i Sylvia poczuli mdły wir ich wymkniętego spod kontroli samochodu, wiedząc, że nic nie mogą zrobić, by zapobiec tragedii. Ale się mylili. Zatrzymali się gdzieś na uboczu, wśród pasma dzikich drzew i krzewów między autostradą A82 a czarną, zimną wodą Loch Lomond.
    
  "Wszystko w porządku, kochanie?" - zapytał Lance z rozpaczą.
    
  "Żyję, ale boli mnie szyja" - odpowiedziała, wypuszczając rzężenie ze złamanego nosa.
    
  Przez chwilę siedzieli bez ruchu w powykręcanym wraku, wsłuchując się w ulewny deszcz uderzający o metal. Oboje byli bezpiecznie chronieni poduszkami powietrznymi, próbując ustalić, które części ich ciał wciąż funkcjonują. Doktor Lance Beach i jego żona Sylvia nie spodziewali się, że samochód za nimi przebije się przez ciemność, zmierzając prosto na nich.
    
  Lance próbował chwycić Sylvię za rękę, gdy diabelskie światła reflektorów oślepiły ich po raz ostatni i uderzyły w nich z pełną prędkością. Prędkość oderwała Lance'owi rękę i przecięła im kręgosłupy, posyłając ich samochód w dół, w głąb jeziora, gdzie stał się ich trumną.
    
    
  15
  Wybór gracza
    
    
  W Raichtisusis nastrój był podniosły po raz pierwszy od ponad roku. Purdue wrócił do domu, z gracją żegnając się z mężczyznami i kobietami, którzy zajmowali jego dom, gdy był na łasce MI6 i jego bezdusznego dyrektora, dwulicowego Joe Cartera. Tak jak Purdue uwielbiał organizować wystawne przyjęcia dla profesorów akademickich, biznesmenów, kuratorów i międzynarodowych darczyńców swoich grantów, tym razem potrzebne było coś bardziej stonowanego.
    
  Od czasów wystawnych bankietów organizowanych pod dachem zabytkowej rezydencji, Perdue nauczył się, jak ważna jest dyskrecja. W tamtym czasie nie zetknął się jeszcze z Zakonem Czarnego Słońca ani jego afiliantami, choć z perspektywy czasu znał wielu jego członków, nie zdając sobie z tego sprawy. Jednak jeden błąd kosztował go całkowite zapomnienie, w którym żył przez wszystkie te lata, będąc jedynie playboyem z zamiłowaniem do cennych historycznych artefaktów.
    
  Jego próba uspokojenia niebezpiecznej organizacji nazistowskiej, głównie po to, by podbudować własne ego, zakończyła się tragicznie na Deep Sea One, jego platformie wiertniczej na Morzu Północnym. To właśnie tam, po tym, jak ukradł Włócznię Przeznaczenia i pomógł w stworzeniu rasy nadludzi, po raz pierwszy nadepnął im na pięty. Od tego momentu sytuacja tylko się pogarszała, aż Purdue z sojusznika stał się solą w oku, stając się ostatecznie największą solą w oku Czarnego Słońca.
    
  Teraz nie było już odwrotu. Nie przywróconego. Nie było odwrotu. Teraz Perdue mógł jedynie systematycznie eliminować każdego członka złowrogiej organizacji, aż znów będzie mógł bezpiecznie pojawiać się publicznie, bez obawy przed zamachami na swoich przyjaciół i współpracowników. A ta stopniowa eliminacja musiała być ostrożna, subtelna i metodyczna. Nie miał zamiaru ich eksterminować ani nic w tym rodzaju, ale Perdue był wystarczająco bogaty i sprytny, by eliminować ich jednego po drugim, używając śmiercionośnej broni tamtych czasów - technologii, mediów, ustawodawstwa i oczywiście potężnego Mammona.
    
  "Witamy z powrotem, doktorze" - zażartował Purdue, gdy Sam i Nina wysiedli z samochodu. Ślady niedawnego oblężenia wciąż były widoczne, ponieważ niektórzy agenci i pracownicy Purdue stali w pobliżu, czekając, aż MI6 opuści swoje stanowiska i zabierze tymczasowe urządzenia i pojazdy wywiadowcze. Zwrot Purdue'a do Sama lekko zdezorientował Ninę, ale po ich wspólnym śmiechu zrozumiała, że to prawdopodobnie kolejna sprawa, którą lepiej zostawić między tymi dwoma mężczyznami.
    
  "No, chłopaki" - powiedziała - "umieram z głodu".
    
  "Och, oczywiście, moja droga Nino" - powiedział czule Perdue, wyciągając rękę, by ją objąć. Nina nic nie powiedziała, ale jego wychudzony wygląd ją drażnił. Chociaż znacznie przytył od czasu incydentu w Fallin, nie mogła uwierzyć, że ten wysoki, siwowłosy geniusz wciąż może wyglądać tak chudo i zmęczono. Tego rześkiego poranka Perdue i Nina pozostali w swoich ramionach przez chwilę, po prostu delektując się swoim istnieniem.
    
  "Tak się cieszę, że nic ci nie jest, Dave" - wyszeptała. Serce Perdue'a zabiło mocniej. Nina rzadko, jeśli w ogóle, zwracała się do niego po imieniu. Oznaczało to, że chciała zwrócić się do niego na bardzo osobistym poziomie, co wydało mu się darem niebios.
    
  "Dziękuję, kochanie" - odpowiedział cicho w jej włosy, całując ją w czubek głowy, zanim ją puścił. "A teraz" - zawołał radośnie, klaszcząc i załamując dłonie - "czy możemy urządzić sobie małą uroczystość, zanim powiem ci, co będzie dalej?"
    
  "Tak" - uśmiechnęła się Nina - "ale nie jestem pewna, czy mogę się doczekać, co będzie dalej. Po tylu latach w twoim towarzystwie kompletnie straciłam ochotę na niespodzianki".
    
  "Rozumiem" - przyznał, czekając, aż ona pierwsza przejdzie przez główne drzwi posiadłości. "Ale zapewniam panią, że jest bezpiecznie, pod czujnym okiem etiopskiego rządu i ACU, i całkowicie legalnie".
    
  "Tym razem" - zadrwił Sam.
    
  "Jak pan śmiesz, panie?" - zażartował Perdue, wciągając dziennikarza za kołnierz do holu.
    
  "Witaj, Charlesie" - Nina uśmiechnęła się do zawsze wiernego lokaja, który już nakrywał do stołu w salonie, przygotowując ich prywatne spotkanie.
    
  "Pani" - Charles skinął uprzejmie głową. "Panie Cracks".
    
  "Witaj, mój dobry człowieku" - powitał go serdecznie Sam. "Czy agent specjalny Smith już odleciał?"
    
  "Nie, proszę pana. Właściwie, właśnie poszedł do toalety i zaraz do pana dołączy" - powiedział Charles, po czym pospiesznie opuścił pokój.
    
  "Jest trochę zmęczony, biedaczek" - wyjaśnił Perdue - "musiał tak długo obsługiwać tę gromadkę nieproszonych gości. Dałem mu wolne jutro i wtorek. W końcu, pod moją nieobecność, miałby niewiele do roboty poza codziennymi gazetami, rozumiesz?"
    
  "Tak" - zgodził się Sam. "Ale mam nadzieję, że Lillian będzie na dyżurze, dopóki nie wrócimy. Już ją namówiłem, żeby zrobiła mi strudel z morelami, kiedy wrócimy".
    
  "Skąd?" - zapytałem. - zapytała Nina, znów czując się strasznie pominięta.
    
  "Cóż, to kolejny powód, dla którego was zaprosiłem, Nino. Proszę, usiądź, a naleję ci bourbona" - powiedział Purdue. Sam ucieszył się, widząc go znowu tak pogodnego, niemal tak samo uprzejmego i pewnego siebie jak wcześniej. Z drugiej strony, Sam przypuszczał, że odroczenie kary więzienia uszczęśliwia mężczyznę z najdrobniejszych wydarzeń. Nina usiadła, podkładając dłoń pod kieliszek brandy, do którego Purdue nalał jej Southern Comfort.
    
  Fakt, że był poranek, w żaden sposób nie zmieniał atmosfery ciemnego pokoju. Luksusowe zielone zasłony wisiały na wysokich oknach, kontrastując z grubym brązowym dywanem, a te odcienie nadawały luksusowemu pokojowi ziemisty charakter. Przez wąskie, koronkowe szpary między zasłoniętymi zasłonami, poranne światło próbowało oświetlić meble, ale nie udało mu się oświetlić niczego poza pobliskim dywanem. Na zewnątrz chmury były zazwyczaj ciężkie i ciemne, wykradając energię słońca, które mogłoby zapewnić namiastkę dziennego światła.
    
  "Co to gra?" Sam nie zwracał się do nikogo konkretnego, ponieważ po domu rozbrzmiewała znajoma melodia, dochodząca skądś z kuchni.
    
  "Lillian, dyżur, jak wolisz" - zaśmiał się Perdue. "Pozwalam jej puszczać muzykę podczas gotowania, ale tak naprawdę nie mam pojęcia, o co chodzi. Dopóki nie przeszkadza to reszcie personelu, nie przeszkadza mi odrobina atmosfery w przedniej części lokalu".
    
  "Piękne. Podoba mi się" - zauważyła Nina, ostrożnie przysuwając krawędź kryształu do dolnej wargi, uważając, żeby nie rozmazać go szminką. "Więc kiedy dowiem się o naszej nowej misji?"
    
  Perdue uśmiechnął się, ulegając ciekawości Niny i czemuś, czego Sam również jeszcze nie wiedział. Odstawił kieliszek i potarł dłonie. "To całkiem proste i odpuści mi wszystkie grzechy w oczach zaangażowanych rządów, a jednocześnie pozbawi mnie relikwii, która przysporzyła mi tyle kłopotów".
    
  "Fałszywa arka?" zapytała Nina.
    
  "Zgadza się" - potwierdził Perdue. "To część mojej umowy z Wydziałem ds. Zbrodni Archeologicznych i Wysokim Komisarzem Etiopii, pasjonatem historii, pułkownikiem Basilem Jemenem, o zwrocie ich relikwii religijnej..."
    
  Nina otworzyła usta, żeby usprawiedliwić zmarszczenie brwi, ale Perdue wiedział, co zamierza powiedzieć i szybko wspomniał o tym, co ją zaintrygowało. "...Bez względu na to, jak bardzo były fałszywe, wróciły na swoje należne miejsce w górze za wioską, do miejsca, z którego je zabrałem".
    
  "Oni chronią artefakt, o którym wiedzą, że nie jest prawdziwą Arką Przymierza?" - zapytał Sam, powtarzając dokładnie pytanie Niny.
    
  "Tak, Sam. Dla nich to wciąż starożytna relikwia o ogromnej wartości, niezależnie od tego, czy zawiera moc Bożą, czy nie. Rozumiem to, więc zabieram ją z powrotem". Wzruszył ramionami. "Nie potrzebujemy jej. Dostaliśmy to, czego chcieliśmy, przeszukując Kryptę Herkulesa, prawda? To znaczy, ta arka nie zawiera już dla nas zbyt wiele wartości. Opowiedziała nam o okrutnych eksperymentach na dzieciach przeprowadzonych przez SS podczas II wojny światowej, ale nie sądzę, żeby warto było ją dłużej przechowywać".
    
  "Co oni o tym myślą? Czy nadal są przekonani, że to święta skrzynia?" - zapytała Nina.
    
  "Agencie specjalny!" Sam oznajmił wejście Patricka do pokoju.
    
  Patrick uśmiechnął się nieśmiało. "Zamknij się, Sam". Usiadł obok Purdue'a i przyjął drinka od swojego świeżo uwolnionego pana. "Dziękuję, Davidzie".
    
  Co dziwne, ani Purdue, ani Sam nie wymienili spojrzeń, nie rozumiejąc, że pozostała dwójka nic nie wiedziała o prawdziwej tożsamości Joe Cartera z MI6. Tak bardzo starali się zachować swoje tajne interesy dla siebie. Jedynie kobieca intuicja Niny od czasu do czasu podważała tę tajną sprawę, ale nie potrafiła zrozumieć, o co chodziło.
    
  "Dobrze" - zaczął ponownie Perdue - "Patrick wraz z moim zespołem prawnym przygotował dokumenty prawne, które miały ułatwić podróż do Etiopii w celu zwrotu ich świętej skrzynki, będąc pod obserwacją MI6. Wiecie, po prostu po to, żeby mieć pewność, że nie zbieram informacji wywiadowczych dla innego kraju, czy coś w tym stylu".
    
  Sam i Nina musieli się zaśmiać z docinków Perdue, ale Patrick był zmęczony i chciał po prostu mieć to już za sobą, żeby móc wrócić do Szkocji. "Zapewniono mnie, że to nie zajmie więcej niż tydzień" - przypomniał Perdue.
    
  "Idziesz z nami?" - wykrztusił Sam ze szczerym westchnieniem.
    
  Patrick wyglądał na zaskoczonego i trochę zdezorientowanego. "Tak, Sam. Dlaczego? Czy planujesz zachowywać się tak źle, że niania nie wchodzi w grę? Czy po prostu nie ufasz swojemu najlepszemu przyjacielowi, że strzeli ci w tyłek?"
    
  Nina zachichotała, żeby rozluźnić atmosferę, ale napięcie w pomieszczeniu było ewidentnie zbyt duże. Zerknęła na Purdue'a, który z kolei emanował najbardziej anielską niewinnością, na jaką stać łajdaka. Jego oczy się nie spotkały, ale doskonale zdawał sobie sprawę, że patrzy na niego.
    
  Co Purdue przede mną ukrywa? Co przede mną ukrywa i znowu, co zdradza Samowi? Pomyślała.
    
  "Nie, nie. Nic z tych rzeczy" - zaprzeczył Sam. "Po prostu nie chcę, żebyś był w niebezpieczeństwie, Paddy. Powodem, dla którego w ogóle doszło do tego całego gówna między nami, było to, że to, co robiliśmy z Purdue, Niną i mną, naraziło ciebie i twoją rodzinę na niebezpieczeństwo".
    
  Wow, prawie mu wierzę. W głębi duszy Nina krytykowała wyjaśnienia Sama, przekonana, że Sam miał inne intencje, trzymając Paddy'ego z daleka. Wydawał się jednak bardzo poważny, a mimo to Perdue zachował spokój i beznamiętny wyraz twarzy, popijając kieliszek.
    
  "Doceniam to, Sam, ale widzisz, nie idę, bo tak naprawdę ci nie ufam" - przyznał Patrick z ciężkim westchnieniem. "Nie mam nawet zamiaru psuć ci imprezy ani cię szpiegować. Prawda jest taka... Muszę iść. Moje rozkazy są jasne i muszę ich przestrzegać, jeśli nie chcę stracić pracy".
    
  "Czekaj, więc masz tu przyjść bez względu na wszystko?" zapytała Nina.
    
  Patrick skinął głową.
    
  "Jezu" - powiedział Sam, kręcąc głową. "Kto, do cholery, każe ci iść, Paddy?"
    
  "Co o tym myślisz, staruszku?" - zapytał obojętnie Patrick, pogodzony ze swoim losem.
    
  "Joe Carter" - rzekł stanowczo Perdue, wpatrując się w przestrzeń, a jego usta ledwo się poruszały, gdy próbował wymówić okropne angielskie imię Carstena.
    
  Sam poczuł, jak nogi drętwieją mu w dżinsach. Nie mógł się zdecydować, czy martwi się, czy wścieka decyzją o wysłaniu Patricka na wyprawę. Jego ciemne oczy błysnęły, gdy zapytał: "Wyprawa na pustynię, żeby odłożyć przedmiot do piaskownicy, z której go wyjęto, to nie jest zadanie dla wysoko postawionego oficera wywiadu wojskowego, prawda?".
    
  Patrick spojrzał na niego tak samo, jak patrzył na Sama, kiedy stali obok siebie w gabinecie dyrektora, oczekując jakiejś kary. "Właśnie o tym myślałem, Sam. Śmiem twierdzić, że moje włączenie do tej misji było niemal... celowe".
    
    
  16
  Demony nie umierają
    
    
  Charles był nieobecny, gdy grupa jadła śniadanie. Rozmawiali o tym, jak szybko uda się im pomóc Perdue w dopełnieniu prawnego obowiązku pokuty i ostatecznie uwolnić Etiopię od Perdue.
    
  "Och, musisz spróbować, żeby docenić tę szczególną odmianę" - powiedział Perdue do Patricka, ale włączył do rozmowy Sama i Ninę. Wymienili się informacjami o wykwintnych winach i brandy, żeby umilić sobie czas, delektując się pyszną, lekką kolacją, którą przygotowała dla nich Lillian. Z radością zobaczyła, jak jej szef znów się z nią śmieje i dokucza, będąc jednym z jego najbardziej zaufanych sojuszników i wciąż zachowując swój typowy, pełen energii charakter.
    
  "Charles!" zawołał. Chwilę później zawołał ponownie i zadzwonił dzwonkiem, ale Charles nie odpowiedział. "Czekaj, pójdę po butelkę" - zaproponował i wstał, by pójść do piwnicy z winami. Nina nie mogła wyjść z podziwu nad tym, jak chudy i wychudzony teraz wyglądał. Kiedyś był wysokim, szczupłym mężczyzną, ale niedawna utrata wagi podczas procesu Fallina sprawiła, że wyglądał jeszcze wyżej i znacznie słabiej.
    
  "Pójdę z tobą, Davidzie" - zaproponował Patrick. "Nie podoba mi się, że Charles nie odbiera, jeśli rozumiesz, o co mi chodzi".
    
  "Nie bądź głupi, Patricku" - uśmiechnął się Perdue. "Reichtisusis jest wystarczająco niezawodny, żeby powstrzymać nieproszonych gości. Poza tym, zamiast korzystać z usług firmy ochroniarskiej, postanowiłem zatrudnić prywatną ochronę przy bramie. Nie honorują żadnych czeków poza tymi podpisanymi przeze mnie".
    
  "Dobry pomysł" - pochwalił Sam.
    
  "Wkrótce wrócę, żeby pochwalić się tą nieprzyzwoicie drogą butelką płynnego majestatu" - przechwalał się Perdue, choć z pewnym zastrzeżeniem.
    
  "I będziemy mogli to otworzyć?" - zażartowała Nina. "Bo nie ma sensu chwalić się rzeczami, których nie da się zweryfikować, wiesz?"
    
  Purdue uśmiechnął się dumnie. "Och, doktorze Gould, nie mogę się doczekać, żeby pogadać z panem o zabytkach, obserwując jednocześnie, jak wiruje pański pijacki umysł". Po tych słowach pospiesznie wyszedł z pokoju i zszedł do piwnicy, mijając swoje laboratoria. Nie chciał się do tego przyznać tak szybko po odzyskaniu swoich rzeczy, ale Purdue'a martwiła również nieobecność kamerdynera. Brandy służyła mu głównie jako pretekst do rozstania się z innymi, szukając powodu, dla którego Charles ich porzucił.
    
  "Lily, widziałaś Charlesa?" zapytał swoją gospodynię i kucharkę.
    
  Odwróciła się od lodówki, by spojrzeć na jego wymizerowaną minę. Zaciskając dłonie pod ściereczką, której używała, uśmiechnęła się niechętnie. "Tak, proszę pana. Agent specjalny Smith poprosił Charlesa, żeby odebrał z lotniska kolejnego pana gościa".
    
  "Mój drugi gość?" - zawołał za nią Perdue. Miał nadzieję, że nie zapomniał o ważnym spotkaniu.
    
  "Tak, panie Perdue" - potwierdziła. "Czy Charles i pan Smith zaaranżowali mu towarzystwo?" Lily brzmiała na nieco zaniepokojoną, głównie dlatego, że nie była pewna, czy Perdue wie o gościu. Perdue odniosła wrażenie, że wątpi w jego zdrowie psychiczne, skoro zapomniał o czymś, o czym nie miał pojęcia.
    
  Perdue zastanowił się przez chwilę, stukając palcami o framugę drzwi, żeby je wyprostować. Pomyślał, że lepiej będzie potraktować sprawę uczciwie wobec uroczej, pulchnej Lily, która tak wysoko go ceniła. "Yyy, Lily, czy ja wezwałem tego gościa? Czy ja tracę rozum?"
    
  Nagle wszystko stało się jasne dla Lily i słodko się zaśmiała. "Nie! O nie, panie Purdue, w ogóle pan o tym nie wiedział. Proszę się nie martwić, jeszcze pan nie zwariował".
    
  Perdue westchnął z ulgą: "Dzięki Bogu!" i zaśmiał się razem z nią. "Kto to jest?"
    
  "Nie znam jego nazwiska, proszę pana, ale podobno zaproponował pomoc w pańskiej następnej wyprawie" - powiedziała nieśmiało.
    
  "Za darmo?" - zażartował.
    
  Lily zaśmiała się pod nosem. "Mam taką nadzieję, proszę pana".
    
  "Dziękuję, Lily" - powiedział i zniknął, zanim zdążyła odpowiedzieć. Lily uśmiechnęła się na popołudniowy wiatr, który wpadał przez otwarte okno obok lodówek i zamrażarek, gdzie pakowała racje żywnościowe. Cicho powiedziała: "Jak cudownie, że znów jesteś z nami, moja droga".
    
  Przechodząc obok swoich laboratoriów, Purdue poczuł zarówno nostalgię, jak i nadzieję. Schodząc pod parter głównym korytarzem, zbiegł po betonowych schodach. Prowadziły one do piwnicy, gdzie znajdowały się laboratoria - ciemne i ciche. Purdue poczuł przypływ nieuzasadnionej wściekłości na Josepha Karstena, który bezczelnie wtargnął do jego domu, by naruszyć jego prywatność, wykorzystać jego opatentowaną technologię i wykorzystać jego badania kryminalistyczne, jakby wszystko tam było, czekając na jego zbadanie.
    
  Nie zawracał sobie głowy dużymi, mocnymi lampami sufitowymi, zapalając jedynie główne światło przy wejściu do małego korytarza. Mijając ciemne kwadraty szklanych drzwi laboratorium, wspominał złote czasy, zanim wszystko stało się obskurne, polityczne i niebezpieczne. Wciąż wyobrażał sobie, jak jego antropolodzy, naukowcy i stażyści rozmawiają w środku, kłócą się o związki chemiczne i teorie, a przy tym w tle słychać dźwięki serwerów i chłodnic międzystopniowych. Uśmiechał się, choć serce bolało go z tęsknoty za powrotem tamtych dni. Teraz, gdy większość uważała go za przestępcę, a jego reputacja nie pasowała już do jego CV, czuł, że rekrutacja elitarnych naukowców to daremne przedsięwzięcie.
    
  "To zajmie trochę czasu, staruszku" - powiedział sobie. "Tylko bądź cierpliwy, na litość boską".
    
  Jego wysoka postać szła leniwie w stronę lewego korytarza, a opadająca betonowa rampa wydawała się solidna pod jego stopami. To był beton, wylany wieki temu przez dawno zapomnianych murarzy. To był jego dom, który dawał mu ogromne poczucie przynależności, silniejsze niż kiedykolwiek wcześniej.
    
  Mijając niepozorne drzwi magazynu, serce zabiło mu mocniej, a dreszcz przebiegł wzdłuż kręgosłupa aż do nóg. Perdue uśmiechnął się, mijając stare żelazne drzwi, których kolor i faktura zlewały się ze ścianą, i zapukał w nie dwa razy po drodze. W końcu stęchły zapach zapadniętej piwnicy uderzył go w nozdrza. Ucieszył się, że znów jest sam, ale pospieszył po butelkę krymskiego wina z lat 30., by podzielić się nim z grupą.
    
  Charles utrzymywał piwnicę w względnej czystości, odkurzając ją i obracając butelki, ale poza tym Purdue polecił swojemu pilnemu kamerdynerowi, aby zostawił resztę pomieszczenia w nienaruszonym stanie. W końcu nie byłaby to prawdziwa piwnica na wino, gdyby nie wyglądała na nieco zaniedbaną i zniszczoną. Krótkie wspomnienie przyjemnych rzeczy miało swoją cenę, zgodnie z prawami okrutnego wszechświata, i wkrótce jego myśli powędrowały w innym kierunku.
    
  Ściany piwnicy przypominały ściany lochów, w których trzymała go tyraniczna suka z "Czarnego Słońca", zanim sama spotkała swój godny koniec. Bez względu na to, jak bardzo przypominał sobie, że ten straszny rozdział w jego życiu jest zamknięty, nie mógł oprzeć się wrażeniu, że ściany zaciskają się wokół niego.
    
  "Nie, nie, to nieprawda" - wyszeptał. "To tylko twój umysł rozpoznaje twoje traumatyczne przeżycia jako fobię".
    
  Mimo to Perdue czuł, że nie może się ruszyć, jego oczy kłamały. Z butelką w dłoni i otwartymi drzwiami tuż przed sobą, poczuł, jak beznadzieja ogarnia jego duszę. Zastygły w miejscu, Perdue nie mógł zrobić ani kroku, a jego serce waliło w uszach, walcząc z umysłem. "O mój Boże, co to jest?" krzyknął, chwytając się za czoło wolną ręką.
    
  Wszystko go otaczało, bez względu na to, jak bardzo walczył z tymi obrazami, mając jasne poczucie rzeczywistości i psychologii. Jęcząc, zamknął oczy w desperackiej próbie przekonania swojej psychiki, że nie wrócił do lochu. Nagle czyjaś dłoń chwyciła go mocno i szarpnęła za ramię, wprawiając Purdue'a w stan trzeźwości i przerażenia. Jego oczy natychmiast się otworzyły, a umysł się oczyścił.
    
  "Jezu, Perdue, myśleliśmy, że pochłonął cię jakiś portal albo coś" - powiedziała Nina, wciąż trzymając go za nadgarstek.
    
  "O mój Boże, Nino!" krzyknął, szeroko otwierając jasnoniebieskie oczy, by upewnić się, że wciąż jest w rzeczywistości. "Nie wiem, co mi się właśnie stało. Ja... ja... ja... zobaczyłem loch... O mój Boże! Wariuję!"
    
  Upadł na Ninę, a ona objęła go ramionami, gdy z trudem łapał oddech. Wzięła od niego butelkę i postawiła ją na stole za sobą, nie ruszając się ani na cal z miejsca, gdzie tuliła chude, poobijane ciało Purdue. "W porządku, Purdue" - wyszeptała. "Znam to uczucie aż za dobrze. Fobie zazwyczaj rodzą się z jednego traumatycznego doświadczenia. To wystarczy, żeby nas doprowadzić do szaleństwa, zaufaj mi. Tylko wiedz, że to trauma twojego przeżycia, a nie załamanie twojego zdrowego rozsądku. Dopóki będziesz o tym pamiętać, wszystko będzie dobrze".
    
  "Czy to samo czujesz za każdym razem, gdy zmuszamy cię do przebywania w zamkniętej przestrzeni dla własnej korzyści?" zapytał cicho, łapiąc powietrze tuż przy uchu Niny.
    
  "Tak" - przyznała. "Ale niech to nie zabrzmi tak okrutnie. Przed Deep Sea One i okrętem podwodnym kompletnie traciłam panowanie nad sobą za każdym razem, gdy byłam wpychana w ciasną przestrzeń. Od kiedy pracuję z tobą i Samem" - uśmiechnęła się i lekko odepchnęła go, by spojrzeć mu w oczy - "tyle razy musiałam stawić czoła mojej klaustrofobii, stawić jej czoła albo doprowadzić do śmierci wszystkich, że wy, dwaj maniacy, pomogliście mi lepiej sobie z tym radzić".
    
  Purdue rozejrzał się i poczuł, jak panika ustępuje. Wziął głęboki oddech i delikatnie przesunął dłonią po głowie Niny, nawijając jej loki na palce. "Co ja bym bez ciebie zrobił, doktorze Gould?"
    
  "Cóż, po pierwsze, musielibyście zostawić swoją grupę ekspedycyjną i pozwolić jej uroczyście czekać całą wieczność" - namawiała. "Więc nie każmy wszystkim czekać".
    
  "Wszystko?" - zapytał ciekawie.
    
  "Tak, twój gość przybył kilka minut temu z Charlesem" - uśmiechnęła się.
    
  "Czy on ma broń?" - zażartował.
    
  "Nie jestem pewna" - udawała Nina. "Mógłby po prostu... Przynajmniej wtedy nasze przygotowania nie będą nudne".
    
  Sam zawołał do nich z laboratorium. "Chodźcie" - puściła oko Nina - "wracajmy tam, zanim pomyślą, że coś knujemy".
    
  "Jesteś pewien, że to byłoby złe?" - zagadnął Perdue.
    
  "Hej!" zawołał Sam z pierwszego korytarza. "Czy mam się spodziewać, że winogrona zostaną tam zdeptane?"
    
  "Zaufaj Samowi, zwykłe aluzje brzmią sprośnie w jego ustach". Perdue westchnął radośnie, a Nina zachichotała. "Zmienisz zdanie, staruszku" - krzyknął Perdue. "Jak tylko spróbujesz mojego Cahors Ayu-Dag, będziesz chciał więcej".
    
  Nina uniosła brew i spojrzała podejrzliwie na Perdue. "No dobra, tym razem wszystko zepsułeś".
    
  Perdue z dumą spojrzał przed siebie, kierując się w stronę pierwszego korytarza. "Wiem".
    
  Dołączając do Sama, cała trójka wróciła do schodów na korytarzu, by zejść na pierwsze piętro. Perdue nienawidził tego, jak bardzo oboje byli tajemniczy w kwestii jego gościa. Nawet jego własny kamerdyner ukrywał to przed nim, przez co czuł się jak kruche dziecko. Nie mógł powstrzymać się od lekkiego poczucia opiekuńczości, ale znając Sama i Ninę, domyślał się, że po prostu próbują go zaskoczyć. A Perdue, jak zawsze, był w szczytowej formie.
    
  Zobaczyli Charlesa i Patricka wymieniających kilka słów tuż za drzwiami salonu. Za nimi Perdue zauważył stos skórzanych toreb i starą, sfatygowaną skrzynię. Kiedy Patrick zobaczył Perdue, Sama i Ninę wchodzących po schodach na pierwsze piętro, uśmiechnął się i gestem dał Perdue znak, żeby wrócił na spotkanie. "Przyniosłeś wino, którym się chwaliłeś?" - zapytał Patrick kpiąco. "A może moi agenci je ukradli?"
    
  "Boże, wcale bym się nie zdziwił" - mruknął żartobliwie Perdue, mijając Patricka.
    
  Kiedy wszedł do pokoju, Perdue zamarł. Nie wiedział, czy ma być oczarowany, czy zaniepokojony wizją, która go czekała. Mężczyzna stojący przy kominku uśmiechnął się ciepło, posłusznie składając ręce przed sobą. "Jak się masz, Perdue Effendi?"
    
    
  17
  Preludium
    
    
  "Nie wierzę własnym oczom!" - wykrzyknął Perdue i wcale nie żartował. "Po prostu nie mogę! Cześć! Naprawdę tu jesteś, przyjacielu?"
    
  "Ja, Effendi" - odpowiedział Adjo Kira, czując się nieco pochlebiony radością miliardera na jego widok. "Wydajesz się bardzo zaskoczony".
    
  "Myślałem, że nie żyjesz" - powiedział szczerze Perdue. "Po tym zboczu, gdzie do nas strzelali... byłem przekonany, że cię zabili".
    
  "Niestety, zabili mojego brata Effendiego" - ubolewał Egipcjanin. "Ale to nie była twoja wina. Został postrzelony, gdy prowadził jeepa, żeby nas uratować".
    
  Mam nadzieję, że ten człowiek został godnie pochowany. Uwierz mi, Ajo, wynagrodzę twojej rodzinie wszystko, co zrobiłeś, żeby pomóc mi uciec z rąk Etiopczyków i tych przeklętych potworów z Cosa Nostry.
    
  "Przepraszam" - przerwała Nina z szacunkiem. "Czy mogę zapytać, kim pan właściwie jest? Muszę przyznać, że trochę się tu gubię".
    
  Mężczyźni się uśmiechnęli. "Oczywiście, oczywiście" - zaśmiał się Purdue. "Zapomniałem, że nie było cię ze mną, kiedy... zdobyłem" - spojrzał na Ajo z figlarnym mrugnięciem - "fałszywą Arkę Przymierza z Aksum w Etiopii".
    
  "Czy oni nadal są z panem, panie Perdue?" - zapytał Adjo. "Czy nadal są w tym bezbożnym domu w Dżibuti, gdzie mnie torturowali?"
    
  "O mój Boże, ciebie też torturowali?" zapytała Nina.
    
  "Tak, doktorze Gould. Profesorze. Mąż Medley i jego trolle są winni. Muszę przyznać, że mimo jej obecności, widziałem, że nie pochwalała tego. Czy ona już nie żyje?" - zapytał elokwentnie Ajo.
    
  "Tak, niestety zginęła podczas wyprawy na Herkulesa" - potwierdziła Nina. "Ale jak to się stało, że zaangażowałeś się w tę wyprawę? Purdue, dlaczego nie wiedzieliśmy o panu Kirze?"
    
  "Ludzie Medliego zatrzymali go, żeby dowiedzieć się, gdzie jestem z tak upragnioną przez nich relikwią, Nino" - wyjaśnił Perdue. "Ten dżentelmen to egipski inżynier, który pomógł mi uciec ze Świętą Szkatułą, zanim ją tu przywiozłem - zanim odnaleziono Kryptę Herkulesa".
    
  "A myślałeś, że nie żyje" - dodał Sam.
    
  "Zgadza się" - potwierdził Perdue. "Właśnie dlatego byłem oszołomiony, widząc mojego "zmarłego" przyjaciela stojącego całego i zdrowego w moim salonie. Powiedz mi, drogi Ajo, dlaczego tu jesteś, jeśli nie tylko po to, by spotkać się z nami na pełnym emocji spotkaniu?"
    
  Ajo wyglądał na nieco zdezorientowanego, niepewnego, jak to wyjaśnić, ale Patrick zgłosił się na ochotnika, by wszystkich oświecić. "Właściwie pan Kira jest tu po to, żeby pomóc ci zwrócić artefakt na należne mu miejsce, skąd go ukradłeś, Davidzie". Rzucił Egipcjaninowi szybkie, pełne wyrzutu spojrzenie, po czym kontynuował wyjaśnianie, tak aby wszyscy mogli zrozumieć. "Właściwie egipski system prawny zmusił go do tego pod presją Wydziału ds. Zbrodni Archeologicznych. Alternatywą byłoby uwięzienie za pomoc zbiegowi i pomoc w kradzieży cennego zabytku od mieszkańców Etiopii".
    
  "Więc twoja kara jest podobna do mojej" - westchnął Purdue.
    
  "Tylko że nie będę w stanie zapłacić tej grzywny, Efendi" - wyjaśnił Ajo.
    
  "Nie sądzę" - zgodził się Patrick. "Ale oni też by się tego po tobie nie spodziewali, bo jesteś wspólnikiem, a nie głównym sprawcą".
    
  "Więc dlatego cię wysyłają, Paddy?" - zapytał Sam, wyraźnie wciąż zaniepokojony włączeniem Patricka do ekspedycji.
    
  "Tak, chyba tak. Chociaż David pokrywa wszystkie koszty kary, ja i tak muszę wam towarzyszyć, żeby upewnić się, że nie dojdzie do dalszych machlojek, które mogłyby doprowadzić do poważniejszego przestępstwa" - wyjaśnił z brutalną szczerością.
    
  "Ale mogli wysłać dowolnego starszego agenta terenowego" - odpowiedział Sam.
    
  "Tak, mogli, Sammo. Ale wybrali mnie, więc zróbmy, co w naszej mocy, żeby to ogarnąć, co?" - zasugerował Patrick, klepiąc Sama po ramieniu. "Poza tym, to da nam szansę nadrobić zaległości z ostatniego roku. David, może skoczymy na drinka, a ty opowiesz nam o zbliżającej się wyprawie?"
    
  "Podoba mi się twój tok myślenia, agencie specjalny Smith" - uśmiechnął się Perdue, unosząc butelkę w nagrodę. "A teraz usiądźmy i najpierw spiszmy niezbędne wizy i zezwolenia, których będziemy potrzebować do odprawy celnej. Potem, z fachową pomocą mojego człowieka, który dołączy do Kiry, opracujemy najlepszą trasę i rozpoczniemy operacje czarterowe".
    
  Grupa spędziła resztę dnia i wieczór planując powrót na wieś, gdzie musieli znosić pogardę miejscowych i ostre słowa przewodników, aż do wypełnienia misji. Dla Perdue, Niny i Sama było cudownym przeżyciem ponowne spotkanie w rozległej, zabytkowej rezydencji Perdue, nie wspominając o towarzystwie dwójki ich przyjaciół, co sprawiło, że tym razem wszystko stało się jeszcze bardziej wyjątkowe.
    
  Następnego ranka mieli już wszystko zaplanowane i każdy z nich został obciążony zadaniem spakowania sprzętu na podróż, a także sprawdzenia poprawności paszportów i dokumentów podróży, zgodnie z poleceniem brytyjskiego rządu, wywiadu wojskowego oraz delegatów z Etiopii, profesora J. Imru i pułkownika Yimenu.
    
  Grupa zebrała się na krótko na śniadanie pod surowym okiem kamerdynera Perdue, na wypadek gdyby czegoś od niego potrzebowali. Tym razem Nina nie zauważyła cichej rozmowy Sama i Perdue, gdy ich spojrzenia spotkały się nad dużym stołem z palisandru, a radosne, klasyczne rockowe hymny Lily niosły się echem po kuchni.
    
  Po tym, jak reszta poszła spać poprzedniego wieczoru, Sam i Purdue spędzili kilka godzin samotnie, wymieniając się pomysłami, jak wystawić Joe Cartera na widok publiczny, a jednocześnie dla pewności pokrzyżować plany wielu członków Zakonu. Zgodzili się, że zadanie jest trudne i zajmie trochę czasu, ale wiedzieli, że będą musieli zastawić jakąś pułapkę na Cartera. Mężczyzna nie był głupi. Był wyrachowany i złośliwy na swój sposób, więc obaj potrzebowali czasu na przemyślenie swoich planów. Nie mogli sobie pozwolić na pozostawienie jakichkolwiek powiązań bez sprawdzenia. Sam nie powiedział Purdue o wizycie agenta MI6 Liama Johnsona ani o tym, co wyjawił gościowi tamtej nocy, gdy ten ostrzegł Sama o jego oczywistym szpiegostwie.
    
  Nie zostało wiele czasu na zaplanowanie upadku Karstena, ale Perdue upierał się, że nie można się spieszyć. Na razie jednak Perdue musiał skupić się na oddaleniu sprawy przez sąd, aby jego życie mogło wrócić do względnej normalności po raz pierwszy od miesięcy.
    
  Najpierw musieli zorganizować transport relikwii w zamkniętym pojemniku, strzeżonym przez celników, pod czujnym okiem agenta specjalnego Patricka Smitha. W trakcie tej podróży praktycznie nosił on w portfelu upoważnienie Cartera, czego Naczelny Dowódca MI6 z łatwością by nie pochwalał. W rzeczywistości jedynym powodem, dla którego wysłał Smitha w podróż, aby obserwował Ekspedycję Aksum, było pozbycie się agenta. Wiedział, że Smith jest zbyt blisko Purdue, by Czarne Słońce go nie zauważyło. Ale Patrick, oczywiście, o tym nie wiedział.
    
  "Co ty, do cholery, robisz, David?" - zapytał Patrick, wchodząc do Purdue, który był zajęty pracą w swoim laboratorium komputerowym. Purdue wiedział, że tylko najlepsi hakerzy i osoby z rozległą wiedzą informatyczną mogą wiedzieć, co robi. Patrick nie miał na to ochoty, więc miliarder ledwo mrugnął, widząc agenta wchodzącego do laboratorium.
    
  "Po prostu składam rzeczy, nad którymi pracowałem przed opuszczeniem laboratorium, Paddy" - wyjaśnił radośnie Perdue. "Wciąż jest tyle gadżetów, które muszę dopracować, naprawić usterki i tak dalej, wiesz. Ale pomyślałem, że skoro mój zespół ekspedycyjny musi poczekać na zgodę rządu, to równie dobrze mogę się trochę popracować".
    
  Patrick wszedł, jakby nic się nie stało, teraz bardziej niż kiedykolwiek zdając sobie sprawę, jakim geniuszem był Dave Perdue. Jego oczy wypełniły się niewytłumaczalnymi machinami, które, jak mógł sobie tylko wyobrazić, były niesamowicie skomplikowane w swojej konstrukcji. "Bardzo dobrze" - zauważył, stojąc przed jedną z wyjątkowo wysokich szaf serwerowych i obserwując, jak maleńkie światełka migoczą w rytm szumu maszyny w środku. "Naprawdę podziwiam twoją wytrwałość w tych sprawach, Davidzie, ale nigdy nie przyłapałbyś mnie na tych wszystkich płytach głównych, kartach pamięci i tak dalej".
    
  "Ha!" - uśmiechnął się Purdue, nie odrywając wzroku od pracy. "W czym więc, Agencie Specjalny, jesteś dobry, poza rzucaniem płomieni świec na znaczną odległość?"
    
  Patrick zaśmiał się pod nosem. "O, słyszałeś o tym?"
    
  "Tak" - odpowiedział Purdue. "Kiedy Sam Cleve się upija, zazwyczaj stajesz się tematem jego rozbudowanych opowieści dla dzieci, staruszku".
    
  Patrick poczuł się zaszczycony tym odkryciem. Skinął potulnie głową i wstał, wpatrując się w podłogę, by wyobrazić sobie szalonego dziennikarza. Doskonale wiedział, jak zachowuje się jego najlepszy przyjaciel, kiedy się wścieka, i zawsze była to świetna impreza z mnóstwem zabawy. Głos Perdue stał się głośniejszy dzięki retrospekcjom i radosnym wspomnieniom, które właśnie wypłynęły w umyśle Patricka.
    
  "Więc co sprawia ci największą przyjemność, kiedy nie pracujesz, Patricku?"
    
  "Och!" - agent wyrwał się z zamyślenia. "Hmm, cóż, lubię kable".
    
  Perdue po raz pierwszy oderwał wzrok od ekranu oprogramowania, próbując rozszyfrować zagadkowe stwierdzenie. Zwracając się do Patricka, udał zdziwienie i ciekawość, i zapytał po prostu: "Przewody?".
    
  Patrick się roześmiał.
    
  "Jestem wspinaczem. Lubię liny i kable, żeby utrzymać formę. Jak Sam mógł ci już powiedzieć, a może nie, nie jestem zbyt rozważny ani zmotywowany psychicznie. Wolę uprawiać ćwiczenia fizyczne, takie jak wspinaczka skałkowa, nurkowanie czy sztuki walki" - wyjaśnił Patrick - "niż, niestety, zgłębiać mało znaną dziedzinę lub zgłębiać zawiłości fizyki czy teologii".
    
  "Dlaczego, niestety?" - zapytał Perdue. "Oczywiście, gdyby świat składał się tylko z filozofów, nie bylibyśmy w stanie budować, badać, ani, co za tym idzie, tworzyć genialnych inżynierów. Pozostalibyśmy na papierze i myśleli o tym bez ludzi, którzy fizycznie prowadzą te badania, prawda?"
    
  Patrick wzruszył ramionami. "Chyba tak. Nigdy wcześniej o tym nie myślałem".
    
  Wtedy zdał sobie sprawę, że właśnie wspomniał o subiektywnym paradoksie, co wywołało u niego zakłopotany chichot. Mimo to Patrick nie mógł powstrzymać się od intrygi, jaką wzbudzały diagramy i kody Purdue. "No dalej, Purdue, naucz laika czegoś o technologii" - namawiał, odsuwając krzesło. "Powiedz mi, co ty tu właściwie robisz".
    
  Perdue zastanowił się przez chwilę, zanim odpowiedział z typową dla siebie, ugruntowaną pewnością siebie: "Buduję urządzenie zabezpieczające, Patrick".
    
  Patrick uśmiechnął się łobuzersko. "Rozumiem. Żeby trzymać MI6 z dala od przyszłości?"
    
  Perdue uśmiechnął się do Patricka figlarnie i pochwalił się uprzejmie: "Tak".
    
  Prawie masz rację, stary gnoju, pomyślał Purdue, wiedząc, że aluzja Patricka była niebezpiecznie bliska prawdy, oczywiście z pewnym podstępem. Czy nie z przyjemnością byś o tym pomyślał, gdybyś tylko wiedział, że moje urządzenie zostało zaprojektowane specjalnie po to, by obciągać MI6?
    
  "To ja?" - wydyszał Patrick. "To powiedz mi, jak było... Och, czekaj" - powiedział radośnie - "zapomniałem, jestem w tej okropnej organizacji, z którą tu walczysz". Perdue zaśmiał się razem z Patrickiem, ale obaj mężczyźni dzielili niewypowiedziane pragnienia, których nie mogli sobie nawzajem wyrazić.
    
    
  18
  Przez niebiosa
    
    
  Trzy dni później grupa weszła na pokład Super Herculesa, wyczarterowanego przez Purdue, z wybraną grupą mężczyzn pod dowództwem pułkownika J. Yimenu, który nadzorował załadunek cennego etiopskiego ładunku.
    
  "Czy pójdzie pan z nami, pułkowniku?" - zapytał Perdue zrzędliwego, ale pełnego pasji starego weterana.
    
  "Na wyprawę?" - zapytał ostro Purdue, choć doceniał serdeczność bogatego odkrywcy. "Nie, nie, absolutnie nie. Ten ciężar spoczywa na tobie, synu. Musisz sam to naprawić. Ryzykując, że zabrzmię niegrzecznie, wolałbym nie wdawać się z tobą w pogawędkę, jeśli nie masz nic przeciwko".
    
  "W porządku, pułkowniku" - odpowiedział Perdue z szacunkiem. "Rozumiem doskonale".
    
  "Poza tym" - kontynuował weteran - "nie chciałbym znosić zamieszania i pandemonium, które spotkają cię po powrocie do Aksum. Zasłużyłeś na wrogość, z którą się spotkasz, i szczerze mówiąc, gdyby coś ci się stało podczas dostarczania Świętej Szkatuły, z pewnością nie nazwałbym tego okrucieństwem".
    
  "Wow" - zauważyła Nina, siedząc na otwartej rampie i paląc. "Nie krępuj się".
    
  Pułkownik zerknął z ukosa na Ninę. "Powiedz swojej kobiecie, żeby też zajęła się swoimi sprawami. Bunt kobiet nie jest tolerowany na mojej ziemi".
    
  Sam włączył kamerę i czekał.
    
  "Nina" - powiedział Perdue, zanim zdążyła zareagować, mając nadzieję, że wycofa się z piekła, które miała rozpętać w osądzającym weteranie. Jego wzrok wciąż był utkwiony w pułkowniku, ale oczy zamknął, gdy usłyszał, jak wstaje i podchodzi. Sam właśnie uśmiechnął się, czuwając w brzuchu Herkulesa, celując kamerą.
    
  Pułkownik z uśmiechem patrzył, jak drobna istota idzie w jego kierunku, strzepując po drodze niedopałek papierosa. Jej ciemne włosy opadały swobodnie na ramiona, a delikatny wietrzyk tarmosił pasma na skroniach nad przenikliwymi brązowymi oczami.
    
  "Powiedz mi, pułkowniku" - zapytała dość cicho - "czy masz żonę?"
    
  "Oczywiście, że tak" - odpowiedział ostro, nie odrywając wzroku od Purdue.
    
  "Czy musiałeś ją porwać, czy po prostu kazałeś swoim wojskowym poplecznikom okaleczyć jej genitalia, żeby nie wiedziała, że twoje zachowanie jest równie obrzydliwe, co twoje zasady dobrego wychowania?" zapytała wprost.
    
  "Nina!" wykrzyknął Perdue, odwracając się do niej ze zdumieniem, podczas gdy weteran krzyknął za nim: "Jak śmiesz!".
    
  "Przepraszam" - uśmiechnęła się Nina. Zaciągnęła się niedbale papierosem i wydmuchnęła dym w kierunku pułkownika. Twarz Yimenu. "Przepraszam. Do zobaczenia w Etiopii, pułkowniku". Wróciła do Herkulesa, ale odwróciła się w połowie drogi, żeby dokończyć to, co chciała powiedzieć. "A, a w locie tam, zajmę się twoją abrahamową ohydą tutaj. Nie martw się". Wskazała na tak zwaną Świętą Skrzynię i puściła oko do pułkownika, po czym zniknęła w ciemnościach ogromnej ładowni samolotu.
    
  Sam wstrzymał nagranie i starał się zachować powagę. "Wiesz, że tam by cię uśmiercili za to, co właśnie zrobiłeś" - zażartował.
    
  "Tak, ale nie zrobiłam tego tam, prawda, Sam?" - zapytała kpiąco. "Zrobiłam to tutaj, na szkockiej ziemi, wykorzystując swój pogański bunt wobec każdej kultury, która nie szanuje mojej płci".
    
  Zachichotał i schował aparat. "Uchwyciłem twoją dobrą stronę, jeśli to jakaś pociecha".
    
  "Ty draniu! Zapisałeś to?" krzyknęła, chwytając Sama. Ale Sam był o wiele większy, szybszy i silniejszy. Musiała uwierzyć mu na słowo, że nie pokaże ich Paddy'emu, bo inaczej odepchnąłby ją od wycieczki, obawiając się prześladowań ze strony ludzi pułkownika, gdy tylko dotrze do Aksum.
    
  Purdue przeprosił Ninę za uwagę, choć nie mógł zadać lepszego ciosu poniżej pasa. "Trzymaj ją pod ścisłą strażą, synu" - warknął weteran. "Jest na tyle mała, że zmieści się w płytkim grobie na pustyni, gdzie jej głos ucichłby na zawsze. A nawet za miesiąc nawet najlepszy archeolog nie byłby w stanie zbadać jej kości". Z tymi słowami skierował się do swojego jeepa, który czekał na niego po drugiej stronie dużego, płaskiego pasa postojowego na lotnisku Lossiemouth, ale zanim zdążył się oddalić, Purdue stanął przed nim.
    
  "Pułkowniku Yimenu, mogę być winien pańskiemu krajowi odszkodowanie, ale niech pan nawet przez chwilę nie myśli, że może pan grozić moim przyjaciołom i odejść. Nie będę tolerował gróźb śmierci wobec mojego ludu - ani wobec mnie samego - więc proszę, proszę, udziel mi rady" - kipiał Perdue spokojnym tonem, sugerującym powoli narastającą wściekłość. Jego długi palec wskazujący uniósł się i zawisł między jego twarzą a twarzą Yimenu. "Nie stąpaj po gładkiej powierzchni mojego terytorium. Przekonasz się, że jesteś tak lekki, że prześlizgniesz się przez ciernie pod spodem".
    
  Patrick nagle krzyknął: "Dobra, wszyscy! Przygotujcie się do startu! Chcę, żeby wszyscy moi ludzie zostali oczyszczeni i zgłosili się, zanim zamkniemy sprawę, Colin!". Wykrzykiwał rozkazy bez przerwy, pozostawiając Yimenu zbyt poirytowanym, by kontynuować groźby pod adresem Purdue. Wkrótce potem spieszył do samochodu pod zachmurzonym szkockim niebem, szczelniej otulając się kurtką, by odegnać chłód.
    
  Gdy drużyna była w połowie spotkania, Patrick przestał krzyczeć i spojrzał na Purdue.
    
  "Słyszałem, wiesz?" powiedział. "Jesteś sukinsynem o skłonnościach samobójczych, Davidzie, że mówisz z góry do króla, zanim cię zamkną w zagrodzie dla niedźwiedzi". Podszedł bliżej do Perdue. "Ale to była najfajniejsza rzecz, jaką w życiu widziałem, stary".
    
  Po poklepaniu miliardera po plecach, Patrick poprosił jednego ze swoich agentów o podpisanie formularza dołączonego do jego notesu. Purdue chciał się uśmiechnąć i lekko ukłonić, wsiadając do samolotu, ale rzeczywistość i niegrzeczny ton groźby Yeamana wobec Niny zaprzątały jego myśli. To była kolejna rzecz, którą musiał pilnować, oprócz monitorowania spraw Karstena z MI6, utrzymywania Patricka w niewiedzy o jego szefie i utrzymania ich przy życiu, dopóki nie zastąpią Świętej Skrzyni.
    
  "Wszystko w porządku?" - zapytał Sam Purdue"a, siadając.
    
  "Idealnie" - odpowiedział Purdue w swoim swobodnym stylu. "Dopóki do nas nie strzelano". Spojrzał na Ninę, która lekko się skrzywiła, gdy się uspokoiła.
    
  "On się o to prosił" - mruknęła.
    
  Większość późniejszego startu przebiegała w cichej, niemej konwersacji. Sam i Perdue rozmawiali o miejscach, które odwiedzili wcześniej podczas misji i wycieczek turystycznych, podczas gdy Nina ułożyła nogi do drzemki.
    
  Patrick przeanalizował trasę i zanotował współrzędne tymczasowej wioski archeologicznej, do której Perdue uciekł, ratując życie. Pomimo wojskowego przeszkolenia i znajomości praw świata, Patrick podświadomie odczuwał niepokój związany z ich dotarciem tam. W końcu to on odpowiadał za bezpieczeństwo zespołu ekspedycyjnego.
    
  Po cichu obserwując pozornie radosną wymianę zdań między Purdue a Samem, Patrick nie mógł powstrzymać się od myśli o programie, nad którym Purdue pracował, gdy wszedł do kompleksu laboratoryjnego Reichtischusis pod parterem. Nie miał pojęcia, dlaczego w ogóle był tym przejęty, ponieważ Purdue wyjaśnił, że system został zaprojektowany do oddzielenia określonych obszarów jego posiadłości za pomocą pilota lub czegoś w tym rodzaju. W każdym razie nigdy nie rozumiał technicznego żargonu, więc założył, że Purdue modyfikuje system bezpieczeństwa swojego domu, aby nie dopuścić agentów, którzy poznali kody bezpieczeństwa i protokoły, gdy rezydencja była objęta kwarantanną MI6. W porządku, pomyślał, nieco niezadowolony z własnej oceny.
    
  Przez następne kilka godzin potężny Herkules przemierzał Niemcy i Austrię, kontynuując żmudną podróż w kierunku Grecji i Morza Śródziemnego.
    
  "Czy ta rzecz kiedykolwiek ląduje, żeby zatankować?" zapytała Nina.
    
  Perdue uśmiechnął się i krzyknął: "Ten typ Lockheeda może działać bez końca. Dlatego kocham te wielkie maszyny!"
    
  "Tak, to jest doskonała odpowiedź na moje nieprofesjonalne pytanie, Purdue" - powiedziała do siebie, po prostu kręcąc głową.
    
  "Powinniśmy dotrzeć do brzegów Afryki w nieco mniej niż piętnaście godzin, Nino" - Sam próbował podsunąć jej lepszy pomysł.
    
  "Sam, proszę, nie używaj teraz tego kwiecistego zwrotu "lądowanie". Ta" - jęknęła ku jego uciesze.
    
  "To jest bezpieczne jak dom" - Patrick uśmiechnął się i poklepał Ninę po udzie, dodając otuchy, ale nie zdawał sobie sprawy, gdzie położył rękę, dopóki tego nie zrobił. Szybko cofnął rękę, wyglądając na urażonego, ale Nina tylko się roześmiała. Zamiast tego, położyła dłoń na jego udzie z udawaną powagą. "W porządku, Paddy. Moje dżinsy zapobiegną wszelkim perwersjom".
    
  Z ulgą zaśmiał się serdecznie z Niną. Chociaż Patrick bardziej pasował do kobiet uległych i skromnych, rozumiał głęboki pociąg Sama i Perdue do zuchwałej historyczki i jej szczerego, nieustraszonego podejścia.
    
  Słońce zaszło nad większością lokalnych stref czasowych tuż po ich starcie, więc zanim dotarli do Grecji, lecieli już po nocnym niebie. Sam spojrzał na zegarek i odkrył, że tylko on nie śpi. Czy to z nudów, czy też z ciekawości, reszta imprezowiczów już spała na swoich miejscach. Tylko pilot coś powiedział, wykrzykując z szacunkiem do drugiego pilota: "Widzisz to, Roger?"
    
  "Ach, to już?" - zapytał drugi pilot, wskazując przed siebie. "Tak, widzę!"
    
  Ciekawość Sama była natychmiastowym odruchem i szybko spojrzał przed siebie, tam, gdzie wskazywał mężczyzna. Jego twarz rozświetliła się pięknem tego widoku, a on wpatrywał się uważnie, aż zniknął w ciemności. "Boże, chciałbym, żeby Nina to widziała" - mruknął, siadając z powrotem.
    
  "Co?" zapytała Nina, wciąż na wpół śpiąca, gdy usłyszała swoje imię. "Co? Widzisz co?"
    
  "Och, nic specjalnego, jak sądzę" - odpowiedział Sam. "To była po prostu piękna wizja".
    
  "Co?" zapytała, siadając i ocierając oczy.
    
  Sam uśmiechnął się, żałując, że nie potrafi filmować oczami, żeby móc się z nią podzielić takimi rzeczami. "Oślepiająco jasna spadająca gwiazda, kochanie. Po prostu superjasna spadająca gwiazda".
    
    
  19
  Pościg za smokiem
    
    
  "Spadła kolejna gwiazda, Ofarze!" - wykrzyknął Penekal, podnosząc wzrok znad powiadomienia na telefonie wysłanego przez jednego z ich ludzi w Jemenie.
    
  "Widziałem to" - odpowiedział zmęczony starzec. "Aby wyśledzić Czarodzieja, będziemy musieli poczekać i zobaczyć, jaka choroba dotknie ludzkość następnym razem. Obawiam się, że to bardzo ostrożny i kosztowny test".
    
  "Dlaczego tak mówisz?" zapytał Penecal.
    
  Ofar wzruszył ramionami. "Cóż, bo w obecnym stanie świata - chaosie, szaleństwie, absurdalnym lekceważeniu podstawowej ludzkiej moralności - dość trudno określić, jakie nieszczęścia spadną na ludzkość poza już istniejącym złem, prawda?"
    
  Penekal się zgodził, ale musieli coś zrobić, żeby Czarodziej nie zgromadził jeszcze większej mocy niebiańskiej. "Skontaktuję się z masonami w Sudanie. Muszą wiedzieć, czy to jeden z ich ludzi. Nie martw się" - przerwał zbliżający się protest Ofara. "Zapytam taktownie".
    
  "Nie możesz im dać znać, że wiemy, że coś się dzieje, Penekal. Jeśli tylko coś wyczują..." - ostrzegł Ofar.
    
  "Nie zrobią tego, przyjacielu" - odparł surowo Penecal. Od ponad dwóch dni czuwali w swoim obserwatorium, wyczerpani, na zmianę śpiąc i obserwując niebo w poszukiwaniu nietypowych odchyleń w konstelacjach. "Wrócę przed południem, mam nadzieję, że będę miał jakieś odpowiedzi".
    
  "Szybko, Penecal. Zwoje Króla Salomona przepowiadają, że Magiczna Moc będzie potrzebowała zaledwie kilku tygodni, aby stać się niepokonaną. Skoro potrafi sprowadzić poległych na powierzchnię ziemi, wyobraź sobie, co mógłby zdziałać w niebiosach. Zmiana gwiazd mogłaby zrujnować nasze istnienie" - przypomniał Ofar, zatrzymując się na chwilę, by złapać oddech. "Jeśli ma Celeste, nie da się naprawić ani jednej nieprawości".
    
  "Wiem, Ofarze" - powiedział Penekal, zbierając mapy gwiazd na wizytę u lokalnego Mistrza jurysdykcji masońskiej. "Jedyną alternatywą jest zebranie wszystkich diamentów króla Salomona, a one rozsypią się po całej ziemi. To brzmi dla mnie jak zadanie nie do wykonania".
    
  "Większość z nich wciąż jest na pustyni" - pocieszał Ofar przyjaciela. "Bardzo niewielu zostało porwanych. Nie ma ich wystarczająco dużo, żeby ich zebrać, więc może będziemy mieli szansę stawić czoła Czarodziejowi w ten sposób".
    
  "Zwariowałeś?" wrzasnął Penekal. "Teraz już nigdy nie odzyskamy tych diamentów od ich właścicieli!" Zmęczony i czując się kompletnie bezsilny, Penekal opadł na krzesło, na którym spał poprzedniej nocy. "Nigdy nie oddaliby swoich drogocennych skarbów, żeby ratować planetę. Boże, czy nigdy nie zauważyłeś chciwości ludzi kosztem planety, która ich utrzymuje?"
    
  "Mam! Mam!" - warknął Ofar. "Oczywiście, że mam".
    
  "Jak więc można oczekiwać, że dadzą swoje klejnoty dwóm starym głupcom, którzy proszą ich o to, by powstrzymali złego człowieka obdarzonego nadprzyrodzonymi mocami przed zmianą położenia gwiazd i ponownym sprowadzeniem biblijnych plag na współczesny świat?"
    
  Ofar przyjął postawę obronną, tym razem grożąc utratą panowania nad sobą. "Myślisz, że nie rozumiem, jak to brzmi, Penekal?" warknął. "Nie jestem głupcem! Sugeruję tylko, żebyśmy rozważyli prośbę o pomoc w zebraniu tego, co zostało, aby Czarodziej nie mógł zrealizować swoich chorych planów i sprawić, że wszyscy znikniemy. Gdzie twoja wiara, bracie? Gdzie twoja obietnica, że powstrzymasz spełnienie się tej sekretnej przepowiedni? Musimy zrobić wszystko, co w naszej mocy, żeby spróbować, przynajmniej... spróbować... walczyć z tym, co się dzieje".
    
  Penekal zobaczył, jak usta Ofara drżą, a jego kościste dłonie przeszył przerażający dreszcz. "Uspokój się, stary przyjacielu. Proszę, uspokój się. Twoje serce nie zniesie ciężaru twojego gniewu".
    
  Usiadł obok przyjaciela z kartami w ręku. Głos Penekala znacznie zniżył, choćby po to, by stary Ofar nie dał się ponieść emocjom, które go ogarnęły. "Słuchaj, mówię tylko, że jeśli nie odkupimy pozostałych diamentów od ich właścicieli, nie uda nam się ich zdobyć przed Czarodziejem. Łatwo mu po prostu zabić dla nich i zażądać kamieni. Dla nas, dobrych ludzi, zadanie ich zebrania jest zasadniczo takie samo".
    
  "Zbierzmy więc wszystkie nasze bogactwa. Skontaktujcie się z braćmi ze wszystkich naszych wież strażniczych, nawet tych na Wschodzie, i pozwólcie nam zdobyć pozostałe diamenty" - błagał Ofar, wzdychając z chrapliwością i zmęczeniem. Penecal nie mógł pojąć absurdalności tego pomysłu, znając naturę ludzi, zwłaszcza bogaczy współczesnego świata, którzy wciąż wierzyli, że kamienie czynią z nich królów i królowe, podczas gdy ich przyszłość jest jałowa z powodu nieszczęść, głodu i uduszenia. Aby jednak nie denerwować dalej swojego wieloletniego przyjaciela, skinął głową i ugryzł się w język w geście poddania się. "Zobaczymy, dobrze? Kiedy spotkam się z mistrzem i dowiemy się, czy za tym stoją masoni, zobaczymy, jakie są inne opcje" - powiedział Penecal kojąco. "Na razie jednak odpocznij trochę, a ja spieszę z przekazaniem ci, miejmy nadzieję, dobrych wieści".
    
  "Będę tutaj" - westchnął Ofar. "Utrzymam linię".
    
    
  * * *
    
    
  W mieście Penecal zamówił taksówkę i pojechał nią do domu lokalnego przywódcy masońskiego. Zorganizował spotkanie, zakładając, że musi ustalić, czy masoni wiedzą o rytuale odprawianym z wykorzystaniem tej konkretnej mapy gwiazd. Nie była to całkowicie zwodnicza historia, ale jego wizyta miała na celu ustalenie udziału świata masońskiego w niedawnych zniszczeniach nieba.
    
  Kair tętnił życiem, stanowiąc osobliwy kontrast z starożytną naturą jego kultury. Podczas gdy wieżowce wznosiły się i pięły ku niebu, błękitno-pomarańczowe niebo nad nim emanowało uroczystą ciszą i spokojem. Penekal spoglądał w niebo przez okno samochodu, rozmyślając nad losem ludzkości, zasiadającej tu na tronie łaskawych tronów splendoru i pokoju.
    
  Zupełnie jak ludzka natura, pomyślał. Jak większość rzeczy w stworzeniu. Porządek z chaosu. Chaos wypierający wszelki porządek u szczytu czasu. Niech Bóg pomoże nam wszystkim w tym życiu, jeśli to jest ten Czarodziej, o którym mówią.
    
  "Dziwna pogoda, co?" - zauważył nagle kierowca. Penekal skinął głową na znak zgody, zaskoczony, że mężczyzna zauważył coś takiego, gdy Penekal rozmyślał nad nadchodzącymi wydarzeniami.
    
  "Tak, to prawda" - odpowiedział Penecal z uprzejmości. Otyły mężczyzna za kierownicą wydawał się zadowolony z odpowiedzi Penecala, przynajmniej na chwilę. Kilka sekund później dodał: "Deszcze też są dość ponure i nieprzewidywalne. Jakby coś w powietrzu zmieniało chmury, a morze oszalało".
    
  "Dlaczego tak mówisz?" zapytał Penecal.
    
  "Nie czytałeś dziś rano gazet?" - wydyszał kierowca. "Linia brzegowa Aleksandrii skurczyła się o 58% w ciągu ostatnich czterech dni i nie ma żadnych oznak zmian atmosferycznych, które by to potwierdzały".
    
  "Więc co ich zdaniem spowodowało to zjawisko?" - zapytał Penekal, próbując ukryć panikę za pytaniem z dystansem. Pomimo wszystkich obowiązków strażnika, nie wiedział, że poziom morza się podniósł.
    
  Mężczyzna wzruszył ramionami. "Właściwie nie wiem. Przecież tylko księżyc potrafi tak kontrolować pływy, prawda?"
    
  "Chyba tak. Ale mówili, że to księżyc jest za to odpowiedzialny? On" - czuł się głupio, nawet sugerując to - "zmienił się jakoś na orbicie?"
    
  Kierowca rzucił Penekalowi kpiące spojrzenie w lusterku wstecznym. "Żartuje pan, prawda? To absurd! Jestem pewien, że gdyby księżyc się zmienił, cały świat by się o tym dowiedział".
    
  "Tak, tak, masz rację. Tak tylko myślałem" - szybko odpowiedział Penekal, próbując powstrzymać drwiny kierowcy.
    
  "Z drugiej strony, twoja teoria nie jest tak szalona, jak niektóre, które słyszałem od czasu, gdy po raz pierwszy o niej doniesiono" - zaśmiał się kierowca. "Słyszałem już od niektórych ludzi w tym mieście jakieś absolutnie absurdalne bzdury!"
    
  Penekal poruszył się na krześle, pochylając się do przodu. "Och? Jak to?"
    
  "Głupio mi o tym mówić" - zaśmiał się mężczyzna, od czasu do czasu zerkając w lusterko, żeby porozmawiać z pasażerem. "Są tu starsi ludzie, którzy plują, jęczą i płaczą, twierdząc, że to sprawka złego ducha. Ha! Dasz wiarę tym bzdurom? W Egipcie grasuje demon wody, przyjacielu". Zaśmiał się głośno na samą myśl.
    
  Ale jego pasażer nie śmiał się razem z nim. Z kamienną twarzą i głębokim zamyśleniem Penekal powoli sięgnął po długopis z kieszeni kurtki, wyciągnął go i nabazgrał na dłoni: "Wodny Diabeł".
    
  Kierowca zaśmiał się tak głośno, że Penecal postanowił nie psuć atmosfery i nie zwiększać liczby szaleńców w Kairze, tłumacząc, że w pewnym sensie te absurdalne teorie są całkiem prawdziwe. Pomimo wszystkich nowych zmartwień, starzec zaśmiał się nieśmiało, by rozbawić kierowcę.
    
  "Panie, nie mogę nie zauważyć, że adres, pod który pan mnie prosił, abym pana zawiózł" - kierowca zawahał się chwilę - "to miejsce, które dla przeciętnego człowieka stanowi wielką tajemnicę".
    
  "Och?" zapytał niewinnie Penecal.
    
  "Tak" - potwierdził entuzjastycznie kierowca. "To świątynia masońska, choć niewiele osób o niej wie. Po prostu myślą, że to kolejne z wielkich muzeów lub zabytków Kairu".
    
  "Wiem, co się dzieje, mój przyjacielu" - szybko rzekł Penecal, zmęczony znoszeniem gadatliwego języka mężczyzny, który próbował dociec przyczyny nadchodzącej katastrofy na niebie.
    
  "Aha, rozumiem" - odpowiedział kierowca, sprawiając wrażenie nieco bardziej zrezygnowanego nagłością pasażera. Wydawało się, że odkrycie, iż wie, iż jego celem jest miejsce starożytnych magicznych rytuałów i światowych potęg z wysoko postawionymi członkami, lekko go zaskoczyło. Ale jeśli przeraziło go to na tyle, by uciszyć, to dobrze, pomyślał Penecal. Miał już wystarczająco dużo na głowie.
    
  Przenieśli się do bardziej ustronnej części miasta, dzielnicy mieszkalnej z kilkoma synagogami, kościołami i świątyniami, a także trzema pobliskimi szkołami. Obecność dzieci na ulicy stopniowo malała, a Penecal wyczuł zmianę w powietrzu. Domy stawały się coraz bardziej luksusowe, a ich ogrodzenia coraz bardziej bezpieczne pod bujnymi ogrodami, przez które wiła się ulica. Na końcu drogi samochód skręcił w małą boczną uliczkę prowadzącą do majestatycznego budynku z solidnymi bramami bezpieczeństwa.
    
  "Chodźmy, proszę pana" - oznajmił kierowca, zatrzymując samochód kilka metrów od bramy, jakby obawiał się, że znajdzie się w pewnym promieniu od świątyni.
    
  "Dziękuję" - powiedział Penecal. "Zadzwonię, jak skończę".
    
  "Przepraszam pana" - odparł kierowca. "Proszę". Podał Penekalowi wizytówkę kolegi. "Może pan zadzwonić do mojego kolegi, żeby pana odebrał. Wolałbym tu więcej nie przyjeżdżać, jeśli panu to nie przeszkadza".
    
  Bez słowa wziął pieniądze Penekala i odjechał, gwałtownie przyspieszając, zanim jeszcze dotarł do skrzyżowania w kształcie litery T, prowadzącego do następnej ulicy. Stary astronom obserwował, jak tylne światła taksówki znikają za rogiem, po czym wziął głęboki oddech i odwrócił się w stronę wysokich bram. Za nim majaczyła Świątynia Masońska, ponura i cicha, jakby na niego czekała.
    
    
  20
  Wróg mojego wroga
    
    
  "Mistrzu Penecal!" usłyszał z daleka po drugiej stronie płotu. To był dokładnie ten człowiek, do którego przyszedł, mistrz miejscowej loży. "Jesteś trochę za wcześnie. Poczekaj, przyjdę i otworzę ci drzwi. Mam nadzieję, że nie będziesz miał nic przeciwko siedzeniu na zewnątrz. Znów nie ma prądu".
    
  "Dziękuję" - uśmiechnął się Penekal. "Nie mam problemu z zaczerpnięciem świeżego powietrza, proszę pana".
    
  Nigdy nie spotkał profesora Imry, przywódcy masonerii w Kairze i Gizie. Penecal wiedział o nim tylko tyle, że był antropologiem i dyrektorem wykonawczym Ruchu Ludowego na rzecz Ochrony Dziedzictwa Kulturowego, który niedawno brał udział w Światowym Trybunale ds. Zbrodni Archeologicznych w Afryce Północnej. Chociaż profesor był człowiekiem zamożnym i wpływowym, miał bardzo sympatyczną osobowość i Penecal od razu poczuł się w jego towarzystwie jak w domu.
    
  "Chcesz się napić?" zapytał profesor Imrę.
    
  "Dziękuję. Wezmę to, co ty" - odpowiedział Penecal, czując się nieco głupio z zwojami starego pergaminu pod pachą, odizolowany od naturalnego piękna otoczenia budynku. Niepewny protokołu, nadal uśmiechał się ciepło i wstrzymywał się z odpowiedziami, a nie z deklaracjami.
    
  "Więc" - zaczął profesor Imru, siadając z szklanką mrożonej herbaty i podając kolejną gościowi - "mówisz, że masz kilka pytań na temat alchemika?"
    
  "Tak, proszę pana" - przyznał Penecal. "Nie jestem typem, który lubi gierki, bo jestem po prostu za stary, żeby tracić czas na sztuczki".
    
  "Doceniam to" - uśmiechnął się Imru.
    
  Odchrząknął i Penecal od razu rzucił się w wir gry. "Zastanawiałem się tylko, czy to możliwe, że masoni obecnie zajmują się praktykami alchemicznymi, które obejmują... eee..." - zmagał się ze sformułowaniem pytania.
    
  "Po prostu zapytaj, Mistrzu Penekalu" - rzekł Imru, mając nadzieję, że uspokoi nerwy swego gościa.
    
  "Może uczestniczysz w rytuałach, które mogą wpływać na konstelacje?" - zapytał Penekal, mrużąc oczy i krzywiąc się z dyskomfortu. "Rozumiem, jak to brzmi, ale..."
    
  "Jak to brzmi?" zapytała ciekawie Imru.
    
  "Niesamowite" - przyznał stary astronom.
    
  "Rozmawiasz z propagatorem wielkich rytuałów i starożytnej ezoteryki, przyjacielu. Zapewniam cię, że w tym wszechświecie jest bardzo niewiele rzeczy, które wydają mi się niewiarygodne, i bardzo niewiele rzeczy niemożliwych" - powiedział profesor. Imru z dumą to pokazał.
    
  "Widzisz, moje bractwo również jest mało znaną organizacją. Zostało założone tak dawno temu, że praktycznie nie zachowały się żadne zapisy o naszych założycielach" - wyjaśnił Penekal.
    
  "Wiem. Jesteś z Hermopolis Dragon Watchers. Wiem" - powiedział profesor. Imru skinęła głową z uznaniem. "W końcu jestem profesorem antropologii, moja droga. A jako adeptka masońska jestem w pełni świadoma pracy, jaką twój zakon wykonuje od wieków. W rzeczywistości rezonuje ona z wieloma naszymi rytuałami i fundamentami. Wiem, że twoi przodkowie wyznawali Thota, ale co twoim zdaniem się tu dzieje?"
    
  Niemal podskakując z entuzjazmu, Penecal rozłożył zwoje na stole, rozkładając karty przed profesorem. "Zamierzam je dokładnie zbadać". "Widzisz?" - wyszeptał podekscytowany. "To gwiazdy, które spadły ze swoich miejsc w ciągu ostatniego półtora tygodnia, proszę pana. Rozpoznaje je pan?"
    
  Profesor Imru przez długi czas w milczeniu studiował gwiazdy zaznaczone na mapie, próbując je zrozumieć. W końcu podniósł wzrok. "Nie jestem zbyt dobrym astronomem, Mistrzu Penekal. Wiem, że ten diament jest bardzo ważny w kręgach magicznych; znajduje się on również w Kodeksie Salomona".
    
  Wskazał na pierwszą gwiazdę zauważoną przez Penécala i Ophara. "To ważna cecha praktyk alchemicznych we Francji w połowie XVIII wieku, ale muszę przyznać, że o ile wiem, nie pracuje tu dziś ani jeden alchemik" - powiedział profesor. Imru poinformował Penécala. "Jaki pierwiastek tu gra rolę? Złoto?"
    
  Penekal odpowiedział ze strasznym wyrazem twarzy: "Diamenty".
    
  Następnie pokazał profesorowi: "Oglądam doniesienia o morderstwach w pobliżu Nicei we Francji". Cichym tonem, drżąc z niecierpliwości, ujawnił szczegóły morderstwa Madame Chantal i jej gospodyni. "Najsłynniejszym diamentem skradzionym w tym incydencie, profesorze, jest Celeste" - jęknął.
    
  "Słyszałem o tym. Słyszałem, że istnieje jakiś cudowny kamień o wyższej jakości niż Cullinan. Ale co to tutaj oznacza?" - zapytał profesor Imrę.
    
  Profesor zauważył, że Penecal wyglądał na strasznie zdruzgotanego, a jego postawa wyraźnie się pogorszyła, odkąd stary gość dowiedział się, że to nie masoni byli architektami ostatnich zjawisk. "Celeste to kamień mistrzowski, który może zniweczyć kolekcję siedemdziesięciu dwóch Diamentów Salomona, jeśli zostanie użyty przeciwko Magowi, wielkiemu mędrcowi o straszliwych zamiarach i mocy" - wyjaśnił Penecal tak szybko, że zaparło mu dech w piersiach.
    
  "Proszę, Mistrzu Penekalu, usiądź tutaj. Przemęczasz się w tym upale. Zatrzymaj się na chwilę. Będę tu, żeby cię wysłuchać, przyjacielu" - powiedział profesor, po czym nagle pogrążył się w głębokiej kontemplacji.
    
  "C-co...co się stało, proszę pana?" zapytał Penecal.
    
  "Daj mi chwilę, proszę" - błagał profesor, marszcząc brwi, gdy wspomnienia go przypalały. W cieniu akacji, które osłaniały stary budynek masoński, profesor zamyślony przechadzał się po pokoju. Podczas gdy Penecal popijał mrożoną herbatę, by ochłodzić ciało i złagodzić niepokój, obserwował profesora mamroczącego cicho do siebie. Gospodarz domu zdawał się natychmiast oprzytomnieć i zwrócił się do Penecala z dziwnym wyrazem niedowierzania. "Mistrzu Penecalu, czy słyszałeś kiedyś o mędrcu Ananiaszu?"
    
  "Nie mam żadnych, proszę pana. Brzmi biblijnie" - powiedział Penecal, wzruszając ramionami.
    
  "Czarodziej, którego mi opisałeś, jego zdolności i to, czego używa, by siać piekło" - próbował wyjaśnić, ale własne słowa go zawiodły. "On... Nie potrafię tego nawet pojąć, ale widzieliśmy już wiele absurdów, które się sprawdziły" - pokręcił głową. "Ten człowiek brzmi jak mistyk, którego francuski wtajemniczony spotkał w 1782 roku, ale oczywiście nie mogą to być te same osoby". Jego ostatnie słowa były kruche i niepewne, ale była w nich logika. Penecal doskonale to rozumiał. Siedział, wpatrując się w inteligentnego i prawego przywódcę, mając nadzieję, że narodziła się w nim jakaś lojalność, mając nadzieję, że profesor wie, co robić.
    
  "A on kolekcjonuje diamenty króla Salomona, żeby mieć pewność, że nie zostaną wykorzystane do sabotowania jego pracy?" - zapytał profesor Imru z tą samą pasją, z jaką Penekal po raz pierwszy opisał tę trudną sytuację.
    
  "Zgadza się, proszę pana. Musimy zdobyć pozostałe diamenty, w sumie sześćdziesiąt osiem. Jak zasugerował mój biedny przyjaciel Ofar w swoim nieskończonym i głupim optymizmie" - Penekal uśmiechnął się gorzko. "Jeśli nie kupimy kamieni będących w posiadaniu światowej sławy i bogatych osób, nie uda nam się ich zdobyć przed Czarodziejem".
    
  Profesor Imru przestał chodzić i wpatrywał się w starego astronoma. "Nigdy nie lekceważ absurdalnych celów optymisty, przyjacielu" - powiedział z miną, w której rozbawienie mieszało się z odnowionym zainteresowaniem. "Niektóre propozycje są tak absurdalne, że zazwyczaj kończą się sukcesem".
    
  "Panie, z całym szacunkiem, chyba nie rozważa pan poważnie kupna ponad pięćdziesięciu słynnych diamentów od najbogatszych ludzi świata, prawda? To kosztowałoby... hm... kupę pieniędzy!" Penecal zmagał się z tą koncepcją. "Mogłoby to kosztować miliony, a kto byłby na tyle szalony, żeby wydać tyle pieniędzy na tak fantastyczny podbój?"
    
  "David Perdue" - rozpromienił się profesor Imru. "Mistrzu Penekal, czy mógłbyś wrócić tu za dwadzieścia cztery godziny?" - błagał. "Chyba wiem, jak możemy pomóc twojemu zakonowi w walce z tym magiem".
    
  "Rozumiesz?" Penekal westchnął z zachwytem.
    
  Profesor Imru roześmiał się. "Niczego nie mogę obiecać, ale znam miliardera, który łamie prawo i nie szanuje władzy, a z przyjemnością nęka potężnych i złych ludzi. I, jak to bywa, jest moim dłużnikiem i właśnie teraz zmierza na kontynent afrykański".
    
    
  21
  Podpisać
    
    
  Pod ponurym niebem Oban wiadomość o wypadku drogowym, w którym zginął miejscowy lekarz i jego żona, rozeszła się lotem błyskawicy. Zszokowani lokalni sklepikarze, nauczyciele i rybacy pogrążyli się w żałobie po śmierci dr. Lance'a Beecha i jego żony Sylvii. Ich dzieci zostały pod tymczasową opieką ciotki, która wciąż nie otrząsnęła się po tragedii. Lekarz i jego żona byli powszechnie lubiani, a ich tragiczna śmierć na drodze A82 była ogromnym ciosem dla lokalnej społeczności.
    
  Po supermarketach i restauracjach krążyły szeptane plotki o bezsensownej tragedii, która dotknęła biedną rodzinę wkrótce po tym, jak lekarz omal nie stracił żony z rąk nikczemnej pary, która ją porwała. Nawet wtedy mieszkańcy miasta byli zaskoczeni, że Beache'owie utrzymywali wydarzenia związane z porwaniem i późniejszym uwolnieniem pani Beach w tak pilnie strzeżonej tajemnicy. Jednak większość ludzi po prostu zakładała, że Beache'owie chcieli uciec od tej przerażającej tragedii i nie chcieli o niej mówić.
    
  Nie wiedzieli, że dr Beach i miejscowy ksiądz katolicki, ojciec Harper, zostali zmuszeni do przekroczenia granic moralnych, by uratować panią Beach i pana Purdue, dając swoim nikczemnym nazistowskim oprawcom posmakować ich własnego lekarstwa. Najwyraźniej większość ludzi po prostu nie rozumiała, że czasami najlepszą zemstą na złoczyńcy jest - zemsta - dobry, starotestamentowy gniew.
    
  Nastolatek, George Hamish, biegł energicznie przez park. Znany ze swoich sportowych zdolności jako kapitan szkolnej drużyny futbolowej, nikt nie uważał jego upartej pasji za dziwną. Miał na sobie dres i trampki Nike. Jego ciemne włosy zlewały się z mokrą twarzą i szyją, gdy biegł z pełną prędkością po falujących, zielonych trawnikach parku. Pędzący chłopiec nie zwracał uwagi na gałęzie drzew, które trzaskały i ocierały się o niego, gdy biegł obok nich i pod nimi w kierunku kościoła św. Kolumbana, po drugiej stronie wąskiej uliczki od parku.
    
  Omijając z trudem nadjeżdżający samochód, pędząc po asfalcie, wbiegł po schodach i zniknął w ciemnościach za otwartymi drzwiami kościoła.
    
  "Ojcze Harper!" krzyknął bez tchu.
    
  Kilku parafian, którzy byli w środku, odwróciło się w ławkach i syknęło na głupiego chłopca za brak szacunku, ale on się tym nie przejął.
    
  "Gdzie jest ojciec?" - zapytał, bezskutecznie domagając się informacji, gdyż wyglądali na jeszcze bardziej rozczarowanych. Starsza pani obok niego nie tolerowała braku szacunku ze strony młodzieńca.
    
  "Jesteś w kościele! Ludzie się modlą, bezczelny bachorze" - zbeształa go, ale George zignorował jej cięty język i pobiegł nawą do głównej ambony.
    
  "Ludzkie życie jest zagrożone, kobieto" - powiedział w trakcie lotu. "Zachowaj swoje modlitwy dla nich".
    
  "Wielki Scott, George, co do cholery...?" Ojciec Harper zmarszczył brwi, widząc chłopca spieszącego do swojego gabinetu tuż przy głównym holu. Przełknął ślinę, gdy jego kongregacja zmarszczyła brwi na jego słowa i zaciągnęła wyczerpanego nastolatka do gabinetu.
    
  Zamykając za sobą drzwi, zmarszczył brwi i spojrzał na chłopca. "Co się z tobą, do cholery, dzieje, Georgie?"
    
  "Ojcze Harper, musisz opuścić Oban" - ostrzegł George, próbując złapać oddech.
    
  "Przepraszam?" powiedział Ojciec. "Co masz na myśli?"
    
  "Musisz stąd uciec i nikomu nie mówić, dokąd idziesz, ojcze" - błagał George. "Słyszałem, jak jakiś mężczyzna pytał o ciebie w antykwariacie Daisy, kiedy całowałem się z... eee... w jakiejś bocznej uliczce" - George poprawił swoją wersję wydarzeń.
    
  "Jaki człowiek? O co prosił?" Ojciec Harper.
    
  "Słuchaj, Ojcze, nawet nie wiem, czy ten facet jest szalony, skoro mówi takie rzeczy, ale wiesz, pomyślałem, że i tak cię ostrzegę" - odpowiedział George. "Powiedział, że nie zawsze byłeś księdzem".
    
  "Tak" - potwierdził ojciec Harper. Właściwie, poświęcił mnóstwo czasu na zwracanie uwagi na ten sam fakt nieżyjącemu doktorowi Beachowi za każdym razem, gdy ksiądz zrobił coś, o czym publiczność w sutannach nie powinna wiedzieć. "To prawda. Nikt nie rodzi się księdzem, Georgie".
    
  "Chyba tak. Nigdy o tym w ten sposób nie myślałem", mruknął chłopiec, wciąż zdyszany z szoku i biegu.
    
  "Co dokładnie powiedział ten człowiek? Czy możesz wyjaśnić dokładniej, dlaczego pomyślałeś, że chce mi zrobić krzywdę?" - zapytał ksiądz, nalewając nastolatkowi szklankę wody.
    
  "Mnóstwo rzeczy. Brzmiało to tak, jakby próbował zhańbić twoją reputację, rozumiesz?"
    
  "Czy rapujesz o mojej reputacji?" - zapytał ojciec Harper, ale szybko zrozumiał, o co chodzi, i sam sobie odpowiedział. "Ach, moja reputacja ucierpiała. Nieważne".
    
  "Tak, ojcze. I opowiadał ludziom w sklepie, że byłeś zamieszany w morderstwo jakiejś starszej pani. Potem powiedział, że kilka miesięcy temu porwałeś i zamordowałeś kobietę z Glasgow, kiedy zaginęła żona lekarza... i tak dalej. Poza tym opowiadał wszystkim, jakim jesteś hipokrytycznym draniem, kryjącym się za kołnierzykiem, żeby oszukać kobiety i zmusić je do zaufania, zanim znikną". Historia George'a wypłynęła z jego pamięci i drżących ust.
    
  Ojciec Harper siedział na swoim krześle z wysokim oparciem i po prostu słuchał. George był zaskoczony, że ksiądz nie okazywał żadnych oznak urazy, niezależnie od tego, jak ohydna była jego historia, ale uznał to za przejaw mądrości księży.
    
  Wysoki, potężnie zbudowany ksiądz siedział, wpatrując się w biednego George'a, lekko pochylony w lewo. Skrzyżowane ramiona nadawały mu pulchny i silny wygląd, a palec wskazujący prawej ręki delikatnie muskał dolną wargę, rozważając słowa chłopca.
    
  Kiedy George poświęcił chwilę na opróżnienie szklanki wody, ojciec Harper w końcu poruszył się na krześle i oparł łokcie na stole między nimi. Z głębokim westchnieniem zapytał: "Georgie, pamiętasz, jak wyglądał ten mężczyzna?"
    
  "Brzydkie" - odpowiedział chłopiec, wciąż połykając.
    
  Ojciec Harper zaśmiał się pod nosem: "Oczywiście, że był brzydki. Większość Szkotów nie słynie z pięknych rysów twarzy".
    
  "Nie, nie o to mi chodziło, ojcze" - wyjaśnił George. Postawił szklankę z kroplami na szklanym stoliku księdza i spróbował ponownie. "Chodzi mi o to, że był brzydki, jak potwór z horroru, rozumiesz?"
    
  "Och?" - zapytał zaintrygowany ojciec Harper.
    
  "Tak, i wcale nie był Szkotem. Miał angielski akcent z czymś jeszcze" - opisał George.
    
  "Coś jeszcze takiego?" - dopytywał dalej ksiądz.
    
  "Cóż" - zmarszczył brwi chłopiec - "jego angielski ma niemiecki akcent. Wiem, że to może brzmieć głupio, ale wygląda, jakby był Niemcem i dorastał w Londynie. Coś w tym stylu".
    
  George był sfrustrowany, że nie potrafił tego poprawnie opisać, ale ksiądz spokojnie skinął głową. "Nie, rozumiem doskonale, Georgie. Nie martw się. Powiedz mi, czy podał imię, czy się przedstawił?"
    
  "Nie, proszę pana. Ale wyglądał na naprawdę wściekłego i pokręconego..." George nagle przerwał swoje niefrasobliwe przekleństwo. "Przepraszam, ojcze".
    
  Ksiądz Harper był jednak bardziej zainteresowany informacjami niż zachowaniem zasad dobrego wychowania. Ku zdumieniu George'a, ksiądz zachowywał się tak, jakby w ogóle nie złożył przysięgi. "Jak to?"
    
  "Przepraszam, Ojcze?" zapytał zdezorientowany George.
    
  "Jak... jak on... to wszystko zepsuł?" zapytał obojętnie ojciec Harper.
    
  "Ojcze?" - wydyszał chłopiec, zdumiony, ale złowrogo wyglądający ksiądz po prostu cierpliwie czekał na odpowiedź, a jego wyraz twarzy był tak pogodny, że aż przerażający. "Yyy, to znaczy, poparzył się, a może się skaleczył". George zastanowił się przez chwilę, po czym nagle wykrzyknął z entuzjazmem: "Wygląda na to, że jego głowa była owinięta drutem kolczastym i ktoś wyciągnął go za nogi. Rozdzielony, rozumiesz?"
    
  "Rozumiem" - odpowiedział ojciec Harper, wracając do swojej poprzedniej, kontemplacyjnej pozy. "Dobrze, to wszystko?"
    
  "Tak, ojcze" - odpowiedział George. "Proszę, wyjdź stąd, zanim cię znajdzie, bo on wie, gdzie jest święty Kolumban".
    
  "Georgie, on mógł to znaleźć na każdej mapie. Irytuje mnie, że próbował zniesławić moje imię w moim własnym mieście" - wyjaśnił ojciec Harper. "Nie martw się. Bóg nigdy nie śpi".
    
  "Ja też nie, ojcze" - powiedział chłopiec, kierując się do drzwi z księdzem. "Ten facet knuł coś niedobrego i naprawdę, naprawdę nie chcę słyszeć o tobie jutro w wiadomościach. Powinieneś zadzwonić na policję. Niech patrolują teren i tak dalej".
    
  "Dziękuję ci, Georgie, za twoją troskę" - powiedział szczerze ojciec Harper. "I bardzo dziękuję ci za ostrzeżenie mnie. Obiecuję, że wezmę sobie twoje ostrzeżenie do serca i będę bardzo ostrożny, dopóki Szatan nie ustąpi, dobrze? Wszystko w porządku?" Musiał powtórzyć, zanim nastolatek zdążył się uspokoić.
    
  Wyprowadził chłopca, którego ochrzcił lata temu, z kościoła, idąc obok niego z mądrością i autorytetem, aż wyszli na światło dzienne. Ze szczytu schodów ksiądz puścił oko i pomachał George'owi, gdy ten truchtem wracał do domu. Mżawka chłodnych, rozchwianych chmur opadła na park i przyciemniła asfaltową drogę, gdy chłopiec zniknął w upiornej mgle.
    
  Ojciec Harper skinął serdecznie kilku przechodniom, po czym wrócił do kruchty kościoła. Ignorując wciąż oszołomiony tłum w ławkach, wysoki ksiądz pospiesznie wrócił do swojego gabinetu. Naprawdę wziął sobie ostrzeżenie chłopca do serca. Właściwie, spodziewał się tego od samego początku. Nigdy nie było wątpliwości, że kara nadejdzie za to, co on i dr Beach zrobili w Fallin, kiedy uratowali Davida Perdue z rąk współczesnej nazistowskiej sekty.
    
  Szybko wszedł do słabo oświetlonego, małego korytarza swojego biura, zbyt głośno zamykając za sobą drzwi. Zamknął je na klucz i zaciągnął zasłony. Jego laptop był jedynym źródłem światła w biurze, a jego ekran cierpliwie czekał, aż ksiądz z niego skorzysta. Ksiądz Harper usiadł i wpisał kilka słów kluczowych, zanim ekran LED wyświetlił to, czego szukał - zdjęcie Clive'a Muellera, długoletniego agenta i znanego podwójnego agenta z czasów zimnej wojny.
    
  "Wiedziałem, że to musisz być ty" - mruknął ojciec Harper w zakurzonej samotności swojego gabinetu. Meble i książki, lampy i rośliny wokół niego stały się zaledwie cieniami i sylwetkami, ale atmosfera zmieniła się ze statycznej i spokojnej w napiętą strefę podświadomej negatywności. W dawnych czasach przesądni mogliby nazwać to obecnością, ale ojciec Harper wiedział, że to przeczucie nieuchronnej konfrontacji. To ostatnie wyjaśnienie jednak nie umniejszało powagi tego, co miało nastąpić, gdyby odważył się opuścić gardę.
    
  Mężczyzna na zdjęciu, które pokazał ojciec Harper, przypominał groteskowego potwora. Clive Mueller trafił na pierwsze strony gazet w 1986 roku za zabójstwo rosyjskiego ambasadora przed Downing Street 10, ale z powodu luki prawnej został deportowany do Austrii i uciekł, oczekując na proces.
    
  "Wygląda na to, że jesteś po złej stronie barykady, Clive" - powiedział ojciec Harper, przeglądając skąpe informacje o zabójcy dostępne w internecie. "Cały czas staraliśmy się nie rzucać w oczy, prawda? A teraz zabijasz cywilów dla pieniędzy na obiad? To musi być trudne dla twojego ego".
    
  Na zewnątrz robiło się coraz bardziej wilgotno, a deszcz bębnił w okno gabinetu po drugiej stronie zasłoniętych zasłon, gdy ksiądz zakończył poszukiwania i wyłączył laptopa. "Wiem, że już tu jesteś. Czy boisz się pokazać pokornemu człowiekowi Bożemu?"
    
  Kiedy laptop się wyłączył, w pokoju zapadła niemal całkowita ciemność, a gdy tylko zgasł ostatni błysk ekranu, ojciec Harper zobaczył imponującą czarną postać wyłaniającą się zza regału z książkami. Zamiast spodziewanego ataku, ojciec Harper spotkał się z słowną konfrontacją. "Ty? Człowiek boży?" Mężczyzna zachichotał.
    
  Jego wysoki głos początkowo maskował jego akcent, jednak nie dało się zaprzeczyć, że ciężkie, gardłowe spółgłoski, gdy mówił w swoim zdecydowanym brytyjskim stylu - będącym idealną równowagą niemieckiego i angielskiego - zdradzały jego indywidualność.
    
    
  22
  Zmień kurs
    
    
  "Co on powiedział?" Nina zmarszczyła brwi, desperacko próbując zrozumieć, dlaczego zmieniają kurs w trakcie lotu. Szturchnęła Sama, który próbował usłyszeć, co Patrick mówi do pilota.
    
  "Poczekaj, pozwól mu skończyć" - powiedział jej Sam, usiłując dociec przyczyny nagłej zmiany planów. Jako doświadczony dziennikarz śledczy, Sam nauczył się nie ufać takim nagłym zmianom planu i dlatego rozumiał obawy Niny.
    
  Patrick zatoczył się z powrotem do wnętrza samolotu, patrząc na Sama, Ninę, Adjo i Perdue, którzy czekali w milczeniu na jego wyjaśnienia. "Nie ma się czym martwić, ludzie" - pocieszał Patrick.
    
  "Czy pułkownik nakazał zmianę kursu, żebyśmy utknęli na pustyni z powodu bezczelności Niny?" - zapytał Sam. Nina spojrzała na niego pytająco i mocno uderzyła go w ramię. "Poważnie, Paddy. Dlaczego zawracamy? Nie podoba mi się to".
    
  "Ja też, kolego" - wtrącił Perdue.
    
  "Właściwie, chłopaki, nie jest tak źle. Właśnie dostałem naszywkę od jednego z organizatorów wyprawy, profesora Imru" - powiedział Patrick.
    
  "Był w sądzie" - zauważył Perdue. "Czego on chce?"
    
  "Zapytał, czy moglibyśmy mu pomóc w... bardziej osobistej sprawie, zanim zajęliśmy się priorytetami prawnymi. Najwyraźniej skontaktował się z pułkownikiem J. Yimenu i poinformował go, że przybędziemy dzień później niż planowano, więc ta kwestia została załatwiona" - relacjonował Patrick.
    
  "Czego, do cholery, on może ode mnie chcieć w sprawach osobistych?" - zastanawiał się na głos Perdue. Miliarder nie wydawał się naiwny wobec tego nowego obrotu spraw, a jego zaniepokojenie odbijało się również na twarzach członków wyprawy.
    
  "Czy możemy odmówić?" zapytała Nina.
    
  "Możesz" - odpowiedział Patrick. "Sam też może, ale pan Kira i David w dużej mierze tkwią w sidłach osób zamieszanych w przestępstwa archeologiczne, a profesor Imru jest jednym z liderów tej organizacji".
    
  "Więc nie mamy innego wyjścia, jak mu pomóc" - westchnął Perdue, wyglądając na wyjątkowo wyczerpanego takim obrotem spraw. Patrick siedział naprzeciwko Perdue i Niny, a obok niego Sam i Ajo.
    
  "Pozwólcie, że wyjaśnię. To improwizowana wycieczka, ludzie. Z tego, co mi powiedziano, mogę was zapewnić, że was zainteresuje".
    
  "Wygląda na to, że chcesz, żebyśmy zjedli wszystkie warzywa, mamo" - zadrwił Sam, choć jego słowa były bardzo szczere.
    
  "Słuchaj, nie próbuję osładzać tej pieprzonej gry śmierci, Sam" - warknął Patrick. "Nie myśl, że ślepo wykonuję rozkazy albo że jestem na tyle naiwny, żebym musiał cię podstępem nakłonić do współpracy z Wydziałem Przestępczości Archeologicznej". Po tym, jak się upewnił, agent MI6 potrzebował chwili, żeby się uspokoić. "Oczywiście, to nie ma nic wspólnego ze Świętą Skrzynią ani z ugodą Davida. Nic. Profesor Imru pytał, czy mógłbyś mu pomóc w ściśle tajnej sprawie, która może mieć katastrofalne skutki dla całego świata".
    
  Purdue postanowił na razie odrzucić wszelkie podejrzenia. Może, pomyślał, był po prostu zbyt ciekawski, żeby... "I powiedział, o co chodziło, o tę tajną sprawę?"
    
  Patrick wzruszył ramionami. "Nic konkretnego, co potrafiłbym wyjaśnić. Zapytał, czy moglibyśmy wylądować w Kairze i spotkać się z nim w świątyni masońskiej w Gizie. Tam wyjaśni, jak to nazwał, swoją "absurdalną prośbę", i zapyta, czy zechcesz pomóc".
    
  "Co masz na myśli mówiąc "powinno pomóc"?" Perdue poprawił sformułowanie, które Patrick tak starannie utkał.
    
  "Chyba tak" - zgodził się Patrick. "Ale szczerze mówiąc, myślę, że jest szczery. Przecież nie zmieniłby sposobu dostarczenia tej bardzo ważnej relikwii religijnej tylko po to, żeby zwrócić na siebie uwagę, prawda?"
    
  "Patrick, jesteś pewien, że to nie jakaś zasadzka?" - zapytała cicho Nina. Sam i Perdue wyglądali na równie zaniepokojonych jak ona. "Nie stawiałabym niczego ponad Czarne Słońce i tych afrykańskich dyplomatów, wiesz? Kradzież tej pamiątki najwyraźniej przysporzyła im niezłego bólu głowy. Skąd mamy wiedzieć, że po prostu nie wysadzą nas w Kairze, nie pozabijają i nie będą udawać, że nigdy nie byliśmy w Etiopii, czy coś?"
    
  "Myślałem, że jestem agentem specjalnym, doktorze Gould. Ma pan więcej problemów z zaufaniem niż szczur w jamie węży" - zauważył Patrick.
    
  "Zaufaj mi" - wtrącił Purdue - "ona ma swoje powody. Wszyscy je mamy. Patrick, ufamy, że się domyślisz, czy to jakaś zasadzka. Nadal jedziemy, prawda? Tylko wiedz, że reszta z nas potrzebuje, żebyś poczuł dym, zanim utkniemy w płonącym domu, dobrze?"
    
  "Wierzę w to" - odpowiedział Patrick. "I dlatego zorganizowałem kilku znajomych z Jemenu, żeby towarzyszyli nam do Kairu. Będą dyskretni i będą nas śledzić, tak dla pewności".
    
  "Brzmi lepiej" - Adjo westchnął z ulgą.
    
  "Zgadzam się" - powiedział Sam. "Dopóki będziemy wiedzieć, że siły zewnętrzne znają nasze położenie, łatwiej będzie nam sobie z tym poradzić".
    
  "Daj spokój, Sammo" - uśmiechnął się Patrick. "Nie myślałeś chyba, że dam się nabrać na rozkazy, jeśli nie będę miał otwartych tylnych drzwi, prawda?"
    
  "Ale jak długo tu będziemy?" - zapytał Perdue. "Muszę przyznać, że nie chcę rozwodzić się nad tą Świętą Skrzynią. To rozdział, który chciałbym zamknąć i wrócić do swojego życia, rozumiesz?"
    
  "Rozumiem" - powiedział Patrick. "Biorę pełną odpowiedzialność za bezpieczeństwo tej wyprawy. Wrócimy do pracy, jak tylko spotkamy się z profesorem Imru".
    
    
  * * *
    
    
  Kiedy wylądowali w Kairze, było ciemno. Ciemno było nie tylko dlatego, że była noc, ale także we wszystkich okolicznych miastach, co niezwykle utrudniało Super Herkulesowi udane lądowanie na oświetlonym ogniem pasie startowym. Wyglądając przez małe okno, Nina poczuła, jak złowieszcza dłoń opada na nią, zupełnie jak klaustrofobiczne uczucie, którego doświadczała wchodząc do zamkniętej przestrzeni. Ogarnęło ją duszące, przerażające uczucie.
    
  "Czuję się, jakbym była zamknięta w trumnie" - powiedziała Samowi.
    
  Był równie zszokowany tym, co zastali nad Kairem, co ona, ale Sam starał się nie panikować. "Nie martw się, kochanie. Tylko osoby z lękiem wysokości powinny teraz odczuwać dyskomfort. Przerwa w dostawie prądu prawdopodobnie jest spowodowana przez elektrownię albo coś w tym stylu".
    
  Pilot spojrzał na nich. "Proszę zapiąć pasy i pozwolić mi się skoncentrować. Dziękuję!"
    
  Nina poczuła, jak nogi odmawiają jej posłuszeństwa. Sto mil niżej, jedynym światłem był panel sterowania Herkulesa w kokpicie. Cały Egipt pogrążył się w ciemnościach - jeden z kilku krajów dotkniętych niewyjaśnioną przerwą w dostawie prądu, której nikt nie potrafił zlokalizować. Choć nie chciała okazywać swojego oszołomienia, nie mogła pozbyć się wrażenia, że ogarnia ją jakaś fobia. Nie dość, że znajdowała się w starej, latającej puszce po zupie z silnikami, to teraz odkryła, że brak światła całkowicie symulował ciasną przestrzeń.
    
  Perdue usiadł obok niej, zauważając drżenie jej brody i dłoni. Przytulił ją i nic nie powiedział, co Ninę uznała za dziwnie uspokajające. Kira i Sam przygotowywali się do lądowania, zbierając cały swój sprzęt i materiały do czytania, po czym zapięli pasy.
    
  "Muszę przyznać, Effendi, że jestem bardzo ciekaw tej sprawy, profesorze. Imru chętnie z panem o tym porozmawia" - krzyknął Adjo, przekrzykując ogłuszający ryk silników. Perdue uśmiechnął się, doskonale zdając sobie sprawę z podniecenia swojego byłego przewodnika.
    
  "Czy wiesz coś, o czym my nie wiemy, drogi Ajo?" - zapytał Perdue.
    
  "Nie, po prostu profesor Imru jest znany jako bardzo mądry człowiek i król swojej społeczności. Uwielbia historię starożytną i oczywiście archeologię, ale fakt, że chce się z tobą spotkać, jest dla mnie wielkim zaszczytem. Mam tylko nadzieję, że to spotkanie będzie poświęcone sprawom, z których jest znany. To bardzo wpływowy człowiek, który mocno trzyma się historii".
    
  "Zanotowano" - odpowiedział Perdue. "W takim razie miejmy nadzieję, że wszystko będzie dobrze".
    
  "Świątynia masońska" - powiedziała Nina. "Czy on jest masonem?"
    
  "Tak, proszę pani" - potwierdził Ajo. "Wielki Mistrz Loży Izydy w Gizie".
    
  Oczy Purdue'a rozbłysły. "Masoni? I szukają mojej pomocy?" Spojrzał na Patricka. "Teraz jestem zaintrygowany".
    
  Patrick uśmiechnął się, zadowolony, że nie będzie musiał brać na siebie odpowiedzialności za podróż, którą Purdue by się nie zainteresowało. Nina również odchyliła się na krześle, czując coraz większą pokusę na myśl o spotkaniu. Chociaż kobietom tradycyjnie nie wolno było uczestniczyć w spotkaniach masońskich, znała wiele historycznych postaci należących do tej starożytnej i potężnej organizacji, której początki zawsze ją fascynowały. Jako historyczka rozumiała, że wiele z ich starożytnych rytuałów i sekretów stanowiło istotę historii i jej wpływ na wydarzenia światowe.
    
    
  23
  Jak diament na niebie
    
    
  Profesor Imru serdecznie powitał Perdue, otwierając przed grupą wysokie bramy. "Miło pana znowu widzieć, panie Perdue. Mam nadzieję, że wszystko u pana w porządku".
    
  "No cóż, byłem trochę zdenerwowany przez sen, a jedzenie nadal mi nie smakuje, ale czuję się lepiej, dziękuję, profesorze" - odpowiedział Perdue z uśmiechem. "Właściwie sam fakt, że nie korzystam z gościnności więźniów, wystarcza, żebym był szczęśliwy każdego dnia".
    
  "Tak bym myślał" - zgodził się profesor ze współczuciem. "Osobiście, kara więzienia nie była naszym pierwotnym celem. Co więcej, wygląda na to, że celem ludzi z MI6 było wsadzenie cię do więzienia na dożywocie, a nie delegacji etiopskiej". Przyznanie profesora rzuciło nieco światła na mściwe zapędy Karstena, dodatkowo uwiarygodniając fakt, że zamierzał dostać Purdue, ale to temat na inny raz.
    
  Gdy grupa dołączyła do mistrza murarskiego w pięknym, chłodnym cieniu przed Świątynią, za chwilę miała rozpocząć się poważna dyskusja. Penecal nie mógł oderwać wzroku od Niny, ale ona z wdziękiem przyjęła jego cichy podziw. Perdue i Sam uznali jego ewidentne zauroczenie nią za zabawne, ale złagodzili swoje rozbawienie mrugnięciami i szturchnięciami, aż rozmowa nabrała formalnego i poważnego tonu.
    
  "Mistrz Penekal uważa, że jesteśmy prześladowani przez to, co w mistycyzmie nazywa się magią. Dlatego pod żadnym pozorem nie należy przedstawiać tej postaci jako przebiegłej i mądrej według dzisiejszych standardów" - powiedział profesor. Zaczął Imru.
    
  "On jest na przykład przyczyną przerw w dostawie prądu" - dodał cicho Penekal.
    
  "Jeśli możesz, Mistrzu Penekalu, proszę powstrzymaj się od wybiegania w przyszłość, zanim wyjaśnię ezoteryczną naturę naszego dylematu" - powiedział profesor. Imru zwrócił się do starego astronoma. "W słowach Penekala jest wiele prawdy, ale lepiej zrozumiesz, gdy wyjaśnię podstawy. Rozumiem, że masz ograniczony czas na odzyskanie Świętej Szkatuły, więc postaramy się zrobić to jak najszybciej".
    
  "Dziękuję" - powiedział Perdue. "Chcę to zrobić jak najszybciej".
    
  "Oczywiście" - profesor Imru skinął głową, po czym kontynuował nauczanie grupy tego, co on i astronom do tej pory zebrali. Podczas gdy Nina, Perdue, Sam i Ajo słuchali o związku między spadającymi gwiazdami a morderczymi napadami wędrownego mędrca, ktoś majstrował przy bramie.
    
  "Przepraszam, proszę" - przeprosił Penecal. "Wiem, kto to jest. Przepraszam za spóźnienie".
    
  "Oczywiście. Oto klucze, Mistrzu Penecal" - powiedział profesor, wręczając Penecalowi klucz do bramy, by wpuścił przerażonego Ofara, a sam kontynuował pomoc szkockiej ekspedycji w dogonieniu go. Ofar wyglądał na wyczerpanego, z szeroko otwartymi oczami pełnymi paniki i złowrogiego przeczucia, gdy jego przyjaciel otworzył bramę. "Czy już się zorientowali?" - ciężko westchnął.
    
  "Już ich informujemy, mój przyjacielu" - zapewnił Ofarę Penekal.
    
  "Szybko" - błagał Ofar. "Kolejna gwiazda spadła nie dalej niż dwadzieścia minut temu!"
    
  "Co?" Penekal majaczył. "Który?"
    
  "Pierwsza z siedmiu sióstr!" Ofar otworzył usta, a jego słowa brzmiały jak gwoździe w trumnie. "Musimy się spieszyć, Penekal! Musimy walczyć teraz, albo wszystko będzie stracone!" Jego usta drżały jak u umierającego. "Musimy powstrzymać Czarodzieja, Penekal, bo inaczej nasze dzieci nie dożyją starości!"
    
  "Zdaję sobie z tego sprawę, stary przyjacielu" - zapewnił Ofara Penekal, wspierając go mocno dłonią na plecach, gdy zbliżali się do ciepłego, przytulnego kominka w ogrodzie. Płomienie były zachęcające, oświetlając fasadę wspaniałej, starej świątyni, której wspaniały szyld przedstawiał cienie uczestników na ścianach, ożywiając każdy ich ruch.
    
  "Witamy, Mistrzu Ofar" - powiedział profesor Imru, gdy starzec usiadł, kiwając głową w stronę pozostałych członków zgromadzenia. "Poinformowałem już pana Purdue i jego kolegów o naszych spekulacjach. Wiedzą, że Czarodziej rzeczywiście snuje straszliwą przepowiednię" - oznajmił profesor. "Pozostawiam astronomom Strażników Smoków z Hermopolis, potomkom kapłanów Thota, wyjaśnienie, co ten zabójca mógł próbować zrobić".
    
  Penekal wstał z krzesła i rozwinął zwoje w jasnym świetle latarni, padającym z pojemników zawieszonych na gałęziach drzew. Perdue i jego przyjaciele natychmiast podeszli bliżej, by przestudiować kodeks i diagramy.
    
  "To starożytna mapa nieba, obejmująca niebo bezpośrednio nad Egiptem, Tunezją... w zasadzie cały Bliski Wschód, jaki znamy" - wyjaśnił Penecal. "W ciągu ostatnich dwóch tygodni mój kolega Ofar i ja zaobserwowaliśmy kilka niepokojących zjawisk niebieskich".
    
  "Na przykład?" zapytał Sam, uważnie studiując stary brązowy pergamin i niesamowite informacje zapisane cyframi i nieznaną czcionką.
    
  "Jak spadające gwiazdy" - przerwał Samowi obiektywnym gestem otwartej dłoni, zanim dziennikarz zdążył się odezwać - "ale... nie takie, na których upadek możemy sobie pozwolić. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że te ciała niebieskie to nie tylko gazy pochłaniające same siebie, ale planety, małe z daleka. Kiedy gwiazdy tego typu spadają, oznacza to, że zostały przesunięte ze swoich orbit". Ophar wyglądał na kompletnie zszokowanego własnymi słowami. "Co oznacza, że ich upadek może wywołać reakcję łańcuchową w otaczających je konstelacjach".
    
  Nina jęknęła. "To brzmi jak kłopoty".
    
  "Pani ma rację" - przyznał Ofar. "A wszystkie te konkretne ciała są ważne, tak ważne, że mają nazwy, po których można je zidentyfikować".
    
  "Nie tylko numery po nazwiskach zwykłych naukowców, jak w przypadku wielu współczesnych, znanych gwiazd" - poinformował Penekal zebranych przy stole. "Ich imiona były tak ważne, jak ich pozycja w niebiosach nad ziemią, że znali je nawet ludzie boscy".
    
  Sam był zafascynowany. Choć całe życie spędził na walce z organizacjami przestępczymi i tajemniczymi złoczyńcami, musiał ulec urokowi mistycznej reputacji rozgwieżdżonego nieba. "Jak to, panie Ofar?" - zapytał Sam z autentycznym zainteresowaniem, notując kilka notatek, aby zapamiętać terminologię i nazwy pozycji na mapie.
    
  "W Testamencie Salomona, mądrego króla Biblii" - opowiadał Ophar niczym stary bard - "jest powiedziane, że król Salomon związał siedemdziesiąt dwa demony i zmusił je do zbudowania Świątyni Jerozolimskiej".
    
  Jego oświadczenie spotkało się naturalnie z cynizmem grupy, ukrytym pod maską cichej kontemplacji. Tylko Adjo siedział nieruchomo, wpatrując się w gwiazdy. Z powodu braku prądu w całym kraju i innych regionach, innych niż Egipt, światło gwiazd przyćmiewało czarną jak smoła ciemność kosmosu, która nieustannie czaiła się nad wszystkim.
    
  "Wiem, jak to musi brzmieć" - wyjaśnił Penecal - "ale musicie myśleć w kategoriach chorób i złych emocji, a nie rogatych demonów, aby zrozumieć naturę "demonów". Na początku będzie to brzmieć absurdalnie, dopóki nie opowiemy wam, co zaobserwowaliśmy, co się wydarzyło. Dopiero wtedy zaczniecie odkładać niewiarę na rzecz ostrzeżenia".
    
  "Zapewniłem mistrzów Ophara i Penekala, że niewielu na tyle mądrych, by zrozumieć ten sekretny rozdział, będzie miało środki, by cokolwiek z tym zrobić" - powiedział profesor. Imru powiedział gościom ze Szkocji: "I dlatego uznałem pana, panie Purdue, i pańskich przyjaciół za właściwych ludzi, do których należy się zwrócić w tej sprawie. Przeczytałem wiele pańskich prac, panie Cleve" - powiedział Samowi. "Dużo się dowiedziałem o pańskich, niekiedy niewiarygodnych, zmaganiach i przygodach z doktorem Gouldem i panem Purdue. To przekonało mnie, że nie jesteście ludźmi, którzy bezmyślnie ignorują dziwne i zagadkowe pytania, z którymi codziennie mierzymy się w naszych zakonach".
    
  Świetna robota, Profesorze, pomyślała Nina. Dobrze, że nas Pan namaszcza tym czarującym, choć protekcjonalnym, uwielbieniem. Być może to jej kobieca siła pozwoliła Ninie zrozumieć psychologię sarkastycznych pochwał, ale nie zamierzała tego mówić. Już wywołała napięcie między Purdue a Pułkownikiem. Yimenu, jeden z jego prawowitych przeciwników. Nie byłoby konieczne powtarzanie kontrproduktywnej praktyki z Profesorem. Zmienię i na zawsze zniszczę reputację Purdue, tylko po to, by potwierdzić jej intuicję co do Mistrza Masona.
    
  I tak oto dr Gould trzymała język za zębami, słuchając pięknej opowieści astronoma, którego głos brzmiał tak kojąco, jak głos starego czarodzieja w filmie science fiction.
    
    
  24
  Porozumienie
    
    
  Wkrótce potem profesor Imru, gospodyni, podała im jedzenie. Po tacach z chlebem baladi i ta'meyi (falafelem) pojawiły się dwie kolejne tace z pikantnym hawuszem. Mielona wołowina i przyprawy wypełniły ich nozdrza odurzającymi aromatami. Tace postawiono na dużym stole, a ludzie profesora odeszli tak nagle i cicho, jak się pojawili.
    
  Goście z entuzjazmem przyjęli poczęstunek od masonów i z pomrukiem aprobaty serwowali go, ku uciesze gospodarza. Gdy wszyscy już się poczęstowali, nadszedł czas na więcej informacji, ponieważ grupa Perdue nie miała wiele czasu do stracenia.
    
  "Proszę, Mistrzu Ofar, kontynuuj" - zachęcił profesor Imru.
    
  "My, mój zakon, posiadamy komplet pergaminów zatytułowany "Kodeks Salomona"" - wyjaśnił Ofar. "Z tekstów tych wynika, że król Salomon i jego magowie - których dziś moglibyśmy uważać za alchemików - w jakiś sposób uwięzili każdego ze spętanych demonów w kamieniu widzenia - diamentach". Jego ciemne oczy błyszczały tajemnicą, gdy zniżył głos, zwracając się do każdego ze słuchaczy. "A każdy diament został ochrzczony specjalną gwiazdą, symbolizującą upadłe duchy".
    
  "Mapa gwiazd" - zauważył Perdue, wskazując na gorączkowe, niebiańskie bazgroły na jednym arkuszu pergaminu. Ophar i Penekal enigmatycznie skinęli głowami, obaj mężczyźni wyglądali na znacznie spokojniejszych, bo opowiedzieli o swoim problemie współczesnym ludziom.
    
  "No cóż, jak profesor Imru mógł ci wyjaśnić pod naszą nieobecność, mamy powody, by sądzić, że mędrzec znów kroczy wśród nas" - powiedział Ofar. "A każda gwiazda, która spadła do tej pory, miała znaczenie na mapie Salomona".
    
  Penekal dodał: "I tak szczególna moc każdego z nich objawiła się w pewnej formie rozpoznawalnej tylko dla tych, którzy wiedzieli, czego szukać, rozumiesz?"
    
  "Gospodyni zmarłej Madame Chantal, powieszonej kilka dni temu na konopnym sznurze w pewnej willi w Nicei?" - oznajmił Ofar, czekając, aż jego kolega uzupełni luki.
    
  "Kodeks głosi, że demon Onoskelis splatał liny z konopi, które wykorzystano przy budowie Świątyni Jerozolimskiej" - powiedział Penekal.
    
  Ofar kontynuował: "Siódma gwiazda w gwiazdozbiorze Lwa, zwana Rabdosem, również spadła".
    
  "Zapalniczka do lamp świątyni podczas jej budowy" - wyjaśnił Penekal. Uniósł otwarte dłonie i rozejrzał się po ciemnościach, które ogarnęły miasto. "Lampy zgasły w okolicznych krainach. Tylko ogień może dać światło, jak widziałeś. Lampy, światła elektryczne, nie dadzą".
    
  Nina i Sam wymienili spojrzenia pełne lęku, ale i nadziei. Perdue i Ajo wyrazili zainteresowanie i lekkie podekscytowanie dziwnymi transakcjami. Perdue skinął powoli głową, uchwycając schematy zaobserwowane przez obserwatorów. "Panowie Penekal i Ofar, czego właściwie od nas oczekujecie? Rozumiem, co mówicie. Potrzebuję jednak wyjaśnienia, dlaczego wezwano mnie i moich kolegów".
    
  "Słyszałem coś niepokojącego o ostatniej spadającej gwieździe, proszę pana, w taksówce, którą tu wcześniej jechaliśmy. Podobno poziom morza rośnie, ale bez żadnej naturalnej przyczyny. Według gwiazdy na mapie, którą ostatnio wskazał mi mój przyjaciel, to straszny los" - ubolewał Penecal. "Panie Purdue, potrzebujemy pańskiej pomocy w odzyskaniu pozostałych Diamentów Króla Salomona. Czarodziej je zbiera, a tymczasem spada kolejna gwiazda; nadchodzi kolejna plaga".
    
  "No to gdzie są te diamenty? Jestem pewien, że mogę spróbować pomóc ci je odkopać, zanim przybędzie Czarodziej..." powiedział.
    
  "Czarodziej, panie" - głos Ofara zadrżał.
    
  "Przepraszam. Czarodziej" - Purdue szybko poprawił swój błąd - "znajdzie je".
    
  Profesor Imru wstał, wskazując na chwilę na swoich obserwujących gwiazdy sojuszników. "Widzi pan, panie Purdue, w tym tkwi problem. Wiele diamentów króla Salomona przez wieki rozproszyło się wśród bogatych osób - królów, głów państw i kolekcjonerów rzadkich kamieni - więc Magik uciekł się do oszustwa i morderstwa, aby zdobyć je jeden po drugim".
    
  "O mój Boże" - mruknęła Nina. "To jak szukanie igły w stogu siana. Jak mamy je wszystkie znaleźć? Masz jakieś dane o diamentach, których szukamy?"
    
  "Niestety, nie, doktorze Gould" - ubolewał profesor Imru. Parsknął głupim śmiechem, czując się głupio, że w ogóle o tym wspomniał. "Właściwie, obserwatorzy i ja żartowaliśmy, że pan Perdue jest wystarczająco bogaty, żeby kupić te diamenty, żeby oszczędzić nam kłopotu i czasu".
    
  Wszyscy śmiali się z tej komicznej absurdalności, ale Nina obserwowała zachowanie mistrza murarskiego, doskonale wiedząc, że składa propozycję bez żadnych oczekiwań poza ekstrawagancką, ryzykowną, wrodzoną zachętą Perdue. Po raz kolejny zachowała dla siebie tę wyższą manipulację i uśmiechnęła się. Zerknęła na Perdue, próbując ostrzec go spojrzeniem, ale Nina widziała, że śmieje się trochę za głośno.
    
  Niemożliwe, pomyślała. On naprawdę to rozważa!
    
  "Sam" - powiedziała w przypływie rozbawienia.
    
  "Tak, wiem. Połknie przynętę i nie będziemy w stanie go powstrzymać" - odpowiedział Sam, nie patrząc na nią i wciąż się śmiejąc, próbując udawać roztargnienie.
    
  "Sam" - powtórzyła, nie mogąc znaleźć odpowiedzi.
    
  "Może sobie na to pozwolić" - uśmiechnął się Sam.
    
  Ale Nina nie mogła już dłużej tego ukrywać. Obiecując sobie, że wyrazi swoją opinię w jak najbardziej przyjazny i pełen szacunku sposób, wstała z miejsca. Jej drobna postać rzucała wyzwanie gigantycznemu cieniowi profesora. Stanąłem pod ścianą masońskiej świątyni, a między nimi migotał blask ognia.
    
  "Z całym szacunkiem, profesorze, nie sądzę" - odparła. "Nierozsądne jest uciekanie się do zwykłego handlu finansowego, gdy przedmioty mają tak dużą wartość. Śmiem twierdzić, że samo wyobrażenie sobie czegoś takiego jest absurdalne. I mogę pana niemal zapewnić z własnego doświadczenia, że ignoranci, bogaci czy nie, nie rozstają się łatwo ze swoimi skarbami. A my z pewnością nie mamy czasu, żeby je wszystkie znaleźć i angażować się w żmudne wymiany, zanim znajdzie je twój Czarodziej".
    
  Nina starała się zachować autorytatywny ton, a jej lekki głos sugerował, że po prostu proponuje szybszą metodę, podczas gdy w rzeczywistości kategorycznie sprzeciwiała się temu pomysłowi. Egipcjanie, nieprzyzwyczajeni do zauważania obecności kobiety, a co dopiero do dopuszczania jej do dyskusji, siedzieli w milczeniu przez dłuższą chwilę, podczas gdy Perdue i Sam wstrzymali oddech.
    
  Ku jej całkowitemu zaskoczeniu, profesor Imru odpowiedziała: "Zgadzam się, doktor Gould. Oczekiwanie, że tak się stanie, jest absurdalne, nie mówiąc już o tym, że uda się to zrobić na czas".
    
  "Słuchaj" - zaczął Perdue o turnieju, rozsiadając się wygodniej na brzegu krzesła - "Doceniam twoją troskę, droga Nino, i zgadzam się, że takie działanie wydaje się nierealne. Mogę jednak potwierdzić, że nic nie jest pewne. Możemy użyć różnych metod, aby osiągnąć to, czego chcemy. W tym przypadku jestem pewien, że mógłbym skontaktować się z niektórymi właścicielami i złożyć im ofertę".
    
  "Chyba sobie żartujesz!" - wykrzyknął nonszalancko Sam zza stołu. "W czym jest haczyk? Musi być, bo inaczej kompletnie oszalejesz, człowieku".
    
  "Nie, Sam, jestem całkowicie szczery" - zapewnił go Purdue. "Ludzie, posłuchajcie mnie". Miliarder odwrócił się do gospodarza. "Gdyby pan, profesorze, zdołał zebrać informacje o tych kilku osobach, które posiadają potrzebne nam kamienie, mógłbym zmusić moich brokerów i podmioty prawne do zakupu tych diamentów po uczciwej cenie, nie rujnując mnie. Wydadzą akty własności po tym, jak wyznaczony ekspert potwierdzi ich autentyczność". Spojrzał na profesora stalowym wzrokiem, emanując pewnością siebie, jakiej Sam i Nina nie widzieli u swojej przyjaciółki od dawna. "W tym właśnie problem, profesorze".
    
  Nina uśmiechnęła się w swoim kąciku cienia i ognia, skubiąc kawałek chleba pita, podczas gdy Perdue zawarł układ ze swoim byłym przeciwnikiem. "Problem w tym, że po tym, jak udaremniliśmy misję Magika, diamenty Króla Salomona są prawnie moje".
    
  "To mój chłopiec" - szepnęła Nina.
    
  Początkowo zszokowany, profesor Imru stopniowo zdał sobie sprawę, że to uczciwa oferta. W końcu nie słyszał nawet o diamentach, zanim astrologowie odkryli podstęp mędrca. Doskonale wiedział, że król Salomon posiadał ogromne ilości złota i srebra, ale nie wiedział, że sam król posiadał diamenty. Pomijając kopalnie diamentów odkryte w Tanis, w północno-wschodniej Delcie Nilu, i pewne informacje o innych bytach, potencjalnie znajdujących się pod kontrolą króla, profesor Imru musiał przyznać, że to była dla niego nowość.
    
  "Czy jesteśmy umówieni, Profesorze?" - nalegał Perdue, zerkając na zegarek w oczekiwaniu na odpowiedź.
    
  Mądrze, zgodził się profesor. Postawił jednak własne warunki. "Myślę, że to bardzo rozsądne, panie Perdue, i pomocne" - powiedział. "Ale mam swego rodzaju kontrpropozycję. W końcu po prostu pomagam Strażnikom Smoków w ich misji zapobieżenia strasznej katastrofie kosmicznej".
    
  "Rozumiem. Co proponujesz?" zapytał Perdue.
    
  "Pozostałe diamenty, te, które nie należą do zamożnych rodzin w Europie i Azji, staną się własnością Egipskiego Towarzystwa Archeologicznego" - nalegał profesor. "Te, które twoim pośrednikom uda się przechwycić, należą do ciebie. Co ty na to?"
    
  Sam zmarszczył brwi, kusząc sięgnięciem po notes. "W jakim kraju znajdziemy te pozostałe diamenty?"
    
  Dumny profesor uśmiechnął się do Sama, radośnie krzyżując ramiona. "A tak przy okazji, panie Cleve, sądzimy, że są pochowani na cmentarzu niedaleko miejsca, gdzie pan i pańscy koledzy będziecie prowadzić tę okropną oficjalną sprawę".
    
  "W Etiopii?" - odezwał się Adjo po raz pierwszy, odkąd zaczął objadać się pysznymi potrawami, które miał przed sobą. "Nie ma ich w Aksum, proszę pana. Zapewniam pana. Spędziłem lata pracując przy wykopaliskach z różnymi międzynarodowymi grupami archeologicznymi w tym regionie".
    
  "Wiem, panie Kira" - powiedział stanowczo profesor Imru.
    
  "Według naszych starożytnych tekstów" - oświadczył uroczyście Penekal - "diamenty, których szukamy, rzekomo są zakopane w klasztorze na świętej wyspie na jeziorze Tana".
    
  "W Etiopii?" - zapytał Sam. W odpowiedzi na poważne grymasy, jakie na niego słyszano, wzruszył ramionami i wyjaśnił: "Jestem Szkotem. Nie wiem nic o Afryce, poza filmem o Tarzanie".
    
  Nina się uśmiechnęła. "Mówią, że na jeziorze Tana jest wyspa, na której rzekomo spoczęła Matka Boska w drodze z Egiptu, Sam" - wyjaśniła. "Wierzy się również, że oryginalna Arka Przymierza była tu przechowywana, zanim została przywieziona do Aksum w 400 roku n.e.".
    
  "Jestem pod wrażeniem pańskiej wiedzy historycznej, panie Perdue. Może dr Gould mógłby kiedyś pracować dla Ruchu Ludowego na rzecz Ochrony Dziedzictwa?" - uśmiechnął się profesor Imru. "A może nawet dla Egipskiego Towarzystwa Archeologicznego, a może dla Uniwersytetu Kairskiego?"
    
  "Może jako tymczasowy doradca, profesorze" - uprzejmie odmówiła. "Ale uwielbiam historię współczesną, a zwłaszcza historię Niemiec z czasów II wojny światowej".
    
  "Ach" - odpowiedział. "Jaka szkoda. To taka mroczna, okrutna epoka, której trzeba oddawać serce. Czy ośmielę się zapytać, co ona ujawnia w twoim sercu?"
    
  Nina uniosła brwi i szybko odpowiedziała: "To tylko pokazuje, że boję się powtórki historii, która mnie dotyczy".
    
  Wysoki, ciemnoskóry profesor spojrzał z góry na niskiego, marmurowego lekarza, który stanowił z nim kontrast, a jego oczy były pełne szczerego podziwu i ciepła. Perdue, obawiając się kolejnego skandalu kulturowego ze strony ukochanej Niny, przerwał krótką więź między nią a profesorem. Imru.
    
  "No dobrze" - Perdue klasnął w dłonie i uśmiechnął się. "Zaczynamy z samego rana".
    
  "Tak" - zgodziła się Nina. "Jestem strasznie zmęczona, a opóźnienie lotu też mi nie wyszło na dobre".
    
  "Tak, zmiany klimatyczne w waszej ojczystej Szkocji są dość agresywne" - zgodził się prezenter.
    
  Opuścili spotkanie w dobrych nastrojach, pozostawiając doświadczonych astronomów z ulgą za ich pomoc, a profesora podekscytowanego czekającym ich poszukiwaniem skarbów. Adjo odsunął się na bok, pozwalając Ninie wsiąść do taksówki, podczas gdy Sam dogonił Purdue.
    
  "Nagrałeś to wszystko?" - zapytał Perdue.
    
  "Tak, o to właśnie chodzi" - potwierdził Sam. "Czyli znowu okradamy Etiopię?" - zapytał niewinnie, uznając całą sytuację za ironiczną i zabawną.
    
  "Tak" - Perdue uśmiechnął się przebiegle, a jego odpowiedź wprawiła w konsternację wszystkich w jego towarzystwie. "Ale tym razem kradniemy dla Czarnego Słońca".
    
    
  25
  Alchemia bogów
    
    
    
  Antwerpia, Belgia
    
    
  Abdul Raya spacerował ruchliwą ulicą w Berchem, urokliwej dzielnicy flamandzkiej Antwerpii. Zmierzał do prowadzonego przez dom handlarza antykami Hannesa Vettera, flamandzkiego konesera, który pasjonował się kamieniami szlachetnymi. Jego kolekcja obejmowała rozmaite starożytne przedmioty z Egiptu, Mezopotamii, Indii i Rosji, wszystkie zdobione rubinami, szmaragdami, diamentami i szafirami. Raya jednak nie przejmował się wiekiem ani rzadkością kolekcji Vettera. Interesowała go tylko jedna rzecz i potrzebował zaledwie piątej.
    
  Wetter rozmawiał z Raią telefonicznie trzy dni wcześniej, zanim powodzie na dobre się rozpoczęły. Zapłacili horrendalnie wysoką cenę za figlarny obraz indyjskiego pochodzenia, który znajdował się w kolekcji Wettera. Chociaż upierał się, że ten konkretny obiekt nie jest na sprzedaż, nie mógł odrzucić dziwacznej oferty Rai. Kupujący znalazł Wettera na eBayu, ale z tego, co Wetter dowiedział się z rozmowy z Raią, Egipcjanin wiedział dużo o starożytnej sztuce, a nic o technologii.
    
  W ciągu ostatnich kilku dni w Antwerpii i Belgii mnożą się ostrzeżenia przed powodzią. Wzdłuż wybrzeża, od Hawru i Dieppe we Francji po Terneuzen w Holandii, mieszkańcy ewakuowani są z powodu stale rosnącego poziomu morza. Antwerpia znalazła się pośrodku, a zalany już obszar Saftinge Sunken Land został już zalany przez fale. Inne miasta, takie jak Goes, Vlissingen i Middelburg, również zostały zalane przez fale, aż po Hagę.
    
  Raya uśmiechnął się, wiedząc, że jest mistrzem tajnych kanałów pogodowych, których władze nie potrafiły rozszyfrować. Na ulicach nadal spotykał ludzi ożywionych rozmowami, rozmyślających i obawiających się ciągłego wzrostu poziomu morza, który wkrótce miał zalać Alkmaar i resztę północnej Holandii w ciągu najbliższego dnia.
    
  "Bóg nas karze" - usłyszał, jak kobieta w średnim wieku mówi do męża przed kawiarnią. "Dlatego tak się dzieje. To gniew Boży".
    
  Jej mąż wyglądał na równie zszokowanego jak ona, ale starał się znaleźć ukojenie w rozsądku. "Matildo, uspokój się. Może to po prostu zjawisko naturalne, którego meteorologowie nie wykryli za pomocą radarów" - błagał.
    
  "Ale dlaczego?" - nalegała. "Zjawiska naturalne są spowodowane wolą Boga, Martinie. To kara boska".
    
  "Albo zło boskie" - mruknął jej mąż, ku przerażeniu swej religijnej żony.
    
  "Jak możesz tak mówić?" wrzasnęła, gdy Raya przechodziła obok. "Z jakiego powodu Bóg miałby zsyłać na nas zło?"
    
  "Och, nie mogę się oprzeć!" - wykrzyknął głośno Abdul Rayya. Odwrócił się, by dołączyć do kobiety i jej męża. Byli oszołomieni jego niezwykłym spojrzeniem, szponiastymi dłońmi, ostrą, kościstą twarzą i zapadniętymi oczami. "Pani, piękno zła polega na tym, że w przeciwieństwie do dobra, nie potrzebuje powodu, by siać zniszczenie. U podstaw zła leży celowe niszczenie dla czystej przyjemności. Dzień dobry." Gdy odszedł niespiesznie, mężczyzna i jego żona stali jak sparaliżowani szokiem, głównie z powodu jego objawienia, ale z pewnością również z powodu jego wyglądu.
    
  Ostrzeżenia nadawano w stacjach telewizyjnych, a doniesienia o ofiarach powodzi pojawiły się w innych źródłach z basenu Morza Śródziemnego, Australii, RPA i Ameryki Południowej, informując o groźbie powodzi. Japonia straciła połowę populacji, a niezliczone wyspy zostały zalane.
    
  "Och, czekajcie, moi drodzy" - zaśpiewała radośnie Raya, zbliżając się do domu Hannesa Vettera - "to klątwa wody. Woda jest wszędzie, nie tylko w morzu. Czekajcie, upadły Cunospaston to demon wody. Moglibyście się utopić we własnych wannach!"
    
  To był ostatni opad gwiazd, którego Ophar była świadkiem po tym, jak Penekal usłyszał o wzroście poziomu morza w Egipcie. Ale Raya wiedział, co się wydarzy, bo to on był architektem tego chaosu. Wyczerpany Czarodziej pragnął jedynie przypomnieć ludzkości o jej znikomości w oczach wszechświata, o niezliczonych oczach, które wpatrywały się w nich każdej nocy. A co gorsza, rozkoszował się niszczycielską mocą, którą kontrolował, i młodzieńczą ekscytacją bycia jedynym, który wiedział dlaczego.
    
  Oczywiście, to ostatnie było tylko jego opinią na ten temat. Ostatnim razem, gdy podzielił się wiedzą z ludzkością, zaowocowało to rewolucją przemysłową. Potem nie miał już wiele do roboty. Ludzie odkryli naukę w nowym świetle, silniki zastąpiły większość pojazdów, a technologia potrzebowała krwi Ziemi, by skutecznie konkurować w wyścigu o władzę, pieniądze i ewolucję, niszcząc inne kraje. Zgodnie z jego przewidywaniami, ludzie wykorzystywali wiedzę do niszczenia - urocze mrugnięcie okiem do wcielonego zła. Ale Raya znudziły mu się powtarzalne wojny i monotonna chciwość, więc postanowił zrobić coś więcej... coś ostatecznego... by zdominować świat.
    
  "Panie Raya, miło pana widzieć. Hannes Vetter, do usług". Antykwariusz uśmiechnął się, gdy nieznajomy mężczyzna wchodził po schodach do jego drzwi wejściowych.
    
  "Dzień dobry, panie Vetter" - powitała go z gracją Raya, ściskając mu dłoń. "Z niecierpliwością czekam na odbiór nagrody".
    
  "Oczywiście. Proszę" - odpowiedział spokojnie Hannes, uśmiechając się od ucha do ucha. "Mój sklep jest w piwnicy. Proszę". Skinął na Rayę, by poprowadziła go w dół po niezwykle luksusowych schodach, ozdobionych pięknymi, drogimi ozdobami na stojakach, które ciągnęły się wzdłuż poręczy. Nad nimi, w delikatnym wietrze małego wentylatora, którym Hannes chłodził to miejsce, połyskiwały tkane przedmioty.
    
  "To ciekawe miejsce. Gdzie są twoi klienci?" - zapytała Raya. Pytanie lekko zdziwiło Hannesa, ale założył, że Egipcjanin po prostu chętniej robi wszystko po staremu.
    
  "Moi klienci zazwyczaj składają zamówienia online, a my wysyłamy im towary" - wyjaśnił Hannes.
    
  "Ufają ci?" - zaczął chudy Czarodziej z autentycznym zdziwieniem. "Jak ci płacą? I skąd wiedzą, że dotrzymasz słowa?"
    
  Sprzedawca parsknął skonsternowanym śmiechem. "Tędy, panie Raya. Do mojego biura. Postanowiłem zostawić tam biżuterię, o którą pan prosił. Ma ona pochodzenie, więc ma pan pewność autentyczności zakupu" - odpowiedział uprzejmie Hannes. "A oto mój laptop".
    
  "Twoje co?" zapytał chłodno uprzejmy, mroczny Mag.
    
  "Mój laptop?" powtórzył Hannes, wskazując na komputer. "Gdzie można przelać środki z konta, żeby zapłacić za towar?"
    
  "Och!" Raya zrozumiała. "Oczywiście, że tak. Przepraszam. Miałam długą noc."
    
  "Kobiety czy wino?" - zaśmiał się wesoło Hannes.
    
  "Boję się, że chodzę. Widzisz, teraz, kiedy jestem starsza, jest to jeszcze bardziej męczące" - zauważyła Raya.
    
  "Wiem. Wiem to aż za dobrze" - powiedział Hannes. "Biegałem maratony, kiedy byłem młodszy, a teraz ledwo mogę wejść po schodach bez zatrzymywania się dla złapania oddechu. Gdzie byłeś?"
    
  "Gandawa. Nie mogłam spać, więc poszłam cię odwiedzić" - wyjaśniła Raya rzeczowo, rozglądając się ze zdziwieniem po biurze.
    
  "Słucham?" - wydyszał Hannes. "Przeszedłeś z Gandawy do Antwerpii? Ponad pięćdziesiąt kilometrów?"
    
  "Tak".
    
  Hannes Vetter był zdumiony, ale zauważył, że klient wyglądał dość ekscentrycznie, wyglądał na kogoś, na kim większość rzeczy nie robiło wrażenia.
    
  "To imponujące. Chcesz herbaty?"
    
  "Chciałabym zobaczyć zdjęcie" - powiedziała stanowczo Raya.
    
  "Oczywiście" - powiedział Hannes, podchodząc do sejfu w ścianie, by wyjąć dwunastocalową figurkę. Kiedy wrócił, czarne oczy Rayi natychmiast dostrzegły sześć identycznych diamentów ukrytych w morzu kamieni szlachetnych, które tworzyły zewnętrzną część figurki. Był to odrażający demon z obnażonymi zębami i długimi, czarnymi włosami. Wyrzeźbiony z czarnej kości słoniowej, przedmiot miał dwie fasety po każdej stronie głównej fasety, choć miał tylko jedną bryłę. W czoło każdej fasety wbity był diament.
    
  "Podobnie jak ja, ten mały diabełek jest jeszcze brzydszy w rzeczywistości" - powiedziała Raya z bolesnym uśmiechem, odbierając figurkę od roześmianego Hannesa. Sprzedawca nie zamierzał kwestionować argumentów kupującego, bo w dużej mierze były prawdziwe. Jednak jego poczucie przyzwoitości zostało uratowane przed zakłopotaniem przez ciekawość Rayi. "Dlaczego ma pięć boków? Jeden wystarczyłby, żeby odstraszyć intruzów".
    
  "Ach, to" - powiedział Hannes, skwapliwie opisując jego pochodzenie. "Sądząc po pochodzeniu, miało tylko dwóch poprzednich właścicieli. Król Sudanu posiadał je w II wieku, ale twierdził, że są przeklęte, więc podarował je kościołowi w Hiszpanii podczas kampanii alborańskiej, niedaleko Gibraltaru".
    
  Raya spojrzała na mężczyznę z zakłopotaniem. "Więc dlatego ma pięć boków?"
    
  "Nie, nie, nie" - zaśmiał się Hannes. "Wciąż do tego dochodzę. Ta dekoracja była wzorowana na indyjskim bogu zła, Rawanie, ale Rawana miał dziesięć głów, więc prawdopodobnie była to niedokładna pieśń ku czci boga-króla".
    
  "A może to wcale nie jest bóg-król" - uśmiechnęła się Raya, licząc pozostałe diamenty jako sześć z Siedmiu Sióstr, demonic z Testamentu Króla Salomona.
    
  "Co masz na myśli?" zapytał Hannes.
    
  Rayya wstał, wciąż się uśmiechając. Cichym, pouczającym tonem powiedział: "Patrz".
    
  Jeden po drugim, pomimo wściekłych protestów antykwariusza, Raya wyjmował każdy diament scyzorykiem, aż policzył sześć na dłoni. Hannes nie wiedział dlaczego, ale był zbyt przerażony wizytą gościa, by cokolwiek zrobić, by go powstrzymać. Ogarnął go narastający strach, jakby sam diabeł stanął mu na drodze, i nie mógł nic zrobić, tylko patrzeć, jak gość nie ustaje. Wysoki Egipcjanin zebrał diamenty w dłoni. Niczym magik salonowy na tandetnym przyjęciu, pokazał je Hannesowi. "Widzisz je?"
    
  "T-tak" - potwierdził Hannes, a jego czoło było mokre od potu.
    
  "To sześć z siedmiu sióstr, demonów, które król Salomon zmusił do zbudowania swojej świątyni" - powiedziała Raya z błyskotliwością i wdziękiem showmana. "Odpowiedzialne były za wykopanie fundamentów Świątyni Jerozolimskiej".
    
  "Ciekawe" - zdołał powiedzieć Hannes, starając się zachować spokój i nie wpaść w panikę. To, co powiedział mu klient, było zarówno absurdalne, jak i przerażające, co w oczach Hannesa sprawiało, że wyglądał na szaleńca. Dało mu to powód, by sądzić, że Raya może być niebezpieczna, więc na razie udawał. Zdał sobie sprawę, że prawdopodobnie nie dostanie zapłaty za artefakt.
    
  "Tak, to bardzo interesujące, panie Vetter, ale czy wie pan, co jest naprawdę fascynujące?" zapytał Raya, podczas gdy Hannes patrzył na niego pustym wzrokiem. Drugą ręką Raya wyciągnął Celeste z kieszeni. Płynne, płynne ruchy jego wydłużonych ramion były niezwykle piękne, niczym u tancerza baletowego. Lecz oczy Rayi pociemniały, gdy złożył dłonie. "Teraz ujrzy pan coś naprawdę fascynującego. Nazwijmy to alchemią; alchemią Wielkiego Planu, transmutacją bogów!" krzyknął Raya, zagłuszając dobiegający zewsząd grzmot. Czerwonawy blask rozlał się w jego pazurach, między smukłymi palcami a zagięciami dłoni. Uniósł ręce, dumnie demonstrując moc swojej dziwnej alchemii Hannesowi, który z przerażeniem chwycił się za pierś.
    
  "Proszę odłożyć ten zawał serca, panie Vetter, do czasu, aż zobaczy pan fundamenty swojej świątyni" - powiedziała radośnie Raya. "Patrz!"
    
  Przerażający rozkaz, by uważać, okazał się zbyt trudny do zniesienia dla Hannesa Vettera i osunął się na podłogę, ściskając uciskaną pierś. Ponad nim zły Czarodziej z zachwytem obserwował szkarłatny blask w jego dłoniach, gdy Celeste spotkała sześć diamentowych sióstr, wywołując ich atak. Pod nimi ziemia zadrżała, a wstrząsy poruszyły filary budynku, w którym mieszkał Hannes. Usłyszał narastające trzęsienie ziemi, tłukące szkło, a podłoga rozpadała się na wielkie kawałki betonu i stalowych prętów.
    
  Na zewnątrz aktywność sejsmiczna wzrosła sześciokrotnie, wstrząsając całą Antwerpią niczym epicentrum trzęsienia ziemi, a następnie rozprzestrzeniła się po powierzchni ziemi we wszystkich kierunkach. Wkrótce dotarły do Niemiec i Holandii, zanieczyszczając dno Morza Północnego. Raya otrzymał to, czego potrzebował od Hannesa, zostawiając umierającego mężczyznę pod gruzami jego domu. Magik był zmuszony pospieszyć do Austrii, aby spotkać się z mężczyzną z regionu Salzkammergut, który twierdził, że posiada najbardziej poszukiwany kamień po Celeste.
    
  "Do zobaczenia wkrótce, panie Karsten."
    
    
  26
  Wypuszczenie skorpiona na Węża
    
    
  Nina dopiła ostatnie piwo, zanim Herkules zaczął krążyć nad prowizorycznym pasem startowym w pobliżu kliniki Dansha w regionie Tigraj. Był wczesny wieczór, zgodnie z planem. Z pomocą swoich asystentów administracyjnych, Perdue uzyskał niedawno pozwolenie na korzystanie z opuszczonego pasa startowego, po tym jak omówili z Patrickiem strategię. Patrick sam poinformował pułkownika Yeemana, jak ma działać w ramach ugody, którą zespół prawny Perdue zawarł z rządem Etiopii i jego przedstawicielami.
    
  "Napijcie się, chłopaki" - powiedziała. "Jesteśmy teraz za liniami wroga..." - zerknęła na Perdue - "...znowu". Usiadła, gdy wszyscy otwierali z hukiem ostatnie zimne piwo, zanim zwrócili Święte Pudełko Aksumowi. "Więc, żeby było jasne, Paddy, dlaczego nie lądujemy na wspaniałym lotnisku w Aksum?"
    
  "Bo tego właśnie oczekują, kimkolwiek są" - puścił oko Sam. "Nie ma nic lepszego niż impulsywna zmiana planów, żeby trzymać wroga w napięciu".
    
  "Ale powiedziałeś Yeemenowi" - odparła.
    
  "Tak, Nino. Ale większość cywilów i archeologów, którzy są na nas wściekli, nie zostanie powiadomiona wystarczająco szybko, by zdążyć tu dotrzeć" - wyjaśnił Patrick. "Zanim dotrą tu pocztą pantoflową, będziemy już w drodze na górę Yeha, gdzie Perdue odkrył Świętą Skrzynię. Będziemy podróżować nieoznakowaną ciężarówką za "dwa i pół tysiąca", bez żadnych zauważalnych kolorów ani emblematów, co sprawi, że będziemy praktycznie niewidzialni dla obywateli Etiopii". Uśmiechnął się do Perdue.
    
  "Świetnie" - odpowiedziała. "Ale po co pytać tutaj, skoro to takie ważne?"
    
  "No cóż" - Patrick wskazał na mapę w bladym świetle padającym na dach statku - "zobaczysz, że Dansha leży mniej więcej w centrum, w połowie drogi między Aksum, dokładnie tutaj" - wskazał na nazwę miasta i przesunął palcem wskazującym po papierze w lewo. "A twoim celem jest jezioro Tana, tutaj, na południowy zachód od Aksum".
    
  "Więc podwajamy stawkę, jak tylko upuścimy pudełko?" - zapytał Sam, zanim Nina zdążyła zakwestionować użycie przez Patricka słowa "twój" zamiast "nasz".
    
  "Nie, Sam" - uśmiechnął się Perdue - "nasza ukochana Nina dołączy do ciebie w podróży na Tana Kirkos, wyspę, na której znajdują się diamenty. Tymczasem Patrick, Ajo i ja udamy się do Aksum ze Świętą Skrzynią, zachowując pozory przyzwoitości wobec etiopskiego rządu i mieszkańców Yimenu".
    
  "Czekaj, co?" - jęknęła Nina, chwytając Sam za biodro i pochylając się do przodu, marszcząc brwi. "Sam i ja idziemy sami ukraść te cholerne diamenty?"
    
  Sam się uśmiechnął. "Podoba mi się".
    
  "Och, odczep się" - jęknęła, opierając się o kadłub samolotu, który z hukiem rozbił się o przechył, przygotowując się do lądowania.
    
  "Proszę bardzo, doktorze Gould. Nie tylko zaoszczędziłoby nam to czasu na dostarczanie kamieni egipskim astronomom, ale też stanowiłoby idealną przykrywkę" - nalegał Perdue.
    
  "A zanim się obejrzysz, zostanę aresztowana i znów stanę się najbardziej niesławnym obywatelem Oban" - zmarszczyła brwi, przyciskając pełne usta do szyjki butelki.
    
  "Czy jesteś z Oban?" zapytał Ninę pilot, nie odwracając się i sprawdzając znajdujące się przed nim stery.
    
  "Tak" - odpowiedziała.
    
  "Strasznie z tymi ludźmi z twojego miasta, co? Jaka szkoda" - powiedział pilot.
    
  Perdue i Sam również ożywili się, widząc Ninę, oboje równie rozkojarzeni jak ona. "Jacy ludzie?" zapytała. "Co się stało?"
    
  "Och, widziałem to w gazecie w Edynburgu jakieś trzy dni temu, może wcześniej" - relacjonował pilot. "Lekarz i jego żona zginęli w wypadku samochodowym. Utonęli w Loch Lomond po tym, jak ich samochód się rozbił, czy coś w tym stylu".
    
  "O mój Boże!" wykrzyknęła z przerażeniem. "Rozpoznałeś to imię?"
    
  "Tak, niech pomyślę" - krzyknął, przekrzykując ryk silników. "Wciąż mówiliśmy, że jego imię ma coś wspólnego z wodą, rozumiesz? Ironia polega na tym, że oni się topią, rozumiesz? Yyy..."
    
  "Plaża?" wykrztusiła, desperacko pragnąc dowiedzieć się prawdy, ale jednocześnie bojąc się jakiegokolwiek potwierdzenia.
    
  "Dokładnie! Tak, Beach, właśnie. Doktor Beach i jego żona" - pstryknął kciukiem i palcem serdecznym, zanim uświadomił sobie najgorsze. "Boże, mam nadzieję, że to nie byli twoi przyjaciele".
    
  "O, Jezu!" - krzyknęła Nina, zakrywając dłonie.
    
  "Bardzo mi przykro, doktorze Gould" - przeprosił pilot, odwracając się, by przygotować się do lądowania w gęstej ciemności, która niedawno ogarnęła Afrykę Północną. "Nie miałem pojęcia, że pan nie słyszał".
    
  "Wszystko w porządku" - wyszeptała zrozpaczona. "Oczywiście, nie mogłeś wiedzieć, że o nich wiem. Wszystko w porządku. Wszystko... wszystko w porządku".
    
  Nina nie płakała, ale jej ręce się trzęsły, a oczy były przepełnione smutkiem. Purdue objął ją ramieniem. "Wiesz, nie byliby teraz martwi, gdybym nie uciekł do Kanady i nie narobił tego całego zamieszania z osobą, która doprowadziła do jej porwania" - wyszeptała, zaciskając zęby z poczuciem winy, które dręczyło jej serce.
    
  "Bzdura, Nina" - zaprotestował cicho Sam. "Wiesz, że to bzdura, prawda? Ten nazistowski drań i tak zabiłby każdego, kto stanie mu na drodze, żeby..." Sam przerwał, by stwierdzić przerażającą oczywistość, ale Purdue dokończył oskarżenie. Patrick milczał i postanowił na razie milczeć.
    
  "Na drodze do mojej zguby" - mruknął Purdue, a w jego wyznaniu słychać było strach. "To nie była twoja wina, moja droga Nino. Jak zawsze, twoja współpraca ze mną uczyniła z ciebie niewinny cel, a zaangażowanie doktora Beacha w moją akcję ratunkową przyciągnęło uwagę jego rodziny. Jezu Chryste! Jestem tylko chodzącym omenem śmierci, prawda?" - powiedział, bardziej zamyślony niż użalający się nad sobą.
    
  Puścił drżące ciało Niny, która przez chwilę chciała go odciągnąć, ale zostawiła go w zamyśleniu. Sam doskonale rozumiał, co trapi jego przyjaciół. Zerknął na Adjo, siedzącego naprzeciwko niego, gdy koła samolotu z siłą Herkulesa uderzyły w spękany, nieco zarośnięty asfalt starego pasa startowego. Egipcjanin zamrugał bardzo powoli, dając Samowi znak, żeby się uspokoił i nie reagował tak gwałtownie.
    
  Sam skinął głową i mentalnie przygotował się na zbliżającą się podróż nad jezioro Tana. Wkrótce Super Herkules stopniowo się zatrzymał, a Sam zobaczył Perdue wpatrującego się w relikwię "Świętej Skrzyni". Srebrnowłosy miliarder i odkrywca nie był już tak radosny jak wcześniej, siedział i narzekał na swoją obsesję na punkcie historycznych artefaktów, z dłońmi luźno zwisającymi między udami. Sam westchnął głęboko. To był najgorszy możliwy moment na prozaiczne pytania, ale jednocześnie potrzebował ważnych informacji. Wybierając najbardziej taktowny moment, Sam zerknął przelotnie na milczącego Patricka, po czym zapytał Perdue: "Czy Nina i ja mamy samochód, żeby dojechać nad jezioro Tana, Perdue?"
    
  "Rozumiesz. To niepozorny mały Volkswagen. Mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza" - powiedział słabo Perdue. Łzy napłynęły jej do oczu, a łzy zatrzepotały, gdy próbowała powstrzymać łzy przed zejściem z ogromnego samolotu. Ujęła dłoń Perdue i ścisnęła ją. Jej głos drżał, gdy szeptała do niego, ale słowa były o wiele mniej irytujące. "Teraz możemy tylko dopilnować, żeby ten dwulicowy drań dostał to, na co zasługuje, Perdue. Ludzie nawiązują z tobą kontakt dzięki tobie, bo pasjonujesz się istnieniem i interesujesz się pięknymi rzeczami. Torujesz drogę do lepszego standardu życia swoim geniuszem, swoimi wynalazkami".
    
  Na tle jej hipnotyzującego głosu Perdue ledwo dosłyszał skrzypienie otwieranej tylnej pokrywy i odgłosy innych, którzy nieustająco przygotowywali się do wydobycia Świętej Szkatuły z głębin Góry Yeha. Słyszał, jak Sam i Ajo dyskutują o ciężarze relikwii, ale tak naprawdę słyszał tylko ostatnie słowa Niny.
    
  "Wszyscy postanowiliśmy z tobą współpracować na długo przed zaksięgowaniem czeków, mój chłopcze" - wyznała. "A doktor Beach postanowił cię uratować, bo wiedział, jak ważny jesteś dla świata. Boże, Purdue, jesteś dla ludzi, którzy cię znają, czymś więcej niż gwiazdą na niebie. Jesteś słońcem, które utrzymuje nas w równowadze, ogrzewa i pozwala nam rozkwitać na orbicie. Ludzie pragną twojej magnetycznej obecności i jeśli muszę umrzeć za ten przywilej, niech tak będzie".
    
  Patrick nie chciał przeszkadzać, ale miał napięty harmonogram i powoli podszedł do nich, dając im znać, że czas odejść. Perdue nie był pewien, jak zareagować na pełne oddania słowa Niny, ale widział Sama stojącego tam w całej swojej surowej chwale, z rękami skrzyżowanymi na piersi i uśmiechającego się, jakby popierał uczucia Niny. "Do dzieła, Perdue" - powiedział Sam z zapałem. "Odzyskajmy ich cholerne pudełko i chodźmy do Czarodzieja".
    
  "Muszę przyznać, że bardziej pragnę Karstena" - przyznał gorzko Perdue. Sam podszedł do niego i położył mu mocno dłoń na ramieniu. Gdy Nina podążała za Patrickiem za Egipcjaninem, Sam potajemnie dzielił się z Perdue szczególną pociechą.
    
  "Zachowywałem tę wiadomość na twoje urodziny" - powiedział Sam - "ale mam pewne informacje, które na razie mogą uspokoić twoją mściwą naturę".
    
  "Co?" zapytał Perdue, już zainteresowany.
    
  "Pamiętasz, jak prosiłeś mnie o rejestrowanie wszystkich transakcji, prawda? Zanotowałem wszystkie informacje, które zebraliśmy o całej tej wyprawie, a także o Magiku. Pamiętasz, jak prosiłeś mnie o pilnowanie diamentów, które zdobyli twoi ludzie, i tak dalej" - kontynuował Sam, starając się mówić wyjątkowo cicho - "bo chcesz je podłożyć w rezydencji Karstena, żeby oprawić głowę Czarnego Słońca, prawda?"
    
  "Tak? Tak, tak, i co z tego? Musimy jeszcze znaleźć sposób, żeby to zrobić, kiedy skończymy tańczyć do gwizdków etiopskich władz, Sam" - warknął Perdue, a jego ton zdradzał stres, w jakim się pogrążał.
    
  "Pamiętam, że mówiłeś, że chcesz złapać węża ręką wroga, czy coś w tym stylu" - wyjaśnił Sam. "Więc pozwoliłem sobie zakręcić dla ciebie tą kulą".
    
  Policzki Perdue'a poczerwieniały z zaintrygowania. "Jak?" wyszeptał szorstko.
    
  "Miałem przyjaciela - nie pytajcie - który dowiedział się, skąd ofiary Magika biorą jego usługi" - szybko zdradził Sam, zanim Nina zdążyła zacząć szukać. "I właśnie wtedy, gdy mojemu nowemu, doświadczonemu przyjacielowi udało się włamać do serwerów Austriaka, tak się złożyło, że nasz szanowny przyjaciel z Czarnego Słońca najwyraźniej zaprosił nieznanego alchemika do swojego domu, aby zawrzeć lukratywny interes".
    
  Twarz Perdue'a rozjaśniła się i pojawił się na niej cień uśmiechu.
    
  "Teraz musimy tylko dostarczyć reklamowany diament do posiadłości Karstena do środy, a potem będziemy patrzeć, jak skorpion użądla węża, aż w naszych żyłach nie pozostanie ani odrobina jadu" - uśmiechnął się Sam.
    
  "Panie Cleve, jest pan geniuszem" - zauważył Purdue, całując głęboko Sama w policzek. Nina, wchodząc, zamarła w bezruchu i skrzyżowała ramiona. Unosząc brew, mogła tylko spekulować. "Szkoci. Jakby noszenie spódnic nie było wystarczającym sprawdzianem ich męskości".
    
    
  27
  Wilgotna pustynia
    
    
  Gdy Sam i Nina pakowali jeepa na podróż do Tana Kirkos, Perdue rozmawiał z Ajo o miejscowych Etiopczykach, którzy mieli im towarzyszyć do stanowiska archeologicznego za górą Yeha. Wkrótce dołączył do nich Patrick, aby bez zbędnego zamieszania omówić szczegóły transportu.
    
  "Zadzwonię do pułkownika Yeemana, żeby dać mu znać, kiedy dotrzemy. Będzie musiał się tym zadowolić" - powiedział Patrick. "Dopóki będzie obecny, kiedy Święta Trumna zostanie zwrócona, nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy mu mówić, po której stronie jesteśmy".
    
  "To prawda, Paddy" - zgodził się Sam. "Pamiętaj tylko, niezależnie od reputacji Perdue i Ajo, reprezentujesz Zjednoczone Królestwo pod przewodnictwem trybunału. Nikt nie ma prawa nękać ani atakować nikogo w celu odzyskania relikwii".
    
  "Zgadza się" - zgodził się Patrick. "Tym razem mamy międzynarodowy wyjątek, o ile będziemy trzymać się umowy, i nawet Yimenu musi się jej trzymać".
    
  "Naprawdę lubię smak tego jabłka" - westchnął Perdue, pomagając Ajo i trzem ludziom Patricka wnieść fałszywą Arkę do wojskowej ciężarówki, którą przygotowali do transportu. "Ten doświadczony człowiek od spustów doprowadza mnie do szału za każdym razem, gdy na niego patrzę".
    
  "Ach!" - wykrzyknęła Nina, kręcąc nosem na Perdue. "Teraz rozumiem. Odsyłasz mnie od Axum, żeby Yimenu i ja nie wchodziliśmy sobie w drogę, co? I wysyłasz Sama, żeby dopilnował, żebym nie wymknęła się spod kontroli".
    
  Sam i Perdue stali obok siebie, woląc milczeć, ale Ajo zachichotała, a Patrick stanął między nią a mężczyznami, żeby uratować sytuację. "To naprawdę najlepsze rozwiązanie, Nina, nie sądzisz? Naprawdę musimy dostarczyć pozostałe diamenty Egipskiemu Narodowi Smoka..."
    
  Sam skrzywił się, starając się nie roześmiać z przeinaczenia przez Patricka Zakonu Stargazer jako "biednego", ale Perdue uśmiechnął się otwarcie. Patrick z wyrzutem spojrzał na mężczyzn, po czym znów zwrócił się do onieśmielającej małej historyczki. "Pilnie potrzebują kamieni, a skoro artefakt już dostarczony..." - kontynuował, próbując ją uspokoić. Ale Nina po prostu uniosła rękę i pokręciła głową. "Daj spokój, Patrick. Nieważne. Pójdę i ukradnę coś jeszcze z tego biednego kraju w imię Wielkiej Brytanii, żeby uniknąć dyplomatycznego koszmaru, który z pewnością wywołam, jeśli znów spotkam tego mizoginicznego idiotę".
    
  "Musimy iść, Effendi" - powiedział Ajo Perdue, na szczęście przełamując narastające napięcie swoim trzeźwym stwierdzeniem. "Jeśli będziemy zwlekać, nie dotrzemy na czas".
    
  "Tak! Wszyscy lepiej się pospieszcie" - zasugerował Purdue. "Nina, ty i Sam spotkacie się tu z nami dokładnie za dwadzieścia cztery godziny z diamentami z klasztoru na wyspie. Potem musimy wrócić do Kairu w rekordowym czasie".
    
  "Może się czepiam" - zmarszczyła brwi Nina - "ale czy czegoś nie rozumiem? Myślałam, że te diamenty mają być własnością profesora. Egipskiego Towarzystwa Archeologicznego w Imru".
    
  "Tak, taka była umowa, ale moi brokerzy otrzymali listę kamieni od profesora. Ludzie Imru są w społeczności, a Sam i ja byliśmy w bezpośrednim kontakcie z Mistrzem Penekalem" - wyjaśnił Perdue.
    
  "O Boże, czuję podstęp" - powiedziała, ale Sam delikatnie chwycił ją za ramię i odciągnął od Purdue, mówiąc serdecznym głosem: "Cześć, staruszku! Chodź, doktorze Gould. Mamy do popełnienia przestępstwo i mamy na to bardzo mało czasu".
    
  "O Boże, jakie zgniłe jabłka mojego życia" - jęknęła, gdy Purdue do niej pomachał.
    
  "Nie zapomnij spojrzeć w niebo!" - zażartował Perdue, otwierając drzwi pasażera starej ciężarówki pracującej na biegu jałowym. Patrick i jego ludzie obserwowali artefakt z tylnego siedzenia, podczas gdy Perdue jechał z przodu z Ajo za kierownicą. Egipski inżynier wciąż był najlepszym przewodnikiem w regionie, a Perdue pomyślał, że gdyby prowadził sam, nie musiałby dawać wskazówek.
    
  Pod osłoną nocy grupa mężczyzn przetransportowała Świętą Szkatułę na teren wykopalisk na górze Yeha, zdeterminowana, by jak najszybciej ją zwrócić, jak najmniej narażając się na kłopoty ze strony rozwścieczonych Etiopczyków. Duża, brudnokolorowa ciężarówka skrzypiała i ryczała po wyboistej drodze, zmierzając na wschód, w stronę słynnego miasta Aksum, uważanego za miejsce spoczynku biblijnej Arki Przymierza.
    
  Kierując się na południowy zachód, Sam i Nina pędzili w stronę jeziora Tana. Podróż ta miała im zająć co najmniej siedem godzin w udostępnionym im jeepie.
    
  "Czy postępujemy właściwie, Sam?" - zapytała, rozpakowując batonik. "Czy po prostu gonimy za cieniem Purdue?"
    
  "Słyszałem, co mu powiedziałaś w Herkulesie, kochanie" - odpowiedział Sam. "Robimy to, bo to konieczne". Spojrzał na nią. "Naprawdę miałaś na myśli to, co mu powiedziałaś, prawda? Czy po prostu chciałaś, żeby nie czuł się jak gówno?"
    
  Nina niechętnie odpowiadała, wykorzystując żucie jako sposób na zyskanie na czasie.
    
  "Wiem tylko jedno" - wyznał Sam - "a mianowicie, że Perdue został torturowany przez Czarne Słońce i pozostawiony na pewną śmierć... a to samo w sobie podpala wszystkie systemy".
    
  Połknąwszy cukierka, Nina spojrzała w górę na gwiazdy wyłaniające się jedna po drugiej nad nieznanym horyzontem, ku któremu zmierzali, zastanawiając się, ile z nich jest potencjalnie złowrogich. "Rymowanka nabiera teraz sensu, wiesz? Błyszcz, błyśnij, mała gwiazdeczko. Jakże się zastanawiam, kim jesteś".
    
  "Nigdy tak naprawdę o tym nie myślałem, ale jest w tym jakaś tajemnica. Masz rację. I życzenie do spadającej gwiazdy" - dodał, patrząc na piękną Ninę, która ssała koniuszki palców, delektując się czekoladą. "To sprawia, że zastanawiasz się, dlaczego spadająca gwiazda, niczym dżin, może spełniać twoje życzenia".
    
  "A wiesz, jak źli są ci dranie, prawda? Jeśli opierasz swoje pragnienia na zjawiskach nadprzyrodzonych, myślę, że na pewno dostaniesz w kość. Nie powinieneś wykorzystywać upadłych aniołów, demonów, czy jakkolwiek się to tam nazywa, do zaspokajania swojej chciwości. Dlatego każdy, kto używa..." Zrobiła pauzę. "Sam, czy to zasada, którą ty i Purdue stosujecie do profesora? Imra czy Karstena?"
    
  "Jaka zasada? Nie ma żadnej zasady" - bronił się uprzejmie, wpatrując się w trudną drogę przed sobą w zapadającym mroku.
    
  "Może chciwość Karstena doprowadzi go do zguby, wykorzystując Czarodzieja i Diamenty Króla Salomona, by pozbyć się świata?" - zasugerowała, brzmiąc niezwykle pewnie. Nadszedł czas, by Sam się przyznał. Ta zuchwała historyczka nie była głupia, a poza tym należała do ich zespołu, więc zasługiwała na to, by wiedzieć, co dzieje się między Purdue a Samem i co mają nadzieję osiągnąć.
    
  Nina spała bez przerwy przez jakieś trzy godziny. Sam nie narzekał, choć był kompletnie wyczerpany i z trudem trzymał się na nogach na monotonnej drodze, która w najlepszym razie przypominała krater z silnym trądzikiem. O jedenastej gwiazdy lśniły nieskazitelnym blaskiem na nieskazitelnym niebie, ale Sam był zbyt zajęty podziwianiem bagien wzdłuż polnej drogi, którą jechali nad jezioro.
    
  "Nina?" powiedział, podniecając ją tak delikatnie, jak to możliwe.
    
  "Czy już jesteśmy na miejscu?" - mruknęła oszołomiona.
    
  "Prawie" - odpowiedział - "ale chcę, żebyś coś zobaczył".
    
  "Sam, nie mam teraz nastroju na twoje młodzieńcze zaloty" - zmarszczyła brwi, wciąż rechocząc jak żywa mumia.
    
  "Nie, mówię poważnie" - nalegał. "Słuchaj. Po prostu wyjrzyj przez okno i powiedz mi, czy widzisz to samo, co ja".
    
  Z trudem spełniła prośbę. "Widzę ciemność. Jest środek nocy".
    
  "Księżyc jest w pełni, więc nie jest zupełnie ciemno. Powiedz mi, co zauważyłeś w tym krajobrazie" - nalegał. Sam wydawał się jednocześnie zdezorientowany i zdenerwowany, zupełnie do niego niepodobny, więc Nina wiedziała, że to musi być coś ważnego. Przyjrzała mu się uważniej, próbując zrozumieć, co miał na myśli. Dopiero gdy przypomniała sobie, że Etiopia to w dużej mierze suchy, pustynny krajobraz, zrozumiała, co miał na myśli.
    
  "Czy jedziemy po wodzie?" - zapytała ostrożnie. Wtedy uderzyła ją cała siła tej niesamowitości i krzyknęła: "Sam, dlaczego jedziemy po wodzie?"
    
  Opony jeepa były mokre, choć droga nie była zalana. Po obu stronach żwirowej drogi księżyc oświetlał falujące łachy piasku, kołyszące się na delikatnym wietrze. Ponieważ droga lekko wznosiła się nad otaczający ją surowy teren, nie była jeszcze tak głęboko zanurzona jak reszta okolicy.
    
  "Nie powinniśmy tak postępować" - odpowiedział Sam, wzruszając ramionami. "O ile wiem, ten kraj słynie z susz, a krajobraz powinien być suchy jak pieprz".
    
  "Czekaj" - powiedziała, włączając świetlik, żeby sprawdzić mapę, którą dał im Ajo. "Chodź, zobaczę, gdzie teraz jesteśmy?"
    
  "Mijaliśmy Gondar jakieś piętnaście minut temu" - odpowiedział. "Powinniśmy być teraz w pobliżu Addis Zemen, które jest oddalone o około piętnaście minut jazdy od Verety, naszego celu podróży, zanim popłyniemy łodzią przez jezioro".
    
  "Sam, ta droga jest jakieś siedemnaście kilometrów od jeziora!" - wydyszała, mierząc odległość między drogą a najbliższym zbiornikiem wodnym. "To nie może być woda z jeziora. Czyżby?"
    
  "Nie" - zgodził się Sam. "Ale zadziwia mnie to, że według wstępnych badań Ajo i Perdue, przeprowadzonych podczas tej dwudniowej zbiórki śmieci, w tym regionie nie padało od ponad dwóch miesięcy! Chciałbym więc wiedzieć, skąd do cholery jezioro wzięło dodatkową wodę na utwardzenie tej cholernej drogi".
    
  "To" - pokręciła głową, nie mogąc tego pojąć - "nie jest... naturalne".
    
  "Rozumiesz, co to znaczy, prawda?" westchnął Sam. "Do klasztoru będziemy musieli dotrzeć wyłącznie drogą wodną".
    
  Nina nie wydawała się być szczególnie niezadowolona z nowych rozwiązań: "Myślę, że to dobra rzecz. Poruszanie się wyłącznie po wodzie ma swoje zalety - będzie mniej widoczne niż w przypadku aktywności turystycznych".
    
  "Co masz na myśli?"
    
  "Proponuję, żebyśmy wzięli kajak w Verete i stamtąd odbyli całą podróż" - zasugerowała. "Bez przesiadki. I nie musimy w tym celu spotykać się z miejscowymi, rozumiesz? Bierzemy kajak, ubieramy się i informujemy o tym naszych braci, strażników diamentów".
    
  Sam uśmiechnął się w słabym świetle padającym z dachu.
    
  "Co?" zapytała, nie mniej zaskoczona.
    
  "Och, nic takiego. Doceniam po prostu twoją nowo odkrytą uczciwość, doktorze Gould. Musimy uważać, żeby nie stracić cię całkowicie na rzecz Ciemnej Strony". Zaśmiał się śmiechem.
    
  "Och, spieprzaj" - powiedziała z uśmiechem. "Jestem tu, żeby wykonać zadanie. Poza tym wiesz, jak nienawidzę religii. A tak w ogóle, to dlaczego, do cholery, ci mnisi ukrywają diamenty?"
    
  "Dobra uwaga" - przyznał Sam. "Nie mogę się doczekać, aż okradnę grupę skromnych, uprzejmych ludzi z ostatnich bogactw ich świata". Jak się obawiał, Nina nie doceniła jego sarkazmu i odpowiedziała spokojnie: "Tak".
    
  "A tak przy okazji, kto da nam kajak o pierwszej w nocy, doktorze Gould?" - zapytał Sam.
    
  "Nikt, jak sądzę. Będziemy musieli po prostu pożyczyć. Minie dobre pięć godzin, zanim się obudzą i zauważą, że ich nie ma. Do tego czasu będziemy już mieli odstrzał mnichów, prawda?" - zaryzykowała.
    
  "Bezbożny" - uśmiechnął się, wrzucając niższy bieg w jeepie, żeby ominąć zdradliwe dziury ukryte w dziwnej fali wody. "Jesteś absolutnie bezbożny".
    
    
  28
  Grabież grobów 101
    
    
  Kiedy dotarli do Verety, jeep groził zatopieniem się na głębokość metra. Droga zniknęła kilka mil dalej, ale kontynuowali podróż w kierunku brzegu jeziora. Aby skutecznie przedostać się do Tana Kirkos, potrzebowali osłony z nocy, zanim zbyt wielu ludzi stanie im na drodze.
    
  "Musimy się zatrzymać, Nino" - westchnął beznadziejnie Sam. "Martwi mnie tylko, jak wrócimy na miejsce spotkania, jeśli jeep zatonie".
    
  "Zmartwienia na inny czas" - odpowiedziała, kładąc dłoń na policzku Sama. "Teraz musimy dokończyć robotę. Po prostu bierz się do roboty po kolei, bo inaczej, wybaczcie mi ten żart, utoniemy w zmartwieniach i zawalimy misję".
    
  Sam nie mogła się z tym kłócić. Miała rację, a jej sugestia, żeby nie przeciążać się, dopóki nie znajdzie się rozwiązanie, była sensowna. Zatrzymał samochód przy wjeździe do miasta wczesnym rankiem. Stamtąd musieli znaleźć jakąś łódź, żeby jak najszybciej dostać się na wyspę. Nawet dotarcie do brzegów jeziora, nie mówiąc już o wypłynięciu łodzią, było długą drogą.
    
  Miasto pogrążyło się w chaosie. Domy znikały pod naporem wody, a większość ludzi krzyczała "czary", bo nie spadł deszcz, który mógłby spowodować powódź. Sam zapytał miejscowego siedzącego na schodach ratusza, gdzie może znaleźć kajak. Mężczyzna odmówił rozmowy z turystami, dopóki Sam nie wyciągnął zwitka etiopskich birrów, żeby zapłacić.
    
  "Powiedział mi, że w dniach poprzedzających powódź były przerwy w dostawie prądu" - powiedział Sam Ninie. "Co gorsza, wszystkie linie energetyczne zerwały się godzinę temu. Ci ludzie zaczęli ewakuować się na kilka godzin wcześniej, więc wiedzieli, że sytuacja się pogorszy".
    
  "Biedactwa. Sam, musimy to powstrzymać. To, czy to wszystko naprawdę robi alchemik o specjalnych umiejętnościach, jest wciąż nieco naciągane, ale musimy zrobić wszystko, co w naszej mocy, żeby powstrzymać tego drania, zanim cały świat ulegnie zniszczeniu" - powiedziała Nina. "Na wypadek, gdyby jakimś sposobem udało mu się użyć transmutacji do wywołania katastrof naturalnych".
    
  Z małymi torbami przewieszonymi przez plecy, podążali za samotnym wolontariuszem przez kilka przecznic do Kolegium Rolniczego, brodząc w wodzie po kolana. Wokół nich mieszkańcy wciąż maszerowali, krzycząc do siebie ostrzeżenia i sugestie, niektórzy próbując ratować swoje domy, podczas gdy inni szukali ucieczki na wyżej położone tereny. Młody mężczyzna, który prowadził Sama i Ninę, w końcu zatrzymał się przed dużym magazynem na terenie kampusu i wskazał na warsztat.
    
  "Tutaj, to jest warsztat obróbki metalu, gdzie prowadzimy zajęcia z budowy i montażu sprzętu rolniczego. Może znajdzie pan jeden ze zbiorników, które biolodzy trzymają w szopie, proszę pana. Używają go do pobierania próbek z jeziora".
    
  "Tan-?" - próbował powtórzyć Sam.
    
  "Tankwa" - uśmiechnął się młody mężczyzna. "Łódź, którą robimy z, hm, papirusu? Rosną w jeziorze, a my budujemy z nich łodzie od czasów naszych przodków" - wyjaśnił.
    
  "A ty? Dlaczego to wszystko robisz?" - zapytała go Nina.
    
  "Czekam na siostrę i jej męża, proszę pani" - odpowiedział. "Wszyscy idziemy na wschód, do rodzinnej farmy, mając nadzieję, że uda nam się uciec od wody".
    
  "Uważaj, dobrze?" powiedziała Nina.
    
  "Ty też" - powiedział młody mężczyzna, spiesząc z powrotem na schody ratusza, gdzie go znaleźli. "Powodzenia!"
    
  Po kilku niezręcznych minutach infiltracji małego magazynu w końcu natknęli się na coś wartego wysiłku. Sam długo ciągnął Ninę przez wodę, oświetlając jej drogę latarką.
    
  "Wiesz, to dar od Boga, że nie pada" - wyszeptała.
    
  "Pomyślałem o tym samym. Wyobrażasz sobie tę podróż przez wodę, z niebezpieczeństwami piorunów i ulewnego deszczu ograniczającymi widoczność?" - zgodził się. "Tam! Tam w górze. Wygląda jak kajak".
    
  "Tak, ale są strasznie malutkie" - ubolewała na ten widok. Ręcznie wykonany statek był ledwie wystarczająco duży dla samego Sama, nie mówiąc już o nich obojgu. Nie mogąc znaleźć niczego innego, co choć trochę by się przydało, oboje stanęli przed nieuniknioną decyzją.
    
  "Będziesz musiała pojechać sama, Nino. Po prostu nie mamy czasu na głupoty. Świt nadejdzie za niecałe cztery godziny, a ty jesteś lekka i mała. Podróżujesz o wiele szybciej sama" - wyjaśnił Sam, bojąc się, że wyśle ją samą w nieznane miejsce.
    
  Na zewnątrz kilka kobiet krzyczało, gdy dach domu się zawalił, co skłoniło Ninę do zabrania diamentów i zakończenia cierpienia niewinnych. "Naprawdę nie chcę" - przyznała. "Ta myśl mnie przeraża, ale pójdę. Bo co grupa miłujących pokój, żyjących w celibacie mnichów może chcieć od takiej bladej heretyczki jak ja?"
    
  "Poza spaleniem cię na stosie?" - zapytał Sam bez namysłu, próbując być zabawny.
    
  Klepnięcie w dłoń wyraziło zdumienie Niny jego pochopnym założeniem, zanim gestem dała mu znak, by zwodował kajak. Przez następne czterdzieści pięć minut ciągnęli ją przez wodę, aż znaleźli otwartą przestrzeń bez budynków ani ogrodzeń blokujących jej drogę.
    
  "Księżyc oświetli ci drogę, a światła na murach klasztoru wskażą ci cel, moja ukochana. Uważaj, dobrze?" Wsunął jej w dłoń swoją berettę z nowym magazynkiem. "Strzeż się krokodyli" - powiedział Sam, unosząc ją w ramiona i mocno przyciskając. Prawdę mówiąc, bardzo martwił się jej samotnym przedsięwzięciem, ale nie odważył się pogłębić jej obaw.
    
  Kiedy Nina okrywała swoją drobną sylwetkę jutowym płaszczem, Sam poczuł gulę w gardle na myśl o niebezpieczeństwach, z którymi musiała zmierzyć się sama. "Będę czekać na ciebie w ratuszu".
    
  Nie obejrzała się, gdy zaczęła wiosłować, i nie wypowiedziała ani jednego słowa. Sam wziął to za znak, że skupia się na swoim zadaniu, choć w rzeczywistości płakała. Nigdy nie mógł wiedzieć, jak bardzo była przerażona, podróżując samotnie do starożytnego klasztoru, nie mając pojęcia, co ją tam czeka, podczas gdy on był zbyt daleko, by ją uratować, gdyby coś się stało. Nie tylko nieznany cel przerażał Ninę. Myśl o tym, co czaiło się w wezbranych wodach jeziora - jeziora, z którego wypływał Błękitny Nil - przerażała ją ponad wszelkie wyobrażenie. Na szczęście dla niej jednak wielu mieszkańców miasteczka wpadło na ten sam pomysł i nie była sama na rozległym obszarze wodnym, który teraz skrywał prawdziwe jezioro. Nie miała pojęcia, gdzie zaczyna się prawdziwe jezioro Tana, ale zgodnie z instrukcją Sama mogła jedynie szukać płomieni palenisk wzdłuż murów klasztoru na Tana Kirkos.
    
  Niesamowicie było unosić się wśród tylu łodzi przypominających kanu, słysząc wokół siebie ludzi mówiących w językach, których nie rozumiała. "Chyba tak właśnie wygląda przeprawa przez Styks" - powiedziała do siebie z satysfakcją, wiosłując z dużą prędkością, by dotrzeć do celu. "Wszystkie głosy; wszystkie szepty wielu. Mężczyźni i kobiety, w różnych dialektach, wszyscy unoszący się w ciemności na czarnych wodach z łaski bogów".
    
  Historyczka spojrzała w czyste, rozgwieżdżone niebo. Jej ciemne włosy powiewały na delikatnym wietrze nad wodą, wystając spod kaptura. "Błyszcz, błyśnij, Mała Gwiazdeczko" - szepnęła, ściskając kolbę pistoletu, a łzy cicho spływały jej po policzkach. "Cholerne zło - oto, kim jesteś".
    
  Tylko krzyki rozbrzmiewające echem po wodzie przypominały jej, że nie jest sama, a w oddali dostrzegła nikły blask ognisk, o których wspominał Sam. Gdzieś w oddali zadzwonił dzwon kościelny i początkowo zdawało się, że zaniepokoił ludzi w łodziach. Ale potem zaczęli śpiewać. Początkowo było to mnóstwo różnych melodii i tonacji, ale stopniowo mieszkańcy regionu Amhara zaczęli śpiewać unisono.
    
  "Czy to ich hymn narodowy?" - zastanawiała się Nina na głos, ale nie odważyła się zapytać z obawy przed ujawnieniem swojej tożsamości. "Nie, czekaj. To... hymn".
    
  W oddali ponury dźwięk dzwonka rozbrzmiał echem po wodzie, gdy nowe fale zdawały się wyrastać znikąd. Słyszała, jak niektórzy przerywają śpiew, by krzyknąć z przerażenia, podczas gdy inni śpiewają głośniej. Nina zamknęła oczy, gdy woda gwałtownie się marszczyła, nie pozostawiając jej wątpliwości, że to musiał być krokodyl albo hipopotam.
    
  "O mój Boże!" krzyknęła, gdy jej tankwa się przechyliła. Ściskając wiosło z całej siły, Nina wiosłowała szybciej, mając nadzieję, że potwór, który tam siedział, wybierze inne kajaki i pozwoli jej przeżyć jeszcze kilka dni. Serce waliło jej jak młotem, gdy usłyszała krzyki ludzi gdzieś za sobą, głośny plusk wody, a potem żałosne wycie.
    
  Jakieś stworzenie przejęło łódź pełną ludzi, a Ninę przerażała myśl, że w jeziorze tej wielkości każda żywa istota ma swoich braci i siostry. Pod obojętnym księżycem, gdzie tej nocy pojawiło się świeże mięso, z pewnością dojdzie do wielu kolejnych ataków. "A ja myślałam, że żartujesz z krokodylami, Sam" - powiedziała, zdyszana ze strachu. Podświadomie wyobraziła sobie, czym dokładnie jest bestia-winowajca. "Wodne demony, wszystkie" - wychrypiała, czując, jak jej klatka piersiowa i ramiona pieką od wysiłku wiosłowania po zdradliwych wodach jeziora Tana.
    
  O czwartej rano tankwa Niny dowiozła ją na brzeg wyspy Tana Kirkos, gdzie na cmentarzu ukryte były pozostałe diamenty króla Salomona. Znała lokalizację, ale wciąż nie miała pojęcia, gdzie kamienie zostaną umieszczone. W gablocie? W worku? W trumnie, Boże broń? Zbliżając się do twierdzy, zbudowanej w starożytności, historyczka poczuła ulgę z powodu jednego nieprzyjemnego faktu: okazało się, że wzbierająca woda zaprowadziła ją prosto do murów klasztornych i nie będzie musiała pokonywać niebezpiecznego terenu rojącego się od nieznanych strażników i zwierząt.
    
  Za pomocą kompasu Nina dokładnie określiła położenie muru, który musiała sforsować, i za pomocą liny wspinaczkowej przywiązała kajak do wystającej podpory. Mnisi byli gorączkowo zajęci przyjmowaniem ludzi przy głównym wejściu i przenoszeniem zapasów żywności na wyższe wieże. Cały ten chaos sprzyjał misji Niny. Mnisi nie tylko byli zbyt zajęci, by zwracać uwagę na intruzów, ale dźwięk dzwonu kościelnego gwarantował, że jej obecność nigdy nie zostanie wykryta dźwiękiem. Zasadniczo nie musiała się skradać ani zachowywać ciszy, wchodząc na cmentarz.
    
  Obchodząc drugą ścianę, z radością stwierdziła, że cmentarz jest dokładnie taki, jak opisał Purdue. W przeciwieństwie do otrzymanej mapy z zaznaczonym obszarem, który miała znaleźć, sam cmentarz był znacznie mniejszy. Właściwie, od razu go znalazła.
    
  To za łatwe, pomyślała, czując się trochę nieswojo. Może po prostu tak przywykłeś do grzebania w gównach, że nie potrafisz docenić tego, co nazywa się szczęśliwym zbiegiem okoliczności.
    
  Być może będzie miała wystarczająco dużo szczęścia, aby opat, który widział jej wykroczenie, ją złapał.
    
    
  29
  Karma Bruichladdicha
    
    
  Z uwagi na swoją niedawną obsesję na punkcie fitnessu i treningu siłowego, Nina nie mogła zaprzeczyć korzyściom, jakie przynosiło jej teraz wykorzystywanie kondycji fizycznej, aby uniknąć wykrycia. Większość wysiłku fizycznego wykonała całkiem sprawnie, wspinając się na barierę wewnętrznego muru, aby znaleźć drogę do dolnej części cmentarza, przylegającej do sali. Niezauważalnie Nina dotarła do rzędu grobów przypominających wąskie rowy. Przypominały jej one upiorne wagony kolejowe ustawione w rzędzie, położone niżej niż reszta cmentarza.
    
  Niezwykłe było to, że trzeci grób od niej, oznaczony na mapie, miał zainstalowaną zadziwiająco nową marmurową płytę, zwłaszcza w porównaniu z ewidentnie zużytymi i brudnymi okładzinami wszystkich pozostałych grobów w rzędzie. Podejrzewała, że to znak dostępu. Zbliżając się, Nina zauważyła, że na głównym kamieniu widnieje napis "Ephippas Abizitibod".
    
  "Eureka!" - powiedziała do siebie, zadowolona, że znalezisko znalazło się dokładnie tam, gdzie powinno. Nina była jedną z czołowych historyczek na świecie. Choć była wiodącą ekspertką od II wojny światowej, pasjonowała się również historią starożytną, apokryfami i mitologią. Dwa słowa wyryte w starożytnym granicie nie reprezentowały imienia żadnego mnicha ani kanonizowanego dobroczyńcy.
    
  Nina uklękła na marmurze i przesuwała palcami po imionach. "Wiem, kim jesteś" - zaśpiewała radośnie, gdy klasztor zaczął czerpać wodę ze szczelin w zewnętrznych murach. "Efippasie, jesteś demonicznym królem Salomonem, którego wynajęto do podniesienia ciężkiego kamienia węgielnego jego świątyni, ogromnej płyty bardzo podobnej do tej" - wyszeptała, badając nagrobek w poszukiwaniu jakiegoś urządzenia lub dźwigni, która by go otworzyła. "A Abizifobod" - oznajmiła dumnie, ocierając dłonią kurz z imienia - "byłeś tym złośliwym draniem, który pomógł egipskim magom w walce z Mojżeszem..."
    
  Nagle płyta zaczęła się chwiać pod jej kolanami. "O cholera!" - krzyknęła Nina, cofając się i patrząc prosto na gigantyczny kamienny krzyż umieszczony na dachu głównej kaplicy. "Przepraszam".
    
  Notatka dla siebie, pomyślała, zadzwonić do ojca Harpera, kiedy to wszystko się skończy.
    
  Choć na niebie nie było ani jednej chmurki, woda wciąż się podnosiła. Kiedy Nina przepraszała krzyż, jej wzrok przykuła kolejna spadająca gwiazda. "O cholera!" jęknęła, czołgając się przez błoto, by zejść z drogi stopniowo ożywającemu marmurowi. Były tak grube, że natychmiast zmiażdżyłyby jej stopy.
    
  W przeciwieństwie do innych nagrobków, ten nosił imiona demonów uwięzionych przez króla Salomona, co niezbicie dowodziło, że to właśnie tutaj mnisi ukryli swoje zaginione diamenty. Gdy płyta ocierała się o granitową obudowę, Nina skrzywiła się, zastanawiając się, co zobaczy. Wierna swoim obawom, natknęła się na szkielet leżący na fioletowym łożu z czegoś, co kiedyś było jedwabiem. Na czaszce lśniła złota korona, wysadzana rubinami i szafirami. Była jasnożółta, z prawdziwego, nieobrobionego złota, ale dr Nina Gould nie przejmowała się koroną.
    
  "Gdzie są diamenty?" zmarszczyła brwi. "O Boże, nie mów mi, że diamenty zostały skradzione. Nie, nie". Z całym szacunkiem, na jaki mogła sobie pozwolić w tamtym czasie i w tych okolicznościach, zaczęła badać grób. Zbierając kości jedną po drugiej i mamrocząc z niepokojem, nie zauważyła, jak woda zalewa wąski kanał grobów, w którym była zajęta poszukiwaniami. Pierwszy grób zapełnił się, gdy mur ogrodzeniowy zawalił się pod ciężarem wzbierającej wody. Modlitwy i błagania dobiegały od ludzi z wyżej położonej części fortu, ale Nina uparcie dążyła do odzyskania diamentów, zanim wszystko stracone.
    
  Gdy tylko pierwszy grób został zasypany, luźna ziemia, którą był przykryty, zamieniła się w błoto. Trumna i nagrobek zatonęły, pozwalając strumieniowi swobodnie płynąć do drugiego grobu, tuż za Niną.
    
  "Gdzie, do cholery, trzymasz te diamenty, na litość boską?" krzyknęła, gdy kościelny dzwon zadzwonił przeraźliwie.
    
  "Na litość boską?" - powiedział ktoś nad nią. "Czy na litość boską?"
    
  Nina nie chciała podnosić wzroku, ale zimny czubek lufy pistoletu zmusił ją do posłuszeństwa. Wysoki młody mnich górował nad nią, wyglądając na zdecydowanie rozwścieczonego. "Ze wszystkich nocy, w których można zbezcześcić grób w poszukiwaniu skarbu, wybrałaś właśnie tę? Niech Bóg ma cię w opiece za twoją diabelską chciwość, kobieto!"
    
  Opat go wysłał, podczas gdy starszy mnich skupił się na ratowaniu dusz i delegowaniu zadań ewakuacyjnych.
    
  "Nie, proszę! Mogę wszystko wyjaśnić! Nazywam się dr Nina Gould!" - krzyknęła Nina, unosząc ręce w geście poddania, nieświadoma, że Beretta Sama, zatknięta za pas, jest na widoku. Pokręcił głową. Palec mnicha bawił się spustem trzymanego przez niego M16, ale jego oczy rozszerzyły się i zamarły, patrząc na jej ciało. Wtedy przypomniała sobie o pistolecie. "Słuchaj, słuchaj!" - błagała. "Mogę wyjaśnić".
    
  Drugi grób zapadł się w luźny, ruchomy piasek, który utworzył się wskutek gwałtownego prądu mętnej wody jeziora, która zbliżała się do trzeciego grobu, lecz ani Nina, ani mnich nie zdawali sobie z tego sprawy.
    
  "Nic nie wyjaśniasz" - wykrzyknął, wyraźnie zaniepokojony. "Zamknij się! Daj mi pomyśleć!" Nie miała pojęcia, że wpatruje się w jej klatkę piersiową, gdzie rozchyliła się zapięta na guziki koszula, odsłaniając tatuaż, który również fascynował Sama.
    
  Nina nie odważyła się dotknąć pistoletu, który nosiła, ale rozpaczliwie pragnęła znaleźć diamenty. Potrzebowała czegoś, co mogłoby ją odwrócić. "Uważaj, woda!" krzyknęła, udając panikę i patrząc gdzieś za mnicha, by go zmylić. Kiedy się odwrócił, Nina podskoczyła i spokojnie naciągnęła kurek kolbą Beretty, trafiając go w podstawę czaszki. Mnich upadł na ziemię z głuchym łoskotem, a ona gorączkowo grzebała w kościach szkieletu, rozrywając nawet satynową tkaninę, ale bezskutecznie.
    
  Szlochała wściekle z poczucia porażki, machając z wściekłością purpurową tkaniną. Ruch odciął jej czaszkę od kręgosłupa z groteskowym trzaskiem, który ją wygiął. Dwa małe, nietknięte kamyki spadły z jej oczodołu na tkaninę.
    
  "Nie ma mowy, do cholery!" jęknęła radośnie Nina. "Dałaś sobie to wszystko we znaki, prawda?"
    
  Woda porwała bezwładne ciało młodego mnicha i zabrała mu karabin szturmowy, wciągając go do błotnistego grobu poniżej. Nina zebrała diamenty, wcisnęła je z powrotem do czaszki i owinęła głowę purpurową tkaniną. Kiedy woda wylała się na trzeci grób, wcisnęła nagrodę do torby i zarzuciła ją sobie na plecy.
    
  Żałosny jęk dobiegł z tonącego mnicha kilka metrów dalej. Leżał głową w dół w lejowatym tornadzie mętnej wody spływającej do piwnicy, ale kratka ściekowa uniemożliwiła mu przejście. Pozostawiono go więc na pastwę losu, uwięzionego w spirali ssania. Nina została zmuszona do odejścia. Zbliżał się świt, a woda zalewała całą świętą wyspę, wraz z nieszczęsnymi duszami, które szukały tam schronienia.
    
  Jej kajak gwałtownie odbijał się od ściany drugiej wieży. Gdyby się nie pospieszyła, zatonęłaby wraz z lądem i leżałaby martwa pod mroczną falą jeziora, jak inne ciała przywiązane do cmentarza. Jednak bulgoczące krzyki, dochodzące od czasu do czasu z bulgoczącej wody nad piwnicą, wzbudziły współczucie Niny.
    
  Chciał cię zastrzelić. Pieprzyć go, namawiała ją wewnętrzna suka. Jeśli zechcesz mu pomóc, spotka cię to samo. Poza tym, on pewnie chce cię tylko złapać i przytrzymać za to, że go w tej chwili uderzyłaś pałką. Wiem, co bym zrobiła. Karma.
    
  "Karma" - mruknęła Nina, uświadamiając sobie coś po nocy spędzonej w jacuzzi z Samem. "Bruich, mówiłam ci, że Karma mnie podleje. Muszę to naprawić".
    
  Przeklinając się za swój przesąd, pospieszyła przez potężny nurt, by dotrzeć do tonącego. Mężczyzna dziko wymachiwał rękami, a jego twarz była zanurzona, gdy historyk rzucił się ku niemu. Głównym problemem, z jakim zmagała się Nina, była jej drobna budowa ciała. Po prostu nie była wystarczająco ciężka, by uratować dorosłego mężczyznę, a woda zwaliła ją z nóg, gdy tylko weszła w wirujący wir, do którego wlewało się jeszcze więcej wody z jeziora.
    
  "Trzymaj się!" krzyknęła, próbując chwycić się jednego z żelaznych prętów blokujących wąskie okna prowadzące do piwnicy. Woda była gwałtowna, wbijała ją pod wodę i bez oporu przedzierała się przez przełyk i płuca, ale starała się nie rozluźniać uścisku, sięgając po ramię mnicha. "Złap mnie za rękę! Spróbuję cię wyciągnąć!" krzyknęła, gdy woda wlewała się do jej ust. "Jestem winna temu cholernemu kotu jakąś zemstę" - powiedziała do nikogo konkretnego, czując, jak jego dłoń zaciska się na jej przedramieniu, ściskając przedramię.
    
  Podciągnęła go z całych sił, choćby po to, by pomóc mu złapać oddech, ale zmęczone ciało Niny zaczęło odmawiać jej posłuszeństwa. Znów próbowała na próżno, patrząc, jak ściany piwnicy pękają pod ciężarem wody, by wkrótce zawalić się na nich oboje, doprowadzając do nieuchronnej śmierci.
    
  "No dalej!" krzyknęła, tym razem decydując się na oparcie buta o ścianę i użycie ciała jako dźwigni. Wysiłek był zbyt duży jak na możliwości fizyczne Niny i poczuła, jak jej ramię zwichnęło się, gdy ciężar mnicha w połączeniu z wstrząsem wyrwał je z pierścienia rotatorów. "Jezu Chryste!" krzyknęła z bólu tuż przed tym, jak pochłonęła ją fala błota i wody.
    
  Niczym wirujące, płynne szaleństwo rozbijającej się fali oceanu, ciało Niny gwałtownie szarpnęło i runęło w dół rozpadającej się ściany, ale wciąż czuła, jak dłoń mnicha mocno ją trzyma. Gdy jej ciało uderzyło o ścianę po raz drugi, Nina chwyciła blat zdrową ręką. "Tylko głowa do góry" - namawiał ją wewnętrzny głos. "Udawaj, że to naprawdę mocny cios, bo inaczej nigdy więcej nie zobaczysz Szkocji".
    
  Z ostatnim rykiem Nina uniosła się nad powierzchnię wody, uwalniając się od siły trzymającej mnicha, a on wystrzelił w górę jak boja. Na chwilę stracił przytomność, ale kiedy usłyszał głos Niny, otworzył oczy. "Jesteś ze mną?" krzyknęła. "Proszę, chwyć się czegoś, bo nie mogę już utrzymać twojego ciężaru! Mam poważnie uszkodzone ramię!"
    
  Zrobił, o co go poprosiła, utrzymując się na nogach, trzymając się kraty sąsiedniego okna. Nina była wyczerpana do nieprzytomności, ale miała diamenty i chciała znaleźć Sama. Chciała być z Samem. Dawał jej poczucie bezpieczeństwa, a teraz potrzebowała tego bardziej niż czegokolwiek innego.
    
  Prowadząc rannego mnicha, wspięła się na szczyt muru obronnego, by podążyć za nim do przypory, gdzie czekała na nią jej łódź. Mnich nie ścigał jej, ale wskoczyła na małą łódź i energicznie popłynęła przez jezioro Tana. Rozpaczliwie oglądając się co kilka kroków, Nina pobiegła z powrotem do Sama, mając nadzieję, że nie utonął wraz z resztą Verety. W bladym porannym świetle, z modlitwą przeciwko drapieżnikom na ustach, Nina odpłynęła od pomniejszonej wyspy, która teraz była niczym więcej niż samotnym sygnałem świetlnym w oddali.
    
    
  30
  Judasz, Brutus i Kasjusz
    
    
  Tymczasem, podczas gdy Nina i Sam zmagali się z własnymi trudnościami, Patrick Smith otrzymał zadanie zorganizowania dostarczenia Świętej Trumny do miejsca jej spoczynku na Górze Yeha, niedaleko Aksum. Przygotował dokumenty do podpisania przez pułkownika Yeamana i pana Cartera, które miały zostać dostarczone do siedziby MI6. Administracja pana Cartera, jako szefa MI6, miała następnie przekazać dokumenty do sądu w Purdue w celu zamknięcia sprawy.
    
  Joe Carter przybył na lotnisko w Aksum kilka godzin wcześniej, aby spotkać się z pułkownikiem J. Yimenu i przedstawicielami prawnymi rządu Etiopii. Mieli oni nadzorować dostawę, ale Carter obawiał się ponownego spotkania z Davidem Perdue, obawiając się, że szkocki miliarder spróbuje ujawnić prawdziwą tożsamość Cartera jako Josepha Karstena, członka pierwszego szczebla złowrogiego Zakonu Czarnego Słońca.
    
  Podczas jazdy do obozowiska namiotowego u podnóża góry myśli Karstena szalały. Perdue stawał się poważnym obciążeniem nie tylko dla niego, ale i dla całego Czarnego Słońca. Ich ratunek Czarnoksiężnika, mający zepchnąć planetę w otchłań katastrofy, przebiegał jak w zegarku. Ich plan mógł się nie powieść tylko wtedy, gdyby podwójne życie Karstena i organizacja wyszły na jaw, a te problemy miały tylko jednego sprawcę: Davida Perdue.
    
  "Słyszał pan o powodziach w Europie Północnej, które teraz pustoszą Skandynawię?" - zapytał pułkownik Yimena Karstena. "Panie Carter, przepraszam za niedogodności spowodowane przerwami w dostawie prądu, ale większość Afryki Północnej, a także Arabia Saudyjska, Jemen, a nawet Syria, cierpi z powodu ciemności".
    
  "Tak, słyszałem. Przede wszystkim to musi być straszliwe obciążenie dla gospodarki" - powiedział Karsten, znakomicie odgrywając rolę ignoranta, będąc jednocześnie architektem obecnego globalnego dylematu. "Jestem pewien, że gdybyśmy wszyscy połączyli siły i rezerwy finansowe, moglibyśmy uratować to, co pozostało z naszych krajów".
    
  W końcu taki był cel Czarnego Słońca. Gdy świat zostanie spustoszony przez klęski żywiołowe, awarie przemysłowe i zagrożenia bezpieczeństwa, które doprowadzą do grabieży i zniszczeń na masową skalę, organizacja zostanie sparaliżowana na tyle, by obalić wszystkie supermocarstwa. Dzięki nieograniczonym zasobom, wykwalifikowanym specjalistom i zbiorowemu bogactwu, Zakon będzie w stanie przejąć władzę nad światem pod rządami nowego, faszystowskiego reżimu.
    
  "Nie wiem, co zrobi rząd, jeśli ta ciemność, a teraz powodzie, spowodują jeszcze większe szkody, panie Carter. Po prostu nie wiem" - ubolewał Yeeman, słysząc grzechotanie w wagoniku. "Zakładam, że w Wielkiej Brytanii wprowadzono jakiś stan wyjątkowy?"
    
  "Muszą" - odparł Karsten, patrząc z nadzieją na Yimenę, a w jego oczach nie było ani krzty pogardy dla tych, których uważał za gorszych. "Co do wojska, sądzę, że wykorzystamy nasze zasoby najlepiej, jak potrafimy, wbrew woli Boga". Wzruszył ramionami, sprawiając wrażenie współczującego.
    
  "To prawda" - odpowiedział Yimenu. "To są działania Boga; Boga okrutnego i gniewnego. Kto wie, może jesteśmy na skraju zagłady".
    
  Karsten musiał stłumić uśmiech, czując się jak Noe, patrząc, jak wydziedziczeni spotykają swój los z rąk boga, którego nie czcili wystarczająco. Starając się nie dać ponieść chwili, powiedział: "Jestem przekonany, że najlepsi z nas przetrwają tę apokalipsę".
    
  "Panie, jesteśmy na miejscu" - powiedział kierowca do pułkownika Yeamana. "Wygląda na to, że ekipa Purdue już przyjechała i wniosła Świętą Skrzynię do środka".
    
  "Nikogo tu nie ma?" - pisnął pułkownik Yimenu.
    
  "Tak, proszę pana. Widzę agenta specjalnego Smitha czekającego na nas przy ciężarówce" - potwierdził kierowca.
    
  "Och, dobrze" - westchnął pułkownik Yimenu. "Ten człowiek staje na wysokości zadania. Muszę panu pogratulować agenta specjalnego Smitha, panie Carter. Zawsze jest o krok do przodu i dopilnuje, żeby wszystkie rozkazy zostały wykonane".
    
  Karsten skrzywił się na pochwałę Yimenu Smitha, udając uśmiech. "Och, tak. Dlatego nalegałem, żeby agent specjalny Smith towarzyszył panu Perdue w tej podróży. Wiedziałem, że tylko on będzie do tego odpowiedni".
    
  Wysiedli z samochodu i spotkali Patricka, który poinformował ich, że wcześniejsze przybycie grupy z Purdue spowodowane jest zmianą pogody, przez co musieli wybrać alternatywną trasę.
    
  "Wydało mi się dziwne, że twojego Herkulesa nie było na lotnisku w Aksum" - zauważył Karsten, ukrywając wściekłość, że jego wyznaczony zabójca został bez celu na wyznaczonym lotnisku. "Gdzie wylądowałeś?"
    
  Patrickowi nie podobał się ton przełożonego, ale ponieważ nie znał prawdziwej tożsamości szefa, nie miał pojęcia, dlaczego szanowny Joe Carter tak nalegał na trywialną logistykę. "Cóż, proszę pana, pilot wysadził nas na Dunsha i udał się na inny pas startowy, aby nadzorować naprawę uszkodzeń powstałych podczas lądowania".
    
  Karsten nie miał nic przeciwko temu. Brzmiało to zupełnie logicznie, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że większość dróg w Etiopii była zawodna, a co dopiero trudna do utrzymania podczas suszy, która niedawno spustoszyła kraje wokół Morza Śródziemnego. Z całego serca przyjął sprytne kłamstwo Patricka złożone pułkownikowi Yimenu i zasugerował, żeby udali się w góry, aby upewnić się, że Purdue nie planuje jakiegoś przekrętu.
    
  Pułkownik Yimenu odebrał połączenie na swoim telefonie satelitarnym i, przepraszając, wyszedł, gestem dając delegatom MI6 znak, aby kontynuowali inspekcję obiektu. Po wejściu do środka Patrick i Karsten wraz z dwoma przydzielonymi mu ludźmi podążyli za głosem Perdue, aby znaleźć drogę.
    
  "Tędy, proszę pana. Dzięki uprzejmości pana Ajo Kiry udało się zabezpieczyć teren, aby zapewnić powrót Świętej Skrzyni na jej pierwotne miejsce bez obawy o jej zawalenie" - poinformował Patrick swojego przełożonego.
    
  "Czy pan Kira wie, jak zapobiegać lawinom?" - zapytał Karsten. Z wielką wyższością dodał: "Myślałem, że jest tylko przewodnikiem".
    
  "Zgadza się, proszę pana" - wyjaśnił Patrick. "Ale jest też wykwalifikowanym inżynierem budownictwa".
    
  Kręty, wąski korytarz zaprowadził ich do sali, w której Perdue po raz pierwszy spotkał tubylców, tuż przed kradzieżą Świętej Szkatuły, którą wziął za Arkę Przymierza.
    
  "Dobry wieczór, panowie" - powitał go Karsten, a jego głos dźwięczał w uszach Perdue niczym pieśń grozy, rozdzierając jego duszę nienawiścią i przerażeniem. Wciąż przypominał sobie, że nie jest już więźniem, że znajduje się w bezpiecznym towarzystwie Patricka Smitha i jego ludzi.
    
  "O, cześć" - powitał go radośnie Perdue, wpatrując się w Karstena lodowatym, niebieskim wzrokiem. Z drwiną podkreślił imię szarlatana. "Miło pana widzieć... Panie Carter, prawda?"
    
  Patrick zmarszczył brwi. Myślał, że Perdue zna imię swojego szefa, ale będąc spostrzegawczym, Patrick szybko zdał sobie sprawę, że między Perdue a Carterem jest coś więcej.
    
  "Widzę, że zaczęliście bez nas" - zauważył Karsten.
    
  "Wyjaśniłem panu Carterowi, dlaczego przyjechaliśmy wcześniej" - powiedział Patrick Perdue. "Ale teraz musimy się tylko martwić o odzyskanie tej pamiątki, żebyśmy wszyscy mogli wrócić do domu, dobrze?"
    
  Mimo przyjaznego tonu, Patrick czuł, jak napięcie zaciska się wokół nich niczym pętla na jego szyi. Twierdził, że to po prostu nieuzasadniony wybuch emocji, wywołany niesmakiem, jaki kradzież relikwii pozostawiła w ustach wszystkich. Karsten zauważył, że Święta Skrzynia została należycie odłożona, a kiedy odwrócił się, by spojrzeć za siebie, zdał sobie sprawę, że pułkownik J. Yimenu, na szczęście, jeszcze nie wrócił.
    
  "Agencie specjalny Smith, czy mógłby pan pójść do pana Purdue do Sacred Box?" - poinstruował Patricka.
    
  "Dlaczego?" Patrick zmarszczył brwi.
    
  Patrick natychmiast dostrzegł prawdę o intencjach swojego przełożonego. "Bo przecież ci to powiedziałem, Smith!" - ryknął wściekle, wyciągając pistolet. "Daj mi broń, Smith!"
    
  Perdue zamarł w bezruchu, unosząc ręce w geście poddania. Patrick był oszołomiony, ale mimo to posłuchał przełożonego. Jego dwaj podwładni wiercili się niepewnie, ale wkrótce się uspokoili, postanawiając schować broń i pozostać w bezruchu.
    
  "W końcu pokazujesz swoje prawdziwe oblicze, Karsten?" - zadrwił Perdue. Patrick zmarszczył brwi ze zmieszaniem. "Widzisz, Paddy, ten człowiek, którego znasz jako Joe Cartera, to tak naprawdę Joseph Karsten, przywódca austriackiej gałęzi Zakonu Czarnego Słońca".
    
  "O mój Boże" - mruknął Patrick. "Czemu mi nie powiedziałeś?"
    
  "Nie chcieliśmy, żebyś się w to mieszał, Patricku, dlatego trzymaliśmy cię w nieświadomości" - wyjaśnił Perdue.
    
  "Dobra robota, Davidzie" - jęknął Patrick. "Mógłbym tego uniknąć".
    
  "Nie, nie mogłeś tego zrobić!" krzyknął Karsten, a jego gruba, czerwona twarz drżała z kpiny. "Jest powód, dla którego ja jestem szefem brytyjskiego wywiadu wojskowego, a ty nie, chłopcze. Planuję z wyprzedzeniem i odrabiam pracę domową".
    
  "Chłopcze?" - zaśmiał się Perdue. "Przestań udawać, że jesteś godzien Szkotów, Karsten."
    
  "Karsten?" zapytał Patrick, marszcząc brwi i patrząc na Purdue.
    
  "Joseph Karsten, Patrick. Zakon Czarnego Słońca pierwszego stopnia i zdrajca, z którym sam Iskariot nie mógł się równać".
    
  Karsten wycelował swoją broń służbową prosto w Purdue, a jego ręka drżała gwałtownie. "Powinienem był cię wykończyć w domu twojej matki, ty uprzywilejowany termicie!" - syknął przez swoje grube, kasztanowe policzki.
    
  "Ale byłeś zbyt zajęty ucieczką, żeby ratować swoją matkę, prawda, ty nikczemny tchórzu" - powiedział spokojnie Perdue.
    
  "Zamknij się, zdrajco! Byłeś Renatusem, przywódcą Czarnego Słońca...!" krzyknął.
    
  "Domyślnie, nie z wyboru" - sprostował Perdue za Patricka.
    
  "...a ty postanowiłeś oddać całą tę władzę, by zamiast tego uczynić swoim życiowym celem zniszczenie nas. Nas! Wielki aryjski ród, pielęgnowany przez bogów, wybrany, by rządzić światem! Jesteś zdrajcą!" - ryknął Karsten.
    
  "Więc co zamierzasz zrobić, Karsten?" - zapytał Perdue, gdy austriacki szaleniec szturchnął Patricka w bok. "Zamierzasz mnie zastrzelić na oczach swoich agentów?"
    
  "Nie, oczywiście, że nie" - zaśmiał się Karsten. Szybko się odwrócił i wpakował po dwa pociski w każdego z członków personelu pomocniczego MI6 Patricka. "Nie będzie żadnych świadków. Ta złośliwość kończy się tutaj, na zawsze".
    
  Patrick poczuł mdłości. Widok jego martwych ludzi leżących na dnie jaskini w obcym kraju rozwścieczył go. Był odpowiedzialny za nich wszystkich! Powinien był wiedzieć, kim jest wróg. Ale Patrick szybko zdał sobie sprawę, że ludzie na jego miejscu nigdy nie mogą być pewni, jak potoczą się sprawy. Jedyne, co wiedział na pewno, to to, że teraz jest praktycznie martwy.
    
  "Yimenu wkrótce wróci" - oznajmił Karsten. "A ja wrócę do Wielkiej Brytanii, żeby odebrać twoją własność. W końcu tym razem nie zostaniesz uznany za zmarłego".
    
  "Pamiętaj tylko o jednym, Karsten" - odparł Perdue - "masz wiele do stracenia. Nie wiem. Ty też masz majątki".
    
  Karsten nacisnął spust pistoletu. "W co ty grasz?"
    
  Perdue wzruszył ramionami. Tym razem uwolnił się od strachu przed konsekwencjami tego, co miał zamiar powiedzieć, ponieważ pogodził się z losem, jaki go czekał. "Ty" - uśmiechnął się Perdue - "masz żonę i córki. Czy nie będą w domu w Salzkammergut o, och" - zaśpiewał Perdue, zerkając na zegarek - "około czwartej?"
    
  Oczy Karstena zrobiły się dzikie, nozdrza mu się rozszerzyły, a on wydał z siebie zduszony okrzyk skrajnej frustracji. Niestety, nie mógł zastrzelić Perdue, ponieważ musiało to wyglądać na wypadek, aby Karsten został oczyszczony z zarzutów, a Yimena i miejscowi mu uwierzyli. Dopiero wtedy Karsten mógł udawać ofiarę okoliczności, aby odwrócić uwagę od siebie.
    
  Perdue'owi bardzo podobało się oszołomione, przerażone spojrzenie Karstena, ale słyszał, jak Patrick ciężko oddycha obok niego. Współczuł swojemu najlepszemu przyjacielowi, Samowi, który po raz kolejny był na krawędzi śmierci z powodu swojej relacji z Perdue.
    
  "Jeśli coś stanie się mojej rodzinie, wyślę Clive'a, żeby umilił życie twojej dziewczynie, tej suce Gould... zanim on im to odbierze!" - ostrzegł Karsten, plując przez grube usta, a w jego oczach płonęła nienawiść i porażka. "Chodź, Ajo."
    
    
  31
  Lot z Vereta
    
    
  Karsten skierował się do wyjścia z tunelu, pozostawiając Perdue i Patricka w całkowitym oszołomieniu. Adjo podążył za Karstenem, ale zatrzymał się przy wejściu do tunelu, aby zadecydować o losie Perdue.
    
  "Co do cholery!" - warknął Patrick, gdy jego więź ze wszystkimi zdrajcami się skończyła. "Ty? Dlaczego ty, Ajo? Jak? Uratowaliśmy cię przed cholernym Czarnym Słońcem, a teraz jesteś ich ulubieńcem?"
    
  "Nie bierz tego do siebie, Smith-Efendi" - ostrzegł Ajo, opierając szczupłą, ciemną dłoń tuż pod kamiennym kluczem wielkości dłoni. "Ty, Perdue Efendi, mógłbyś to odebrać bardzo osobiście. Przez ciebie zginął mój brat Donkor. O mało nie zginąłem, żeby pomóc ci ukraść tę relikwię, a potem?" - zawył gniewnie, a jego pierś unosiła się z wściekłości. "Potem zostawiłeś mnie na pewną śmierć, zanim twoi wspólnicy mnie porwali i torturowali, żeby dowiedzieć się, gdzie jesteś! Znosiłem to wszystko dla ciebie, Efendi, podczas gdy ty z radością goniłeś za tym, co znalazłeś w tej Świętej Szkatułce! Masz wszelkie powody, by odbierać moją zdradę osobiście i mam nadzieję, że dziś wieczorem powoli zginiesz pod ciężkim kamieniem". Rozejrzał się po celi. "To miejsce, w którym zostałem przeklęty, żeby cię spotkać, i to miejsce, w którym przeklinam cię, żebyś został pochowany".
    
  "Boże, Davidzie, naprawdę wiesz, jak zdobywać przyjaciół" - mruknął Patrick obok niego.
    
  "Zbudowałeś dla niego tę pułapkę, prawda?" - domyślił się Perdue, a Ajo skinął głową, potwierdzając jego obawy.
    
  Na zewnątrz usłyszeli Karstena krzyczącego do pułkownika. Ludzie Yimena muszą uciekać. To był sygnał Ajo, który nacisnął pokrętło pod ręką, wywołując straszliwy grzmot w skale nad nimi. Kamienie podporowe, które Ajo starannie wzniósł na kilka dni przed spotkaniem w Edynburgu, zawaliły się. Zniknął w tunelu, biegnąc obok pękających ścian korytarza. Potknął się w nocnym powietrzu, już pokryty gruzem i pyłem po zawaleniu.
    
  "Oni wciąż są w środku!" krzyknął. "Inni zostaną zmiażdżeni! Musicie im pomóc!" Ajo złapał pułkownika za koszulę, udając, że desperacko go namawia. Ale pułkownik... Yimenu odepchnął go, powalając na ziemię. "Mój kraj jest pod wodą, zagraża życiu moich dzieci i staje się coraz bardziej destrukcyjny, a wy trzymacie mnie tu z powodu zawalenia się?" Yimenu zganił Ajo i Karstena, nagle tracąc zmysł dyplomatyczny.
    
  "Rozumiem, proszę pana" - odparł sucho Karsten. "Uważajmy ten niefortunny incydent za koniec katastrofy Relic. W końcu, jak pan powiedział, musi pan opiekować się dziećmi. Doskonale rozumiem, jak pilne jest ratowanie pańskiej rodziny".
    
  Po tych słowach Karsten i Adjo obserwowali pułkownika. Yimenu i jego kierowca odjechali w stronę różowawego blasku świtu na horyzoncie. Zbliżał się czas powrotu Świętej Skrzyni. Wkrótce lokalni robotnicy budowlani będą w dobrych nastrojach, wyczekując, jak im się zdawało, przybycia Perdue i planując spuścić porządne lanie siwowłosemu złoczyńcy, który splądrował skarby ich kraju.
    
  "Idź i sprawdź, czy dobrze się zawaliły, Ajo" - rozkazał Karsten. "Szybko, musimy iść".
    
  Ajo Kira pospieszył do wejścia na górę Yeha, aby upewnić się, że jej zawalenie jest całkowite i ostateczne. Nie widział, jak Karsten podąża jego śladem, a niestety, schylanie się, by ocenić sukces swojej pracy, kosztowało go życie. Karsten uniósł jeden z ciężkich kamieni nad głowę i uderzył nim Ajo w tył głowy, natychmiast go miażdżąc.
    
  "Nie ma świadków" - wyszeptał Karsten, otrzepując dłonie i kierując się w stronę ciężarówki Purdue. Za nim ciało Adjo Kiry zasłaniało luźne skały i gruz przed zawalonym wejściem. Zmiażdżona czaszka, zostawiająca groteskowy ślad na pustynnym piasku, bez wątpienia wyglądała jak kolejna ofiara lawiny skalnej. Karsten zawrócił w wojskowej ciężarówce Purdue "Dwa i pół" i pędził z powrotem do domu w Austrii, zanim wzbierające wody Etiopii zdołają go uwięzić.
    
  Dalej na południe Nina i Sam mieli mniej szczęścia. Cały region wokół jeziora Tana znalazł się pod wodą. Ludzie byli wściekli, panikując nie tylko z powodu powodzi, ale także z powodu niewytłumaczalnej natury wód. Rzeki i studnie płynęły bez żadnego źródła energii. Nie padał deszcz, ale z wyschniętych koryt rzek tryskały fontanny.
    
  Miasta na całym świecie ucierpiały z powodu przerw w dostawie prądu, trzęsień ziemi i powodzi, niszcząc ważne budynki. Siedziba ONZ, Pentagon, Sąd Najwyższy w Hadze i wiele innych instytucji odpowiedzialnych za porządek i postęp zostały zniszczone. Obawiano się, że pas startowy w Dansha może zostać uszkodzony, ale Sam miał nadzieję, ponieważ społeczność była wystarczająco daleko, aby jezioro Tana nie ucierpiało bezpośrednio. Było też na tyle daleko w głębi lądu, że minie trochę czasu, zanim dotrze do niego ocean.
    
  W upiornej mgle wczesnego świtu Sam ujrzał nocne zniszczenia w całej ich przerażającej rzeczywistości. Filmował pozostałości tragedii tak często, jak tylko mógł, starannie oszczędzając baterię w swojej kompaktowej kamerze wideo, jednocześnie z niepokojem oczekując na powrót Niny. Gdzieś w oddali wciąż słyszał dziwny brzęczący dźwięk, którego nie potrafił zidentyfikować, ale uznał go za rodzaj halucynacji słuchowych. Nie spał od ponad dwudziestu czterech godzin i odczuwał skutki zmęczenia, ale musiał czuwać, żeby Nina go znalazła. Poza tym ciężko pracowała i był jej winien to, żeby być przy niej, kiedy wróci, a nie to, czy w ogóle wróci. Porzucił negatywne myśli, które dręczyły go o jej bezpieczeństwie na jeziorze pełnym zdradliwych stworzeń.
    
  Przez pryzmat swojej wizji, współczuł mieszkańcom Etiopii, którzy zmuszeni byli opuścić swoje domy i życie, by przetrwać. Niektórzy gorzko płakali z dachów, inni opatrywali rany. Sam od czasu do czasu natykał się na unoszące się w powietrzu ciała.
    
  "Jezu Chryste" - mruknął - "to naprawdę koniec świata".
    
  Fotografował rozległy obszar wody, który zdawał się rozciągać bez końca przed jego oczami. Gdy wschodnie niebo zabarwiało horyzont na różowo i żółto, nie mógł nie zauważyć piękna tła, na którym rozgrywała się ta straszliwa sztuka. Spokojna woda przestała na chwilę wzburzać się i wypełniać jezioro, upiększając krajobraz; ptactwo zaludniło płynne lustro. Wiele z nich wciąż siedziało w swoich zbiornikach, łowiąc pożywienie lub po prostu pływając. Ale wśród nich tylko jedna mała łódź się poruszała - naprawdę się poruszała. Wyglądało na to, że to jedyny statek zmierzający dokądś, ku uciesze widzów na pozostałych łodziach.
    
  "Nina" - uśmiechnął się Sam. "Wiem, że to ty, kochanie!"
    
  Przybliżył widok na szybko poruszającą się łódź, słysząc irytujące wycie nieznanego dźwięku, ale kiedy soczewka wyregulowała się, by zapewnić lepszą widoczność, uśmiech Sama zniknął. "O mój Boże, Nina, co ty zrobiłaś?"
    
  Za nimi podążało pięć równie pospiesznych łodzi, spowolnionych jedynie przez przewagę Niny. Jej wyraz twarzy mówił sam za siebie. Panika i bolesny wysiłek wykrzywiały jej piękne rysy, gdy oddalała się od ścigających ją mnichów. Sam zeskoczył ze swojej grzędy w ratuszu i odkrył źródło dziwnego dźwięku, który go dezorientował.
    
  Z północy nadlatywały śmigłowce wojskowe, aby zabrać cywilów i przetransportować ich na suchy ląd dalej na południowy wschód. Sam naliczył około siedmiu śmigłowców, lądujących okresowo, aby zabrać ludzi z tymczasowych miejsc postoju. Jeden z nich, CH-47F Chinook, stał kilka przecznic dalej, podczas gdy pilot zbierał kilka osób do transportu lotniczego.
    
  Nina niemal dotarła do obrzeży miasta, z twarzą bladą i mokrą od zmęczenia i ran. Sam przedzierał się przez wzburzone wody, by dotrzeć do niej, zanim zdążyliby to zrobić mnisi podążający jej śladem. Znacznie zwolniła, ponieważ ręce zaczęły odmawiać jej posłuszeństwa. Sam używał rąk z całej siły, by się poruszać, pokonując dziury, ostre przedmioty i inne podwodne przeszkody, których nie mógł dostrzec.
    
  "Nina!" krzyknął.
    
  "Pomocy, Sam! Zwichnęłam ramię!" jęknęła. "Nic we mnie nie zostało. P-proszę, to tylko..." wyjąkała. Kiedy dotarła do Sama, wziął ją na ręce i odwróciwszy się, wślizgnął się do grupy budynków na południe od ratusza, szukając kryjówki. Za nimi mnisi krzyczeli, prosząc o pomoc w złapaniu złodziei.
    
  "O cholera, jesteśmy w poważnych tarapatach" - wychrypiał. "Dasz radę jeszcze uciec, Nina?"
    
  Jej ciemne oczy zatrzepotały, a ona jęknęła, ściskając dłoń. "Gdybyś tylko mógł to podłączyć z powrotem, naprawdę bym się postarała".
    
  Przez wszystkie lata pracy w terenie, filmowania i reportażu w strefach wojennych, Sam nauczył się cennych umiejętności od ratowników medycznych, z którymi współpracował. "Nie będę kłamał, kochanie" - ostrzegł. "To będzie bolało jak diabli".
    
  Gdy chętni mieszkańcy przedzierali się przez wąskie uliczki, by znaleźć Ninę i Sama, zmuszeni byli zachować ciszę podczas operacji wymiany barku u Niny. Sam podał jej swoją torbę, żeby mogła ugryźć pasek, a podczas gdy ich prześladowcy krzyczeli w wodzie, Sam nadepnął jej na klatkę piersiową jedną stopą, trzymając drżącą dłoń w obu.
    
  "Gotowa?" wyszeptał, ale Nina tylko zamknęła oczy i skinęła głową. Sam mocno szarpnął ją za ramię, powoli odsuwając je od siebie. Nina krzyczała z bólu pod plandeką, a łzy płynęły jej spod powiek.
    
  "Słyszę ich!" - krzyknął ktoś w swoim ojczystym języku. Sam i Nina nie musieli znać języka, żeby zrozumieć to stwierdzenie, więc delikatnie obrócił jej ramię, aż zrównało się z pierścieniem rotatorów, po czym zmiękło. Stłumiony krzyk Niny nie był wystarczająco głośny, by usłyszeli go szukający ich mnisi, ale dwóch mężczyzn już wspinało się po drabinie wystającej z wody, żeby ich znaleźć.
    
  Jeden z nich, uzbrojony w krótką włócznię, ruszył prosto na osłabione ciało Niny, celując w jej klatkę piersiową, ale Sam przechwycił kij. Uderzył go prosto w twarz, chwilowo pozbawiając przytomności, podczas gdy drugi napastnik zeskoczył z parapetu. Sam zamachnął się włócznią niczym baseballista, miażdżąc mężczyźnie kość policzkową. Mężczyzna, którego uderzył, oprzytomniał. Wyrwał włócznię Samowi i uderzył go w bok.
    
  "Sam!" - ryknęła Nina. "Głowa do góry!" Próbowała wstać, ale była zbyt słaba, więc rzuciła w niego jego berettą. Dziennikarz chwycił broń i jednym ruchem zanurzył głowę napastnika, trafiając go kulą w kark.
    
  "Musieli słyszeć strzał" - powiedział jej, naciskając na ranę kłutą. Na zalanych ulicach wybuchło zamieszanie, wśród ogłuszającego przelatywania wojskowych helikopterów. Sam wyjrzał ze swojej pozycji na wzniesieniu i zobaczył, że helikopter wciąż stoi.
    
  "Nina, czy możesz chodzić?" zapytał ponownie.
    
  Z trudem usiadła. "Mogę chodzić. Jaki jest plan?"
    
  "Sądząc po twojej hańbie, zakładam, że udało ci się zdobyć diamenty króla Salomona?"
    
  "Tak, w czaszce w moim plecaku" - odpowiedziała.
    
  Sam nie miał czasu zapytać o wzmiankę o czaszce, ale cieszył się, że wygrała. Przeszli do sąsiedniego budynku i czekali, aż pilot wróci do Chinooka, po czym cicho, kulejąc, ruszyli w jego stronę, podczas gdy uratowani mężczyźni zajmowali miejsca w kabinie. W pogoni za nimi przez wzburzone wody podążało nie mniej niż piętnastu mnichów z wyspy i sześciu mężczyzn z Vetery. Gdy drugi pilot przygotowywał się do zamknięcia drzwi, Sam przycisnął lufę pistoletu do skroni.
    
  "Naprawdę nie chcę tego robić, mój przyjacielu, ale musimy iść na północ i musimy to zrobić teraz!" Sam zaśmiał się cicho, trzymając Ninę za rękę i trzymając ją za sobą.
    
  "Nie! Nie możecie tego zrobić!" - zaprotestował ostro drugi pilot. Krzyki rozwścieczonych mnichów stawały się coraz głośniejsze. "Zostaliście w tyle!"
    
  Sam nie mógł pozwolić, by cokolwiek powstrzymało ich przed wejściem na pokład helikoptera i musiał udowodnić, że mówi poważnie. Nina spojrzała na rozwścieczony tłum rzucający w nich kamieniami, gdy się zbliżali. Kamień trafił Ninę w skroń, ale nie upadła.
    
  "Jezu!" krzyknęła, czując krew na palcach, tam gdzie dotknęła głowy. "Kamienujecie kobiety przy każdej okazji, wy pieprzeni prymitywni..."
    
  Strzał ją uciszył. Sam postrzelił drugiego pilota w nogę, ku przerażeniu pasażerów. Wycelował w mnichów, zatrzymując ich w miejscu. Nina nie widziała mnicha, którego uratowała, wśród nich, ale gdy szukała jego twarzy, Sam złapał ją i wciągnął do helikoptera wypełnionego przerażonymi pasażerami. Drugi pilot leżał jęcząc na podłodze obok niej, a ona odpięła mu pas bezpieczeństwa, żeby zabandażować nogę. W kokpicie Sam, trzymając pistolet, wykrzykiwał rozkazy do pilota, nakazując mu udać się na północ, do Dansha, do punktu spotkania.
    
    
  32
  Lot z Aksum
    
    
  U podnóża góry Yeha zebrało się kilku mieszkańców, przerażonych widokiem martwego egipskiego przewodnika, którego wszyscy znali z wykopalisk. Kolejnym szokującym wydarzeniem był dla nich kolosalny obryw skalny, który zamurował wnętrze góry. Nie wiedząc, co robić, grupa kopaczy, asystentów archeologicznych i mściwych mieszkańców zbadała nieoczekiwane zdarzenie, szepcząc między sobą, próbując ustalić, co dokładnie się wydarzyło.
    
  "Są tu głębokie ślady opon, więc stała tu ciężarówka" - zasugerował jeden z pracowników, wskazując na ślady w ziemi. "Stały tu dwa, może trzy pojazdy".
    
  "To może być po prostu Land Rover, którego Dr. Hessian używa co kilka dni" - zasugerował inny.
    
  "Nie, jest tam, dokładnie tam, gdzie go zostawił, zanim wczoraj pojechał do Mekele po nowe narzędzia" - odparł pierwszy pracownik, wskazując na Land Rovera odwiedzającego archeologa, zaparkowanego pod płóciennym dachem namiotu kilka metrów dalej.
    
  "Skąd więc będziemy wiedzieć, czy pudełko zostało zwrócone? To Ajo Kira. Nie żyje. Perdue go zabił i zabrał pudełko!" - krzyknął jeden z mężczyzn. "Dlatego zniszczyli kamerę!"
    
  Jego agresywna dedukcja wywołała spore poruszenie wśród mieszkańców okolicznych wiosek i namiotów w pobliżu wykopalisk. Niektórzy mężczyźni próbowali przemówić do rozsądku, ale większość pragnęła jedynie czystej zemsty.
    
  "Słyszałeś?" - zapytał Perdue Patricka, skąd wyszli ze wschodniego zbocza góry. "Próbują nas żywcem obedrzeć ze skóry, staruszku. Dasz radę biec na tej nodze?"
    
  "O cholera" - skrzywił się Patrick. "Mam złamaną kostkę. Patrz."
    
  Zawalenie się spowodowane przez Ajo nie zabiło dwóch mężczyzn, ponieważ Perdue pamiętał kluczowy element wszystkich projektów Ajo - wyjście do skrzynki pocztowej ukryte pod fałszywą ścianą. Na szczęście Egipcjanin opowiedział Perdue o starożytnych metodach konstruowania pułapek w Egipcie, szczególnie w starożytnych grobowcach i piramidach. W ten sposób Perdue, Ajo i brat Ajo, Donkor, uciekli ze Świętą Skrzynią.
    
  Pokryci zadrapaniami, koleinami i kurzem, Perdue i Patrick ostrożnie schowali się za kilkoma dużymi głazami u podnóża góry, aby uniknąć wykrycia. Patrick skulił się, gdy ostry ból w prawej kostce przeszywał go przy każdym gwałtownym ruchu.
    
  "Czy moglibyśmy... czy moglibyśmy zrobić sobie małą przerwę?" - zapytał Purdue. Siwowłosy naukowiec spojrzał na niego.
    
  "Słuchaj, kolego, wiem, że to cholernie boli, ale jeśli się nie pospieszymy, znajdą nas. Chyba nie muszę ci mówić, jaką bronią oni się posługują, prawda? Łopatami, kolcami, młotami..." - przypomniał Perdue swojemu towarzyszowi.
    
  "Wiem. Ten Landy jest dla mnie za daleko. Złapią mnie, zanim zrobię drugi krok" - przyznał. "Moja noga jest do bani. Śmiało, zwróć na siebie ich uwagę albo wyjdź i wezwij pomoc".
    
  "Bzdura" - odparł Perdue. "Złapiemy tego Landy'ego i wyniesiemy się stąd".
    
  "Jak proponujesz to zrobić?" - wykrztusił Patrick.
    
  Perdue wskazał na pobliskie narzędzia do kopania i uśmiechnął się. Patrick podążył za jego wzrokiem. Zaśmiałby się razem z Perdue, gdyby jego życie nie zależało od wyniku.
    
  "Nie ma mowy, Davidzie. Nie! Zwariowałeś?" wyszeptał głośno, uderzając Perdue'a w ramię.
    
  "Czy wyobrażasz sobie lepszy wózek inwalidzki tutaj, na żwirze?" - uśmiechnął się Perdue. "Bądź gotowy. Jak wrócę, pojedziemy do Landy".
    
  "I zakładam, że będziesz miał czas, żeby to podłączyć?" zapytał Patrick.
    
  Purdue wyciągnął swój mały, zaufany tablet, który stanowił kilka gadżetów w jednym.
    
  "Och, ty małej wiary" - uśmiechnął się do Patricka.
    
  Purdue zazwyczaj korzystał z funkcji podczerwieni i radaru lub używał go jako urządzenia komunikacyjnego. Jednak stale udoskonalał urządzenie, dodając nowe wynalazki i udoskonalając jego technologię. Pokazał Patrickowi mały przycisk z boku urządzenia. "Udar elektryczny. Mamy jasnowidza, Paddy".
    
  "Co on robi?" Patrick zmarszczył brwi, od czasu do czasu zerkając gdzieś poza Purdue, aby zachować czujność.
    
  "To uruchamia maszyny" - powiedział Perdue. Zanim Patrick zdążył pomyśleć nad odpowiedzią, Perdue zerwał się na równe nogi i pobiegł w stronę szopy na narzędzia. Poruszał się dyskretnie, pochylając swoje chude ciało do przodu, żeby nie zostać zauważonym.
    
  "Jak na razie wszystko w porządku, ty szalony draniu" - wyszeptał Patrick, patrząc, jak Perdue zabiera samochód. "Ale wiesz, że to narobi zamieszania, prawda?"
    
  Przygotowując się na zbliżający się pościg, Perdue wziął głęboki oddech i ocenił, jak daleko od niego i Patricka znajduje się tłum. "Jedziemy" - powiedział i nacisnął przycisk, aby uruchomić Land Rovera. Nie było na nim żadnych wskaźników poza tymi na desce rozdzielczej, ale niektórzy ludzie w pobliżu wejścia na górę słyszeli pracujący na biegu jałowym silnik. Perdue postanowił wykorzystać ich chwilowe zagubienie i ruszył w stronę Patricka z piskiem opon.
    
  "Skacz! Szybciej!" krzyknął do Patricka, gdy ten był już blisko. Agent MI6 rzucił się na samochód, prawie go przewracając swoją prędkością, ale adrenalina Purdue'a utrzymała go w miejscu.
    
  "Tam są! Zabić tych drani!" - ryknął mężczyzna, wskazując na dwóch mężczyzn pędzących w stronę Land Rovera samochodem.
    
  "Boże, mam nadzieję, że ma pełny bak!" - krzyknął Patrick, wbijając rozklekotany metalowy kubeł w drzwi pasażera terenówki. "Mój kręgosłup! Moje kości w tyłku, Purdue. Jezu, zabijasz mnie!" - to wszystko, co słyszał tłum, pędząc w stronę uciekających mężczyzn.
    
  Gdy dotarli do drzwi pasażera, Perdue rozbił szybę kamieniem i otworzył drzwi. Patrick próbował wydostać się z samochodu, ale zbliżający się szaleńcy przekonali go do użycia rezerw sił i rzucił się do środka. Ruszyli, kręcąc kołami i rzucając kamieniami w każdego, kto podszedł zbyt blisko. W końcu Perdue nacisnął pedał gazu i zbliżył się do bandy krwiożerczych miejscowych.
    
  "Ile mamy czasu, żeby dotrzeć do Dunsha?" - zapytał Perdue Patricka.
    
  "Za jakieś trzy godziny Sam i Nina mają się tam z nami spotkać" - poinformował go Patrick. Zerknął na wskaźnik paliwa. "O mój Boże! To nie przejedziemy dalej niż 200 kilometrów".
    
  "Nic nam nie będzie, dopóki będziemy oddalać się od ula Szatana, który depcze nam po piętach" - powiedział Perdue, wciąż zerkając w lusterko wsteczne. "Musimy skontaktować się z Samem i dowiedzieć się, gdzie są. Może uda im się sprowadzić Herkulesa bliżej, żeby nas zabrał. Boże, mam nadzieję, że jeszcze żyją".
    
  Patrick jęczał za każdym razem, gdy Land Rover wjeżdżał w dziurę lub szarpał przy zmianie biegów. Kostka go bolała, ale żył i tylko to się liczyło.
    
  "Od początku wiedziałeś o Carterze. Czemu mi nie powiedziałeś?" - zapytał Patrick.
    
  Mówiłem ci, że nie chcemy, żebyś był wspólnikiem. Gdybyś nie wiedział, nie mógłbyś być w to zamieszany.
    
  "A ta sprawa z jego rodziną? Wysłałeś kogoś, żeby się nimi też zajął?" - zapytał Patrick.
    
  "O mój Boże, Patrick! Nie jestem terrorystą. Blefowałem" - zapewnił go Perdue. "Musiałem go wyprowadzić z równowagi, a dzięki badaniom Sama i kreta w biurze Carstena... Cartera otrzymaliśmy informację, że jego żona i córki są w drodze do jego domu w Austrii".
    
  "Nie mogę w to kurwa uwierzyć" - odpowiedział Patrick. "Ty i Sam powinniście zostać agentami Jej Królewskiej Mości, rozumiecie? Jesteście szaleni, lekkomyślni i skryti do granic histerii, wy dwaj. A dr Gould jest tuż za wami".
    
  "No cóż, dziękuję, Patricku" - uśmiechnął się Perdue. "Ale my lubimy mieć swobodę, żeby, no wiesz, wykonywać brudną robotę po cichu".
    
  "Nie ma mowy", westchnął Patrick. "Kogo Sam wykorzystał jako kreta?"
    
  "Nie wiem" - odpowiedział Perdue.
    
  "David, kim do cholery jest ten kret? Nie uderzę go, zaufaj mi" - warknął Patrick.
    
  "Nie, naprawdę nie wiem" - upierał się Perdue. "Zwrócił się do Sama, gdy tylko odkrył, że Sam nieudolnie włamał się do osobistych plików Karstena. Zamiast go wrabiać, zaproponował, że dostarczy nam potrzebnych informacji pod warunkiem, że Sam ujawni, kim jest Karsten".
    
  Patrick przemyślał tę informację. Miała sens, ale po tej misji nie był już pewien, komu może ufać. "Czy "Kret" przekazał ci dane osobowe Karstena, w tym lokalizację jego posiadłości i tak dalej?"
    
  "Aż do grupy krwi" - powiedział Perdue z uśmiechem.
    
  "Jak jednak Sam planuje ujawnić Karstena? Mógłby legalnie posiadać tę nieruchomość, a jestem pewien, że szef wywiadu wojskowego wie, jak ukryć biurokratyczne procedury" - zasugerował Patrick.
    
  "Och, to prawda" - zgodził się Perdue. "Ale wybrał niewłaściwe węże, żeby bawić się z Samem, Niną i mną. Sam i jego kret włamali się do systemów komunikacji serwerowej, których Karsten używa dla własnych korzyści. Właśnie teraz alchemik odpowiedzialny za morderstwa diamentowe i globalne katastrofy zmierza do rezydencji Karstena w Salzkammergut".
    
  "Po co?" zapytał Patrick.
    
  "Karsten ogłosił, że ma diament na sprzedaż" - wzruszył ramionami Perdue. "Bardzo rzadki kamień szlachetny zwany Sudańskim Okiem. Podobnie jak kamienie szlachetne Celeste i Faraona, Sudańskie Oko może oddziaływać z dowolnym z mniejszych diamentów, które król Salomon stworzył po ukończeniu swojej Świątyni. Liczby pierwsze są potrzebne do uwolnienia każdej plagi związanej z Siedemdziesięcioma Dwójkami króla Salomona".
    
  "Fascynujące. A teraz to, czego tu doświadczamy, zmusza nas do ponownego przemyślenia naszego cynizmu" - zauważył Patrick. "Bez liczb pierwszych Magik nie może dokonać swojej diabolicznej alchemii?"
    
  Perdue skinął głową. "Nasi egipscy przyjaciele z Dragon Watchers poinformowali nas, że według ich zwojów magowie króla Salomona przypisali każdy kamień do konkretnego ciała niebieskiego" - przekazał. "Oczywiście tekst, który poprzedza znane pisma, głosi, że istniało dwustu upadłych aniołów, a siedemdziesięciu dwóch z nich zostało wezwanych przez Salomona. Właśnie tutaj wchodzą w grę mapy gwiazd przypisane do każdego diamentu".
    
  "Czy Karsten ma sudańskie oko?" zapytał Patrick.
    
  "Nie, mam go. To jeden z dwóch diamentów, które udało się pozyskać moim brokerom - odpowiednio od węgierskiej baronowej na skraju bankructwa i włoskiego wdowca, który chce zacząć nowe życie z dala od mafijnych krewnych. Możesz w to uwierzyć? Mam dwie z trzech liczb pierwszych. Druga, Celeste, jest w posiadaniu Czarodzieja".
    
  "I Karsten wystawił je na sprzedaż?" Patrick zmarszczył brwi, próbując ogarnąć to wszystko.
    
  "Sam zrobił to, korzystając z prywatnego adresu e-mail Karstena" - wyjaśnił Perdue. "Karsten nie ma pojęcia, że Czarodziej, pan Raya, przyjdzie kupić od niego kolejny diament najwyższej jakości".
    
  "Och, to dobrze!" Patrick uśmiechnął się, klaszcząc w dłonie. "Dopóki uda nam się dostarczyć pozostałe diamenty Mistrzowi Penekalowi i Ofarowi, Raya nie może sprawić żadnych niespodzianek. Modlę się do Boga, żeby Ninie i Samowi udało się je zdobyć".
    
  "Jak się skontaktować z Samem i Niną? Moje urządzenia zaginęły tam, w cyrku" - zapytał Patrick.
    
  "Proszę" - powiedział Perdue. "Przewiń w dół do imienia Sama i sprawdź, czy satelity nas połączą".
    
  Patrick zrobił to, o co prosił Perdue. Mały głośnik klikał nieregularnie. Nagle głos Sama zatrzeszczał cicho w głośniku: "Gdzieś ty, do cholery, był? Próbujemy się połączyć od godzin!"
    
  "Sam" - powiedział Patrick - "jedziemy z Aksum, pusto. Kiedy tam dotrzesz, czy mógłbyś nas odebrać, jeśli podamy ci współrzędne?"
    
  "Słuchaj, jesteśmy w poważnych tarapatach" - powiedział Sam. "Ja" - westchnął - "jakoś... oszukałem pilota i porwałem wojskowy śmigłowiec ratunkowy. Długa historia".
    
  "O mój Boże!" krzyknął Patrick, wyrzucając ręce w powietrze.
    
  "Właśnie wylądowali na lotnisku w Dansha, jakbym ich do tego zmusił, ale nas aresztują. Żołnierze są wszędzie, więc nie sądzę, żebyśmy mogli wam pomóc" - ubolewał Sam.
    
  W tle Perdue słyszał warkot helikoptera i krzyki ludzi. Dla niego brzmiało to jak strefa wojny. "Sam, dostałeś diamenty?"
    
  "Nina je dostała, ale teraz pewnie zostaną skonfiskowane" - powiedział Sam, brzmiąc na absolutnie nieszczęśliwego i wściekłego. "W każdym razie, potwierdź swoje współrzędne".
    
  Twarz Perdue'a wykrzywiła się w grymasie, jak zawsze, gdy próbował opracować plan wyjścia z opresji. Patrick wziął głęboki oddech. "Świeżo z deszczu pod rynnę".
    
    
  33
  Apokalipsa nad Salzkammergut
    
    
  W mżącym deszczu rozległe, zielone ogrody Karstena były nieskazitelnie piękne. W szarym całunie deszczu kolory kwiatów zdawały się niemal świetliste, a drzewa majestatycznie wznosiły się w bujnej okazałości. Jednak z jakiegoś powodu całe to naturalne piękno nie było w stanie stłumić unoszącego się w powietrzu ciężkiego poczucia straty i zagłady.
    
  "Boże, w jakim żałosnym raju żyjesz, Joseph" - zauważył Liam Johnson, parkując samochód pod zacienioną kępą brzóz i bujnych jodeł na wzgórzu nad posiadłością. "Zupełnie jak twój ojciec, Szatan".
    
  W dłoni trzymał małą torebkę z kilkoma cyrkoniami sześciennymi i jednym dość dużym kamieniem, które asystentka Purdue dostarczyła mu na prośbę szefa. Pod kierownictwem Sam, Liam odwiedził Raichtischusis dwa dni wcześniej, aby odebrać kamienie z prywatnej kolekcji Purdue. Atrakcyjna czterdziestokilkuletnia kobieta, która zarządzała finansami Purdue, była na tyle uprzejma, że powiadomiła Liama o zniknięciu certyfikowanych diamentów.
    
  "Ukradnij to, a obetnę ci jaja tępym obcinaczem do paznokci, dobrze?" - powiedziała urocza Szkotka do Liama, wręczając mu torbę, którą miał podrzucić do rezydencji Karstena. To było naprawdę miłe wspomnienie, bo ona również wyglądała na ten typ - trochę jak... Panna Moneypenny spotyka Amerykankę Mary.
    
  Znajdując się w łatwo dostępnej wiejskiej posiadłości, Liam przypomniał sobie, jak uważnie studiował plany domu, aby trafić do gabinetu, w którym Karsten załatwiał wszystkie swoje tajne sprawy. Na zewnątrz słychać było pracowników ochrony średniego szczebla rozmawiających z gospodynią. Żona i córki Karstena przybyły dwie godziny wcześniej i wszystkie trzy udały się do swoich sypialni, żeby się przespać.
    
  Liam wszedł do małego przedsionka na końcu wschodniego skrzydła pierwszego piętra. Z łatwością otworzył zamek gabinetu i dał swojej świcie kolejnego szpiega, zanim wszedł do środka.
    
  "O cholera!" wyszeptał, wpychając się do środka, niemal zapominając o obserwowaniu kamer. Liam poczuł skurcz żołądka, zamykając za sobą drzwi. "Nazistowski Disneyland!" wyszeptał pod nosem. "O mój Boże, wiedziałem, że coś kombinujesz, Carter, ale to? To jest pikuś z wyższej półki!"
    
  Całe biuro było udekorowane nazistowskimi symbolami, obrazami Himmlera i Göringa oraz kilkoma popiersiami innych wysoko postawionych dowódców SS. Na ścianie za jego krzesłem wisiał transparent. "Nie ma mowy! Order Czarnego Słońca" - potwierdził Liam, podchodząc bliżej do makabrycznego symbolu wyszytego czarną jedwabną nicią na czerwonym atłasie. Najbardziej niepokojące dla Liama były powtarzające się nagrania z ceremonii wręczania nagród organizowanych przez partię nazistowską w 1944 roku, które stale wyświetlały się na płaskim ekranie. Nieumyślnie obraz przekształcił się w kolejny obraz, tym razem przedstawiający odrażającą twarz Yvette Wolff, córki SS-Obergruppenführera Karla Wolffa. "To ona" - mruknął cicho Liam. "Matka".
    
  Weź się w garść, dzieciaku, namawiał go wewnętrzny głos Liama. Nie chcesz przecież spędzić ostatniej chwili w tej dziurze, prawda?
    
  Dla doświadczonego specjalisty od operacji tajnych i eksperta od szpiegostwa technologicznego, takiego jak Liam Johnson, włamanie się do sejfu Karstena było dziecinnie proste. W środku Liam znalazł kolejny dokument z symbolem Czarnego Słońca - oficjalne memorandum dla wszystkich członków, stwierdzające, że Zakon wytropił wygnanego egipskiego masona Abdula Rayę. Karsten i jego wysoko postawieni koledzy zorganizowali uwolnienie Rayi z tureckiego sanatorium po tym, jak badania ujawniły jego działalność podczas II wojny światowej.
    
  Sam jego wiek i fakt, że wciąż żył i miał się dobrze, były niezrozumiałymi cechami, które fascynowały Black Sun. W przeciwległym rogu pokoju Liam zainstalował również monitor CCTV z dźwiękiem, podobny do osobistych kamer Karstena. Jedyna różnica polegała na tym, że ten wysyłał wiadomości do służb bezpieczeństwa Joe Cartera, gdzie mogły być łatwo przechwytywane przez Interpol i inne agencje rządowe.
    
  Misja Liama była starannie zaplanowaną operacją mającą na celu zdemaskowanie zdradzieckiego przywódcy MI6 i ujawnienie jego pilnie strzeżonej tajemnicy na żywo w telewizji, tuż po tym, jak Purdue ją ujawnił. W połączeniu z informacjami uzyskanymi przez Sama Cleave'a na potrzeby jego ekskluzywnego reportażu, reputacja Joe Cartera znalazła się w poważnym niebezpieczeństwie.
    
  "Gdzie oni są?" - piskliwy głos Karstena rozbrzmiał echem po domu, przestraszając zbliżającego się intruza z MI6. Liam szybko umieścił woreczek z diamentami w sejfie i zamknął go tak szybko, jak tylko mógł.
    
  "Kto, proszę pana?" zapytał oficer ochrony.
    
  "Moja żona! M-m-moje córki, jesteście pieprzonymi idiotkami!" - warknął, a jego głos niósł się przez drzwi biura i jęczał aż po schodach. Liam słyszał interkom obok zapętlonego nagrania na monitorze w biurze.
    
  "Panie Karsten, jest tu mężczyzna, który chce się z panem widzieć. Czy nazywa się Abdul Raya?" - rozległ się głos z interkomów w budynku.
    
  "Co?" - pisk Karstena dobiegł z góry. Liam mógł się tylko śmiać ze swojej udanej pracy nad ramą. "Nie mam z nim umówionego spotkania! Powinien być w Brugii i siać spustoszenie!"
    
  Liam skradał się w stronę drzwi biura, nasłuchując sprzeciwów Karstena. W ten sposób mógł namierzyć miejsce pobytu zdrajcy. Agent MI6 wymknął się przez okno toalety na drugim piętrze, aby ominąć główne pomieszczenia, w których przebywali teraz paranoiczni ochroniarze. Śmiejąc się, odbiegł od złowrogich murów przerażającego raju, gdzie za chwilę miała dojść do straszliwej konfrontacji.
    
  "Oszalałaś, Raya? Od kiedy mam diamenty na sprzedaż?" - warknął Karsten, stojąc w drzwiach swojego biura.
    
  "Panie Karsten, skontaktował się pan ze mną, proponując sprzedaż sudańskiego kamienia oka" - odpowiedział spokojnie Raya, a jego czarne oczy błyszczały.
    
  "Sudańskie Oko? O czym ty, w imię wszystkiego, co święte, mówisz?" syknął Karsten. "Nie uwolniliśmy cię po to, Raya! Uwolniliśmy cię, żebyś wykonywała nasze rozkazy, żebyś rzuciła świat na kolana! A teraz przychodzisz i zawracasz mi głowę tymi absurdalnymi bzdurami?"
    
  Raya wykrzywił usta, odsłaniając ohydne zęby, gdy podszedł do tłustej świni, która mówiła do niego z góry. "Uważaj, kogo traktujesz jak psa, panie Karsten. Myślę, że pan i pańska organizacja zapomnieliście, kim jestem!" - wrzasnął Raya. "Jestem wielkim mędrcem, czarownikiem odpowiedzialnym za plagę szarańczy w Afryce Północnej w 1943 roku, przysługą, którą wyświadczyłem wojskom nazistowskim wobec sił alianckich stacjonujących na tej zapomnianej przez Boga, jałowej ziemi, gdzie przelewano krew!"
    
  Karsten odchylił się na krześle, obficie się pocąc. "Ja... ja nie mam żadnych diamentów, panie Raya, przysięgam!"
    
  "Udowodnij to!" - wychrypiała Raya. "Pokażcie mi swoje sejfy i skrzynie. Jeśli nic nie znajdę, a wy zmarnujecie mój cenny czas, wywrócę was na lewą stronę, póki jeszcze żyjecie".
    
  "O mój Boże!" - zawył Karsten, zataczając się w stronę sejfu. Jego wzrok padł na portret matki, wpatrującej się w niego intensywnie. Przypomniały mu się słowa Perdue o jego bezpłciowej ucieczce, o porzuceniu staruszki, gdy jej dom został napadnięty, by uratować Perdue. Przecież gdy wieść o jej śmierci dotarła do Zakonu, pojawiły się już pytania o okoliczności, skoro Karsten był z nią tamtej nocy. Jak to możliwe, że on uciekł, a ona nie? Czarne Słońce było organizacją zła, ale wszyscy jej członkowie byli mężczyznami i kobietami o potężnym intelekcie i potężnych środkach.
    
  Kiedy Karsten otworzył swój sejf w względnym bezpieczeństwie, ogarnęła go przerażająca wizja. Kilka diamentów błysnęło z porzuconej torby w ciemności sejfu. "To niemożliwe" - powiedział. "To niemożliwe! To nie moje!"
    
  Rayya odepchnął drżącego głupca na bok i zebrał diamenty w jego dłoni. Potem odwrócił się do Karstena z lodowatym grymasem. Jego wychudzona twarz i czarne włosy nadawały mu wygląd zwiastuna śmierci, być może samego Żniwiarza. Karsten wezwał swoją ochronę, ale nikt nie odpowiedział.
    
    
  34
  Najlepsze sto funtów
    
    
  Kiedy Chinook wylądował na opuszczonym pasie startowym pod Danshą, przed samolotem Hercules, który Purdue wynajął na trasę po Etiopii, zaparkowano trzy wojskowe jeepy.
    
  "Jesteśmy w kropce" - mruknęła Nina, wciąż ściskając ranną nogę pilota zakrwawionymi dłońmi. Jego zdrowiu nic nie zagrażało, ponieważ Sam wycelował w zewnętrzną część jego uda, pozostawiając go jedynie z niewielką raną. Otworzyły się boczne drzwi i cywile zostali uwolnieni, zanim żołnierze przybyli po Ninę. Sam został już rozbrojony i wrzucony na tylne siedzenie jednego z jeepów.
    
  Skonfiskowali dwie torby, które mieli Sam i Nina, i założyli im kajdanki.
    
  "Myślicie, że możecie wjechać do mojego kraju i kraść?" - krzyknął na nich kapitan. "Myślicie, że możecie używać naszego patrolu lotniczego jako swojej osobistej taksówki? Hej?"
    
  "Słuchaj, to będzie tragedia, jeśli wkrótce nie dotrzemy do Egiptu!" Sam próbował to wytłumaczyć, ale dostał za to cios w brzuch.
    
  "Proszę, posłuchajcie!" - błagała Nina. "Musimy dotrzeć do Kairu, żeby powstrzymać powodzie i przerwy w dostawie prądu, zanim cały świat się zawali!"
    
  "Czemu nie powstrzymać trzęsień ziemi od razu, co?" Kapitan zadrwił z niej, ściskając smukłą szczękę Niny swoją szorstką dłonią.
    
  "Kapitanie Ifili, zabierz ręce z tej kobiety!" - rozkazał męski głos, nakłaniając kapitana do natychmiastowego wykonania polecenia. "Puść ją. I mężczyznę też".
    
  "Z całym szacunkiem, proszę pana" - powiedział kapitan, nie odstępując Niny od tematu - "ona obrabowała klasztor, a potem ten niewdzięcznik" - warknął, kopiąc Sama - "miał czelność porwać nasz helikopter ratunkowy".
    
  "Wiem doskonale, co zrobił, Kapitanie, ale jeśli nie wydasz ich natychmiast, postawię cię przed sądem wojskowym za niesubordynację. Mogę być na emeryturze, ale nadal jestem największym sponsorem Armii Etiopskiej" - ryknął mężczyzna.
    
  "Tak, proszę pana" - odpowiedział kapitan, gestem dając mężczyznom znak, by uwolnili Sama i Ninę. Kiedy odsunął się na bok, Nina nie mogła uwierzyć, kto ją uratował. "Pułkownik Yimenu?"
    
  Jego osobista świta, w sumie czterech ludzi, czekała obok niego. "Twój pilot poinformował mnie o celu twojej wizyty w Tana Kirkos, doktorze Gould" - powiedział Yimenu do Niny. "A ponieważ jestem twoim dłużnikiem, nie mam innego wyboru, jak tylko otworzyć ci drogę do Kairu. Zostawię do twojej dyspozycji dwóch moich ludzi, wraz z certyfikatem bezpieczeństwa na operacje z Etiopii, przez Erytreę i Sudan, do Egiptu".
    
  Nina i Sam wymienili spojrzenia pełne konsternacji i niedowierzania. "Yyy, dziękuję, pułkowniku" - powiedziała ostrożnie. "Ale czy mogę zapytać, dlaczego nam pomagasz? Nie jest tajemnicą, że oboje jesteśmy po złej stronie łóżka".
    
  "Pomimo pańskiego fatalnego osądu mojej kultury, doktorze Gould, i pańskich brutalnych ataków na moją prywatność, uratował pan życie mojemu synowi. Za to nie mogę nie rozgrzeszyć pana z wszelkiej zemsty, jaką mogłem mieć przeciwko panu" - przyznał pułkownik Yimenu.
    
  "O mój Boże, teraz czuję się fatalnie" - mruknęła.
    
  "Przepraszam?" zapytał.
    
  Nina uśmiechnęła się i wyciągnęła do niego rękę. "Powiedziałam, że chciałabym cię przeprosić za moje założenia i ostre słowa".
    
  "Uratowałeś kogoś?" zapytał Sam, wciąż nie mogąc otrząsnąć się po ciosie w brzuch.
    
  Pułkownik Yimenu spojrzał na dziennikarza, pozwalając mu wycofać zeznania. "Uratowała mojego syna przed niechybnym utonięciem, gdy klasztor został zalany. Wielu zginęło zeszłej nocy, a mój Cantu byłby wśród nich, gdyby dr Gould nie wyciągnął go z wody. Zadzwonił do mnie, gdy miałem dołączyć do pana Perdue i innych w środku góry, aby nadzorować wydobycie Świętej Szkatuły, nazywając ją Aniołem Salomona. Powiedział mi jej imię i że ukradła czaszkę. Powiedziałbym, że to nie jest zbrodnia zasługująca na karę śmierci".
    
  Sam spojrzał na Ninę ponad wizjerem swojej kompaktowej kamery wideo i mrugnął. Lepiej byłoby, gdyby nikt nie wiedział, co kryje się w czaszce. Wkrótce potem Sam wyruszył z jednym z ludzi Yimenu, aby odebrać Perdue i Patricka, gdzie w ich skradzionym Land Roverze skończył się olej napędowy. Udało im się przejechać ponad połowę drogi, zanim się zatrzymali, więc samochód Sama nie potrzebował dużo czasu, aby ich odnaleźć.
    
    
  Trzy dni później
    
    
  Za pozwoleniem Yimena grupa wkrótce dotarła do Kairu, gdzie Herkules w końcu wylądował w pobliżu Uniwersytetu. "Anioł Salomona, co?" - zażartował Sam. "Ale powiedz mi, proszę?"
    
  "Nie mam pojęcia" - uśmiechnęła się Nina, wchodząc w starożytne mury sanktuarium Strażników Smoków.
    
  "Widziałeś wiadomości?" - zapytał Perdue. "Znaleźli rezydencję Karstena całkowicie opuszczoną, z wyjątkiem zaschniętego ognia, który strawił ściany. Oficjalnie zaginął, podobnie jak jego rodzina".
    
  "A te diamenty, które on... włożył do sejfu?" zapytał Sam.
    
  "Zniknęły" - odpowiedział Perdue. "Albo Czarodziej je zabrał, nie zdając sobie od razu sprawy, że są fałszywe, albo Czarne Słońce zabrało je, gdy przyszły po zdrajcę, by odpowiedzieć za porzucenie przez matkę".
    
  "W jakiej postaci Czarodziej go zostawił" - skrzywiła się Nina. "Słyszałaś, co zrobił Madame Chantal, jej asystentce i gospodyni tamtej nocy. Bóg jeden wie, co zaplanował dla Karstena".
    
  "Cokolwiek stanie się z tą nazistowską świnią, jestem z tego powodu zachwycony i wcale mi z tego powodu nie jest przykro" - powiedział Perdue. Wspięli się na ostatni poziom, wciąż odczuwając skutki bolesnej podróży.
    
  Po wyczerpującej podróży powrotnej do Kairu Patrick został przyjęty do lokalnej kliniki w celu nastawienia stawu skokowego. Pozostał w hotelu, podczas gdy Perdue, Sam i Nina weszli po schodach do obserwatorium, gdzie czekali na niego mistrzowie Penekal i Ofar.
    
  "Witamy!" - zawołał Ofar, składając ręce. "Słyszałem, że możesz mieć dla nas dobre wieści?"
    
  "Mam taką nadzieję, bo w przeciwnym razie jutro znajdziemy się pod pustynią, a nad nami będzie ocean" - cyniczny pomruk Penekala dobiegał z wysokości, gdzie patrzył przez teleskop.
    
  "Wygląda na to, że przeżyliście kolejną wojnę światową" - zauważył Ofar. "Mam nadzieję, że nie odnieśliście poważnych obrażeń".
    
  "Zostawią blizny, Mistrzu Ofarze" - powiedziała Nina - "ale wciąż żyjemy i mamy się dobrze".
    
  Całe obserwatorium było udekorowane zabytkowymi mapami, gobelinami tkackimi i starymi instrumentami astronomicznymi. Nina usiadła na sofie obok Ofara i otworzyła torbę, a naturalne światło żółtego popołudniowego nieba rozświetliło całe pomieszczenie, tworząc magiczną atmosferę. Kiedy pokazała kamienie, dwaj astronomowie natychmiast wyrazili aprobatę.
    
  "To są prawdziwe diamenty króla Salomona" - uśmiechnął się Penekal. "Bardzo wam wszystkim dziękuję za pomoc".
    
  Ofar spojrzał na Perdue. "Ale czy nie zostały obiecane profesorowi Imru?"
    
  "Czy mógłbyś zaryzykować i zostawić je do jego dyspozycji, wraz ze znanymi mu rytuałami alchemicznymi?" - zapytał Perdue Ofara.
    
  "Absolutnie nie, ale myślałem, że tak stanowi twoja umowa" - powiedział Ofar.
    
  "Profesor Imru dowie się, że Joseph Karsten ukradł je nam, kiedy próbował nas zabić na Górze Yeha, więc nie będziemy mogli ich odzyskać, rozumiesz?" - wyjaśnił Perdue z wielkim rozbawieniem.
    
  "Żebyśmy mogli przechowywać je tutaj, w naszych skarbcach, by udaremnić każdą kolejną złowrogą alchemię?" zapytał Ofar.
    
  "Tak, proszę pana" - potwierdził Perdue. "Nabyłem dwa z trzech zwykłych diamentów w ramach prywatnej sprzedaży w Europie i, jak pan wie, zgodnie z warunkami umowy, to, co kupiłem, pozostaje moje".
    
  "W porządku" - powiedział Penecal. "Wolałbym, żebyś je zatrzymał dla siebie. W ten sposób liczby pierwsze będą oddzielone od..." - szybko ocenił diamenty - "...pozostałych sześćdziesięciu dwóch diamentów króla Salomona".
    
  "Czyli Czarodziej użył już dziesięciu, żeby wywołać zarazę?" zapytał Sam.
    
  "Tak" - potwierdził Ofar. "Używając jednej liczby pierwszej, "Celeste". Ale zostały już wydane, więc nie może zrobić nic złego, dopóki nie zdobędzie ich i dwóch liczb pierwszych pana Perdue".
    
  "Dobry występ" - powiedział Sam. "A teraz twój alchemik zniszczy plagi?"
    
  "Nie po to, by cofnąć, ale by powstrzymać postępujące szkody, chyba że Czarodziej położy na nich ręce, zanim nasz alchemik zmieni ich skład, pozbawiając ich mocy" - odpowiedział Penekal.
    
  Ofar chciał zmienić drażliwy temat. "Słyszałem, że nakręcił pan cały reportaż o korupcyjnych wpadkach w MI6, panie Cleave".
    
  "Tak, leci w poniedziałek" - powiedział dumnie Sam. "Musiałem zmontować i opowiedzieć całość od nowa w dwa dni, bo byłem ranny nożem".
    
  "Doskonała robota" - uśmiechnął się Penecal. "Zwłaszcza jeśli chodzi o sprawy wojskowe, kraj nie powinien być pozostawiony w niewiedzy... że tak powiem". Spojrzał na Kair, wciąż pozbawiony władzy. "Ale teraz, gdy zaginiony szef MI6 będzie pokazywany w międzynarodowej telewizji, kto zajmie jego miejsce?"
    
  Sam uśmiechnął się szeroko: "Wygląda na to, że agent specjalny Patrick Smith dostanie awans za wybitne osiągnięcia w doprowadzeniu Joe Cartera przed oblicze sprawiedliwości. Płk Yimena również poparł go za nienaganną grę przed kamerami".
    
  "To wspaniale" - ucieszył się Ofar. "Mam nadzieję, że nasz alchemik się pospieszy" - westchnął w myślach. "Mam złe przeczucie, kiedy się spóźnia".
    
  "Zawsze masz złe przeczucia, gdy ktoś się spóźnia, mój stary przyjacielu" - powiedział Penecal. "Za bardzo się martwisz. Pamiętaj, życie jest nieprzewidywalne".
    
  "To zdecydowanie dla nieprzygotowanych" - dobiegł ich nieprzyjemny głos ze szczytu schodów. Wszyscy się odwrócili, czując, jak powietrze przesiąknięte jest złowrogą chłodem.
    
  "O mój Boże!" wykrzyknął Perdue.
    
  "Kto tam?" zapytał Sam.
    
  "To... to... jest mędrzec!" - odpowiedział Ofar, potrząsając i chwytając się za pierś. Penekal stanął przed swoim przyjacielem, tak jak Sam przed Niną. Perdue stanął przed wszystkimi.
    
  "Czy będziesz moim przeciwnikiem, wysoki mężczyźnie?" zapytał uprzejmie Magik.
    
  "Tak" - odpowiedział Perdue.
    
  "Purdue, co ty wyprawiasz?" syknęła Nina z przerażeniem.
    
  "Nie rób tego" - powiedział Sam Perdue, kładąc mu mocno dłoń na ramieniu. "Nie możesz być męczennikiem z poczucia winy. Ludzie sami wybierają, żeby ci robić krzywdę, pamiętaj. To my wybieramy!"
    
  "Straciłam cierpliwość, a moja droga została wystarczająco opóźniona przez podwójną porażkę tej świni w Austrii" - warknęła Raya. "A teraz oddajcie Kamienie Salomona, albo obedrę was żywcem ze skóry".
    
  Nina trzymała diamenty za plecami, nieświadoma, że to nadprzyrodzone stworzenie je wyczuwa. Z niewiarygodną siłą odrzucił Perdue i Sama na bok i sięgnął po Ninę.
    
  "Połamię ci każdą kość w małym ciele, Jezebel" - warknął, obnażając te okropne zęby w twarz Niny. Nie mogła się bronić, zaciskając dłonie na diamentach.
    
  Z przerażającą siłą chwycił Ninę i obrócił ją. Przywarła plecami do jego brzucha, a on przyciągnął ją bliżej, żeby uwolnić jej ręce.
    
  "Nina! Nie dawaj mu ich!" warknął Sam, podnosząc się na nogi. Perdue podkradał się do nich z drugiej strony. Nina krzyknęła z przerażenia, jej ciało drżało w przerażającym uścisku Maga, gdy jego pazur boleśnie ścisnął jej lewą pierś.
    
  Wyrwał mu się dziwny krzyk, który przerodził się w jęk przeraźliwej agonii. Ofar i Penekal cofnęli się, a Perdue przestał się czołgać, żeby zbadać sytuację. Nina nie mogła mu uciec, ale jego uścisk szybko osłabł, a pisk stał się głośniejszy.
    
  Sam zmarszczył brwi, zdezorientowany, nie mając pojęcia, co się dzieje. "Nina! Nina, co się dzieje?"
    
  Ona tylko pokręciła głową i bezgłośnie powiedziała: Nie wiem.
    
  Wtedy Penekal zebrał się na odwagę, by obejść go dookoła i sprawdzić, co dzieje się z wrzeszczącym Czarodziejem. Jego oczy rozszerzyły się, gdy zobaczył, jak usta wysokiego, szczupłego mędrca rozchylają się wraz z powiekami. Jego dłoń spoczęła na piersi Niny, złuszczając skórę niczym porażony prądem. Zapach palonego ciała wypełnił pomieszczenie.
    
  Ofar krzyknął i wskazał na klatkę piersiową Niny: "To ślad na jej skórze!"
    
  "Co?" zapytał Penecal, przyglądając się uważniej. Zauważył, o czym mówi jego przyjaciel, i jego twarz się rozjaśniła. "Znak doktora Goulda niszczy Mędrca! Patrz! Patrz" - uśmiechnął się - "to Pieczęć Salomona!"
    
  "Co?" zapytałem. "Perdue zapytał, wyciągając ręce do Niny.
    
  "Pieczęć Salomona!" powtórzył Penecal. "Pułapka na demony, broń przeciwko demonom, podobno dana Salomonowi przez Boga".
    
  W końcu nieszczęsny alchemik padł na kolana, martwy i wyniszczony. Jego ciało osunęło się na podłogę, pozostawiając Ninę bez szwanku. Wszyscy mężczyźni przez chwilę stali w osłupieniu i milczeniu.
    
  "To były najlepiej wydane sto funtów w moim życiu" - stwierdziła Nina rzeczowo, głaszcząc swój tatuaż na kilka sekund przed zemdleniem.
    
  "Najlepszego momentu nigdy nie nakręciłem" - ubolewał Sam.
    
  Właśnie gdy wszyscy zaczynali dochodzić do siebie po niewiarygodnym szaleństwie, którego właśnie byli świadkami, alchemik wyznaczony przez Penecala wszedł na górę. Zupełnie obojętnym tonem oznajmił: "Przepraszam za spóźnienie. Remont w Talinki's Fish & Chips opóźnił mój obiad. Ale teraz mam pełny brzuch i jestem gotowy ratować świat".
    
    
  ***KONIEC***
    
    
    
    
    
    
    
    
    
    
    
  Preston W. Child
  Zwoje Atlantydy
    
    
  Prolog
    
    
    
  Serapeum, świątynia - 391 r. n.e.
    
    
  Złowieszczy podmuch wiatru zerwał się znad Morza Śródziemnego, przerywając ciszę, która zapadła nad spokojną Aleksandrią. W środku nocy na ulicach widać było jedynie lampy oliwne i blask ognisk, gdy pięć postaci przebranych za mnichów szybko przemieszczało się przez miasto. Z wysokiego, kamiennego okna chłopiec, ledwo wkraczający w wiek nastoletni, obserwował ich, jak idą, niemi, jak to zwykle bywa u mnichów. Przyciągnął matkę bliżej i wskazał na nich.
    
  Uśmiechnęła się i zapewniła go, że idą na pasterkę do jednego z miejskich kościołów. Duże, brązowe oczy chłopca podążały za maleńkimi punkcikami pod nim, zafascynowane, śledząc ich cienie, gdy czarne, wydłużone kształty wydłużały się za każdym razem, gdy mijały ogień. Wyraźnie widział jedną osobę, skrywającą coś pod ubraniem, coś konkretnego, czego kształtu nie mógł dostrzec.
    
  Była łagodna, późnoletnia noc, ulice zatłoczone ludźmi, ciepłe światła odbijały wesołość. Nad nimi migotały gwiazdy na czystym niebie, a w dole potężne statki handlowe wznosiły się niczym oddechowe olbrzymy na wznoszących się i opadających falach wzburzonego morza. Co jakiś czas wybuch śmiechu lub brzęk rozbitego dzbana z winem przerywały atmosferę niepokoju, ale chłopiec zdążył się do tego przyzwyczaić. Lekki wietrzyk musnął jego ciemne włosy, gdy pochylił się nad parapetem, by lepiej przyjrzeć się tajemniczej grupie świętych mężów, którymi był tak oczarowany.
    
  Gdy dotarli do kolejnego skrzyżowania, zobaczył, jak nagle się rozbiegają, choć z tą samą prędkością, w różnych kierunkach. Chłopiec zmarszczył brwi, zastanawiając się, czy każdy z nich uczestniczy w innej ceremonii w innej części miasta. Jego matka rozmawiała z gośćmi i kazała mu iść spać. Zafascynowany dziwnymi ruchami świętych mężów, chłopiec włożył własną szatę i przemknął obok rodziny i ich gości do głównej sali. Boso zszedł po szerokich kamiennych schodach na mur, na ulicę poniżej.
    
  Postanowił podążyć za jednym z tych mężczyzn i zobaczyć, co to za dziwna formacja. Mnisi znani byli z tego, że podróżowali w grupach i razem uczestniczyli we mszy. Z sercem przepełnionym niejednoznaczną ciekawością i bezpodstawnym pragnieniem przygód, chłopiec podążył za jednym z mnichów. Postać w szacie minęła kościół, w którym chłopiec i jego rodzina często odprawiali nabożeństwa jako chrześcijanie. Ku swojemu zaskoczeniu chłopiec zauważył, że droga, którą podążał mnich, prowadziła do pogańskiej świątyni, Świątyni Serapisa. Strach przeszył jego serce na myśl o postawieniu stopy na ziemi, na której znajduje się pogańskie miejsce kultu, ale jego ciekawość tylko wzrosła. Musiał dowiedzieć się, dlaczego.
    
  Po drugiej stronie cichej alejki majestatyczna świątynia rozciągała się w pełnym widoku. Wciąż depcząc po piętach złodziejskiemu mnichowi, chłopiec z zapałem podążał za jego cieniem, mając nadzieję pozostać blisko męża Bożego w takiej chwili. Serce waliło mu z podziwu przed świątynią, gdzie słyszał, jak rodzice opowiadają o chrześcijańskich męczennikach, których poganie tam trzymali, by wzbudzić rywalizację w umysłach papieża i króla. Chłopiec żył w czasach wielkich wstrząsów, kiedy nawracanie pogaństwa na chrześcijaństwo było widoczne na całym kontynencie. W Aleksandrii nawrócenie stało się krwawe, a on bał się nawet zbliżyć do tak potężnego symbolu, samej siedziby pogańskiego boga Serapisa.
    
  Widział dwóch innych mnichów na bocznych uliczkach, ale oni po prostu czuwali. Podążył za postacią w szacie w głąb płaskiej, kwadratowej fasady potężnej budowli, niemal tracąc go z oczu. Chłopiec nie był tak szybki jak mnich, ale w ciemności mógł podążać za nim. Przed nim rozciągał się rozległy dziedziniec, a na nim wznosiła się wysoka budowla na majestatycznych kolumnach, symbolizująca pełnię splendoru świątyni. Kiedy zdumienie chłopca opadło, zdał sobie sprawę, że jest sam i zgubił ślad świętego męża, który go tu przyprowadził.
    
  Jednak, gnany fantastycznym zakazem, którego doświadczał, podnieceniem, jakie mogło zapewnić tylko to, co zakazane, pozostał. W pobliżu słychać było głosy, a dwóch pogan, w tym kapłan Serapisa, zmierzało w stronę budowy wielkich kolumn. Chłopiec podszedł bliżej i zaczął nasłuchiwać.
    
  "Nie poddam się temu złudzeniu, Salodiuszu! Nie pozwolę, by ta nowa religia ograbiła nas z chwały naszych przodków, naszych bogów!" - wyszeptał ochryple mężczyzna przypominający kapłana. Niósł zbiór zwojów, a jego towarzysz niósł pod pachą złoty posąg pół-człowieka, pół-rasy. Ściskał stos papirusów, kierując się w stronę wejścia w prawym rogu dziedzińca. Z tego, co słyszał, to były komnaty mężczyzny, Salodiusa.
    
  "Wiesz, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby chronić nasze sekrety, Wasza Miłość. Wiesz, że oddam życie" - powiedział Salodius.
    
  "Obawiam się, że ta przysięga wkrótce zostanie wystawiona na próbę przez chrześcijańską hordę, mój przyjacielu. Będą próbowali zniszczyć każdy ślad naszego istnienia w swojej heretyckiej czystce pod płaszczykiem pobożności" - zaśmiał się gorzko ksiądz. "Z tego właśnie powodu nigdy nie nawrócę się na ich wiarę. Jaka hipokryzja może być większa niż zdrada, kiedy czynisz siebie bogiem ponad ludźmi, kiedy twierdzisz, że służysz bogu ludzi?"
    
  Cała ta gadanina o chrześcijanach roszczących sobie prawo do władzy pod sztandarem Wszechmogącego mocno zaniepokoiła chłopca, ale musiał milczeć z obawy przed wykryciem przez tak nikczemnych ludzi, którzy ośmielili się bluźnić na ziemi jego wielkiego miasta. Przed budynkiem Salodiusa rosły dwa platany, gdzie chłopiec postanowił usiąść, podczas gdy mężczyźni weszli do środka. Słaba lampa oświetlała wejście od wewnątrz, ale przez zamknięte drzwi nie mógł dostrzec, co robią.
    
  Prowadzony rosnącym zainteresowaniem ich sprawami, postanowił wejść do środka i na własne oczy przekonać się, dlaczego dwaj mężczyźni zamilkli, jakby byli jedynie widmami poprzedniego wydarzenia. Jednak z ukrycia chłopiec usłyszał krótkie poruszenie i zamarł w miejscu, by uniknąć wykrycia. Ku swojemu zdumieniu zobaczył mnicha i dwóch innych mężczyzn w szatach, którzy szybko go minęli i jeden po drugim weszli do pokoju. Kilka minut później zdumiony chłopiec obserwował, jak wychodzą, zakrwawieni na brązowym materiale, który nosili, by zamaskować swoje mundury.
    
  "To nie mnisi! To gwardia papieska koptyjskiego papieża Teofila!" - wykrzyknął bezgłośnie, a jego serce zabiło szybciej z przerażenia i grozy. Zbyt przerażony, by się ruszyć, czekał, aż odejdą, by znaleźć więcej pogan. Pobiegł w stronę cichego pokoju, zgiął nogi i schylił się, by upewnić się, że jest obecny w tym przerażającym miejscu, uświęconym przez pogan. Wślizgnął się do pokoju niezauważony i zamknął za sobą drzwi, by usłyszeć, czy ktoś wchodzi.
    
  Chłopiec mimowolnie krzyknął, gdy zobaczył dwóch martwych mężczyzn. Te same głosy, z których przed chwilą czerpał mądrość, ucichły.
    
  A więc to prawda. Chrześcijańscy strażnicy byli tak samo krwiożerczy jak heretycy, których potępiała ich wiara, pomyślał chłopiec. To otrzeźwiające objawienie złamało mu serce. Ksiądz miał rację. Papież Teofil i jego słudzy boży robili to tylko dla władzy nad ludźmi, a nie po to, by wywyższyć ojca. Czy to nie czyni ich tak samo złymi jak poganie?
    
  W jego wieku chłopiec nie był w stanie zaakceptować barbarzyństwa, jakiego dopuszczali się ludzie, którzy twierdzili, że służą doktrynie miłości. Wzdrygnął się z przerażenia na widok ich poderżniętych gardeł i zakrztusił się zapachem, który przypominał mu owce zarżnięte przez jego ojca - ciepłym, miedzianym odorem, który umysł kazał mu rozpoznać jako ludzki.
    
  Bóg miłości i przebaczenia? Czy tak papież i jego Kościół kochają bliźniego i przebaczają tym, którzy grzeszą? Zmagał się z tym, ale im dłużej o tym myślał, tym większe współczucie czuł dla zamordowanych mężczyzn leżących na podłodze. Wtedy przypomniał sobie o papirusie, który nieśli ze sobą, i zaczął go grzebać najciszej, jak potrafił.
    
  Na zewnątrz, na dziedzińcu, chłopiec słyszał coraz głośniejszy hałas, jakby prześladowcy porzucili już swoją tajemnicę. Co jakiś czas słyszał czyjś krzyk agonii, często połączony z brzękiem stali o stal. Tej nocy coś działo się w jego mieście. Wiedział o tym. Wyczuwał to w szepcie morskiej bryzy, zagłuszającej skrzypienie statków handlowych - w tym złowieszczym przeczuciu, że ta noc była inna niż wszystkie.
    
  Gorączkowo rozdzierając wieka skrzyń i drzwiczki szafek, nie mógł znaleźć dokumentów, które Salodius przyniósł mu do domu. W końcu, wśród narastającego zgiełku zaciekłej wojny religijnej w świątyni, chłopiec padł wyczerpany na kolana. Obok martwych pogan gorzko płakał, wstrząśnięty prawdą i zdradą wiary.
    
  "Nie chcę już być chrześcijaninem!" - krzyknął, nie bojąc się, że zostanie odnaleziony. "Będę poganinem i będę bronił starych zwyczajów! Wyrzekam się swojej wiary i stawiam ją na drodze pierwszych ludów tego świata!" - ubolewał. "Uczyń mnie swoim obrońcą, Serapisie!"
    
  Szczęk broni i krzyki poległych były tak głośne, że jego krzyki błędnie zinterpretowano by jako kolejny odgłos rzezi. Rozpaczliwe okrzyki ostrzegły go, że stało się coś o wiele bardziej niszczycielskiego, i podbiegł do okna, by zobaczyć, jak kolumny w części wielkiej świątyni na górze walą się jedna po drugiej. Prawdziwe zagrożenie jednak pochodziło z samego budynku, w którym przebywał. Piekący żar musnął jego twarz, gdy wyjrzał przez okno. Płomienie wysokie jak wysokie drzewa lizały budynki, a posągi upadały z potężnym łoskotem, który brzmiał jak kroki olbrzymów.
    
  Sparaliżowany i szlochający, przerażony chłopiec szukał drogi ucieczki, ale gdy przeskoczył nad martwym ciałem Salodiusa, jego stopa zahaczyła o ramię mężczyzny i ten upadł ciężko na podłogę. Otrząsając się z uderzenia, chłopiec zobaczył panel pod szafką, której szukał. Był to drewniany panel, ukryty w betonowej podłodze. Z wielkim trudem odepchnął drewnianą szafkę i podniósł pokrywę. Wewnątrz odkrył stos starożytnych zwojów i map, których szukał.
    
  Spojrzał na zmarłego, który, jak wierzył, wskazał mu właściwy kierunek, zarówno dosłownie, jak i duchowo. "Jestem ci wdzięczny, Salodiuszu. Twoja śmierć nie pójdzie na marne" - uśmiechnął się, przyciskając zwoje do piersi. Wykorzystując swoją drobną sylwetkę, prześlizgnął się przez jeden z kanałów wodnych biegnących pod świątynią niczym odpływ burzowy i zniknął niezauważony.
    
    
  Rozdział 1
    
    
  Bern wpatrywał się w rozległą błękitną przestrzeń nad sobą, zdawała się ciągnąć w nieskończoność, przerywaną jedynie bladą brązową linią tam, gdzie płaska równina wyznaczała horyzont. Jego papieros był jedynym znakiem wiatru, niosącego na wschód mglisty, biały dym, podczas gdy jego stalowoniebieskie oczy lustrowały okolicę. Był wyczerpany, ale nie śmiał tego okazywać. Takie absurdy podważałyby jego autorytet. Jako jeden z trzech kapitanów w obozie, musiał zachować swój chłód, niewyczerpane okrucieństwo i nadludzką zdolność do niespania.
    
  Tylko tacy ludzie jak Berne potrafili sprawić, że wróg zadrżał i utrwalić nazwę swojej jednostki w szeptach miejscowych i przyciszonych głosach tych zza oceanu. Miał krótko ogolone włosy, a skóra głowy widoczna była spod czarno-szarego zarostu, niezakłóconego porywistym wiatrem. Zaciśnięty w zaciśniętych ustach papieros rozjarzył się na chwilę pomarańczowym płomieniem, zanim połknął bezkształtną truciznę i wyrzucił niedopałek za balustradę balkonu. Poniżej barykady, przy której stał, stromy spadek o wysokości kilkuset stóp opadał do podnóża góry.
    
  To był idealny punkt obserwacyjny dla przybywających gości, zarówno tych powitalnych, jak i nie. Bern przeczesywał palcami swoje czarne, przetykane siwizną wąsy i brodę, głaszcząc je wielokrotnie, aż były schludne i pozbawione śladów popiołu. Nie potrzebował munduru - żaden z nich nie potrzebował - ale ich surowa dyscyplina zdradzała ich przeszłość i wyszkolenie. Jego ludzie byli ściśle zdyscyplinowani, każdy szkolony do doskonałości w różnych dziedzinach; ich przynależność zależała od znajomości po trochu wszystkiego i specjalizacji w większości. To, że żyli w odosobnieniu i przestrzegali ścisłych postów, w żaden sposób nie oznaczało, że posiadali moralność czy czystość mnichów.
    
  W rzeczywistości ludzie Berna byli bandą twardych, wielokulturowych drani, którzy lubili wszystko, co robiła większość dzikusów, ale nauczyli się doceniać swoje przyjemności. Choć każdy z nich wykonywał swoje zadanie i misję z należytą starannością, Bern i jego dwaj towarzysze pozwolili, by ich stado było psami, którymi byli.
    
  Dało im to doskonałą przykrywkę - wygląd zwykłych brutali, wykonujących rozkazy wojskowych bander i profanujących wszystko, co ośmieliło się przekroczyć ich ogrodzenie bez powodu lub nosić przy sobie walutę czy ciało. Jednak każdy człowiek pod dowództwem Berna był wysoko wykwalifikowany i wykształcony. Historycy, rusznikarze, lekarze, archeolodzy i lingwiści stali ramię w ramię z zabójcami, matematykami i prawnikami.
    
  Bern miał 44 lata, a jego przeszłość była przedmiotem zazdrości maruderów na całym świecie.
    
  Były członek berlińskiej jednostki tzw. Nowego Specnazu (Tajnego GRU), Bern, podczas służby w rosyjskich siłach specjalnych, przeszedł kilka wyczerpujących gierek psychologicznych, równie bezdusznych, co jego trening fizyczny. Pod jego skrzydłami jego bezpośredni przełożony stopniowo przygotowywał go do tajnych misji dla tajnego niemieckiego rozkazu. Po tym, jak stał się niezwykle skutecznym agentem tej tajnej grupy niemieckich arystokratów i globalnych magnatów o nikczemnych planach, Bern otrzymał w końcu propozycję misji dla początkujących, która, jeśli zakończy się sukcesem, zapewni mu piąty stopień członkostwa.
    
  Kiedy stało się jasne, że ma porwać i zabić dziecko członka British Council, jeśli rodzice nie zastosują się do warunków organizacji, Berne zdał sobie sprawę, że służy potężnej i nikczemnej grupie i odmówił. Jednak gdy wrócił do domu i zastał żonę zgwałconą i zamordowaną, a dziecko zaginione, poprzysiągł obalić Zakon Czarnego Słońca wszelkimi możliwymi sposobami. Miał wiarygodne źródła, które wiedziały, że jego członkowie działają w różnych agencjach rządowych, a ich macki sięgają daleko poza więzienia Europy Wschodniej i hollywoodzkie studia, aż do imperialnych banków i nieruchomości w Zjednoczonych Emiratach Arabskich i Singapurze.
    
  W rzeczywistości Berno wkrótce rozpoznało w nich diabła, cienie; wszystko to, co niewidzialne, ale wszechobecne.
    
  Stając na czele rebelii podobnie myślących agentów i członków drugiego szczebla, dysponujących ogromną osobistą władzą, Bern i jego koledzy wystąpili z zakonu i postanowili obrać sobie za jedyny cel eksterminację każdego podwładnego Czarnego Słońca i członka wysokiej rady.
    
  Tak narodziła się brygada renegatów, rebelianci odpowiedzialni za najskuteczniejszy opór, z jakim kiedykolwiek zmierzył się Zakon Czarnego Słońca, jedyny wróg na tyle straszny, by zasługiwać na ostrzeżenie w szeregach zakonu.
    
  Brygada Renegatów dawała o sobie znać przy każdej okazji, przypominając Czarnemu Słońcu, że mają przerażająco sprawnego wroga, który, choć nie był tak potężny w świecie technologii informatycznych i finansów jak Zakon, przewyższał go pod względem taktyki i wywiadu. Te ostatnie były umiejętnościami zdolnymi do obalenia i zniszczenia rządów, nawet bez pomocy nieograniczonych bogactw i zasobów.
    
  Bern przeszedł przez łukowate przejście w bunkrowej podłodze, dwa piętra poniżej głównych pomieszczeń mieszkalnych, przechodząc przez dwie wysokie, czarne, żelazne bramy, witające skazanych na śmierć w brzuchu bestii, gdzie dzieci Czarnego Słońca były z premedytacją tracone. A jednak pracował nad setnym fragmentem, tym, który twierdził, że nic nie wie. Bern zawsze podziwiał, jak ich demonstracje lojalności nigdy im nie przynosiły korzyści, a jednak wydawali się zobowiązani do poświęcenia się dla organizacji, która trzymała ich na smyczy i wielokrotnie dowodziła, że lekceważy ich wysiłki. Po co?
    
  W każdym razie psychologia tych niewolników dowodziła, jak jakaś niewidzialna siła o złowrogich zamiarach zdołała przekształcić setki tysięcy normalnych, dobrych ludzi w masy umundurowanych żołnierzyków maszerujących w obronie nazistów. Coś w Czarnym Słońcu działało z tą samą, wywołaną strachem błyskotliwością, która popychała porządnych ludzi pod dowództwem Hitlera do palenia żywych niemowląt i patrzenia, jak dzieci duszą się w oparach gazu, wołając jednocześnie swoje matki. Za każdym razem, gdy niszczył jedno z nich, odczuwał ulgę; nie tyle z powodu uwolnienia się od obecności kolejnego wroga, co z faktu, że nie był taki jak oni.
    
    
  Rozdział 2
    
    
  Nina zakrztusiła się solanką. Sam nie mógł powstrzymać się od chichotu na widok jej nagłego wstrząsu i dziwnego wyrazu twarzy, po czym rzuciła mu zwężone, potępiające spojrzenie, które szybko przywróciło mu rozsądek.
    
  "Przepraszam, Nino" - powiedział, daremnie próbując ukryć rozbawienie - "ale ona ci właśnie powiedziała, że zupa jest gorąca, a ty po prostu wbiłaś sobie do niej łyżkę. Co twoim zdaniem miało się stać?"
    
  Język Niny był zdrętwiały od wrzącej zupy, którą zbyt wcześnie spróbowała, ale nadal mogła przeklinać.
    
  "Czy muszę ci przypominać, jak bardzo jestem głodna?" zaśmiała się cicho.
    
  "Tak, jeszcze co najmniej czternaście razy" - powiedział z irytującym, chłopięcym akcentem, zmuszając ją do zaciśnięcia łyżek w oślepiającym świetle kuchni Katii Strenkowej. Pachniało tam stęchlizną i starymi tkaninami, ale z jakiegoś powodu Nina uważała to miejsce za bardzo przytulne, jakby to był jej dom z innego świata. Tylko owady, stymulowane rosyjskim latem, przeszkadzały jej w jej strefie komfortu, ale poza tym cieszyła ją ciepła gościnność i szorstka sprawność rosyjskich rodzin.
    
  Minęły dwa dni, odkąd Nina, Sam i Aleksander przemierzyli kontynent pociągiem i w końcu dotarli do Nowosybirska. Tam Aleksander podwiózł ich wynajętym, niesprawnym samochodem do farmy Strenkowa nad rzeką Argut, tuż na północ od granicy między Mongolią a Rosją.
    
  Po tym, jak Perdue porzucił ich firmę w Belgii, Sam i Nina byli teraz zdani na łaskę i niełaskę doświadczenia i lojalności Alexandra, zdecydowanie najbardziej niezawodnego ze wszystkich niepewnych mężczyzn, z którymi mieli ostatnio do czynienia. Tej nocy, kiedy Perdue zniknął z pojmaną Renatą z Zakonu Czarnego Słońca, Nina dała Samowi jego koktajl nanitowy, ten sam, który Perdue dał jej, by uwolnić ich oboje od wszechwidzącego oka Czarnego Słońca. Miała nadzieję, że to tak szczere, jak tylko mógł, zważywszy na to, że przedłożyła uczucia Sama Cleve'a nad bogactwo Dave'a Perdue. Odchodząc, zapewnił ją, że jest daleki od porzucenia prawa do jej serca, mimo że nie należało ono do niego. Ale takie były zwyczaje milionera-playboya i musiała mu oddać sprawiedliwość - był równie bezwzględny w miłości, jak w przygodach.
    
  Teraz ukrywali się w Rosji, planując kolejny ruch, uzyskując dostęp do renegackiej siedziby, gdzie rywale Czarnego Słońca utrzymywali swoją twierdzę. Misja ta miała być bardzo niebezpieczna i wyczerpująca, ponieważ nie mieli już swojego asa w rękawie - Renaty, wkrótce odsuniętej od władzy członkini Czarnego Słońca. Jednak Alexander, Sam i Nina wiedzieli, że klan dezerterów był ich jedyną ucieczką przed nieustannym pościgiem zakonu, zdeterminowanego, by ich odnaleźć i zabić.
    
  Nawet jeśli udało im się przekonać przywódcę rebeliantów, że nie są szpiegami Renaty z Zakonu, nie mieli pojęcia, co Brygada Renegatów zamierzała udowodnić. Już sam ten pomysł był co najmniej przerażający.
    
  Z mężczyznami strzegącymi ich twierdzy na Mönkh Saridag, najwyższym szczycie Sajanów, nie należało igrać. Ich reputacja była dobrze znana Samowi i Ninie, o czym przekonali się podczas uwięzienia w kwaterze głównej Czarnego Słońca w Brugii niecałe dwa tygodnie wcześniej. Wciąż żywe w ich pamięci było wspomnienie Renaty planującej wysłać Sama lub Ninę na brzemienną w skutki misję infiltracji Brygady Renegatów i kradzieży upragnionego Longinusa - broni, o której niewiele wiadomo. Do dziś nie ustalili, czy tak zwana misja z Longinusem była uzasadniona, czy też stanowiła jedynie podstęp, mający zaspokoić nikczemny apetyt Renaty na wciąganie swoich ofiar w zabawę w kotka i myszkę, czyniąc ich śmierć bardziej rozrywkową i wyrafinowaną dla jej własnej rozrywki.
    
  Aleksander wyruszył samotnie na misję zwiadowczą, aby sprawdzić, jakie bezpieczeństwo zapewnia Brygada Renegatów na ich terytorium. Z jego wiedzą techniczną i umiejętnościami przetrwania, nie mógł się równać z renegatami, ale on i jego dwaj towarzysze nie mogli wiecznie ukrywać się na farmie Katii. W końcu musieli skontaktować się z grupą rebeliantów, inaczej nigdy nie będą mogli wrócić do normalnego życia.
    
  Zapewnił Ninę i Sama, że najlepiej będzie, jeśli pojedzie sam. Gdyby Zakon nadal jakimś cudem śledził ich troje, z pewnością nie szukaliby samotnego rolnika w rozklekotanym lekkim pojeździe (LDV) na równinach Mongolii ani wzdłuż rosyjskiej rzeki. Poza tym znał swoją ojczyznę jak własną kieszeń, co ułatwiłoby mu szybsze podróżowanie i lepszą znajomość języka. Gdyby któryś z jego kolegów został przesłuchany przez funkcjonariuszy, ich brak znajomości języka mógłby poważnie utrudnić realizację planu, chyba że zostaliby schwytani lub rozstrzelani.
    
  Jechał opustoszałą, wąską, żwirową drogą, która wiła się w kierunku grzbietu górskiego, wyznaczającego granicę i bezgłośnie głoszącego piękno Mongolii. Mały pojazd był podniszczonym, starym, jasnoniebieskim ustrojstwem, które skrzypiało przy każdym obrocie kół, powodując, że różańce na lusterku wstecznym kołysały się niczym święte wahadło. Tylko dlatego, że to był samochód Katii, Aleksander tolerował irytujący stukot koralików o deskę rozdzielczą w cichej kabinie; w przeciwnym razie wyrwałby relikwię z lusterka i wyrzucił ją przez okno. Poza tym okolica była raczej opuszczona. Różaniec nie dawał zbawienia.
    
  Jego włosy powiewały na zimnym wietrze wpadającym przez otwarte okno, a skóra na przedramieniu zaczęła piec go od zimna. Przeklinał zniszczoną klamkę, która nie mogła unieść okna i przynieść mu ukojenia przed zimnym oddechem płaskiego pustkowia, które przemierzał. Cichy głos w jego wnętrzu ganił go za niewdzięczność, że wciąż żyje po tragicznych wydarzeniach w Belgii, gdzie jego ukochana Axelle została zamordowana, a on cudem uniknął tego samego losu.
    
  Przed sobą widział posterunek graniczny, gdzie na szczęście pracował mąż Katii. Aleksander szybko zerknął na różańce nabazgrane na desce rozdzielczej trzęsącego się samochodu i wiedział, że one również przypominają mu o tym błogosławieństwie.
    
  "Tak! Tak! Wiem. Kurwa, wiem" - wychrypiał, patrząc na huśtającą się rzecz.
    
  Posterunek graniczny był niczym więcej niż kolejnym zrujnowanym budynkiem, otoczonym ekstrawagancko długim, starym drutem kolczastym i patrolującymi mężczyznami z długą bronią, czekającymi na okazję do działania. Przechadzali się leniwie tam i z powrotem, niektórzy zapalając papierosy znajomym, inni zaczepiając turystów próbujących przejść.
    
  Aleksander zauważył wśród nich Siergieja Strenkowa, robiącego sobie zdjęcie z pyskatą Australijką, która uparła się, że nauczy się mówić "pieprzyć cię" po rosyjsku. Siergiej był głęboko religijnym człowiekiem, podobnie jak jego dzika kotka Katia, ale uległ kobiecie i zamiast tego nauczył ją mówić "Zdrowaś Maryjo", przekonując ją, że to właśnie o to prosiła. Aleksander musiał się śmiać i kręcić głową, słuchając rozmowy, czekając na rozmowę z ochroniarzem.
    
  "Och, czekaj, Dima! Ja to wezmę!" - krzyknął Siergiej do kolegi.
    
  "Aleksandrze, powinieneś był przyjść wczoraj wieczorem" - mruknął pod nosem, udając, że prosi przyjaciela o dokumenty. Aleksander podał mu swoje i odpowiedział: "Zrobiłbym to, ale kończysz przed czasem i nie ufam nikomu innemu poza tobą, jeśli chodzi o to, co planuję robić po drugiej stronie płotu, rozumiesz?"
    
  Siergiej skinął głową. Miał gęste wąsy i krzaczaste czarne brwi, które w mundurze sprawiały, że wyglądał jeszcze bardziej onieśmielająco. Sibiriak, Siergiej i Katia byli przyjaciółmi z dzieciństwa szalonego Aleksandra i spędzili wiele nocy w więzieniu z powodu jego lekkomyślnych pomysłów. Nawet wtedy, chudy, silny chłopak stanowił zagrożenie dla każdego, kto aspirował do zorganizowanego i bezpiecznego życia, a dwaj nastolatkowie szybko zdali sobie sprawę, że Aleksander wkrótce wpędzi ich w poważne kłopoty, jeśli nadal będą się zgadzać na dołączenie do niego w jego nielegalnych, radosnych przygodach.
    
  Jednak ta trójka pozostała przyjaciółmi nawet po tym, jak Aleksander wyjechał, by służyć w wojnie w Zatoce Perskiej jako nawigator w brytyjskiej jednostce. Lata spędzone na stanowisku oficera rozpoznania i eksperta od przetrwania pomogły mu szybko awansować, aż został niezależnym kontrahentem, szybko zyskując szacunek wszystkich organizacji, które go zatrudniały. Tymczasem Katia i Siergiej pewnie rozwijali swoje kariery akademickie, ale brak funduszy i niepokoje polityczne w Moskwie i Mińsku zmusiły ich do powrotu na Syberię, gdzie spotkali się ponownie, prawie dziesięć lat po wyjeździe, w pilniejszych sprawach, które nigdy nie zostały zrealizowane.
    
  Katia odziedziczyła farmę po dziadkach, gdy jej rodzice zginęli w wybuchu w fabryce amunicji, w której pracowali, gdy była studentką drugiego roku informatyki na Uniwersytecie Moskiewskim. Musiała wrócić, aby ją odebrać, zanim została sprzedana państwu. Siergiej dołączył do niej i oboje się tam osiedlili. Dwa lata później, gdy niestabilny Aleksander został zaproszony na ich ślub, cała trójka odnowiła znajomość, opowiadając o swoich przygodach przy kilku butelkach bimbru, aż w końcu wspominali te szalone dni, jakby sami je przeżyli.
    
  Katia i Siergiej uznali wiejskie życie za przyjemne i ostatecznie stali się wiernymi obywatelami, podczas gdy ich dziki przyjaciel wybrał życie pełne niebezpieczeństw i ciągłych zmian. Teraz poprosił ich o schronienie dla niego i dwójki szkockich przyjaciół, dopóki nie ułoży sobie życia, oczywiście pomijając skalę niebezpieczeństwa, w jakim znaleźli się on, Sam i Nina. Dobroduszni i zawsze chętni do dobrego towarzystwa, Strenkovowie zaprosili trójkę przyjaciół, aby na jakiś czas u nich zamieszkali.
    
  Nadszedł czas, by zrobić to, po co przybył, i Aleksander obiecał swoim przyjaciołom z dzieciństwa, że jemu i jego towarzyszom wkrótce nic nie grozi.
    
  "Przejdź przez lewą bramę; ta się rozpada. Kłódka jest podróbką, Alex. Pociągnij za łańcuch, a zobaczysz. Potem idź do domu nad rzeką, tam..." - wskazał na nic konkretnego - "jakieś pięć kilometrów stąd. Jest tam przewoźnik, Kosta. Daj mu trochę alkoholu albo cokolwiek masz w tej manierce. Jest grzesznie łatwy do przekupstwa" - zaśmiał się Siergiej - "a zawiezie cię tam, gdzie musisz".
    
  Siergiej włożył rękę głęboko do kieszeni.
    
  "O, widziałem" - zażartował Aleksander, wprawiając przyjaciela w zakłopotanie zdrowym rumieńcem i głupim śmiechem.
    
  "Nie, jesteś idiotą. Proszę" - Siergiej podał Aleksandrowi złamany różaniec.
    
  "O Jezu, tylko nie kolejny" - jęknął Aleksander. Zobaczył, jak Siergiej rzucił mu surowe spojrzenie za bluźnierstwo i uniósł rękę w geście przeprosin.
    
  "Ten jest inny niż ten na lustrze. Słuchaj, daj to jednemu ze strażników w obozie, a on zaprowadzi cię do jednego z kapitanów, dobrze?" - wyjaśnił Siergiej.
    
  "Dlaczego koraliki są zepsute?" - zapytał Aleksander, wyglądając na całkowicie zdezorientowanego.
    
  "To symbol renegatów. Brygada Renegatów używa go do wzajemnej identyfikacji" - odpowiedział nonszalancko jego przyjaciel.
    
  "Czekaj, jak się masz-?"
    
  "Nie martw się, przyjacielu. Ja też byłem żołnierzem, wiesz? Nie jestem idiotą" - wyszeptał Siergiej.
    
  "Nigdy nie miałem tego na myśli, ale skąd do cholery wiedziałeś, z kim chcieliśmy się spotkać?" - zapytał Aleksander. Zastanawiał się, czy Siergiej to po prostu kolejna noga pająka Czarnego Słońca i czy w ogóle można mu ufać. Potem pomyślał o Samie i Ninie, niczego niepodejrzewających, w posiadłości.
    
  "Słuchaj, zjawiasz się u mnie w domu z dwoma obcymi, którzy praktycznie nic nie mają: ani pieniędzy, ani ubrań, ani fałszywych dokumentów... I myślisz, że nie rozpoznam uchodźcy, kiedy go zobaczę? Poza tym, oni są z tobą. A ty nie zadajesz się z bezpiecznymi ludźmi. A teraz do dzieła. I postaraj się wrócić na farmę przed północą" - powiedział Siergiej. Zastukał w dach śmietnika i zagwizdał na strażnika przy bramie.
    
  Aleksander skinął głową z wdzięcznością i położył różaniec na kolanach, gdy samochód przejeżdżał przez bramę.
    
    
  Rozdział 3
    
    
  Okulary Purdue'a odbijały obwody przed nim, rozświetlając ciemność, w której siedział. Panowała cisza, martwa noc w jego części świata. Tęsknił za Reichtischus, tęsknił za Edynburgiem i beztroskimi dniami spędzonymi w swojej rezydencji, olśniewając gości i klientów swoimi wynalazkami i niezrównanym geniuszem. Uwaga była tak niewinna, tak bezpodstawna, biorąc pod uwagę jego i tak już sławną i nieprzyzwoicie imponującą fortunę, ale on jej tęsknił. Wtedy, zanim wpędził się w poważne kłopoty z powodu rewelacji Deep Sea One i nietrafionego wyboru partnerów biznesowych na pustyni Parashant, życie było jedną długą, ciekawą przygodą i romantycznym oszustwem.
    
  Teraz jego majątek ledwo wystarczał na przetrwanie, a bezpieczeństwo innych spoczywało na jego barkach. Choć bardzo się starał, niemal niemożliwe okazało się utrzymanie wszystkiego w ryzach. Nina, jego ukochana, niedawno utracona była kochanka, którą zamierzał w pełni odzyskać, przebywała gdzieś w Azji z mężczyzną, którego, jak jej się zdawało, kochała. Sam, jego rywal o względy Niny i (powiedzmy sobie szczerze) niedawny zwycięzca podobnych konkursów, zawsze był gotowy wspierać Purdue w jego przedsięwzięciach - nawet gdy było to nieuzasadnione.
    
  Jego własne bezpieczeństwo było zagrożone, niezależnie od jego własnego, zwłaszcza teraz, gdy tymczasowo wstrzymał dowództwo Czarnego Słońca. Rada nadzorująca dowództwo zakonu prawdopodobnie go obserwowała i z jakiegoś powodu utrzymywała swoje szeregi, co sprawiło, że Perdue był wyjątkowo nerwowy - a on wcale nie był nerwowy. Mógł tylko siedzieć cicho, dopóki nie obmyśli planu dołączenia do Niny i zabrania jej w bezpieczne miejsce, dopóki nie wymyśli, co zrobić, jeśli Rada zacznie działać.
    
  Głowa pękała mu z powodu silnego krwotoku z nosa, którego doznał zaledwie kilka minut wcześniej, ale teraz nie mógł tego powstrzymać. Stawka była zbyt wysoka.
    
  Dave Purdue raz po raz majstrował przy urządzeniu na swoim holograficznym ekranie, ale coś było nie tak, czego po prostu nie dostrzegał. Jego koncentracja nie była tak ostra jak zwykle, mimo że dopiero niedawno obudził się po dziewięciu godzinach nieprzerwanego snu. Już po przebudzeniu bolała go głowa, ale to nie było zaskakujące, skoro sam wypił prawie całą butelkę czerwonego Johnnie Walkera, siedząc przed kominkiem.
    
  "Na litość boską!" krzyknął Purdue bezgłośnie, żeby nie obudzić żadnego z sąsiadów, i uderzył pięściami w stół. Zupełnie nie w jego stylu było stracić panowanie nad sobą, zwłaszcza z powodu tak trywialnego zadania jak prosty układ elektroniczny, który opanował już w wieku czternastu lat. Jego ponura postawa i niecierpliwość były wynikiem ostatnich kilku dni i wiedział, że musi przyznać, że zostawienie Niny z Samem w końcu go dobiło.
    
  Zwykle jego pieniądze i urok osobisty z łatwością mogły porwać każdą ofiarę, a co gorsza, miał Ninę od ponad dwóch lat, a mimo to uważał to za oczywistość i zniknął z radaru, nie informując jej, że żyje. Był przyzwyczajony do takiego zachowania i większość ludzi bagatelizowała je, uznając za przejaw jego ekscentryczności, ale teraz wiedział, że to pierwszy poważny cios dla ich związku. Jego wygląd tylko ją jeszcze bardziej zdenerwował, głównie dlatego, że wiedziała, iż celowo trzymał ją w niewiedzy, a następnie, tym śmiertelnym ciosem, wciągnął ją w najgroźniejszą jak dotąd konfrontację z potężnym "Czarnym Słońcem".
    
  Perdue zdjął okulary i położył je na małym stołku barowym obok siebie. Zamknął na chwilę oczy i ścisnął grzbiet nosa kciukiem i palcem wskazującym, próbując oczyścić umysł z natłoku myśli i przywrócić mu skupienie. Noc była łagodna, ale wiatr sprawiał, że martwe drzewa pochylały się w stronę okna i drapały niczym kot próbujący się do niego dostać. Coś czaiło się przed małym bungalowem, w którym Perdue miał się zatrzymać na czas nieokreślony, dopóki nie zaplanuje kolejnego ruchu.
    
  Trudno było odróżnić nieustanny stukot smaganych burzą gałęzi drzew od niezdarnego szarpania wytrycha czy stukotu świecy zapłonowej o szybę. Purdue zatrzymał się, by posłuchać. Zwykle nie był człowiekiem intuicyjnym, ale teraz, ulegając własnemu, rodzącemu się instynktowi, usłyszał poważny sarkazm.
    
  Wiedział, że lepiej nie podglądać, więc użył jednego ze swoich nieprzetestowanych urządzeń, zanim uciekł z edynburskiej rezydencji pod osłoną nocy. Była to swego rodzaju luneta, zmodyfikowana do bardziej zróżnicowanych celów niż tylko do badania odległości i monitorowania działań osób nieświadomych. Posiadała funkcję podczerwieni, wraz z czerwoną wiązką lasera przypominającą karabin oddziału specjalnego, ale ten laser mógł przeciąć większość powierzchni w promieniu stu metrów. Jednym ruchem przełącznika pod kciukiem Purdue mógł skonfigurować lunetę do wykrywania sygnatur cieplnych, dzięki czemu, choć nie mogła widzieć przez ściany, mogła wykrywać każdą temperaturę ludzkiego ciała przemieszczającą się poza jej drewniane ściany.
    
  Szybko pokonał dziewięć stopni szerokich, domowej roboty schodów prowadzących na piętro chaty i na palcach dotarł do samej krawędzi podłogi, skąd mógł zajrzeć przez wąską szczelinę, gdzie stykała się ze strzechą. Przystawiając prawe oko do obiektywu, rozejrzał się po okolicy tuż za budynkiem, powoli przesuwając się z kąta w kąt.
    
  Jedynym źródłem ciepła, jakie wyczuł, był silnik jeepa. Poza tym nie było żadnych oznak bezpośredniego zagrożenia. Zdezorientowany, siedział tam przez chwilę, rozmyślając nad swoim nowo odkrytym szóstym zmysłem. Nigdy się w tych sprawach nie mylił. Zwłaszcza po niedawnych spotkaniach ze śmiertelnymi wrogami nauczył się rozpoznawać zbliżające się zagrożenie.
    
  Kiedy Perdue dotarł na pierwsze piętro chaty, zamknął właz prowadzący do pokoju nad nim i przeskoczył ostatnie trzy stopnie. Wylądował twardo na nogach. Gdy podniósł wzrok, zobaczył, że na jego krześle siedziała jakaś postać. Natychmiast ją rozpoznał i serce mu zamarło. Skąd ona się wzięła?
    
  Jej duże, niebieskie oczy wydawały się nieziemskie w jasnym świetle kolorowego hologramu, ale patrzyła przez diagram prosto na niego. Reszta jej ciała rozpłynęła się w cieniu.
    
  "Nigdy nie sądziłem, że cię jeszcze zobaczę" - powiedział, nie kryjąc szczerego zaskoczenia.
    
  "Oczywiście, że nie, Davidzie. Założę się, że wolałbyś tego pragnąć, niż rozważać powagę sytuacji" - powiedziała. Ten znajomy głos brzmiał dziwnie w uszach Purdue po tym wszystkim.
    
  Podszedł bliżej, ale cienie przeważały, ukrywając ją przed nim. Jej wzrok przesunął się w dół i powiódł po liniach jego rysunku.
    
  "Twój czworokąt wpisany tutaj jest niepoprawny, wiesz?" - powiedziała rzeczowo. Jej wzrok był utkwiony w błędzie Purdue'a i zmusiła się do milczenia pomimo lawiny pytań o inne tematy, takie jak jej obecność, dopóki nie przyszedł, by poprawić zauważony przez nią błąd.
    
  To było typowe dla Agathy Purdue.
    
  Osobowość Agathy, geniusza z obsesyjnymi dziwactwami, przy których jej brat bliźniak wydawał się zupełnie zwyczajny, była nabyta. Gdyby nie wiedziało się, że ma oszałamiające IQ, można by ją wziąć za wariatkę. W przeciwieństwie do brata, który z uprzejmością wykorzystywał swój intelekt, Agatha była na granicy dojrzałości, gdy skupiała się na problemie wymagającym rozwiązania.
    
  I pod tym względem bliźniaki bardzo się różniły. Purdue z powodzeniem wykorzystywał swój talent naukowy i inżynierski, by zdobyć bogactwo i reputację króla wśród swoich akademickich rówieśników. Ale Agatha była niczym innym jak biedaczką w porównaniu z bratem. Jej nieatrakcyjna introwersja, która niekiedy przybierała formę monstrualnej postaci z wpatrzonym w nią wzrokiem, sprawiała, że mężczyźni po prostu uważali ją za dziwną i onieśmielającą. Jej poczucie własnej wartości opierało się w dużej mierze na korygowaniu błędów, które bez trudu znajdowała w pracach innych, i właśnie to poważnie osłabiało jej potencjał, ilekroć próbowała pracować w konkurencyjnych dziedzinach fizyki lub nauk przyrodniczych.
    
  Ostatecznie Agatha została bibliotekarką, ale nie byle jaką, zapomnianą pośród wież literatury i półmroku archiwów. Rzeczywiście przejawiała pewną ambicję, dążąc do osiągnięcia czegoś więcej, niż dyktowała jej antyspołeczna psychika. Agatha dorabiała jako konsultantka dla różnych zamożnych klientów, głównie tych, którzy inwestowali w tajemne księgi i nieuniknione okultystyczne pasje, kryjące się w makabrycznych kręgach literatury klasycznej.
    
  Dla takich ludzi jak oni, to ostatnie było nowością, niczym więcej niż nagrodą w ezoterycznym konkursie literackim. Żaden z jej klientów nigdy nie okazał szczerego uznania dla Starego Świata ani dla skrybów, którzy zapisywali wydarzenia, których nowe oczy nigdy nie miały ujrzeć. To ją wkurzało, ale nie mogła odmówić losowej sześciocyfrowej nagrody. Byłoby to po prostu idiotyczne, niezależnie od tego, jak bardzo starała się zachować wierność historycznemu znaczeniu ksiąg i miejsc, do których tak swobodnie ich prowadziła.
    
  Dave Perdue przyjrzał się problemowi, na który zwróciła uwagę jego irytująca siostra.
    
  Jak do cholery mogłem to przegapić? I dlaczego, do cholery, musiała tu być, żeby mi to pokazać? - pomyślał, ustanawiając paradygmat, potajemnie testując jej reakcję za każdym razem, gdy przekierowywał uwagę na hologram. Jej wyraz twarzy był pusty, a oczy ledwo się poruszały, gdy kończył swoją rundę. To był dobry znak. Gdyby westchnęła, wzruszyła ramionami, a nawet mrugnęła, wiedziałby, że zaprzecza jego poczynaniom - innymi słowy, oznaczałoby to, że będzie go traktować z świętoszkowatością i protekcjonalnością na swój własny sposób.
    
  "Zadowolona?" - odważył się zapytać, czekając, aż znajdzie kolejny błąd, ale ona tylko skinęła głową. W końcu otworzyła oczy jak normalna osoba, a Purdue poczuł, jak napięcie ustępuje.
    
  "Czemu więc zawdzięczam tę inwazję?" zapytał, wyjmując z torby podróżnej kolejną butelkę alkoholu.
    
  "Ach, uprzejma jak zawsze" - westchnęła. "Zapewniam cię, Davidzie, że moja ingerencja jest jak najbardziej uzasadniona".
    
  Nalał sobie szklankę whisky i podał jej butelkę.
    
  "Tak, dziękuję. Wezmę trochę" - odpowiedziała, pochylając się do przodu, ściskając dłonie i wsuwając je między uda. "Potrzebuję twojej pomocy w pewnej sprawie".
    
  Jej słowa dźwięczały mu w uszach jak odłamki szkła. Gdy ogień trzaskał, Perdue odwrócił się w stronę siostry, z twarzą poszarzałą z niedowierzania.
    
  "No, daj spokój, bądź melodramatyczny" - powiedziała niecierpliwie. "Czy to naprawdę takie niezrozumiałe, że mogłabym potrzebować twojej pomocy?"
    
  "Nie, absolutnie nie" - odpowiedział Purdue, nalewając jej kieliszek kłopotów. "Nie do pomyślenia, że w ogóle zadałaś sobie to pytanie".
    
    
  Rozdział 4
    
    
  Sam ukrył swoje wspomnienia przed Niną. Nie chciał, żeby dowiedziała się o nim tak głęboko osobistych rzeczy, choć nie wiedział dlaczego. Było jasne, że wiedziała niemal wszystko o przerażającej śmierci jego narzeczonej z rąk międzynarodowej organizacji zbrojeniowej, kierowanej przez najlepszego przyjaciela byłego męża Niny. Nina wielokrotnie wcześniej ubolewała nad swoim związkiem z bezdusznym mężczyzną, który brutalnie zamordował miłość swojego życia i położył kres marzeniom Sama. Jednak w jego notatkach kryła się pewna podświadoma uraza; nie chciał, żeby Nina zobaczyła, czy je przeczytała, więc postanowił je przed nią ukryć.
    
  Ale teraz, czekając na powrót Aleksandra z informacją o tym, jak dołączyć do szeregów renegatów, Sam zdał sobie sprawę, że ten okres nudy na rosyjskiej wsi na północ od granicy będzie dobrym momentem, aby kontynuować pisanie wspomnień.
    
  Aleksander śmiało, być może nierozsądnie, udał się do nich na rozmowę. Zaoferował swoją pomoc, wraz z Samem Cleave'em i doktor Niną Gould, w konfrontacji z Zakonem Czarnego Słońca i ostatecznie w znalezieniu sposobu na zniszczenie organizacji raz na zawsze. Gdyby rebelianci nie otrzymali jeszcze informacji o opóźnieniu w oficjalnym wydaleniu przywódcy Czarnego Słońca, Aleksander planował wykorzystać tę chwilową słabość w działaniach Zakonu, aby zadać skuteczny cios.
    
  Nina pomagała Katii w kuchni i nauczyła się gotować pierogi.
    
  Co jakiś czas, gdy Sam zapisywał swoje myśli i bolesne wspomnienia w zniszczonym notesie, słyszał, jak obie kobiety wybuchają piskliwym śmiechem. Po tym Nina przyznawała się do nieudolności, a Katya zaprzeczała własnym haniebnym błędom.
    
  "Jesteś bardzo dobry..." krzyknęła Katia, opadając na krzesło z serdecznym śmiechem: "Jak na Szkota! Ale i tak zrobimy z ciebie Rosjanina!"
    
  "Wątpię, Katya. Zaproponowałabym, że nauczę cię gotować haggis po góralsku, ale szczerze mówiąc, nie jestem w tym zbyt dobra!" Nina wybuchnęła śmiechem.
    
  To wszystko brzmiało trochę zbyt świątecznie, pomyślał Sam, zamykając notes i wkładając go bezpiecznie do torby razem z długopisem. Wstał z drewnianego, jednoosobowego łóżka w pokoju gościnnym, który dzielił z Alexandrem, i przeszedł szerokim korytarzem, a potem po krótkich schodach w stronę kuchni, gdzie kobiety robiły piekielny hałas.
    
  "Patrz! Sam! Stworzyłam... och... Zrobiłam całą partię... wielu rzeczy? Wielu rzeczy...?" Zmarszczyła brwi i gestem poprosiła Katię o pomoc.
    
  "Pierogi!" - radośnie zawołała Katia, wskazując rękami na bałagan z ciasta i rozrzuconego mięsa na drewnianym kuchennym stole.
    
  "Tak wiele!" zachichotała Nina.
    
  "Czy wy, dziewczyny, przypadkiem nie jesteście pijane?" - zapytał, rozbawiony widokiem dwóch pięknych kobiet, z którymi miał szczęście utknąć na odludziu. Gdyby był bardziej bezceremonialnym mężczyzną o lubieżnym usposobieniu, pewnie zrodziłaby mu się w głowie jakaś sprośna myśl, ale będąc Samem, po prostu rozwalił się na krześle i patrzył, jak Nina próbuje porządnie pokroić ciasto.
    
  "Nie jesteśmy pijani, panie Cleve. Jesteśmy tylko wstawieni" - wyjaśniła Katya, podchodząc do Sama z prostym szklanym słoikiem po dżemie, do połowy wypełnionym złowieszczym, przezroczystym płynem.
    
  "Ach!" wykrzyknął, przeczesując palcami gęste, ciemne włosy. "Widziałem to już wcześniej i to jest to, co my, mieszkańcy Cleave, nazywamy najkrótszą drogą do Slocherville. Trochę za wcześnie dla mnie, dziękuję".
    
  "Wcześnie?" - zapytała Katya, szczerze zdezorientowana. "Sam, jeszcze godzina do północy!"
    
  "Tak! Zaczęliśmy pić już o 19:00" - wtrąciła Nina, z rękami ubrudzonymi wieprzowiną, cebulą, czosnkiem i pietruszką, którymi siekała, żeby napełnić nimi kieszonki z ciasta.
    
  "Nie bądź głupi!" Sam był zdumiony, gdy podbiegł do małego okienka i zobaczył, że niebo jest zbyt jasne jak na to, co wskazywał zegarek. "Myślałem, że jest dużo wcześniej i po prostu zachowywałem się jak leniwy drań, chcąc położyć się do łóżka".
    
  Spojrzał na dwie kobiety, tak różne jak dzień i noc, ale tak samo piękne.
    
  Katya wyglądała dokładnie tak, jak Sam ją sobie wyobraził, gdy usłyszał jej imię, tuż przed przybyciem na farmę. Z dużymi, niebieskimi oczami zapadniętymi w kościste oczodoły i szerokimi, pełnymi ustami, wyglądała stereotypowo jak Rosjanka. Jej kości policzkowe były tak wydatne, że rzucały cienie na jej twarz w ostrym świetle padającym z góry, a proste blond włosy opadały na ramiona i czoło.
    
  Szczupła i wysoka, górowała nad drobną sylwetką ciemnookiej Szkotki obok niej. Nina w końcu odzyskała naturalny kolor włosów - głęboki, ciemny kasztan, w którym tak uwielbiał topić twarz, gdy dosiadała go w Belgii. Sam z ulgą zauważył, że jej blada, wychudzona cera zniknęła i znów mogła eksponować swoje wdzięczne krągłości i rumianą cerę. Czas spędzony z dala od szponów Czarnego Słońca choć trochę ją uzdrowił.
    
  Być może to wiejskie powietrze, z dala od Brugii, uspokajało ich oboje, ale w wilgotnym rosyjskim otoczeniu czuli się bardziej orzeźwieni i wypoczęci. Wszystko tutaj było o wiele prostsze, a ludzie uprzejmi, ale surowi. Ta kraina nie sprzyjała rozwadze ani wrażliwości, a Samowi to się podobało.
    
  Patrząc na płaskie równiny, które w gasnącym świetle przybierały fioletowy odcień, i słuchając wesołości panującej w domu, Sam nie mógł powstrzymać się od zastanawiania się, jak radzi sobie Alexander.
    
  Sam i Nina mogli mieć tylko nadzieję, że rebelianci na górze zaufają Aleksandrowi i nie pomylą go ze szpiegiem.
    
    
  * * *
    
    
  "Jesteś szpiegiem!" krzyknął chudy włoski rebeliant, cierpliwie krążąc wokół leżącego Aleksandra. Rosjanin poczuł potworny ból głowy, który tylko się pogorszył, gdy leżał głową w dół nad wanną.
    
  "Posłuchaj mnie!" - błagał Aleksander po raz setny. Jego czaszka pękała od napływu krwi do tylnej części gałek ocznych, a kostki powoli groziły zwichnięciem pod ciężarem ciała, które zwisało z prymitywnej liny i łańcuchów przymocowanych do kamiennego sufitu celi. "Gdybym był szpiegiem, po cholerę miałbym tu przychodzić? Po co miałbym tu przychodzić z informacjami, które pomogłyby ci w sprawie, ty głupi pieprzony makaronie?"
    
  Włoch nie docenił rasistowskich obelg Aleksandra i bez protestu po prostu zanurzył głowę Rosjanina z powrotem w lodowatej kąpieli, pozostawiając mu jedynie odsłoniętą szczękę. Jego koledzy chichotali na widok reakcji Rosjanina, siedząc przy zamkniętej na kłódkę bramie i popijając.
    
  "Lepiej wiedz, co powiedzieć, jak wrócisz, stronzo! Twoje życie zależy od tej sprośności, a to przesłuchanie już zabiera mi czas na picie. Kurwa, pozwolę ci się utopić, tak!" - krzyknął, klękając przy wannie, żeby pogrążony w alkoholu Rosjanin mógł go usłyszeć.
    
  "Carlo, co się stało?" zawołał Bern z korytarza, z którego nadchodził. "Wydajesz się nienaturalnie spięty" - powiedział kapitan bez ogródek. Jego głos stawał się coraz głośniejszy, gdy zbliżał się do łukowatego wejścia. Pozostali dwaj mężczyźni stanęli na baczność na widok swojego dowódcy, ale on machnął lekceważąco ręką, żeby się rozluźnili.
    
  "Kapitanie, ten idiota twierdzi, że ma informacje, które mogą nam pomóc, ale ma tylko rosyjskie dokumenty, które wyglądają na fałszywe" - powiedział Włoch, gdy Bern otworzył solidne czarne bramy, by wejść do sali przesłuchań, a dokładniej, do sali tortur.
    
  "Gdzie są jego papiery?" - zapytał kapitan, a Carlo wskazał na krzesło, do którego najpierw przywiązał Rosjanina. Bern spojrzał na starannie sfałszowaną przepustkę graniczną i dowód osobisty. Nie odrywając wzroku od rosyjskiego napisu, spokojnie powiedział: "Carlo".
    
  "Si, capitano?"
    
  "Rosjanin tonie, Carlo. Pozwól mu się podnieść".
    
  "O mój Boże!" Carlo podskoczył i podniósł dyszącego Aleksandra. Przemoczony Rosjanin rozpaczliwie łapał powietrze, gwałtownie kaszląc, zanim zwymiotował nadmiar wody.
    
  "Aleksander Aryczenkow. Czy to twoje prawdziwe nazwisko?" - zapytał Bern swojego gościa, ale potem zdał sobie sprawę, że nazwisko mężczyzny nie ma znaczenia dla ich motywacji. "Chyba nie ma to znaczenia. Zginiesz przed północą".
    
  Aleksander wiedział, że musi przedstawić swoją sprawę przełożonym, zanim zostanie zdany na łaskę i niełaskę swojego cierpiącego na deficyt uwagi prześladowcy. Woda wciąż gromadziła mu się w nozdrzach i piekła w nosie, uniemożliwiając mu mówienie, ale od tego zależało jego życie.
    
  "Kapitanie, nie jestem szpiegiem. Chcę dołączyć do twojej kompanii, to wszystko" - powiedział niewyraźnie żylasty Rosjanin.
    
  Bern odwrócił się na pięcie. "A dlaczego chcesz to zrobić?" Skinął na Carla, żeby ten temat przeniósł na dno wanny.
    
  "Renata została zdetronizowana!" krzyknął Aleksander. "Brałem udział w spisku mającym na celu obalenie przywództwa Zakonu Czarnego Słońca i udało nam się... w pewnym sensie".
    
  Bern podniósł rękę, aby powstrzymać Włocha przed wykonaniem ostatniego rozkazu.
    
  "Nie musisz mnie torturować, Kapitanie. Jestem tu po to, by swobodnie udzielać ci informacji!" - wyjaśnił Rosjanin. Carlo spiorunował go wzrokiem, a jego ręka drżała na bloczku, który decydował o losie Aleksandra.
    
  "W zamian za te informacje chcesz...?" zapytał Bern. "Chcesz do nas dołączyć?"
    
  "Tak! Tak! Dwóch przyjaciół i ja, też uciekamy przed Czarnym Słońcem. Wiemy, jak znaleźć członków Wyższego Porządku i dlatego próbują nas zabić, Kapitanie" - wyjąkał, z trudem znajdując odpowiednie słowa. Woda w gardle wciąż utrudniała mu oddychanie.
    
  "A gdzie są ci dwaj pańscy przyjaciele? Ukrywają się, panie Arichenkov?" - zapytał sarkastycznie Bern.
    
  "Przybyłem sam, Kapitanie, żeby sprawdzić, czy plotki o waszej organizacji są prawdziwe; czy nadal działacie" - mruknął szybko Aleksander. Bern uklęknął obok niego i zmierzył go wzrokiem od stóp do głów. Rosjanin był w średnim wieku, niski i chudy. Blizna po lewej stronie twarzy nadawała mu wygląd wojownika. Surowy kapitan przesunął palcem wskazującym po bliźnie, która teraz była fioletowa na bladej, wilgotnej i zimnej skórze Rosjanina.
    
  "Mam nadzieję, że to nie był wypadek samochodowy czy coś?" - zapytał Aleksandra. Bladoniebieskie oczy przemoczonego mężczyzny były przekrwione od ciśnienia i wyglądały, jakby prawie tonął, gdy spojrzał na kapitana i pokręcił głową.
    
  "Mam wiele blizn, Kapitanie. I żadna z nich nie powstała w wyniku wypadku, zapewniam pana. Głównie kule, odłamki i porywcze kobiety" - odpowiedział Aleksander, a jego sine usta drżały.
    
  "Kobiety. O tak, podoba mi się to. Brzmisz jak mój typ, przyjacielu" - Bern uśmiechnął się i rzucił Carlo milczące, lecz ciężkie spojrzenie, co nieco zaniepokoiło Aleksandra. "Dobrze, panie Arichenkov, dam panu kredyt zaufania. Przecież nie jesteśmy pieprzonymi zwierzętami!" - warknął ku rozbawieniu obecnych mężczyzn, którzy z furią zawarczeli na znak aprobaty.
    
  A Matka Rosja cię pozdrawia, Aleksandrze, rozbrzmiał w jego głowie wewnętrzny głos. Mam nadzieję, że nie obudzę się martwy.
    
  Ulgę, że Aleksander nie umrze, poczuł w głosie wycie i wiwaty stada zwierząt. Po chwili jego ciało zwiotczało, a on sam popadł w zapomnienie.
    
    
  Rozdział 5
    
    
  Tuż przed drugą w nocy Katia położyła na stole ostatnią kartę.
    
  "Poddaję się."
    
  Nina zaśmiała się żartobliwie, ściskając jej dłoń tak, aby Sam nie mógł odczytać wyrazu jej nieprzeniknionej twarzy.
    
  "No, bierz, Sam!" Nina zaśmiała się, gdy Katia pocałowała ją w policzek. Potem rosyjska piękność pocałowała Sam w czubek głowy i mruknęła niewyraźnie: "Idę spać. Siergiej niedługo wróci ze zmiany".
    
  "Dobranoc, Katya" - uśmiechnął się Sam, kładąc dłoń na stole. "Dwie pary".
    
  "Ha!" wykrzyknęła Nina. "Dom jest pełny. Zapłać, partnerze".
    
  "Cholera" - mruknął Sam i zdjął lewą skarpetkę. Rozbierany poker brzmiał lepiej, dopóki nie odkrył, że kobiety radzą sobie z nim lepiej, niż początkowo myślał, kiedy zgodził się grać. W samych szortach i jednej skarpetce, drżał z zimna przy stole.
    
  "Wiesz, że to oszustwo, a pozwoliliśmy na to tylko dlatego, że byłeś pijany. Straszne byłoby z naszej strony, gdybyśmy cię wykorzystali, prawda?" - wygłosiła mu wykład, ledwo powstrzymując się od śmiechu. Sam miał ochotę się roześmiać, ale nie chciał psuć tej chwili, przybierając swój najbardziej żałosny, opalony wyraz twarzy.
    
  "Dziękuję za twoją życzliwość. Tak mało porządnych kobiet zostało na tej planecie w dzisiejszych czasach" - powiedział z wyraźnym rozbawieniem.
    
  "To prawda" - zgodziła się Nina, nalewając drugi słoik bimbru do szklanki. Ale zaledwie kilka kropel bezceremonialnie wylało się na dno szklanki, dowodząc ku jej przerażeniu, że nocne zabawy i gry doszły do brutalnego finału. "A ja pozwalam ci zdradzać tylko dlatego, że cię kocham".
    
  Boże, chciałbym, żeby była trzeźwa, kiedy to mówiła - zapragnął Sam, gdy Nina objęła jego twarz dłońmi, a delikatny zapach jej perfum zmieszał się z niezdrowym aromatem destylowanego alkoholu, gdy złożyła delikatny pocałunek na jego ustach.
    
  "Chodź ze mną spać" - powiedziała, wyprowadzając chwiejnego, przypominającego literę Y Szkota z kuchni, który starannie zbierał ubrania po drodze. Sam nic nie powiedział. Pomyślał, że odprowadzi Ninę do jej pokoju, żeby upewnić się, że nie spadnie ze schodów, ale kiedy weszli do jej maleńkiego pokoju, tuż za rogiem, zamknęła za nimi drzwi.
    
  "Co robisz?" zapytała, widząc jak Sam próbuje podciągnąć dżinsy, przerzucając koszulę przez ramię.
    
  "Zmarzłem jak diabli, Nino. Daj mi tylko sekundę" - odpowiedział, desperacko walcząc z zamkiem błyskawicznym.
    
  Smukłe palce Niny zacisnęły się na jego drżących dłoniach. Wsunęła dłoń w jego dżinsy, ponownie rozsuwając mosiężne ząbki zamka. Sam zamarł, urzeczony jej dotykiem. Mimowolnie zamknął oczy i poczuł jej ciepłe, miękkie usta muskające jego.
    
  Popchnęła go z powrotem na łóżko i zgasiła światło.
    
  "Nina, jesteś pijana, dziewczyno. Nie rób niczego, czego będziesz żałować rano" - ostrzegł, po prostu dla pewności. W rzeczywistości pragnął jej tak bardzo, że o mało nie wybuchnął.
    
  "Jedyne, czego będę żałować, to to, że będę musiała to zrobić po cichu" - powiedziała, a jej głos brzmiał zaskakująco trzeźwo w ciemności.
    
  Słyszał, jak jej buty zostały odkopane, a potem krzesło odsunięte na lewo od łóżka. Sam poczuł, jak rzuca się na niego, jej ciężar niezgrabnie miażdży mu genitalia.
    
  "Uważaj!" jęknął. "Potrzebuję ich!"
    
  "Ja też" - powiedziała, całując go namiętnie, zanim zdążył odpowiedzieć. Sam starał się nie stracić panowania nad sobą, gdy Nina przycisnęła swoje drobne ciało do jego, oddychając mu w szyję. Westchnął, gdy jej ciepła, naga skóra dotknęła jego, wciąż zimnej po dwugodzinnej grze w pokera bez koszulki.
    
  "Wiesz, że cię kocham, prawda?" - wyszeptała. Sam przewrócił oczami w niechętnym zachwycie na te słowa, ale alkohol, który towarzyszył każdej sylabie, zrujnował jego rozkosz.
    
  "Tak, wiem" - zapewnił ją.
    
  Sam egoistycznie pozwolił jej na pełną swobodę w swoim ciele. Wiedział, że później będzie się z tego powodu czuł winny, ale na razie powtarzał sobie, że daje jej to, czego pragnie; że jest po prostu szczęśliwym odbiorcą jej namiętności.
    
  Katya nie spała. Drzwi cicho zaskrzypiały, gdy Nina zaczęła jęczeć, a Sam próbował ją uciszyć głębokimi pocałunkami, mając nadzieję, że jej nie przeszkodzą. Ale pośród tego wszystkiego nie przejąłby się, gdyby Katya weszła do pokoju, zapaliła światło i zaprosiła go do siebie - byle Nina robiła swoje. Jego dłonie głaskały jej plecy i obrysowywał bliznę czy dwie, z których każdą pamiętał, co było przyczyną.
    
  Był tam. Odkąd się poznali, ich życie nieustannie toczyło się w mrocznej, bezkresnej studni niebezpieczeństw, a Sam zastanawiał się, kiedy dotrą do twardego, bezwodnego gruntu. Ale nie dbał o to, byle tylko się rozbili. Z Niną u boku Sam czuł się bezpiecznie, nawet w szponach śmierci. A teraz, z nią w ramionach, tuż obok, jej uwaga na chwilę skupiła się na nim i tylko na nim; czuł się niezwyciężony, nietykalny.
    
  Z kuchni dobiegły kroki Katii, która otwierała drzwi Siergiejowi. Po krótkiej pauzie Sam usłyszał ich stłumioną rozmowę, której i tak nie byłby w stanie zrozumieć. Był wdzięczny za rozmowę w kuchni, dzięki czemu mógł delektować się stłumionymi okrzykami rozkoszy Niny, gdy przycisnął ją do ściany pod oknem.
    
  Pięć minut później drzwi kuchni się zamknęły. Sam nasłuchiwał, skąd dochodzą dźwięki. Ciężkie buty towarzyszyły wdzięcznym krokom Katii w głównej sypialni, ale drzwi już nie skrzypiały. Siergiej milczał, ale Katia coś powiedziała, a potem ostrożnie zapukała do drzwi Niny, nieświadoma, że Sam jej towarzyszył.
    
  "Nina, mogę wejść?" zapytała wyraźnie z drugiej strony drzwi.
    
  Sam usiadł, gotowy chwycić dżinsy, ale w ciemności nie miał pojęcia, gdzie Nina je rzuciła. Nina była nieprzytomna. Jej orgazm ukoił zmęczenie wywołane alkoholem przez całą noc, a jej mokre, bezwładne ciało przytuliło się do niego z rozkoszą, nieruchome jak trup. Katya zapukała ponownie: "Nina, muszę z tobą porozmawiać, proszę? Proszę!"
    
  Sam zmarszczył brwi.
    
  Prośba dochodząca zza drzwi zabrzmiała zbyt natarczywie, niemal alarmująco.
    
  A niech to szlag! - pomyślał. - No więc pobiłem Ninę. Zresztą, co to w ogóle miałoby za znaczenie? - pomyślał, macając w ciemności rękami po podłodze, szukając czegoś, co przypominałoby ubranie. Ledwo zdążył wciągnąć dżinsy, gdy klamka się obróciła.
    
  "Hej, co się dzieje?" - zapytał niewinnie Sam, pojawiając się w ciemnej szparze otwieranych drzwi. Dłoń Katyi zatrzymała drzwi z piskiem opon, a Sam oparł o nie stopę z drugiej strony.
    
  "Och!" - drgnęła, zaskoczona widokiem nie tej twarzy. "Myślałam, że Nina tu jest".
    
  "Ona taka jest. Zemdlała. Wszyscy ci lokalni faceci skopali jej tyłek" - odpowiedział z nieśmiałym chichotem, ale Katia nie wyglądała na zaskoczoną. Wręcz przeciwnie, wyglądała na wręcz przerażoną.
    
  "Sam, po prostu się ubierz. Obudź doktora Goulda i chodź z nami" - powiedział Siergiej złowieszczo.
    
  "Co się stało? Nina jest pijana jak bela i wygląda na to, że nie obudzi się aż do dnia sądu" - powiedział Sam Siergiejowi poważniej, ale wciąż próbował się zemścić.
    
  "O mój Boże, nie mamy czasu na takie bzdury!" krzyknął mężczyzna zza pary. Makarow pojawił się przy głowie Katii i ktoś nacisnął spust.
    
  Trzask!
    
  "Następny strzał będzie z ołowiu, towarzyszu" - ostrzegł strzelec.
    
  Siergiej zaczął szlochać, mamrocząc szaleńczo do stojących za nim mężczyzn, błagając o życie żony. Katia zakryła twarz dłońmi i upadła na kolana zszokowana. Z tego, co Sam wywnioskował, nie byli to koledzy Siergieja, jak początkowo przypuszczał. Chociaż nie znał rosyjskiego, wywnioskował z ich tonu, że bardzo poważnie myślą o zabiciu ich wszystkich, chyba że obudzi Ninę i pójdzie z nimi. Widząc, że kłótnia niebezpiecznie się zaostrza, Sam uniósł ręce i wyszedł z pokoju.
    
  "Dobra, dobra. Pójdziemy z wami. Powiedzcie mi tylko, co się dzieje, a obudzę doktora Goulda" - uspokajał czterech wściekłych bandytów.
    
  Siergiej objął płaczącą żonę i osłonił ją.
    
  "Nazywam się Bodo. Muszę wierzyć, że ty i doktor Gould towarzyszyliście mężczyźnie o nazwisku Alexander Arichenkov na naszej pięknej działce" - zapytał napastnik Sama.
    
  "Kto chce wiedzieć?" warknął Sam.
    
  Bodo odbezpieczył pistolet i wycelował w skuloną parę.
    
  "Tak!" krzyknął Sam, wyciągając rękę do Bodo. "Jezu, możesz się uspokoić? Nie ucieknę. Celuj tym cholerstwem we mnie, jeśli będziesz potrzebował poćwiczyć celowanie o północy!"
    
  Francuski bandyta opuścił broń, podczas gdy jego towarzysze trzymali swoje w pogotowiu. Sam przełknął ślinę i pomyślał o Ninie, która nie miała pojęcia, co się dzieje. Żałował, że potwierdził jej obecność, ale gdyby ci intruzi go odkryli, z pewnością zabiliby Ninę i Strenkovów, a jego powiesiliby na zewnątrz za jaja, żeby dzikie zwierzęta mogły go pożreć.
    
  "Obudź tę kobietę, panie Cleve" - rozkazał Bodo.
    
  "Dobrze. Tylko... uspokój się, dobrze?" Sam skinął głową na znak poddania się i powoli wrócił do ciemnego pokoju.
    
  "Światło zapalone, drzwi otwarte" - powiedział stanowczo Bodo. Sam nie miał zamiaru narażać Niny na niebezpieczeństwo swoim dowcipem, więc po prostu się zgodził i zapalił światło, wdzięczny za osłonę, którą zapewnił, zanim otworzył drzwi Katii. Nie chciał sobie wyobrażać, co te bestie zrobiłyby z nagą, nieprzytomną kobietą, gdyby leżała już na łóżku.
    
  Jej drobna postać ledwo unosiła kołdrę, gdzie spała na plecach, z otwartymi ustami w pijackiej sjeście. Sam nienawidził psuć tak cudownego odpoczynku, ale ich życie zależało od tego, czy się obudzi.
    
  "Nina" - powiedział dość głośno, pochylając się nad nią, próbując osłonić ją przed okrutnymi stworzeniami, które kręciły się w drzwiach, podczas gdy jedno z nich powstrzymywało właścicieli domu. "Nina, obudź się".
    
  "Na litość boską, zgaś to cholerne światło! Boli mnie głowa, Sam!" jęknęła i przewróciła się na drugi bok. Szybko rzucił przepraszające spojrzenie mężczyznom w drzwiach, którzy po prostu patrzyli na niego ze zdziwieniem, próbując dostrzec śpiącą kobietę, która mogłaby zawstydzić marynarza.
    
  "Nina! Nina, musimy natychmiast wstać i się ubrać! Rozumiesz?" - nalegał Sam, kołysząc ją ciężką ręką, ale ona tylko zmarszczyła brwi i go odepchnęła. Nagle Bodo wtrącił się i uderzył Ninę w twarz tak mocno, że jej guz natychmiast zaczął krwawić.
    
  "Wstawaj!" ryknął. Ogłuszający szczek jego zimnego głosu i przeszywający ból uderzenia wstrząsnęły Niną, otrzeźwiając ją niczym odłamek szkła. Usiadła, zdezorientowana i wściekła. Machając ręką w stronę Francuza, krzyknęła: "Za kogo ty się, do cholery, uważasz?"
    
  "Nina! Nie!" krzyknęła Sam, przerażona, że właśnie została postrzelona.
    
  Bodo złapał ją za ramię i uderzył z tyłu. Sam rzucił się do przodu, przyciskając wysokiego Francuza do szafki pod ścianą. Wyprowadził trzy prawe sierpowe w kość policzkową Bodo, czując, jak jego kostki cofają się z każdym ciosem.
    
  "Nigdy nie waż się uderzyć kobiety na moich oczach, ty kupo gówna!" krzyknął, kipiąc ze złości.
    
  Złapał Bodo za uszy i uderzył go mocno tyłem głowy o podłogę, ale zanim zdążył zadać drugi cios, Bodo chwycił Sama w ten sam sposób.
    
  "Tęsknisz za Szkocją?" Bodo zaśmiał się przez zakrwawione zęby i przyciągnął głowę Sama do swojej, zadając mu druzgocący cios głową, który natychmiast pozbawił go przytomności. "To się nazywa pocałunek Glasgow... chłopcze!"
    
  Mężczyźni wybuchnęli śmiechem, gdy Katya przepchnęła się przez nich, by przyjść z pomocą Ninie. Z nosa Niny ciekła krew, a twarz miała mocno posiniaczoną, ale była tak wściekła i zdezorientowana, że Katya musiała powstrzymać drobną historyczkę. Nina, rzucając w Bodø potok przekleństw i gróźb rychłej śmierci, zacisnęła zęby, gdy Katya przykryła ją szlafrokiem i mocno przytuliła, próbując uspokoić ją dla dobra wszystkich.
    
  "Daj spokój, Nino. Odpuść sobie" - powiedziała Katya do ucha Niny, przyciskając ją tak blisko, że mężczyźni nie mogli usłyszeć jej słów.
    
  "Zabiję go, kurwa. Przysięgam na Boga, że umrze, gdy tylko nadarzy się okazja" - Nina uśmiechnęła się krzywo, wtulając się w szyję Katii, gdy Rosjanka ją przytuliła.
    
  "Dostaniesz swoją szansę, ale najpierw musisz to przetrwać, dobrze? Wiem, że go zabijesz, kochanie. Po prostu żyj, bo..." Katya ją uspokajała. Jej załzawione oczy spoglądały na Bodo przez pasma włosów Niny. "Martwe kobiety nie potrafią zabijać".
    
    
  Rozdział 6
    
    
  Agatha miała mały dysk twardy, który trzymała na wypadek nagłych wypadków w podróży. Podłączyła go do modemu Purdue i z niezrównaną łatwością w zaledwie sześć godzin stworzyła platformę programową, za pomocą której włamała się do wcześniej niedostępnej bazy danych finansowych Black Sun. Jej brat siedział cicho obok niej w mroźny poranek, ściskając mocno kubek gorącej kawy. Niewielu ludzi mogło jeszcze zaimponować Purdue swoją techniczną biegłością, ale musiał przyznać, że jego siostra wciąż potrafiła budzić podziw.
    
  Nie chodziło o to, że wiedziała więcej od niego, ale jakoś chętniej korzystała z wiedzy, którą oboje posiadali, podczas gdy on stale zaniedbywał niektóre ze swoich wyuczonych formuł, zmuszając się do częstego grzebania w mózgu niczym zagubiona dusza. To był jeden z tych momentów, które sprawiły, że zwątpił we wczorajsze schematy i dlatego Agatha tak łatwo odnalazła brakujące schematy.
    
  Pisała teraz z prędkością błyskawicy. Purdue ledwo nadążało z kodami, które wprowadzała do systemu.
    
  "Co ty do cholery robisz?" - zapytał.
    
  "Opowiedz mi jeszcze raz o tych dwóch twoich przyjaciołach. Potrzebuję ich numerów identyfikacyjnych i nazwisk natychmiast. No dalej! Tam. Połóż to tam" - bełkotała, machając palcem wskazującym, jakby pisała swoje imię w powietrzu. Jakiż z niej cud. Purdue zapomniał, jakie zabawne potrafią być jej maniery. Podszedł do komody, na którą wskazała, i wyciągnął dwa segregatory, w których trzymał notatki Sama i Niny, odkąd po raz pierwszy skorzystał z nich podczas podróży na Antarktydę, by znaleźć legendarną stację lodową Wolfenstein.
    
  "Czy mogę dostać więcej tych materiałów?" zapytała, biorąc od niego papiery.
    
  "Co to za materiał?" zapytał.
    
  "To jest... Koleś, ta rzecz, którą robisz z cukru i mleka..."
    
  "Kawy?" - zapytałam. Zapytał oszołomiony. "Agato, wiesz, co to jest kawa?"
    
  "Wiem, cholera. To słowo po prostu wyleciało mi z głowy, kiedy cały ten kod przelatywał mi przez głowę. Jakbyś od czasu do czasu nie miał błędów" - warknęła.
    
  "Dobra, dobra. Zrobię ci trochę. Co robisz z danymi Niny i Sama, jeśli mogę zapytać?" - zawołał Purdue znad ekspresu do cappuccino za ladą.
    
  "Odmrażam ich konta bankowe, Davidzie. Włamuję się na konto Black Sun" - uśmiechnęła się, żując lukrecjowy patyczek.
    
  Purdue o mało nie dostał szału. Podbiegł do swojej siostry bliźniaczki, żeby zobaczyć, co robi na ekranie.
    
  "Zwariowałaś, Agatho? Masz pojęcie, jakie rozbudowane systemy bezpieczeństwa i alarmów technicznych mają ci ludzie na całym świecie?" - warknął w panice - kolejna reakcja, jakiej Dave Perdue nigdy wcześniej by nie okazał.
    
  Agatha spojrzała na niego z troską. "Jak mam zareagować na twój sarkastyczny wybuch... hm" - powiedziała spokojnie przez czarnego cukierka między zębami. "Po pierwsze, ich serwery, o ile się nie mylę, zostały zaprogramowane i zabezpieczone zaporą sieciową przy użyciu... ciebie... co?"
    
  Perdue skinął głową zamyślony. "Tak?"
    
  "I tylko jedna osoba na tym świecie wie, jak włamać się do waszych systemów, ponieważ tylko jedna osoba wie, jak kodujecie, jakich schematów i podserwerów używacie" - powiedziała.
    
  "Ty" - westchnął z ulgą, siadając uważnie na tylnym siedzeniu niczym zdenerwowany kierowca.
    
  "Zgadza się. Dziesięć punktów dla Gryffindoru" - powiedziała sarkastycznie.
    
  "Nie ma potrzeby dramatyzowania" - strofował ją Purdue, lecz na jej ustach pojawił się uśmiech, gdy dopijał jej kawę.
    
  "Dobrze by było, gdybyś posłuchał swojej własnej rady, staruszku" - zadrwiła Agatha.
    
  "W ten sposób nie wykryją cię na głównych serwerach. Powinieneś uruchomić robaka" - zasugerował z figlarnym uśmieszkiem, niczym stary Purdue.
    
  "Muszę!" - zaśmiała się. "Ale najpierw przywróćmy stare statusy twoim znajomym. To jeden z tych sposobów. Potem znowu ich zhakujemy, kiedy wrócimy z Rosji i włamiemy się na ich konta. Podczas gdy ich zarządzanie jest na wyboistej drodze, cios w ich finanse powinien im zapewnić zasłużone więzienne ruchanie. Schyl się, Czarne Słońce! Ciocia Agatha ma erekcję!" - zaśpiewała żartobliwie, z lukrecją między zębami, jakby grała w Metal Gear Solid.
    
  Perdue wybuchnął śmiechem razem ze swoją niegrzeczną siostrą. Zdecydowanie była niegrzecznym bachorem.
    
  Dokończyła swoją intruzję. "Zostawiłam sygnał, żeby wyłączyć ich czujniki termiczne".
    
  "Cienki".
    
  Dave Perdue ostatni raz widział swoją siostrę latem 1996 roku w regionie jezior południowych w Kongo. Wtedy był jeszcze nieco bardziej nieśmiały i nie posiadał nawet dziesiątej części majątku, jaki posiada dzisiaj.
    
  Agatha i David Perdue towarzyszyli dalekiemu krewnemu, aby dowiedzieć się czegoś o tym, co rodzina nazywała "kulturą". Niestety, żadne z nich nie podzielało zamiłowania swojego pradziadka do polowań, ale choć nie znosili patrzeć, jak starzec zabija słonie w celu nielegalnego handlu kością słoniową, nie mieli możliwości opuszczenia niebezpiecznego kraju bez jego wskazówek.
    
  Dave rozkoszował się przygodami, które zapowiadały jego eskapady w latach trzydziestych i czterdziestych. Podobnie jak wuj, nieustanne błagania siostry, by przestała zabijać, stały się męczące i wkrótce przestali się odzywać. Choć chciała odejść, rozważała oskarżenie wuja i brata o bezmyślne kłusownictwo dla pieniędzy - najbardziej niemiłą wymówkę dla każdego studenta Purdue. Widząc, że wujek Wiggins i jej brat nie przejmują się jej uporem, obiecała im, że zrobi wszystko, co w jej mocy, by po powrocie do domu przekazać władzom niewielki biznes stryjecznego dziadka.
    
  Starszy mężczyzna tylko się roześmiał i powiedział Davidowi, żeby nie myślał o zastraszaniu kobiety, ponieważ ona jest po prostu zdenerwowana.
    
  W jakiś sposób prośby Agathy, by odeszła, doprowadziły do kłótni, a wujek Wiggins bez ogródek obiecał Agacie, że zostawi ją w dżungli, jeśli usłyszy jej kolejne skargi. Wtedy nie zamierzał spełnić tej groźby, ale z czasem młoda kobieta stawała się coraz bardziej wrogo nastawiona do jego metod. Pewnego ranka wujek Wiggins wyprowadził Davida i jego grupę myśliwską, zostawiając Agathę w obozie z miejscowymi kobietami.
    
  Po kolejnym dniu polowań i niespodziewanej nocy spędzonej w obozie w dżungli, następnego ranka grupa Perdue wsiadła na prom. "Co się stało?" - pytał z zapałem Dave Perdue, płynąc przez jezioro Tanganika. Jednak jego prastryj zapewnił go jedynie, że Agatha jest "pod dobrą opieką" i wkrótce zostanie przetransportowana samolotem czarterowym, który wynajął, aby odebrać ją z najbliższego lotniska, gdzie dołączy do nich w porcie w Zanzibarze.
    
  Kiedy jechali z Dodomy do Dar es Salaam, Dave Perdue wiedział, że jego siostra zaginęła w Afryce. Uważał wręcz, że jest wystarczająco pracowita, by sama odnaleźć drogę do domu, i starał się nie myśleć o tym. Mijały miesiące, a Perdue próbował odnaleźć Agathę, ale trop się urwał. Jego źródła donosiły o jej obserwacjach, o tym, że żyje i ma się dobrze, a także o tym, że była aktywistką w Afryce Północnej, na Mauritiusie i w Egipcie, kiedy ostatni raz o niej słyszeli. Ostatecznie więc porzucił tę sprawę, uznając, że jego siostra bliźniaczka podążyła za swoją pasją do reform i ochrony środowiska i dlatego nie potrzebuje już ratunku, o ile w ogóle go potrzebowała.
    
  To był dla niego spory szok, zobaczyć ją ponownie po dekadach rozłąki, ale jej towarzystwo sprawiało mu ogromną przyjemność. Był pewien, że po lekkim nakłonieniu w końcu wyjawi, dlaczego teraz się pojawiła.
    
  "Więc powiedz mi, dlaczego chciałeś, żebym wywiózł Sama i Ninę z Rosji" - nalegał Perdue. Próbował dociec, dlaczego w dużej mierze skrywała powody, dla których zwróciła się do niego o pomoc, ale Agatha ledwie przedstawiła mu pełny obraz sytuacji, a sposób, w jaki ją znał, był wszystkim, co mógł wywnioskować, dopóki nie zdecydowała inaczej.
    
  "Zawsze byłeś zajęty pieniędzmi, Davidzie. Wątpię, żebyś zainteresował się czymś, na czym nie możesz zarobić" - odpowiedziała chłodno, popijając kawę. "Potrzebuję doktor Gould, żeby pomogła mi znaleźć to, do czego mnie zatrudniono. Jak wiesz, moim zawodem są książki. A jej historia to historia. Nie potrzebuję od ciebie wiele poza tym, żebyś wezwał tę damę i skorzystał z jej wiedzy".
    
  "To wszystko, czego ode mnie chcesz?" - zapytał, a na jego twarzy pojawił się uśmieszek.
    
  "Tak, Davidzie" - westchnęła.
    
  "Przez ostatnie kilka miesięcy dr Gould i inni uczestnicy, tacy jak ja, ukrywali się incognito, aby uniknąć prześladowań ze strony organizacji Czarne Słońce i jej stowarzyszeń. Z tymi ludźmi nie wolno zadzierać".
    
  "Z pewnością coś, co zrobiłeś, wywołało u nich reakcję" - powiedziała wprost.
    
  Nie mógł zaprzeczyć.
    
  "W każdym razie, potrzebuję, żebyś ją dla mnie znalazła. Byłaby nieoceniona w moim śledztwie i sowicie wynagrodzona przez mojego klienta" - powiedziała Agatha, niecierpliwie przestępując z nogi na nogę. "I nie mam wieczności, żeby tam dotrzeć, rozumiesz?"
    
  "Czyli to nie jest spotkanie towarzyskie, podczas którego chcemy wam opowiedzieć, co u nas słychać?" Uśmiechnął się sarkastycznie, nawiązując do dobrze znanej siostrze nietolerancji spóźnialskich.
    
  "Och, wiem o twoich działaniach, Davidzie, i jestem dobrze poinformowana. Nie byłeś zbyt skromny, jeśli chodzi o swoje osiągnięcia i sławę. Nie trzeba psa gończego, żeby odkryć, w co byłeś zaangażowany. Gdzie, twoim zdaniem, słyszałam o Ninie Gould?" - zapytała tonem bardzo przypominającym chełpliwe dziecko na zatłoczonym placu zabaw.
    
  "Obawiam się, że będziemy musieli pojechać do Rosji, żeby ją złapać. Dopóki się ukrywa, jestem pewien, że nie ma telefonu i nie może po prostu przekroczyć granic bez wyrobienia sobie fałszywej tożsamości" - wyjaśnił.
    
  "Dobrze. Idź i ją odbierz. Będę czekać w Edynburgu, w twoim uroczym domu" - skinęła głową z kpiną.
    
  "Nie, znajdą cię tam. Jestem pewien, że szpiedzy rady miejskiej są wszędzie w moich posiadłościach w całej Europie" - ostrzegł. "Może pójdziesz ze mną? W ten sposób będę mógł mieć na ciebie oko i upewnić się, że jesteś bezpieczny".
    
  "Ha!" - parsknęła sarkastycznym śmiechem. "Ty? Nawet sam siebie nie potrafisz obronić! Spójrz na siebie, chowasz się jak skurczony robak w zakamarkach Elche. Moi przyjaciele w Alicante tak łatwo cię namierzyli, że aż się rozczarowałam".
    
  Perdue nie spodobał się ten cios poniżej pasa, ale wiedział, że ma rację. Nina powiedziała mu coś podobnego ostatnim razem, gdy rzuciła mu się do gardła. Musiał przyznać przed sobą, że wszystkie jego zasoby i majątek nie wystarczały, by chronić bliskich, w tym jego własne, kruche bezpieczeństwo, które teraz było aż nadto widoczne, skoro tak łatwo go zdemaskowano w Hiszpanii.
    
  "I nie zapominajmy, mój drogi bracie" - kontynuowała, w końcu okazując mściwe zachowanie, którego początkowo się po niej spodziewał, gdy zobaczył ją tam po raz pierwszy - "że ostatnim razem, gdy powierzyłam ci swoje bezpieczeństwo na safari, znalazłam się, delikatnie mówiąc, w kiepskiej sytuacji".
    
  "Agato. Proszę?" - zapytał Perdue. "Cieszę się, że tu jesteś i przysięgam na Boga, że teraz, kiedy wiem, że żyjesz i masz się dobrze, zamierzam cię w tym utrzymać".
    
  "Ugh!" odchyliła się na krześle, przykładając wierzch dłoni do czoła, by podkreślić dramatyzm jego słów. "Proszę cię, Davidzie, nie bądź taką dramatyczną królową".
    
  Zachichotała drwiąco z jego szczerości i pochyliła się, by spojrzeć mu w oczy z nienawiścią w oczach. "Idę z tobą, drogi Davidzie, żebyś nie spotkał tego samego losu, jaki zgotował mi wujek Wiggins, staruszku. Nie chcielibyśmy, żeby twoja nikczemna nazistowska rodzina cię teraz znalazła, prawda?"
    
    
  Rozdział 7
    
    
  Bern obserwowała, jak mała historyczka wpatruje się w niego z siedzenia. Uwiodła go nie tylko w małostkowy, seksualny sposób. Choć wolał kobiety o stereotypowych nordyckich rysach - wysokie, szczupłe, o niebieskich oczach i blond włosach - pociągała go w sposób, którego nie potrafił zrozumieć.
    
  "Doktorze Gould, nie potrafię wyrazić, jak bardzo jestem zszokowany sposobem, w jaki mój kolega pana potraktował, i obiecuję, że dopilnuję, by poniósł słuszną karę" - powiedział z łagodnym autorytetem. "Jesteśmy bandą brutalnych mężczyzn, ale nie bijemy kobiet. I nie tolerujemy okrutnego traktowania więźniarek! Czy to jasne, monsieur Baudot?" - zapytał wysokiego Francuza z posiniaczonym policzkiem. Baudot skinął biernie głową, ku zaskoczeniu Niny.
    
  Zakwaterowano ją w porządnym pokoju ze wszystkimi niezbędnymi udogodnieniami. Nie usłyszała jednak nic o Samie, o czym dowiedziała się z podsłuchu krótkiej rozmowy między kucharzami, którzy przynieśli jej jedzenie dzień wcześniej, podczas gdy czekała na spotkanie z przywódcą, który nakazał ich tu przyprowadzić.
    
  "Rozumiem, że nasze metody muszą cię szokować..." - zaczął nieśmiało, ale Nina miała już dość słuchania grzecznych przeprosin tych wszystkich zadufanych w sobie typów. Dla niej wszyscy byli po prostu dobrze wychowanymi terrorystami, bandytami z ogromnymi kontami bankowymi i, jak wszyscy mówią, po prostu politycznymi chuliganami, jak reszta skorumpowanej hierarchii.
    
  "Nie do końca. Przyzwyczaiłam się do tego, że ludzie z większymi spluwami traktują mnie jak gówno" - odparła ostro. Jej twarz była w opłakanym stanie, ale Bern widział, że jest bardzo piękna. Zauważył jej gniewne spojrzenie na Francuza, ale zignorował je. W końcu miała dobry powód, żeby nienawidzić Bodo.
    
  "Twój chłopak jest w szpitalu. Doznał lekkiego wstrząsu mózgu, ale nic mu nie będzie" - powiedział Bern, mając nadzieję, że dobre wieści ją ucieszą. Nie znał jednak dr Niny Gould.
    
  "To nie mój chłopak. Tylko go pieprzę" - powiedziała chłodno. "Boże, zabiłabym za papierosa".
    
  Kapitan był wyraźnie zszokowany jej reakcją, ale spróbował się blado uśmiechnąć i natychmiast zaproponował jej jednego ze swoich papierosów. Nina miała nadzieję, że swoją podstępną odpowiedzią zdystansuje się od Sama, uniemożliwiając im wykorzystanie ich przeciwko sobie. Gdyby udało jej się przekonać ich, że nie jest w żaden sposób emocjonalnie związana z Samem, nie byliby w stanie zrobić mu krzywdy, by na nią wpłynąć, o ile taki był ich cel.
    
  "No to dobrze" - powiedział Bern, zapalając Ninie papierosa. "Bodo, zabij dziennikarza".
    
  "Tak" - warknął Bodo i szybko opuścił biuro.
    
  Serce Niny stanęło. Czy ją testowali? A może po prostu ułożyła pieśń żałobną dla Sama? Pozostała niewzruszona, zaciągając się głęboko papierosem.
    
  "A teraz, jeśli nie ma pani nic przeciwko, Doktorze, chciałbym wiedzieć, dlaczego pani i pani koledzy przebyli taki kawał drogi, żeby się z nami spotkać, skoro nie zostaliście wysłani?" - zapytał. Sam zapalił papierosa i spokojnie czekał na jej odpowiedź. Nina mimowolnie zastanawiała się nad losem Sama, ale nie mogła pozwolić im być blisko za żadną cenę.
    
  "Słuchaj, kapitanie Bern, jesteśmy zbiegami. Podobnie jak ty, mieliśmy paskudną zatarg z Zakonem Czarnego Słońca i pozostawiło to pewien niesmak. Nie przyjęli łaskawie naszej decyzji, by nie dołączyć do nich ani nie zostać ich pupilami. Właściwie, niedawno byliśmy bardzo blisko tego i byliśmy zmuszeni cię szukać, bo byłeś jedyną alternatywą dla powolnej śmierci" - syknęła. Jej twarz wciąż była opuchnięta, a okropna blizna na prawym policzku żółkła na brzegach. Białka oczu Niny były niczym mapa czerwonych żył, a worki pod oczami świadczyły o braku snu.
    
  Bern pokiwał głową ze zrozumieniem, zaciągnął się papierosem i znów przemówił.
    
  "Pan Arichenkow powiedział nam, że miałeś przyprowadzić do nas Renatę, ale... zgubiłeś ją?"
    
  "Tak rzec można" - Nina nie mogła powstrzymać się od chichotu, myśląc o tym, jak Perdue zdradził ich zaufanie i związał swój los z radą, porywając Renatę w ostatniej chwili.
    
  "Co masz na myśli, mówiąc "że tak powiem", doktor Gould?" - zapytał surowy przywódca, spokojnym, ale przepełnionym poważną złośliwością tonem. Wiedziała, że będzie musiała im coś dać, nie zdradzając swojej bliskości z Samem ani Purdue - co było bardzo trudne, nawet dla tak inteligentnej dziewczyny jak ona.
    
  "No cóż, byliśmy w drodze - pan Arichenkov, pan Cleve i ja..." - powiedziała, celowo pomijając Perdue - "żeby dostarczyć ci Renatę w zamian za twoje przyłączenie się do naszej walki o obalenie Czarnego Słońca raz na zawsze".
    
  "Wracaj tam, gdzie straciłeś Renatę. Proszę" - namawiał Bern, ale w jego łagodnym głosie wyczuła melancholijną niecierpliwość, której spokój nie mógł trwać długo.
    
  "W szaleńczym pościgu, który urządzili jej rówieśnicy, mieliśmy oczywiście wypadek samochodowy, kapitanie Bern" - opowiadała zamyślona, mając nadzieję, że prosty incydent będzie wystarczającym powodem, by zgubili Renatę.
    
  Uniósł jedną brew, wyglądając niemal na zaskoczonego.
    
  "A kiedy się ocknęliśmy, jej już nie było. Założyliśmy, że jej ludzie - ci, którzy nas ścigali - ją przyprowadzili" - dodała, myśląc o Samie i o tym, czy zginął w tamtej chwili.
    
  "I nie wpakowali wam po prostu kuli w łeb, żeby mieć pewność? Nie przywrócili do życia tych z was, którzy jeszcze żyli?" - zapytał z nutą wojskowego cynizmu. Pochylił się nad stołem i gniewnie pokręcił głową. "Właśnie tak bym zrobił. A kiedyś byłem częścią Czarnego Słońca. Doskonale wiem, jak oni działają, doktorze Gould, i wiem, że nie rzuciliby się na Renatę i nie zostawiliby pana przy życiu".
    
  Tym razem Nina zaniemówiła. Nawet jej przebiegłość nie zdołała jej uratować, oferując wiarygodną alternatywę dla tej historii.
    
  Sam jeszcze żyje? - pomyślała, rozpaczliwie pragnąc, żeby nie sprawdzić blefu niewłaściwego mężczyzny.
    
  "Doktorze Gould, proszę nie wystawiać mojej uprzejmości na próbę. Mam talent do wyłapywania bzdur, a pan karmi mnie bzdurami" - powiedział z chłodną uprzejmością, która sprawiła, że Nina dostała gęsiej skórki pod za dużym swetrem. "A teraz, po raz ostatni, jak to możliwe, że ty i twoi przyjaciele jeszcze żyjecie?"
    
  "Mieliśmy pomoc od naszego człowieka" - powiedziała szybko, mając na myśli Purdue, ale powstrzymała się od wymienienia jego nazwiska. Ten Bern, o ile potrafiła oceniać ludzi, nie był lekkomyślny, ale w jego oczach widziała, że należy do gatunku, z którym się nie zadziera; rodzaju "złej śmierci" i tylko głupiec uniósłby ten cierń. Zaskakująco szybko odpowiedziała i miała nadzieję, że będzie mogła od razu zaproponować inne pomocne sugestie, nie popełniając błędu i nie dając się zabić. Z tego, co wiedziała, Alexander, a teraz Sam, mogli już nie żyć, więc w jej interesie będzie szczerość wobec jedynych sojuszników, jakich jeszcze mieli.
    
  "Ktoś z wewnątrz?" - zapytał Bern. "Ktoś, kogo znam?"
    
  "Nawet nie wiedzieliśmy" - odpowiedziała. Technicznie rzecz biorąc, nie kłamię, Jezu. Do tej pory nie wiedzieliśmy, że jest w zmowie z radą - modliła się w duchu, mając nadzieję, że bóg, który słyszy jej myśli, okaże jej łaskę. Nina nie myślała o szkółce niedzielnej, odkąd jako nastolatka uciekła od tłumów w kościele, ale nigdy nie musiała modlić się o swoje życie aż do teraz. Niemal słyszała Sama chichoczącego z jej żałosnych prób zadowolenia jakiegoś bóstwa i drwiącego z niej przez całą drogę do domu.
    
  "Hmm" - zastanowił się krzepki przywódca, sprawdzając jej historię w swoim systemie weryfikacji faktów. "A ten... nieznany... mężczyzna odciągnął Renatę, upewniając się, że pościg nie podejdzie do twojego samochodu, żeby sprawdzić, czy nie żyjesz?"
    
  "Tak" - powiedziała, wciąż rozważając w myślach wszystkie powody, zanim udzieliła odpowiedzi.
    
  Uśmiechnął się radośnie i pochlebił jej: "To naciągane, doktor Gould. Te są bardzo rozproszone. Ale na razie to kupuję".
    
  Nina wyraźnie odetchnęła z ulgą. Nagle rosły komendant pochylił się nad stołem i siłą wplątał dłoń we włosy Niny, ściskając je mocno i gwałtownie przyciągając ją do siebie. Krzyknęła w panice, a on boleśnie przycisnął twarz do jej obolałego policzka.
    
  "Ale jeśli się dowiem, że mnie, kurwa, okłamałaś, to nakarmię twoich ochłapów moich ludzi, jak tylko cię osobiście wyrucham. Jasne, doktorze Gould?" - syknął Bern w jej twarz. Nina poczuła, jak jej serce przestaje bić, i omal nie zemdlała ze strachu. Mogła tylko skinąć głową.
    
  Nigdy się tego nie spodziewała. Teraz była pewna, że Sam nie żyje. Gdyby Brygada Renegatów była tak psychopatyczna, z pewnością nie znaliby litości ani umiaru. Siedziała przez chwilę oszołomiona. Tyle z okrutnego traktowania jeńców, pomyślała, modląc się do Boga, żeby przypadkiem nie powiedziała tego na głos.
    
  "Powiedz Bodo, żeby przyprowadził pozostałą dwójkę!" krzyknął do strażnika przy bramie. Stał na drugim końcu sali, znów patrząc na horyzont. Nina miała spuszczoną głowę, ale jej wzrok uniósł się, by na niego spojrzeć. Bern wyglądał na skruszonego, gdy się odwrócił. "Ja... chyba przeprosiny byłyby niepotrzebne. Za późno, żeby próbować być miłym, ale... naprawdę mi przykro z tego powodu, więc... przepraszam".
    
  "Wszystko w porządku" - zdołała powiedzieć, a jej słowa były prawie niesłyszalne.
    
  "Nie, naprawdę. Ja..." - trudno mu było mówić, upokorzony własnym zachowaniem - "Mam problem z gniewem. Denerwuję się, gdy ludzie mnie okłamują. Naprawdę, doktorze Gould, zazwyczaj nie krzywdzę kobiet. To szczególny grzech, który zarezerwowałem dla kogoś wyjątkowego".
    
  Nina chciała go nienawidzić tak samo mocno, jak nienawidziła Bodo, ale po prostu nie potrafiła. O dziwo, wiedziała, że jest szczery, a zamiast tego, aż za dobrze rozumiała jego frustrację. Właściwie to właśnie na tym polegała jej sytuacja z Perdue. Bez względu na to, jak bardzo chciała go kochać, bez względu na to, jak bardzo rozumiała, że jest ekstrawagancki i uwielbia niebezpieczeństwo, najczęściej miała ochotę kopnąć go w jaja. Jej porywczy temperament dawał o sobie znać bezsensownie, gdy ją okłamywano, a Perdue był tym, który bezbłędnie zdetonował tę bombę.
    
  "Rozumiem. Właściwie, chcę" - powiedziała po prostu, zamrożona w szoku. Bern zauważył zmianę w jej głosie. Tym razem był surowy i szczery. Kiedy powiedziała, że rozumie jego gniew, była brutalnie szczera.
    
  "W to właśnie wierzę, doktorze Gould. Będę się starał wydawać jak najsprawiedliwsze osądy" - zapewnił ją. Niczym cienie cofające się po wschodzącym słońcu, jego postawa powróciła do bezstronnego dowódcy, którego poznała. Zanim Nina zdążyła pojąć, co miał na myśli mówiąc o "procesie", bramy się otworzyły, ukazując Sama i Alexandra.
    
  Byli trochę poobijani, ale poza tym wydawali się cali i zdrowi. Alexander wyglądał na zmęczonego i otępiałego. Sam wciąż był ranny po uderzeniu w czoło, a jego prawa ręka była zabandażowana. Obaj mężczyźni wyglądali poważnie na widok obrażeń Niny. Ich rezygnacja maskowała gniew, ale wiedziała, że tylko dla dobra ogółu powinni powstrzymać się od ataku na bandytę, który ją skrzywdził.
    
  Bern gestem wskazał obu mężczyznom, żeby usiedli. Obaj byli skuci kajdankami z tyłu, w przeciwieństwie do Niny, która była wolna.
    
  "Skoro porozmawiałem już z wami trzema, postanowiłem was nie zabijać. Ale..."
    
  "Jest tylko jeden problem" - westchnął Aleksander, nie patrząc na Berna. Głowę miał zwieszoną bezsilnie, a jego żółto-siwe włosy były w nieładzie.
    
  "Oczywiście, jest pewien haczyk, panie Arichenkow" - odpowiedział Bern, brzmiąc niemal zaskoczony oczywistą uwagą Aleksandra. "Pan chce azylu. Ja chcę Renaty".
    
  Wszyscy trzej spojrzeli na niego z niedowierzaniem.
    
  "Kapitanie, nie ma mowy, żebyśmy ją znowu aresztowali" - zaczął Aleksander.
    
  "Bez twojego wewnętrznego mężczyzny, tak, wiem" - powiedział Bern.
    
  Sam i Alexander spojrzeli na Ninę, ale ona wzruszyła ramionami i pokręciła głową.
    
  "Więc zostawiam tu kogoś jako gwarancję" - dodał Bern. "Pozostali, aby udowodnić swoją lojalność, będą musieli dostarczyć mi Renatę żywą. Aby pokazać, jakim jestem uprzejmym gospodarzem, pozwolę ci wybrać, kto zostanie u Strenkovów".
    
  Sam, Alexander i Nina wstrzymali oddech.
    
  "Och, spokojnie!" Bern dramatycznie odrzucił głowę do tyłu, chodząc tam i z powrotem. "Nie wiedzą, że są celem. Bezpieczni w swojej chacie! Moi ludzie są na miejscu, gotowi do ataku na mój rozkaz. Masz dokładnie miesiąc, żeby tu wrócić z tym, czego chcę".
    
  Sam spojrzał na Ninę. Powiedziała bezgłośnie: "Jesteśmy zgubieni".
    
  Aleksander skinął głową na znak zgody.
    
    
  Rozdział 8
    
    
  W przeciwieństwie do nieszczęsnych więźniów, którym nie udało się udobruchać dowódców brygady, Sam, Nina i Alexander mieli przywilej zjedzenia kolacji z członkami brygady tego wieczoru. Wszyscy siedzieli i rozmawiali wokół ogromnego ogniska na środku rzeźbionego, kamiennego dachu fortecy. W mury wbudowano kilka budek strażniczych, umożliwiających im stałe monitorowanie terenu, podczas gdy widoczne wieże strażnicze, ustawione w narożnikach, zwrócone w strony świata, stały puste.
    
  "Sprytne" - powiedział Aleksander, obserwując taktyczne oszustwo.
    
  "Tak" - zgodził się Sam, wgryzając się głęboko w wielkie żebro, które ściskał dłońmi jak jaskiniowiec.
    
  "Zrozumiałam, że w kontaktach z tymi ludźmi - tak jak z innymi - trzeba nieustannie myśleć o tym, co się widzi, bo inaczej za każdym razem zaskoczą" - zauważyła Nina. Usiadła obok Sama, trzymając w palcach kawałek świeżo upieczonego chleba i odłamując go, by zanurzyć w zupie.
    
  "Więc zostajesz tutaj - jesteś pewien, Aleksandrze?" - zapytała Nina z wielkim zaniepokojeniem, choć nie chciała, żeby ktokolwiek poza Samem pojechał z nią do Edynburga. Jeśli musieliby znaleźć Renatę, najlepszym miejscem na początek byłoby Purdue. Wiedziała, że Sam zostanie zdemaskowany, jeśli uda się do Raichtisusis i złamie protokół.
    
  "Muszę. Muszę być tam dla moich przyjaciół z dzieciństwa. Jeśli mają zostać zastrzeleni, dopilnuję, żeby przynajmniej połowa tych draniów ze mną była" - powiedział, unosząc niedawno skradzioną piersiówkę w toaście.
    
  "Ty szalony Rosjaninie!" - zaśmiała się Nina. "Był pełny, kiedy go kupiłeś?"
    
  "Tak było" - chwalił się rosyjski alkoholik - "ale teraz jest prawie pusto!"
    
  "Czy to ten sam trunek, którym karmiła nas Katya?" zapytał Sam, krzywiąc się z obrzydzeniem na wspomnienie ohydnego bimbru, którym częstowano go podczas gry w pokera.
    
  "Tak! Wyprodukowano w tym regionie. Tylko na Syberii wszystko wychodzi lepiej niż tutaj, moi przyjaciele. Czemu myślicie, że w Rosji nic nie rośnie? Wszystkie zioła giną, gdy rozlejesz swój bimber!" - zaśmiał się jak dumny maniak.
    
  Naprzeciwko buchających płomieni Nina widziała Berna. Wpatrywał się w ogień, jakby obserwował rozwijającą się w nim historię. Jego lodowato niebieskie oczy niemal gasiły płomienie, a ona poczuła ukłucie współczucia dla przystojnego komendanta. Nie był teraz na służbie; jeden z pozostałych dowódców przejął kontrolę na noc. Nikt się do niego nie odzywał, co bardzo mu odpowiadało. Pusty talerz leżał obok jego butów, a on go chwycił tuż przed tym, jak jeden z ridgebacków dorwał się do resztek. Wtedy jego wzrok spotkał się z Niną.
    
  Chciała odwrócić wzrok, ale nie mogła. Chciał wymazać z jej pamięci groźby, które jej wypowiedział, kiedy stracił panowanie nad sobą, ale wiedział, że nigdy mu się to nie uda. Bern nie wiedział, że Nina nie uważała groźby "brutalnego wydymania" przez tak silnego i przystojnego Niemca za całkowicie odrażającą, ale nigdy nie mogła mu tego dać do zrozumienia.
    
  Muzyka ucichła pośród nieustannego krzyku i pomruków. Zgodnie z przewidywaniami Niny, melodia była typowo rosyjska, a jej rytmiczne tempo przywodziło na myśl grupę Kozaków wyskakujących znikąd, tworzących krąg. Nie mogła zaprzeczyć, że atmosfera była tu cudowna, bezpieczna i radosna, choć z pewnością nie wyobrażała sobie jej jeszcze kilka godzin temu. Po rozmowie z Bernem w głównym biurze, cała trójka została wysłana pod gorący prysznic, otrzymała czyste ubrania (bardziej pasujące do lokalnego kolorytu) i pozwolono jej zjeść i odpocząć przez jedną noc przed odjazdem.
    
  Tymczasem Aleksander byłby traktowany jako kluczowy członek brygady renegatów, dopóki jego przyjaciele nie przekonaliby dowództwa, że ich podanie to farsa. Następnie on i małżeństwo Strenkowów zostaliby straceni w trybie doraźnym.
    
  Bern wpatrywał się w Ninę z dziwną tęsknotą, która wprawiała ją w zakłopotanie. Obok niej Sam rozmawiał z Aleksandrem o rozkładzie terenu aż do Nowosybirska, upewniając się, że się orientują. Słyszała głos Sama, ale urzekające spojrzenie dowódcy sprawiło, że jej ciało zapłonęło potężnym pożądaniem, którego nie potrafiła opisać. W końcu wstał z miejsca z talerzem w dłoni i skierował się do tego, co mężczyźni pieszczotliwie nazywali galerą.
    
  Czując się zobowiązana do rozmowy z nim sam na sam, Nina przeprosiła i poszła za Bernem. Zeszła po schodach do krótkiego korytarza prowadzącego do kuchni, a gdy weszła, on właśnie wychodził. Jej talerz uderzył go i roztrzaskał się o podłogę.
    
  "O mój Boże, tak mi przykro!" powiedziała, zbierając kawałki.
    
  "Nie ma problemu, doktorze Gould". Uklęknął obok małej piękności, pomagając jej, ale nie spuszczał wzroku z jej twarzy. Poczuła jego spojrzenie i znajome ciepło, które ją ogarnęło. Kiedy zebrali wszystkie większe odłamki, udali się do kambuza, żeby pozbyć się stłuczonego talerza.
    
  "Muszę zapytać" - powiedziała z nietypową dla siebie nieśmiałością.
    
  "Tak?" czekał, strzepując z koszuli resztki upieczonego chleba.
    
  Nina była zawstydzona bałaganem, ale on tylko się uśmiechał.
    
  "Muszę wiedzieć coś... osobistego" - zawahała się.
    
  "Oczywiście. Jak sobie życzysz" - odpowiedział uprzejmie.
    
  "Naprawdę?" - znowu wyrzuciła z siebie myśli. "Hmm, okej. Mogę się mylić, Kapitanie, ale patrzyłeś na mnie trochę za bardzo z ukosa. Czy tylko ja tak mam?"
    
  Nina nie mogła uwierzyć własnym oczom. Mężczyzna się zarumienił. Poczuła się jeszcze bardziej skrępowana, że postawiła go w tak trudnej sytuacji.
    
  Ale z drugiej strony, on ci jasno i wyraźnie powiedział, że będzie się z tobą bił w ramach kary, więc nie martw się nim za bardzo, podpowiadał jej wewnętrzny głos.
    
  "Po prostu... ty..." Starał się nie ujawniać żadnej słabości, przez co rozmowa o tym, o co prosił go historyk, była niemal niemożliwa. "Przypominasz mi moją zmarłą żonę, dr Gould".
    
  No dobra, teraz możesz poczuć się jak prawdziwy dupek.
    
  Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, kontynuował: "Wyglądała niemal identycznie jak ty. Tylko włosy sięgały jej do pasa, a brwi nie były tak... tak... zadbane jak twoje" - wyjaśnił. "Nawet zachowywała się jak ty".
    
  "Przepraszam bardzo, Kapitanie. Czuję się fatalnie, że pytam."
    
  "Proszę, mów mi Ludwig, Nino. Nie chcę cię lepiej poznawać, ale wyszliśmy poza formalności i myślę, że ci, którzy grozili, powinni być przynajmniej zwracani po imieniu, prawda?" Uśmiechnął się skromnie.
    
  "Całkowicie się zgadzam, Ludwigu" - zaśmiała się Nina. "Ludwigu. To nazwisko, które by mi się z tobą kojarzyło".
    
  "Cóż mogę powiedzieć? Moja matka miała słabość do Beethovena. Całe szczęście, że nie lubiła Engelberta Humperdincka!" - wzruszył ramionami, nalewając im drinki.
    
  Nina wybuchnęła śmiechem, wyobrażając sobie surowego dowódcę najohydniejszych stworzeń po tej stronie Morza Kaspijskiego o imieniu Engelbert.
    
  "Muszę się poddać! Ludwig, przynajmniej, jest klasyczny i legendarny" - zachichotała.
    
  "Chodź, wracamy. Nie chcę, żeby pan Cleve pomyślał, że wkraczam na jego terytorium" - powiedział do Niny, delikatnie kładąc dłoń na jej plecach, żeby wyprowadzić ją z kuchni.
    
    
  Rozdział 9
    
    
  Nad Górami Ałtaju wisiał mroźny chłód. Tylko strażnicy wciąż mamrotali pod nosem, wymieniali się zapalniczkami i szeptali o przeróżnych lokalnych legendach, nowych gościach i ich planach, a niektórzy nawet obstawiali prawdziwość słów Aleksandra dotyczących Renaty.
    
  Ale żaden z nich nie wspomniał o uczuciu, jakie Berne żywił do historyka.
    
  Niektórzy z jego starych przyjaciół, mężczyźni, którzy zdezerterowali z nim lata wcześniej, wiedzieli, jak wygląda jego żona, i wydawało im się niemal niepokojące, że ta Szkotka przypomina Verę Byrne. Uważali, że ich komendant miał pecha, gdy natknął się na podobieństwo do swojej zmarłej żony, ponieważ to jeszcze bardziej go melancholijnie wprawiało. Nawet gdy obcy i nowi rekruci nie byli w stanie tego dostrzec, niektórzy wyraźnie dostrzegali różnicę.
    
  Zaledwie siedem godzin wcześniej Sam Cleave i olśniewająca Nina Gould zostali eskortowani do najbliższego miasta, aby rozpocząć poszukiwania, podczas gdy klepsydra była obracana, aby ustalić los Aleksandra Aryczenkowa, Katii i Siergieja Strenkowa.
    
  Po ich zniknięciu Brygada Renegatów czekała z niecierpliwością przez kolejny miesiąc. Porwanie Renaty niewątpliwie było niezwykłym wyczynem, ale gdy już do niego doszło, Brygada miała wiele powodów do radości. Uwolnienie przywódczyni Czarnego Słońca niewątpliwie było dla nich momentem historycznym. W rzeczywistości był to największy postęp, jaki ich organizacja poczyniła od czasu swojego powstania. Mając ją do dyspozycji, mieli całą siłę, by ostatecznie zmiażdżyć nazistowskie szumowiny na całym świecie.
    
  Krótko przed pierwszą w nocy wiatr się wzmógł i większość żołnierzy poszła spać. Pod osłoną narastającego deszczu cytadela brygady czyhała na kolejne zagrożenie, ale żołnierze byli całkowicie nieświadomi nadchodzącego uderzenia. Flotylla pojazdów zbliżała się od strony Ulangom, powoli przedzierając się przez gęstą mgłę spowitą wysokim zboczem, gdzie chmury gromadziły się, by opaść z krawędzi i rozlać się niczym łzy na ziemię.
    
  Droga była zła, a pogoda jeszcze gorsza, ale flota uparcie parła w kierunku grzbietu górskiego, zdeterminowana, by pokonać trudny szlak i pozostać tam do zakończenia misji. Wyprawa miała prowadzić najpierw do klasztoru Mengu-Timur, skąd wysłannik miał kontynuować podróż do Münkh Saridag, aby znaleźć gniazdo Renegata Brygady, z przyczyn nieznanych reszcie kompanii.
    
  Gdy niebo zatrzęsło się od grzmotów, Ludwig Bern ułożył się do łóżka. Sprawdził listę obowiązków; następne dwa dni miał wolne od roli Pierwszego Przewodniczącego. Zgasił światło, wsłuchał się w deszcz i poczuł, jak ogarnia go niewiarygodna samotność. Wiedział, że Nina Gould to zła wiadomość, ale to nie była jej wina. Strata ukochanej nie miała z nią nic wspólnego i musiał znaleźć sposób, by się z tym pogodzić. Zamiast tego myślał o synu, którego stracił lata temu, ale który nigdy nie oddalał się od jego codziennych myśli. Bern uznał, że lepiej będzie myśleć o synu niż o żonie. To był inny rodzaj miłości, z którym łatwiej sobie radzić niż z drugim. Musiał zostawić kobiety, bo wspomnienie o nich obu przyniosło mu tylko więcej bólu, nie wspominając o tym, jak bardzo go zmiękczyły. Utrata pewności siebie pozbawiłaby go zdolności podejmowania trudnych decyzji i znoszenia okazjonalnych ciosów, a to właśnie one pomagały mu przetrwać i dowodzić.
    
  W ciemności pozwolił, by słodka ulga snu ogarnęła go na chwilę, zanim został brutalnie z niej wyrwany. Zza drzwi usłyszał głośny krzyk: "Breshi!".
    
  "Co?" krzyknął głośno, ale w chaosie syreny i krzyków ludzi na posterunku nie otrzymał odpowiedzi. Bern zerwał się na równe nogi i wciągnął spodnie i buty, nie zadając sobie trudu, by założyć skarpetki.
    
  Spodziewał się strzałów, a nawet eksplozji, ale usłyszał jedynie odgłosy zamieszania i działań naprawczych. Wybiegł z mieszkania z pistoletem w dłoni, gotowy do walki. Szybko przeniósł się z południowego budynku na dolną część wschodniego budynku, gdzie znajdowały się sklepy. Czy to nagłe zakłócenie miało coś wspólnego z trzema gośćmi? Nic nie przedostało się przez systemy brygady ani bramy, dopóki Nina i jej przyjaciele nie pojawili się w tej części kraju. Czy mogła to sprowokować i wykorzystać swoje pojmanie jako przynętę? Tysiące pytań krążyło mu po głowie, gdy zmierzał do pokoju Alexandra, aby się tego dowiedzieć.
    
  "Przewoźniku! Co się dzieje?" - zapytał jednego z przechodzących członków klubu.
    
  "Ktoś złamał system bezpieczeństwa i wszedł do kompleksu, Kapitanie! Nadal są w kompleksie".
    
  "Kwarantanna! Ogłaszam kwarantannę!" - ryknął Bern niczym rozgniewany bóg.
    
  Technicy na straży wprowadzali po kolei kody i w ciągu kilku sekund cała twierdza została zablokowana.
    
  "Teraz oddziały 3 i 8 mogą iść upolować te króliki" - rozkazał, całkowicie otrząsnąwszy się z chęci konfrontacji, która zawsze go tak rozdrażniała. Bern wpadł do sypialni Aleksandra i zastał Rosjanina wpatrującego się w jego okno. Złapał Aleksandra i rzucił nim o ścianę z taką siłą, że z nosa pociekła mu strużka krwi, a jego bladoniebieskie oczy były szeroko otwarte i zdezorientowane.
    
  "To twoja sprawka, Arichenkov?" Bern kipiał ze złości.
    
  "Nie! Nie! Nie mam pojęcia, co się dzieje, Kapitanie! Przysięgam!" - wrzasnął Aleksander. "I mogę ci obiecać, że to nie ma nic wspólnego z moimi przyjaciółmi! Po co miałbym coś takiego robić, skoro jestem tu, na twojej łasce? Pomyśl tylko."
    
  "Mądrzejsi ludzie robili dziwniejsze rzeczy, Aleksandrze. Nie ufam niczemu takiemu!" - upierał się Bern, wciąż przyciskając Rosjanina do ściany. Jego wzrok dostrzegł ruch na zewnątrz. Puszczając Aleksandra, pobiegł za nim. Aleksander dołączył do niego przy oknie.
    
  Oboje zobaczyli dwie postacie na koniach wyłaniające się zza pobliskiej kępy drzew.
    
  "O mój Boże!" - krzyknął Bern, sfrustrowany i wściekły. "Aleksandrze, chodź ze mną".
    
  Udali się do pokoju kontrolnego, gdzie technicy po raz ostatni sprawdzali obwody, przełączając się na każdą kamerę monitoringu. Dowódca i jego rosyjski towarzysz wpadli do pokoju z hukiem, przepychając się obok dwóch techników, by dotrzeć do interkomu.
    
  "Achtung! Daniels i Mackey, wskakujcie na konie! Intruzi zbliżają się konno na południowy wschód! Powtarzam, Daniels i Mackey, ścigajcie ich konno! Wszyscy snajperzy na południowy mur, TERAZ!" - wykrzykiwał rozkazy przez system zainstalowany w całej fortecy.
    
  "Aleksandrze, jeździsz konno?" zapytał.
    
  "Wierzę ci! Jestem tropicielem i zwiadowcą, Kapitanie. Gdzie są stajnie?" - przechwalał się Aleksander z zapałem. Do takich działań był stworzony. Jego wiedza o przetrwaniu i tropieniu przydałaby się im wszystkim tej nocy i, o dziwo, tym razem nie obchodziło go, że nie pobierali opłaty za jego usługi.
    
  Na dole, w piwnicy, która przypominała Aleksandrowi duży garaż, skręcili za róg do stajni. Dziesięć koni było tam na stałe przetrzymywanych na wypadek nieprzejezdnego terenu podczas powodzi i opadów śniegu, gdy pojazdy nie mogły poruszać się po drogach. W ciszy górskich dolin zwierzęta były codziennie wyprowadzane na pastwiska na południe od klifu, gdzie znajdowała się kryjówka brygady. Deszcz był lodowaty, a jego mgiełka smagała otwartą przestrzeń. Nawet Aleksander wolał trzymać się od niego z daleka i po cichu żałował, że nie leży już w swoim ciepłym łóżku piętrowym, ale wtedy upał pościgu dodałby mu sił, by się rozgrzać.
    
  Bern skinął na dwóch mężczyzn, których tam spotkali. To byli ci dwaj, których wezwał przez interkom na przejażdżkę, a ich konie były już osiodłane.
    
  "Kapitanie!" powitali mnie oboje.
    
  "To jest Aleksander. Będzie nam towarzyszył w znalezieniu śladów sprawców" - poinformował ich Bern, gdy on i Aleksander przygotowywali konie.
    
  "W taką pogodę? Musisz być porządnym facetem!" Mackey puścił oko do Rosjanina.
    
  "Wkrótce się dowiemy" - powiedział Bern, zapinając strzemiona.
    
  Czterech mężczyzn ruszyło w srogą, mroźną burzę. Bern wyprzedzał pozostałą trójkę, prowadząc ich szlakiem, którym podążali uciekający napastnicy. Z okolicznych łąk góra zaczęła opadać na południowy wschód, a w panującej ciemności przeprawa przez skalisty teren była niezwykle niebezpieczna dla ich zwierząt. Powolne tempo pościgu było konieczne, aby utrzymać równowagę koni. Przekonany, że uciekający jeźdźcy podjęli równie ostrożną podróż, Bern musiał nadrobić stracony czas, korzystając z przewagi.
    
  Przeszli przez niewielki strumień u podnóża doliny, prowadząc konie przez spore głazy, ale teraz zimny strumień wcale im nie przeszkadzał. Przemoczeni wodą, która spadła z nieba, czterej mężczyźni w końcu wsiedli z powrotem na konie i ruszyli dalej na południe, przechodząc przez wąwóz, który pozwolił im dotrzeć na drugą stronę podstawy góry. Tutaj Bern zwolnił kroku.
    
  To była jedyna przejezdna ścieżka, którą inni jeźdźcy mogli opuścić ten teren. Bern gestem nakazał swoim ludziom, aby wyprowadzili konie na spacer. Alexander zsiadł z konia i ruszył obok niego, nieznacznie wyprzedzając Berna, aby sprawdzić głębokość śladów kopyt. Jego gesty sugerowały ruch po drugiej stronie ostrych skał, gdzie śledzili swoją ofiarę. Wszyscy zsiedli z koni, pozostawiając Mackeya, aby odprowadził konie od wykopalisk, cofając się, aby nie zdradzić obecności grupy.
    
  Alexander, Bern i Daniels podczołgali się do krawędzi i spojrzeli w dół. Wdzięczni za szum deszczu i sporadyczne grzmoty, mogli poruszać się komfortowo, nawet jeśli to konieczne, niezbyt cicho.
    
  W drodze do Kobdo dwie postacie zatrzymały się na odpoczynek, a tuż za masywną formacją skalną, gdzie zbierali juki, grupa myśliwska brygady dostrzegła grupę ludzi wracających z klasztoru Mengu-Timur. Dwie postacie skryły się w cieniu i przeszły przez klify.
    
  "Chodźcie!" - powiedział Bern do swoich towarzyszy. "Dołączają do cotygodniowego konwoju. Jeśli stracimy ich z oczu, zginą i zmieszają się z innymi".
    
  Berno wiedziało o konwojach. Wysyłano je do klasztoru z prowiantem i lekarstwami co tydzień, a czasem co dwa tygodnie.
    
  "Geniusz" - uśmiechnął się ironicznie, nie przyznając się do porażki, ale zmuszony przyznać, że ich sprytne oszustwo pozbawiło go mocy. Nie dałoby się ich odróżnić od grupy, chyba że Bern zdołałby ich wszystkich zatrzymać i zmusić do opróżnienia kieszeni, żeby sprawdzić, czy nie zabrali gangowi czegoś znajomego. W związku z tym zastanawiał się, co mieli na myśli, wchodząc i wychodząc z jego domu.
    
  "Czy powinniśmy stać się wrogo nastawieni, Kapitanie?" zapytał Daniels.
    
  "Wierzę w to, Daniels. Jeśli pozwolimy im uciec bez porządnej, dokładnej próby pojmania, zasłużyli na zwycięstwo, które im damy" - powiedział Byrne swoim towarzyszom. "A na to nie możemy pozwolić!"
    
  Trzech mężczyzn szturmowało półkę skalną i z karabinami w pogotowiu otoczyło podróżnych. Konwój pięciu pojazdów liczył zaledwie około jedenastu osób, z których wielu to misjonarze i pielęgniarki. Bern, Daniels i Alexander kolejno sprawdzali obywateli Mongolii i Rosji pod kątem oznak zdrady, żądając okazania dokumentów tożsamości.
    
  "Nie macie prawa tego robić!" - zaprotestował mężczyzna. "Nie jesteście ani strażą graniczną, ani policją!"
    
  "Masz coś do ukrycia?" - zapytał Bern tak gniewnie, że mężczyzna wycofał się do kolejki.
    
  "Wśród was są dwie osoby, które nie są tymi, na kogo wyglądają. I chcemy, żebyście je wydali. Jak tylko je dostaniemy, pozwolimy wam wrócić do waszych spraw, więc im szybciej je dostarczycie, tym szybciej wszyscy się ogrzejemy i wyschniemy!" - oznajmił Bern, przechadzając się obok każdego z nich niczym nazistowski dowódca ustanawiający zasady obozu koncentracyjnego. "Moi ludzie i ja pozostaniemy tu z wami bez problemu, w zimnie i deszczu, dopóki się nie zgodzicie! Dopóki będziecie ukrywać tych przestępców, pozostaniecie tutaj!"
    
    
  Rozdział 10
    
    
  "Nie polecam ci tego, kochanie" - zażartował Sam, ale jednocześnie był całkowicie szczery.
    
  "Sam, potrzebuję nowych dżinsów. Spójrz na nie!" - argumentowała Nina, rozpinając swój za duży płaszcz, odsłaniając podarte, brudne i podarte dżinsy. Płaszcz nabyła dzięki uprzejmości swojego najnowszego, bezwzględnego wielbiciela, Ludwiga Berna. Był to jeden z jego, podszyty prawdziwym futrem od wewnątrz, grubo tkany ubiór, który przylegał do drobnej sylwetki Niny niczym kokon.
    
  "Nie powinniśmy jeszcze wydawać pieniędzy. Mówię ci. Coś jest nie tak. Nagle nasze konta zostały odmrożone i odzyskaliśmy do nich pełny dostęp? Założę się, że to pułapka, żeby nas znaleźli. Czarne Słońce zamroziło nasze konta bankowe; jak to możliwe, że nagle tak miło będzie nam oddać życie?" - zapytał.
    
  "Może Purdue pociągnął za jakieś sznurki?" - miała nadzieję na odpowiedź, ale Sam uśmiechnął się i spojrzał w górę na wysoki sufit budynku lotniska, skąd za niecałą godzinę mieli odlecieć.
    
  "Boże, tak bardzo w niego wierzysz, prawda?" - zaśmiał się. "Ile razy wciągał nas w sytuacje zagrażające życiu? Nie sądzisz, że mógłby zastosować sztuczkę z "wilczym wilkiem", przyzwyczaić nas do swojego miłosierdzia i dobrej woli, żeby zdobyć nasze zaufanie, a potem... nagle zdaliśmy sobie sprawę, że przez cały ten czas chciał nas wykorzystać jako przynętę? Albo kozły ofiarne?"
    
  "Posłuchałbyś siebie?" - zapytała, a na jej twarzy malowało się szczere zdziwienie. "Zawsze wyciągał nas z tego, w co nas wpakował, prawda?"
    
  Sam nie miał ochoty kłócić się o Purdue, najbardziej nieprawdopodobnie kapryśną istotę, jaką kiedykolwiek spotkał. Był zmarznięty, wyczerpany i miał dość rozłąki z domem. Tęsknił za swoim kotem, Bruichladdichem. Tęsknił za kuflem piwa ze swoim najlepszym przyjacielem Patrickiem, a teraz byli dla niego praktycznie obcymi ludźmi. Chciał tylko wrócić do swojego edynburskiego mieszkania, położyć się na kanapie z Bruichem mruczącym na brzuszku i napić się dobrego single malta, słuchając szumu ulic starej, dobrej Szkocji za oknem.
    
  Kolejną rzeczą, nad którą trzeba było popracować, były jego wspomnienia o całym incydencie z pierścieniem, który pomógł zniszczyć, gdy Trish zginęła. Zamknięcie sprawy dobrze by mu zrobiło, podobnie jak opublikowanie książki, która powstała w wyniku tego incydentu, oferowanej przez dwóch różnych wydawców w Londynie i Berlinie. Nie chciał tego robić dla sprzedaży, która z pewnością gwałtownie wzrosłaby w świetle jego późniejszej sławy, jaką przyniosła mu Nagroda Pulitzera, i wciągającej historii stojącej za całą operacją. Musiał opowiedzieć światu o swojej zmarłej narzeczonej i jej nieocenionej roli w sukcesie pierścienia. Zapłaciła najwyższą cenę za swoją odwagę i ambicję i zasługiwała na to, by być znaną z tego, co osiągnęła, uwalniając świat od tej podstępnej organizacji i jej sługusów. Kiedy to wszystko będzie już za nim, będzie mógł całkowicie zamknąć ten rozdział swojego życia i na chwilę odpocząć w przyjemnym, świeckim życiu - o ile oczywiście Purdue nie będzie miało wobec niego innych planów. Musiał podziwiać geniusza tego człowieka za jego nienasyconą żądzę przygód, ale Sam miał już tego wszystkiego dość.
    
  Teraz stał przed sklepem w dużym terminalu moskiewskiego lotniska Domodiedowo, próbując przemówić do rozsądku upartej Ninie Gould. Nalegała, żeby zaryzykowali i wydali część pieniędzy na nowe ubrania.
    
  "Sam, śmierdzę jak jaka. Czuję się jak lodowa statua z włosami! Wyglądam jak spłukana ćpunka, której alfons obił sraczkę!" jęknęła, podchodząc bliżej Sama i chwytając go za kołnierz. "Potrzebuję nowych dżinsów i ładnej uszanki, Sam. Muszę znów poczuć się jak człowiek".
    
  "Tak, ja też. Ale czy możemy poczekać, aż wrócimy do Edynburga, żeby znów poczuć się jak ludzie? Proszę? Nie ufam tej nagłej zmianie w naszej sytuacji finansowej, Nino. Przynajmniej wróćmy do swojej ojczyzny, zanim zaczniemy jeszcze bardziej ryzykować nasze bezpieczeństwo" - Sam przedstawił swoją sprawę tak delikatnie, jak tylko potrafił, bez pouczania. Doskonale wiedział, że Nina ma naturalną reakcję, by sprzeciwić się wszystkiemu, co brzmi jak nagana czy kazanie.
    
  Z włosami związanymi w niski, niedbały kucyk, oglądała ciemnoniebieskie dżinsy i czapki żołnierskie w małym antykwariacie, który sprzedawał również rosyjską odzież dla turystów pragnących wtopić się w moskiewskie trendy. Jej oczy błyszczały obietnicą, ale kiedy spojrzała na Sama, zdała sobie sprawę, że miał rację. Podejmowaliby duże ryzyko, korzystając z kart debetowych lub lokalnego bankomatu. Zdesperowany, zdrowy rozsądek na chwilę ją opuścił, ale szybko go odzyskała, wbrew swojej woli, i uległa jego argumentom.
    
  "No dalej, Ninanović" - pocieszył ją Sam, obejmując ją ramieniem. "Nie ujawniajmy naszej pozycji naszym towarzyszom z Czarnego Słońca, dobrze?"
    
  "Tak, Klivenikov."
    
  Zaśmiał się, szarpiąc ją za rękę, gdy usłyszała komunikat, że mają się zgłosić do bramki. Z przyzwyczajenia Nina uważnie przyglądała się wszystkim wokół, sprawdzając każdą twarz, każdą rękę, każdy bagaż. Nie żeby wiedziała, czego szuka, ale szybko rozpoznałaby każdy podejrzany język ciała. Była już dobrze wyszkolona w czytaniu ludzi.
    
  Miedziany posmak spływał jej po gardle, a towarzyszył mu lekki ból głowy między oczami, tępo pulsujący w gałkach ocznych. Na czole pojawiły się głębokie zmarszczki od narastającego bólu.
    
  "Co się stało?" zapytał Sam.
    
  "Cholerny ból głowy" - mruknęła, przyciskając dłoń do czoła. Nagle z jej lewego nozdrza popłynęła gorąca strużka krwi i Sam podskoczyła, żeby odchylić głowę do tyłu, zanim zdążyła się zorientować.
    
  "Nic mi nie jest. Nic mi nie jest. Tylko go uszczypnę i pójdę do łazienki" - przełknęła ślinę, mrugając szybko, by stłumić ból w przedniej części czaszki.
    
  "No, chodź" - powiedział Sam, prowadząc ją do szerokich drzwi damskiej toalety. "Tylko szybko. Podłącz to, bo nie chcę spóźnić się na ten lot".
    
  "Wiem, Sam" - warknęła i weszła do zimnej toalety z granitowymi umywalkami i srebrną armaturą. To było bardzo zimne środowisko, bezosobowe i hiperhigieniczne. Nina wyobrażała sobie, że to idealna sala operacyjna w luksusowym ośrodku medycznym, ale raczej nieodpowiednia do oddawania moczu czy nakładania różu.
    
  Dwie kobiety rozmawiały przy suszarce do rąk, a inna właśnie wychodziła z kabiny. Nina wbiegła do kabiny, by chwycić garść papieru toaletowego i trzymając go przy nosie, oderwała kawałek, tworząc zatyczkę. Włożyła go sobie do nosa, po czym chwyciła więcej i starannie złożyła, by schować go do kieszeni kurtki jaka. Kobiety rozmawiały w czystym, pięknym dialekcie, gdy Nina wyszła, by obmyć zaschniętą plamę krwi z twarzy i brody, gdzie kapiące krople umykały szybkiej odpowiedzi Sama.
    
  Po lewej stronie zauważyła samotną kobietę wyłaniającą się z sąsiedniej kabiny. Nina unikała jej wzroku. Rosjanki, jak odkryła wkrótce po przyjeździe z Samem i Alexandrem, były dość rozmowne. Ponieważ nie znała języka, chciała uniknąć niezręcznych uśmiechów, kontaktu wzrokowego i prób nawiązania rozmowy. Kątem oka Nina dostrzegła, że kobieta się jej przygląda.
    
  O Boże, nie. Nie pozwól, żeby oni też tu byli.
    
  Wycierając twarz wilgotnym papierem toaletowym, Nina rzuciła ostatnie spojrzenie na siebie w lustrze, tuż przed wyjściem pozostałych dwóch pań. Wiedziała, że nie chce zostać sama z obcą osobą, więc pobiegła do kosza na śmieci, żeby wyrzucić chusteczki i skierowała się do drzwi, które powoli zamknęły się za pozostałymi dwiema.
    
  "Czy wszystko w porządku?" - odezwał się nagle nieznajomy.
    
  Gówno.
    
  Nina nie potrafiła być niegrzeczna, nawet jeśli ktoś ją śledził. Ruszyła w stronę drzwi, wołając do kobiety: "Tak, dziękuję. Dam sobie radę". Z delikatnym uśmiechem Nina wymknęła się i zastała Sama czekającego na nią.
    
  "Hej, chodźmy" - powiedziała, niemal popychając Sam do przodu. Szybko przeszli przez terminal, otoczeni onieśmielającymi srebrnymi kolumnami, które ciągnęły się przez całą długość wysokiego budynku. Przechodząc pod różnymi płaskimi ekranami z migającymi na czerwono, biało i zielono cyfrowymi komunikatami i numerami lotów, nie odważyła się obejrzeć za siebie. Sam ledwo zauważyła, że jest trochę przestraszona.
    
  "Dobrze, że twój człowiek zdobył dla nas najlepsze fałszywe dokumenty po tej stronie CIA" - zauważył Sam, przeglądając najwyższej klasy falsyfikaty, do których sporządzenia zmusił ich notariusz Bern, aby zapewnić im bezpieczny powrót do Wielkiej Brytanii.
    
  "On nie jest moim chłopakiem" - odparła, ale ta myśl nie była całkiem nieprzyjemna. "Poza tym, on po prostu chce się upewnić, że szybko wrócimy do domu, żebyśmy mogli mu dać to, czego chce. Zapewniam cię, że w jego zachowaniu nie ma cienia uprzejmości".
    
  Miała nadzieję, że jej cyniczne założenie okazało się błędne, dlatego starała się uciszyć Sama, który miał zostać poinformowany o jej przyjacielskich stosunkach z Bernem.
    
  "Coś w tym stylu" - westchnął Sam, gdy przechodzili przez kontrolę bezpieczeństwa i odbierali lekki bagaż podręczny.
    
  "Musimy znaleźć Purdue'a. Jeśli nie powie nam, gdzie jest Renata..."
    
  "Czego nie zrobi" - wtrącił Sam.
    
  "W takim razie na pewno pomoże nam zaproponować Brygadzie alternatywę" - zakończyła z irytacją.
    
  "Jak znajdziemy Perdue? Pójście do jego rezydencji byłoby głupotą" - powiedział Sam, patrząc na wielkiego Boeinga przed nimi.
    
  "Wiem, ale nie wiem, co innego robić. Wszyscy, których znaliśmy, albo nie żyją, albo udowodniono, że są wrogami" - ubolewała Nina. "Mam nadzieję, że uda nam się wymyślić nasz kolejny ruch w drodze powrotnej do domu".
    
  "Wiem, że sama myśl o tym jest okropna, Nino" - powiedział niespodziewanie Sam, gdy oboje zajęli swoje miejsca. "Ale może moglibyśmy po prostu zniknąć. Alexander jest bardzo dobry w tym, co robi".
    
  "Jak mogłeś?" wyszeptała ochryple. "Wyciągnął nas z Brugii. Jego przyjaciele przyjęli nas i dali nam schronienie bez pytania, a w końcu zostali za to uhonorowani - za nas, Sam. Proszę, nie mów mi, że straciłeś swoją integralność wraz z bezpieczeństwem, bo wtedy, moja droga, na pewno zostanę sama na tym świecie". Jej ton był ostry i pełen gniewu na jego pomysł, a Sam uznał, że najlepiej zostawić wszystko tak, jak jest, przynajmniej do czasu, aż będą mogli wykorzystać czas w powietrzu, żeby się rozejrzeć i znaleźć rozwiązanie.
    
  Lot nie był taki zły, poza australijskim celebrytą, który żartował z gigantycznym gejem, który ukradł mu podłokietnik, oraz hałaśliwą parą, która najwyraźniej przeniosła swoją kłótnię na pokład i nie mogła się doczekać przylotu na Heathrow, zanim znów będą musieli zmagać się z małżeńskimi problemami. Sam spał smacznie na swoim miejscu przy oknie, podczas gdy Nina walczyła z narastającymi mdłościami, dolegliwością, na którą cierpiała od czasu wyjścia z damskiej toalety na lotnisku. Co jakiś czas biegła do toalety, żeby zwymiotować, ale odkrywała, że nie ma czego spuścić. Stawało się to dość męczące i zaczęła się martwić narastającym uczuciem ucisku w żołądku.
    
  To nie mogło być zatrucie pokarmowe. Po pierwsze, miała żelazny żołądek, a po drugie, Sam jadł te same potrawy co ona i nic mu się nie stało. Po kolejnej nieudanej próbie złagodzenia dyskomfortu, spojrzała w lustro. Wyglądała dziwnie zdrowo, wcale nie blada ani osłabiona. W końcu Nina przypisała swoje dolegliwości wysokości lub ciśnieniu w kabinie i postanowiła się przespać. Kto wie, co ich czeka na Heathrow? Potrzebowała odpoczynku.
    
    
  Rozdział 11
    
    
  Berno było wściekłe.
    
  Ścigając intruzów, nie udało mu się ich zlokalizować wśród podróżnych, których wraz ze swoimi ludźmi zatrzymał w pobliżu krętej drogi prowadzącej z klasztoru Mengu-Timur. Przeszukali kolejno ludzi - mnichów, misjonarzy, pielęgniarki i troje turystów z Nowej Zelandii - ale nie znaleźli niczego, co miałoby znaczenie dla zespołu.
    
  Nie mógł pojąć, czego dwaj rabusie szukają w kompleksie, do którego nigdy wcześniej się nie włamali. Obawiając się o swoje życie, jeden z misjonarzy wspomniał Danielsowi, że konwój pierwotnie składał się z sześciu pojazdów, ale na drugim postoju zabrakło im jednego. Żaden z nich nie zwrócił na to uwagi, ponieważ powiedziano im, że jeden z pojazdów będzie jechał objazdem, aby objechać pobliski hostel Janste Khan. Jednak po tym, jak Bern nalegał na sprawdzenie trasy podanej mu przez głównego kierowcę, nie było mowy o sześciu pojazdach.
    
  Nie było sensu torturować niewinnych cywilów za ich ignorancję; nic więcej z tego nie wyniknie. Musiał przyznać, że włamywacze skutecznie im się wymknęli i że jedyne, co mogli zrobić, to wrócić i ocenić szkody wyrządzone przez włamanie.
    
  Aleksander dostrzegł podejrzliwość w oczach nowego dowódcy, gdy wchodzili do stajni, z trudem powłócząc nogami, prowadząc konie do kontroli przez służbę. Żaden z czterech mężczyzn się nie odezwał, ale wszyscy wiedzieli, co myśli Bern. Daniels i Mackey wymienili spojrzenia, sugerując, że zaangażowanie Aleksandra było w dużej mierze kwestią konsensusu.
    
  "Aleksandrze, chodź ze mną" - powiedział Bern spokojnie i po prostu wyszedł.
    
  "Lepiej uważaj, co mówisz, staruszku" - poradził Mackey z brytyjskim akcentem. "Ten człowiek jest kapryśny".
    
  "Nie miałem z tym nic wspólnego" - odpowiedział Aleksander, ale dwaj pozostali mężczyźni tylko spojrzeli na siebie, po czym spojrzeli żałośnie na Rosjanina.
    
  "Tylko nie naciskaj na niego, kiedy zaczniesz się wymówki. Upokarzając się, tylko przekonasz go, że jesteś winny" - poradził mu Daniels.
    
  "Dziękuję. Zabiłbym teraz za drinka" - Aleksander wzruszył ramionami.
    
  "Nie martw się, możesz sobie jeden z nich podarować jako ostatnią wolę" - uśmiechnął się Daniels, ale patrząc na poważne miny kolegów, zdał sobie sprawę, że jego słowa w niczym nie pomogą, i poszedł do swoich spraw, aby zdobyć dwa koce dla swojego konia.
    
  Aleksander podążył za swoim dowódcą przez wąskie bunkry, oświetlone kinkietami, na drugie piętro. Bern zbiegł po schodach, ignorując Rosjanina, a kiedy dotarł do holu na drugim piętrze, poprosił jednego ze swoich ludzi o filiżankę mocnej, czarnej kawy.
    
  "Kapitanie" - powiedział Aleksander za jego plecami - "zapewniam cię, że moi towarzysze nie mają z tym nic wspólnego".
    
  "Wiem, Arichenkow" - westchnął Bern.
    
  Aleksander był zdziwiony reakcją Berna, ale odpowiedź dowódcy przyniosła mu ulgę.
    
  "To dlaczego poprosiłeś mnie, żebym ci towarzyszył?" zapytał.
    
  "Wkrótce, Ariczenkow. Tylko daj mi najpierw napić się kawy i zapalić, żebym mógł ocenić sytuację" - odpowiedział dowódca. Jego głos był niepokojąco spokojny, gdy zapalał papierosa.
    
  "Może pójdziesz wziąć gorący prysznic? Możemy się tu spotkać za, powiedzmy, dwadzieścia minut. W międzyczasie muszę wiedzieć, co, jeśli w ogóle cokolwiek, zostało skradzione. Wiesz, nie sądzę, żeby zadawali sobie tyle trudu, żeby ukraść mi portfel" - powiedział, wydmuchując przed siebie długą chmurę niebiesko-białego dymu.
    
  "Tak, proszę pana" - odpowiedział Aleksander i odwrócił się, by udać się do swojego pokoju.
    
  Coś było nie tak. Wszedł po stalowych schodach do długiego korytarza, gdzie przebywała większość mężczyzn. Korytarz był zbyt cichy, a Alexander nienawidził samotnego stukotu swoich butów na cementowej podłodze, niczym odliczania do czegoś strasznego, co miało się wydarzyć. W oddali słyszał męskie głosy i coś przypominającego sygnał radiowy AM, a może jakiś rodzaj generatora białego szumu. Skrzypiący dźwięk przypomniał mu wyprawę na stację lodową Wolfenstein, głęboko w trzewiach stacji, gdzie żołnierze zabijali się nawzajem z powodu klaustrofobii i dezorientacji.
    
  Skręcając za róg, zobaczył, że drzwi jego pokoju są uchylone. Zatrzymał się na chwilę. W środku panowała cisza i pokój wydawał się pusty, ale jego szkolenie nauczyło go, by niczego nie brać za dobrą monetę. Powoli otworzył drzwi do końca, upewniając się, że nikt się za nimi nie kryje. Przed nim był wyraźny sygnał, jak mało ufa mu zespół. Cały jego pokój został wywrócony do góry nogami, pościel zerwana w celu przeszukania. Całe miejsce było w nieładzie.
    
  Oczywiście Aleksander miał niewiele rzeczy, ale wszystko, co znajdowało się w jego pokoju, zostało dokładnie splądrowane.
    
  "Cholerne psy" - wyszeptał, jego jasnoniebieskie oczy skanowały ścianę za ścianą, szukając jakichkolwiek podejrzanych wskazówek, które mogłyby pomóc mu ustalić, co ich zdaniem tam znajdą. Zanim skierował się w stronę wspólnych pryszniców, zerknął na mężczyzn w tylnym pomieszczeniu, gdzie biały szum nieco przycichł. Siedzieli tam, tylko we czterech, po prostu wpatrując się w niego. Kusiło go, żeby ich przekląć, ale postanowił ich zignorować i po prostu poszedł w przeciwnym kierunku, w stronę toalet.
    
  Gdy ciepły, delikatny strumień wody go zanurzał, modlił się, żeby Katii i Siergiejowi nic się nie stało podczas jego nieobecności. Skoro zespół obdarzył go takim zaufaniem, można było śmiało założyć, że ich farma również padła ofiarą drobnego grabieży w pogoni za prawdą. Niczym zwierzę w niewoli, przetrzymywane w obawie przed odwetem, rozważny Rosjanin planował swój kolejny ruch. Głupotą byłoby kłócić się z Bernem, Bodo czy którymkolwiek z miejscowych prostaków o ich podejrzenia. Taki ruch szybko pogorszyłby sytuację jego i obu jego przyjaciół. A gdyby uciekł i próbował zabrać Siergieja i jego żonę, tylko utwierdziłby ich w wątpliwościach co do jego udziału.
    
  Kiedy się wysuszył i ubrał, wrócił do biura Berna, gdzie zastał wysokiego dowódcę stojącego przy oknie i wpatrującego się w horyzont, jak zawsze, gdy rozmyślał nad jakąś sprawą.
    
  "Kapitanie?" - zapytał Aleksander od drzwi.
    
  "Proszę wejść. Proszę wejść" - powiedział Bern. "Mam nadzieję, że rozumiesz, dlaczego musieliśmy przeszukać twoją kwaterę, Aleksandrze. Bardzo ważne było dla nas poznanie twojego stanowiska w tej sprawie, ponieważ przybyłeś do nas w wysoce podejrzanych okolicznościach z bardzo przekonującym roszczeniem".
    
  "Rozumiem" - zgodził się Rosjanin. Umierał z ochoty na kilka kieliszków wódki, a butelka domowego piwa, którą Bern trzymał na biurku, nie przynosiła mu żadnych korzyści.
    
  "Napij się" - zaprosił Bern, wskazując na butelkę, na którą, jak zauważył, gapił się Rosjanin.
    
  "Dziękuję" - Aleksander uśmiechnął się i nalał sobie szklankę. Unosząc do ust ognistą wodę, zastanawiał się, czy nie jest zatruta, ale nie był typem, który lubi ostrożność. Aleksander Aryczenkow, szalony Rosjanin, wolałby umrzeć w męczarniach po skosztowaniu dobrej wódki, niż stracić szansę na powstrzymanie się od jej spożycia. Na szczęście dla niego, napój okazał się trujący tylko w zamierzonym przez twórców znaczeniu, a on nie mógł powstrzymać się od jęku radości, czując pieczenie w piersi, gdy przełknął wszystko.
    
  "Czy mogę zapytać, Kapitanie?" - powiedział, łapiąc oddech - "co zostało uszkodzone podczas włamania?"
    
  "Nic" - powiedział Bern. Zawahał się na chwilę, po czym wyznał prawdę. "Nic nie zostało uszkodzone, ale coś nam skradziono. Coś bezcennego i niezwykle niebezpiecznego dla świata. Najbardziej martwi mnie to, że tylko Zakon Czarnego Słońca wiedział, że je mamy".
    
  "Co to jest, jeśli mogę zapytać?" zapytał Aleksander.
    
  Bern obrócił się ku niemu przenikliwym spojrzeniem. Nie było to spojrzenie gniewu ani rozczarowania jego ignorancją, lecz spojrzenie pełne autentycznej troski i głębokiego strachu.
    
  "Broń. Ukradli broń, która mogła siać spustoszenie i zniszczenie, rządzoną prawami, których jeszcze nie pokonaliśmy" - oznajmił, sięgając po wódkę i nalewając każdemu po kieliszku. "Intruzi nam tego oszczędzili. Ukradli Longinusa".
    
    
  Rozdział 12
    
    
  Na lotnisku Heathrow panował ożywiony ruch nawet o trzeciej nad ranem.
    
  Minęło trochę czasu, zanim Nina i Sam zdążyli na kolejny lot powrotny, i rozważali zarezerwowanie pokoju hotelowego, aby uniknąć marnowania czasu na czekanie w oślepiającym białym świetle terminala.
    
  "Pójdę sprawdzić, kiedy będziemy musieli tu wrócić. Musimy coś zjeść dla jednej osoby. Jestem cholernie głodny" - powiedział Sam do Niny.
    
  "Jadłeś w samolocie" - przypomniała mu.
    
  Sam spojrzał na nią z przekąsem starego ucznia: "Nazywasz to jedzeniem? Nic dziwnego, że ważysz tyle, co nic".
    
  Z tymi słowami skierował się do kasy biletowej, zostawiając ją z masywnym płaszczem z jaka przewieszonym przez ramię i obiema torbami podróżnymi przewieszonymi przez ramiona. Nina miała ciężkie powieki i suchość w ustach, ale czuła się lepiej niż od tygodni.
    
  Już prawie u celu, pomyślała, a jej usta rozciągnęły się w nieśmiałym uśmiechu. Niechętnie pozwoliła mu rozkwitnąć, nie zważając na to, co pomyślą obserwatorzy i przechodnie, bo czuła, że zasłużyła na ten uśmiech, że za niego cierpiała. Właśnie wyszła z dwunastu rund ze Śmiercią, a wciąż stała. Jej duże brązowe oczy omiotły krzepką sylwetkę Sama; szerokie ramiona dodawały mu jeszcze więcej gracji, niż już prezentował. Jej uśmiech również na nim pozostał.
    
  Długo nie była pewna roli Sama w swoim życiu, ale po ostatnim wyczynie Purdue'a była pewna, że ma już dość bycia uwięzioną między dwoma walczącymi mężczyznami. Wyznanie miłości Purdue'a pomogło jej na więcej sposobów, niż miała odwagę przyznać. Podobnie jak jej nowy adorator na granicy rosyjsko-mongolskiej, władza i zasoby Purdue'a dobrze jej służyły. Ile razy zginęłaby, gdyby nie zasoby i pieniądze Purdue'a albo litość Berne'a, wynikająca z jej podobieństwa do jego zmarłej żony?
    
  Jej uśmiech natychmiast zniknął.
    
  Z hali przylotów międzynarodowych wyłoniła się kobieta, wyglądająca niepokojąco znajomo. Nina ożywiła się i wycofała do kąta utworzonego przez wystającą półkę kawiarni, gdzie czekała, chowając twarz przed zbliżającą się kobietą. Niemal wstrzymując oddech, Nina wyjrzała przez krawędź, żeby zobaczyć, gdzie jest Sam. Był poza jej zasięgiem wzroku i nie mogła go ostrzec przed kobietą zmierzającą prosto na niego.
    
  Ku jej uldze, kobieta weszła do cukierni znajdującej się niedaleko kasy, gdzie Sam prezentował swoje wdzięki ku uciesze młodych dam w ich perfekcyjnych mundurkach.
    
  "O mój Boże! Typowe" - Nina zmarszczyła brwi i przygryzła wargę z frustracji. Podeszła do niego szybko, z surową miną, krokiem odrobinę za długim, starając się poruszać jak najszybciej, nie zwracając na siebie uwagi.
    
  Przeszła przez podwójne szklane drzwi do biura i wpadła na Sama.
    
  "Skończyłeś?" zapytała z nieskrywaną złośliwością.
    
  "No, spójrz" - powiedział z podziwem - "kolejna śliczna dama. A przecież nawet nie mam urodzin!"
    
  Pracownicy administracji chichotali, ale Nina była śmiertelnie poważna.
    
  "Śledzi nas jakaś kobieta, Sam."
    
  "Jesteś pewien?" zapytał szczerze, omiatając wzrokiem ludzi w najbliższym otoczeniu.
    
  "Tak" - odpowiedziała pod nosem, mocno ściskając jego dłoń. "Widziałam ją w Rosji, kiedy leciała mi krew z nosa. Teraz jest tutaj".
    
  "No dobrze, ale wiele osób lata między Moskwą a Londynem, Nina. To może być zbieg okoliczności" - wyjaśnił.
    
  Musiała przyznać mu rację. Ale jak miała go przekonać, że coś w tej dziwnie wyglądającej kobiecie o białych włosach i bladej cerze ją zaniepokoiło? Absurdalne wydawało się wykorzystywanie czyjegoś nietypowego wyglądu jako podstawy oskarżenia, zwłaszcza sugerowanie, że ktoś jest częścią tajnej organizacji i planuje zabić kogoś z powodu starego powodu: "za dużo wie".
    
  Sam nie zauważył nikogo i posadził Ninę na sofie w poczekalni.
    
  "Wszystko w porządku?" zapytał, uwalniając ją z toreb i kładąc dłonie na jej ramionach, by ją pocieszyć.
    
  "Tak, tak, wszystko w porządku. Pewnie trochę się denerwuję" - argumentowała, ale w głębi duszy wciąż nie ufała tej kobiecie. Mimo to, choć nie miała powodu, by się jej bać, Nina postanowiła zachować spokój.
    
  "Nie martw się, dziewczyno" - puścił do mnie oko. "Wkrótce wrócimy do domu i może nam zająć dzień lub dwa, żeby dojść do siebie, zanim zaczniemy szukać Purdue".
    
  "Purdue!" - wykrztusiła Nina.
    
  "Tak, musimy go znaleźć, pamiętasz?" Sam skinął głową.
    
  "Nie, Perdue stoi za wami" - zauważyła swobodnie Nina, a jej ton nagle stał się spokojny i oszołomiony. Sam się odwrócił. Dave Perdue stał za nim, ubrany w elegancką wiatrówkę i niosąc dużą torbę podróżną. Uśmiechnął się. "Dziwnie jest was tu widzieć".
    
  Sam i Nina byli oszołomieni.
    
  Jak mieli interpretować jego obecność tutaj? Czy był w zmowie z Czarnym Słońcem? Czy był po ich stronie, czy po obu? Jak zawsze w przypadku Dave'a Perdue, panowała niepewność co do jego pozycji.
    
  Kobieta, przed którą ukrywała się Nina, wyłoniła się zza jego pleców. Wysoka, szczupła, popielatoblond kobieta o takich samych przenikliwych oczach i zadziornym spojrzeniu jak Perdue, stała spokojnie, oceniając sytuację. Nina była zdezorientowana, niepewna, czy powinna przygotować się do ucieczki, czy do walki.
    
  "Purdue!" - wykrzyknął Sam. "Widzę, że żyjesz i masz się dobrze".
    
  "Tak, znasz mnie, zawsze daję radę" - puścił oko Perdue, zauważając dzikie spojrzenie Niny tuż obok siebie. "Och!" - powiedział, pociągając kobietę do przodu. "To Agatha, moja siostra bliźniaczka".
    
  "Dzięki Bogu jesteśmy bliźniaczkami po stronie ojca" - zachichotała. Jej ironiczny humor dotarł do Niny dopiero chwilę później, gdy zdała sobie sprawę, że kobieta jest nieszkodliwa. Dopiero wtedy dotarło do mnie, jaki stosunek miała do Purdue.
    
  "Och, przepraszam. Jestem zmęczona" - Nina kiepsko tłumaczyła się z długiego wpatrywania.
    
  "Jesteś tego pewna. Ten krwotok z nosa był paskudny, co?" - zgodziła się Agatha.
    
  "Miło mi cię poznać, Agatho. Jestem Sam" - Sam uśmiechnął się i wziął ją za rękę, gdy uniosła ją lekko, by ją uścisnąć. Jej dziwne maniery były oczywiste, ale Sam wiedział, że są nieszkodliwe.
    
  "Sam Cleve" - powiedziała po prostu Agatha, przechylając głowę na bok. Albo była pod wrażeniem, albo najwyraźniej zapamiętała twarz Sama do późniejszego wykorzystania. Spojrzała na drobnego historyka ze złośliwym zapałem i warknęła: "A pana, doktorze Gould, szukam!"
    
  Nina spojrzała na Sama: "Widzisz? Mówiłam ci".
    
  Sam zdał sobie sprawę, że to właśnie ta kobieta, o której mówiła Nina.
    
  "Więc ty też byłeś w Rosji?" Sam udawał głupiego, ale Perdue doskonale wiedział, że dziennikarz był zainteresowany ich niezbyt przypadkowym spotkaniem.
    
  "Tak, właściwie to właśnie ciebie szukałam" - powiedziała Agatha. "Ale wrócimy do tego, jak już ubierzemy cię w jakieś porządne ubrania. O rany, ten płaszcz śmierdzi".
    
  Nina była oszołomiona. Obie kobiety po prostu patrzyły na siebie z pustymi minami.
    
  "Domyślam się, że to panna Purdue?" - zapytał Sam, próbując rozładować napięcie.
    
  "Tak, Agatha Purdue. Nigdy nie byłam mężatką" - odpowiedziała.
    
  "Nic dziwnego" - mruknęła Nina, pochylając głowę, ale Perdue usłyszał ją i zaśmiał się pod nosem. Wiedział, że jego siostrze zajęło trochę czasu, zanim się przyzwyczaiła, a Nina była prawdopodobnie najmniej przygotowana na tolerowanie jej dziwactw.
    
  "Przepraszam, doktorze Gould. To nie była celowa zniewaga. Musi pan przyznać, że ta cholerna rzecz śmierdzi jak martwe zwierzę" - zauważyła lekko Agatha. "Ale moja odmowa ślubu była moim wyborem, jeśli pan w to uwierzy".
    
  Teraz Sam śmiał się razem z Purdue z ciągłych kłopotów Niny, spowodowanych jej kapryśną naturą.
    
  "Nie miałam na myśli..." próbowała to naprawić, ale Agatha ją zignorowała i wzięła swoją torbę.
    
  "Chodź, kochanie. Kupię ci po drodze nowe motywy. Wrócimy przed planowanym lotem" - powiedziała Agatha, zarzucając płaszcz na ramię Sama.
    
  "Nie podróżujesz prywatnym odrzutowcem?" - zapytała Nina.
    
  "Nie, lecieliśmy oddzielnymi samolotami, żeby nie było nas zbyt łatwo namierzyć. Nazwijmy to dobrze wyćwiczoną paranoją" - uśmiechnął się Perdue.
    
  "A może wiedza o zbliżającym się odkryciu?" Agatha ponownie stawiła czoło wymijającym odpowiedziom brata. "No dalej, doktorze Gould. Ruszamy!"
    
  Zanim Nina zdążyła zaprotestować, obca kobieta wyprowadziła ją z biura, podczas gdy mężczyźni spakowali torby i odrażający prezent Niny z surowej skóry.
    
  "Skoro nie mamy już niestabilności estrogenowej, która mogłaby zakłócić naszą rozmowę, dlaczego nie powiesz mi, dlaczego ty i Nina nie jesteście z Alexandrem?" - zapytał Perdue, gdy weszli do pobliskiej kawiarni i usiedli przy gorących napojach. "Boże, proszę, powiedz mi, że nic się nie stało temu szalonemu Rosjaninowi!" - błagał Perdue, kładąc dłoń na ramieniu Sama.
    
  "Nie, on wciąż żyje" - zaczął Sam, ale z jego tonu Perdue wywnioskował, że w tej wiadomości kryje się coś więcej. "Jest z Brygady Renegatów".
    
  "Więc udało ci się ich przekonać, że jesteś po ich stronie?" - zapytał Perdue. "Dobrze. Ale teraz jesteście tu oboje, a Alexander... wciąż jest z nimi. Sam, nie mów mi, że uciekłeś. Nie chcesz, żeby ci ludzie pomyśleli, że nie można ci ufać".
    
  "Czemu nie? Wygląda na to, że nie jesteś gorszy, zmieniając lojalność w mgnieniu oka" - zganił go bez ogródek Sam Perdue.
    
  "Słuchaj, Sam. Muszę utrzymać swoją pozycję, żeby Ninie nic się nie stało. Wiesz o tym" - wyjaśnił Perdue.
    
  "A co ze mną, Dave? Gdzie jest moje miejsce? Zawsze mnie ze sobą ciągniesz."
    
  "Nie, wciągnąłem cię w to dwa razy, jeśli dobrze liczę. Reszta to tylko twoja reputacja jako członka mojej grupy, która wpakowała cię w gówno" - Purdue wzruszył ramionami. Miał rację.
    
  Przez większość czasu jego kłopoty wynikały po prostu z zaangażowania Sama w próbę obalenia Arms Ring przez Trish i jego późniejszego udziału w wyprawie Purdue na Antarktydę. Tylko raz później Purdue zaprosił Sama na Deep Sea One. Poza tym, Sam Cleve był teraz na celowniku złowrogiej organizacji, która wciąż go prześladowała.
    
  "Chcę po prostu odzyskać swoje życie" - ubolewał Sam, wpatrując się w swoją filiżankę z parującą herbatą Earl Grey.
    
  "Jak my wszyscy, ale musisz zrozumieć, że najpierw musimy uporać się z tym, w co się wpakowaliśmy" - przypomniał mu Perdue.
    
  "W takim razie, gdzie plasujemy się na liście gatunków zagrożonych twoich znajomych?" - zapytał Sam z autentycznym zainteresowaniem. Nie ufał Perdue ani trochę bardziej niż wcześniej, ale gdyby on i Nina mieli kłopoty, Perdue zabrałby ich w jakieś odległe miejsce, które należało do niego, i uśmiercił. No, może nie Ninę, ale na pewno Sama. Chciał tylko wiedzieć, co Perdue zrobił Renacie, ale wiedział, że ciężko pracujący potentat nigdy mu tego nie powie i nie uzna Sama za wystarczająco ważnego, by zdradzić mu swoje plany.
    
  "Na razie jesteś bezpieczny, ale podejrzewam, że to jeszcze nie koniec" - powiedział Perdue. Ta informacja, przekazana przez Dave'a Perdue, była bardzo hojna.
    
  Przynajmniej Sam wiedział z bezpośredniego źródła, że nie musi zbyt często oglądać się przez ramię, najwyraźniej do czasu, aż zabrzmi kolejny dźwięk lisa i wróci z niewłaściwego końca polowania.
    
    
  Rozdział 13
    
    
  Minęło kilka dni, odkąd Sam i Nina spotkali Perdue'a i jego siostrę na lotnisku Heathrow. Nie wdając się w szczegóły dotyczące ich sytuacji ani niczego innego, Perdue i Agatha postanowili nie wracać do Reichtisusis, edynburskiej rezydencji Perdue'a. Było to zbyt ryzykowne, ponieważ dom był znanym zabytkiem i znany jako miejsce zamieszkania Perdue'a.
    
  Ninie i Samowi doradzono to samo, ale postanowili inaczej. Agatha Purdue poprosiła jednak o spotkanie z Niną, aby zapewnić sobie jej usługi w poszukiwaniu czegoś, czego klientka Agathy szukała w Niemczech. Reputacja dr Niny Gould jako ekspertki od historii Niemiec byłaby nieoceniona, podobnie jak umiejętności Sama Cleave'a jako fotografa i dziennikarza, pozwalające udokumentować wszelkie odkrycia pani Purdue.
    
  "Oczywiście, David również poradził sobie z ciągłym przypominaniem, że odegrał kluczową rolę w odnalezieniu cię i zorganizowaniu tego kolejnego spotkania. Pozwolę mu połechtać swoje ego, choćby po to, by uniknąć nieustannych metafor i aluzji na temat jego znaczenia. W końcu podróżujemy na jego koszt, więc po co odrzucać głupca?" - wyjaśniła Agatha Ninie, gdy siedziały przy dużym okrągłym stole w pustym domu wakacyjnym wspólnego znajomego w Thurso, na najdalej na północ wysuniętym krańcu Szkocji.
    
  Miejsce było puste, z wyjątkiem lata, kiedy mieszkał tam przyjaciel Agathy i Dave'a, Profesor Jak-mu-tam. Na obrzeżach miasta, niedaleko Dunnet Head, stał skromny, dwupiętrowy dom, przylegający do dwustanowiskowego garażu poniżej. W mgliste poranki przejeżdżające samochody zdawały się niczym skradające się zjawy za podwyższonym oknem salonu, ale ogień w środku sprawiał, że pokój był bardzo przytulny. Nina była oczarowana projektem gigantycznego kominka, do którego mogła bez trudu wejść, niczym potępiona dusza zstępująca do piekła. I rzeczywiście, dokładnie to sobie wyobraziła, widząc misterne rzeźbienia na czarnym ruszcie i niepokojące reliefy otaczające wysoką niszę w starym kamiennym murze domu.
    
  Sądząc po nagich ciałach przeplatających się z diabłami i zwierzętami na płaskorzeźbie, było jasne, że właściciel domu był pod głębokim wrażeniem średniowiecznych przedstawień ognia i siarki, przedstawiających herezję, czyściec, boską karę za bestialstwo i tak dalej. Nina dostała gęsiej skórki, ale Sam bawił się, przesuwając dłońmi po krągłościach grzesznych postaci kobiecych, celowo próbując irytować Ninę.
    
  "Myślę, że moglibyśmy to razem zbadać" - Nina uśmiechnęła się życzliwie, starając się nie być rozbawioną młodzieńczymi wyczynami Sama, który czekał, aż Purdue wróci z zapomnianej przez Boga piwniczki z winami z czymś mocniejszym do picia. Najwyraźniej właściciel rezydencji miał skłonność do kupowania wódki z każdego kraju, który odwiedzał w czasie podróży, i przechowywania nadwyżek, których nie pił zbyt chętnie.
    
  Sam zajął miejsce obok Niny, gdy Purdue triumfalnie wszedł do pokoju z dwiema nieoznakowanymi butelkami, po jednej w każdej ręce.
    
  "Chyba nie ma mowy o tym, żeby poprosić o kawę" - westchnęła Agatha.
    
  "To nieprawda" - uśmiechnął się Dave Perdue, gdy razem z Samem wyjmowali odpowiednie szklanki z dużej szafki przy drzwiach. "Jest tam akurat ekspres do kawy, ale obawiam się, że za bardzo się spieszyłem, żeby go wypróbować".
    
  "Nie martw się. Później to splądruję" - odpowiedziała obojętnie Agatha. "Bogom niech będą dzięki, że mamy kruche ciasteczka i pikantne ciasteczka".
    
  Agatha wysypała dwa pudełka ciasteczek na dwa talerze obiadowe, nie przejmując się ich stłuczeniem. Wydawała się Ninie równie stara jak kominek. Atmosfera w domu Agathy Purdue przypominała atmosferę ostentacyjnego miejsca, gdzie pewne sekretne i złowrogie ideologie czaiły się, bezwstydnie eksponowane. Tak jak te złowrogie stworzenia swobodnie zamieszkiwały ściany i rzeźbienia mebli, tak i osobowość Agathy - pozbawiona uzasadnień czy podświadomego znaczenia. To, co mówiła, było tym, co myślała, i Nina pomyślała, że jest w tym pewna wolność.
    
  Żałowała, że nie potrafi wyrażać swoich myśli bez zastanawiania się nad konsekwencjami, jakie wynikałyby z samej świadomości jej intelektualnej wyższości i moralnego dystansu wobec sposobu, w jaki społeczeństwo nakazuje ludziom zachowywać uczciwość, a jednocześnie mówić półprawdy dla przyzwoitości. Było to dość orzeźwiające, choć bardzo protekcjonalne, ale kilka dni wcześniej Purdue powiedział jej, że jego siostra jest taka wobec wszystkich i że wątpi, by w ogóle zdawała sobie sprawę z tego, że jest nieumyślnie niegrzeczna.
    
  Agatha odmówiła nieznanego trunku, którym delektowała się pozostała trójka, wypakowując dokumenty z torby, która wyglądała jak szkolna torba Sama z początków liceum - brązowej skórzanej torby tak zniszczonej, że musiała być antyczna. W górnej części torby poluzowały się niektóre szwy, a wieczko otwierało się leniwie z powodu zużycia i upływu czasu. Zapach napoju zachwycił Ninę i ostrożnie wyciągnęła rękę, by poczuć fakturę między kciukiem a palcem wskazującym.
    
  "Około 1874 roku" - pochwaliła się dumnie Agatha. "Darował mi rektor Uniwersytetu w Göteborgu, który później kierował Muzeum Kultury Światowej. Należał do jego pradziadka, zanim ten stary drań został zamordowany przez żonę w 1923 roku za seks z chłopcem w szkole, w której uczył biologii, o ile się nie mylę".
    
  "Agatha" - Purdue skrzywiła się, ale Sam powstrzymał wybuch śmiechu, który sprawił, że nawet Nina się uśmiechnęła.
    
  "Wow" - Nina z podziwem stwierdziła, puszczając walizkę, aby Agatha mogła ją odłożyć.
    
  "Mój klient poprosił mnie o znalezienie tej książki, pamiętnika rzekomo przywiezionego do Niemiec przez żołnierza Francuskiej Legii Cudzoziemskiej trzy dekady po zakończeniu wojny francusko-pruskiej w 1871 roku" - powiedziała Agatha, wskazując na zdjęcie jednej ze stron książki.
    
  "To była era Ottona von Bismarcka" - zauważyła Nina, uważnie studiując dokument. Zmrużyła oczy, ale nadal nie mogła odczytać, co było napisane brudnym atramentem na stronie.
    
  "Bardzo trudno się to czyta, ale mój klient upiera się, że pochodzi to z pamiętnika, który pierwotnie zdobył podczas drugiej wojny francusko-dahomejskiej legionista, który przebywał w Abomey na krótko przed zniewoleniem króla Béarna w 1894 roku" - Agathe wyrecytowała swoją historię niczym zawodowa gawędziarka.
    
  Jej talent narracyjny był zdumiewający, a dzięki perfekcyjnej wymowie i zmiennemu tonowi, natychmiast przyciągnęła trzyosobową publiczność, która z uwagą wysłuchała wciągającego streszczenia książki, której szukała. "Według legendy, starzec, który to napisał, zmarł z powodu niewydolności oddechowej w szpitalu polowym w Algierii na początku XX wieku" - napisała. Według relacji "wręczyła im kolejne stare zaświadczenie od lekarza polowego - miał grubo ponad osiem lat i praktycznie dożył swoich dni".
    
  "Czyli był starym żołnierzem, który nigdy nie wrócił do Europy?" - zapytał Perdue.
    
  "Zgadza się. W ostatnich dniach życia zaprzyjaźnił się z niemieckim oficerem Legii Cudzoziemskiej stacjonującym w Abomey, któremu przekazał pamiętnik na krótko przed śmiercią" - potwierdziła Agatha. Przesunęła palcem po certyfikacie, kontynuując.
    
  "W ciągu wspólnie spędzonych dni zabawiał niemieckiego obywatela opowieściami wojennymi, które wszystkie zostały zapisane w tym dzienniku. Jedna historia w szczególności rozeszła się dzięki bełkotowi starszego żołnierza. Podczas jego służby w Afryce, w 1845 roku, jego kompania stacjonowała na małej posiadłości egipskiego właściciela ziemskiego, który odziedziczył dwa pola uprawne po dziadku i jako młody człowiek przeprowadził się z Egiptu do Algierii. Najwyraźniej ten Egipcjanin posiadał to, co stary żołnierz nazwał "skarbem zapomnianym przez świat", a lokalizację tego skarbu zapisał w wierszu, który później napisał".
    
  "To jest ten wiersz, którego nie możemy przeczytać" - westchnął Sam. Odchylił się na krześle i sięgnął po kieliszek wódki. Pokręcił głową i wypił wszystko.
    
  "Sprytne, Sam. Jakby ta historia nie była wystarczająco zagmatwana, musisz jeszcze bardziej zamącić sobie mózg" - powiedziała Nina, kręcąc głową. Purdue nic nie powiedział. Ale poszedł w jego ślady i przełknął kęs. Obaj mężczyźni jęknęli, starając się nie uderzyć eleganckimi szklankami o starannie tkany obrus.
    
  Nina pomyślała na głos: "A więc niemiecki legionista przywiózł to do Niemiec, ale stamtąd pamiętnik popadł w zapomnienie".
    
  "Tak" - zgodziła się Agatha.
    
  "Skąd więc twój klient wie o tej książce? Skąd wziął zdjęcie strony?" - zapytał Sam, brzmiąc jak stary dziennikarz i cynik, którym kiedyś był. Nina odwzajemniła uśmiech. Miło było znów usłyszeć jego spostrzeżenie.
    
  Agatha przewróciła oczami.
    
  "Słuchajcie, to oczywiste, że ktoś z pamiętnikiem, który ujawnia lokalizację światowego skarbu, udokumentowałby go gdzie indziej dla potomności, gdyby został zgubiony lub skradziony, albo, nie daj Boże, gdyby umarł, zanim zdołałby go znaleźć" - wyjaśniła, gestykulując dziko w swojej frustracji. Agatha nie mogła zrozumieć, jak to mogło zmylić Sama. "Mój klient odkrył dokumenty i listy opowiadające tę historię wśród rzeczy swojej babci, gdy ta zmarła. Ich lokalizacja była po prostu nieznana. Wiecie, nie przestały całkowicie istnieć".
    
  Sam był zbyt pijany, żeby zrobić jej minę, a właśnie to chciał zrobić.
    
  "Słuchaj, to brzmi bardziej skomplikowanie, niż jest w rzeczywistości" - wyjaśnił Perdue.
    
  "Tak!" zgodził się Sam, bezskutecznie ukrywając fakt, że nie miał pojęcia.
    
  Purdue nalał sobie kolejną szklankę i streścił tekst, chcąc uzyskać aprobatę Agathy: "Musimy więc znaleźć pamiętnik, który pochodzi z Algierii z początku XX wieku".
    
  "Zasadniczo tak. Krok po kroku" - potwierdziła jego siostra. "Kiedy już zdobędziemy pamiętnik, będziemy mogli rozszyfrować wiersz i dowiedzieć się, czym jest ten skarb, o którym mówił".
    
  "Czy twój klient nie powinien tego zrobić?" zapytała Nina. "W końcu musisz zdobyć pamiętnik swojego klienta. To oczywiste".
    
  Pozostała trójka wpatrywała się w Ninę.
    
  "Co?" zapytała, wzruszając ramionami.
    
  "Nie chcesz wiedzieć, co to jest, Nino?" zapytał zaskoczony Perdue.
    
  "Wiesz, ostatnio trochę odpuściłam sobie przygody, jeśli nie zauważyłeś. Byłoby miło, gdybym po prostu konsultowała się w tej sprawie i trzymała się z daleka od wszystkiego innego. Możecie sobie iść i szukać czegoś, co równie dobrze może być niczym, ale ja mam już dość skomplikowanych dążeń" - bełkotała.
    
  "Jak to może być bzdura?" zapytał Sam. "Ten wiersz jest tutaj".
    
  "Tak, Sam. O ile nam wiadomo, to jedyny istniejący egzemplarz i jest cholernie nieczytelny!" - warknęła, a w jej głosie słychać było irytację.
    
  "Jezu, nie mogę w to uwierzyć" - bronił się Sam. "Jesteś cholerną historyczką, Nina. Historią. Pamiętasz to? Czy nie po to żyjesz?"
    
  Nina wbiła w Sama płomienny wzrok. Po chwili uspokoiła się i odpowiedziała po prostu: "Nic więcej nie wiem".
    
  Perdue wstrzymał oddech. Samowi opadła szczęka. Agatha zjadła ciasteczko.
    
  "Agato, pomogę ci znaleźć tę książkę, bo jestem w tym dobra... A ty odmrozisz moje finanse, zanim mi za nią zapłacisz, i za to jestem ci dozgonnie wdzięczna. Naprawdę" - powiedziała Nina.
    
  "Zrobiłaś to? Oddałaś nam nasze konta. Agato, jesteś prawdziwą mistrzynią!" - wykrzyknął Sam, nieświadomy w swoim szybko narastającym upojeniu alkoholowym, że przerwał Ninie.
    
  Spojrzała na niego z wyrzutem i kontynuowała, zwracając się do Agathy: "Ale tym razem to wszystko, co zrobię". Spojrzała na Perdue'a z wyraźnie nieżyczliwym wyrazem twarzy. "Mam dość ratowania sobie życia, bo ludzie rzucają we mnie pieniędzmi".
    
  Żadna z nich nie miała żadnych obiekcji ani akceptowalnych argumentów, dlaczego powinna rozważyć to ponownie. Nina nie mogła uwierzyć, że Sam tak gorliwie zabiegał o Purdue.
    
  "Zapomniałeś, po co tu jesteśmy, Sam?" - zapytała bez ogródek. "Zapomniałeś, że popijamy diabelski mocz w eleganckim domu przed ciepłym kominkiem tylko dlatego, że Aleksander zaoferował się być naszym ubezpieczeniem?" - głos Niny był pełen cichej furii.
    
  Perdue i Agatha szybko po sobie spojrzały, zastanawiając się, co Nina próbuje powiedzieć Samowi. Dziennikarz po prostu milczał, popijając drinka, a jego oczom brakowało godności, by spojrzeć jej w oczy.
    
  "Wyruszasz na poszukiwanie skarbu, Bóg jeden wie gdzie, ale dotrzymam słowa. Zostały nam trzy tygodnie, staruszku" - powiedziała szorstko. "Przynajmniej coś z tym zrobię".
    
    
  Rozdział 14
    
    
  Agata zapukała do drzwi Niny tuż po północy.
    
  Perdue i jego siostra przekonali Ninę i Sama, by zostali w domu Thurso, dopóki nie ustalą, gdzie rozpocząć poszukiwania. Sam i Perdue wciąż pili w bilardowej sali, a ich podsycane alkoholem dyskusje stawały się głośniejsze z każdym meczem i każdym kieliszkiem. Tematy poruszane przez te dwie wykształcone osoby obejmowały wyniki meczów piłki nożnej, niemieckie przepisy kulinarne; od najlepszego kąta zarzucania wędki na muchę po potwora z Loch Ness i jego związek z radiestezją. Ale kiedy pojawiły się historie o nagich chuliganach z Glasgow, Agatha nie mogła już tego znieść i po cichu poszła tam, gdzie Nina uciekła od reszty towarzystwa po drobnej sprzeczce z Samem.
    
  "Proszę, Agatho" - usłyszała głos historyka dochodzący zza grubych dębowych drzwi. Agatha Purdue otworzyła je i ku swojemu zaskoczeniu nie zastała Niny Gould leżącej na łóżku z czerwonymi od płaczu oczami, dąsającej się nad tym, jakimi idiotami są mężczyźni. Agatha, tak jak zresztą by to zrobiła, zobaczyła Ninę przeszukującą internet w poszukiwaniu informacji o tle tej historii i próbującą znaleźć paralele między plotkami a rzeczywistą chronologią podobnych historii z tamtej rzekomej epoki.
    
  Bardzo zadowolona z pracowitości Niny w tej sprawie, Agatha przemknęła za zasłonę w drzwiach i zamknęła je za sobą. Kiedy Nina podniosła wzrok, zauważyła, że Agatha potajemnie przyniosła czerwone wino i papierosy. Pod pachą, oczywiście, miała paczkę pierniczków Walkers. Nina musiała się uśmiechnąć. Ekscentryczna bibliotekarka z pewnością miewała chwile, kiedy nikogo nie obrażała, nie poprawiała ani nie irytowała.
    
  Teraz, bardziej niż kiedykolwiek, Nina dostrzegała podobieństwa między sobą a swoim bratem bliźniakiem. Nigdy o niej nie rozmawiał podczas ich wspólnej rozmowy, ale czytając między wierszami ich korespondencji, wiedziała, że ich ostatnie rozstanie nie było polubowne - a może po prostu jeden z tych momentów, kiedy kłótnia przerodziła się w coś poważniejszego, niż powinna być ze względu na okoliczności.
    
  "Czy na starcie czujesz się szczęśliwa, kochanie?" zapytała spostrzegawcza blondynka, siadając na łóżku obok Niny.
    
  "Jeszcze nie. Czy twój klient ma imię dla naszego niemieckiego żołnierza? To by znacznie ułatwiło sprawę, bo moglibyśmy prześledzić jego historię wojskową, zobaczyć, gdzie się osiedlił, sprawdzić zapisy w spisach ludności i tak dalej" - powiedziała Nina, zdecydowanie kiwając głową, a ekran laptopa odbijał się w jej ciemnych oczach.
    
  "Nie, o ile wiem, nie. Miałam nadzieję, że moglibyśmy zanieść dokument do grafologa i zlecić analizę jego pisma. Może gdybyśmy mogli wyjaśnić słowa, dałoby nam to wskazówkę, kto napisał ten pamiętnik" - zasugerowała Agata.
    
  "Tak, ale to nie powie nam, komu je dał. Musimy zidentyfikować Niemca, który je tu przywiózł po powrocie z Afryki. Wiedza o tym, kto to napisał, w niczym nie pomoże" - westchnęła Nina, stukając długopisem w zmysłowy łuk dolnej wargi, podczas gdy jej umysł szukał alternatywnych rozwiązań.
    
  "Mogło. Tożsamość autora mogłaby nam dać wskazówki co do nazwisk mężczyzn z jednostki terenowej, gdzie zginął, moja droga Nino" - wyjaśniła Agatha, chrupiąc z wdziękiem ciasteczko. "Boże, to dość oczywisty wniosek, taki, który ktoś z twoją inteligencją by rozważył".
    
  Wzrok Niny przeszył ją ostrym ostrzeżeniem. "To mało prawdopodobne, Agatho. Śledzenie istniejących dokumentów w realnym świecie różni się nieco od wymyślania jakiejś fantastycznej procedury bezpieczeństwa biblioteki".
    
  Agatha przestała żuć. Spojrzała na zjadliwą historyczkę wzrokiem, który sprawił, że Nina szybko pożałowała swojej odpowiedzi. Przez prawie pół minuty Agatha Purdue stała nieruchomo na swoim miejscu, bez ruchu. Nina była strasznie zażenowana widokiem tej kobiety, już przypominającej porcelanową lalkę w ludzkiej postaci, siedzącej i zachowującej się jak ona. Nagle Agatha zaczęła żuć i ruszać się, przerażając Ninę niemal do zawału serca.
    
  "Dobrze powiedziane, doktorze Gould. Proszę dotknąć" - mruknęła entuzjastycznie Agatha, kończąc ciasteczko. "Co pan sugeruje?"
    
  "Jedyny pomysł, jaki mam, jest... w pewnym sensie... nielegalny" - skrzywiła się Nina, biorąc łyk wina z butelki.
    
  "No, śmiało" - zachichotała Agatha, a jej reakcja zaskoczyła Ninę. W końcu zdawała się mieć taką samą skłonność do kłopotów jak jej brat.
    
  "Musielibyśmy uzyskać dostęp do rejestrów Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, aby zbadać imigrację cudzoziemców w tamtym czasie, a także do rejestrów mężczyzn, którzy zaciągnęli się do Legii Cudzoziemskiej, ale nie mam pojęcia, jak to zrobić" - powiedziała poważnie Nina, wyjmując ciasteczko z paczki.
    
  "Dam sobie radę, głuptasie" - uśmiechnęła się Agatha.
    
  "Tylko hak? Archiwa niemieckiego konsulatu? Federalne Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i cała jego dokumentacja?" - zapytała Nina, celowo powtarzając to samo, aby w pełni zrozumieć skalę szaleństwa pani Purdue. O Boże, już czuję w żołądku smak więziennego jedzenia, odkąd moja lesbijska współwięźniarka postanowiła się za bardzo przytulać, pomyślała Nina. Niezależnie od tego, jak bardzo starała się trzymać z dala od nielegalnej działalności, wyglądało na to, że po prostu wybrała inną drogę, by ją dogonić.
    
  "Tak, daj mi swój samochód" - powiedziała nagle Agatha, wyciągając długie, smukłe dłonie, by chwycić laptopa Niny. Nina zareagowała błyskawicznie, wyrywając komputer z rąk zachwyconej klientki.
    
  "Nie!" krzyknęła. "Nie na moim laptopie. Zwariowałeś?"
    
  Po raz kolejny kara wywołała dziwną, natychmiastową reakcję u wyraźnie lekko oszalałej Agathy, ale tym razem niemal natychmiast się opamiętała. Zirytowana nadwrażliwością Niny na rzeczy, którym można było zapobiec, Agatha rozluźniła dłonie i westchnęła.
    
  "Zrób to na swoim komputerze" - dodał historyk.
    
  "Aha, więc po prostu martwisz się, że ktoś cię śledzi, a nie, że nie powinnaś tego robić" - powiedziała do siebie na głos Agatha. "No to lepiej. Myślałam, że uważasz to za zły pomysł".
    
  Oczy Niny rozszerzyły się ze zdziwienia na widok nonszalancji kobiety, gdy czekała na kolejny zły pomysł.
    
  "Zaraz wracam, doktorze Gould. Proszę zaczekać" - powiedziała i zerwała się na równe nogi. Otwierając drzwi, zerknęła na chwilę, by poinformować Ninę: "I jeszcze pokażę to grafologowi, żeby się upewnić". Odwróciła się i wybiegła z domu jak podekscytowane dziecko w bożonarodzeniowy poranek.
    
  "Nie ma mowy", powiedziała cicho Nina, przyciskając laptopa do piersi w geście obronnym. "Nie mogę uwierzyć, że jestem już cała umazana gównem i tylko czekam, aż opadnie mi z rąk".
    
  Chwilę później Agatha wróciła z tabliczką, która wyglądała jak ze starego odcinka "Bucka Rogersa". Była prawie przezroczysta, wykonana z jakiegoś rodzaju włókna szklanego, mniej więcej wielkości kartki papieru do pisania i nie miała ekranu dotykowego do nawigacji. Agatha wyciągnęła z kieszeni małe czarne pudełko i dotknęła palcem wskazującym małego srebrnego guzika. Ten mały przedmiot leżał na jej palcu jak płaski naparstek, dopóki nie przycisnęła go do lewego górnego rogu dziwnego napisu.
    
  "Spójrz. Dawid zrobił to niecałe dwa tygodnie temu" - pochwaliła się Agatha.
    
  "Oczywiście" - zaśmiała się Nina, kręcąc głową nad skutecznością tej naciąganej technologii, z której miała dostęp. "Co ona robi?"
    
  Agatha rzuciła jej jedno z tych protekcjonalnych spojrzeń, a Nina przygotowała się na nieunikniony ton "ty-nic-nie-wiesz".
    
  W końcu blondynka odpowiedziała wprost: "To komputer, Nino".
    
  Tak, to jest to! - oznajmił jej zirytowany wewnętrzny głos. Po prostu odpuść. Zostaw to, Nino.
    
  Powoli ulegając własnemu upojeniu, Nina postanowiła się uspokoić i po prostu się zrelaksować. "Nie, chodzi mi o to coś" - powiedziała do Agathy, wskazując na płaski, okrągły, srebrny przedmiot.
    
  "Och, to modem. Nie do namierzenia. Praktycznie niewidoczny, że tak powiem. Dosłownie przeszukuje pasmo satelity i łączy się z pierwszymi sześcioma, jakie znajdzie. Następnie, w trzysekundowych odstępach, przełącza się między wybranymi kanałami, zbierając dane od różnych dostawców usług. Wygląda to więc na spadek prędkości połączenia, a nie na aktywny log. Muszę przyznać, że ten idiota jest całkiem niezły w manipulowaniu systemem" - Agatha uśmiechnęła się marzycielsko, chwaląc się Purdue.
    
  Nina roześmiała się głośno. Nie wino ją do tego skłoniło, ale dźwięk idealnie uformowanego języka Agathy, wymawiającego "kurwa" bez powodu. Jej drobne ciało opierało się o wezgłowie łóżka z butelką wina, oglądając przed sobą seans science fiction.
    
  "Co?" zapytała niewinnie Agatha, przesuwając palcem wzdłuż górnej krawędzi znaku.
    
  "W porządku, proszę pani. Proszę bardzo" - zaśmiała się Nina.
    
  "Dobrze, chodźmy" - powiedziała Agata.
    
  Cały system światłowodowy zabarwił sprzęt na pastelowy fiolet, przypominając Ninie miecz świetlny, tylko nie tak ostry. Jej wzrok dostrzegł plik binarny, który pojawił się, gdy wprawne palce Agathy wpisały kod na środku prostokątnego ekranu.
    
  "Długopis i papier" - poleciła Agatha Ninie, nie odrywając wzroku od ekranu. Nina wzięła długopis i kilka wyrwanych kartek z notesu i czekała.
    
  Agatha odczytała link do nieczytelnych kodów, które Nina zapisała, mówiąc to. Słyszały mężczyzn wchodzących po schodach, wciąż żartujących z tej absolutnej bzdury, kiedy prawie skończyli.
    
  "Co, do cholery, robisz z moimi gadżetami?" - zapytał Perdue. Nina pomyślała, że powinien był być bardziej defensywny w tonie z powodu bezczelności siostry, ale w jego głosie słychać było większe zainteresowanie tym, co robiła, niż tym, czym to robiła.
    
  "Nina musi znać nazwiska zagranicznych legionistów, którzy przybyli do Niemiec na początku XX wieku. Po prostu zbieram dla niej te informacje" - wyjaśniła Agatha, wciąż skanując wzrokiem kilka linijek kodu, z których wybiórczo dyktowała Ninie poprawne hasła.
    
  "Cholera" - to było wszystko, co Sam mógł wykrztusić, zużywając większość swojej energii fizycznej na utrzymanie się na nogach. Nikt nie wiedział, czy to podziw, jaki budził w nim zaawansowany technologicznie znak, liczba wyłuskanych nazwisk, czy fakt, że na jego oczach popełniali przestępstwo federalne.
    
  "Co masz w tej chwili?" zapytał Perdue, również niezbyt spójnie.
    
  "Pobierzemy wszystkie nazwiska i numery identyfikacyjne, może kilka adresów. I przedstawimy je przy śniadaniu" - powiedziała Nina mężczyznom, starając się brzmieć trzeźwo i pewnie. Ale oni dali się nabrać i zgodzili się spać dalej.
    
  Następne trzydzieści minut spędzili żmudnie, przeszukując pozornie niezliczone nazwiska, stopnie i stanowiska wszystkich mężczyzn zaciągniętych do Legii Cudzoziemskiej, ale obie kobiety pozostały tak skupione, jak tylko pozwalał im alkohol. Jedynym rozczarowaniem w ich poszukiwaniach był brak spacerowiczów.
    
    
  Rozdział 15
    
    
  Cierpiąc na kaca, Sam, Nina i Perdue rozmawiali przyciszonymi głosami, by uśmierzyć jeszcze dotkliwszy, pulsujący ból głowy. Nawet śniadanie przygotowane przez gospodynię Maisie McFadden nie ukoiło ich dyskomfortu, choć nie mogły się równać z doskonałością jej smażonych tramezzini z grzybami i jajkiem.
    
  Po posiłku zebrali się ponownie w upiornym salonie, gdzie rzeźby wyzierały z każdej półki i z każdego kamiennego muru. Nina otworzyła notes, a jej nieczytelne bazgroły dawały popalić jej porannemu umysłowi. Sprawdziła listę nazwisk wszystkich mężczyzn, żyjących i zmarłych. Purdue po kolei wpisywał ich nazwiska do bazy danych, którą jego siostra tymczasowo dla nich zarezerwowała, aby mogli ją przejrzeć bez wykrycia jakichkolwiek rozbieżności na serwerze.
    
  "Nie" - powiedział po kilku sekundach przeglądania wpisów dotyczących każdego nazwiska - "nie Algieria".
    
  Sam siedział przy stoliku kawowym, popijając prawdziwą kawę z ekspresu, tę, na którą Agatha tak bardzo czekała poprzedniego dnia. Otworzył laptopa i wysłał e-maile do kilku źródeł, które pomogły mu w odnalezieniu źródeł opowieści starego żołnierza, który napisał wiersz o zaginionym skarbie świata, który, jak twierdził, odkrył podczas pobytu u egipskiej rodziny.
    
  Jedno z jego źródeł, dobry marokański redaktor z Tangeru, odpowiedziało w ciągu godziny.
    
  Wydawał się oszołomiony, że historia ta dotarła do współczesnego europejskiego dziennikarza, takiego jak Sam.
    
  Redaktor odpowiedział: "O ile wiem, ta historia to tylko mit, opowiadany podczas obu wojen światowych przez legionistów w Afryce Północnej, aby podtrzymywać nadzieję, że w tej dzikiej części świata istnieje jakaś magia. W rzeczywistości nigdy nie było żadnych dowodów na to, że te kości zawierają jakiekolwiek ciało. Ale prześlij mi to, co masz, a zobaczę, jak mogę pomóc".
    
  "Czy można mu zaufać?" zapytała Nina. "Jak dobrze go znasz?"
    
  "Spotkałem go dwa razy, kiedy relacjonowałem starcia w Abidżanie w 2007 roku i ponownie na konferencji Światowej Pomocy w Walki z Chorobami w Paryżu trzy lata później. Był stanowczy, choć bardzo sceptyczny" - wspominał Sam.
    
  "Dobrze, Sam" - powiedział Perdue, klepiąc go po plecach. "Wtedy nie uzna tego zadania za nic więcej niż chwyt marketingowy. To będzie dla nas lepsze. Nie chciałby przecież kawałka czegoś, w co nie wierzy, prawda?" - zaśmiał się Perdue. "Wyślij mu kopię strony. Zobaczymy, co z tego wyciągnie".
    
  "Nie wysyłałabym kopii tej strony nikomu, Perdue" - ostrzegła Nina. "Nie chcesz, żeby wyciekły informacje o znaczeniu historycznym tej legendarnej historii".
    
  "Twoje obawy są w pełni uwzględnione, droga Nino" - zapewnił ją Purdue, a jego uśmiech był wyraźnie zabarwiony smutkiem z powodu utraty jej miłości. "Ale my też musimy się dowiedzieć. Agatha nie wie prawie nic o swoim kliencie, który może być po prostu jakimś bogatym dzieciakiem, który odziedziczył rodzinne pamiątki i chce sprawdzić, czy uda mu się coś za pamiętnik dostać na czarnym rynku".
    
  "Albo może nas drażnić, wiesz?" - podkreśliła, aby zarówno Sam, jak i Perdue zrozumieli, że za tym wszystkim mogła stać rada Czarnego Słońca.
    
  "Wątpię" - odpowiedziała natychmiast Perdue. Założyła, że wie coś, czego ona nie wie, i dlatego była pewna, że zaryzykuje. Z drugiej strony, czy kiedykolwiek nie wiedział czegoś, czego nie wiedzieli inni? Zawsze o krok do przodu i niezwykle skryty w swoich sprawach, Perdue nie przejmował się pomysłem Niny. Ale Sam nie był tak lekceważący jak Nina. Obrzucił Perdue długim, wyczekującym spojrzeniem. Potem zawahał się, zanim wysłał e-mail, po czym powiedział: "Wydajesz się cholernie pewna, że nie... przedyskutowaliśmy tego z tobą".
    
  "Uwielbiam, jak wy trzy próbujecie nawiązać rozmowę i nie zdaję sobie sprawy, że w tym, co mówicie, kryje się coś więcej. Ale wiem wszystko o tej organizacji i o tym, jak stała się zmorą waszego życia, odkąd niechcący wydymaliście kilka jej członkiń. Boże, dzieciaki, właśnie dlatego was zatrudniłam!" - zaśmiała się. Tym razem Agatha brzmiała jak oddana klientka, a nie jakaś szalona włóczęga, która za dużo czasu spędziła na słońcu.
    
  "W końcu to ona włamała się na serwery Black Sun, żeby aktywować wasz status finansowy... dzieci" - przypomniał im Perdue, mrugając okiem.
    
  "Cóż, nie wie pani tego wszystkiego, panno Purdue" - odpowiedział Sam.
    
  "Ale wiem. Mój brat i ja możemy stale ze sobą konkurować w naszych dziedzinach, ale mamy pewne wspólne cechy. Informacje o skomplikowanej misji Sama Cleave'a i Niny Gould dla niesławnej Brygady Renegade nie są do końca tajne, zwłaszcza gdy mówi się po rosyjsku" - zasugerowała.
    
  Sam i Nina byli w szoku. Czy Purdue wiedział już wtedy, że mają znaleźć Renatę, jego największy sekret? Jak w ogóle mieliby ją teraz znaleźć? Spojrzeli na siebie z nieco większym zaniepokojeniem, niż zamierzali.
    
  "Nie martw się" - Perdue przerwał ciszę. "Pomóżmy Agacie odzyskać artefakt jej klienta, a im szybciej to zrobimy... kto wie... Może uda nam się dojść do jakiegoś porozumienia, które zapewni twoją lojalność wobec zespołu" - powiedział, patrząc na Ninę.
    
  Nie mogła nie przypomnieć sobie ostatniej rozmowy, zanim Perdue zniknął bez słowa. Jego "układ" najwyraźniej sygnalizował odnowioną, bezwarunkową lojalność wobec niego. W końcu, w ich ostatniej rozmowie, zapewnił ją, że nie zrezygnował z prób odzyskania jej z objęć Sama, z jego łóżka. Teraz wiedziała, dlaczego on również musiał wygrać w sprawie Renaty/Brygady Renegatów.
    
  "Lepiej dotrzymaj słowa, Purdue. My... Kończą mi się... łyżki do jedzenia gówna, jeśli rozumiesz, o co mi chodzi" - ostrzegł Sam. "Jeśli to wszystko pójdzie źle, zniknę na zawsze. Zniknę. Nigdy więcej nie pojawię się w Szkocji. Posunąłem się tak daleko tylko dla Niny".
    
  Napięta chwila sprawiła, że wszyscy na sekundę zamilkli.
    
  "Dobrze, skoro już wiemy, gdzie jesteśmy i jak daleko musimy jechać, żeby dotrzeć na nasze stanowiska, możemy wysłać maila do tego marokańskiego dżentelmena i zacząć śledzić resztę nazwisk, prawda, David?" Agatha przewodziła grupie niezręcznych kolegów.
    
  "Nino, chciałabyś pójść ze mną na spotkanie w mieście? A może chciałabyś jeszcze raz uprawiać seks we trójkę z tą dwójką?" - zapytała retorycznie siostra Perdue i nie czekając na odpowiedź, sięgnęła po swoją starą torbę i włożyła do niej ważny dokument. Nina spojrzała na Sama i Perdue.
    
  "Będziecie grzeczni, kiedy mamy nie będzie?" - zażartowała, ale w jej tonie słychać było sarkazm. Ninę rozwścieczyło to, że dwaj mężczyźni sugerowali, że w jakiś sposób do nich należy. Po prostu stali tam, a zwykła brutalna szczerość Agathy sprowadziła ich na ziemię i skłoniła do wykonania zadania.
    
    
  Rozdział 16
    
    
  "Dokąd jedziemy?" zapytała Nina, kiedy Agatha wynajęła samochód.
    
  "Halkirk" - powiedziała do Niny, gdy ruszyli. Samochód ruszył na południe, a Agatha spojrzała na Ninę z dziwnym uśmiechem. "Nie porywam pani, doktor Gould. Idziemy spotkać się z grafologiem, którego poleciła mi moja klientka. To piękne miejsce, Halkirk" - dodała - "nad rzeką Thurso, nie dalej niż piętnaście minut jazdy stąd. Nasze spotkanie jest o jedenastej, ale dotrzemy tam wcześniej".
    
  Nina nie mogła się sprzeciwić. Krajobrazy zapierały dech w piersiach i żałowała, że nie wyjeżdżała częściej z miasta, by podziwiać wiejskie krajobrazy swojej rodzinnej Szkocji. Edynburg sam w sobie był piękny, pełen historii i życia, ale po wielokrotnych perypetiach ostatnich lat rozważała osiedlenie się w małej wiosce w Highlands. Tam. To byłoby cudowne. Z A9 skręcili na B874 i pojechali na zachód, w kierunku małego miasteczka.
    
  "George Street. Nina, szukaj George Street" - powiedziała Agatha do pasażerki. Nina wyciągnęła swój nowy telefon i włączyła GPS z dziecinnym uśmiechem, który rozbawił Agathę, zmieniając go w serdeczny chichot. Kiedy obie kobiety znalazły adres, poświęciły chwilę na złapanie oddechu. Agatha miała nadzieję, że analiza pisma ręcznego może w jakiś sposób rzucić światło na autora, a jeszcze lepiej, na to, co było napisane na tej niezrozumiałej stronie. Kto wie, pomyślała Agatha, profesjonalista, który spędził cały dzień na studiowaniu pisma ręcznego, z pewnością byłby w stanie rozszyfrować, co tam jest napisane. Wiedziała, że to naciągane, ale warto było to zbadać.
    
  Gdy wysiedli z samochodu, szare niebo zraszało Halkirk przyjemną, lekką mżawką. Było zimno, ale nie nieprzyjemnie, a Agatha kurczowo przyciskała starą walizkę do piersi, okrywając ją płaszczem, gdy wchodzili po długich betonowych schodach do drzwi wejściowych małego domu na końcu George Street. To był uroczy domek dla lalek, pomyślała Nina, jak wyjęty ze szkockiego magazynu "Dom i Dom". Nieskazitelnie zadbany trawnik wyglądał jak skrawek aksamitu rzucony przed domem.
    
  "Och, pospieszcie się. Uciekajcie z deszczu, drogie panie!" - zawołał kobiecy głos ze szpary w drzwiach wejściowych. Z ciemności za nią wyjrzała krzepka kobieta w średnim wieku o słodkim uśmiechu. Otworzyła im drzwi i gestem dała znak, żeby się pospieszyły.
    
  "Agatha Purdue?" zapytała.
    
  "Tak, a to moja przyjaciółka, Nina" - odpowiedziała Agatha. Pominęła tytuł Niny, żeby nie zasugerować gospodarzowi wagi dokumentu, który musiała przeanalizować. Agatha zamierzała udawać, że to po prostu jakaś stara strona od dalekiego krewnego, która wpadła w jej ręce. Jeśli była warta tyle, ile jej zapłacono za jej znalezienie, to nie było to coś wartego reklamy.
    
  "Dzień dobry, Nino. Rachel Clark. Miło mi panią poznać. A teraz, czy pójdziemy do mojego gabinetu?" - uśmiechnęła się radośnie grafolog.
    
  Opuścili ciemną, przytulną część domu i weszli do małego pokoju, jasno oświetlonego dziennym światłem wpadającym przez przesuwane drzwi prowadzące do małego basenu. Nina wpatrywała się w piękne fale, które tworzyły krople deszczu uderzające o taflę wody, i podziwiała paprocie i liście posadzone wokół basenu, pozwalające na zanurzenie się w wodzie. Basen był zachwycający - soczysta zieleń kontrastowała z szarą, wilgotną pogodą.
    
  "Podoba ci się to, Nino?" zapytała Rachel, gdy Agatha podała jej papiery.
    
  "Tak, po prostu niesamowite, jak dziko i naturalnie to wygląda" - odpowiedziała uprzejmie Nina.
    
  "Mój mąż jest projektantem krajobrazu. Złapał bakcyla, kiedy zarabiał na życie, kopiąc w najróżniejszych dżunglach i lasach, i zajął się ogrodnictwem, żeby złagodzić ten okropny, stary nałóg. Wiesz, stres - ta okropna rzecz, której nikt w dzisiejszych czasach nie zauważa, jakbyśmy mieli się trząść z nadmiaru stresu, co?" - bełkotała Rachel, otwierając dokument pod lupą.
    
  "Rzeczywiście" - zgodziła się Nina. "Stres zabija więcej ludzi, niż ktokolwiek zdaje sobie sprawę".
    
  "Tak, dlatego mąż zajął się projektowaniem cudzych ogrodów. To raczej hobby. Bardzo podobne do mojej pracy. Dobrze, pani Purdue, spójrzmy na te pani bazgroły" - powiedziała Rachel z miną typową dla profesjonalistów.
    
  Nina była sceptycznie nastawiona do całego pomysłu, ale naprawdę lubiła wychodzić z domu, z dala od Purdue i Sama. Usiadła na małej kanapie przy przesuwanych drzwiach, przyglądając się jaskrawym wzorom wśród liści i gałęzi. Tym razem Rachel milczała. Agatha obserwowała ją uważnie, a cisza stała się tak cicha, że Nina i Agatha wymieniły kilka słów, obie zaciekawione, dlaczego Rachel tak długo wpatrywała się w jedną stronę.
    
  W końcu Rachel podniosła wzrok i zapytała: "Skąd to masz, kochanie?" Jej ton był poważny i odrobinę niepewny.
    
  "Och, moja mama miała jakieś stare rzeczy po swojej prababci i zrzuciła je na mnie" - skłamała zręcznie Agatha. "Znalazłam je wśród niechcianych banknotów i pomyślałam, że to ciekawe".
    
  Nina ożywiła się: "Dlaczego? Widzisz, co tam jest napisane?"
    
  "Panie, nie jestem byłą... no cóż, jestem ekspertką" - zaśmiała się sucho, zdejmując okulary - "ale jeśli się nie mylę, z tego zdjęcia..."
    
  "Tak?" - wykrzyknęły jednocześnie Nina i Agatha.
    
  "Wygląda, jakby było napisane na..." spojrzała w górę, zupełnie zdezorientowana, "papiru?"
    
  Agatha przybrała wyraz twarzy wyrażający całkowitą ignorancję, a Nina po prostu wstrzymała oddech.
    
  "Czy to dobrze?" zapytała Nina, udając głupią, by zdobyć informację.
    
  "Oczywiście, moja droga. To znaczy, że ten papier jest bardzo cenny. Panno Purdue, czy przypadkiem ma pani oryginał?" - zapytała Rachel. Położyła dłoń na dłoni Agathy z wyrazem uniesienia i ciekawości.
    
  "Obawiam się, że nie wiem, nie. Ale po prostu byłam ciekawa zdjęcia. Teraz wiemy, że to musiała być ciekawa książka. Chyba wiedziałam to od początku" - Agatha zachowywała się naiwnie - "bo właśnie dlatego tak bardzo zależało mi na tym, żeby dowiedzieć się, co tam jest napisane. Może mogłabyś nam pomóc to ustalić?"
    
  "Mogę spróbować. Przecież widzę mnóstwo próbek pisma i muszę się pochwalić, że mam do tego dobre oko" - uśmiechnęła się Rachel.
    
  Agatha spojrzała na Ninę, jakby chciała powiedzieć: "Mówiłam ci", a Nina musiała się uśmiechnąć, gdy odwróciła głowę, by spojrzeć na ogród i basen, gdzie właśnie zaczynała mżyć.
    
  "Dajcie mi kilka minut, zobaczę, czy... mogę......" Słowa Rachel ucichły, gdy regulowała lupę, żeby lepiej widzieć. "Widzę, że ktokolwiek zrobił to zdjęcie, zrobił sobie własną notatkę. Tusz w tym fragmencie jest świeższy, a pismo autora jest wyraźnie inne. Trzymajcie się."
    
  Wydawało się, że czekanie, aż Rachel napisze słowo po słowie, odczytując pismo kawałek po kawałku, zostawiając tu i ówdzie przerywaną linię, której nie mogła odczytać, wydawało się wiecznością. Agatha rozejrzała się po pokoju. Wszędzie widziała przykładowe fotografie, plakaty o różnych kątach i naciskach, wskazujące na predyspozycje psychologiczne i cechy charakteru. To fascynujące powołanie, pomyślała. Być może Agatha, jako bibliotekarka, czerpała przyjemność z miłości do słów i znaczeń kryjących się za strukturą i tym podobnymi.
    
  "Wygląda jak jakiś wiersz" - mruknęła Rachel - "przedzielony dwiema rękami. Założę się, że napisały go dwie różne osoby - jedna pierwsza część, a druga ostatnia. Pierwsze wersy są po francusku, reszta po niemiecku, o ile dobrze pamiętam. A, i na dole, jest podpisany czymś, co wygląda na... pierwsza część podpisu jest skomplikowana, ale ostatnia część wyraźnie wygląda jak "Venen" lub "Vener". Czy zna pani w rodzinie kogoś o tym nazwisku, panno Purdue?"
    
  "Niestety, nie" odpowiedziała Agatha z lekkim żalem, odgrywając swoją rolę tak dobrze, że Nina się uśmiechnęła i pokręciła głową.
    
  "Agato, musisz to kontynuować, moja droga. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że papirus, na którym to jest napisane, jest dość... stary" - zmarszczyła brwi Rachel.
    
  "Jak w starożytnym XIX wieku?" zapytała Nina.
    
  "Nie, moja droga. Około tysiąca lat przed XIX wiekiem - starożytność" - wyjaśniła Rachel, a jej oczy rozszerzyły się ze zdziwienia i szczerości. "Znalazłbyś taki papirus w muzeach historii świata, takich jak Muzeum Kairskie!"
    
  Zaskoczona zainteresowaniem Rachel dokumentem, Agatha odwróciła od niego uwagę.
    
  "A czy wiersz na ten temat jest równie stary?" - zapytała.
    
  "Nie, wcale nie. Atrament nie jest nawet w połowie tak wyblakły, jak byłby, gdyby został napisany tak dawno temu. Ktoś poszedł i napisał na papierze, o którym nie miał pojęcia, że jest cenny, moja droga. Skąd go wzięli, pozostaje tajemnicą, bo tego typu papirusy byłyby przechowywane w muzeach albo..." - zaśmiała się z absurdalności tego, co zaraz miała powiedzieć - "przechowywane gdzieś od czasów Biblioteki Aleksandryjskiej". Rachel, powstrzymując się od wybuchnięcia śmiechem na to absurdalne stwierdzenie, po prostu wzruszyła ramionami.
    
  "Jakie słowa udało ci się z tego wyciągnąć?" zapytała Nina.
    
  "Chyba jest po francusku. Ale ja nie mówię po francusku..."
    
  "Wszystko w porządku, wierzę ci" - powiedziała szybko Agatha. Zerknęła na zegarek. "O mój Boże, spójrz na godzinę. Nina, spóźnimy się na parapetówkę u cioci Millie!"
    
  Nina nie miała pojęcia, o czym mówi Agatha, ale zignorowała to jako nonsens, który musiała zaakceptować, żeby rozładować narastające napięcie w dyskusji. Miała rację.
    
  "O cholera, masz rację! I jeszcze musimy kupić ciasto! Rachel, znasz jakieś dobre piekarnie w pobliżu?" - zapytała Nina.
    
  "Mieliśmy o włos od tragedii" - powiedziała Agatha, jadąc główną drogą z powrotem do Thurso.
    
  "O cholera! Muszę przyznać, że się myliłam. Zatrudnienie grafologa było naprawdę dobrym pomysłem" - powiedziała Nina. "Czy możesz przetłumaczyć to, co napisała z tekstu?"
    
  "Aha" - powiedziała Agatha. "Nie mówisz po francusku?"
    
  "Bardzo niewiele. Zawsze byłem wielkim fanem języka niemieckiego" - zaśmiał się historyk. "Wolę mężczyzn".
    
  "Naprawdę? Wolisz niemieckich mężczyzn? I przeszkadzają ci szkockie zwoje?" - zauważyła Agatha. Nina nie potrafiła stwierdzić, czy w słowach Agathy kryje się choćby cień groźby, ale w jej przypadku mogło to oznaczać cokolwiek.
    
  "Sam jest bardzo słodkim okazem" - zażartowała.
    
  "Wiem. Śmiem twierdzić, że nie miałabym nic przeciwko jego recenzji. Ale co ty, do cholery, widzisz w Davidzie? Chodzi o pieniądze, prawda? Musi chodzić o pieniądze" - zapytała Agatha.
    
  "Nie, nie tyle pieniądze, co pewność siebie. I jego pasja do życia, jak sądzę" - powiedziała Nina. Nie podobało jej się, że zmuszano ją do tak dogłębnej analizy jej pociągu do Purdue. Właściwie wolałaby zapomnieć o tym, co w nim uważała za atrakcyjne. Nie była pewna, czy uda jej się zbagatelizować swoje uczucie do niego, niezależnie od tego, jak zaciekle temu zaprzeczała.
    
  Sam nie był wyjątkiem. Nie dał jej poznać, czy chce być z nią, czy nie. Odkrycie jego notatek o Trish i ich wspólnym życiu to potwierdziło i, ryzykując złamane serce, gdyby mu o tym powiedziała, zachowała to dla siebie. Ale w głębi duszy Nina nie mogła zaprzeczyć, że kocha Sama, nieuchwytnego kochanka, z którym nigdy nie mogła być dłużej niż kilka minut.
    
  Serce ją bolało za każdym razem, gdy myślała o wspomnieniach z jego życia z Trish, o tym, jak bardzo ją kochał, o jej dziwactwach i jak bardzo byli sobie bliscy - jak bardzo za nią tęsknił. Po co miałby tyle pisać o ich wspólnym życiu, skoro już poszedł dalej? Po co miałby jej kłamać o tym, jak bardzo jest mu droga, skoro potajemnie pisał ody do jej poprzedniczki? Uświadomienie sobie, że nigdy nie dorówna Trish, było dla niej ciosem nie do zniesienia.
    
    
  Rozdział 17
    
    
  Perdue dorzucił do ognia, podczas gdy Sam przygotowywał kolację pod surowym nadzorem panny Maisie. W rzeczywistości tylko pomagał, ale pani Maisie go oszukała, wmawiając mu, że jest szefem kuchni. Perdue wszedł do kuchni z chłopięcym uśmiechem, obserwując chaos, jaki wywołał Sam, przygotowując coś, co mogło być ucztą.
    
  "On ci sprawia kłopoty, prawda?" zapytał Perdue Maisie.
    
  "Nie bardziej niż mój mąż, proszę pana" - puściła oko i posprzątała miejsce, w którym Sam rozsypał mąkę, próbując upiec pierogi.
    
  "Sam" - powiedział Purdue, kiwając głową na znak, że zaprasza Sama, by dołączył do niego przy kominku.
    
  "Panno Maisie, obawiam się, że muszę zwolnić się z obowiązków kuchennych" - oznajmił Sam.
    
  "Proszę się nie martwić, panie Cleve" - uśmiechnęła się. "Dzięki Bogu" - usłyszeli, jak mówi, gdy wychodził z kuchni.
    
  "Czy już dowiedziałeś się o tym dokumencie?" zapytał Perdue.
    
  "Nic. Pewnie wszyscy myślą, że oszalałem, badając mit, ale z jednej strony to dobrze. Im mniej osób o tym wie, tym lepiej. Na wypadek gdyby pamiętnik wciąż istniał" - powiedział Sam.
    
  "Tak, jestem bardzo ciekaw, czym jest ten skarb" - powiedział Perdue, nalewając im szkockiej.
    
  "Oczywiście, że tak" - odpowiedział Sam, nieco rozbawiony.
    
  "Nie chodzi o pieniądze, Sam. Bóg jeden wie, że mam ich dość. Nie muszę gonić za wewnętrznymi reliktami dla pieniędzy" - powiedział mu Perdue. "Jestem naprawdę zanurzony w przeszłości, w tym, co świat skrywa w ukrytych miejscach, o których ludzie są zbyt ignoranccy, by się tym przejmować. Przecież żyjemy na ziemi, która widziała najwspanialsze rzeczy, przeżyła najwspanialsze epoki. To naprawdę coś wyjątkowego - znaleźć pozostałości Starego Świata i dotknąć rzeczy, które wiedzą rzeczy, których my nigdy nie poznamy".
    
  "To zdecydowanie za głębokie jak na tę porę dnia, człowieku" - przyznał Sam. Jednym haustem wypił pół szklanki szkockiej.
    
  "Uważaj na to" - nalegał Perdue. "Musisz być czujny i wiedzieć, kiedy te dwie panie wrócą".
    
  "Właściwie nie jestem do końca pewien" - przyznał Sam. Perdue tylko zachichotał, czując to samo. Mimo to obaj mężczyźni postanowili nie rozmawiać z żadnym z nich o Ninie ani o tym, co ją łączyło. Co dziwne, nigdy nie było żadnej wrogości między Perdue a Samem, dwoma rywalami o serce Niny, ponieważ obaj mieli jej ciało.
    
  Drzwi wejściowe się otworzyły i do środka wbiegły dwie na wpół przemoczone kobiety. To nie deszcz je do tego skłonił, ale wieści. Po krótkim podsumowaniu tego, co wydarzyło się w gabinecie grafologa, oparły się pokusie analizy wiersza i pochlebiły pannie Maisie, próbując jej pierwszego wyśmienitego dania z wyśmienitej kuchni. Nierozsądnie byłoby omawiać te nowe szczegóły w jej obecności, ani zresztą w obecności kogokolwiek innego, po prostu dla bezpieczeństwa.
    
  Po kolacji wszyscy czterej usiedli przy stole, aby wspólnie sprawdzić, czy w notatkach znajduje się coś ważnego.
    
  "David, czy to jest słowo? Podejrzewam, że mój wysoki francuski szwankuje" - powiedziała niecierpliwie Agatha.
    
  Spojrzał na okropny charakter pisma Rachel, gdzie przepisała francuską część wiersza. "Och, eee, to znaczy "pogański" i to..."
    
  "Nie bądź głupi, wiem o tym" - uśmiechnęła się szeroko i wyrwała mu kartkę. Nina zachichotała, słysząc karę Purdue. Uśmiechnął się do niej nieco nieśmiało.
    
  Okazało się, że Agatha była w pracy sto razy bardziej drażliwa, niż Nina i Sam mogli sobie wyobrazić.
    
  "No cóż, zadzwoń do mnie do działu niemieckiego, jeśli będziesz potrzebowała pomocy, Agatho. Pójdę po herbatę" - powiedziała swobodnie Nina, mając nadzieję, że ekscentryczna bibliotekarka nie odbierze tego jako złośliwości. Ale Agatha zignorowała wszystkich, kończąc tłumaczenie działu francuskiego. Pozostali czekali cierpliwie, prowadząc luźne pogawędki, z kipiącą ciekawością. Nagle Agatha odchrząknęła. "Dobrze" - oznajmiła - "a więc jest napisane: "Od pogańskich portów do przemiany krzyży, starzy skrybowie przybyli, by zachować tajemnicę przed wężami bożymi". Serapis patrzył, jak jego wnętrzności unoszą się na pustynię, a hieroglify zapadają się pod stopami Ahmeda".
    
  Zatrzymała się. Czekali. Agatha spojrzała na nich z niedowierzaniem: "I co z tego?"
    
  "To wszystko?" - zapytał Sam, narażając się na niezadowolenie straszliwego geniusza.
    
  "Tak, Sam, to jest to" - warknęła, jak można się było spodziewać. "Dlaczego? Liczyłeś na operę?"
    
  "Nie, po prostu... wiesz... spodziewałem się czegoś dłuższego, skoro tak długo zwlekałeś..." zaczął, ale Perdue odwrócił się plecami do siostry, by potajemnie odwieść Sama od kontynuowania oświadczyn.
    
  "Mówi pan po francusku, panie Cleve?" - zażartowała. Perdue zamknął oczy, a Sam zrozumiała, że poczuła się urażona.
    
  "Nie. Nie, nie wiem. Zajęłoby mi wieki, zanim cokolwiek bym zrozumiał" - próbował poprawić się Sam.
    
  "Co to, do cholery, jest 'Serapis'?" Nina przyszła mu z pomocą. Jej zmarszczone brwi świadczyły o poważnym pytaniu, a nie tylko o bezmyślnym pytaniu, mającym na celu uratowanie przysłowiowych jaj Sama z szponów imadła.
    
  Wszyscy pokręcili głowami.
    
  "Sprawdź w internecie" - zasugerował Sam i zanim zdążył skończyć mówić, Nina otworzyła laptopa.
    
  "Rozumiem" - powiedziała, przeglądając informacje, by wygłosić krótki wykład. "Serapis był pogańskim bogiem czczonym głównie w Egipcie".
    
  "Oczywiście. Mamy papirus, więc naturalnie gdzieś musi być Egipt" - zażartował Perdue.
    
  "W każdym razie" - kontynuowała Nina - "krótko mówiąc... Kiedyś w IV wieku w Aleksandrii biskup Teofil zakazał wszelkiego kultu pogańskich bóstw, a pod opuszczoną świątynią Dionizosa, jak się wydaje, zbezczeszczono zawartość krypt katakumb... prawdopodobnie pogańskie relikwie" - zasugerowała - "co strasznie rozgniewało pogan w Aleksandrii".
    
  "Więc zabili tego drania?" Sam zapukał, rozbawiając wszystkich oprócz Niny, która rzuciła mu stalowe spojrzenie, które kazało mu wrócić do kąta.
    
  "Nie, nie zabili tego drania, Sam" - westchnęła - "ale wzniecili zamieszki, żeby móc się zemścić na ulicach. Chrześcijanie jednak stawili opór i zmusili pogańskich wyznawców do schronienia się w Serapeum, Świątyni Serapisa, najwyraźniej imponującej budowli. Zabarykadowali się tam, biorąc na wszelki wypadek kilku chrześcijan jako zakładników".
    
  "Dobra, to wyjaśnia pogańskie porty. Aleksandria była bardzo ważnym portem w starożytnym świecie. Pogańskie porty stały się chrześcijańskie, prawda?" - potwierdził Perdue.
    
  "Według tego, to prawda" - odpowiedziała Nina. "Ale starożytni skrybowie, którzy strzegli tajemnicy..."
    
  "Starzy skrybowie" - zauważyła Agata - "to pewnie kapłani, którzy prowadzili zapisy w Aleksandrii. W Bibliotece Aleksandryjskiej!"
    
  "Ale Biblioteka Aleksandryjska została już spalona doszczętnie w Bumfuck w Kolumbii Brytyjskiej, prawda?" - zapytał Sam. Perdue musiał się roześmiać z doboru słów dziennikarza.
    
  "O ile wiem, krążyły pogłoski, że Cezar spalił go, podpalając swoją flotę statków" - zgodził się Perdue.
    
  "No dobrze, ale mimo wszystko ten dokument został najwyraźniej spisany na papirusie, który według grafologa był starożytny. Być może nie wszystko zostało zniszczone. Może to oznacza, że ukryli go przed wężami Bożymi - władzami chrześcijańskimi!" - wykrzyknęła Nina.
    
  "To prawda, Nino, ale co to ma wspólnego z legionistą z XIX wieku? Jak on się tam wpasowuje?" - pomyślała Agatha. "On to napisał, w jakim celu?"
    
  "Legenda głosi, że pewien stary żołnierz opowiedział o dniu, w którym na własne oczy zobaczył bezcenne skarby Starego Świata, prawda?" - przerwał mu Sam. "Myślimy o złocie i srebrze, podczas gdy powinniśmy myśleć o książkach, informacjach i hieroglifach w poemacie. Wnętrza Serapisa powinny być wnętrzami świątyni, prawda?"
    
  "Sam, jesteś pieprzonym geniuszem!" wrzasnęła Nina. "Dokładnie tak! Oczywiście, patrząc, jak jego wnętrzności ciągną się przez pustynię i toną... zakopane... pod stopą Ahmeda. Stary żołnierz opowiadał o farmie należącej do Egipcjanina, gdzie widział skarb. To gówno było zakopane pod stopami Egipcjanina w Algierii!"
    
  "Doskonale! Stary francuski żołnierz powiedział nam, co to było i gdzie to widział. To nie mówi nam, gdzie jest jego pamiętnik" - przypomniał wszystkim Purdue. Tak bardzo pochłonęła ich tajemnica, że stracili z oczu dokument, którego szukali.
    
  "Nie martwcie się. To część Niny. Po niemiecku, napisana przez młodego żołnierza, któremu dała pamiętnik" - powiedziała Agatha, dodając im otuchy. "Musieliśmy dowiedzieć się, czym jest ten skarb - zapiski z Biblioteki Aleksandryjskiej. Teraz musimy wiedzieć, jak je znaleźć, oczywiście po tym, jak znajdziemy pamiętnik dla mojego klienta".
    
  Nina poświęciła więcej czasu dłuższemu fragmentowi francusko-niemieckiego wiersza.
    
  "To bardzo skomplikowane. Jest wiele słów kodowych. Podejrzewam, że to będzie bardziej problematyczne niż pierwsze" - zauważyła, podkreślając kilka słów. "Brakuje tu wielu słów".
    
  "Tak, widziałam. Wygląda na to, że to zdjęcie zamokło lub uległo zniszczeniu przez lata, bo większość powierzchni jest starta. Mam nadzieję, że oryginalna strona nie ucierpiała w ten sam sposób. Ale daj nam, kochanie, te słowa, które wciąż tam są" - zachęciła Agatha.
    
  "A teraz pamiętaj, że to zostało napisane znacznie później niż poprzednie" - powiedziała sobie Nina, przypominając sobie kontekst, w jakim musiała to przetłumaczyć. "Mniej więcej na początku wieku, czyli... około dziewiętnastego. Musimy przywołać nazwiska tych zwerbowanych mężczyzn, Agatho".
    
  Kiedy w końcu przetłumaczyła niemieckie słowa, odchyliła się na krześle i zmarszczyła brwi.
    
  "Posłuchajmy" - powiedział Perdue.
    
  Nina czytała powoli: "To bardzo zagadkowe. Najwyraźniej nie chciał, żeby ktokolwiek to znalazł, gdy żył. Sądzę, że ten młody legionista musiał przekroczyć wiek średni na początku XX wieku. Właśnie uzupełniłam luki".
    
    
  Nowość dla ludzi
    
  Nie w ziemi o 680 dwunastu
    
  Wciąż rosnący drogowskaz Boga zawiera dwie Trójce
    
  A klaszczące Anioły okładają... Erno
    
  ...do samego...trzymaj to
    
  ...... niewidzialny... Henryk I
    
    
  "Reszcie brakuje całej linijki" - westchnęła Nina, odrzucając długopis w geście porażki. "Ostatnia część to podpis faceta o nazwisku "Vener", według Rachel Clarke".
    
  Sam zajadał się słodką bułeczką. Pochylił się nad ramieniem Niny i powiedział z pełnymi ustami: "Nie "Vener". To "Werner", jasne jak słońce".
    
  Nina podniosła wzrok i zmrużyła oczy, słysząc jego protekcjonalny ton, ale Sam tylko się uśmiechnął, tak jak wtedy, gdy wiedział, że jest nieskazitelnie inteligentny. "A to jest Klaus. Klaus Werner, 1935".
    
  Nina i Agatha patrzyły na Sama ze zdumieniem.
    
  "Widzisz?" - powiedział, wskazując na sam dół zdjęcia. "Rok 1935. Myślałyście, panie, że to numer strony? Bo reszta pamiętnika tego człowieka jest grubsza niż Biblia, a on musiał mieć bardzo długie i pełne wydarzeń życie".
    
  Purdue nie mógł się dłużej powstrzymać. Z miejsca przy kominku, gdzie opierał się o ramę z kieliszkiem wina, wybuchnął śmiechem. Sam śmiał się serdecznie razem z nim, ale szybko odsunął się od Niny, na wszelki wypadek. Nawet Agatha się uśmiechnęła. "Też byłabym oburzona jego arogancją, gdyby nie oszczędził nam mnóstwa dodatkowej pracy, prawda, doktorze Gould?"
    
  "Tak, tym razem nie spieprzył sprawy" - zadrwiła Nina, uśmiechając się do Sama.
    
    
  Rozdział 18
    
    
  "Nowe dla ludzi, nie dla ziemi. Więc było to nowe miejsce, kiedy Klaus Werner wrócił do Niemiec w 1935 roku, albo kiedykolwiek to nastąpiło. Sam sprawdza nazwiska legionistów z lat 1900-1935" - powiedziała Nina Agacie.
    
  "Ale czy jest jakiś sposób, żeby dowiedzieć się, gdzie mieszkał?" - zapytała Agatha, opierając się na łokciach i zakrywając twarz dłońmi, jak dziewięcioletnia dziewczynka.
    
  "Mam Wernera, który przybył do kraju w 1914 roku!" - wykrzyknął Sam. "To Werner najbliższy tym datom, jakie mamy. Pozostałe pochodzą z 1901, 1905 i 1948 roku".
    
  "To wciąż może być jeden z poprzednich, Sam. Sprawdź je wszystkie. Co jest napisane na tym zwoju z 1914 roku?" - zapytał Perdue, opierając się o krzesło Sama, by przestudiować informacje na jego laptopie.
    
  "Wiele miejsc było wtedy nowych. Boże, Wieża Eiffla była wtedy nowa. To była rewolucja przemysłowa. Wszystko było nowo budowane. Ile to jest 680 dwanaście?" Nina zachichotała. "Boli mnie głowa".
    
  "Wydaje się, że dwanaście lat" - wtrącił Perdue. "Mam na myśli to, że odnosi się to do nowego i starego, a zatem do ery istnienia. Ale czym jest 680 lat?"
    
  "Oczywiście chodzi o wiek miejsca, o którym mówi" - wymamrotała Agatha przez zaciśnięte zęby, nie odrywając szczęki od dłoni.
    
  "No dobrze, więc to miejsce ma 680 lat. Czy nadal rośnie? Jestem zdezorientowana. Niemożliwe, żeby to żyło" - westchnęła ciężko Nina.
    
  "Może populacja rośnie?" - zasugerował Sam. "Spójrz, jest tam napisane "Znak Boga" z "dwoma Trójcami", a to ewidentnie kościół. To nie jest trudne".
    
  "Wiesz, ile jest kościołów w Niemczech, Sam?" - zaśmiała się Nina. Było jasne, że jest bardzo zmęczona i niecierpliwa z tego powodu. Stopniowo zaczynała odczuwać, że coś innego ciąży jej na czasie - zbliżająca się śmierć jej rosyjskich przyjaciół.
    
  "Masz rację, Sam. Łatwo zgadnąć, że szukamy kościoła, ale odpowiedź na to pytanie, który z nich, jestem pewien, leży w "dwóch trójcach". Każdy kościół ma trójcę, ale rzadko kolejny zestaw trzech" - odpowiedziała Agatha. Musiała przyznać, że ona również do granic możliwości rozważała tajemnicze aspekty wiersza.
    
  Pardue nagle pochylił się nad Samem i wskazał na ekran, na którym widniał napis pod numerem Wernera 1914. "Mam go!"
    
  "Gdzie?" - wykrzyknęli chórem Nina, Agatha i Sam, wdzięczni za przełom.
    
  "Kolonia, panie i panowie. Nasz człowiek mieszkał w Kolonii. Tutaj, Samie" - podkreślił zdanie kciukiem - "jest napisane: "Klaus Werner, urbanista za czasów Konrada Adenauera, burmistrza Kolonii (1917-1933)"".
    
  "To znaczy, że napisał ten wiersz po dymisji Adenauera" - ożywiła się Nina. Miło było usłyszeć coś znajomego, coś, co znała z niemieckiej historii. "W 1933 roku partia nazistowska wygrała wybory samorządowe w Kolonii. Oczywiście! Wkrótce potem tamtejszy gotycki kościół został przekształcony w pomnik nowego Cesarstwa Niemieckiego. Ale myślę, że pan Werner trochę się pomylił w swoich obliczeniach wieku kościoła, plus minus kilka lat".
    
  "Kogo to obchodzi? Jeśli to właściwy kościół, to mamy już swoją lokalizację, ludzie!" - upierał się Sam.
    
  "Zaczekaj, sprawdzę to jeszcze raz, zanim pojedziemy tam nieprzygotowani" - powiedziała Nina. Wpisała w wyszukiwarkę "Atrakcje Kolonii". Jej twarz rozjaśniła się, gdy przeczytała recenzje katedry w Kolonii, najważniejszego zabytku miasta.
    
  Skinęła głową i stwierdziła niezbicie: "Tak, słuchaj, w katedrze kolońskiej znajduje się Sanktuarium Trzech Króli. Założę się, że to druga Trójca, o której wspomniał Werner!"
    
  Perdue wstał, wzdychając z ulgą. "Teraz wiemy, od czego zacząć, dzięki Bogu. Agato, przygotuj się. Zbiorę wszystko, czego potrzebujemy, żeby odzyskać ten pamiętnik z katedry".
    
  Następnego popołudnia grupa była gotowa udać się do Kolonii, aby sprawdzić, czy rozwiązanie starożytnej tajemnicy doprowadzi do odnalezienia relikwii, której pożądała klientka Agathy. Nina i Sam zajęli się wynajętym samochodem, a Purdue'owie zaopatrzyli się w najlepsze nielegalne urządzenia na wypadek, gdyby ich odzyskanie zostało udaremnione przez uciążliwe środki bezpieczeństwa, jakie miasta wdrożyły w celu ochrony swoich zabytków.
    
  Lot do Kolonii przebiegł bez zakłóceń i szybko, dzięki załodze Perdue. Prywatny odrzutowiec, którym lecieli, nie był najlepszy, ale to nie była luksusowa podróż. Tym razem Perdue użył swojego samolotu z powodów praktycznych, a nie dla elegancji. Na małym pasie startowym na południowy wschód od lotniska Kolonia-Bonn, lekki Challenger 350 wpadł w poślizg i z gracją wyhamował. Pogoda była okropna, nie tylko do latania, ale i do zwykłego podróżowania. Drogi były pokryte błotem pośniegowym po ataku niespodziewanej burzy. Kiedy Perdue, Nina, Sam i Agatha przeciskali się przez tłum, zauważyli żałosne zachowanie pasażerów, narzekających na furię tego, co uważali za zwykły deszczowy dzień. Najwyraźniej lokalna prognoza pogody nie wspominała o intensywności epidemii.
    
  "Dzięki Bogu, że wzięłam kalosze" - zauważyła Nina, przechodząc przez lotnisko i wychodząc z hali przylotów. "To by mi zniszczyło buty".
    
  "Ale ta okropna kurtka z jaka sprawdziłaby się teraz znakomicie, nie sądzisz?" Agatha uśmiechnęła się, schodząc po schodach na niższy poziom, do kasy biletowej pociągu S-13 jadącego do centrum miasta.
    
  "Kto ci to dał? Mówiłeś, że to prezent" - zapytała Agatha. Nina widziała, że Sam skrzywił się na to pytanie, ale nie mogła zrozumieć dlaczego, bo był tak pochłonięty wspomnieniami o Trish.
    
  "Dowódca Brygady Renegade, Ludwig Bern. To był jeden z jego" - powiedziała Nina z wyraźną radością. Przypominała Samowi uczennicę mdlejącą na widok swojego nowego chłopaka. Po prostu przeszedł kilka metrów, marząc o tym, żeby móc zapalić papierosa. Dołączył do Purdue przy automacie biletowym.
    
  "Brzmi uroczo. Wiesz, ci ludzie są znani z tego, że są bardzo okrutni, bardzo zdyscyplinowani i bardzo, bardzo pracowici" - powiedziała rzeczowo Agatha. "Ostatnio prowadziłam na ich temat dogłębne badania. Powiedz mi, czy w tej górskiej fortecy są komnaty tortur?"
    
  "Tak, ale miałam szczęście, że mnie tam nie uwięziono. Okazuje się, że przypominam zmarłą żonę Berna. Chyba takie drobne przysługi uratowały mi tyłek, kiedy nas złapali, bo przekonałam się na własnej skórze o ich reputacji brutalności podczas mojego pobytu w areszcie" - powiedziała Nina Agacie. Jej wzrok był mocno wbity w podłogę, gdy opowiadała o tym brutalnym epizodzie.
    
  Agatha zauważyła reakcję Sama, jakkolwiek przytłumiona ona była, i wyszeptała: "Czy to wtedy tak bardzo skrzywdzili Sama?"
    
  "Tak".
    
  "I masz tego okropnego siniaka?"
    
  "Tak, Agatho."
    
  "Cipki".
    
  "Tak, Agatho. Masz rację. Więc byłam dość zaskoczona, że kierownik zmiany potraktował mnie bardziej humanitarnie podczas przesłuchania... oczywiście... po tym, jak groził mi gwałtem... i śmiercią" - powiedziała Nina, niemal rozbawiona całą tą sytuacją.
    
  "Chodźmy. Musimy znaleźć nocleg, żebyśmy mogli trochę odpocząć" - powiedział Perdue.
    
  Hostel, o którym wspomniał Perdue, nie był tym, co zazwyczaj przychodziło im na myśl. Wysiedli z tramwaju na Trimbornstrasse i przeszli kolejne półtora przecznicy do niepozornego starego budynku. Nina spojrzała w górę na wysoki, czteropiętrowy ceglany budynek, który wyglądał jak skrzyżowanie fabryki z czasów II wojny światowej z dobrze odrestaurowanym starym wieżowcem. Miejsce miało staroświecki urok i gościnną atmosferę, choć ewidentnie pamiętało lepsze czasy.
    
  Okna zdobiły ozdobne ramy i parapety, a po drugiej stronie szyby Nina dostrzegła kogoś wychylającego się zza nieskazitelnych zasłon. Gdy goście weszli do środka, w małym, ciemnym, stęchłym holu unosił się zapach świeżo upieczonego chleba i kawy.
    
  "Pańskie pokoje są na górze, Herr Perdue" - poinformował Perdue"a niezwykle schludny mężczyzna po trzydziestce.
    
  "Witamy w klubie, Peter" - Perdue uśmiechnął się i odsunął się, żeby panie mogły wejść po schodach do swoich pokoi. "Sam i ja jesteśmy w jednym pokoju; Nina i Agatha w drugim".
    
  "Dzięki Bogu nie muszę zostawać z Davidem. Nawet teraz nie przestał irytować się swoim gadaniem przez sen" - Agatha szturchnęła Ninę.
    
  "Ha! Zawsze tak robił?" Nina zachichotała, odkładając torby.
    
  "Myślę, że od urodzenia. On zawsze był gadułą, a ja siedziałam cicho i uczyłam się innych rzeczy" - zażartowała Agatha.
    
  "Dobra, odpocznijmy trochę. Jutro po południu pójdziemy zobaczyć, co katedra ma do zaoferowania" - oznajmił Perdue, przeciągając się i szeroko ziewając.
    
  "Słyszałem!" zgodził się Sam.
    
  Sam rzucił Ninie ostatnie spojrzenie, po czym wszedł do pokoju z Purdue i zamknął za nimi drzwi.
    
    
  Rozdział 19
    
    
  Agatha została, podczas gdy pozostała trójka udała się do katedry w Kolonii. Miała ich pilnować za pomocą urządzeń śledzących połączonych z tabletem brata, a ich tożsamość ustalać za pomocą trzech zegarków naręcznych. Na swoim laptopie, leżącym na łóżku, połączyła się z lokalnym systemem komunikacji policyjnej, aby monitorować wszelkie alerty dotyczące bandy rabusiów jej brata. Z ciasteczkiem i termosem mocnej czarnej kawy w pobliżu, Agatha obserwowała ekrany za zamkniętymi drzwiami sypialni.
    
  Z podziwem Nina i Sam nie mogli oderwać oczu od potęgi gotyckiej budowli, która ich otaczała. Była majestatyczna i starożytna, a jej iglice wznosiły się średnio na 150 metrów od podstawy. Architektura nie tylko przypominała średniowieczne wieże i spiczaste wystające elementy, ale z daleka kontury tej wspaniałej budowli wydawały się poszarpane i solidne. Złożoność budowli przekraczała wszelkie wyobrażenia, coś, co Nina musiała zobaczyć na własne oczy, bo widziała tę słynną katedrę już wcześniej w książkach. Nic jednak nie mogło jej przygotować na zapierający dech w piersiach widok, który wprawił ją w drżenie z podziwu.
    
  "Ogromny, prawda?" Perdue uśmiechnął się pewnie. "Wygląda na jeszcze większy niż ostatnim razem!"
    
  Historia ta robiła wrażenie nawet w porównaniu ze starożytnymi greckimi świątyniami i włoskimi zabytkami. Dwie wieże wznosiły się masywnie i milczały, zwrócone ku górze, jakby zwracały się do Boga; a pośrodku, onieśmielające wejście wabiło tysiące ludzi, by weszli i podziwiali wnętrze.
    
  "Ma ponad 400 stóp długości, możesz w to uwierzyć? Spójrz na to! Wiem, że jesteśmy tu z innych powodów, ale nigdy nie zaszkodzi docenić prawdziwego splendoru niemieckiej architektury" - powiedział Perdue, podziwiając przypory i iglice.
    
  "Umieram z ciekawości, co jest w środku" - wykrzyknęła Nina.
    
  "Nie bądź zbyt niecierpliwa, Nino. Spędzisz tam wiele godzin" - przypomniał jej Sam, krzyżując ramiona na piersi i uśmiechając się zbyt kpiąco. Zadarła nos i z uśmiechem na twarzy we trójkę weszli do gigantycznego pomnika.
    
  Ponieważ nie mieli pojęcia, gdzie może być pamiętnik, Purdue zasugerował, żeby on, Sam i Nina rozdzielili się, aby mogli jednocześnie zbadać różne części katedry. Miał przy sobie lunetę laserową wielkości długopisu, aby wykrywać wszelkie sygnały cieplne poza murami kościoła, które mogłyby być potrzebne do dyskretnej infiltracji.
    
  "O cholera, to nam zajmie dni" - powiedział Sam trochę za głośno, ogarniając zdumionym wzrokiem majestatyczną, kolosalną budowlę. Ludzie, a już na pewno nie w kościele, pomrukiwali z oburzenia na jego okrzyk!
    
  "W takim razie lepiej się za to zabierzmy. Powinniśmy rozważyć wszystko, co mogłoby nam dać pojęcie, gdzie mogą być przechowywane. Każdy z nas ma zdjęcia innych na zegarkach, więc nie znikaj. Nie mam siły szukać pamiętnika i dwóch zagubionych dusz" - uśmiechnął się Perdue.
    
  "Och, po prostu musiałeś to tak ująć" - zaśmiała się Nina. "Do zobaczenia, chłopaki".
    
  Rozeszli się w trzech kierunkach, udając, że po prostu zwiedzają, jednocześnie skrupulatnie badając każdą możliwą wskazówkę, która mogłaby wskazywać na miejsce przechowywania pamiętnika francuskiego żołnierza. Zegarki, które nosili, służyły im jako urządzenia komunikacyjne, umożliwiając wymianę informacji bez konieczności przegrupowywania się za każdym razem.
    
  Sam wszedł do kaplicy komunijnej, powtarzając sobie, że tak naprawdę szuka czegoś przypominającego starą, małą książeczkę. Musiał sobie wciąż powtarzać, czego szuka, żeby nie dać się rozproszyć religijnym skarbom kryjącym się na każdym rogu. Nigdy nie był religijny i z pewnością ostatnio nie czuł się święty, ale musiał poddać się kunsztowi rzeźbiarzy i kamieniarzy, którzy tworzyli te cuda wokół niego. Duma i szacunek, z jakimi je tworzono, pobudzały jego emocje, a niemal każda figura i budowla zasługiwały na jego zdjęcie. Minęło dużo czasu, odkąd Sam znalazł się w miejscu, w którym mógł w pełni wykorzystać swoje umiejętności fotograficzne.
    
  Głos Niny był słyszalny w słuchawce podłączonej do ich telefonu nadgarstkowego.
    
  "Mam powiedzieć 'niszczyciel, niszczyciel' czy coś takiego?" - zapytała, przekrzykując piskliwy sygnał.
    
  Sam nie mógł powstrzymać się od chichotu i wkrótce usłyszał, jak Perdue mówi: "Nie, Nino. Boję się pomyśleć, co zrobiłby Sam, więc po prostu mów".
    
  "Chyba doznałam olśnienia" - powiedziała.
    
  "W wolnym czasie ratuj swoją duszę, doktor Gould" - zażartował Sam i usłyszał, jak westchnęła po drugiej stronie linii.
    
  "Co się stało, Nino?" zapytał Perdue.
    
  "Sprawdzam dzwony na południowej iglicy i natknęłam się na broszurę o wszystkich dzwonach. W wieży szczytowej jest dzwon zwany Dzwonem Anioła" - odpowiedziała. "Zastanawiałam się, czy ma to coś wspólnego z wierszem".
    
  "Gdzie? Klaszczące Anioły?" - zapytał Perdue.
    
  "Cóż, słowo "Aniołowie" pisze się wielką literą "A" i myślę, że to może być imię, a nie tylko odniesienie do aniołów, rozumiesz?" wyszeptała Nina.
    
  "Myślę, że masz rację, Nino" - wtrącił Sam. "Patrz, tu jest napisane "klaszczące anioły". Serce, które wisi na środku dzwonka, to serce, prawda? Czy to może oznaczać, że pamiętnik jest chroniony przez Dzwon Anioł Pański?"
    
  "O mój Boże, udało ci się to rozgryźć" - wyszeptał podekscytowany Perdue. Jego głos nie był słyszalny wśród turystów stłoczonych w Marienkapelle, gdzie Perdue podziwiał obraz Stefana Lochnera przedstawiający świętych patronów Kolonii w ich gotyckiej interpretacji. "Jestem teraz w kaplicy Mariackiej, ale spotkajmy się u podstawy wieży Ridge za, powiedzmy, 10 minut?"
    
  "Dobrze, do zobaczenia tam" - odpowiedziała Nina. "Sam?"
    
  "Tak, będę tam, jak tylko zrobię kolejne zdjęcie tego sufitu. Cholera!" - oznajmił, podczas gdy Nina i Perdue słyszały, jak ludzie wokół Sama ponownie z zapartym tchem słyszą jego słowa.
    
  Kiedy spotkali się na tarasie widokowym, wszystko zaczęło się układać. Z platformy nad wieżą na grzbiecie było jasne, że mniejszy dzwon mógł skrywać pamiętnik.
    
  "Jak do cholery on to tam wniósł?" zapytał Sam.
    
  "Pamiętajcie, ten facet, Werner, był urbanistą. Prawdopodobnie miał dostęp do najróżniejszych zakamarków miejskich budynków i infrastruktury. Założę się, że właśnie dlatego wybrał Dzwon Anioł Pański. Jest mniejszy, bardziej dyskretny niż główne dzwony i nikt by tu nie zajrzał" - zauważył Perdue. "Dobrze, więc dziś wieczorem przyjdziemy tu z siostrą, a wy dwie będziecie mogły monitorować aktywność wokół nas".
    
  "Agato? Wspiąć się tutaj?" - wysapała Nina.
    
  "Tak, w liceum była gimnastyczką o randze krajowej. Nie mówiła ci?" Perdue skinął głową.
    
  "Nie" - odpowiedziała Nina, zupełnie zaskoczona tą informacją.
    
  "To by wyjaśniało jej chudą sylwetkę" - zauważył Sam.
    
  "Zgadza się. Tata od razu zauważył, że jest za chuda, żeby zostać sportsmenką czy tenisistką, więc zapoznał ją z gimnastyką i sztukami walki, aby pomóc jej rozwinąć umiejętności" - powiedział Perdue. "Jest też zapalonym wspinaczem górskim, jeśli uda się ją wyciągnąć z archiwów, magazynów i regałów z książkami". Dave Perdue roześmiał się, widząc reakcje swoich dwóch kolegów. Obaj wyraźnie pamiętali Agathę w butach i uprzęży.
    
  "Jeśli ktokolwiek mógłby wspiąć się na ten monstrualny budynek, byłby to alpinista" - zgodził się Sam. "Cieszę się, że nie zostałem wybrany do tego szaleństwa".
    
  "Ja też, Sam, ja też!" Nina zadrżała, spoglądając ponownie w dół na małą wieżę wznoszącą się na stromym dachu ogromnej katedry. "Boże, sama myśl o staniu tutaj napawała mnie przerażeniem. Nienawidzę zamkniętych przestrzeni, ale w tej chwili narasta we mnie awersja do wysokości".
    
  Sam zrobił kilka zdjęć okolicy, w tym mniej więcej otaczający krajobraz, aby mogli zaplanować rozpoznanie i akcję ratunkową. Purdue wyciągnął teleskop i zbadał wieżę.
    
  "Świetnie" - powiedziała Nina, oglądając urządzenie na własne oczy. "Co ono, u licha, robi?"
    
  "Patrz" - powiedział Perdue, podając jej go. "NIE naciskaj czerwonego przycisku. Naciśnij srebrny".
    
  Sam pochylił się, żeby zobaczyć, co robi. Nina otworzyła usta, a potem jej usta powoli wygięły się w uśmiechu.
    
  "Co? Co widzisz?" - naciskał Sam. Perdue uśmiechnął się dumnie i uniósł brew, patrząc na zaintrygowanego reportera.
    
  "Ona patrzy przez ścianę, Sam. Nina, widzisz tam coś niezwykłego? Coś w rodzaju książki?" - zapytał ją.
    
  "Nie ma przycisku, ale widzę prostokątny obiekt znajdujący się na samej górze, po wewnętrznej stronie kopuły dzwonu" - opisała, przesuwając obiekt w górę i w dół wieżyczki i dzwonu, aby upewnić się, że niczego nie przeoczyła. "Tam".
    
  Podała je Samowi, który był zdumiony.
    
  "Purdue, myślisz, że zmieściłbyś to ustrojstwo w moim aparacie? Mógłbym widzieć przez powierzchnię tego, co fotografuję" - zażartował Sam.
    
  Perdue zaśmiał się. "Jeśli będziesz grzeczny, to zrobię ci jednego, jak będę miał czas".
    
  Nina pokręciła głową w odpowiedzi na ich przekomarzania.
    
  Ktoś minął ją, mimowolnie mierzwiąc jej włosy. Odwróciła się i zobaczyła mężczyznę stojącego zdecydowanie za blisko niej, uśmiechającego się. Miał przebarwione zęby, a jego wyraz twarzy był upiorny. Odwróciła się, by chwycić Sama za rękę, dając mu do zrozumienia, że jest eskortowana. Kiedy odwróciła się ponownie, mężczyzna jakimś cudem rozpłynął się w powietrzu.
    
  "Agato, zaznaczam położenie obiektu" - zameldował Perdue przez komunikator. Chwilę później skierował teleskop w stronę Dzwonu Anioła i rozległ się krótki sygnał dźwiękowy, gdy laser zaznaczył globalną pozycję wieży na ekranie Agathy do zapisu.
    
  Ninę ogarnęło mdłości na myśl o odpychającym mężczyźnie, który przed chwilą ją zaczepił. Wciąż czuła zapach jego stęchłego płaszcza i smród żutego tytoniu w jego oddechu. W małej grupie turystów wokół niej nie było nikogo takiego. Uznając to za niefortunne spotkanie i nic więcej, Nina postanowiła uznać to za nic nieznaczące.
    
    
  Rozdział 20
    
    
  Późnym popołudniem Purdue i Agatha były już ubrane na tę okazję. Noc była ponura, z porywistym wiatrem i pochmurnym niebem, ale na szczęście dla nich, nie padało - jeszcze. Deszcz poważnie utrudniłby im wspinaczkę na tę masywną konstrukcję, zwłaszcza w miejscu, gdzie znajdowała się wieża, uderzając w szczyty czterech dachów, które stykały się, tworząc krzyż. Po starannym planowaniu, uwzględniającym zagrożenia dla bezpieczeństwa i oszczędność czasu, postanowili wspiąć się na budynek od zewnątrz, bezpośrednio do wieży. Wspięli się przez wnękę, gdzie spotykały się ściany południowa i wschodnia, wykorzystując wystające przypory i łuki, aby ułatwić sobie pracę stóp podczas wspinaczki.
    
  Nina była na skraju załamania nerwowego.
    
  "A co jeśli wiatr się jeszcze bardziej wzmoże?" zapytała Agathę, krążąc wokół blondwłosej bibliotekarki i zapinając pas bezpieczeństwa pod płaszczem.
    
  "Kochanie, mamy na to liny zabezpieczające" - mruknęła, zawiązując szew kombinezonu do butów, żeby się nie zaczepiał. Sam był po drugiej stronie salonu z Purdue, sprawdzając ich urządzenia komunikacyjne.
    
  "Jesteś pewna, że wiesz, jak monitorować wiadomości?" - zapytała Agatha Ninę, na której ciążyło zadanie zarządzania bazą, podczas gdy Sam miał zająć pozycję obserwacyjną z ulicy naprzeciwko głównej fasady katedry.
    
  "Tak, Agatho. Nie jestem szczególnie biegła w technologii" - westchnęła Nina. Wiedziała już, że nie ma sensu nawet próbować bronić się przed niezamierzonymi obelgami Agathy.
    
  "To prawda" - zaśmiała się Agatha z wyższością.
    
  Co prawda bliźniaczki Purdue były hakerkami i programistkami światowej klasy, potrafiącymi manipulować elektroniką i nauką tak, jak inni wiążą sznurowadła, ale samej Ninie nie brakowało inteligencji. Przede wszystkim nauczyła się nieco hamować swój porywisty temperament, na tyle, by nadążyć za dziwactwami Agathy. O 2:30 w nocy zespół miał nadzieję, że ochrona albo będzie bezczynna, albo w ogóle nie będzie patrolować, bo był to wtorkowy wieczór z przerażającymi podmuchami wiatru.
    
  Tuż przed trzecią nad ranem Sam, Perdue i Agatha skierowali się do drzwi, a Nina podążyła za nimi, aby zamknąć je za sobą.
    
  "Uważajcie, chłopaki" - ponagliła ich ponownie Nina.
    
  "Hej, nie martw się" - puścił oko Perdue. "Jesteśmy zawodowymi awanturnikami. Damy sobie radę".
    
  "Sam" - powiedziała cicho, ukradkiem biorąc jego dłoń w rękawiczce - "Wracaj szybko".
    
  "Miej na nas oko, dobrze?" wyszeptał, przyciskając czoło do jej czoła i uśmiechając się.
    
  Na ulicach otaczających katedrę panowała grobowa cisza. Jedynie jęczący wiatr gwizdał na rogach budynków i potrząsał znakami drogowymi, podczas gdy kilka gazet i liści tańczyło w jego kierunku. Trzy postacie w czerni nadeszły zza drzew po wschodniej stronie wielkiego kościoła. W milczeniu, zsynchronizowane, rozstawiły urządzenia komunikacyjne i nadajniki, zanim dwaj wspinacze przerwali czuwanie i rozpoczęli wspinaczkę na południowo-wschodnią stronę monumentu.
    
  Wszystko szło zgodnie z planem, gdy Purdue i Agatha ostrożnie zmierzali w kierunku wieży grzbietowej. Sam obserwował, jak stopniowo wspinają się po ostrych łukach, a wiatr smagał ich liny. Stał w cieniu drzew, gdzie latarnia uliczna go nie widziała. Po lewej stronie usłyszał hałas. Mała dziewczynka, około dwunastoletnia, biegła ulicą w kierunku stacji kolejowej, szlochając z przerażenia. Tuż za nią podążało czterech nieletnich bandytów w neonazistowskich strojach, wykrzykujących pod jej adresem najróżniejsze wulgaryzmy. Sam nie mówił zbyt dobrze po niemiecku, ale wiedział wystarczająco dużo, by wiedzieć, że nie mają dobrych zamiarów.
    
  "Co do cholery robi tu taka młoda dziewczyna o tej porze?" powiedział do siebie.
    
  Ciekawość wzięła górę, ale musiał zostać, aby mieć oko na bezpieczeństwo.
    
  Co jest ważniejsze? Dobro dziecka w realnym niebezpieczeństwie czy dwójki twoich kolegów, którzy mają się świetnie? Zmagał się z sumieniem. Do diabła, sprawdzę to i wrócę, zanim Purdue w ogóle spojrzy w dół.
    
  Sam ukradkiem obserwował chuliganów, unikając światła. Ledwo ich słyszał przez ogłuszający hałas burzy, ale widział ich cienie wkraczające na stację kolejową za katedrą. Ruszył na wschód, tracąc z oczu cienie Purdue i Agathy, poruszające się między przyporami a gotyckimi kamiennymi iglicami.
    
  Teraz w ogóle ich nie słyszał, ale pomimo osłony budynku stacji, w środku wciąż panowała grobowa cisza. Sam szedł najciszej, jak mógł, ale nie słyszał już młodej kobiety. Poczuł mdłości, gdy wyobraził sobie, że ją doganiają i uciszają. A może już ją zabili. Sam odepchnął tę absurdalną nadwrażliwość i ruszył dalej wzdłuż peronu.
    
  Za nim rozległy się czyjeś kroki, zbyt szybkie, by mógł się bronić, i poczuł, jak kilka rąk ciągnie go na podłogę, szukając portfela.
    
  Niczym demony skinheadów, drapali go z przerażającymi uśmiechami i nowymi niemieckimi okrzykami przemocy. Wśród nich stała dziewczyna, za nią świeciło białe światło komisariatu policji. Sam zmarszczył brwi. Przecież nie była małą dziewczynką. Młoda kobieta była jedną z nich, zwabiającą niczego niepodejrzewających Samarytan w ustronne miejsca, gdzie jej wataha ich okradała. Teraz, widząc jej twarz, Sam zdał sobie sprawę, że ma co najmniej osiemnaście lat. Jej drobne, młodzieńcze ciało go zdradziło. Kilka ciosów w żebra pozbawiło go obrony, a Sam poczuł, jak znajome wspomnienie Bodo wyłania się z jego umysłu.
    
  "Sam! Sam? Wszystko w porządku? Mów do mnie!" - krzyknęła Nina do jego słuchawki, ale on wypluł z ust krew.
    
  Poczuł, jak ciągną za zegarek.
    
  "Nie, nie! To nie zegarek! Nie możesz go mieć!" krzyknął, nie przejmując się, czy jego protesty przekonają ich, że zegarek jest dla niego zbyt wiele wart.
    
  "Zamknij się, Scheisskopf!" dziewczyna uśmiechnęła się krzywo i kopnęła Sama w jaja butem, odbierając mu dech w piersiach.
    
  Słyszał śmiech watahy, gdy odchodzili, narzekając na turystę bez portfela. Sam był tak wściekły, że niemal krzyczał z frustracji. W każdym razie nikt nic nie słyszał przez wyjącą burzę na zewnątrz.
    
  "Jezu! Jaki ty jesteś głupi, Clive?" - zaśmiał się, zaciskając szczękę. Uderzył pięścią w beton pod sobą, ale nie mógł się jeszcze podnieść. Piekący ból w podbrzuszu unieruchomił go i miał tylko nadzieję, że banda nie wróci, zanim wstanie na nogi. Na pewno wrócą, gdy tylko odkryją, że skradziony zegarek nie pokazuje godziny.
    
  Tymczasem Perdue i Agatha byli już w połowie drogi na szczyt konstrukcji. Nie mogli rozmawiać przez szum wiatru, obawiając się wykrycia, ale Perdue widział, że spodnie jego siostry zaczepiły się o skierowany w dół występ skalny. Nie mogła iść dalej i nie miała jak użyć liny, by skorygować pozycję i uwolnić nogę z niepozornej pułapki. Spojrzała na Perdue i gestem nakazała mu przecięcie liny, podczas gdy ona mocno trzymała się występu, stojąc na niewielkim nawisie. Pokręcił gwałtownie głową na znak sprzeciwu i uniósł pięść, dając jej znak, żeby poczekała.
    
  Powoli, bardzo ostrożnie, obawiając się porywistego wiatru, który groził zerwaniem ich z kamiennych murów, ostrożnie wsuwał stopy w szczeliny budynku. Schodził po kolei, kierując się ku większej półce skalnej poniżej, tak aby jego nowa pozycja dawała Agacie swobodę manewrowania liną potrzebną do odpięcia spodni z ceglanego narożnika, gdzie były przymocowane.
    
  Kiedy się uwolniła, jej waga przekroczyła dopuszczalny limit i spadła z krzesła. Z jej przerażonego ciała wyrwał się krzyk, ale burza szybko go pochłonęła.
    
  "Co się dzieje?" Panika Niny słychać było w słuchawkach. "Agatha?"
    
  Perdue mocno ścisnął grzebień, tak mocno, że palce groziły mu ugięciem, ale zebrał siły, by uchronić siostrę przed upadkiem i śmiercią. Spojrzał na nią z góry. Jej twarz była blada, a oczy szeroko otwarte, gdy podniosła wzrok i skinęła głową w podziękowaniu. Ale Perdue patrzył dalej. Zamarł w miejscu, jego wzrok ostrożnie przesuwał się po czymś pod nią. Jej kpiący grymas błagał o informacje, ale on powoli pokręcił głową i bezgłośnie poprosił o ciszę. Nina usłyszała przez komunikator szept Perdue: "Nie ruszaj się, Agatho. Nie wydawaj żadnego dźwięku".
    
  "O mój Boże!" - krzyknęła Nina z bazy. "Co tam się dzieje?"
    
  "Nina, uspokój się. Proszę" - to jedyne, co usłyszała Perdue, przekrzykując szum w głośniku.
    
  Agata była zdenerwowana, nie z powodu odległości, z jakiej wisiała na południowej ścianie katedry w Kolonii, ale dlatego, że nie wiedziała, na co patrzy jej brat za jej plecami.
    
  Gdzie poszedł Sam? Czy jego też złapali? Pardue zatrzymał się, rozglądając się w dole za cieniem Sama, ale nie znalazł śladu dziennikarza.
    
  Poniżej Agathy, na ulicy, Perdue obserwował trzech policjantów patrolujących ulicę. Silny wiatr uniemożliwiał mu usłyszenie, o czym rozmawiali. Równie dobrze mogliby rozmawiać o dodatkach do pizzy, o ile wiedział, ale założył, że ich obecność sprowokowała Sam, w przeciwnym razie już by spojrzeli w górę. Musiał zostawić siostrę huśtającą się niebezpiecznie na wietrze, czekając, aż skręcą za róg, ale pozostali w zasięgu wzroku.
    
  Perdue uważnie przyglądał się ich dyskusji.
    
  Nagle Sam wytoczył się z komisariatu, wyglądając na wyraźnie pijanego. Funkcjonariusze ruszyli prosto w jego stronę, ale zanim zdążyli go złapać, z cienia drzew szybko wyłoniły się dwa czarne cienie. Purdue zaparło dech w piersiach, gdy zobaczył dwa rottweilery rzucające się na policjantów, odpychające mężczyzn z ich grupy.
    
  "Co do...?" wyszeptał do siebie. Nina i Agatha, jedna krzycząc, druga poruszając ustami, odpowiedziały: "CO?"
    
  Sam zniknął w cieniu za zakrętem ulicy i tam czekał. Wcześniej goniły go psy i nie było to jedno z jego najmilszych wspomnień. Zarówno Perdue, jak i Sam obserwowali ze swoich posterunków, jak policjanci wyciągają broń i strzelają w powietrze, by odstraszyć wściekłe czarne zwierzęta.
    
  Zarówno Perdue, jak i Agatha drgnęły, zaciskając powieki, gdy zabłąkane kule przeszyły ich ciała. Na szczęście żaden strzał nie trafił w skałę ani w ich delikatne ciało. Oba psy szczekały, ale się nie ruszały. Wyglądało na to, że ktoś je kontroluje, pomyślał Perdue. Funkcjonariusze powoli wycofali się do samochodu, aby przekazać sygnał Straży Ochrony Zwierząt.
    
  Purdue szybko przyciągnął siostrę do ściany, żeby mogła stanąć stabilnie, i gestem nakazał jej milczenie, przykładając palec wskazujący do jej ust. Kiedy już stanęła na nogach, odważyła się spojrzeć w dół. Serce zabiło jej mocniej na widok policjantów przechodzących przez ulicę.
    
  "Ruszajmy!" - szepnął Perdue.
    
  Nina była wściekła.
    
  "Słyszałam strzały! Czy ktoś może mi powiedzieć, co się do cholery dzieje?" - krzyknęła.
    
  "Nina, wszystko w porządku. Tylko drobna wpadka. A teraz, proszę, pozwól nam to zrobić" - wyjaśnił Perdue.
    
  Sam natychmiast zdał sobie sprawę, że zwierzęta zniknęły bez śladu.
    
  Nie mógł im zabronić rozmawiać przez komunikator, na wypadek gdyby gang nieletnich przestępców ich usłyszał, ani nie mógł rozmawiać z Niną. Żadna z trójki nie miała przy sobie telefonu komórkowego, aby zapobiec zakłóceniom sygnału, więc nie mógł powiedzieć Ninie, że wszystko z nim w porządku.
    
  "No to teraz wpakowałem się w niezłe gówno" - westchnął, obserwując, jak dwaj wspinacze docierają na szczyt sąsiednich dachów.
    
    
  Rozdział 21
    
    
  "Czy coś jeszcze, zanim pójdę, doktorze Gould?" - zapytała nocna hostessa zza drzwi. Jej spokojny ton ostro kontrastował z urzekającą audycją radiową, której słuchała Nina, i wprawił Ninę w zupełnie inny stan umysłu.
    
  "Nie, dziękuję, to wszystko" - krzyknęła, starając się, aby jej głos brzmiał jak najmniej histerycznie.
    
  "Kiedy pan Purdue wróci, proszę mu powiedzieć, że panna Maisie zostawiła wiadomość telefoniczną. Prosiła, żebym przekazała mu, że nakarmiła psa" - poprosił pulchny służący.
    
  "Yyy... Tak, zrobię to. Dobranoc!" Nina udawała radosną i obgryzała paznokcie.
    
  Jakby go obchodziło, że ktoś karmi psa po tym, co się właśnie wydarzyło w mieście. Idiota, warknęła w myślach Nina.
    
  Nie słyszała nic od Sama, odkąd krzyknął o zegarku, ale nie odważyła się przerwać pozostałej dwójce, kiedy już używali wszystkich zmysłów, żeby nie upaść. Nina była wściekła, że nie zdążyła ich ostrzec przed policją, ale to nie była jej wina. Nie było żadnej wiadomości radiowej kierującej ich do kościoła, a ich przypadkowe pojawienie się tam nie było jej winą. Ale oczywiście Agatha miała zamiar wygłosić jej na ten temat najlepsze kazanie w życiu.
    
  "Pieprzyć to" - zdecydowała Nina, podchodząc do krzesła po kurtkę wiatrówkę. Ze słoika z ciasteczkami w holu wyjęła klucze do Jaguara E-type w garażu należącym do Petera, właściciela, który organizował przyjęcie w Purdue. Opuszczając posterunek, zamknęła dom i pojechała do katedry, aby udzielić dalszej pomocy.
    
    
  * * *
    
    
  Na szczycie grzbietu Agatha, trzymając się pochyłych boków dachu, przemierzała go na czworakach. Perdue był nieco przed nią, kierując się w stronę wieży, gdzie w milczeniu wisiał Dzwon Anioł Pański i jego towarzysze. Ważący prawie tonę dzwon raczej nie drgnął z powodu gwałtownych wiatrów, które szybko i chaotycznie zmieniały kierunek, hamowane przez złożoną architekturę monumentalnego kościoła. Oboje byli kompletnie wyczerpani, mimo że byli w dobrej formie, z powodu nieudanej wspinaczki i przypływu adrenaliny, który towarzyszył im, gdy omal nie zostali odkryci... albo postrzeleni.
    
  Niczym sunące cienie, oboje wślizgnęli się do wieży, wdzięczni za stabilną podłogę pod nimi i chwilowe bezpieczeństwo pod kopułą i kolumnami niewielkiej wieży.
    
  Purdue rozpiął spodnie i wyciągnął teleskop. Miał przycisk, który łączył współrzędne, które wcześniej zarejestrował, z GPS-em na ekranie Niny. Musiała jednak sama włączyć GPS, aby upewnić się, że dzwonek wskazuje dokładne miejsce ukrycia książki.
    
  "Nina, wysyłam współrzędne GPS, żeby się z tobą skontaktować" - powiedział Perdue do swojego komunikatora. Nie było odpowiedzi. Spróbował ponownie skontaktować się z Niną, ale bezskutecznie.
    
  "I co teraz? Mówiłam ci, że nie jest wystarczająco mądra na taką wyprawę, Davidzie" - mruknęła pod nosem Agatha, czekając.
    
  "Ona tego nie robi. Nie jest idiotką, Agatho. Coś jest nie tak, inaczej by zareagowała, i ty o tym wiesz" - upierał się Perdue, podczas gdy w głębi duszy obawiał się, że coś stało się jego pięknej Ninie. Spróbował wykorzystać wnikliwą obserwację teleskopu, aby ręcznie określić położenie obiektu.
    
  "Nie mamy czasu na opłakiwanie problemów, z którymi się zmagamy, więc po prostu zajmijmy się tym, dobrze?" powiedział do Agathy.
    
  "Stara szkoła?" zapytała Agatha.
    
  "Stara szkoła" - uśmiechnął się, włączając laser, żeby przeciąć miejsce, w którym widniała anomalia różnicowania tekstur. "Zabierzmy tego dzieciaka i wynośmy się stąd".
    
  Zanim Perdue i jego siostra zdążyli wyruszyć, na dół zjechali funkcjonariusze Straży Ochrony Zwierząt, aby pomóc policji w poszukiwaniach bezpańskich psów. Nieświadomy tego zdarzenia, Perdue z powodzeniem wyjął prostokątny, żelazny sejf z pokrywy, gdzie znajdował się przed odlaniem metalu.
    
  "Całkiem sprytne, co?" - zauważyła Agatha, przechylając głowę na bok i analizując dane inżynieryjne, które musiały zostać wykorzystane podczas pierwotnego castingu. "Ktokolwiek nadzorował powstanie tej petardy, miał powiązania z Klausem Wernerem".
    
  "Albo to był Klaus Werner" - dodał Perdue, wkładając zaspawane pudełko do plecaka.
    
  "Dzwon ma kilkaset lat, ale w ciągu ostatnich kilku dekad był kilkakrotnie wymieniany" - powiedział, przesuwając dłonią po nowym odlewie. "Mógłby równie dobrze powstać tuż po I wojnie światowej, gdy Adenauer był burmistrzem".
    
  "Dawidzie, kiedy skończysz gruchać nad dzwonkiem..." - powiedziała nonszalancko jego siostra, wskazując na ulicę. Na dole kręciło się kilku urzędników, szukając psów.
    
  "O nie" - westchnął Purdue. "Straciłem kontakt z Niną, a urządzenie Sama wyłączyło się wkrótce po tym, jak zaczęliśmy się wspinać. Mam nadzieję, że nie miał nic wspólnego z tą sprawą na dole".
    
  Perdue i Agatha musieli przeczekać chaos na zewnątrz, aż ucichnie. Mieli nadzieję, że stanie się to przed świtem, ale na razie siedzieli z założonymi rękami i czekali.
    
  Nina skierowała się w stronę katedry. Jechała tak szybko, jak mogła, nie zwracając na siebie uwagi, ale jej opanowanie stopniowo ustępowało, najwyraźniej z powodu troski o innych. Skręcając w lewo z Tunisstrasse, wpatrywała się w wysokie iglice gotyckich kościołów, mając nadzieję, że nadal znajdzie tam Sama, Purdue i Agathę. W Domkloster, gdzie stała katedra, znacznie zwolniła, pozwalając silnikowi pracować cicho. Ruch u podnóża katedry ją zaskoczył, więc szybko wcisnęła hamulec i zgasiła światła. Wypożyczonego samochodu Agathy nigdzie nie było widać, oczywiście, bo nie mogły się domyślić, że tam są. Bibliotekarz zaparkował go kilka przecznic od miejsca, z którego wyruszyli pieszo w stronę katedry.
    
  Nina obserwowała, jak obcy mężczyźni w mundurach przeczesywali teren w poszukiwaniu czegoś lub kogoś.
    
  "No, Sam. Gdzie jesteś?" - zapytała cicho w ciszy samochodu. Wnętrze wypełnił zapach prawdziwej skóry i zastanawiała się, czy właściciel sprawdzi stan licznika po powrocie. Po cierpliwych piętnastu minutach grupa funkcjonariuszy i hycli ogłosiła koniec nocy, a ona patrzyła, jak cztery samochody i furgonetka odjeżdżają jeden po drugim, kierując się w różne strony, dokądkolwiek ich zmiana zaprowadziła tej nocy.
    
  Była prawie piąta rano i Nina była wyczerpana. Mogła sobie tylko wyobrażać, co teraz czują jej przyjaciele. Sama myśl o tym, co mogło im się stać, przerażała ją. Co tu robi policja? Czego szukają? Bała się złowrogich obrazów, które wywoływały w jej umyśle - Agathy albo Purdue spadających na ziemię, gdy była w łazience, zaraz po tym, jak kazali jej się zamknąć; policji, która przywróci porządek i aresztuje Sama, i tak dalej. Każda alternatywa była gorsza od poprzedniej.
    
  Czyjaś ręka uderzyła w okno i serce Niny przestało bić.
    
  "Jezu Chryste! Sam! Zabiłabym cię, kurwa, gdybym nie czuła takiej ulgi, widząc cię żywego!" - krzyknęła, chwytając się za pierś.
    
  "Czy wszyscy już poszli?" - zapytał, trzęsąc się mocno z zimna.
    
  "Tak, usiądź" - powiedziała.
    
  "Perdue i Agatha wciąż tam są, wciąż uwięzieni przez tych idiotów na dole. Boże, mam nadzieję, że nie zamarzli na śmierć. Minęło trochę czasu" - powiedział.
    
  "Gdzie jest twój komunikator?" - zapytała. "Słyszałam, jak o nim krzyczałeś".
    
  "Zostałem zaatakowany" - powiedział wprost.
    
  "Znowu? Jesteś magnesem na ciosy, czy co?" - zapytała.
    
  "To długa historia. Ty też byś to zrobił, więc się zamknij" - wyszeptał, pocierając dłonie, żeby je rozgrzać.
    
  "Skąd dowiedzą się, że tu jesteśmy?" - pomyślała Nina na głos, powoli skręcając w lewo i ostrożnie włączając silnik, kierując się w stronę kołyszącej się czarnej katedry.
    
  "Nie zobaczą. Musimy tylko poczekać, aż ich zobaczymy" - zasugerował Sam. Pochylił się, żeby zajrzeć przez przednią szybę. "Idź na południowo-wschodnią stronę, Nino. Tam się wznieśli. Prawdopodobnie..."
    
  "Schodzą" - wtrąciła Nina, patrząc w górę i wskazując miejsce, gdzie dwie postacie wisiały na niewidzialnych nićch i stopniowo zsuwały się w dół.
    
  "Och, dzięki Bogu, że nic im nie jest" - westchnęła, odchylając głowę do tyłu i zamykając oczy. Sam wyszedł i gestem wskazał im, żeby usiedli.
    
  Perdue i Agatha wskoczyli na tylne siedzenie.
    
  "Mimo że nie jestem specjalnie wrażliwa na wulgaryzmy, chciałabym zapytać, co do cholery się tam wydarzyło?" krzyknęła Agatha.
    
  "Słuchaj, to nie nasza wina, że przyjechała policja!" krzyknął Sam, patrząc na nią z ponurą miną w lusterku wstecznym.
    
  "Purdue, gdzie zaparkowany jest wynajęty samochód?" zapytała Nina, gdy Sam i Agatha zabrali się do pracy.
    
  Perdue dał jej wskazówki, a ona powoli przejechała przez bloki, podczas gdy w samochodzie trwała kłótnia.
    
  "Dobra, Sam, zostawiłeś nas tam, nie mówiąc nam, że sprawdzasz, co u dziewczyny. Po prostu odszedłeś" - odparł Perdue.
    
  "Zostałem odcięty od komunikacji przez pięciu czy sześciu pieprzonych zboczeńców z Niemiec, jeśli ci to nie przeszkadza!" - ryknął Sam.
    
  "Sam" - nalegała Nina - "odpuść sobie. Nigdy nie usłyszysz końca".
    
  "Oczywiście, że nie, doktorze Gould!" - warknęła Agatha, kierując teraz swój gniew w niewłaściwym kierunku. "Po prostu opuściłeś bazę i zerwałeś z nami kontakt".
    
  "Och, myślałem, że nie wolno mi patrzeć na tę bryłę, Agatho. Co, chciałaś, żebym wysłał sygnały dymne? Poza tym, na kanałach policyjnych nie było nic o tym obszarze, więc zostaw swoje oskarżenia komuś innemu!" - odparł porywczy historyk. "Jedyną odpowiedzią, jaką udzieliliście, było to, że powinienem milczeć. A ty niby jesteś geniuszem, ale to prymitywna logika, moja droga!"
    
  Nina była tak wściekła, że prawie przejechała obok wynajętego samochodu, którym Perdue i Agatha mieli wrócić.
    
  "Ja odwiozę Jaguara, Nina" - zaproponował Sam i wysiedli z samochodu, żeby zamienić się miejscami.
    
  "Przypomnij mi, żebym nigdy więcej nie powierzyła ci swojego życia" - zwróciła się Agatha do Sama.
    
  "Miałem tylko patrzeć, jak banda bandytów morduje młodą dziewczynę? Możesz być zimną, bezduszną suką, ale interweniuję, gdy ktoś jest w niebezpieczeństwie, Agatho!" syknął Sam.
    
  "Nie, jest pan lekkomyślny, panie Cleve! Pana egoistyczna bezwzględność niewątpliwie zabiła pańskiego narzeczonego!" - krzyknęła.
    
  Natychmiast zapadła cisza. Bolesne słowa Agathy uderzyły Sama niczym włócznia w serce, a Perdue poczuł, jak serce mu podskakuje. Sam osłupiał. W tej chwili czuł jedynie odrętwienie, z wyjątkiem klatki piersiowej, w której czuł potworny ból. Agatha wiedziała, co zrobiła, ale wiedziała, że jest za późno, by to cofnąć. Zanim zdążyła spróbować, Nina zadała jej miażdżący cios w szczękę, posyłając jej wysokie ciało w bok z taką siłą, że upadła na kolana.
    
  "Nina!" krzyknął Sam i podszedł, żeby ją przytulić.
    
  Perdue pomógł siostrze wstać, ale nie stanął przy niej.
    
  "Chodź, wracajmy do domu. Jutro jeszcze dużo do zrobienia. Ochłońmy się i odpocznijmy" - powiedział spokojnie.
    
  Nina trzęsła się gwałtownie, a ślina zwilżała jej kąciki ust, gdy Sam trzymał jej zranioną dłoń w swojej. Przechodząc obok, Perdue poklepał Sam po dłoni, dodając jej otuchy. Poczuł szczere współczucie dla dziennikarza, który kilka lat temu widział, jak miłość jego życia dostała strzał w twarz na jego oczach.
    
  "Sam..."
    
  "Nie, proszę, Nino. Nie" - powiedział. Jego szklane oczy leniwie wpatrywały się przed siebie, ale nie patrzył na drogę. W końcu ktoś to powiedział. To, o czym myślał przez te wszystkie lata, poczucie winy, z którego wszyscy go uwolnili z litości, było kłamstwem. W końcu to on był przyczyną śmierci Trish. Potrzebował tylko, żeby ktoś to powiedział.
    
    
  Rozdział 22
    
    
  Po kilku niezręcznych minutach między powrotem do domu a pójściem spać o 6:30, harmonogram snu uległ nieznacznej zmianie. Nina spała na kanapie, żeby uniknąć Agathy. Perdue i Sam ledwo zamienili słowo, zanim zgasły światła.
    
  To była dla nich wszystkich bardzo ciężka noc, ale wiedzieli, że będą musieli się pocałować i pogodzić, jeśli kiedykolwiek chcą odnaleźć domniemany skarb.
    
  W drodze do domu wynajętym samochodem Agatha zaproponowała, że zabierze sejf z pamiętnikiem i dostarczy go klientowi. W końcu po to zatrudniła Ninę i Sama do pomocy, a teraz, gdy miała to, czego szukała, chciała rzucić wszystko i uciec. Jednak brat w końcu ją przekonał i zasugerował, żeby została do rana i zobaczyła, jak potoczą się sprawy. Purdue nie był typem, który rezygnuje z zagadki, a niedokończony wiersz po prostu rozbudził jego nieubłaganą ciekawość.
    
  Na wszelki wypadek Purdue trzymał pudełko przy sobie, zamykając je w stalowej torbie - w zasadzie przenośnym sejfie - do rana. W ten sposób mógł zatrzymać Agathę i uniemożliwić Ninie lub Samowi jego zabranie. Wątpił, by Sam się tym przejął. Odkąd Agatha wypowiedziała tę miażdżącą obelgę pod adresem Trish, Sam powrócił do ponurego, melancholijnego nastroju, unikając rozmów z kimkolwiek. Po powrocie do domu wziął prysznic i od razu poszedł spać, nie mówiąc dobranoc, nawet nie patrząc na Purdue, gdy ten wszedł do pokoju.
    
  Nawet beztroskie zaczepki, którym Sam zwykle nie potrafił się oprzeć, nie skłoniły go do działania.
    
  Nina chciała porozmawiać z Samem. Wiedziała, że seks tym razem nie naprawi kolejnego załamania Trish. Właściwie sama myśl o tym, że wciąż tak się do niej kurczowo przywiązuje, tylko utwierdzała ją w przekonaniu, że nie znaczyła dla niego nic w porównaniu z jego zmarłą narzeczoną. To było jednak dziwne, ponieważ w ostatnich latach przyjmował całą tę okropną sytuację z dystansem. Jego terapeuta był zadowolony z postępów, a Sam sam przyznał, że nie odczuwa już bólu na myśl o Trish i było jasne, że w końcu znalazł jakieś ukojenie. Nina była pewna, że mają wspólną przyszłość, jeśli tylko tego chcą, nawet po całym tym piekle, przez które razem przeszli.
    
  Ale teraz, zupełnie niespodziewanie, Sam pisał szczegółowe artykuły o Trish i ich wspólnym życiu. Strona po stronie opisywał kulminację okoliczności i wydarzeń, które doprowadziły do ich wspólnego, fatalnego incydentu z przemytem broni, który zmienił jego życie na zawsze. Nina nie mogła sobie wyobrazić, skąd się to wszystko wzięło i zastanawiała się, co spowodowało, że na twarzy Sama utworzył się ten strup.
    
  Mając zamęt emocjonalny, wyrzuty sumienia z powodu oszukania Agathy i jeszcze większe zamieszanie spowodowane grami umysłowymi Purdue dotyczącymi jej miłości do Sama, Nina w końcu poddała się swojej zagadce i pozwoliła, by pochłonął ją sen.
    
  Agatha siedziała dłużej niż wszyscy, pocierając pulsującą szczękę i bolący policzek. Nigdy by nie pomyślała, że ktoś tak niski jak dr Gould może zadać taki cios, ale musiała przyznać, że mały historyk nie należał do tych, których zmusza się do fizycznej walki. Agatha lubiła dla zabawy próbować sztuk walki w zwarciu, ale nigdy nie spodziewała się takiego ciosu. To tylko dowodziło, jak wiele Sam Cleve znaczył dla Niny, niezależnie od tego, jak bardzo starała się to bagatelizować. Wysoka blondynka poszła do kuchni po więcej lodu na opuchniętą twarz.
    
  Gdy weszła do ciemnej kuchni, zobaczyła wyższą męską postać stojącą w słabym świetle lampy lodówki, padającym pionowo na jego wyrzeźbiony brzuch i klatkę piersiową przez lekko uchylone drzwi.
    
  Sam spojrzał w górę na cień, który wszedł do drzwi.
    
  Oboje natychmiast zamarli w niezręcznej ciszy, po prostu wpatrując się w siebie z zaskoczeniem, ale żadne z nich nie mogło oderwać wzroku. Oboje wiedzieli, że był powód, dla którego przybyli w to samo miejsce o tej samej porze, podczas gdy pozostali byli nieobecni. Trzeba było wprowadzić poprawki.
    
  "Słuchaj, panie Cleve" - zaczęła Agatha, a jej głos ledwie brzmiał szeptem. "Głęboko żałuję, że uderzyłam poniżej pasa. I nie chodzi o karę cielesną, jaką za to otrzymałam".
    
  "Agato" - westchnął i podniósł rękę, żeby ją zatrzymać.
    
  "Nie, naprawdę. Nie mam pojęcia, dlaczego to powiedziałam! Absolutnie nie wierzę, że to prawda!" - błagała.
    
  "Słuchaj, wiem, że oboje byliśmy wściekli. Ty o mało nie zginąłeś, banda niemieckich idiotów zbiła mnie na kwaśne jabłko, wszyscy o mało nas nie aresztowali... Rozumiem. Wszyscy byliśmy po prostu nakręceni" - wyjaśnił. "Nie wyjawimy tej tajemnicy, jeśli będziemy rozdzieleni, jasne?"
    
  "Masz rację. Mimo to czuję się jak gówno, mówiąc ci to, tylko dlatego, że wiem, że to dla ciebie drażliwy temat. Chciałam cię skrzywdzić, Sam. Naprawdę. To niewybaczalne" - ubolewała. Agathy Purdue nie przystoi okazywanie skruchy ani nawet tłumaczenie swoich nieobliczalnych zachowań. Dla Sama to był znak, że jest szczera, a jednak wciąż nie mógł sobie wybaczyć śmierci Trish. O dziwo, przez ostatnie trzy lata był szczęśliwy - naprawdę szczęśliwy. W głębi duszy myślał, że zamknął te drzwi na zawsze, ale być może właśnie dlatego, że był zajęty pisaniem wspomnień dla londyńskiego wydawcy, stare rany wciąż go dręczyły.
    
  Agatha podeszła do Sama. Zauważył, jak bardzo jest atrakcyjna, nawet jeśli nie przypominała tak niesamowicie Purdue - dla niego to była idealna dawka blokady. Przeszła obok niego, a on przygotował się na niechcianą intymność, gdy sięgnęła po pudełko lodów rumowo-rodzynkowych.
    
  Dobrze, że nie zrobiłem nic głupiego, pomyślał zawstydzony.
    
  Agatha spojrzała mu prosto w oczy, jakby wiedziała, o czym myśli, i cofnęła się, przyciskając zamarznięty pojemnik do swoich posiniaczonych ran. Sam zachichotał i sięgnął po butelkę piwa w drzwiach lodówki. Gdy zamknął drzwi, gasząc światło, by pogrążyć kuchnię w ciemności, w drzwiach pojawiła się postać, widoczna jedynie w świetle jadalni. Agatha i Sam byli zaskoczeni, widząc Ninę stojącą tam, próbującą rozpoznać, kto był w kuchni.
    
  "Sam?" zapytała w ciemność przed sobą.
    
  "Tak, dziewczyno" - odpowiedział Sam, ponownie otwierając lodówkę, żeby mogła zobaczyć go siedzącego przy stole z Agathą. Był gotowy interweniować w zbliżającej się kłótni, ale nic się nie stało. Nina po prostu podeszła do Agathy, wskazując na pojemnik z lodami, bez słowa. Agatha podała Ninie pojemnik z zimną wodą, a Nina usiadła, przyciskając zdarte kostki do przyjemnie kojącego pojemnika z lodem.
    
  "Ach" - jęknęła, a jej oczy wywróciły się do tyłu. Nina Gould nie miała zamiaru przepraszać, Agatha o tym wiedziała i było w porządku. Zasłużyła na ten wpływ Niny i jakoś wydawało jej się to o wiele bardziej rekompensujące jej poczucie winy niż łaskawe przebaczenie Sama.
    
  "Więc" - zapytała Nina - "czy ktoś ma papierosa?"
    
    
  Rozdział 23
    
    
  "Perdue, zapomniałam ci powiedzieć. Gosposia, Maisie, dzwoniła wczoraj wieczorem i prosiła, żebym ci powiedziała, że nakarmiła psa" - powiedziała Nina do Perdue, kiedy stawiali sejf na stalowym stole w garażu. "Czy to jakiś kod? Bo nie widzę sensu dzwonienia pod numer międzynarodowy, żeby zgłosić coś tak błahego".
    
  Perdue tylko się uśmiechnął i skinął głową.
    
  "On ma kody na wszystko. Boże, powinnaś usłyszeć jego ulubione porównania do odzyskiwania reliktów z Muzeum Archeologicznego w Dublinie albo do modyfikowania składu aktywnych toksyn..." Agatha plotkowała głośno, aż jej brat przerwał.
    
  "Agato, czy mogłabyś zachować to dla siebie? Przynajmniej do czasu, aż uda mi się włamać do tej nieprzeniknionej gabloty, nie niszcząc tego, co jest w środku".
    
  "Dlaczego nie użyjesz palnika?" zapytał Sam od drzwi, wchodząc do garażu.
    
  "Peter ma tylko najprostsze narzędzia" - powiedział Perdue, uważnie badając stalową skrzynkę z każdej strony, aby sprawdzić, czy kryje się za nią jakaś sztuczka, może ukryty schowek albo precyzyjny sposób otwarcia sejfu. Miał mniej więcej rozmiar grubej księgi głównej i nie miał żadnych szwów, widocznej pokrywy ani zamka; w rzeczywistości zagadką było, jak dziennik w ogóle dostał się do tak sprytnego urządzenia. Nawet Perdue, znający się na zaawansowanych systemach przechowywania i transportu, był zdumiony konstrukcją. Mimo to, była to po prostu stal, a nie jakiś inny, nieprzenikalny metal wynaleziony przez naukowców.
    
  "Sam, moja torba na siłownię jest tam... Przynieś mi teleskop, proszę" - poprosił Perdue.
    
  Po aktywacji funkcji podczerwieni mógł obejrzeć wnętrze komory. Mniejszy prostokąt wewnątrz potwierdził rozmiar magazynka, a Perdue użył urządzenia do zaznaczenia każdego punktu pomiarowego na lunecie, aby funkcja lasera mieściła się w tych parametrach podczas cięcia boku pudełka.
    
  Przy ustawieniu na czerwono laser, niewidoczny z wyjątkiem czerwonej kropki na swoim fizycznym znaczniku, tnie wzdłuż oznaczonych wymiarów z nieskazitelną precyzją.
    
  "Nie zniszcz książki, Davidzie" - ostrzegła go Agatha zza pleców. Purdue cmoknął językiem z irytacją, słysząc jej niepotrzebną radę.
    
  Cienki strumień dymu przesuwał się z jednej strony na drugą, a następnie w dół, powtarzając swoją ścieżkę w roztopionej stali, aż do momentu wycięcia na płaskiej stronie pudełka idealnego czworokątnego prostokąta.
    
  "Teraz poczekajmy, aż trochę ostygnie, żebyśmy mogli podnieść drugą stronę" - zauważył Perdue, gdy pozostali zebrali się, pochylając się nad stołem, aby lepiej widzieć to, co miało zostać ujawnione.
    
  "Muszę przyznać, że ta książka jest większa, niż się spodziewałam. Wyobrażałam sobie, że to po prostu coś w rodzaju notatnika" - powiedziała Agatha. "Ale myślę, że to prawdziwa księga rachunkowa".
    
  "Chcę tylko zobaczyć papirus, na którym podobno jest umieszczony" - skomentowała Nina. Jako historyk uważała takie antyki za niemal święte.
    
  Sam trzymał aparat w pogotowiu, aby uchwycić rozmiar i stan książki, a także tekst w środku. Purdue otworzył rozdartą okładkę i zamiast książki znalazł torbę w oprawionej w skórę, wyprawionej skórze.
    
  "Co to, do cholery, jest?" zapytał Sam.
    
  "To kod!" - wykrzyknęła Nina.
    
  "Kodeks?" - powtórzyła Agatha z fascynacją. "W archiwach bibliotecznych, w których pracowałam przez jedenaście lat, stale do nich zaglądałam, szukając informacji u starych skrybów. Kto by pomyślał, że niemiecki żołnierz będzie używał kodeksu do zapisywania swoich codziennych czynności?"
    
  "To niezwykłe" - powiedziała Nina z szacunkiem, gdy Agatha delikatnie wyjęła pamiętnik z grobowca w rękawiczkach. Była biegła w posługiwaniu się starożytnymi dokumentami i księgami i znała kruchość każdego rodzaju. Sam zrobił zdjęcia pamiętnika. Był tak niezwykły, jak przepowiadała legenda.
    
  Przednia i tylna okładka zostały wykonane z dębu korkowego, a płaskie panele wygładzone i zabezpieczone woskiem. Za pomocą rozgrzanego do czerwoności żelaznego pręta lub podobnego narzędzia, drewno zostało wypalone, aby wyryć imię Claude Ernaux. Ten konkretny kopista, być może sam Ernaux, nie był w ogóle biegły w pirografii, ponieważ w kilku miejscach widoczne były zwęglone plamy, powstałe w wyniku nadmiernego nacisku lub ciepła.
    
  Pomiędzy nimi znajdował się stos arkuszy papirusu, który stanowił zawartość kodeksu. Po lewej stronie brakowało grzbietu, jak we współczesnych książkach, zamiast niego znajdował się rząd sznurków. Każdy sznurek był przewlekany przez wywiercone otwory w bocznej części drewnianego panelu i przechodził przez papirus, z którego znaczna część była podarta ze względu na zużycie i wiek. Mimo to księga zachowała swoje strony w większości miejsc, a bardzo niewiele kartek zostało całkowicie wyrwanych.
    
  "To niesamowita chwila" - zachwyciła się Nina, gdy Agatha pozwoliła jej dotknąć materiału gołymi palcami, by w pełni docenić jego fakturę i wiek. "Pomyśleć, że te strony zostały wykonane przez ręce z tej samej epoki, co Aleksander Wielki. Założę się, że przetrwały również oblężenie Aleksandrii przez Cezara, nie wspominając o transformacji zwoju w książkę".
    
  "Maniak od historii" - zażartował Sam.
    
  "Dobrze, skoro już podziwialiśmy i rozkoszowaliśmy się jego starożytnym urokiem, moglibyśmy przejść do wiersza i reszty wskazówek dotyczących jackpota" - powiedział Perdue. "Ta książka może przetrwać próbę czasu, ale wątpię, że nam się to uda, więc... nie ma to jak teraźniejszość".
    
  W pokojach Sama i Perdue cała czwórka zebrała się, aby odnaleźć stronę, którą sfotografowała Agathę, tak aby Nina mogła przetłumaczyć brakujące słowa z wersów wiersza. Każda strona została nabazgrana po francusku przez kogoś o okropnym charakterze pisma, ale Sam mimo to uchwycił każdą stronę i zapisał wszystko na karcie pamięci. Kiedy w końcu znaleźli stronę, ponad dwie godziny później, czwórka badaczy z radością stwierdziła, że cały wiersz nadal tam jest. Chcąc uzupełnić luki, Agatha i Nina zabrały się za spisywanie całości, zanim spróbowały zinterpretować jego znaczenie.
    
  "No więc" - uśmiechnęła się Nina z satysfakcją, składając ręce na stole - "przetłumaczyłam brakujące słowa i teraz mamy całą część".
    
    
  "Nowość dla ludzi
    
  Nie w ziemi o 680 dwunastu
    
  Wciąż rosnący drogowskaz Boga zawiera dwie Trójce
    
  A klaszczące Anioły skrywają Tajemnicę Erno
    
  I do samych rąk, które trzymają to
    
  Pozostaje to niewidoczne nawet dla tego, kto dedykuje swoje odrodzenie Henrykowi I.
    
  Gdzie bogowie zsyłali ogień, gdzie składano modlitwy
    
    
  "Tajemnica 'Erno'... no cóż, Erno jest pamiętnikarzem, francuskim pisarzem" - powiedział Sam.
    
  "Tak, stary żołnierz we własnej osobie. Teraz, kiedy ma imię, jest mniej mitem, prawda?" - dodał Perdue, wyglądając na wręcz zaintrygowanego rezultatem tego, co wcześniej było nieuchwytne i ryzykowne.
    
  "Oczywiście, jego sekretem jest skarb, o którym nam opowiadał tak dawno temu" - uśmiechnęła się Nina.
    
  "Czyli gdziekolwiek jest skarb, ludzie tam o nim nie wiedzą?" zapytał Sam, szybko mrugając, jak zawsze, gdy próbował rozwikłać krucze gniazdo możliwości.
    
  "Zgadza się. I to dotyczy Henryka I. Z czego słynął Henryk I?" - zastanawiała się głośno Agatha, stukając długopisem o brodę.
    
  "Henryk I był pierwszym królem Niemiec" - wyjaśniła Nina - "w średniowieczu. Może więc szukamy miejsca jego urodzenia? A może miejsca jego władzy?"
    
  "Nie, czekaj. To nie wszystko" - wtrącił Perdue.
    
  "Na przykład, co?" zapytała Nina.
    
  "Semantyka" - odparł natychmiast, dotykając skóry pod dolną oprawką okularów. "Ta linijka mówi o "tym, który dedykuje swoje odrodzenie Henrykowi", więc nie ma nic wspólnego z samym królem, ale z kimś, kto był jego potomkiem albo w jakiś sposób porównywał się do Henryka I".
    
  "O mój Boże, Perdue! Masz rację!" wykrzyknęła Nina, pocierając go z aprobatą po ramieniu. "Oczywiście! Jego potomkowie dawno wymarli, z wyjątkiem być może odległej linii, która była zupełnie nieistotna w czasach Wernera, podczas pierwszej i drugiej wojny światowej. Pamiętaj, że był urbanistą Kolonii podczas drugiej wojny światowej. To ważne".
    
  "Dobrze. Hipnotyzujące. Dlaczego?" Agatha pochyliła się, by jak zwykle dokonać trzeźwej konfrontacji z rzeczywistością.
    
  "Bo jedyne, co łączyło Heinricha I z II wojną światową, to człowiek, który uważał się za reinkarnację pierwszego króla - Heinricha Himmlera!" - Nina niemal krzyknęła w swoim niepohamowanym podnieceniu.
    
  "Wyskoczył kolejny nazistowski dupek. Czemu mnie to nie dziwi?" - westchnął Sam. "Himmler był twardym psem. To powinno być łatwe do załatwienia. Nie wiedział, że ma ten skarb, mimo że trzymał go w rękach, czy coś w tym stylu".
    
  "Tak, to właśnie rozumiem w tej interpretacji" - zgodził się Perdue.
    
  "Gdzie więc mógł trzymać coś, o czym nie wiedział?" Agatha zmarszczyła brwi. "W swoim domu?"
    
  "Tak" - zaśmiała się Nina. Trudno było zignorować jej podekscytowanie. "A gdzie mieszkał Himmler za czasów Klausa Wernera, urbanisty Kolonii?"
    
  Sam i Agatha wzruszyli ramionami.
    
  "Sir Herte Herren and Dame" - oznajmiła dramatycznie Nina, mając nadzieję, że tym razem jej niemiecki okaże się poprawny - "Zamek Wewelsburg!"
    
  Sam uśmiechnął się na jej radosne stwierdzenie. Agatha po prostu skinęła głową i wzięła kolejne ciasteczko, podczas gdy Perdue niecierpliwie klasnął w dłonie i potarł je.
    
  "Domyślam się, że nadal nie odmawia pan, doktorze Gould?" - zapytała niespodziewanie Agatha. Purdue i Sam również spojrzeli na nią z zaciekawieniem i czekali.
    
  Nina nie mogła zaprzeczyć, że była zafascynowana kodeksem i zawartymi w nim informacjami, co zainspirowało ją do dalszych poszukiwań czegoś, co mogłoby być głębokie. Wcześniej myślała, że tym razem będzie mądra i nie będzie już gonić dzikich gęsi, ale teraz, gdy była świadkiem kolejnego historycznego cudu, jak mogła za nim nie podążać? Czy nie warto było ryzykować, by stać się częścią czegoś wielkiego?
    
  Nina uśmiechnęła się, odrzucając wszelkie wątpliwości co do tego, co może zawierać kod. "Jestem za. Boże, pomóż mi. Jestem za".
    
    
  Rozdział 24
    
    
  Dwa dni później Agatha umówiła się ze swoim klientem na dostarczenie kodeksu, co było jej zleconym zadaniem. Nina z żalem rozstała się z tak cennym fragmentem historii starożytnej. Chociaż specjalizowała się w historii Niemiec, głównie w odniesieniu do II wojny światowej, pasjonowała się historią wszelaką, a zwłaszcza epokami tak mrocznymi i odległymi od Starego Świata, że nie zachowały się prawie żadne autentyczne relikty ani relacje z nich.
    
  Wiele z tego, co napisano o prawdziwie starożytnej historii, z biegiem czasu uległo zniszczeniu, zbezczeszczeniu i zatarciu przez dążenie ludzkości do dominacji nad całymi kontynentami i cywilizacjami. Wojny i przesiedlenia sprawiły, że cenne opowieści i relikty z zapomnianych czasów stały się mitami i przedmiotem kontrowersji. Oto obiekt, który naprawdę istniał, w czasach, gdy krążyły pogłoski o bogach i potworach chodzących po ziemi, gdy królowie zieli ogniem, a bohaterki rządziły całymi narodami, posługując się wyłącznie słowem Bożym.
    
  Jej pełna wdzięku dłoń delikatnie pieściła cenny artefakt. Ślady na kostkach palców zaczynały się goić, a w jej zachowaniu malowała się dziwna nostalgia, jakby miniony tydzień był jedynie mglistym snem, w którym miała zaszczyt zetknąć się z czymś głęboko tajemniczym i magicznym. Tatuaż z runą Tiwaz na jej ramieniu wystawał lekko spod rękawa, a ona przypomniała sobie inną podobną sytuację, kiedy to zanurzyła się w świecie nordyckiej mitologii i jej kuszącej, współczesnej rzeczywistości. Od tamtej pory nie doświadczyła tak zdumiewającego zachwytu nad ukrytymi prawdami świata, zredukowanymi teraz do śmiesznej teorii.
    
  A jednak oto było, widoczne, namacalne i bardzo realne. Kto mógłby powiedzieć, że inne słowa, zagubione w mitach, nie były wiarygodne? Chociaż Sam sfotografowała każdą stronę i z profesjonalną precyzją uchwyciła piękno starej księgi, opłakiwała jej nieuchronne zniknięcie. Chociaż Purdue zaoferował przetłumaczenie całego pamiętnika strona po stronie, żeby mogła go przeczytać, to nie było to samo. Słowa nie wystarczały. Nie potrafiła użyć słów, by dotknąć śladów starożytnych cywilizacji.
    
  "Boże, Nino, masz na tym punkcie obsesję?" - zażartował Sam, wchodząc do pokoju z Agatą u boku. "Mam wezwać starego księdza i młodego księdza?"
    
  "Och, proszę ją zostawić w spokoju, panie Cleve. Na tym świecie zostało już niewielu ludzi, którzy doceniają prawdziwą moc przeszłości. Doktorze Gould, przelałam pańskie honorarium" - poinformowała ją Agatha Purdue. Trzymała w ręku specjalne skórzane etui na książkę; zamykane było na zamek u góry, podobny do starego szkolnego plecaka Niny, gdy miała czternaście lat.
    
  "Dziękuję, Agatho" - powiedziała Nina uprzejmie. "Mam nadzieję, że twój klient doceni to równie mocno".
    
  "Och, jestem pewna, że docenia cały trud, jaki włożyliśmy w odzyskanie książki. Proszę jednak, nie publikujcie żadnych zdjęć ani informacji" - zwróciła się Agatha do Sama i Niny - "ani nie mówcie nikomu, że upoważniłam was do dostępu do jej treści". Skinęli głowami na znak zgody. W końcu, skoro musieli ujawnić, do czego prowadzi ich książka, nie było potrzeby ujawniania jej istnienia.
    
  "Gdzie jest Dawid?" zapytała, pakując walizki.
    
  "Z Peterem w jego biurze w drugim budynku" - odpowiedział Sam, pomagając Agacie z torbą ze sprzętem wspinaczkowym.
    
  "Dobrze, powiedz mu, że się pożegnałam, dobrze?" powiedziała do nikogo konkretnego.
    
  Co za dziwna rodzina, pomyślała Nina, patrząc, jak Agatha i Sam znikają po schodach do drzwi wejściowych. Bliźniaki nie widziały się od wieków i tak się rozstają. Cholera, myślałam, że jestem chłodnym rodzeństwem, ale tym dwóm po prostu... chyba chodzi o pieniądze. Pieniądze czynią ludzi głupimi i podłymi.
    
  "Myślałam, że Agatha idzie z nami" - zawołała Nina z balustrady nad Purdym, gdy wraz z Peterem zmierzali w stronę holu.
    
  Perdue podniósł wzrok. Peter poklepał go po dłoni i pomachał Ninie na pożegnanie.
    
  "Wiedersehen, Peter" - uśmiechnęła się.
    
  "Zakładam, że moja siostra wyszła?" - zapytał Perdue, pokonując pierwsze kilka kroków, by do niej dołączyć.
    
  "Właściwie dopiero teraz. Chyba nie jesteście sobie bliscy" - zauważyła. "Nie mogła się doczekać, aż się pożegnasz?"
    
  "Znasz ją" - powiedział, jego głos był lekko ochrypły, z nutą goryczy. "Niezbyt czuła, nawet w dobry dzień". Spojrzał uważnie na Ninę, a jego oczy złagodniały. "Z drugiej strony, jestem bardzo przywiązany, biorąc pod uwagę klan, z którego pochodzę".
    
  "Oczywiście, gdybyś nie był takim manipulującym draniem" - przerwała mu. Jej słowa nie były przesadnie ostre, ale wyrażały jej szczerą opinię o byłym kochanku. "Wygląda na to, że świetnie odnajdujesz się w swoim klanie, staruszku".
    
  "Jesteśmy gotowi do wyjścia?" Głos Sama dochodzący z drzwi wejściowych przełamał napięcie.
    
  "Tak. Tak, jesteśmy gotowi do startu. Poprosiłem Petera o zorganizowanie transportu do Buren, a stamtąd zwiedzimy zamek, żeby sprawdzić, czy uda nam się znaleźć jakieś znaczenie w zapiskach z dziennika" - powiedział Purdue. "Musimy się spieszyć, dzieci. Czeka nas wiele zła!"
    
  Sam i Nina patrzyli, jak znika w bocznym korytarzu prowadzącym do biura, gdzie zostawił swój bagaż.
    
  "Czy możesz uwierzyć, że wciąż nie znudziło mu się przemierzanie świata w poszukiwaniu tej nieuchwytnej nagrody?" - zapytała Nina. "Zastanawiam się, czy wie, czego szuka w życiu, bo ma obsesję na punkcie skarbów, a mimo to nigdy mu ich nie brakuje".
    
  Sam, tuż za nią, delikatnie głaskał ją po włosach. "Wiem, czego szuka. Ale obawiam się, że tą nieuchwytną nagrodą i tak będzie jego śmierć".
    
  Nina odwróciła się, by spojrzeć na Sama. Jego wyraz twarzy był pełen słodkiego smutku, gdy cofnął dłoń z jej dłoni, ale Nina szybko ją złapała i mocno ścisnęła jego nadgarstek. Wzięła jego dłoń w swoje i westchnęła.
    
  "Och, Sam."
    
  "Tak?" zapytał, gdy bawiła się jego palcami.
    
  "Chciałabym, żebyś ty też uwolnił się od swojej obsesji. Nie ma tam przyszłości. Czasami, bez względu na to, jak bolesne jest przyznanie się do porażki, trzeba iść dalej" - poradziła mu łagodnie Nina, mając nadzieję, że posłucha jej rady w sprawie kajdan, które sam nałożył na Trish.
    
  Wyglądała na autentycznie zrozpaczoną, a serce go bolało, gdy słyszał, jak mówi o tym, co - jak się obawiał - czuła przez cały czas. Odkąd wyraźnie zauroczył ją Bern, zachowywała dystans, a wraz z powrotem Perdue na scenę, dystans między nią a Samem był nieunikniony. Chciałby ogłuchnąć, żeby oszczędzić mu bólu związanego z jej wyznaniem. Ale to właśnie wiedział. Stracił Ninę raz na zawsze.
    
  Pogłaskała Sama po policzku wdzięczną dłonią, dotykiem, który tak bardzo kochał. Ale jej słowa zraniły go do głębi.
    
  "Musisz pozwolić jej odejść, inaczej ten twój nieuchwytny sen doprowadzi cię do śmierci".
    
  Nie! Nie możesz tego zrobić! Jego umysł krzyczał, ale głos milczał. Sam czuł się zagubiony w ostateczności, pogrążony w straszliwym uczuciu, jakie to wywołało. Musiał coś powiedzieć.
    
  "Dobra! Wszystko gotowe!" - Perdue przerwał chwilę zawieszenia emocji. "Mamy mało czasu, żeby dotrzeć do zamku, zanim go zamkną na dziś".
    
  Nina i Sam poszli za nim z bagażem bez słowa. Jazda do Wewelsburga zdawała się ciągnąć w nieskończoność. Sam przeprosił i rozsiadł się na tylnym siedzeniu, podłączając słuchawki, słuchając muzyki i udając, że drzemie. Ale w jego umyśle wszystkie wydarzenia mieszały się ze sobą. Zastanawiał się, jak to możliwe, że Nina postanowiła z nim nie być, skoro, o ile wiedział, nie zrobił nic, żeby ją odepchnąć. W końcu zasnął przy muzyce i błogo porzucił zamartwianie się sprawami, na które nie miał wpływu.
    
  Większość drogi E331 przejechali w komfortowej prędkości, planując odwiedzić zamek w ciągu dnia. Nina poświęciła czas na przestudiowanie reszty wiersza. Dotarli do ostatniego wersu: "Gdzie bogowie zsyłają ogień, gdzie modły są składane".
    
  Nina zmarszczyła brwi. "Myślę, że to Wewelsburg, ostatnia linijka powinna nam powiedzieć, w którym miejscu zamku mamy szukać".
    
  "Być może. Muszę przyznać, że nie mam pojęcia, od czego zacząć. To wspaniałe miejsce... i ogromne" - odpowiedział Perdue. "A mając dokumenty z czasów nazistowskich, oboje wiemy, do jakiego poziomu oszustwa byli zdolni, i myślę, że to trochę przerażające. Z drugiej strony, moglibyśmy się zastraszyć albo potraktować to jako kolejne wyzwanie. W końcu pokonaliśmy już niektóre z ich najtajniejszych siatek; kto powiedziałby, że tym razem nam się nie uda?"
    
  "Chciałabym wierzyć w nas tak mocno jak ty, Perdue" - westchnęła Nina, przeczesując palcami włosy.
    
  Ostatnio czuła potrzebę, żeby po prostu podejść do niego i zapytać, gdzie była Renata i co z nią zrobił po tym, jak uciekli z wypadku samochodowego w Belgii. Musiała się dowiedzieć - i to szybko. Nina musiała uratować Alexandra i jego przyjaciół za wszelką cenę, nawet jeśli oznaczało to powrót do łóżka z Purdue - za wszelką cenę - żeby zdobyć informacje.
    
  Podczas rozmowy wzrok Perdue'a co chwila zerkał w lusterko wsteczne, ale nie zwolnił. Kilka minut później postanowili zatrzymać się w Soest na lunch. Malownicze miasteczko kusiło ich od głównej drogi wieżami kościołów wznoszącymi się ponad dachy i kępami drzew zwisającymi ciężkimi gałęziami do stawu i rzek poniżej. Spokój zawsze był dla nich mile widzianym gościem, a Sam byłby zachwycony, gdyby dowiedział się, że mogą tam zjeść.
    
  Podczas kolacji spożywanej przed przytulną kawiarnią na rynku miasta Perdue wydawał się oschły, a nawet nieco nierówny w zachowaniu, ale Nina przypisała to nagłemu odejściu jego siostry.
    
  Sam nalegał na spróbowanie czegoś lokalnego, wybierając pumpernikiel i Zwiebelbier, zgodnie z sugestią bardzo wesołej grupy greckich turystów, którzy mieli trudności z chodzeniem po linii prostej o tak wczesnej porze dnia.
    
  I to właśnie przekonało Sama, że to był jego napój. Ogólnie rzecz biorąc, rozmowa była lekka, głównie o pięknie miasta, z odrobiną zdrowej krytyki skierowanej do przechodniów noszących za ciasne dżinsy lub tych, którzy nie dbali o higienę osobistą.
    
  "Chyba powinniśmy iść, ludzie" - jęknął Purdue, wstając od stołu, który był już zasłany zużytymi serwetkami i pustymi talerzami pełnymi resztek po tej wspaniałej uczcie. "Sam, pewnie nie masz tego aparatu w torbie, co?"
    
  "Tak".
    
  "Chciałbym zrobić zdjęcie tamtego romańskiego kościoła" - zapytał Perdue, wskazując na stary, kremowy budynek o gotyckim charakterze, który nie był nawet w połowie tak imponujący jak katedra kolońska, ale i tak zasługiwał na ujęcie w wysokiej rozdzielczości.
    
  "Oczywiście, proszę pana" - uśmiechnął się Sam. Powiększył obraz, obejmując całą wysokość kościoła, upewniając się, że oświetlenie i filtrowanie były idealne, by ukazać każdy drobny detal architektoniczny.
    
  "Dziękuję" - powiedział Perdue, pocierając ręce. "No to chodźmy".
    
  Nina przyglądała mu się uważnie. Był jak zwykle nadęty, ale było w nim coś nieufnego. Wydawał się trochę zdenerwowany, a może zaniepokojony czymś, czym nie chciał się dzielić.
    
  Purdue i jego sekrety. Zawsze masz asa w rękawie, prawda? - pomyślała Nina, zbliżając się do swojego samochodu.
    
  Nie zauważyła jednak dwóch młodych punków podążających w ich ślady w bezpiecznej odległości, udających, że podziwiają widoki. Śledzili Purdue, Sama i Ninę odkąd opuścili Kolonię prawie dwie i pół godziny wcześniej.
    
    
  Rozdział 25
    
    
  Most Erazma wyciągnął swoją łabędzią szyję ku czystemu niebu, gdy kierowca Agathy przejeżdżał przez most. Z powodu opóźnienia lotu w Bonn ledwo zdążyła do Rotterdamu, ale teraz przejeżdżała przez Most Erazma, pieszczotliwie nazywany De Zwaan od zakrzywionego białego pylonu, który podtrzymuje go na miejscu, wzmocnionego linami.
    
  Nie mogła się spóźnić, bo oznaczałoby to koniec jej kariery konsultantki. W rozmowach z bratem pominęła fakt, że jej klientem był niejaki Joost Bloem, światowej sławy kolekcjoner mało znanych artefaktów. Nieprzypadkowo potomek znalazł je na strychu swojej babci. Zdjęcie znajdowało się wśród notatek niedawno zmarłego antykwariusza, który niestety popadł w konflikt z klientem Agathy, holenderskim radnym.
    
  Doskonale zdawała sobie sprawę, że pośrednio pracuje dla tej samej wysoko postawionej rady Czarnego Słońca, która interweniowała, gdy zakon znalazł się w tarapatach. Wiedzieli również, z kim jest sprzymierzona, ale z jakiegoś powodu obie strony zachowały neutralne podejście. Agatha Perdue zdystansowała się i swoją karierę od brata, zapewniając radę, że nie mają ze sobą nic wspólnego poza nazwiskiem, co jest najbardziej godną pożałowania cechą jej życiorysu.
    
  Nie wiedzieli jednak, że Agatha wynajęła tych samych ludzi, których ścigali w Brugii, aby zdobyć przedmiot, którego szukali. Był to w pewnym sensie jej dar dla brata, dający jemu i jego kolegom przewagę, zanim ludzie Blooma rozszyfrują fragment i podążą ich śladem, by odkryć to, co kryło się w głębi Wewelsburga. Poza tym dbała tylko o siebie i robiła to bardzo dobrze.
    
  Jej kierowca skierował Audi RS5 na parking Instytutu Pieta Zwarta, gdzie miała spotkać się z panem Bloomem i jego asystentami.
    
  "Dziękuję" - powiedziała ponuro, wręczając kierowcy kilka euro za fatygę. Pasażerka wyglądała na ponuro, choć była nienagannie ubrana jak profesjonalna archiwistka i ekspertka w dziedzinie rzadkich ksiąg zawierających tajne informacje, a także książek historycznych w ogóle. Wyszedł akurat w chwili, gdy Agatha weszła do Akademii Willema de Kooninga, czołowej szkoły artystycznej w mieście, aby spotkać się ze swoją klientką w budynku administracyjnym, gdzie jej klientka miała biuro. Wysoka bibliotekarka związała włosy w stylowy kok i ruszyła szerokim korytarzem w ołówkowej spódnicy i na obcasach, będąc całkowitym przeciwieństwem nudnej samotniczki, którą w rzeczywistości była.
    
  Z ostatniego biura po lewej stronie, gdzie zasłony w oknach były tak zasłonięte, że do środka dostawało się niewiele światła, usłyszała głos Blooma.
    
  "Panna Purdue. Jak zawsze punktualnie" - powiedział serdecznie, wyciągając obie ręce, by uścisnąć jej dłonie. Pan Bloom był niezwykle atrakcyjny, miał nieco ponad pięćdziesiąt lat, jasne blond włosy z lekkim rudawym odcieniem, które opadały długimi pasmami aż do kołnierzyka. Agatha była przyzwyczajona do pieniędzy, pochodząca z absurdalnie bogatej rodziny, ale musiała przyznać, że ubrania pana Blooma były szczytem stylu. Gdyby nie była lesbijką, mógłby ją uwieść. Najwyraźniej myślał tak samo, bo jego pożądliwe niebieskie oczy otwarcie badały jej krągłości, gdy ją witał.
    
  Jedną rzeczą, którą wiedziała o Holendrach, było to, że nigdy nie byli zamknięci w sobie.
    
  "Mam nadzieję, że otrzymałeś nasz magazyn?" - zapytał, gdy usiedli po przeciwnych stronach jego biurka.
    
  "Tak, panie Bloom. Tutaj" - odpowiedziała. Ostrożnie położyła skórzaną walizkę na wypolerowanej powierzchni i otworzyła ją. Asystent Blooma, Wesley, wszedł do biura z teczką. Był znacznie młodszy od swojego szefa, ale równie elegancki w doborze ubrań. To był miły widok po tylu latach spędzonych w krajach słabo rozwiniętych, gdzie mężczyzna w skarpetkach uchodził za szykownego, pomyślała Agatha.
    
  "Wesley, proszę daj tej pani pieniądze" - wykrzyknął Bloom. Agatha uznała go za dziwny wybór do zarządu, ponieważ byli to dostojni, starsi mężczyźni, w których nie było ani krzty osobowości Blooma ani zamiłowania do dramatyzmu. Jednak ten mężczyzna zasiadał w zarządzie renomowanej szkoły artystycznej, więc musiał być nieco bardziej barwny. Wzięła teczkę od młodego Wesleya i czekała, aż pan Bloom obejrzy swój zakup.
    
  "Wspaniale" - westchnął z podziwem, wyciągając rękawiczki z kieszeni, żeby dotknąć przedmiotu. "Panno Purdue, czy nie sprawdzi pani swoich pieniędzy?"
    
  "Ufam ci" - uśmiechnęła się, ale jej mowa ciała zdradzała niepokój. Wiedziała, że każdy członek Czarnego Słońca, nawet najbardziej przystępny, jest niebezpieczny. Ktoś o reputacji Blooma, ktoś, kto przewodził radzie, ktoś, kto górował nad innymi członkami zakonu, musiał być z natury przerażająco gniewny i apatyczny. Agatha ani razu nie pozwoliła, by ten fakt umknął jej uwadze w zamian za wszystkie uprzejmości.
    
  "Ufasz mi!" - wykrzyknął z mocnym holenderskim akcentem, wyraźnie zaskoczony. "Moja droga, jestem ostatnią osobą, której powinnaś ufać, zwłaszcza jeśli chodzi o pieniądze".
    
  Wesley i Bloom zaśmieli się razem, wymieniając figlarne spojrzenia. Sprawili, że Agatha poczuła się jak kompletna idiotka, a do tego naiwna, ale nie odważyła się zachowywać protekcjonalnie w swój sposób. Była już bardzo surowa, a teraz miała do czynienia z draniem nowego rodzaju, przez którego jej obelgi wywoływane w innych wydawały się słabe i dziecinne.
    
  "Czy to wszystko, panie Bloom?" zapytała uległym tonem.
    
  "Sprawdź swoje pieniądze, Agatho" - powiedział nagle głębokim, poważnym głosem, wpatrując się w nią wzrokiem. Spełniła polecenie.
    
  Bloom przekartkował kodeks, szukając strony ze zdjęciem, które dał Agacie. Wesley stał za nim, zaglądając mu przez ramię, wyglądając na równie pochłoniętego pisaniem jak jego nauczyciel. Agatha sprawdziła, czy uzgodniona zapłata nadal obowiązuje. Bloom wpatrywał się w nią w milczeniu, co sprawiło, że poczuła się strasznie nieswojo.
    
  "To wszystko?" - zapytał.
    
  "Tak, panie Bloom" - skinęła głową, wpatrując się w niego jak uległa idiotka. To właśnie to spojrzenie zawsze sprawiało, że mężczyźni przestawali się nią interesować, ale nie mogła się powstrzymać. Jej mózg pracował na najwyższych obrotach, analizując czas, mowę ciała i oddech. Agatha była przerażona.
    
  "Zawsze sprawdzaj teczkę, kochanie. Nigdy nie wiesz, kto próbuje cię oszukać, prawda?" ostrzegł, z powrotem skupiając uwagę na kodeksie. "A teraz powiedz mi, zanim uciekniesz w dżunglę..." powiedział, nie patrząc na nią, "jak weszłaś w posiadanie tej relikwii?" To znaczy, jak udało ci się ją znaleźć?
    
  Jego słowa zmroziły jej krew w żyłach.
    
  Nie spieprz tego, Agato. Udawaj głupią. Udawaj głupią, a wszystko będzie dobrze, upierała się w swoim skamieniałym, pulsującym mózgu. Pochyliła się do przodu, starannie składając dłonie na kolanach.
    
  "Oczywiście podążałam za wskazówkami z wiersza" - uśmiechnęła się, starając się mówić tylko tyle, ile było konieczne. Zaczekał, a potem wzruszył ramionami. "Tak po prostu?"
    
  "Tak, proszę pana" - powiedziała z udawaną pewnością siebie, która była całkiem przekonująca. "Właśnie doszłam do wniosku, że to Dzwon Anioła w katedrze w Kolonii. Oczywiście, zajęło mi sporo czasu, zanim to sprawdziłam i domyśliłam się większości szczegółów, zanim w końcu to zrozumiałam".
    
  "Naprawdę?" uśmiechnął się szeroko. "Mam wiarygodne informacje, że twój intelekt przewyższa większość najwybitniejszych umysłów i że posiadasz niezwykłą zdolność rozwiązywania zagadek, takich jak kody i tym podobne".
    
  "Żartuję" - powiedziała bez ogródek. Niepewna, co sugeruje, zachowała spokój i neutralność.
    
  "Wygłupiasz się. Interesujesz się tym samym, co twój brat?" - zapytał, patrząc na ten sam wiersz, który Nina przetłumaczyła dla niej na język Turso.
    
  "Nie jestem pewna, czy rozumiem" - odpowiedziała, a jej serce waliło jak młotem.
    
  "Twój brat, David. On by się na coś takiego cieszył. W rzeczywistości jest znany z tego, że goni za rzeczami, które do niego nie należą" - zaśmiał się sarkastycznie Bloom, głaszcząc wiersz czubkiem palca w rękawiczce.
    
  "Słyszałam, że jest raczej odkrywcą. Z drugiej strony, zdecydowanie wolę życie w domu. Nie podzielam jego wrodzonej skłonności do narażania się na niebezpieczeństwo" - odpowiedziała. Wzmianka o bracie już wzbudziła w niej podejrzenia, że Bloom wykorzystuje swoje zasoby, ale mógł blefować.
    
  "W takim razie jesteś mądrzejszym bratem lub siostrą" - oznajmił. "Ale powiedz mi, panno Purdue, co powstrzymało cię przed głębszym zbadaniem wiersza, który wyraźnie mówi więcej niż to, co stary Werner trzasnął na swojej starej Leice III, zanim ukrył pamiętnik Erno?"
    
  Znał Wernera i znał Erno. Wiedział nawet, jakiego aparatu prawdopodobnie używał Niemiec na krótko przed ukryciem kodeksu w epoce Adenauera i Himmlera. Jej intelekt znacznie go przewyższał, ale to jej nie pomogło, bo jego wiedza była większa. Po raz pierwszy w życiu Agathe znalazła się w pojedynku na spryt, nieprzygotowana na własne przekonanie, że jest mądrzejsza od większości. Być może udawanie głupiej byłoby pewnym znakiem, że coś ukrywa.
    
  "Cóż miałoby cię powstrzymać od zrobienia tego samego?" - zapytał.
    
  "Czas" - powiedziała zdecydowanym tonem, przypominającym jej zwykłą pewność siebie. Jeśli podejrzewał ją o zdradę, czuła, że powinna przyznać się do zmowy. To dałoby mu powód, by uwierzyć, że jest uczciwa i dumna ze swoich umiejętności, a nawet nie boi się obecności kogoś takiego jak on.
    
  Bloom i Wesley wpatrywali się w aroganckiego łobuza, po czym wybuchnęli gromkim śmiechem. Agatha nie była przyzwyczajona do ludzi i ich dziwactw. Nie miała pojęcia, czy traktują ją poważnie, czy śmieją się z niej za to, że próbuje udawać nieustraszoność. Bloom pochyliła się nad kodeksem, a jego diabelski urok sprawił, że stała się bezradna wobec jego zaklęcia.
    
  "Panno Perdue, lubię cię. Serio, gdybyś nie była Perdue, rozważyłbym zatrudnienie cię na pełen etat" - zaśmiał się. "Jesteś piekielnie twarda, prawda? Taki mózg z taką amoralnością... Nie mogę wyjść z podziwu dla ciebie za to".
    
  Agatha nie odpowiedziała nic, jedynie skinęła głową na znak wdzięczności, gdy Wesley ostrożnie odłożył kodeks do etui dla Bloom.
    
  Bloom wstał i poprawił garnitur. "Panno Perdue, dziękuję za pani usługi. Była pani warta każdego grosza".
    
  Uścisnęli sobie dłonie, po czym Agatha ruszyła w stronę drzwi, które otworzył jej Wesley, trzymając w ręku teczkę.
    
  "Muszę powiedzieć, że praca została wykonana świetnie... i w rekordowym czasie" - zachwycał się Bloom w dobrym humorze.
    
  Chociaż zakończyła już interesy z Bloomem, miała nadzieję, że dobrze odegrała swoją rolę.
    
  "Ale obawiam się, że ci nie ufam" - powiedział ostro za jej plecami, a Wesley zamknął drzwi.
    
    
  Rozdział 26
    
    
  Purdue nie wspomniał nic o samochodzie, który ich śledził. Najpierw musiał ustalić, czy popada w paranoję, czy też ci dwaj to po prostu cywile odwiedzający zamek Wewelsburg. Nie był to odpowiedni moment, by zwracać na nich uwagę, zwłaszcza że prowadzili oni rekonesans, zamierzając zaangażować się w nielegalną działalność i znaleźć to, o czym wspominał Werner, w zamku. Budynek, który wszyscy trzej odwiedzili wcześniej, niezależnie od siebie, był zbyt duży, by mogli grać w zgadywanki lub wróżby.
    
  Nina siedziała wpatrzona w wiersz i nagle włączyła internet w telefonie komórkowym, szukając czegoś, co mogłoby być dla niej istotne. Ale chwilę później pokręciła głową z frustrującym pomrukiem.
    
  "Nic?" zapytał Perdue.
    
  "Nie. "Gdzie bogowie zsyłają ogień, gdzie modlą się" kojarzy mi się z kościołem. Czy w Wewelsburgu jest kaplica?" - zmarszczyła brwi.
    
  "Nie, o ile wiem, ale byłem wtedy tylko w Sali Generalnej SS. W tamtych okolicznościach nie odczułem żadnej różnicy" - opowiadał Sam o jednej ze swoich najniebezpieczniejszych przykrywek na kilka lat przed ostatnią wizytą.
    
  "Nie ma kaplicy, nie. Chyba że ostatnio coś zmienili, więc gdzie bogowie mieliby posłać ogień?" - zapytał Perdue, wciąż wpatrując się w nadjeżdżający za nimi samochód. Ostatnim razem, gdy jechał samochodem z Niną i Samem, omal nie zginęli podczas pościgu, czego nie chciał powtórzyć.
    
  "Czym jest ogień bogów?" Sam zastanowił się przez chwilę. Potem podniósł wzrok i zasugerował: "Błyskawica! Czy to może być piorun? Co Wewelsburg ma wspólnego z piorunami?"
    
  "Jasne, że tak, to może być ogień zesłany przez bogów, Sam. Jesteś darem niebios... czasami" - uśmiechnęła się do niego. Sam był zaskoczony jej czułością, ale przyjął ją z zadowoleniem. Nina zbadała wszystkie poprzednie incydenty z piorunami w pobliżu wioski Wewelsburg. Beżowe BMW z 1978 roku podjechało nieprzyjemnie blisko nich, tak blisko, że Purdue widział twarze pasażerów. Założył, że to dziwne postacie, prawdopodobnie wykorzystywane jako szpiedzy lub zabójcy przez każdego, kto zatrudnia profesjonalistów, ale być może ich nieprawdopodobny wizerunek służył właśnie temu celowi.
    
  Kierowca miał krótką fryzurę z irokezem i mocno podkreślone oczy, a jego partner fryzurę w stylu Hitlera i czarne szelki na ramionach. Purdue nie rozpoznał żadnego z nich, ale najwyraźniej mieli po dwadzieścia kilka lat.
    
  "Nina. Sam. Zapnijcie pasy" - rozkazał Purdue.
    
  "Dlaczego?" zapytał Sam, instynktownie patrząc przez tylną szybę. Wpatrywał się prosto w lufę Mausera, gdzie śmiał się psychotyczny sobowtór Führera.
    
  "Jezu Chryste, strzela do nas Rammstein! Nina, klęknij, na podłogę. Natychmiast!" - krzyknął Sam, gdy głuchy odgłos kul uderzył w karoserię ich samochodu. Nina skuliła się pod schowkiem pod stopami, z pochyloną głową, gdy kule spadały na nich jak deszcz.
    
  "Sam! Twoi przyjaciele?" krzyknął Perdue, zatapiając się głębiej w fotelu i przerzucając skrzynię biegów na wyższy bieg.
    
  "Nie! Wyglądają raczej jak twoi przyjaciele, łowcy pamiątek nazistowskich! Na litość boską, czy oni nigdy nie dadzą nam spokoju?" warknął Sam.
    
  Nina po prostu zamknęła oczy i ściskając mocno telefon, miała nadzieję, że nie umrze.
    
  "Sam, chwyć lunetę! Naciśnij czerwony przycisk dwa razy i skieruj ją na Iroquoisa za kierownicą" - ryknął Perdue, wyciągając długi, przypominający długopis przedmiot między siedzeniami.
    
  "Hej, uważaj, gdzie celujesz tym cholerstwem!" krzyknął Sam. Szybko położył kciuk na czerwonym przycisku i czekał na przerwę między strzałami. Przycupnąwszy, przesunął się prosto na krawędź fotela, naprzeciwko drzwi, żeby nie mogli przewidzieć jego pozycji. Natychmiast Sam i teleskop pojawili się w rogu tylnej szyby. Nacisnął czerwony przycisk dwa razy i obserwował, jak czerwona wiązka pada dokładnie tam, gdzie wskazał - na czoło kierowcy.
    
  Hitler strzelił ponownie, a celny pocisk roztrzaskał szybę przed twarzą Sama, obsypując go odłamkami. Jednak jego laser był już na tyle długo wycelowany w Mohikanina, że przebił jego czaszkę. Intensywne ciepło wiązki osmaliło mózg kierowcy, a w lusterku wstecznym Purdue zobaczył przez chwilę, jak jego twarz eksploduje, zamieniając się w miazgę z krwi i odłamków kości na przedniej szybie.
    
  "Brawo, Sam!" - wykrzyknął Perdue, gdy BMW gwałtownie zjechało z drogi i zniknęło za szczytem wzgórza, które przerodziło się w strome urwisko. Nina odwróciła się, słysząc, jak okrzyki zaskoczenia Sama przeradzają się w jęki i krzyki.
    
  "O mój Boże, Sam!" krzyknęła.
    
  "Co się stało?" zapytał Purdue. Ożywił się, widząc Sama w lustrze, zakrywającego twarz zakrwawionymi dłońmi. "O mój Boże!"
    
  "Nic nie widzę! Moja twarz płonie!" krzyknął Sam, gdy Nina przesunęła się między siedzeniami, żeby na niego spojrzeć.
    
  "Pokaż mi. Pokaż mi!" - nalegała, odpychając jego dłonie. Nina starała się nie krzyczeć w panice dla dobra Sama. Jego twarz była pocięta drobnymi odłamkami szkła, z których niektóre wciąż wystawały ze skóry. W jego oczach widziała tylko krew.
    
  "Czy możesz otworzyć oczy?"
    
  "Zwariowałeś? O mój Boże, mam odłamki szkła w gałkach ocznych!" - zawył. Sam nie był wcale wrażliwy, a jego próg bólu był dość wysoki. Słysząc, jak piszczy i skomle jak dziecko, Nina i Perdue bardzo się zaniepokoiły.
    
  "Zabierz go do szpitala, Purdue!" powiedziała.
    
  "Nina, będą chcieli wiedzieć, co się stało, a my nie możemy sobie pozwolić na ujawnienie. Przecież Sam właśnie zabił człowieka" - wyjaśnił Purdue, ale Nina nie chciała o tym słyszeć.
    
  "David Perdue, zabierz nas do kliniki, jak tylko dotrzemy do Wewelsburga, albo przysięgam na Boga...!" syknęła.
    
  "To poważnie podważyłoby nasz cel, jakim jest marnowanie czasu. Widzisz, już jesteśmy nękani. Bóg jeden wie, ilu więcej subskrybentów, niewątpliwie dzięki mailowi Sama do jego marokańskiego przyjaciela" - zaprotestował Perdue.
    
  "Hej, spieprzaj!" - ryknął Sam w pustkę przed sobą. "Nigdy mu nie wysłałem tego zdjęcia. Nigdy nie odpowiedziałem na tego maila! To nie przyszło z moich kontaktów, kolego!"
    
  Perdue był zdziwiony. Był przekonany, że to właśnie w ten sposób wyciekło.
    
  "A więc kto, Sam? Kto jeszcze mógł o tym wiedzieć?" - zapytał Perdue, gdy wieś Wewelsburg ukazała się w zasięgu wzroku, milę lub dwie przed nim.
    
  "Klient Agathy" - powiedziała Nina. "Musi być. Jedyna osoba, która wie..."
    
  "Nie, jej klientka nie ma pojęcia, że ktoś inny niż moja siostra wykonał to zadanie sam" - Nina Perdue szybko obaliła tę teorię.
    
  Nina ostrożnie otrzepała drobne odłamki szkła z twarzy Sama, obejmując go drugą dłonią. Ciepło jej dłoni było jedynym ukojeniem, jakie Sam czuł, chłonąc rozległe oparzenia od licznych ran ciętych, kiedy jego zakrwawione dłonie spoczywały na kolanach.
    
  "O, bzdura!" - Nina nagle jęknęła. "Grafolog! Kobieta, która rozszyfrowała pismo Agathy! O cholera! Powiedziała nam, że jej mąż jest projektantem krajobrazu, bo kiedyś zarabiał na życie wykopaliskami".
    
  "I co z tego?" zapytał Perdue.
    
  "Kto zarabia na życie z wykopalisk, Purdue? Archeolodzy. Wiadomość o odkryciu legendy z pewnością zainteresuje taką osobę, prawda?" - postawiła hipotezę.
    
  "Doskonale. Zawodnik, którego nie znamy. Właśnie tego nam potrzeba" - westchnął Perdue, oceniając skalę obrażeń Sama. Wiedział, że nie ma możliwości udzielenia pomocy medycznej rannemu dziennikarzowi, ale musiał wytrwać, inaczej straciłby szansę na dowiedzenie się, co ukrywa Wevelsberg, nie wspominając o pozostałych, którzy dołączyliby do nich. W chwili, gdy zdrowy rozsądek wziął górę nad ekscytacją polowania, Perdue poszukał najbliższej placówki medycznej.
    
  Wjechał samochodem głęboko na podjazd domu tuż obok zamku, gdzie praktykował pewien dr Johann Kurz. Wybrali tę nazwę przypadkiem, ale szczęśliwy zbieg okoliczności sprawił, że trafili na jedynego lekarza, który miał wizyty dopiero o 15:00, i szybko skłamali. Nina powiedziała lekarzowi, że uraz Sama powstał w wyniku obrywu skalnego, gdy przejeżdżali przez jedną z górskich przełęczy w drodze do Wewelsburga na zwiedzanie. Uwierzył w to. Jak mógłby nie? Uroda Niny ewidentnie oszołomiła niezdarnego ojca trójki dzieci w średnim wieku, który prowadził praktykę z domu.
    
  Czekając na Sama, Perdue i Nina siedzieli w tymczasowej poczekalni, przebudowanej werandzie, otoczonej dużymi, otwartymi oknami z moskitierami i dzwonkami wietrznymi. Przyjemny wietrzyk wiał przez pomieszczenie, dając tak bardzo potrzebny spokój. Nina kontynuowała testowanie swoich podejrzeń dotyczących porównania z piorunami.
    
  Purdue podniósł mały tablet, którego często używał do pomiaru odległości i powierzchni, i rozłożył go ruchem palców, aż utworzył się na nim zarys zamku Wewelsburg. Stał, patrząc przez okno na zamek, najwyraźniej studiując trójdzielną konstrukcję swoim urządzeniem, śledząc linie wież i matematycznie porównując ich wysokości, na wypadek gdyby musieli to wiedzieć.
    
  "Purdue" - szepnęła Nina.
    
  Spojrzał na nią, wciąż nieobecny. Gestem wskazała mu, żeby usiadł obok niej.
    
  "Spójrzcie, w 1815 roku północna wieża zamku została podpalona, uderzona piorunem, a do 1934 roku w skrzydle południowym mieściła się plebania. Skoro mowa o północnej wieży i modlitwach, które rzekomo odbywały się w skrzydle południowym, to myślę, że jedno wskazuje nam lokalizację, a drugie, dokąd iść. Północna wieża, na górze".
    
  "Co jest na szczycie Północnej Wieży?" zapytał Perdue.
    
  "Wiem, że SS planowało wybudować kolejną salę, podobną do Sali Generałów SS, nad nią, ale najwyraźniej nigdy do niej nie doszło" - wspominała Nina w swojej rozprawie doktorskiej, w której opisywała mistycyzm praktykowany przez SS i niepotwierdzone plany wykorzystania wieży do rytuałów.
    
  Perdue zastanowił się przez chwilę. Kiedy Sam wyszedł z gabinetu lekarskiego, Perdue skinął głową. "Dobrze, wezmę kęs. To jest najbliższe rozwiązanie zagadki. Północna Wieża to zdecydowanie odpowiednie miejsce".
    
  Sam wyglądał jak ranny żołnierz, który właśnie wrócił z Bejrutu. Jego głowę zabandażowano, aby maść antyseptyczna nie rozmazała się na twarzy przez następną godzinę. Z powodu uszkodzenia oczu lekarz przepisał mu krople, ale przez dzień lub dwa nie będzie mógł dobrze widzieć.
    
  "No to moja kolej na gospodarza" - zażartował. "Wielen dank, Herr Doktor" - powiedział ze zmęczeniem, z najgorszym niemieckim akcentem, jaki kiedykolwiek mógł wykrzesać rodowity Niemiec. Nina zachichotała do siebie, uznając Sama za absolutnie uroczego; tak żałosnego i zgarbionego w bandażach. Chciała go pocałować, ale obiecała sobie, że nie teraz, gdy on jest zafascynowany Trish. Zostawiła pogrążonego w żałobie lekarza z miłym pożegnaniem i uściskiem dłoni, po czym cała trójka udała się do samochodu. Nieopodal czekał na nich stary budynek, dobrze zachowany i pełen strasznych tajemnic.
    
    
  Rozdział 27
    
    
  Perdue zarezerwował dla każdego z nich pokój hotelowy.
    
  Dziwne, że nie dzielił pokoju z Sam jak zwykle, skoro Nina pozbawiła go wszelkich przywilejów w ich związku. Sam zdał sobie sprawę, że chce być sam, ale pytanie brzmiało dlaczego. Odkąd opuścili dom w Kolonii, Purdue stał się poważniejszy i Sam nie sądził, że nagły wyjazd Agathy ma z tym cokolwiek wspólnego. Teraz nie mógł swobodnie rozmawiać o tym z Niną, bo nie chciał, żeby martwiła się czymś, co może być niczym.
    
  Zaraz po późnym obiedzie Sam zdjął bandaże. Nie chciał włóczyć się po zamku owinięty jak mumia i stać się pośmiewiskiem dla wszystkich cudzoziemców przechodzących przez muzeum i okoliczne budynki. Wdzięczny za okulary przeciwsłoneczne, mógł przynajmniej ukryć opłakany stan swoich oczu. Białka jego tęczówek były ciemnoróżowe, a stan zapalny nadał powiekom głęboki, bordowy odcień. Drobne rany na całej twarzy były jaskrawoczerwone, ale Nina przekonała go, by pozwolił jej nałożyć trochę makijażu na zadrapania, żeby były mniej widoczne.
    
  Mieli akurat tyle czasu, żeby odwiedzić zamek i sprawdzić, czy uda im się znaleźć to, o czym wspominał Werner. Purdue nie lubił zgadywać, ale tym razem nie miał wyboru. Udawali się do Sali Generalnej SS, a stamtąd musieli ustalić, co ich wyróżnia, czy w ogóle coś niezwykłego ich zaniepokoiło. To było najmniej, co mogli zrobić, zanim dopadną ich prześladowcy, którzy, miejmy nadzieję, zawęzili sprawę do dwóch klonów Rammsteina, których się pozbyli. Jednak ktoś ich wysłał i ten ktoś miał wysłać kolejnych pachołków, żeby zajęli ich miejsce.
    
  Wchodząc do pięknej, trójkątnej fortecy, Nina przypomniała sobie kamienne mury, które były wielokrotnie rozbudowywane, ponieważ budynki były burzone, odbudowywane, rozbudowywane i zdobione wieżami na przestrzeni dziejów, począwszy od IX wieku. Pozostał on jednym z najsłynniejszych zamków w Niemczech, a ona szczególnie ceniła jego historię. Cała trójka skierowała się prosto do Wieży Północnej, mając nadzieję, że teoria Niny ma choć trochę racji.
    
  Sam ledwo widział. Jego wzrok został zniekształcony tak, że widział głównie kontury obiektów, ale poza tym wszystko było nadal rozmazane. Nina wzięła go za ramię i poprowadziła, upewniając się, że nie potknie się na niezliczonych schodach budynku.
    
  "Czy mogę pożyczyć twój aparat, Sam?" - zapytał Perdue, rozbawiony tym, że dziennikarz, któremu prawie całkowicie zanikł wzrok, udawał, że nadal potrafi sfotografować wnętrze.
    
  "Jeśli chcesz. Nic nie widzę. Nie ma sensu nawet próbować" - ubolewał Sam.
    
  Gdy weszli do Sali Generalnej SS-Obergruppenführera, Nina skrzywiła się na widok wzoru namalowanego na szarej marmurowej posadzce.
    
  "Chciałabym po prostu na nią pluć, nie zwracając na siebie uwagi" - zaśmiała się Nina.
    
  "Na czym?" zapytał Sam.
    
  "Tego pieprzonego znaku tak nienawidzę" - odpowiedziała, gdy przejeżdżali przez ciemnozielone koło słoneczne, będące symbolem Zakonu Czarnego Słońca.
    
  "Nie pluj, Nino" - poradził sucho Sam. Purdue szedł naprzód, znów pogrążony w marzeniach. Podniósł aparat Sama, wsuwając teleskop między dłoń a kamerę. Używając teleskopu ustawionego na podczerwień, przeskanował ściany w poszukiwaniu ukrytych obiektów. W trybie termowizyjnym wykrył jedynie wahania temperatury w litej kamiennej konstrukcji, skanując ją w poszukiwaniu sygnatur cieplnych.
    
  Podczas gdy większość zwiedzających interesowała się pomnikiem Wewelsburg z lat 1933-1945, znajdującym się w dawnej wartowni SS na dziedzińcu zamku, trójka kolegów pilnie poszukiwała czegoś wyjątkowego. Nie wiedzieli, co to jest, ale dzięki wiedzy Niny, zwłaszcza o nazistowskiej historii Niemiec, potrafiła ona rozpoznać, kiedy coś było nie na miejscu w miejscu, które miało być duchowym centrum SS.
    
  Pod nimi znajdowało się niesławne sklepienie, czyli gruft, przypominająca grobowiec konstrukcja wpuszczona w fundamenty wieży i przypominająca grobowce mykeńskie z ich kopułowymi sklepieniami. Początkowo Nina myślała, że zagadkę mogą rozwiązać osobliwe otwory odpływowe w zagłębionym kręgu pod zenitem ze swastyką na kopule, ale według notatek Wernera musiała wejść wyżej.
    
  "Nie mogę się pozbyć wrażenia, że gdzieś tam w ciemnościach coś jest" - powiedziała Samowi.
    
  "Słuchaj, wejdźmy na najwyższy punkt Północnej Wieży i rozejrzyjmy się stamtąd. Nie szukamy tego, co jest wewnątrz zamku, ale na zewnątrz" - zasugerował Sam.
    
  "Dlaczego tak mówisz?" zapytała.
    
  "Jak powiedział Perdue... Semantyka..." wzruszył ramionami.
    
  Perdue wyglądał na zaintrygowanego: "Powiedz mi, mój dobry człowieku".
    
  Oczy Sama płonęły piekielnym ogniem między powiekami, ale nie mógł spojrzeć na Purdue'a, gdy ten się do niego zwracał. Opuszczając brodę na pierś, przezwyciężając ból, kontynuował: "Wszystko w tej ostatniej części odnosi się do rzeczy zewnętrznych, takich jak błyskawice i modlitwy. Większość teologicznych obrazów i starych rycin przedstawia modlitwy jako dym unoszący się ze ścian. Naprawdę myślę, że szukamy budynku gospodarczego lub części rolniczej, czegoś poza miejscem, gdzie bogowie rzucają ogień" - wyjaśnił.
    
  "Cóż, moje urządzenia nie wykryły żadnych obcych obiektów ani anomalii wewnątrz wieży. Sugeruję, żebyśmy trzymali się teorii Sama. I lepiej zróbmy to szybko, bo zbliża się ciemność" - potwierdził Perdue, podając Ninie kamerę.
    
  "Dobrze, chodźmy" - zgodziła się Nina, powoli ciągnąc Sama za rękę, aby mógł iść razem z nią.
    
  "Nie jestem ślepy, wiesz?" zażartował.
    
  "Wiem, ale to dobry pretekst, żeby cię przeciwko mnie nastawić" - uśmiechnęła się Nina.
    
  Znów to samo! Sam zamilkł. Uśmiechy, flirty, delikatne wsparcie. Jakie miała plany? Potem zaczął się zastanawiać, dlaczego kazała mu odpuścić i dlaczego powiedziała mu, że nie ma przyszłości. Ale teraz nie był czas na wywiad o sprawach bez znaczenia w życiu, w którym każda sekunda mogła być jego ostatnią.
    
  Z platformy na szczycie Wieży Północnej Nina spoglądała na rozległe, dziewicze piękno otaczające Wewelsburg. Poza malowniczymi, uporządkowanymi rzędami domów wzdłuż ulic i różnorodnymi odcieniami zieleni otaczającej wioskę, nie było tam nic istotnego. Sam siedział oparty plecami o szczyt zewnętrznego muru, osłaniając oczy przed chłodnym wiatrem wiejącym od szczytu bastionu.
    
  Podobnie jak Nina, Perdue nie widziała niczego niezwykłego.
    
  "Myślę, że dotarliśmy do kresu drogi, chłopaki" - przyznał w końcu. "Naprawdę się staraliśmy, ale to może być jakaś szarada, mająca na celu zmylenie tych, którzy nie wiedzą, co wiedział Werner".
    
  "Tak, muszę się zgodzić" - powiedziała Nina, patrząc na dolinę w dole z niemałym rozczarowaniem. "A ja nawet nie chciałam tego robić. Ale teraz czuję, że poniosłam porażkę".
    
  "No weź" - udawał Sam - "wszyscy wiemy, że nie potrafisz użalać się nad sobą, prawda?"
    
  "Zamknij się, Sam" - warknęła, krzyżując ramiona, żeby nie mógł polegać na jej wskazówkach. Sam, chichocząc pewnie, wstał i zmusił się do delektowania widokiem, przynajmniej do momentu, aż wyjdą. Nie wszedł tu tylko po to, żeby wyjść bez panoramy, bo bolały go oczy.
    
  "Musimy jeszcze ustalić, kim byli ci idioci, którzy do nas strzelali, Purdue. Założę się, że mieli coś wspólnego z tą Rachel w Halkirk" - upierała się Nina.
    
  "Nina?" - zawołał Sam zza nich.
    
  "No dalej, Nino. Pomóż temu biedakowi, zanim spadnie i umrze" - Pardew zaśmiał się pod nosem, widząc jej pozorną obojętność.
    
  "Nina!" krzyknął Sam.
    
  "O Jezu, Sam, uważaj na ciśnienie. Już idę" - warknęła, przewracając oczami w stronę Purdue.
    
  "Nina! Patrz!" - kontynuował Sam. Zdjął okulary przeciwsłoneczne, ignorując udrękę porywistego wiatru i ostre popołudniowe światło, które raziło go w zaczerwienione oczy. Ona i Perdue stały u jego boku, gdy patrzył w głąb lądu, pytając raz po raz: "Nie widzisz tego? Nie widzisz?"
    
  "Nie" - odpowiedzieli oboje.
    
  Sam zaśmiał się maniakalnie i wskazał stanowczą ręką, przesuwając się z prawej na lewą, bliżej murów zamku, zatrzymując się po skrajnej lewej stronie. "Jak możesz tego nie widzieć?"
    
  "Co widzisz?" - zapytała Nina, lekko zirytowana jego natarczywością, wciąż nie mogąc pojąć, na co wskazuje. Perdue zmarszczył brwi i wzruszył ramionami, patrząc na nią.
    
  "Tutaj jest pełno linii" - powiedział Sam, z zapartym tchem z zachwytu. "Mogą to być zarośnięte nachylenia, a może stare betonowe kaskady stworzone, by zapewnić podwyższoną platformę pod zabudowę, ale wyraźnie wyznaczają rozległą sieć szerokich, kolistych granic. Niektóre kończą się tuż za obrębem zamku, a inne znikają, jakby wgryzły się głębiej w trawę".
    
  "Czekaj" - powiedział Perdue. Ustawił teleskop, żeby móc obserwować teren.
    
  "Twój rentgenowski wzrok?" zapytał Sam, zerkając na sylwetkę Purdue swoim uszkodzonym wzrokiem, przez co wszystko wydawało się zniekształcone i żółte. "Hej, wyceluj tym w klatkę piersiową Niny, szybko!"
    
  Purdue roześmiał się głośno i oboje spojrzeli na nadąsaną twarz niezadowolonego historyka.
    
  "Nic, czego byście już nie widzieli, więc przestańcie się wygłupiać" - zażartowała pewnie, wywołując lekko chłopięcy uśmiech na twarzy obu mężczyzn. Nie dziwiło ich, że Nina po prostu się wygadała i wygłosiła tak typowo niezręczne uwagi. Spała z nimi obojgiem już kilka razy, więc nie rozumiała, dlaczego miałoby to być niestosowne.
    
  Purdue uniósł teleskop i zaczął skanować miejsce, w którym Sam rozpoczął swoją wyimaginowaną granicę. Początkowo wydawało się, że nic się nie zmieniło, poza kilkoma podziemnymi rurami kanalizacyjnymi przylegającymi do pierwszej ulicy za granicą. Potem to zobaczył.
    
  "O mój Boże!" - wyszeptał. Potem zaczął się śmiać jak poszukiwacz złota, który właśnie trafił na żyłę złota.
    
  "Co! Co!" - pisnęła Nina z podniecenia. Pobiegła do Purdue i stanęła przed nim, żeby zablokować urządzenie, ale on wiedział lepiej i trzymał ją na dystans, badając pozostałe punkty, gdzie skupisko podziemnych struktur zbiegało się i skręcało.
    
  "Posłuchaj, Nino" - powiedział w końcu - "mogę się mylić, ale wygląda na to, że tuż pod nami są jakieś podziemne struktury".
    
  Chwyciła teleskop, delikatnie, i przyłożyła go do oka. Niczym słaby hologram, wszystko pod ziemią zamigotało, gdy ultradźwięki emanujące z punktu laserowego tworzyły sonogram niewidzialnej materii. Oczy Niny rozszerzyły się z podziwu.
    
  "Brawo, panie Cleve" - Pardew pogratulował Samowi odkrycia tej niesamowitej sieci. "I to gołym okiem!"
    
  "Tak, dobrze, że zostałem postrzelony i prawie oślepłem, co?" Sam zaśmiał się i klepnął Perdue'a w ramię.
    
  "Sam, to nie jest śmieszne" - powiedziała Nina ze swojego punktu obserwacyjnego, wciąż przeczesując wzrokiem wzdłuż i wszerz to, co wyglądało na nekropolię lewiatana uśpioną pod Wewelsburgiem.
    
  "Moja wada. Zabawne, jeśli tak myślę" - odparł Sam, zadowolony z siebie, że uratował sytuację.
    
  "Nino, widzisz, gdzie zaczynają, najdalej od zamku, oczywiście. Musielibyśmy się wkraść z miejsca nieobjętego kamerami bezpieczeństwa" - zapytał Perdue.
    
  "Czekaj" - mruknęła, podążając za pojedynczą linią biegnącą przez całą sieć. "Kończy się pod cysterną, tuż za pierwszym dziedzińcem. Powinien być tam właz, przez który możemy zejść na dół".
    
  "Dobrze!" - wykrzyknął Perdue. "Tutaj rozpoczniemy naszą eksplorację speleologiczną. Prześpijmy się, żebyśmy zdążyli tu dotrzeć przed świtem. Muszę wiedzieć, jaką tajemnicę Wewelsburg skrywa przed współczesnym światem".
    
  Nina skinęła głową na znak zgody. "A co sprawia, że warto zabijać?"
    
    
  Rozdział 28
    
    
  Panna Maisie dokończyła wykwintną kolację, którą przygotowywała przez ostatnie dwie godziny. Częścią jej obowiązków w posiadłości było wykorzystywanie swoich kwalifikacji certyfikowanego szefa kuchni przy każdym posiłku. Pod nieobecność gospodyni dom dysponował niewielką liczbą służących, ale od niej nadal oczekiwano pełnego wykonywania obowiązków głównej gospodyni. Zachowanie obecnego mieszkańca niższego domu, przylegającego do głównej rezydencji, niezmiernie irytowało Maisie, ale musiała zachować jak największy profesjonalizm. Nienawidziła konieczności obsługiwania niewdzięcznej wiedźmy, która tymczasowo tam mieszkała, mimo że jej pracodawca jasno dał do zrozumienia, że jego gość zostanie u niej na czas nieokreślony.
    
  Gość była szorstką kobietą, która miała wystarczająco dużo pewności siebie, by zapełnić królewski statek, a jej nawyki żywieniowe były tak nietypowe i wybredne, jak można się było spodziewać. Początkowo weganka, odmawiała jedzenia dań z cielęciny i pasztecików, które Maisie tak pieczołowicie przygotowywała, preferując zamiast nich zieloną sałatę i tofu. Przez wszystkie lata pięćdziesięcioletnia kucharka nigdy nie spotkała się z tak banalnym i wręcz głupim składnikiem i nie kryła swojej dezaprobaty. Ku jej przerażeniu, gość, którego obsługiwała, doniósł o jej rzekomej niesubordynacji swojemu pracodawcy, a Maisie szybko otrzymała reprymendę, aczkolwiek przyjacielską, od właściciela.
    
  Kiedy w końcu oswoiła się z gotowaniem wegańskim, nieokrzesana krowa, dla której gotowała, miała czelność powiedzieć jej, że weganizm już nie jest jej pragnieniem i że woli stek, krwisty, z ryżem basmati. Maisie była wściekła z powodu niepotrzebnych niedogodności związanych z koniecznością wydawania domowego budżetu na drogie produkty wegańskie, które teraz marnowały się w magazynach, ponieważ wybredny konsument stał się mięsożercą. Nawet desery były surowo oceniane, niezależnie od tego, jak pyszne były. Maisie była jedną z czołowych szkockich piekarek i nawet wydała trzy własne książki kucharskie o deserach i dżemach w wieku czterdziestu lat, więc odrzucenie jej najlepszych prac przez gościa sprawiło, że mentalnie sięgnęła po butelki z przyprawami zawierające więcej toksycznych substancji.
    
  Jej gościem była imponująca kobieta, według tego, co jej powiedziano, przyjaciółka właściciela, ale otrzymała wyraźne instrukcje, by pod żadnym pozorem nie pozwalać pannie Mireli opuszczać udostępnionego jej domu. Maisie wiedziała, że ta protekcjonalna młoda kobieta nie była tam z własnej woli i że była uwikłana w globalną tajemnicę polityczną, której niejednoznaczność była niezbędna, by zapobiec pogrążeniu się świata w katastrofie, ostatnio spowodowanej II wojną światową. Gospodyni tolerowała słowne obelgi i młodzieńcze okrucieństwo ze strony gościa tylko po to, by zadowolić pracodawcę, ale w przeciwnym razie szybko rozprawiłaby się z krnąbrną kobietą, którą się opiekowała.
    
  Minęły prawie trzy miesiące, odkąd przywieziono ją do Thurso.
    
  Maisie była przyzwyczajona do niekwestionowania woli swojego pracodawcy, ponieważ go uwielbiała, a on zawsze miał dobry powód na wszelkie dziwaczne prośby, które do niej kierował. Pracowała dla Dave'a Perdue przez większość ostatnich dwóch dekad, zajmując różne stanowiska w jego trzech posiadłościach, aż do momentu, gdy powierzono jej to zadanie. Każdego wieczoru, po tym, jak panna Mirela sprzątnęła naczynia po kolacji i ustawiła zabezpieczenia, Maisie miała dzwonić do swojego pracodawcy i zostawiać mu wiadomość, że pies został nakarmiony.
    
  Ani razu nie zapytała dlaczego, ani nie wzbudziło to w niej wystarczającego zainteresowania. Panna Maisie, niemal mechaniczna w swoim oddaniu, robiła tylko to, co jej kazano, za odpowiednią cenę, a pan Perdue płacił bardzo dobrze.
    
  Jej wzrok powędrował ku zegarowi kuchennemu, umieszczonemu bezpośrednio nad tylnymi drzwiami prowadzącymi do domku gościnnego. Miejsce to nazywano domem gościnnym tylko w przyjazny sposób, ze względów przyzwoitości. W rzeczywistości było to niewiele więcej niż pięciogwiazdkowa cela, z niemal wszystkimi udogodnieniami, z jakich korzystałaby mieszkanka, gdyby była wolna. Oczywiście, zabronione było używanie urządzeń komunikacyjnych, a budynek był sprytnie wyposażony w urządzenia do szyfrowania sygnału satelitarnego i sygnału, których przebicie zajęłoby tygodnie, nawet przy użyciu najbardziej zaawansowanego sprzętu i bezprecedensowych ataków hakerskich.
    
  Kolejną przeszkodą, z którą zetknęli się goście, były ograniczenia fizyczne pensjonatu.
    
  Niewidoczne, dźwiękoszczelne ściany zostały wyposażone w czujniki termowizyjne, które stale monitorowały temperaturę ludzkiego ciała wewnątrz, aby natychmiast ostrzegać o wszelkich zakłóceniach.
    
  Główne urządzenie z lustrem, umieszczone na zewnątrz pensjonatu, wykorzystywało wielowiekową sztuczkę iluzjonistów z minionych epok - zaskakująco proste i skuteczne oszustwo. Dzięki temu miejsce było niewidoczne bez wnikliwej obserwacji i wprawnego oka, nie wspominając o chaosie, jaki powodowało podczas burz. Znaczna część posiadłości została zaprojektowana tak, aby odwracać uwagę i zatrzymywać to, co miało pozostać uwięzione.
    
  Tuż przed godziną 20:00 Maisie przygotowała kolację dla gości.
    
  Noc była chłodna, a wiatr kapryśny, gdy przejeżdżała pod wysokimi sosnami i ogromnymi paprociami skalnego ogrodu, który rozciągał się nad ścieżką niczym gigantyczne palce. Wieczorne światła posiadłości oświetlały ścieżki i rośliny niczym ziemskie gwiazdy, a Maisie wyraźnie widziała, dokąd idzie. Wstukała pierwszy kod do zewnętrznych drzwi, weszła i zamknęła je za sobą. Domek gościnny, niczym właz łodzi podwodnej, miał dwa wejścia: zewnętrzne i boczne, prowadzące do budynku.
    
  Wchodząc do drugiego pomieszczenia, Maisie zastała panującą tam grobową ciszę.
    
  Zazwyczaj telewizor był włączony, podłączony do głównego domu, a wszystkie światła włączane i wyłączane z głównego gniazdka były zgaszone. Niepokojący zmierzch ogarnął meble, a w pokojach panowała cisza; nie słychać było nawet szumu wentylatorów.
    
  "Obiad dla pani", powiedziała Maisie szorstko, jakby nic się nie stało. Była zaniepokojona dziwnymi okolicznościami, ale nie była nimi zaskoczona.
    
  Gość groził jej już wiele razy, obiecując nieuniknioną, bolesną śmierć, ale częścią natury gospodyni było przymykanie oczu na sprawy i ignorowanie pustych gróźb niezadowolonych dzieciaków, takich jak panna Mirela.
    
  Oczywiście Maisie nie miała pojęcia, że Mirela, jej niegrzeczna gościni, przez ostatnie dwie dekady przewodziła jednej z najbardziej przerażających organizacji na świecie i zrobiłaby wszystko, co obiecałaby swoim wrogom. Maisie nie wiedziała, że Mirela to Renata z Zakonu Czarnego Słońca, obecnie przetrzymywana jako zakładniczka przez Dave'a Perdue, która miała posłużyć jako karta przetargowa przeciwko Radzie, gdy nadejdzie czas. Perdue wiedział, że ukrywanie Renaty przed Radą da mu cenny czas na zawarcie potężnego sojuszu z Brygadą Renegatów, wrogami Czarnego Słońca. Rada próbowała ją obalić, ale podczas jej nieobecności Czarne Słońce nie mogło jej zastąpić, dając tym samym sygnał o swoich zamiarach.
    
  "Pani, w takim razie zostawię pani obiad na stole w jadalni" - oznajmiła Maisie, nie chcąc, by obce otoczenie ją zaniepokoiło.
    
  Gdy się odwróciła, żeby wyjść, od drzwi powitał ją przerażająco wysoki mężczyzna.
    
  "Myślę, że powinniśmy zjeść razem kolację dziś wieczorem, nie zgadzasz się?" - nalegał stalowy głos Mireli.
    
  Maisie przez chwilę rozważała zagrożenie, jakie stwarzała Mirela, i nie lekceważąc z natury bezdusznej, po prostu się zgodziła: "Oczywiście, proszę pani. Ale zarobiłam tylko na jedną osobę".
    
  "Och, nie ma się czym martwić" - Mirela uśmiechnęła się, gestykulując niedbale, a jej oczy błyszczały jak u kobry. "Możesz jeść. Dotrzymam ci towarzystwa. Przyniosłaś wino?"
    
  "Oczywiście, proszę pani. Skromne słodkie wino do kornwalijskiego ciasta, które upiekłam specjalnie dla pani" - odpowiedziała grzecznie Maisie.
    
  Mirela jednak dostrzegała, że pozorny brak troski gospodyni graniczył z protekcjonalnością; był to najbardziej irytujący czynnik, który prowokował Mireli bezpodstawną wrogość. Po tylu latach przewodzenia najstraszniejszej sekcie nazistowskich maniaków, nigdy nie tolerowała nieposłuszeństwa.
    
  "Jakie są kody do drzwi?" zapytała szczerze, wyciągając zza pleców długi drążek do zasłon w kształcie włóczni.
    
  "Och, to tylko dla personelu i służby, proszę pani. Jestem pewna, że pani rozumie" - wyjaśniła Maisie. Jednak w jej głosie nie było ani krzty niepokoju, a jej oczy spotkały się z oczami Mireli. Mirela przyłożyła ostrze do gardła Maisie, skrycie licząc na to, że gospodyni da jej pretekst do przesunięcia ostrza. Ostra krawędź wbiła się w skórę gospodyni, przebijając ją na tyle, by na jej powierzchni utworzyła się ładna kropla krwi.
    
  "Mądrze by było, gdyby pani schowała tę broń, proszę pani" - poradziła nagle Maisie, a jej głos brzmiał niemal nienaturalnie. Jej słowa zabrzmiały z ostrym akcentem, znacznie głębszym niż jej zwykła, radosna kadencja. Mirela nie mogła uwierzyć we własną bezczelność i odrzuciła głowę do tyłu, parskając śmiechem. Najwyraźniej zwykła pokojówka nie miała pojęcia, z kim ma do czynienia, i żeby to podkreślić, Mirela uderzyła Maisie w twarz giętkim aluminiowym prętem. Pozostawił on piekący ślad na twarzy gospodyni, która otrząsnęła się po ciosie.
    
  "Powinnaś powiedzieć mi, czego potrzebuję, zanim się ciebie pozbędę" - zadrwiła Mirela, uderzając Maisie w kolana po raz kolejny, co wywołało u służącej krzyk agonii. "Teraz!"
    
  Gospodyni szlochała, chowając twarz w kolanach.
    
  "I możesz sobie jęczeć, ile chcesz!" - warknęła Mirela, trzymając broń gotową do przebicia czaszki kobiety. "Jak wiesz, to przytulne gniazdko jest dźwiękoszczelne".
    
  Maisie podniosła wzrok, jej duże, niebieskie oczy nie wyrażały tolerancji ani uległości. Jej usta wygięły się, odsłaniając zęby, i z nieziemskim pomrukiem, który wyrwał się z głębi jej brzucha, rzuciła się na niego.
    
  Mirela nie zdążyła zamachnąć się bronią, gdy Maisie złamała jej kostkę jednym, potężnym ciosem w goleń. Upadając, Mirela upuściła broń, a jej noga pulsowała potwornym bólem. Mirela wyrzuciła z siebie strumień nienawistnych gróźb poprzez ochrypłe krzyki, ból i wściekłość walczyły w niej.
    
  Mirela z kolei nie wiedziała, że Maisie została zwerbowana do Thurso nie ze względu na swoje umiejętności kulinarne, lecz za jej skuteczność w walce. W razie ucieczki miała za zadanie uderzyć z najwyższą stanowczością i w pełni wykorzystać swoje wyszkolenie jako agentka Skrzydła Rangerów Armii Irlandzkiej, czyli Fian óglach. Od momentu przejścia do cywila, Maisie McFadden była dostępna do wynajęcia, głównie jako osobista ochrona, i to właśnie tam Dave Purdue szukał jej usług.
    
  "Krzycz, ile chcesz, panno Mirela" - głęboki głos Maisie przebił się przez jej wijącego się wroga. "To bardzo kojące. I zapewniam cię, że dziś wieczorem będziesz tego robić bardzo mało".
    
    
  Rozdział 29
    
    
  Dwie godziny przed świtem Nina, Sam i Perdue przeszli ostatnie trzy przecznice ulicą osiedlową, starając się nikogo nie zaalarmować. Zaparkowali samochód w sporej odległości, wśród rzędu samochodów zaparkowanych na noc, aby był stosunkowo niezauważalny. W kombinezonach i z liną trójka kolegów wspięła się na ogrodzenie ostatniego domu na ulicy. Nina podniosła wzrok z miejsca, w którym wylądowała, i wpatrywała się w budzącą grozę sylwetkę potężnej starożytnej fortecy na wzgórzu.
    
  Wewelsburg.
    
  W milczeniu prowadził wioskę, czuwając nad duszami jej mieszkańców z mądrością wieków. Zastanawiała się, czy zamek wie o ich obecności, a przy odrobinie wyobraźni, czy zamek pozwoli im zbezcześcić swoje podziemne sekrety.
    
  "Chodź, Nino" - usłyszała szept Purdue. Z pomocą Sama otworzył dużą, kwadratową, żelazną klapę, znajdującą się w najdalszym kącie podwórka. Byli bardzo blisko cichego, ciemnego domu i starali się poruszać bezszelestnie. Na szczęście klapa była w większości zarośnięta chwastami i wysoką trawą, co pozwoliło im bezszelestnie prześlizgnąć się po otaczającym terenie, gdy ją otwierali.
    
  Cała trójka stała wokół czarnej, rozwartej paszczy w trawie, dodatkowo przyćmionej ciemnością. Nawet latarnia uliczna nie oświetlała im podłoża, przez co ryzykowna była próba wniknięcia do otworu bez upadku i zranienia się. Gdy znaleźli się pod krawędzią, Perdue włączył latarkę, aby sprawdzić otwór odpływowy i stan rury poniżej.
    
  "O Boże, nie mogę uwierzyć, że znowu to robię" - jęknęła pod nosem Nina, a jej ciało napięło się z klaustrofobii. Po wyczerpujących spotkaniach z włazami łodzi podwodnych i niezliczonymi innymi trudno dostępnymi miejscami, przysięgła sobie, że nigdy więcej nie narazi się na coś takiego - a jednak...
    
  "Nie martw się" - uspokoił ją Sam, głaszcząc ją po ramieniu. "Jestem tuż za tobą. Poza tym, z tego co widzę, to bardzo szeroki tunel".
    
  "Dziękuję, Sam" - powiedziała beznadziejnie. "Nieważne, jak szeroki jest. To wciąż tunel".
    
  Z czarnej dziury wyłoniła się twarz Purdue: "Nina".
    
  "Dobra, dobra" - westchnęła i rzuciwszy ostatnie spojrzenie na kolosalny zamek, zstąpiła w ziejące piekło, które na nią czekało. Ciemność była namacalną ścianą łagodnego losu wokół Niny i potrzebowała całej swojej odwagi, by nie wyrwać się ponownie. Jedynym pocieszeniem było to, że towarzyszyło jej dwóch bardzo zdolnych i głęboko troskliwych mężczyzn, którzy zrobiliby wszystko, by ją chronić.
    
  Z drugiej strony ulicy, ukryte za gęstymi krzakami zaniedbanego grzbietu i jego dzikim listowiem, para łzawiących oczu wpatrywała się w trójkę, gdy ta schowała się pod krawędzią włazu za zewnętrzną cysterną domu.
    
  Błąkając się po kostki w błotnistej rurze odpływowej, ostrożnie czołgali się w kierunku zardzewiałej, żelaznej kraty oddzielającej rurę od szerszej sieci kanałów. Nina chrząknęła z niezadowolenia, przechodząc pierwsza przez śliski portal, a Sam i Perdue z przerażeniem czekali na swoją kolej. Gdy cała trójka przeszła, ponownie założyli kratę. Perdue otworzył swój maleńki rozkładany tablet i jednym ruchem jego wydłużonych palców urządzenie rozszerzyło się do rozmiarów katalogu. Uniósł je do trzech oddzielnych wejść do tunelu, synchronizując je z wcześniej wprowadzonymi danymi podziemnej struktury, aby znaleźć odpowiednie przejście - rurę, która zapewniłaby im dostęp do krawędzi ukrytej budowli.
    
  Na zewnątrz wiatr wył niczym złowieszcze ostrzeżenie, naśladując jęki zagubionych dusz dochodzące przez wąskie szczeliny w pokrywie luku, a powietrze przepływające przez różne kanały wokół nich owiało ich cuchnącym oddechem. Wewnątrz tunelu było znacznie zimniej niż na powierzchni, a chodzenie po brudnej, lodowatej wodzie tylko pogarszało doznania.
    
  "Tunel na samym końcu po prawej" - oznajmił Purdue, gdy jasne linie na jego tablecie pokryły się z pomiarami, które zarejestrował.
    
  "W takim razie ruszamy w nieznane" - dodał Sam, otrzymując niewdzięczne skinienie głowy od Niny. Nie chciał jednak, żeby jego słowa zabrzmiały tak ponuro i po prostu wzruszył ramionami, widząc jej reakcję.
    
  Po przejściu kilku metrów Sam wyciągnął z kieszeni kredę i zaznaczył nią ścianę, przez którą weszli. Dźwięk drapania przestraszył Perdue i Ninę i odwrócili się.
    
  "Na wszelki wypadek..." - zaczął wyjaśniać Sam.
    
  "O czym?" wyszeptała Nina.
    
  "Na wypadek, gdyby Purdue straciło swoją technologię. Nigdy nic nie wiadomo. Zawsze mam słabość do staromodnych tradycji. Zazwyczaj przetrwa promieniowanie elektromagnetyczne lub rozładowane baterie" - powiedział Sam.
    
  "Mój tablet nie działa na baterie, Sam" - przypomniał mu Purdue i ruszył dalej zwężającym się korytarzem.
    
  "Nie wiem, czy dam radę" - powiedziała Nina, zatrzymując się w miejscu i zwracając uwagę na mniejszy tunel przed sobą.
    
  "Oczywiście, że możesz" - wyszeptał Sam. "Chodź tu, weź mnie za rękę".
    
  "Nie chcę odpalać tu rakiety, dopóki nie będziemy pewni, że jesteśmy poza zasięgiem tego domu" - powiedział Perdue.
    
  "W porządku" - odpowiedział Sam. "Mam Ninę".
    
  Pod ramionami, przyciśniętymi do jego ciała, gdzie trzymał Ninę, czuł, jak jej ciało drży. Wiedział, że to nie zimno ją przeraża. Mógł jedynie mocno ją przycisnąć i głaskać kciukiem jej dłoń, by ją uspokoić, gdy przechodzili przez dolną część sufitu. Purdue był pochłonięty mapowaniem i monitorowaniem każdego jego kroku, podczas gdy Sam musiał manewrować niechętnym ciałem Niny i swoim w gardle nieznanej sieci, która teraz ich otaczała. Nina poczuła lodowaty dotyk podziemnego ruchu powietrza na szyi, a z daleka dostrzegła krople wody spływającej po kaskadowych strumieniach ścieków.
    
  "Chodźmy" - powiedział nagle Purdue. Odkrył nad nimi coś w rodzaju zapadni, kutą żelazną bramę osadzoną w cemencie, wyrzeźbioną w misterny wzór krzywizn i zawijasów. Zdecydowanie nie było to wejście służbowe, jak właz i odpływy. Najwyraźniej, z jakiegoś powodu, miało charakter dekoracyjny, być może sugerując, że to wejście do kolejnej podziemnej budowli, a nie kolejna krata. Był to okrągły, płaski dysk w kształcie misternej swastyki, wykuty z czarnego żelaza i brązu. Skręcone ramiona symbolu i krawędzie bramy były starannie ukryte przez wieki zużycia. Zastygłe zielone glony i erozyjna rdza mocno przytwierdziły dysk do otaczającego sufitu, uniemożliwiając jego otwarcie. W rzeczywistości był on mocno, nieruchomo zamocowany ręcznie.
    
  "Wiedziałam, że to zły pomysł" - zaśpiewała Nina zza Perdue. "Wiedziałam, że powinnam była uciec, kiedy znaleźliśmy pamiętnik".
    
  Mówiła do siebie, ale Sam wiedział, że to intensywność strachu przed otoczeniem, w którym się znajdowała, wprawiła ją w stan niemal paniki. Wyszeptał: "Wyobraź sobie, co znajdziemy, Nino. Wyobraź sobie, przez co przeszedł Werner, żeby to ukryć przed Himmlerem i jego zwierzętami. To musi być coś naprawdę wyjątkowego, pamiętasz?". Sam czuła się, jakby namawiała malucha do jedzenia warzyw, ale jego słowa miały pewien wydźwięk dla drobnej historyczki, która zamarła w jego ramionach do łez. W końcu postanowiła z nim pójść.
    
  Po kilku próbach Perdue'a, by wyrwać śrubę z roztrzaskanego walca, spojrzał na Sama i poprosił go, by sprawdził w torbie, czy nie ma w niej ręcznej palnika, który umieścił w zapinanej na suwak saszetce. Nina kurczowo trzymała się Sama, bojąc się, że ciemność go pochłonie, jeśli go puści. Jedynym światłem, jakie mieli, była słaba latarka LED, a w tej nieprzeniknionej ciemności dawała światło niczym świeca w jaskini.
    
  "Perdue, myślę, że powinieneś też spalić pętlę. Wątpię, żeby po tylu latach jeszcze się kręciła" - poradził Sam Perdue, który skinął głową na znak zgody, zapalając małe narzędzie do cięcia żelaza. Nina wciąż się rozglądała, gdy iskry oświetlały brudne, stare betonowe ściany ogromnych kanałów i pomarańczową poświatę, która od czasu do czasu przybierała na sile. Myśl o tym, co mogłaby zobaczyć w jednej z tych jasnych chwil, przerażała Ninę śmiertelnie. Kto wie, co może czaić się w tym wilgotnym, ciemnym miejscu, które rozciągało się na hektary pod ziemią?
    
  Wkrótce potem brama wyrwała się z rozgrzanych do czerwoności zawiasów i roztrzaskała się na boki, zmuszając obu mężczyzn do przeniesienia ciężaru ciała na ziemię. Z głośnym sapaniem i sapaniem ostrożnie opuścili bramę, aby zachować ciszę, na wypadek gdyby hałas mógł przyciągnąć uwagę kogoś w zasięgu słuchu.
    
  Jeden po drugim wchodzili w ciemną przestrzeń nad nimi, miejsce, które natychmiast nabrało innego charakteru i zapachu. Sam ponownie zaznaczył ścianę, czekając, aż Perdue znajdzie drogę na swoim małym tablecie. Na ekranie pojawił się skomplikowany układ linii, utrudniający odróżnienie wyższych tuneli od tych nieco niższych. Perdue westchnął. Nie był typem, który się gubi i popełnia błędy, zazwyczaj tak się nie zdarza, ale musiał przyznać, że nie był pewien swoich kolejnych kroków.
    
  "Odpal flarę, Purdue. Proszę. Proszę" - szepnęła Nina w martwą ciemność. Nie było tu żadnego dźwięku - ani kapania, ani wody, ani ruchu wiatru, który nadałby temu miejscu choćby pozory życia. Nina poczuła, jak serce ściska się jej w piersi. Tam, gdzie teraz stali, okropny zapach spalonych przewodów i kurzu unosił się ciężko z każdym jej słowem, lakonicznym, gdy je mamrotała. Przypominało to Ninie trumnę; bardzo małą, ciasną trumnę, w której nie było miejsca na ruch ani oddech. Stopniowo ogarniała ją fala paniki.
    
  "Purdue!" - nalegał Sam. "Flash. Nina nie radzi sobie dobrze w tym środowisku. Poza tym musimy wiedzieć, dokąd zmierzamy".
    
  "O mój Boże, Nino. Oczywiście. Bardzo mi przykro" - przeprosiła Perdue, sięgając po flarę.
    
  "To miejsce wydaje się takie małe!" - wysapała Nina, padając na kolana. "Czuję ściany na swoim ciele! O, słodki Jezu, zaraz tu umrę. Sam, proszę, pomóż!" W głębokiej ciemności jej westchnienia przerodziły się w przyspieszony oddech.
    
  Ku jej ogromnej uldze, trzask flesza wywołał oślepiające światło, a ona poczuła, jak jej płuca rozszerzają się od głębokiego wdechu. Cała trójka zmrużyła oczy od nagłej jasności, czekając, aż ich wzrok się przyzwyczai. Zanim Nina zdążyła nacieszyć się ironią ogromu tego miejsca, usłyszała, jak Perdue mówi: "Święta Matko Boska!".
    
  "Wygląda jak statek kosmiczny!" wtrącił Sam, a jego szczęka opadła ze zdumienia.
    
  Jeśli Nina uważała, że wizja zamkniętej przestrzeni wokół niej jest niepokojąca, teraz miała powód, by to przemyśleć. Lewiatanowa konstrukcja, w której się znaleźli, miała w sobie coś przerażającego, coś pomiędzy podziemnym światem cichego onieśmielenia a groteskową prostotą. Szerokie łuki nad głowami wyłaniały się z gładkich, szarych ścian, które zlewały się z podłogą, zamiast łączyć ją prostopadle.
    
  "Słuchaj" - powiedział podekscytowany Perdue, podnosząc palec wskazujący i rozglądając się po dachu.
    
  "Nic" - zauważyła Nina.
    
  "Nie. Może nic w sensie konkretnego dźwięku, ale posłuchaj... w tym obszarze panuje ciągły szum" - zauważył Perdue.
    
  Sam skinął głową. Też to słyszał. Jakby tunel ożył, z ledwo wyczuwalną wibracją. Po obu stronach wielka sala rozpłynęła się w ciemności, której jeszcze nie rozświetlili.
    
  "Dostaję gęsiej skórki" - powiedziała Nina, mocno przyciskając dłonie do piersi.
    
  "Jest nas dwóch, bez wątpienia" - uśmiechnął się Perdue - "a jednak nie sposób nie podziwiać tego".
    
  "Tak" - zgodził się Sam, wyciągając aparat. Na zdjęciu nie było żadnych widocznych szczegółów, ale sama wielkość i gładkość tuby były cudem samym w sobie.
    
  "Jak oni zbudowali to miejsce?" zastanawiała się głośno Nina.
    
  Najwyraźniej miał powstać podczas okupacji Wewelsburga przez Himmlera, ale nigdy nie było o nim wzmianki, a z pewnością żadne rysunki zamku nie wspominały o istnieniu takich budowli. Okazuje się, że sama wielkość zamku wymagała znacznych umiejętności inżynieryjnych ze strony budowniczych, podczas gdy świat na powierzchni najwyraźniej nie zauważył wykopalisk prowadzonych poniżej.
    
  "Założę się, że do budowy tego miejsca wykorzystano więźniów obozów koncentracyjnych" - zauważył Sam, robiąc kolejne zdjęcie, włączając Ninę w kadr, aby w pełni oddać rozmiar tunelu w stosunku do niej. "Właściwie to prawie tak, jakbym wciąż ich tu czuł".
    
    
  Rozdział 30
    
    
  Purdue uznał, że powinni podążać za liniami na jego tablicy, które teraz wskazywały na wschód, przez tunel, w którym się znajdowali. Na małym ekranie zamek był oznaczony czerwoną kropką, a stamtąd, niczym gigantyczny pająk, rozchodził się rozciągły system tuneli, rozchodzący się głównie w trzech głównych kierunkach.
    
  "Uważam za niezwykłe, że po tak długim czasie w tych kanałach nie ma już prawie żadnych śmieci ani śladów erozji" - zauważył Sam, podążając za Perdue w ciemność.
    
  "Zgadzam się. Bardzo nieprzyjemnie jest myśleć, że to miejsce pozostaje puste, a przecież nie ma tu śladów tego, co działo się tu podczas wojny" - zgodziła się Nina, a jej duże brązowe oczy chłonęły każdy szczegół ścian i ich zaokrąglenia łączące się z podłogą.
    
  "Co to za dźwięk?" zapytał ponownie Sam, zirytowany jego nieustannym buczeniem, tak stłumionym, że niemal zlewał się z ciszą w ciemnym tunelu.
    
  "Przypomina mi to jakąś turbinę" - powiedział Perdue, marszcząc brwi na widok dziwnego obiektu, który pojawił się kilka metrów przed nim na jego diagramie. Zatrzymał się.
    
  "Co to jest?" zapytała Nina z nutą paniki w głosie.
    
  Purdue kontynuował podróż w wolniejszym tempie, z niepokojem patrząc na kwadratowy obiekt, którego nie potrafił zidentyfikować po jego schematycznym kształcie.
    
  "Zostań tutaj" - wyszeptał.
    
  "Nie ma mowy", powiedziała Nina, ponownie biorąc Sama pod ramię. "Nie zostawisz mnie w ciemności".
    
  Sam się uśmiechnął. Miło było znów poczuć się tak użytecznym dla Niny i cieszył się jej nieustannym dotykiem.
    
  "Turbiny?" powtórzył Sam, kiwając głową z namysłem. Miało to sens, jeśli ta sieć tuneli rzeczywiście była wykorzystywana przez nazistów. Byłby to bardziej tajny sposób wytwarzania energii elektrycznej, podczas gdy wspomniany świat pozostawałby nieświadomy jej istnienia.
    
  Z cienia przed sobą Sam i Nina usłyszeli podekscytowany raport Purdue'a: "Ach! Wygląda jak generator!"
    
  "Dzięki Bogu" - westchnęła Nina - "nie wiem, jak długo dam radę iść w tej całkowitej ciemności".
    
  "Od kiedy boisz się ciemności?" zapytał ją Sam.
    
  "Nie jestem taka. Ale przebywanie w nieotwartym, przerażającym podziemnym hangarze, bez światła, żeby zobaczyć otoczenie, jest trochę niepokojące, nie sądzisz?" - wyjaśniła.
    
  "Tak, rozumiem to."
    
  Błysk zgasł zbyt szybko, a powoli narastająca ciemność otuliła ich niczym płaszcz.
    
  "Sam" - powiedział Perdue.
    
  "Już się robi" - odpowiedział Sam, kucając, żeby wyciągnąć z torby kolejną flarę.
    
  W ciemności rozległ się brzęk, gdy Perdue majstrował przy zakurzonej maszynie.
    
  "To nie jest typowy generator. Jestem pewien, że to jakieś zaawansowane urządzenie zaprojektowane do różnych funkcji, ale nie mam pojęcia, jakie to funkcje" - powiedział Perdue.
    
  Sam zapalił kolejną racę, ale nie dostrzegł poruszających się postaci zbliżających się w tunelu za nimi. Nina kucnęła obok Purdue, by przyjrzeć się pokrytej pajęczynami pralce. Umieszczona w solidnej metalowej ramie, przypominała Ninie starą pralkę. Z przodu znajdowały się grube pokrętła, każde z czterema ustawieniami, ale oznaczenia wyblakły, uniemożliwiając rozpoznanie, do czego służą.
    
  Długie, wyćwiczone palce Purdue'a bawiły się drutami z tyłu.
    
  "Uważaj, Perdue" - nalegała Nina.
    
  "Nie martw się, kochanie" - uśmiechnął się. "Mimo to jestem wzruszony twoją troską. Dziękuję."
    
  "Nie bądź zarozumiały. Mam teraz tu i ówdzie aż nadto na głowie" - warknęła, klepiąc go po ramieniu, co wywołało u niego chichot.
    
  Sam nie mógł powstrzymać się od uczucia niepokoju. Jako światowej sławy dziennikarz, odwiedził już wiele najniebezpieczniejszych miejsc i spotkał jednych z najbardziej okrutnych ludzi i miejsc na świecie, ale musiał przyznać, że dawno nie czuł się tak nieswojo w tej atmosferze. Gdyby Sam był przesądny, prawdopodobnie wyobrażałby sobie, że tunele są nawiedzone.
    
  Z samochodu rozległ się głośny trzask i deszcz iskier, a następnie wymuszony, nierówny rytm. Nina i Perdue cofnęli się, by uchronić się przed nagłym ożywieniem pojazdu, i usłyszeli, jak silnik stopniowo nabiera prędkości, ustabilizowując się na stałym poziomie.
    
  "Pracuje na biegu jałowym jak traktor" - zauważyła Nina, nie zwracając się do nikogo konkretnego. Dźwięk ten przywodził jej na myśl dzieciństwo, kiedy budziła się przed świtem, słysząc odgłos uruchamianego traktora dziadka. To było całkiem miłe wspomnienie tutaj, w tej opuszczonej, obcej krainie duchów i nazistowskiej historii.
    
  Jedna po drugiej zapalały się skromne kinkiety. Ich twarde plastikowe obudowy były przez lata zaśmiecone martwymi owadami i kurzem, co znacznie osłabiało oświetlenie żarówek w środku. Ku zaskoczeniu wszystkich, cienkie okablowanie wciąż działało, ale zgodnie z oczekiwaniami, światło było co najwyżej słabe.
    
  "No cóż, przynajmniej widzimy, dokąd zmierzamy" - powiedziała Nina, patrząc na pozornie niekończący się odcinek tunelu, który skręcał lekko w lewo kilka metrów przed nią. Z jakiegoś dziwnego powodu ten zakręt wywołał u Sama złe przeczucie, ale zachował je dla siebie. Nie mógł się go pozbyć - i miał ku temu dobry powód.
    
  Za nimi, w słabo oświetlonym przejściu podziemnego świata, w którym się znajdowali, poruszało się pięć małych cieni, tak samo jak wcześniej, gdy Nina ich nie zauważyła.
    
  "Chodźmy zobaczyć, co jest po drugiej stronie" - zasugerował Perdue, odchodząc z torbą zapinaną na suwak przewieszoną przez ramię. Nina pociągnęła Sama za sobą i szli w milczeniu i ciekawości, a jedynymi dźwiękami były ciche szumy turbiny i odgłos ich kroków, odbijający się echem w rozległej przestrzeni.
    
  "Perdue, musimy to zrobić szybko. Jak ci wczoraj przypominałam, Sam i ja musimy wkrótce wrócić do Mongolii" - nalegała Nina. Zrezygnowała z prób dowiedzenia się, gdzie jest Renata, ale miała nadzieję wrócić do Berna z jakimś pocieszeniem, zrobić cokolwiek, by zapewnić go o swojej lojalności. Sam powierzył zadanie sprawdzenia przez Perdue miejsca pobytu Renaty Ninie, ponieważ była przez niego bardziej faworyzowana niż Sam.
    
  "Wiem, moja droga Nino. I wszystko się wyjaśni, gdy tylko dowiemy się, co Erno wiedział i dlaczego wysłał nas akurat do Wewelsburga. Obiecuję, że dam sobie radę, ale na razie po prostu pomóż mi odkryć tę nieuchwytną tajemnicę" - zapewnił ją Purdue. Nawet nie spojrzał na Sama, obiecując pomoc. "Wiem, czego chcą. Wiem, dlaczego cię tu wysłali".
    
  Nina zdała sobie sprawę, że na razie to wystarczy i postanowiła nie naciskać dalej.
    
  "Słyszysz to?" - zapytał nagle Sam, nastawiając uszu.
    
  "Nie, co?" Nina zmarszczyła brwi.
    
  "Słuchajcie!" - upomniał go Sam z poważnym wyrazem twarzy. Zatrzymał się w miejscu, żeby lepiej słyszeć stukanie i tykanie za nimi w ciemności. Teraz Perdue i Nina też to usłyszeli.
    
  "Co to jest?" zapytała Nina, a w jej głosie wyraźnie słychać było drżenie.
    
  "Nie wiem" - szepnęła Purdue, unosząc otwartą dłoń, by dodać otuchy jej i Samowi.
    
  Światło ze ścian stopniowo stawało się jaśniejsze i słabsze, w miarę jak prąd wznosił się i opadał przez stare miedziane przewody. Nina rozejrzała się i westchnęła tak głośno, że jej przerażenie poniosło się echem po całym rozległym labiryncie.
    
  "O, Jezu!" krzyknęła, ściskając ręce obojga towarzyszy, a na jej twarzy malował się nieopisany strach.
    
  Za nimi, z ciemnej kryjówki w oddali, wyszło pięć czarnych psów.
    
  "Dobra, jak surrealistyczne to jest? Czy widzę to, co myślę, że widzę?" - zapytał Sam, szykując się do ucieczki.
    
  Purdue pamiętał zwierzęta z katedry w Kolonii, gdzie on i jego siostra zostali uwięzieni. Były tej samej rasy, z tą samą skłonnością do absolutnej dyscypliny, więc musiały to być te same psy. Ale teraz nie miał czasu, by zastanawiać się nad ich obecnością ani pochodzeniem. Nie miały innego wyboru, jak...
    
  "Uciekaj!" krzyknął Sam, niemal przewracając Ninę szybkością swojego ataku. Perdue poszedł w jego ślady, gdy zwierzęta pognały za nimi z pełną prędkością. Trójka odkrywców minęła zakręt nieznanej budowli, mając nadzieję na znalezienie kryjówki lub ucieczki, ale tunel ciągnął się dalej, gdy psy ich dogoniły.
    
  Sam odwrócił się i zapalił rakietę. "Naprzód! Naprzód!" krzyknął do pozostałej dwójki, sam będąc barykadą między zwierzętami a Perdue i Niną.
    
  "Sam!" krzyknęła Nina, ale Perdue pociągnął ją naprzód, w migoczące, blade światło tunelu.
    
  Sam trzymał przed sobą krzesiwo, machając nim w stronę rottweilerów. Zatrzymali się na widok jasnych płomieni, a Sam zdał sobie sprawę, że ma tylko kilka sekund na znalezienie wyjścia.
    
  Słyszał, jak kroki Perdue i Niny stopniowo cichną w miarę jak dystans między nimi się zwiększał. Jego wzrok szybko błądził z boku na bok, ale ani na chwilę nie odrywał wzroku od zwierząt. Warcząc i śliniąc się, ich usta wykrzywiały się w gniewnym geście groźby w stronę mężczyzny z ognistą pałką. Z pożółkłej rury dobiegł ostry gwizd, który natychmiast dobiegł z drugiego końca tunelu, jak domyślił się Sam.
    
  Trzy psy natychmiast odwróciły się i pobiegły z powrotem, podczas gdy pozostałe dwa pozostały tam, gdzie były, jakby nic nie słyszały. Sam wierzył, że ich pan nimi manipuluje, tak jak gwizdek pasterski kontroluje psa za pomocą serii różnych dźwięków. W ten sposób kontrolował ich ruchy.
    
  Genialne, pomyślał Sam.
    
  Dwóch pozostało, żeby go pilnować. Zauważył, że jego wybuchy złości stają się coraz słabsze.
    
  "Nina?" zawołał. Nic nie odpowiedział. "Dosyć tego, Sam" - powiedział do siebie. "Radź sobie sam, dzieciaku".
    
  Kiedy błyski ustały, Sam sięgnął po aparat i włączył flesz. Błysk przynajmniej na chwilę by je oślepił, ale się mylił. Dwie biuściaste kobiety zignorowały jasne światło aparatu, ale nie ruszyły się z miejsca. Ponownie rozległ się gwizdek i zaczęły warczeć na Sama.
    
  Gdzie są inne psy? - pomyślał, stojąc jak wryty.
    
  Wkrótce potem, gdy usłyszał krzyk Niny, otrzymał odpowiedź na swoje pytanie. Sam nie przejmował się, czy zwierzęta go dogonią. Musiał przyjść Ninie z pomocą. Wykazując się większą odwagą niż zdrowym rozsądkiem, dziennikarz pobiegł w kierunku, z którego dobiegał głos Niny. Podążając tuż za nią, usłyszał pazury psów walące w beton, gdy go goniły. W każdej chwili spodziewał się, że ciężka sylwetka skaczącego zwierzęcia runie na niego, pazury wbijają się w jego skórę, a kły wbijają się w gardło. Biegnąc, obejrzał się i zobaczył, że nie dogonili. Z tego, co Sam wywnioskował, psy były wykorzystywane do przyparcia go do muru, a nie do zabicia. Mimo to, nie była to najidealniejsza pozycja.
    
  Skręcając za zakręt, dostrzegł dwa kolejne tunele odchodzące od tego i przygotował się do wbiegnięcia do górnego. Jeden nad drugim, ten przyćmiłby prędkość rottweilerów, gdy skoczyłby w stronę wyższego wejścia.
    
  "Nina!" zawołał ponownie i tym razem usłyszał ją z daleka, zbyt daleko, by zrozumieć, gdzie się znajduje.
    
  "Sam! Sam, schowaj się!" usłyszał jej krzyk.
    
  Z jeszcze większą prędkością skoczył w stronę wyższego wejścia, kilka metrów od wejścia na poziomie gruntu do kolejnego tunelu. Uderzył w zimny, twardy beton z miażdżącym hukiem, który o mało nie połamał mu żeber, ale Sam szybko przeczołgał się przez ziejącą dziurę, wysoką na jakieś sześć metrów. Ku jego przerażeniu, jeden pies podążył za nim, a drugi zaskowyczał z powodu nieudanej próby.
    
  Nina i Perdue musieli poradzić sobie z innymi. Rottweilery jakimś sposobem wróciły, by zaatakować ich z zasadzki po drugiej stronie tunelu.
    
  "Wiesz, że to oznacza, że wszystkie te kanały są połączone, prawda?" - zapytał Perdue, wpisując informacje na tablecie.
    
  "To nie jest odpowiedni moment na mapowanie tego cholernego labiryntu, Purdue!" - zmarszczyła brwi.
    
  "Och, ale to byłby dobry moment, Nino" - odparł. "Im więcej informacji zdobędziemy o punktach dostępu, tym łatwiej będzie nam uciec".
    
  "Co więc mamy z nimi zrobić?" wskazała na psy biegające wokół nich.
    
  "Po prostu siedź spokojnie i mów ciszej" - poradził. "Gdyby ich pan chciał naszej śmierci, już dawno bylibyśmy karmą dla psów".
    
  "Och, wspaniale. Czuję się już o wiele lepiej" - powiedziała Nina, gdy jej wzrok padł na wysoki, ludzki cień rozciągający się na gładkiej ścianie.
    
    
  Rozdział 31
    
    
  Sam nie miał dokąd uciec, musiał jedynie bezcelowo biec w mrok mniejszego tunelu, w którym się znalazł. Dziwne było jednak to, że teraz, gdy oddalił się od głównego tunelu, słyszał znacznie głośniejszy szum turbiny. Pomimo szaleńczego pędu i niekontrolowanego bicia serca, nie mógł powstrzymać się od zachwytu nad pięknem zadbanej suczki, która go osaczyła. Jej czarna sierść lśniła zdrowo nawet w słabym świetle, a jej pysk zmienił się z szyderczego uśmiechu w delikatny uśmiech, gdy zaczęła się rozluźniać, po prostu stając mu na drodze i ciężko oddychając.
    
  "Och, nie, znam twój gatunek na tyle dobrze, żeby nie dać się nabrać na tę życzliwość, dziewczyno" - odparł Sam na jej uległość. Wiedział lepiej. Sam postanowił wejść głębiej w tunel, ale spokojnym krokiem. Pies nie będzie mógł gonić, jeśli Sam nie da mu czegoś do pogoni. Powoli, ignorując jej onieśmielenie, Sam próbował zachowywać się normalnie i ruszył ciemnym, betonowym korytarzem. Jego wysiłki przerwało jednak jej dezaprobujące warczenie, złowieszczy ryk ostrzegawczy, którego Sam nie mógł nie usłyszeć.
    
  "Witaj, możesz pójść ze mną" - powiedział serdecznie, a adrenalina wypełniła jego żyły.
    
  Czarna suka nie dawała za wygraną. Uśmiechnęła się łobuzersko, powtarzając swoje stanowisko i robiąc kilka kroków bliżej celu, dla podkreślenia. Głupotą byłoby, gdyby Sam próbował uciec choćby jednemu zwierzęciu. Były po prostu szybsze i bardziej śmiercionośne, niewarte wyzwania. Sam usiadł na podłodze i czekał, co zrobi. Ale jedyną reakcją jego porywaczki było siedzenie przed nim jak wartownik. I właśnie taka była.
    
  Sam nie chciał skrzywdzić psa. Był żarliwym miłośnikiem zwierząt, nawet dla tych, którzy byli gotowi rozszarpać go na strzępy. Ale musiał się od niej oddalić, na wypadek gdyby Perdue i Nina byli w niebezpieczeństwie. Za każdym razem, gdy się poruszał, warczała na niego.
    
  "Przepraszam, panie Cleve" - głos dobiegł z ciemnej jaskini za wejściem, zaskakując Sama. "Ale nie mogę pana wypuścić, rozumie pan?" Głos był męski i mówił z silnym holenderskim akcentem.
    
  "Nie, nie martw się. Jestem całkiem czarujący. Wielu ludzi twierdzi, że lubią moje towarzystwo" - odpowiedział Sam w swoim dobrze znanym, sarkastycznym tonie.
    
  "Cieszę się, że masz poczucie humoru, Sam" - powiedział mężczyzna. "Bóg jeden wie, że na świecie jest zbyt wielu zmartwionych ludzi".
    
  W polu widzenia pojawił się mężczyzna. Był ubrany w kombinezon, tak jak Sam i jego grupa. Był bardzo atrakcyjny, a jego maniery zdawały się do niego pasować, ale Sam nauczył się, że najbardziej cywilizowani i wykształceni mężczyźni są zazwyczaj najbardziej zdeprawowani. W końcu wszyscy bojownicy Brygady Renegade byli wysoko wykształceni i dobrze wychowani, a mimo to potrafili w mgnieniu oka uciekać się do przemocy i okrucieństwa. Coś w mężczyźnie, który go zaczepiał, sprawiło, że Sam musiał zachować ostrożność.
    
  "Wiesz, czego tu szukasz?" - zapytał mężczyzna.
    
  Sam milczał. Prawdę mówiąc, nie miał pojęcia, czego on, Nina i Perdue szukali, ale nie miał też zamiaru odpowiadać na pytania nieznajomego.
    
  "Panie Cleve, zadałem panu pytanie."
    
  Rottweiler warknął, zbliżając się do Sama. To było zarówno zachwycające, jak i przerażające, że potrafiła odpowiednio zareagować bez żadnych rozkazów.
    
  "Nie wiem. Po prostu podążaliśmy za planami, które znaleźliśmy w pobliżu Wewelsburga" - odpowiedział Sam, starając się, by jego ton był jak najprostsze. "Kim jesteś?"
    
  "Bloem. Jost Bloom, proszę pana" - powiedział mężczyzna. Sam skinął głową. Teraz rozpoznał akcent, choć nie znał nazwiska. "Myślę, że powinniśmy dołączyć do pana Purdue i doktora Goulda".
    
  Sam był zdziwiony. Skąd ten człowiek znał ich imiona? I skąd wiedział, gdzie ich znaleźć? "Poza tym" - zauważył Bloom - "nigdzie byś nie dotarł tym tunelem. On służy wyłącznie do wentylacji".
    
  Sam uświadomił sobie, że rottweilery nie mogły dostać się do sieci tuneli w ten sam sposób, w jaki zrobił to on i jego koledzy, więc Holender musiał wiedzieć o innym punkcie wejścia.
    
  Wyszli z bocznego tunelu z powrotem do głównego holu, gdzie światło wciąż się paliło, oświetlając pomieszczenie. Sam pomyślał o spokojnym traktowaniu swojego pupila przez Bloom i Face'a, ale zanim zdążył ułożyć jakiekolwiek plany, w oddali pojawiły się trzy postacie. Pozostałe psy podążyły za nimi. To byli Nina i Perdue, prowadzący kolejnego młodego mężczyznę. Twarz Niny rozjaśniła się, gdy zobaczyła, że Sam jest cały i zdrowy.
    
  "A teraz, panie i panowie, czy możemy kontynuować?" - zasugerował Jost Bloom.
    
  "Gdzie?" zapytałem. "Perdue zapytał.
    
  "Och, daj spokój, panie Purdue. Nie igraj ze mną, staruszku. Wiem, kim jesteś, kim jesteście wszyscy, chociaż nie masz pojęcia, kim ja jestem, i to, moi przyjaciele, powinno was bardzo zniechęcić do igrania ze mną" - wyjaśnił Bloom, delikatnie biorąc Ninę za rękę i odciągając ją od Purdue i Sama. "Zwłaszcza gdy w twoim życiu są kobiety, którym mogłoby stać się krzywda".
    
  "Nie waż się jej grozić!" zaśmiał się Sam.
    
  "Sam, uspokój się" - błagała Nina. Coś w Bloomie podpowiadało jej, że pozbędzie się Sama bez wahania i miała rację.
    
  "Posłuchaj doktora Goulda... Sam" - przedrzeźnił Bloom.
    
  "Przepraszam, ale czy my się znamy?" zapytał Perdue, gdy szli wzdłuż ogromnego przejścia.
    
  "To właśnie pan powinien być, panie Purdue, ale niestety, tak się nie stało" - odpowiedział Bloom uprzejmie.
    
  Purdue słusznie zaniepokoiła się uwagą nieznajomego, ale nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek go spotkał. Mężczyzna mocno trzymał Ninę za rękę, niczym opiekuńczy kochanek, nie okazując wrogości, choć wiedziała, że nie pozwoli jej uciec bez wyraźnego żalu.
    
  "Kolejny twój przyjaciel, Perdue?" - zapytał Sam sarkastycznym tonem.
    
  "Nie, Sam" - warknął Perdue, ale zanim zdążył obalić przypuszczenie Sama, Bloom zwrócił się bezpośrednio do reportera.
    
  "Nie jestem jego przyjacielem, panie Cleve. Ale jego siostra jest bliską... znajomą" - uśmiechnął się Bloom.
    
  Twarz Perdue pobladła z szoku. Nina wstrzymała oddech.
    
  "Więc proszę, postaraj się, żeby między nami było miło, dobrze?" Bloom uśmiechnęła się do Sama.
    
  "Więc tak nas znalazłeś?" zapytała Nina.
    
  "Oczywiście, że nie. Agatha nie miała pojęcia, gdzie jesteś. Znaleźliśmy cię dzięki panu Cleve"owi" - przyznał Bloom, ciesząc się rosnącą nieufnością, jaką obserwował u Perdue"a i Niny wobec ich przyjaciółki dziennikarki.
    
  "Bzdura!" - krzyknął Sam, wściekły na reakcję kolegów. "Nie miałem z tym nic wspólnego!"
    
  "Naprawdę?" zapytał Bloom z diabolicznym uśmiechem. "Wesley, pokaż im."
    
  Młody mężczyzna idący za psami posłuchał. Wyciągnął z kieszeni urządzenie przypominające telefon komórkowy bez przycisków. Przedstawiało ono zwarty widok terenu i otaczających go zboczy, oznaczając teren i, ostatecznie, labirynt struktur, które przemierzali. Tylko pojedyncza czerwona kropka pulsowała, powoli przesuwając się wzdłuż współrzędnych jednej z linii.
    
  "Patrz" - powiedział Bloom, a Wesley zatrzymał Sama w pół kroku. Na ekranie zatrzymała się czerwona kropka.
    
  "Ty sukinsynu!" syknęła Nina do Sama, który pokręcił głową z niedowierzaniem.
    
  "Nie miałem z tym nic wspólnego" - powiedział.
    
  "To dziwne, skoro jesteś w ich systemie śledzenia" - powiedział Purdue z wyższością, która rozwścieczyła Sama.
    
  "Ty i twoja pieprzona siostra pewnie mi to podrzuciliście!" krzyknął Sam.
    
  "To jak ci goście mieliby zdobyć sygnał? Musiałby to być jeden z ich trackerów, Sam, żeby pojawił się na ich ekranach. Gdzie indziej zostałbyś oznaczony, gdybyś wcześniej z nimi nie był?" - upierał się Perdue.
    
  "Nie wiem!" odparł Sam.
    
  Nina nie mogła uwierzyć własnym uszom. Zdezorientowana, wpatrywała się w milczeniu w Sama, mężczyznę, któremu powierzyła swoje życie. Mógł jedynie stanowczo zaprzeczyć jakiemukolwiek udziałowi, ale wiedział, że szkody już zostały wyrządzone.
    
  "Poza tym, jesteśmy już wszyscy tutaj. Lepiej współpracować, żeby nikt nie ucierpiał ani nie zginął" - zaśmiał się Bloom.
    
  Był zadowolony z tego, jak łatwo udało mu się pokonać dystans między towarzyszami, zachowując jednocześnie lekką nieufność. Wyjawienie, że rada śledziła Sama za pomocą nanitów w jego organizmie, podobnych do tych, które Nina miała w Belgii, zanim Purdue dał jej i Samowi fiolki z antidotum do połknięcia, byłoby kontrproduktywne dla jego celów.
    
  Sam nie ufał intencjom Purdue i wmówił Ninie, że również zażył antidotum. Jednak nie wypijając płynu, który mógł zneutralizować nanity w jego ciele, Sam nieświadomie pozwolił Radzie na łatwe odnalezienie go i dotarcie do miejsca, gdzie skrywał sekret Erno.
    
  Teraz został de facto nazwany zdrajcą, mimo że nie miał żadnych dowodów na to, że jest inaczej.
    
  Dotarli do ostrego zakrętu w tunelu i znaleźli się przed masywnymi drzwiami do skarbca, wbudowanymi w ścianę, na której tunel się kończył. Były to wyblakłe, szare drzwi z zardzewiałymi ryglami mocującymi je po bokach i pośrodku. Grupa zatrzymała się, aby przyjrzeć się masywnym drzwiom przed nimi. Ich kolor był blado szaro-kremowy, tylko nieznacznie różniący się od koloru ścian i podłogi rur. Przy bliższym przyjrzeniu się dostrzegli stalowe cylindry mocujące ciężkie drzwi do otaczającej je framugi, osadzonej w grubym betonie.
    
  "Panie Perdue, jestem pewien, że może pan to dla nas otworzyć" - powiedział Bloom.
    
  "Wątpię" - odpowiedział Perdue. "Nie miałem przy sobie nitrogliceryny".
    
  "Ale pewnie masz w zanadrzu jakąś genialną technologię, jak to zwykle bywa, żeby przyspieszyć ci przejście przez wszystkie te miejsca, w które zawsze wtykasz nos?" - nalegał Bloom, a jego ton wyraźnie stawał się coraz bardziej wrogi, w miarę jak jego cierpliwość się kończyła. "Zrób to przez ograniczony czas..." - powiedział Perdue, po czym jasno przedstawił swoją kolejną groźbę: "Zrób to dla swojej siostry".
    
  Agatha pewnie już nie żyje, pomyślał Purdue, lecz zachował kamienną twarz.
    
  Wszystkie pięć psów natychmiast zaczęło się denerwować, piszczeć i stękać, przestępując z nogi na nogę.
    
  "Co się stało, dziewczyny?" zapytał Wesley zwierzęta, biegnąc, aby je uspokoić.
    
  Grupa rozejrzała się, ale nie dostrzegła żadnego zagrożenia. Zdziwiona, obserwowała, jak psy stają się niezwykle hałaśliwe, szczekając na cały głos, a następnie zaczynają wyć nieprzerwanie.
    
  "Dlaczego to robią?" zapytała Nina.
    
  Wesley pokręcił głową. "Oni słyszą rzeczy, których my nie słyszymy. I cokolwiek to jest, musi być intensywne!"
    
  Najwyraźniej zwierzęta były skrajnie zirytowane poddźwiękowym tonem, którego ludzie nie byli w stanie wychwycić, ponieważ zaczęły rozpaczliwie wyć, wirując jak opętane w miejscu. Psy jeden po drugim zaczęły wycofywać się od drzwi skarbca. Wesley gwizdał na niezliczone sposoby, ale psy odmawiały posłuszeństwa. Odwróciły się i pobiegły, jakby gonił je sam diabeł, i szybko zniknęły za zakrętem w oddali.
    
  "Nazwijcie mnie paranoiczką, ale to pewny znak, że mamy kłopoty" - zauważyła Nina, gdy pozostali gorączkowo rozglądali się dookoła.
    
  Jost Bloom i wierny Wesley wyciągnęli pistolety spod kurtek.
    
  "Przyniosłeś broń?" Nina zmarszczyła brwi ze zdziwieniem. "To po co martwisz się o psy?"
    
  "Bo rozszarpanie przez dzikie zwierzęta sprawiłoby, że twoja śmierć byłaby przypadkowa i nieszczęśliwa, drogi doktorze Gould. Nie da się tego namierzyć. A strzelanie przy takim hałasie byłoby po prostu głupie" - wyjaśnił rzeczowo Bloom, naciskając spust.
    
    
  Rozdział 32
    
    
    
  Dwa dni przed tym - Mönkh Saridag
    
    
  "Lokalizacja jest zablokowana" - powiedział haker Ludwigowi Bernowi.
    
  Pracowali dzień i noc, aby znaleźć sposób na odzyskanie skradzionej broni, która została skradziona brygadzie renegatów ponad tydzień wcześniej. Jako byli członkowie Czarnego Słońca, nie było ani jednej osoby związanej z brygadą, która nie byłaby mistrzem w swoim fachu, więc logiczne było, że kilku ekspertów IT będzie tam, aby pomóc w namierzeniu niebezpiecznego Longinusa.
    
  "Wspaniale!" wykrzyknął Bern, zwracając się do dwóch pozostałych dowódców z prośbą o aprobatę.
    
  Jednym z nich był Kent Bridges, były agent SAS i były członek Black Sun poziomu 3, odpowiedzialny za amunicję. Drugim był Otto Schmidt, również członek Black Sun poziomu 3, zanim przeszedł do Renegade Brigade, profesor lingwistyki stosowanej i były pilot myśliwca z Wiednia w Austrii.
    
  "Gdzie oni teraz są?" zapytał Bridges.
    
  Haker uniósł brew. "Właściwie to w najdziwniejszym miejscu. Według wskaźników światłowodowych, które zsynchronizowaliśmy ze sprzętem Longinusa, obecnie jesteśmy... w... zamku Wewelsburg".
    
  Trzej dowódcy wymienili zdziwione spojrzenia.
    
  "O tej porze? Przecież jeszcze nie ma rana, prawda, Otto?" - zapytał Bern.
    
  "Nie, myślę, że jest już około piątej rano" - odpowiedział Otto.
    
  "Zamek Wewelsburg nie jest jeszcze otwarty, a oczywiście tymczasowi goście i turyści nie mają wstępu w nocy" - zażartował Bridges. "Jak do cholery to się tam znalazło? Chyba że... złodziej właśnie włamuje się do Wewelsburga?"
    
  W pomieszczeniu zapadła cisza, podczas której wszyscy zastanawiali się nad rozsądnym wyjaśnieniem.
    
  "Nieważne" - odezwał się nagle Bern. "Ważne, żebyśmy wiedzieli, gdzie to jest. Zgłaszam się na ochotnika do Niemiec, żeby to odzyskać. Zabiorę ze sobą Aleksandra Ariczenkowa. To wyjątkowy tropiciel i nawigator".
    
  "Zrób to, Bern. Jak zawsze, melduj się u nas co 11 godzin. A jeśli napotkasz jakieś problemy, daj nam znać. Mamy już sojuszników w każdym kraju Europy Zachodniej, gdybyś potrzebował posiłków" - potwierdził Bridges.
    
  "Tak się stanie".
    
  "Czy jesteś pewien, że możesz zaufać Rosjaninowi?" - zapytał cicho Otto Schmidt.
    
  "Wierzę, że mogę, Otto. Ten człowiek nie dał mi powodu, żebym uważał inaczej. Poza tym, wciąż mamy ludzi obserwujących dom jego przyjaciół, ale wątpię, żeby kiedykolwiek do tego doszło. Jednak historykowi i dziennikarzowi kończy się czas, żeby przyprowadzić do nas Renatę. Martwi mnie to bardziej, niż jestem gotów przyznać, ale po kolei" - zapewnił Bern austriackiego pilota.
    
  "Zgadzam się. Szczęśliwej podróży, Berno" - zgodził się Bridges.
    
  "Dziękuję, Kent. Wyjeżdżamy za godzinę, Otto. Będziesz gotowy?" - zapytał Bern.
    
  "Absolutnie. Odbierzmy to zagrożenie temu, kto był na tyle głupi, żeby je zdobyć. Boże, gdyby tylko wiedzieli, do czego to jest zdolne!" - wrzasnął Otto.
    
  "Właśnie tego się obawiam. Mam przeczucie, że oni doskonale wiedzą, do czego to jest zdolne".
    
    
  * * *
    
    
  Nina, Sam i Perdue nie mieli pojęcia, jak długo przebywali w tunelach. Nawet zakładając, że świtało, nie mogli tu zobaczyć światła dziennego. Teraz byli trzymani na muszce, nie mając pojęcia, w co się wpakowali, stojąc przed gigantycznymi, ciężkimi drzwiami skarbca.
    
  "Panie Perdue, proszę bardzo" - Jost Bloom szturchnął Perdue"a pistoletem, żeby mógł otworzyć sejf przenośną palnikiem, którym przeciął okiennicę w kanale.
    
  "Panie Bloom, nie znam pana, ale jestem pewien, że człowiek o pańskiej inteligencji zdałby sobie sprawę, że takich drzwi nie da się otworzyć tak marnym narzędziem" - odparł Purdue, choć zachował rozsądny ton.
    
  "Proszę, nie bądź dla mnie taki łagodny, Dave" - Bloom odpowiedział chłodno - "bo nie mam na myśli twojego małego instrumentu".
    
  Sam powstrzymał się od drwiny z powodu osobliwego doboru słów, który zazwyczaj prowokował go do jakiejś złośliwej uwagi. Duże, ciemne oczy Niny obserwowały Sama. Widział, że jest głęboko poruszona jego pozorną zdradą, jaką było nieprzyjęcie fiolki z antidotum, którą mu dała, ale miał swoje powody, by nie ufać Purdue po tym, co im zrobił w Brugii.
    
  Purdue wiedział, o czym mówi Bloom. Z poważną miną wyciągnął teleskop wielkości długopisu i aktywował go, używając podczerwieni do określenia grubości drzwi. Następnie przycisnął oko do małego szklanego wizjera, podczas gdy reszta grupy czekała w napięciu, wciąż przerażona upiornymi okolicznościami, które sprawiły, że psy zaczęły szczekać jak szalone w oddali.
    
  Purdue nacisnął drugi przycisk palcem, nie odrywając wzroku od teleskopu, a na zasuwie drzwi pojawiła się słaba, czerwona kropka.
    
  "Laserówka" - uśmiechnął się Wesley. "Bardzo fajna".
    
  "Proszę się pospieszyć, panie Perdue. A kiedy pan skończy, uwolnię pana od tego wspaniałego instrumentu" - powiedział Bloom. "Moi koledzy mogliby wykorzystać taki prototyp do klonowania".
    
  "A kim może być pański kolega, panie Bloom?" - zapytał Purdue, gdy promień wbił się w twardą stal, która zalśniła żółtą poświatą, osłabiając jej siłę uderzenia.
    
  "Właśnie przed tymi ludźmi ty i twoi przyjaciele próbowaliście uciec w Belgii w noc, kiedy mieliście dostarczyć Renatę" - powiedział Bloom, a iskry płynnej stali zamigotały w jego oczach niczym ogień piekielny.
    
  Nina wstrzymała oddech i spojrzała na Sama. Znów byli w towarzystwie rady, mało znanych sędziów przywódców Czarnego Słońca, po tym, jak Aleksander udaremnił ich planowane odrzucenie zhańbionej przywódczyni, Renaty, którą mieli obalić.
    
  Gdybyśmy teraz byli na szachownicy, bylibyśmy w kropce, pomyślała Nina, mając nadzieję, że Perdue wie, gdzie jest Renata. Teraz będzie musiał dostarczyć ją do rady, zamiast pomóc Ninie i Samowi oddać ją Brygadzie Renegatów. Tak czy inaczej, Sam i Nina byli w kompromitującej sytuacji, co prowadziło do przegranej.
    
  "Zatrudniłeś Agathę, żeby znalazła pamiętnik" - powiedział Sam.
    
  "Tak, ale to nie było to, co nas interesowało. To była, jak mówisz, stara przynęta. Wiedziałem, że jeśli zatrudnimy ją do takiego przedsięwzięcia, niewątpliwie będzie potrzebowała pomocy brata, żeby znaleźć pamiętnik, podczas gdy tak naprawdę pan Purdue był reliktem, którego szukaliśmy" - wyjaśnił Bloom Samowi.
    
  "A teraz, skoro już tu jesteśmy, to zanim skończymy nasze sprawy, możemy sprawdzić, czego szukałeś w Wewelsburgu" - dodał Wesley zza Sama.
    
  Psy szczekały i skomlały w oddali, a turbina wciąż buczała. To wywołało w Ninie przytłaczające poczucie lęku i beznadziei, idealnie pasujące do ponurego otoczenia. Spojrzała na Josta Blooma i, co nietypowe, opanowała swój temperament. "Czy z Agatą wszystko w porządku, panie Bloom? Czy nadal jest pod pana opieką?"
    
  "Tak, jest pod naszą opieką" - odpowiedział, rzucając jej szybkie spojrzenie, próbując ją uspokoić, ale jego milczenie na temat samopoczucia Agathy było złowieszczym omenem. Nina spojrzała na Perdue. Jego usta były zaciśnięte w wyraźnym skupieniu, ale jako jego była dziewczyna, znała mowę jego ciała - Perdue był zdenerwowany.
    
  Drzwi wydały ogłuszający trzask, który rozbrzmiał głęboko w labiryncie, przerywając po raz pierwszy trwającą od dziesięcioleci ciszę, która przenikała tę ponurą atmosferę. Cofnęli się, gdy Purdue, Wesley i Sam krótko szarpnęli za ciężkie, niezabezpieczone drzwi. W końcu ustąpiły i runęły z hukiem, wzbijając w powietrze lata kurzu i rozrzucone pożółkłe papiery. Żaden z nich nie odważył się wejść pierwszy, mimo że stęchłą komnatę oświetlały te same elektryczne kinkiety, które oświetlały tunel.
    
  "Zobaczmy, co jest w środku" - nalegał Sam, trzymając aparat w pogotowiu. Bloom puściła Ninę i zrobiła krok naprzód, trzymając Perdue'a z niewłaściwego końca lufy. Nina poczekała, aż Sam ją minie, zanim lekko ścisnęła jego dłoń. "Co ty robisz?" Widział, że jest na niego wściekła, ale coś w jej oczach sugerowało, że nie wierzy, że Sam celowo przyprowadziłby do nich radę.
    
  "Jestem tu, żeby udokumentować nasze ustalenia, pamiętasz?" - powiedział ostro. Machnął w jej stronę kamerą, ale jego wzrok skierował ją na cyfrowy ekran, na którym widziała, że filmuje ich porywaczy. Na wypadek, gdyby musieli szantażować radę lub, w jakichkolwiek okolicznościach, potrzebowali dowodów fotograficznych, Sam zrobił tyle zdjęć mężczyzn i ich działań, ile tylko mógł, udając, że traktuje to spotkanie jak zwykłą pracę.
    
  Nina skinęła głową i poszła za nim do dusznego pokoju.
    
  Podłoga i ściany były wyłożone kafelkami, a z sufitu zwisały dziesiątki par świetlówek, emitujących oślepiające białe światło, które teraz migotało w ich uszkodzonych plastikowych osłonach. Naukowcy na chwilę zapomnieli, kim są, wszyscy podziwiali to widowisko z równym podziwem i zachwytem.
    
  "Co to za miejsce?" - zapytał Wesley, podnosząc zimne, zmatowiałe narzędzia chirurgiczne ze starego pojemnika na nerki. Nad nim stała sfatygowana lampa operacyjna, cicha i martwa, przesiąknięta siecią epok zebranych między jej skrajnościami. Kafelkowa podłoga była pokryta makabrycznymi plamami, z których niektóre wyglądały jak zaschnięta krew, a inne przypominały resztki pojemników po chemikaliach, które lekko wyżłobiły podłogę.
    
  "Wygląda to jak jakiś ośrodek badawczy" - odpowiedział Perdue, który sam widział i kierował wieloma tego typu operacjami.
    
  "Co? Superżołnierze? Jest tu mnóstwo dowodów na eksperymenty na ludziach" - zauważyła Nina, krzywiąc się na widok lekko uchylonych drzwi lodówki na przeciwległej ścianie. "To lodówki z kostnicy, z kilkoma workami na zwłoki..."
    
  "I te podarte ubrania" - zauważył Jost, stojąc i wyglądając zza czegoś, co wyglądało na kosze na pranie. "O mój Boże, materiał śmierdzi gównem. A tam, gdzie były kołnierze, są wielkie kałuże krwi. Chyba dr Gould ma rację - to były eksperymenty na ludziach, ale wątpię, żeby przeprowadzono je na żołnierzach nazistowskich. Ubrania tutaj wyglądają, jakby nosili je głównie więźniowie obozów koncentracyjnych".
    
  Oczy Niny rozszerzyły się z zamyśleniem, gdy próbowała sobie przypomnieć, co wiedziała o obozach koncentracyjnych w pobliżu Wewelsburga. Delikatnie, emocjonalnie i ze współczuciem podzieliła się tym, co wiedziała o tych, którzy prawdopodobnie nosili podarte, zakrwawione ubrania.
    
  "Wiem, że więźniowie byli wykorzystywani jako robotnicy na budowie Wewelsburga. Mogli to być ci, których Sam, jak twierdził, wyczuł tutaj. Przywieziono ich z Niederhagen, kilku z Sachsenhausen, ale wszyscy stanowili siłę roboczą przy budowie czegoś, co miało być czymś więcej niż tylko zamkiem. Teraz, kiedy znaleźliśmy to wszystko i tunele, wygląda na to, że plotki były prawdziwe" - powiedziała swoim towarzyszom.
    
  Wesley i Sam wyglądali na bardzo nieswojo w swoim otoczeniu. Wesley skrzyżował ramiona i potarł zimne przedramiona. Sam właśnie zrobił aparatem kilka zdjęć pleśni i rdzy w lodówkach kostnicy.
    
  "Wygląda na to, że nie były używane wyłącznie do ciężkich prac" - powiedział Perdue. Odsunął fartuch wiszący na ścianie i odkrył grubą szczelinę wyciętą głęboko w ścianie za nim.
    
  "Zapalcie to" - rozkazał, nie zwracając się do nikogo konkretnego.
    
  Wesley podał mu latarkę, a gdy Purdue poświecił nią w otwór, zakrztusił się odorem stojącej wody i zapachem gnijących w środku starych kości.
    
  "O mój Boże! Spójrzcie na to!" - zakaszlał, a oni zebrali się wokół dołu, szukając szczątków, które wyglądały na dwadzieścia osób. Naliczył dwadzieścia czaszek, ale mogło ich być więcej.
    
  "Mówiono, że pod koniec lat 30. XX wieku kilku Żydów z Salzkotten zostało zamkniętych w lochu w Wewelsburgu" - zasugerowała Nina, widząc to. "Ale później podobno zostali wysłani do obozu w Buchenwaldzie. Podobno. Zawsze myśleliśmy, że ten loch to magazyn pod Obergruppenführerem Hersalem, ale mogło to być to miejsce!"
    
  Mimo zdumienia tym, co odkryli, grupa nie zauważyła, że nieustanne szczekanie psów natychmiast ucichło.
    
    
  Rozdział 33
    
    
  Podczas gdy Sam fotografował makabryczną scenę, ciekawość Niny rozbudziły kolejne drzwi, proste drewniane z małym okienkiem u góry, teraz zbyt brudnym, by przez nie zajrzeć. Pod drzwiami zobaczyła smugę światła z tego samego rzędu lamp, które oświetlały pomieszczenie, w którym się znajdowali.
    
  "Nawet nie myśl o wejściu tam" - nagłe słowa Joosta dochodzące zza jej pleców wstrząsnęły nią do tego stopnia, że dostała zawału serca. Przyciskając dłoń do piersi w szoku, Nina rzuciła Joostowi Blumowi spojrzenie, które często otrzymywał od kobiet - irytację i dezaprobatę. "Nie beze mnie, to znaczy jako twojego ochroniarza" - uśmiechnął się. Nina widziała, że holenderski radny wiedział, że jest atrakcyjny, tym bardziej odrzucając jego łatwe zaloty.
    
  "Jestem całkiem sprawna, dziękuję panu" - zażartowała ostro i pociągnęła za klamkę. Wymagało to trochę zachęty, ale drzwi otworzyły się bez większego wysiłku, pomimo rdzy i nieużywania.
    
  Ten pokój wyglądał jednak zupełnie inaczej niż poprzedni. Był nieco bardziej zachęcający niż komora śmierci, ale wciąż zachowywał nazistowską atmosferę złowrogiego przeczucia.
    
  Przepełniony starożytnymi książkami o wszystkim, od archeologii po okultyzm, od podręczników pośmiertnych po marksizm i mitologię, pokój przypominał starą bibliotekę lub gabinet, zważywszy na duże biurko i krzesło z wysokim oparciem w kącie, gdzie stykały się dwa regały. Książki i teczki, a nawet porozrzucane wszędzie papiery, miały ten sam kolor z powodu grubej warstwy kurzu.
    
  "Sam!" zawołała. "Sam! Musisz to sfotografować!"
    
  "A co, proszę pana, zamierza pan zrobić z tymi zdjęciami, panie Cleve?" - zapytał Jost Bloom Sama, zdejmując jedno z drzwi.
    
  "Rób to, co robią dziennikarze" - powiedział Sam beztrosko - "sprzedaj je temu, kto da najwięcej".
    
  Bloom parsknął nerwowym śmiechem, wyraźnie dając do zrozumienia, że nie zgadza się z Samem. Poklepał go po ramieniu. "Kto powiedział, że ci się to uda, dzieciaku?"
    
  "Cóż, żyję chwilą obecną, panie Bloom, i staram się nie pozwolić, żeby żądni władzy idioci tacy jak pan pisali za mnie mój los" - uśmiechnął się Sam. "Mogę nawet zarobić dolara na zdjęciu pańskich zwłok".
    
  Bez ostrzeżenia Bloom uderzył Sama mocno w twarz, odrzucając go do tyłu i zwalając z nóg. Gdy Sam upadł na stalową szafkę, jego aparat roztrzaskał się o podłogę.
    
  "Rozmawiasz z kimś potężnym i niebezpiecznym, który akurat mocno trzyma te szkockie kulki, dzieciaku. Nie waż się o tym, kurwa, zapomnieć!" - zagrzmiał Jost, gdy Nina rzuciła się Samowi na pomoc.
    
  "Nawet nie wiem, po co ci pomagam" - powiedziała cicho, wycierając mu zakrwawiony nos. "Wpakowałeś nas w to gówno, bo mi nie ufałeś. Zaufałbyś Trish, ale ja nie jestem Trish, prawda?"
    
  Słowa Niny zaskoczyły Sama. "Czekaj, co? Nie ufałam twojemu chłopakowi, Nino. Po tym wszystkim, co nam zrobił, ty nadal wierzysz w to, co ci mówi, a ja nie. I o co chodzi z tą całą Trish?"
    
  "Znalazłam pamiętnik, Sam" - powiedziała Nina do jego ucha, odchylając głowę do tyłu, żeby zatamować krwawienie. "Wiem, że nigdy nie będę taka jak ona, ale musisz odpuścić".
    
  Sam dosłownie opadła szczęka. A więc o to jej chodziło tam, w domu! O puszczenie Trish, nie jej!
    
  Purdue wszedł, cały czas trzymając broń Wesleya wycelowaną w plecy, a chwila ta po prostu przepadła.
    
  "Nina, co wiesz o tym biurze? Czy jest w dokumentach?" - zapytał Perdue.
    
  "Purdue, nikt nawet nie wie o tym miejscu. Jak to możliwe, że jest w jakichkolwiek aktach?" - warknęła.
    
  Jost przeszukał kilka papierów na stole. "Są tu jakieś apokryficzne teksty!" - oznajmił z fascynacją. "Prawdziwe, starożytne pisma!"
    
  Nina podskoczyła i dołączyła do niego.
    
  "Wiesz, w piwnicy zachodniej wieży Wewelsburga był prywatny sejf, który Himmler tam zainstalował. Wiedzieli o nim tylko on i komendant zamku, ale po wojnie jego zawartość została wyniesiona i nigdy nie odnaleziona" - pouczała Nina, przeglądając tajne dokumenty, o których słyszała tylko z legend i starożytnych kodeksów. "Założę się, że przenieśli go tutaj. Powiedziałabym nawet..." Odwróciła się, by uważnie przyjrzeć się wiekowi literatury, "że równie dobrze mógł to być schowek. Przecież widziałeś drzwi, przez które weszliśmy".
    
  Kiedy spojrzała na otwartą szufladę, znalazła garść niezwykle starych zwojów. Nina zauważyła, że Jost o tym nie wie, a po bliższym przyjrzeniu się zdała sobie sprawę, że to ten sam papirus, na którym spisano pamiętnik. Oderwała koniec zgrabnymi palcami, delikatnie go rozwinęła i przeczytała coś po łacinie, co zaparło jej dech w piersiach: "Alexandrina Bibliotes - Scenariusz z Atlantydy".
    
  Czy to możliwe? Upewniła się, że nikt jej nie widział, gdy ostrożnie składała zwoje w torbie.
    
  "Panie Bloom" - powiedziała, odbierając zwoje - "czy mógłby mi pan powiedzieć, co jeszcze pamiętnik napisał o tym miejscu?". Utrzymywała konwersacyjny ton, ale chciała go czymś zająć i nawiązać między nimi bardziej serdeczną relację, aby nie zdradzić swoich intencji.
    
  "Prawdę mówiąc, kodeks mnie nie interesował, doktorze Gould. Chciałem tylko wykorzystać Agathę Purdue do odnalezienia tego człowieka" - odpowiedział, kiwając głową w stronę Purdue, podczas gdy pozostali mężczyźni dyskutowali o wieku pokoju z ukrytymi notatkami i jego zawartości. "Ciekawe było jednak to, co napisał gdzieś po wierszu, który pana tu sprowadził, zanim musieliśmy się natrudzić, żeby go rozszyfrować".
    
  "Co powiedział?" - zapytała z udawanym zainteresowaniem. Ale to, co nieświadomie przekazał Ninie, zainteresowało ją wyłącznie z historycznego punktu widzenia.
    
  "Klaus Werner był urbanistą Kolonii, wiedziałeś?" - zapytał. Nina skinęła głową. Kontynuował: "W swoim dzienniku pisze, że wrócił do Afryki, gdzie stacjonował, i wrócił do egipskiej rodziny, która była właścicielem ziemi, gdzie - jak twierdził - widział ten wspaniały skarb świata, prawda?"
    
  "Tak" - odpowiedziała, zerkając na Sama, który opatrywał siniaki.
    
  "Chciał to zatrzymać dla siebie, tak jak ty" - zaśmiał się Jost. "Ale potrzebował pomocy kolegi, archeologa, który pracował tutaj, w Wewelsburgu, Wilhelma Jordana. Towarzyszył Wernerowi jako historyk, aby odzyskać skarb z niewielkiej posiadłości Egipcjanina w Algierii, tak jak ty" - powtórzył radośnie swoją obelgę. "Ale kiedy wrócili do Niemiec, jego przyjaciel, który wówczas kierował wykopaliskami w pobliżu Wewelsburga z ramienia Himmlera i Wysokiego Komisarza SS, upił go i zastrzelił, zabierając wspomniany łup, o którym Werner wciąż nie wspomniał wprost w swoich pismach. Chyba nigdy się nie dowiemy, co to było".
    
  "To wstyd" - Nina udała współczucie, a serce waliło jej w piersi.
    
  Miała nadzieję, że prędzej czy później uda im się jakoś pozbyć tych nie do końca życzliwych dżentelmenów. Przez ostatnie kilka lat Nina szczyciła się tym, że z aroganckiej, aczkolwiek pacyfistycznej, naukowca przeobraziła się w zdolną, twardą osobę, w którą ukształtowali ją ludzie, których spotykała. Kiedyś w takiej sytuacji uważałaby się za skończoną ofiarę; teraz obmyślała sposoby na uniknięcie schwytania, jakby to było coś oczywistego - i tak było. W życiu, które obecnie prowadziła, groźba śmierci nieustannie wisiała nad nią i jej kolegami, a ona sama stała się mimowolną uczestniczką szaleństwa maniakalnych gier o władzę i ich podejrzanych postaci.
    
  Z korytarza dobiegł szum turbiny - nagła, ogłuszająca cisza, którą zastąpił jedynie cichy, wyjący gwizd wiatru, nawiedzający skomplikowane tunele. Tym razem wszyscy to zauważyli, patrząc na siebie ze zdumieniem.
    
  "Co się właśnie stało?" - zapytał Wesley, który jako pierwszy odezwał się w głuchej ciszy.
    
  "Dziwne, że zauważasz hałas dopiero po wyciszeniu, prawda?" powiedział głos z drugiego pokoju.
    
  "Tak! Ale teraz słyszę własne myśli" - powiedział ktoś inny.
    
  Nina i Sam natychmiast rozpoznali głos i wymienili bardzo zaniepokojone spojrzenia.
    
  "Nasz czas jeszcze się nie skończył, prawda?" - zapytał Sam Ninę głośnym szeptem. Pośród zmieszanych min pozostałych, Nina skinęła głową w stronę Sama, zaprzeczając. Oboje rozpoznali głosy Ludwiga Berna i ich przyjaciela Aleksandra Arichenkowa. Purdue również rozpoznał głos Rosjanina.
    
  "Co tu robi Alexander?" - zapytał Sama, ale zanim zdążył odpowiedzieć, w drzwiach pojawiło się dwóch mężczyzn. Wesley wycelował pistolet w Alexandra, a Jost Bloom szarpnął drobną Ninę za włosy i przycisnął lufę pistoletu Makarowa do jej skroni.
    
  "Proszę, nie" - wyrzuciła z siebie bez namysłu. Spojrzenie Berna skupiło się na Holendrze.
    
  "Jeśli skrzywdzisz doktora Goulda, zniszczę całą twoją rodzinę, Yost" - ostrzegł Bern bez wahania. "A ja wiem, gdzie oni są".
    
  "Znacie się?" zapytał Perdue.
    
  "To jeden z liderów z Mönkh Saridag, panie Perdue" - odpowiedział Alexander. Perdue wyglądał blado i czuł się bardzo nieswojo. Wiedział, po co ten zespół tam jest, ale nie wiedział, jak go znaleźli. W rzeczywistości, po raz pierwszy w życiu, ten ekstrawagancki i beztroski miliarder poczuł się jak robak na haczyku; uczciwy kąsek za zapuszczanie się zbyt głęboko w miejsca, które powinien był zostawić.
    
  "Tak, Jost i ja służyliśmy temu samemu panu, dopóki nie oprzytomniałem i nie przestałem być pionkiem w rękach takich idiotów jak Renata" - zaśmiał się Bern.
    
  "Przysięgam na Boga, zabiję ją" - powtórzył Jost, raniąc Ninę na tyle, że krzyknęła. Sam przyjął postawę atakującą, a Jost natychmiast wymienił z dziennikarzem gniewne spojrzenia. "Znowu się schowasz, Highlander?"
    
  "Pieprz się, ty serowy chuju! Jak jej włos spadnie z głowy, to ci skórę zedrzem tym zardzewiałym skalpelem z drugiego pokoju. Sprawdź mnie!" warknął Sam i mówił serio.
    
  "Powiedziałbym, że masz przewagę liczebną nie tylko nad ludźmi, ale i nad pechem, towarzyszu" - zaśmiał się Aleksander, wyciągając z kieszeni jointa i zapalając go zapałką. "A teraz, chłopcze, odłóż broń, bo i ciebie będziemy musieli złapać na smyczy".
    
  Z tymi słowami Aleksander rzucił Wesleyowi pod nogi pięć obroży dla psów.
    
  "Co zrobiliście moim psom?" - krzyknął z zapałem, a żyły na jego szyi nabrzmiały, ale Bern i Alexander go zignorowali. Wesley odbezpieczył pistolet. Jego oczy napełniły się łzami, a usta drżały niekontrolowanie. Wszyscy, którzy go widzieli, widzieli, że jest kapryśny. Bern spuścił wzrok na Ninę, podświadomie prosząc ją subtelnym skinieniem głowy, by zrobiła pierwszy krok. Tylko ona była w bezpośrednim niebezpieczeństwie, więc musiała zebrać się na odwagę i spróbować zaskoczyć Bloom.
    
  Atrakcyjna historyczka poświęciła chwilę na przypomnienie sobie czegoś, czego nauczyła ją kiedyś jej nieżyjąca przyjaciółka Val podczas krótkiego sparingu. Przypływ adrenaliny wprawił jej ciało w ruch i z całej siły szarpnęła Blooma za łokieć, zmuszając go do opuszczenia broni. Purdue i Sam jednocześnie rzucili się na Blooma, powalając go na ziemię, z Niną wciąż w jego uścisku.
    
  W tunelach pod Zamkiem Wewelsburg rozległ się ogłuszający strzał.
    
    
  Rozdział 34
    
    
  Agatha Purdue czołgała się po brudnej, cementowej podłodze piwnicy, w której się obudziła. Przeszywający ból w klatce piersiowej świadczył o ostatnim urazie, jakiego doznała z rąk Wesleya Bernarda i Josta Blooma. Zanim wpakowali jej dwie kule w tors, Bloom przez wiele godzin brutalnie ją atakował, aż straciła przytomność z bólu i utraty krwi. Ledwo żywa, Agatha zmusiła się do dalszego poruszania na obtartych kolanach w kierunku małego kwadratu drewna i plastiku, który widziała przez krew i łzy w oczach.
    
  Z trudem rozprężając płuca, sapała przy każdym żmudnym ruchu do przodu. Kwadrat przełączników i prądów na brudnej ścianie kusił, ale czuła, że nie zdąży zajść tak daleko, zanim pochłonie ją nicość. Palące, pulsujące, nie gojące się rany po metalowych kulach wbitych w przeponę i górną część klatki piersiowej obficie krwawiły, a jej płuca przypominały poduszeczki nabite na kolce kolejowe.
    
  Poza pokojem świat nie zdawał sobie sprawy z jej losu, a ona wiedziała, że nigdy więcej nie ujrzy słońca. Ale błyskotliwa bibliotekarka wiedziała jedno: jej napastnicy nie przeżyją jej długo. Kiedy towarzyszyła bratu do górskiej fortecy, gdzie spotykają się Mongolia i Rosja, przysięgli, że za wszelką cenę użyją skradzionej broni przeciwko Radzie. Zamiast ryzykować, że kolejna Renata z Czarnego Słońca wzejdzie na żądanie Rady, jeśli stracą cierpliwość w poszukiwaniach Mireli, David i Agatha postanowili wyeliminować również Radę.
    
  Gdyby zabili ludzi, którzy zdecydowali się przewodzić Zakonowi Czarnego Słońca, nie byłoby nikogo, kto mógłby wybrać nowego przywódcę, gdy wydaliby Renatę Brygadzie Renegatów. A najlepszym sposobem, by to zrobić, byłoby użycie Longinusa do zniszczenia ich wszystkich naraz. Ale teraz stanęła w obliczu własnej śmierci, nie mając pojęcia, gdzie jest jej brat ani czy w ogóle jeszcze żyje po tym, jak Bloom i jego bestie go odnalazły. Zdeterminowana, by zrobić swoją część dla większego dobra, Agatha zaryzykowała zabicie niewinnych ludzi, choćby po to, by się zemścić. Poza tym nigdy nie pozwalała, by moralność czy emocje brały górę nad tym, co trzeba było zrobić, i zamierzała to udowodnić dzisiaj, zanim umrze.
    
  Zakładając, że nie żyje, narzucili na jej ciało płaszcz, aby pozbyć się go natychmiast po powrocie. Wiedziała, że planują odnaleźć jej brata i zmusić go do porzucenia Renaty, a następnie go zabić, a następnie usunąć Renatę, aby przyspieszyć inaugurację nowego przywódcy.
    
  Skrzynka zasilająca zapraszała ją coraz bliżej.
    
  Korzystając z okablowania, mogła przekierować prąd do małego srebrnego nadajnika, który Dave wykonał dla jej tabletu, aby służył jako modem satelitarny w Thurso. Z dwoma złamanymi palcami i zdartą skórą z kostek, Agatha grzebała w zaszytej kieszeni płaszcza, aby znaleźć mały lokalizator, który ona i jej brat wykonali po powrocie z Rosji. Został zaprojektowany i zmontowany specjalnie według specyfikacji Longinusa i służył jako zdalny detonator. Dave i Agatha planowali użyć go do zniszczenia siedziby rady w Brugii, mając nadzieję na wyeliminowanie większości, jeśli nie wszystkich, członków.
    
  Dotarłszy do budki elektrycznej, oparła się o jakieś połamane, stare meble, które również tam porzucono i zapomniano, zupełnie jak Agatha Purdue. Z wielkim trudem, powoli i ostrożnie, używała magii, modląc się, żeby nie umrzeć, zanim skończy detonować pozornie nic nieznaczącą superbroni, którą zręcznie podrzuciła Wesleyowi Bernardowi zaraz po tym, jak zgwałcił ją po raz drugi.
    
    
  Rozdział 35
    
    
  Sam zasypywał Blooma ciosami, podczas gdy Nina trzymała Perdue'a w ramionach. Kiedy pistolet Bloom wystrzelił, Alexander rzucił się na Wesleya, otrzymując kulę w ramię, zanim Bern rzucił się na młodego mężczyznę i pozbawił go przytomności. Perdue został ranny w udo strzałem z pistoletu Blooma skierowanym w dół, ale był przytomny. Nina zawiązała mu nogę kawałkiem materiału, który podarła na paski, żeby na razie zatamować krwawienie.
    
  "Sam, możesz już przestać" - powiedział Bern, ściągając Sama z bezwładnego ciała Josta Blooma. Dobrze było się odegrać, pomyślał Sam i zadał sobie kolejny cios, zanim pozwolił Bernowi unieść się nad ziemię.
    
  "Wkrótce się z wami rozprawimy. Jak tylko wszyscy się uspokoją" - powiedziała Nina Perdue, ale skierowała swoje słowa do Sama i Berna. Alexander siedział oparty o ścianę przy drzwiach, z krwawiącym ramieniem, szukając w kieszeni płaszcza fiolki z eliksirem.
    
  "Co więc z nimi teraz zrobimy?" - zapytał Sam Berna, ocierając pot z twarzy.
    
  "Najpierw chciałbym zwrócić przedmiot, który nam ukradli. Potem zabierzemy ich z powrotem do Rosji jako zakładników. Mogliby dostarczyć nam mnóstwa informacji o działalności Czarnego Słońca i poinformować nas o instytucjach i członkach, o których jeszcze nie wiemy" - odpowiedział Bern, wiążąc Blooma pasami z pobliskiego oddziału medycznego.
    
  "Jak się tu znalazłeś?" zapytała Nina.
    
  "Samolot. Właśnie rozmawiamy, a w Hanowerze czeka na mnie pilot. Dlaczego?" - zmarszczył brwi.
    
  "Cóż, nie mogliśmy znaleźć przedmiotu, który nam wysłałeś, żebyśmy ci go zwrócili" - powiedziała do Berna z pewnym zaniepokojeniem - "i zastanawiałam się, co tu robisz i jak nas znalazłeś".
    
  Bern pokręcił głową, a na jego ustach pojawił się delikatny uśmiech, gdy usłyszał przemyślany i taktowny ton, z jakim atrakcyjna kobieta zadawała pytania. "Przypuszczam, że była w tym jakaś synchronizacja. Widzisz, Alexander i ja podążyliśmy śladem czegoś skradzionego Brygadzie tuż po tym, jak ty i Sam wyruszyliście w podróż".
    
  Przykucnął obok niej. Nina widziała, że coś podejrzewał, ale uczucie, którym ją darzył, nie pozwalało mu stracić spokoju.
    
  "Martwi mnie to, że początkowo myśleliśmy, że ty i Sam mieliście z tym coś wspólnego. Ale Aleksander przekonał nas do czego innego i uwierzyliśmy mu, podążając za sygnałem Longinusa, że mamy znaleźć tych samych ludzi, o których zapewniano nas, że nie mieli nic wspólnego z jego kradzieżą" - zaśmiał się.
    
  Nina poczuła, jak serce podskakuje jej ze strachu. Życzliwość, którą Ludwig zawsze jej okazywał, pogarda w jego głosie i oczach zniknęły. "A teraz powiedz mi, doktorze Gould, co mam myśleć?"
    
  "Ludwigu, nie mamy nic wspólnego z żadną kradzieżą!" zaprotestowała, uważnie słuchając swojego tonu.
    
  "Kapitan Byrne byłby lepszy, doktorze Gould" - warknął. "I proszę, nie próbuj robić ze mnie głupca po raz drugi".
    
  Nina spojrzała na Aleksandra, szukając wsparcia, ale ten był nieprzytomny. Sam pokręcił głową: "Ona pana nie okłamuje, Kapitanie. Zdecydowanie nie mieliśmy z tym nic wspólnego".
    
  "To jak Longinus się tu znalazł?" - warknął Bern do Sama. Wstał i odwrócił się do Sama, przybierając groźną postawę i lodowaty wzrok. "To doprowadziło nas prosto do ciebie!"
    
  Perdue nie mógł już tego znieść. Znał prawdę, a teraz, po raz kolejny z jego powodu, Sam i Nina byli oczerniani, a ich życie ponownie było zagrożone. Jąkając się z bólu, uniósł rękę, by zwrócić uwagę Berna. "To nie sprawka Sama ani Niny, Kapitanie. Nie wiem, jak Longinus pana tu sprowadził, bo go tu nie ma".
    
  "Skąd to wiesz?" - zapytał surowo Bern.
    
  "Bo to ja je ukradłem" - przyznał Perdue.
    
  "O Jezu!" - wykrzyknęła Nina, odchylając głowę do tyłu z niedowierzaniem. "Nie mówisz serio".
    
  "Gdzie to jest?" krzyknął Byrne, skupiając wzrok na Perdue niczym sęp czekający na śmiertelny rzężenie.
    
  "Jest u mojej siostry. Ale nie wiem, gdzie ona teraz jest. Właściwie ukradła mi ją w dniu, w którym rozstała się z nami w Kolonii" - dodał, kręcąc głową nad absurdalnością tej sytuacji.
    
  "Boże, Perdue! Co jeszcze ukrywasz?" - wrzasnęła Nina.
    
  "Mówiłem ci" - powiedział Sam spokojnie do Niny.
    
  "Nie, Sam! Tylko tego nie rób!" - ostrzegła go i wstała spod Purdue. "Sam sobie z tego poradzisz, Purdue".
    
  Wesley pojawił się znikąd.
    
  Wbił zardzewiały bagnet głęboko w brzuch Bern. Nina krzyknęła. Sam odciągnął ją z drogi, podczas gdy Wesley, krzywiąc się maniakalnie, spojrzał Bernowi prosto w oczy. Wyciągnął zakrwawioną stal z ciasnej próżni ciała Bern i wbił ją z powrotem po raz drugi. Perdue wycofał się tak szybko, jak mógł, na jednej nodze, podczas gdy Sam trzymał Ninę mocno, z twarzą schowaną w jego piersi.
    
  Ale Bern okazał się silniejszy, niż Wesley sobie wyobrażał. Złapał młodzieńca za gardło i potężnym ciosem cisnął nimi o regały. Z wściekłym warknięciem złamał ramię Wesleya jak gałązkę i obaj wdali się w zaciekłą walkę na ziemi. Hałas wyrwał Blooma z odrętwienia. Jego śmiech zagłuszył ból i walkę między dwoma mężczyznami na podłodze. Nina, Sam i Perdue zmarszczyli brwi na jego reakcję, ale zignorował ich. Po prostu śmiał się dalej, obojętny na swój los.
    
  Bern tracił oddech, rany przesiąkały mu spodnie i buty. Słyszał płacz Niny, ale nie miał czasu, by ostatni raz podziwiać jej urodę - musiał popełnić morderstwo.
    
  Zadając Wesleyowi miażdżący cios w szyję, unieruchomił nerwy młodzieńca, paraliżując go na chwilę, na tyle długo, by złamać mu kark. Bern upadł na kolana, czując, jak uchodzi z niego życie. Irytujący śmiech Blooma przykuł jego uwagę.
    
  "Zabij też jego" - powiedział cicho Perdue.
    
  "Właśnie zabiłeś mojego asystenta, Wesleya Bernarda!" - uśmiechnął się Bloom. "Wychowywał się w zastępczej rodzinie w Czarnym Słońcu, wiesz o tym, Ludwig? Byli na tyle uprzejmi, że pozwolili mu zachować część jego pierwotnego nazwiska - Bern".
    
  Bloom wybuchnęła przenikliwym śmiechem, który rozwścieczył wszystkich znajdujących się w zasięgu słuchu, podczas gdy umierające oczy Berna zalały się łzami.
    
  "Właśnie zabiłeś własnego syna, tato" - zaśmiała się Bloom. Nina nie mogła znieść tego horroru.
    
  "Przepraszam bardzo, Ludwigu!" załkała, trzymając go za rękę, ale w Bernie nie było już nic. Jego potężne ciało nie mogło znieść pragnienia śmierci i pobłogosławił się twarzą Niny, zanim światło w końcu zgasło w jego oczach.
    
  "Nie cieszysz się, że Wesley nie żyje, panie Purdue?" Bloom skierował swój jad w stronę Purdue. "I słusznie, po tych niewypowiedzianych rzeczach, które zrobił twojej siostrze, zanim wykończył tę sukę!" Zaśmiał się.
    
  Sam chwycił ołowianą podpórkę do książek z półki za nimi. Podszedł do Blooma i bez wahania i wyrzutów sumienia uderzył go ciężkim przedmiotem w czaszkę. Kość trzasnęła, gdy Bloom się roześmiał, a z jego ust wyrwał się niepokojący syk, gdy mózg spłynął mu na ramię.
    
  Zaczerwienione oczy Niny spojrzały na Sama z wdzięcznością. Sam z kolei wyglądał na zszokowanego własnym postępowaniem, ale nie mógł nic zrobić, żeby to usprawiedliwić. Perdue poruszył się niespokojnie, próbując dać Ninie czas na opłakanie Berna. Przełknął ślinę i powiedział w końcu: "Jeśli Longinus jest wśród nas, to dobrze byłoby odejść. Natychmiast. Rada wkrótce zauważy, że ich holenderskie oddziały się nie zarejestrowały i zaczną ich szukać".
    
  "Zgadza się" - powiedział Sam i zebrali wszystkie stare dokumenty, jakie udało im się uratować. "I ani chwili wcześniej, bo ta zepsuta turbina to jedno z dwóch kruchych urządzeń podtrzymujących przepływ prądu. Wkrótce zgasną światła i jesteśmy w kropce".
    
  Purdue szybko pomyślał. Agatha miała Longinusa. Wesley ją zabił. Zespół namierzył Longinusa, a on sformułował swój wniosek. Więc Wesley musiał mieć broń, a ten idiota nie miał o tym pojęcia?
    
  Ukradwszy broń, której chciał, i dotknąwszy jej, Purdue wiedział, jak ona wygląda, a co więcej, wiedział, jak ją bezpiecznie przetransportować.
    
  Ocucili Aleksandra i chwycili za plastikowe bandaże, które znaleźli w apteczce. Niestety, większość narzędzi chirurgicznych była brudna i nie nadawała się do leczenia ran Perdue i Aleksandra, ale ważniejsze było najpierw wydostanie się z diabolicznego labiryntu Wewelsburga.
    
  Nina zadbała o to, by zebrać każdy zwój, jaki udało jej się znaleźć, na wypadek gdyby istniały jeszcze inne bezcenne relikwie ze starożytnego świata, które trzeba było uratować. Choć czuła mdłości i smutek, nie mogła się doczekać, by zbadać ezoteryczne skarby, które odkryła w sekretnym skarbcu Heinricha Himmlera.
    
    
  Rozdział 36
    
    
  Późną nocą wszyscy wyszli z Wewelsburga i zmierzali na lotnisko w Hanowerze. Alexander postanowił odwrócić wzrok od towarzyszy, którzy byli tak uprzejmi, że włączyli jego nieprzytomną osobowość w ucieczkę z podziemnych tuneli. Obudził się tuż przed wyjściem przez bramę, którą Purdue usunął po ich przybyciu, czując ramiona Sama podtrzymujące jego bezwładne ciało w słabo oświetlonych jaskiniach II wojny światowej.
    
  Oczywiście, wysoka pensja oferowana przez Dave'a Perdue nie osłabiła jego poczucia lojalności i uznał, że lepiej będzie podtrzymać dobrą wolę brygady, ujawniając to publicznie. Planowali spotkać się z Otto Schmidtem na lotnisku i skontaktować się z pozostałymi dowódcami brygad w celu uzyskania dalszych instrukcji.
    
  Jednak Perdue milczał o swoim jeńcu w Thurso, nawet po otrzymaniu nowej wiadomości, nakładając psu kaganiec. To było szaleństwo. Teraz, gdy stracił siostrę i Longinusa, kończyły mu się karty, gdy siły wroga gromadziły się przeciwko niemu i jego przyjaciołom.
    
  "Tam jest!" - Aleksander wskazał na Otto, gdy przybyli na lotnisko w Hanowerze w Langenhagen. Siedział w restauracji, kiedy Aleksander i Nina go znaleźli.
    
  "Doktorze Gould!" - wykrzyknął radośnie na widok Niny. "Dobrze cię znowu widzieć".
    
  Niemiecki pilot był bardzo przyjacielskim człowiekiem i należał do członków brygady, którzy bronili Niny i Sama, gdy Bern oskarżył ich o kradzież Longinusa. Z wielkim trudem przekazali smutną nowinę Otto i krótko opowiedzieli mu, co wydarzyło się w ośrodku badawczym.
    
  "I nie mogłeś przywrócić jego ciała?" - zapytał w końcu.
    
  "Nie, panie Schmidt" - wtrąciła Nina - "musieliśmy się stąd wydostać, zanim broń wybuchła. Nadal nie wiemy, czy tak się stało. Sugeruję, żeby nie wysyłał pan tam więcej ludzi po ciało Berna. To zbyt niebezpieczne".
    
  Zwrócił uwagę na ostrzeżenie Niny, ale szybko skontaktował się ze swoim kolegą Bridgesem, aby poinformować go o swoim statusie i stracie Longinusa. Nina i Alexander czekali z niepokojem, mając nadzieję, że Sam i Perdue nie stracą cierpliwości i dołączą do nich, zanim opracują plan działania z pomocą Otto Schmidta. Nina wiedziała, że Perdue zaoferuje Schmidtowi zapłatę za jego trud, ale uznała, że byłoby to niestosowne, skoro Perdue przyznał się do kradzieży Longinusa. Alexander i Nina postanowili na razie zachować ten fakt dla siebie.
    
  "Dobrze, poprosiłem o raport o stanie sprawy. Jako towarzysz dowódca, jestem upoważniony do podjęcia wszelkich działań, jakie uznam za konieczne" - powiedział im Otto, wracając z budynku, w którym odbył prywatną rozmowę. "Chcę, żebyście wiedzieli, że strata Longinusa i ciągły brak jakiejkolwiek nadziei na aresztowanie Renaty nie podobają mi się... ani nam. Ale ponieważ ci ufam i ponieważ zgłosiłeś się, gdy mogłeś uciec, postanowiłem ci pomóc..."
    
  "Och, dziękuję!" Nina westchnęła z ulgą.
    
  "ALE..." - kontynuował - "nie wracam do Mönkh Saridag z pustymi rękami, więc to cię nie zwalnia z odpowiedzialności. Twoi przyjaciele, Aleksandrze, wciąż mają klepsydrę, w której szybko gubi się piasek. To się nie zmieniło. Czy wyrażam się jasno?"
    
  "Tak, proszę pana" - odpowiedział Aleksander, a Nina z wdzięcznością skinęła głową.
    
  "A teraz opowiedz mi o swojej wycieczce, o której wspomniałeś, doktorze Gould" - zwrócił się do Niny, przesuwając się na krześle, by uważnie słuchać.
    
  "Mam powody sądzić, że odkryłam starożytne pisma, tak stare jak Zwoje znad Morza Martwego" - zaczęła.
    
  "Czy mogę je zobaczyć?" zapytał Otto.
    
  "Wolałabym pokazać ci je w bardziej... prywatnym miejscu?" Nina się uśmiechnęła.
    
  "Gotowe. Dokąd zmierzamy?"
    
    
  * * *
    
    
  Za niecałe trzydzieści minut Jet Ranger Otto, wiozący czworo pasażerów - Perdue, Alexandra, Ninę i Sama - ruszył w stronę Thurso. Mieli zatrzymać się w posiadłości Perdue, dokładnie w miejscu, gdzie panna Maisie opiekowała się gościem ze swoich koszmarów, nieświadoma nikogo poza Perdue i jego tak zwaną gospodynią. Perdue zasugerował, że to najlepsze miejsce, ponieważ w piwnicy znajdowało się prowizoryczne laboratorium, w którym Nina mogłaby określić wiek radiowęglowy znalezionych zwojów, datując naukowo organiczny spód pergaminu i potwierdzając jego autentyczność.
    
  Dla Otto istniała obietnica odebrania Discovery czegoś, choć Perdue planował pozbyć się tego bardzo kosztownego i irytującego zasobu prędzej niż później. Chciał tylko najpierw zobaczyć, jak potoczy się odkrycie Niny.
    
  "Więc uważasz, że to część Zwojów znad Morza Martwego?" - zapytał Sam, rozstawiając sprzęt, który dostarczył jej Purdue, podczas gdy Purdue, Alexander i Otto szukali pomocy u miejscowego lekarza, który miał opatrzyć ich rany postrzałowe, nie zadając zbyt wielu pytań.
    
    
  Rozdział 37
    
    
  Panna Maisie weszła do piwnicy z tacą.
    
  "Chcecie herbaty i ciasteczek?" uśmiechnęła się do Niny i Sama.
    
  "Dziękuję, panno Maisie. I proszę, jeśli będzie pani potrzebowała pomocy w kuchni, jestem do usług" - zaoferował Sam z charakterystycznym dla siebie chłopięcym urokiem. Nina uśmiechnęła się szeroko, ustawiając skaner.
    
  "Och, dziękuję, panie Cleve, ale dam sobie radę sama" - zapewniła go Maisie, rzucając Ninie figlarny wyraz przerażenia, który pojawił się na jej twarzy, gdy przypomniała sobie kuchenne katastrofy, które Sam spowodował ostatnim razem, gdy pomagał jej robić śniadanie. Nina pochyliła głowę, by się roześmiać.
    
  Nina Gould wzięła w dłonie pierwszy zwój papirusu, trzymając go w rękawiczkach, i to z wielką czułością.
    
  "Więc myślisz, że to są te zwoje, o których zawsze czytaliśmy?" zapytał Sam.
    
  "Tak" - uśmiechnęła się Nina, a jej twarz promieniała podekscytowaniem - "a dzięki mojej zardzewiałej łacinie wiem, że te trzy w szczególności to nieuchwytne zwoje Atlantydy!"
    
  "Atlantyda, czyli zatopiony kontynent?" - zapytał, wyglądając zza samochodu, by przyjrzeć się starożytnym tekstom w nieznanym języku, napisanym wyblakłym czarnym atramentem.
    
  "Zgadza się" - odpowiedziała, skupiając się na przygotowaniu delikatnego pergaminu idealnego do ciasta.
    
  "Ale wiesz, większość z tego to spekulacje, nawet samo istnienie tego czegoś, nie mówiąc już o lokalizacji" - powiedział Sam, opierając łokcie na stole, by przyglądać się jej zręcznym dłoniom pracującym.
    
  "Zbyt wiele było zbiegów okoliczności, Sam. Kilka kultur podzielało te same doktryny, te same legendy, nie wspominając o krajach, które podobno otaczały kontynent Atlantydy, a które łączyła ta sama architektura i zoologia" - powiedziała. "Zgaś to światło, proszę".
    
  Podszedł do głównego włącznika światła, zalewając piwnicę przyćmionym blaskiem dwóch lamp po przeciwnych stronach pomieszczenia. Sam obserwował jej pracę i nie mógł powstrzymać się od uczucia niekończącego się podziwu dla niej. Nie dość, że zniosła wszystkie niebezpieczeństwa, na jakie narazili ją Purdue i jego zwolennicy, to jeszcze zachowała profesjonalizm, pełniąc rolę obrończyni wszystkich historycznych skarbów. Ani razu nie pomyślała o przywłaszczeniu sobie reliktów, którymi się opiekowała, ani o przypisaniu sobie zasług za dokonane odkrycia, ryzykując życie, by ukazać piękno nieznanej przeszłości.
    
  Zastanawiał się, co czuła, patrząc na niego teraz, wciąż rozdarta między miłością do niego a postrzeganiem go jako zdrajcy. To drugie nie pozostało niezauważone. Sam zdał sobie sprawę, że Nina uważała go za równie nieufnego jak Perdue, a jednak była tak blisko obu mężczyzn, że nigdy nie mogła ich naprawdę opuścić.
    
  "Sam" - jej głos wyrwał go z cichej kontemplacji - "Czy mógłbyś włożyć to z powrotem do skórzanego zwoju, proszę? To znaczy, po założeniu rękawiczek!" Przeszukał zawartość jej torby i znalazł pudełko rękawiczek chirurgicznych. Wziął parę i uroczyście je założył, uśmiechając się do niej. Podała mu zwój. "Kontynuuj swoje ustne przeszukiwanie po powrocie do domu" - uśmiechnęła się. Sam zachichotał, ostrożnie umieszczając zwój w skórzanym rulonie i starannie go zawiązując.
    
  "Myślisz, że kiedyś będziemy mogli wrócić do domu, nie musząc uważać na siebie?" - zapytał poważniejszym tonem.
    
  "Mam taką nadzieję. Wiesz, patrząc wstecz, nie mogę uwierzyć, że moim największym zagrożeniem był kiedyś Matlock i jego seksistowska protekcjonalność na uniwersytecie" - powiedziała, wspominając swoją karierę akademicką pod okiem pretensjonalnej, szukającej uwagi rozpustnicy, która przywłaszczyła sobie wszystkie jej osiągnięcia dla rozgłosu, gdy poznała Sama.
    
  "Tęsknię za Bruichem" - nadąsał się Sam, ubolewając nad nieobecnością ukochanego kota - "i za kuflem piwa z Paddym w każdy piątkowy wieczór. Boże, wydaje się, że to całe wieki, prawda?"
    
  "Tak. To prawie tak, jakbyśmy żyli dwoma życiami w jednym, nie sądzisz? Ale z drugiej strony, nie wiedzielibyśmy połowy tego, co mamy, ani nie doświadczylibyśmy nawet odrobiny tych niesamowitych rzeczy, które mamy, gdybyśmy nie zostali wrzuceni w to życie, co?" - pocieszyła go, choć tak naprawdę w mgnieniu oka wróciłaby do swojego nudnego życia nauczycielskiego, do wygodnego i bezpiecznego życia.
    
  Sam skinął głową, zgadzając się z tym w stu procentach. W przeciwieństwie do Niny, wierzył, że w poprzednim życiu zostałby już powieszony na linie zwisającej z umywalki w łazience. Myśli o niemal idealnym życiu ze zmarłą narzeczoną, teraz już nieżyjącą, prześladowałyby go z poczuciem winy każdego dnia, gdyby nadal pracował jako niezależny dziennikarz dla różnych brytyjskich wydawnictw, co kiedyś planował zrobić za namową swojego terapeuty.
    
  Nie było wątpliwości, że jego mieszkanie, częste pijackie eskapady i przeszłość już dawno by go dopadły, ale teraz nie miał czasu na rozpamiętywanie przeszłości. Teraz musiał uważać, nauczył się szybko oceniać ludzi i za wszelką cenę utrzymać się przy życiu. Nienawidził się do tego przyznawać, ale Sam wolał być w objęciach niebezpieczeństwa niż spać w płomieniach użalania się nad sobą.
    
  "Będziemy potrzebować lingwisty, tłumacza. O mój Boże, znowu musimy wybierać nieznajomych, którym możemy zaufać" - westchnęła, przeczesując włosy dłonią. Nagle przypomniało się Samowi Trish; jak często owijała niesforny kosmyk włosów wokół palca, pozwalając mu wrócić na swoje miejsce po tym, jak mocno go zaciągnęła.
    
  "I jesteś pewien, że te zwoje mają wskazywać położenie Atlantydy?" - zmarszczył brwi. Ta koncepcja była zbyt naciągana, by Sam mógł ją pojąć. Nigdy nie będąc zagorzałym zwolennikiem teorii spiskowych, musiał przyznać się do wielu nieścisłości, w które nie wierzył, dopóki nie doświadczył ich osobiście. Ale Atlantyda? Z punktu widzenia Sama, to było jakieś historyczne miasto, które zatonęło.
    
  "Nie tylko lokalizacja, ale Zwoje Atlantydzkie podobno zapisały sekrety zaawansowanej cywilizacji, tak zaawansowanej jak na tamte czasy, że zamieszkiwali ją ci, których dzisiejsza mitologia przedstawia jako bogów i boginie. Mówiono, że mieszkańcy Atlantydy posiadali tak wybitny intelekt i metodologię, że przypisuje im się budowę piramid w Gizie, Sam" - wybełkotała. Widział, że Nina poświęciła dużo czasu legendzie Atlantydy.
    
  "Gdzie więc miało się to znajdować?" - zapytał. "I co, do cholery, naziści zrobiliby z zatopionym kawałkiem lądu? Czy nie zadowalało ich już podporządkowanie sobie wszystkich kultur nad wodą?"
    
  Nina przechyliła głowę na bok i westchnęła, słysząc jego cynizm, ale to ją rozśmieszyło.
    
  "Nie, Sam. Myślę, że to, czego szukali, było gdzieś zapisane w tych zwojach. Wielu odkrywców i filozofów spekulowało na temat położenia wyspy i większość zgadza się, że leży ona między Afryką Północną a zbiegiem Ameryk" - wygłosiła wykład.
    
  "To naprawdę duże" - zauważył, mając na myśli ogromną część Oceanu Atlantyckiego zajmowaną przez jeden ląd.
    
  "Tak było. Według dzieł Platona, a następnie innych, bardziej współczesnych teorii, Atlantyda jest powodem, dla którego tak wiele kontynentów łączy podobny styl zabudowy i faunę. Wszystko to wywodzi się z cywilizacji atlantydzkiej, która, że tak powiem, łączyła pozostałe kontynenty" - wyjaśniła.
    
  Sam zastanowił się przez chwilę. "Więc czego twoim zdaniem chciałby Himmler?"
    
  "Wiedza. Zaawansowana wiedza. Nie wystarczyło, że Hitler i jego psy uważali, że rasa wyższa pochodzi od jakiegoś pozaziemskiego gatunku. Być może sądzili, że właśnie tacy byli Atlantydzi i że będą posiadać sekrety związane z zaawansowaną technologią i tym podobnymi" - zasugerowała.
    
  "To byłaby namacalna teoria" - zgodził się Sam.
    
  Zapadła długa cisza, przerwana jedynie przez samochód. Ich spojrzenia się spotkały. To była rzadka chwila samotności, spokoju i w mieszanym towarzystwie. Nina widziała, że coś dręczy Sama. Choć chciała zignorować ich ostatnie szokujące doświadczenie, nie potrafiła powstrzymać ciekawości.
    
  "Co się stało, Sam?" zapytała niemal mimowolnie.
    
  "Myślałeś, że znowu mam obsesję na punkcie Trish?" - zapytał.
    
  "Tak właśnie zrobiłam" - powiedziała Nina, patrząc w podłogę i składając dłonie przed sobą. "Zobaczyłam te stosy notatek i miłych wspomnień i... pomyślałam..."
    
  Sam podszedł do niej w miękkim świetle ponurej piwnicy i przyciągnął ją w ramiona. Pozwoliła mu. Na razie nie obchodziło jej, w co był zamieszany ani jak bardzo musiała wierzyć, że nie doprowadził rady do nich w Wewelsburgu. Teraz, tutaj, był po prostu Samem - jej Samem.
    
  "Te notatki o nas - Trish i mnie - nie są takie, jak myślisz" - wyszeptał, bawiąc się palcami jej włosami, obejmując tył jej głowy, a drugą ręką mocno obejmując jej smukłą talię. Nina nie chciała psuć chwili odpowiedzią. Chciała, żeby kontynuował. Chciała wiedzieć, o co chodzi. I chciała usłyszeć to bezpośrednio od Sama. Nina po prostu milczała i pozwalała mu mówić, delektując się każdą cenną chwilą spędzoną z nim sam na sam; wdychając delikatny zapach jego wody kolońskiej i płynu do płukania tkanin jego swetra, ciepło jego ciała tuż przy jej i odległe bicie jego serca w jej sercu.
    
  "To tylko książka" - powiedział jej, a ona usłyszała jego uśmiech.
    
  "Co masz na myśli?" zapytała, marszcząc brwi.
    
  "Piszę książkę dla londyńskiego wydawcy o wszystkim, co się wydarzyło, od momentu, gdy poznałem Patricię, aż do... no wiesz" - wyjaśnił. Jego ciemnobrązowe oczy wydawały się teraz czarne, a jedyna biała plamka była ledwo dostrzegalnym promykiem światła, który sprawiał, że wydawał się jej żywy - żywy i prawdziwy.
    
  "O Boże, czuję się taka głupia" - jęknęła, mocno przyciskając czoło do muskularnego zagłębienia jego klatki piersiowej. "Byłam zdruzgotana. Pomyślałam... o cholera, Sam, przepraszam" - jęknęła zdezorientowana. Zaśmiał się pod nosem na jej odpowiedź i unosząc jej twarz do swojej, złożył na jej ustach głęboki, zmysłowy pocałunek. Nina poczuła, jak jego serce bije szybciej, przez co cicho jęknęła.
    
  Purdue odchrząknął. Stanął na szczycie schodów, opierając się na lasce, aby przenieść większość ciężaru ciała na kontuzjowaną nogę.
    
  "Wróciliśmy i wszystko naprawiliśmy" - oznajmił z lekkim uśmiechem porażki na widok ich romantycznej chwili.
    
  "Purdue!" - wykrzyknął Sam. "Ta laska jakoś nadaje ci wyrafinowany wygląd czarnego charakteru Jamesa Bonda".
    
  "Dziękuję, Sam. Wybrałem to właśnie z tego powodu. W środku jest ukryty sztylet, który pokażę ci później" - Perdue puścił oko bez cienia humoru.
    
  Alexander i Otto podeszli do niego od tyłu.
    
  "Czy dokumenty są autentyczne, doktorze Gould?" Otto zapytał Ninę.
    
  "Hmm, jeszcze nie wiem. Testy potrwają kilka godzin, zanim w końcu będziemy wiedzieć, czy to autentyczne teksty apokryficzne i aleksandryjskie" - wyjaśniła Nina. "Więc na podstawie jednego zwoju powinniśmy być w stanie określić przybliżony wiek wszystkich pozostałych, napisanych tym samym atramentem i charakterem pisma".
    
  "Dopóki czekamy, mogę dać to przeczytać innym, prawda?" - zasugerował niecierpliwie Otto.
    
  Nina spojrzała na Aleksandra. Nie znała Otto Schmidta na tyle dobrze, by powierzyć mu swoje odkrycie, ale z drugiej strony, był on jednym z dowódców Brygady Renegatów i mógł natychmiast zadecydować o ich losie. Jeśli mu się nie spodobają, Nina obawiała się, że rozkaże zabić Katię i Siergieja, grając w rzutki z drużyną Purdue, jakby zamawiał pizzę.
    
  Aleksander skinął głową z aprobatą.
    
    
  Rozdział 38
    
    
  Otyły, sześćdziesięcioletni Otto Schmidt siedział przy antycznym biurku na piętrze w salonie, studiując inskrypcje na zwojach. Sam i Purdue grali w rzutki, wyzywając Alexandra do rzucania prawą ręką, ponieważ leworęczny Rosjanin doznał kontuzji lewego ramienia. Zawsze skłonny do ryzyka, szalony Rosjanin spisał się zadziwiająco dobrze, nawet próbując rozegrać rundę z obolałym ramieniem.
    
  Nina dołączyła do Otto kilka minut później. Była zafascynowana jego umiejętnością czytania w dwóch z trzech języków, które znaleźli w zwojach. Opowiedział jej krótko o swoich studiach i zamiłowaniu do języków i kultur, co również zaintrygowało Ninę, zanim wybrała historię jako swój kierunek studiów. Chociaż była znakomita z łaciny, Austriak umiał również czytać po hebrajsku i grecku, co było darem niebios. Ostatnią rzeczą, jaką Nina chciała zrobić, było ponowne narażanie życia, wykorzystując nieznajomego do pracy nad jej relikwiami. Nadal była przekonana, że neonaziści, którzy próbowali ich zabić w drodze do Wewelsburga, zostali przysłani przez grafolog Rachel Clark i była wdzięczna, że ich firma miała kogoś, kto mógł pomóc w odcyfrowaniu fragmentów tych niejasnych języków.
    
  Myśl o Rachel Clarke niepokoiła Ninę. Gdyby to ona stała za krwawym pościgiem samochodowym tamtego dnia, wiedziałaby już, że jej poplecznicy zginęli. Myśl o wylądowaniu w sąsiednim mieście jeszcze bardziej niepokoiła Ninę. Gdyby musiała dowiedzieć się, gdzie są, na północ od Halkirk, mieliby większe kłopoty, niż to konieczne.
    
  "Według hebrajskich fragmentów tutaj" - Otto wskazał na Ninę - "i tutaj, jest napisane, że Atlantyda... nie była... była rozległą krainą rządzoną przez dziesięciu królów". Zapalił papierosa i zaciągnął się dymem z filtra, po czym kontynuował. "Sądząc po czasie, w którym powstały, mogły zostać napisane w czasach, w których uważa się, że istniała Atlantyda. Wspominają położenie kontynentu, który na współczesnych mapach umiejscawiałby linię brzegową, hm, zobaczmy... od Meksyku i Amazonki w Ameryce Południowej" - jęknął, biorąc kolejny oddech, wpatrując się w hebrajski fragment - "wzdłuż całego zachodniego wybrzeża Europy i północnej Afryki". Uniósł brew, wyglądając na pod wrażeniem.
    
  Nina miała podobny wyraz twarzy. "Chyba stąd wzięła się nazwa Oceanu Atlantyckiego. Boże, jakie to fajne, jak wszyscy mogli to przegapić przez cały ten czas?" Żartowała, ale jej myśli były szczere.
    
  "Wygląda na to, że tak" - zgodził się Otto. "Ale, drogi doktorze Gould, musisz pamiętać, że nie obwód ani rozmiar mają znaczenie, ale głębokość, na jaką ta ziemia leży pod powierzchnią".
    
  "Chyba tak. Ale można by pomyśleć, że mając technologię umożliwiającą penetrację kosmosu, mogliby opracować technologię pozwalającą nurkować na duże głębokości" - zaśmiała się.
    
  "Mówisz do nawróconych, proszę pani" - uśmiechnął się Otto. "Mówię to od lat".
    
  "Co to za pisma?" zapytała go, ostrożnie rozwijając kolejny zwój, który zawierał kilka wpisów wspominających Atlantydę lub coś z niej pochodzącego.
    
  "To greka. Niech pomyślę" - powiedział, koncentrując się na każdym słowie, które kreślił palcem wskazującym. "Typowe dla tych cholernych nazistów, którzy chcieli znaleźć Atlantydę..."
    
  "Dlaczego?"
    
  "Ten tekst mówi o kulcie słońca, który jest religią Atlantydów. Kult słońca... czy to brzmi znajomo?"
    
  "O Boże, tak" - westchnęła.
    
  "To prawdopodobnie napisał Ateńczyk. Toczyli wojnę z Atlantydami, odmawiając oddania swoich ziem na podbój Atlantydy, a Ateńczycy skopali im tyłki. Tutaj, w tym fragmencie, zaznaczono, że kontynent leżał "na zachód od Słupów Heraklesa" - dodał, miażdżąc niedopałek papierosa w popielniczce.
    
  "A to możliwe?" zapytała Nina. "Czekaj, Słupy Herkulesa to Gibraltar. Cieśnina Gibraltarska!"
    
  "O, dobrze. Myślałem, że to ma być gdzieś nad Morzem Śródziemnym. Zamknij to" - odparł, głaszcząc żółty pergamin i kiwając głową z zamyśleniem. Był zachwycony starożytnością, którą miał zaszczyt studiować. "To egipski papirus, jak zapewne wiesz" - powiedział Otto do Niny rozmarzonym głosem, niczym stary dziadek opowiadający dziecku historię. Nina cieszyła się jego mądrością i szacunkiem dla historii. "Najstarsza cywilizacja, wywodząca się bezpośrednio od wysoko rozwiniętych Atlantydów, powstała w Egipcie. Gdybym był duszą liryczną i romantyczną" - mrugnął do Niny - "chciałbym wierzyć, że ten właśnie zwój został spisany przez prawdziwego potomka Atlantydy".
    
  Jego pulchna twarz wyrażała zaskoczenie, a Nina była równie zachwycona tym pomysłem. Oboje przez chwilę cieszyli się z tego pomysłu w milczeniu, po czym wybuchnęli śmiechem.
    
  "Teraz musimy tylko nanieść mapę geograficzną i zobaczyć, czy uda nam się stworzyć historię" - uśmiechnął się Perdue. Stał i obserwował ich z kieliszkiem whisky single malt w dłoni, słuchając przekonujących informacji ze Zwojów Atlantydy, które ostatecznie skłoniły Himmlera do wydania rozkazu zabójstwa Wernera w 1946 roku.
    
  Na prośbę gości, Maisie przygotowała lekką kolację. Podczas gdy wszyscy zasiadali do obfitego posiłku przy kominku, Perdue zniknął na chwilę. Sam zastanawiał się, co Perdue ukrywa tym razem, odchodząc niemal natychmiast po tym, jak gospodyni zniknęła przez tylne drzwi.
    
  Nikt inny zdawał się tego nie zauważać. Aleksander opowiedział Ninie i Otto przerażające historie ze swojego pobytu na Syberii, mając pod koniec dwudziestki, a oni wydawali się być całkowicie zafascynowani jego opowieściami.
    
  Po dopiciu whisky Sam wymknął się z biura, by pójść w ślady Purdue i zobaczyć, co wyprawia. Sam miał dość sekretów Purdue, ale to, co zobaczył, gdy wszedł za nim i Maisie do pensjonatu, sprawiło, że krew w nim zawrzała. Nadszedł czas, by Sam położył kres lekkomyślnym zakładom Purdue, który zawsze wykorzystywał Ninę i Sama jako pionki. Sam wyciągnął telefon komórkowy z kieszeni i zaczął robić to, co wychodziło mu najlepiej - fotografować transakcje.
    
  Gdy zebrał już wystarczająco dużo dowodów, pobiegł z powrotem do domu. Sam miał już kilka własnych sekretów i zmęczony wciąganiem w konflikty z tymi samymi złymi grupami, postanowił zmienić role.
    
    
  Rozdział 39
    
    
  Otto Schmidt spędził większość nocy, starannie obliczając najlepszy punkt wyjścia do poszukiwań zaginionego kontynentu. Po rozważeniu wielu możliwych punktów wejścia, z których można rozpocząć skanowanie przed nurkowaniem, ostatecznie ustalił, że najlepszą szerokością i długością geograficzną będzie archipelag Madery, położony na południowy zachód od wybrzeża Portugalii.
    
  Chociaż Cieśnina Gibraltarska, czyli ujście Morza Śródziemnego, zawsze była popularniejszym wyborem dla większości wycieczek, wybrał Maderę ze względu na bliskie sąsiedztwo wcześniejszego odkrycia, o którym mowa w jednym ze starych rejestrów Czarnego Słońca. Przypomniał sobie o odkryciu wspomnianym w raportach Arcane, kiedy badał lokalizację nazistowskich artefaktów okultystycznych, zanim wysłał odpowiednie zespoły badawcze na cały świat w poszukiwaniu tych przedmiotów.
    
  Znaleźli sporo fragmentów, których wówczas szukali, wspominał. Jednak wiele z prawdziwie wielkich zwojów, materii legend i mitów dostępnych nawet dla ezoterycznych umysłów SS, umykało ich uwadze. Ostatecznie stały się niczym więcej niż daremnymi misjami dla tych, którzy ich poszukiwali, jak zaginiony kontynent Atlantyda i jego bezcenny fragment, tak poszukiwany przez wtajemniczonych.
    
  Teraz miał szansę przypisać sobie choć część zasług za odkrycie jednego z najbardziej nieuchwytnych - Rezydencji Solona, rzekomo miejsca narodzin pierwszych Ariów. Według literatury nazistowskiej był to owalny relikt zawierający DNA rasy nadludzkiej. Po takim znalezisku Otto nie mógł sobie nawet wyobrazić, jaką władzę brygada będzie sprawować nad Czarnym Słońcem, nie mówiąc już o świecie nauki.
    
  Oczywiście, gdyby to zależało od niego, nigdy nie pozwoliłby światu na dostęp do tak bezcennego znaleziska. W Brygadzie Renegatów panowała powszechna zgoda, że niebezpieczne relikwie należy trzymać w tajemnicy i dobrze pilnować, aby nie zostały wykorzystane przez tych, którzy żywią się chciwością i władzą. I właśnie to by zrobił - przejął je i zamknął w niedostępnych klifach rosyjskich gór.
    
  Tylko on znał lokalizację Solona i dlatego wybrał Maderę, aby zająć pozostałe części zatopionego lądu. Oczywiście, odkrycie przynajmniej części Atlantydy było ważne, ale Otto szukał czegoś o wiele potężniejszego, czegoś cenniejszego niż jakiekolwiek szacunki - czegoś, czego świat nigdy nie miał poznać.
    
  Podróż na południe ze Szkocji do wybrzeży Portugalii była dość długa, ale główna grupa, Nina, Sam i Otto, nie spieszyła się, zatrzymując się na tankowanie helikoptera i lunch na wyspie Porto Santo. W międzyczasie Purdue zapewnił im łódź i wyposażył ją w sprzęt do nurkowania i sonar, który zawstydziłby każdy instytut poza World Marine Archaeology Research Institute. Miał niewielką flotę jachtów i kutrów rybackich na całym świecie, ale zlecił swoim współpracownikom we Francji doraźne prace naprawcze, aby znaleźć dla niego nowy jacht, który pomieściłby wszystko, czego potrzebował, a jednocześnie byłby wystarczająco kompaktowy, aby móc żeglować bez pomocy.
    
  Odkrycie Atlantydy było największym odkryciem Purdue'a w historii. Niewątpliwie przewyższyło jego reputację jako niezwykłego wynalazcy i odkrywcy, a także przeniosło go prosto na karty historii jako człowieka, który na nowo odkrył zaginiony kontynent. Poza ego i pieniędzmi, wyniosło go to na niepodważalną pozycję, która zapewniła mu bezpieczeństwo i prestiż w każdej wybranej przez niego organizacji, w tym w Zakonie Czarnego Słońca, Brygadzie Renegatów czy innym potężnym stowarzyszeniu.
    
  Aleksander oczywiście był z nim. Obaj mężczyźni dobrze wyzdrowieli z odniesionych obrażeń i, będąc prawdziwymi poszukiwaczami przygód, żaden z nich nie pozwolił, by rany przeszkodziły im w wyprawie. Aleksander był wdzięczny, że Otto zgłosił śmierć Berna brygadzie i powiadomił Bridgesa, że on i Aleksander będą tu pomagać przez kilka dni, zanim wrócą do Rosji. To powstrzymałoby ich na razie przed egzekucją Siergieja i Katii, ale zagrożenie wciąż wisiało w powietrzu i to właśnie ono w znacznym stopniu wpłynęło na zazwyczaj pogodne i beztroskie usposobienie Rosjanina.
    
  Był zirytowany, że Perdue wiedział, gdzie przebywa Renata, ale pozostał obojętny na tę sprawę. Niestety, biorąc pod uwagę kwotę, jaką Perdue mu zapłacił, nie powiedział ani słowa w tej sprawie i miał nadzieję, że uda mu się coś z tym zrobić, zanim skończy się jego czas. Zastanawiał się, czy Sam i Nina nadal zostaną przyjęci do Brygady, ale Otto będzie miał przy sobie prawowitego przedstawiciela organizacji, który będzie przemawiał w ich imieniu.
    
  "Więc, mój stary przyjacielu, czy wypłyniemy?" krzyknął Purdue z włazu maszynowni, przez który wyszedł.
    
  "Tak jest, kapitanie!" krzyknął Rosjanin ze steru.
    
  "Powinniśmy się dobrze bawić, Aleksandrze" - zaśmiał się Perdue, poklepując Rosjanina po plecach, jednocześnie rozkoszując się powiewem wiatru.
    
  "Tak, niektórym z nas nie zostało już wiele czasu" - zasugerował Aleksander w niezwykle poważnym tonie.
    
  Było wczesne popołudnie, a ocean był wyjątkowo spokojny, oddychając spokojnie pod kadłubem, podczas gdy blade słońce błyszczało na srebrnych smugach i powierzchni wody.
    
  Alexander, licencjonowany skipper, taki jak Perdue, wprowadził współrzędne do systemu sterowania i obaj mężczyźni wyruszyli z Lorient w kierunku Madery, gdzie mieli się spotkać z pozostałymi. Po wypłynięciu na morze grupa miała nawigować zgodnie z informacjami zawartymi na zwojach przetłumaczonych przez austriackiego pilota.
    
    
  * * *
    
    
  Nina i Sam podzielili się swoimi dawnymi wojennymi opowieściami o spotkaniach z Czarnym Słońcem później tego wieczoru, kiedy spotkali się z Otto na drinka, oczekując na przybycie Perdue i Alexandra następnego dnia, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem. Wyspa była zachwycająca, a pogoda łagodna. Nina i Sam otrzymali oddzielne pokoje ze względów przyzwoitości, ale Otto nie pomyślał, żeby wspomnieć o tym wprost.
    
  "Dlaczego tak starannie ukrywacie swój związek?" - zapytał ich stary pilot w przerwie między opowieściami.
    
  "Co masz na myśli?" zapytał niewinnie Sam, szybko zerkając na Ninę.
    
  "Oczywiście, że jesteście sobie bliscy. O mój Boże, stary, ewidentnie jesteście kochankami, więc przestańcie się zachowywać jak dwie nastolatki pieprzące się przed pokojem rodziców i zameldujcie się razem!" - wykrzyknął trochę głośniej, niż zamierzał.
    
  "Otto!" - wyszeptała Nina.
    
  "Wybacz mi tę nieuprzejmość, droga Nino, ale serio. Wszyscy jesteśmy dorośli. A może dlatego, że masz powód, by ukrywać swój romans?" Jego ochrypły głos zahaczył o draśnięcie, którego oboje unikali. Zanim jednak ktokolwiek zdążył odpowiedzieć, Otto zdał sobie sprawę i głośno westchnął: "Ach! Rozumiem!", odchylając się na krześle z pienistym, bursztynowym piwem w dłoni. "Jest jeszcze trzeci gracz. Chyba wiem, kto to jest. Miliarder, oczywiście! Która piękna kobieta nie podzieliłaby się swoimi uczuciami z kimś tak bogatym, nawet jeśli jej serce pragnie czegoś mniej... mężczyzny stabilnego finansowo?"
    
  "Powiem ci, uważam tę uwagę za obraźliwą!" - wrzasnęła Nina, a jej słynny temperament sięgnął zenitu.
    
  "Nina, nie bądź defensywna" - zachęcał Sam, uśmiechając się do Otto.
    
  "Skoro nie zamierzasz mnie chronić, Sam, proszę, zamknij się" - zadrwiła, napotykając obojętne spojrzenie Otto. "Panie Schmidt, nie sądzę, żebyś miał prawo generalizować i snuć domysły na temat moich uczuć do ludzi, skoro absolutnie nic o mnie nie wiesz" - zganiła pilota ostrym tonem, który udało jej się utrzymać tak cicho, jak to możliwe, biorąc pod uwagę, jak bardzo była wściekła. "Kobiety, które spotykasz na tym poziomie, mogą być zdesperowane i powierzchowne, ale ja taka nie jestem. Dbam o siebie".
    
  Spojrzał na nią długo i ciężko, a dobroć w jego oczach zmieniła się w mściwą karę. Sam poczuł, jak żołądek zaciska mu się na widok cichego, uśmieszkowego spojrzenia Otto. Właśnie dlatego starał się nie dopuścić, by Nina straciła panowanie nad sobą. Zdawała się zapominać, że los jej i Sama zależy od przychylności Otto, w przeciwnym razie Brygada Renegatów szybko rozprawiłaby się z nimi obojgiem, nie wspominając o ich rosyjskich przyjaciołach.
    
  "Jeśli tak jest, doktorze Gould, że musi pan sam o siebie zadbać, to współczuję panu. Jeśli pakuje się pan w takie tarapaty, obawiam się, że lepiej by panu było jako konkubina jakiegoś głuchego mężczyzny niż jako piesek na posyłki tego bogatego idioty" - odpowiedział Otto z chrapliwą, groźną wyższością, która skłoniłaby każdego mizogina do stanięcia na baczność i bicia braw. Ignorując jej ripostę, powoli wstał z krzesła. "Muszę się wysikać. Sam, przynieś nam jeszcze jednego".
    
  "Czy ty zwariowałaś?" syknął do niej Sam.
    
  "Co? Słyszałeś, co on sugerował? Byłeś zbyt tchórzliwy, żeby bronić mojego honoru, więc czego się spodziewałeś?" - warknęła.
    
  "Wiesz, że to jeden z dwóch dowódców, którzy pozostali z ludzi, którzy trzymają nas wszystkich za jaja; ludzi, którzy do dziś sprowadzili Czarne Słońce na kolana, prawda? Wkurz go, a wszyscy będziemy mieli przytulny pogrzeb na morzu!" - przypomniał jej beznamiętnie Sam.
    
  "Nie powinnaś zaprosić swojego nowego chłopaka do baru?" - zażartowała, rozwścieczona tym, że nie potrafiła tak łatwo, jak zwykle, umniejszać mężczyznom w swoim towarzystwie. "W zasadzie nazwał mnie dziwką, która jest gotowa stanąć po stronie każdego, kto ma władzę".
    
  Sam bez namysłu wyrzucił z siebie: "Cóż, między mną, Perdue i Bernem, trudno mi powiedzieć, gdzie chciałabyś się położyć, Nino. Może on ma jakiś punkt widzenia, który chciałabyś rozważyć".
    
  Ciemne oczy Niny rozszerzyły się, ale jej gniew przesłonił ból. Czy właśnie usłyszała te słowa Sama, czy też jakiś demoniczny alkoholik nim manipulował? Serce ją bolało, a w gardle uformowała się gula, ale gniew pozostał, podsycany jego zdradą. Próbowała w myślach zrozumieć, dlaczego Otto nazwał Purdue osobą upośledzoną umysłowo. Czy chciał ją zranić, czy zwabić? A może znał Purdue lepiej od nich?
    
  Sam po prostu stał tam, zamrożony, spodziewając się, że Nina go rozszarpie, ale ku jego przerażeniu, w oczach Niny pojawiły się łzy, a ona po prostu wstała i odeszła. Czuł mniej wyrzutów sumienia, niż się spodziewał, bo naprawdę tak czuł.
    
  Ale bez względu na to, jak przyjemna była prawda, nadal czuł się jak drań, gdy ją wypowiedział.
    
  Usiadł, by cieszyć się resztą wieczoru ze starym pilotem, słuchając jego ciekawych opowieści i rad. Przy sąsiednim stoliku dwóch mężczyzn zdawało się omawiać cały incydent, którego właśnie byli świadkami. Turyści mówili po holendersku lub flamandzku, ale nie przeszkadzało im, że Sam obserwował, jak rozmawiają o nim i kobiecie.
    
  "Kobiety" - uśmiechnął się Sam i uniósł kufel piwa. Mężczyźni parsknęli śmiechem i unieśli kufle.
    
  Nina była wdzięczna, że mieli oddzielne pokoje, bo inaczej mogłaby zabić Sama we śnie w napadzie wściekłości. Jej gniew wynikał nie tyle z faktu, że stanął po stronie Otto w sprawie jej lekceważącego traktowania mężczyzn, ile z faktu, że musiała przyznać, iż w jego słowach było wiele prawdy. Bern była jej serdeczną przyjaciółką, gdy byli więźniami w Mánh Saridag, głównie dlatego, że celowo użyła swoich wdzięków, by złagodzić ich los, gdy dowiedziała się, że jest wierną kopią jego żony.
    
  Wolała zaloty Purdue, gdy była zła na Sama, niż po prostu rozwiązywanie z nim problemów. I co by zrobiła bez finansowego wsparcia Purdue, gdy był poza domem? Nigdy nie zadała sobie trudu, by na poważnie go odszukać, ale kontynuowała badania, finansowane z jego uczucia do niej.
    
  "O mój Boże!" krzyknęła najciszej, jak potrafiła, zamykając drzwi i opadając na łóżko. "Mają rację! Jestem tylko roszczeniową dziewczynką, która wykorzystuje swoją charyzmę i status, żeby utrzymać się przy życiu. Jestem nadworną dziwką każdego króla u władzy!"
    
    
  Rozdział 40
    
    
  Perdue i Alexander przeskanowali już dno oceanu w odległości kilku mil morskich od celu. Chcieli ustalić, czy występują jakieś anomalie lub nienaturalne zmiany w ukształtowaniu zboczy pod nimi, które mogłyby wskazywać na obecność struktur ludzkich lub jednolitych szczytów, będących pozostałościami starożytnej architektury. Wszelkie geomorfologiczne niespójności w ukształtowaniu powierzchni mogłyby wskazywać na to, że zanurzony materiał różni się od lokalnych osadów, co warto byłoby zbadać.
    
  "Nigdy nie wiedziałem, że Atlantyda jest tak wielka" - zauważył Alexander, patrząc na granicę wyznaczoną przez skaner sonaru głębinowego. Według Otto Schmidta rozciągała się ona daleko przez Atlantyk, między Morzem Śródziemnym a Ameryką Północną i Południową. Po zachodniej stronie ekranu sięgała Bahamów i Meksyku, co miało sens w kontekście teorii, że to właśnie dlatego egipska i południowoamerykańska architektura oraz religie zawierały piramidy i podobne konstrukcje, które wywierały wspólny wpływ.
    
  "O tak, mówiono, że jest większy niż Afryka Północna i Azja Mniejsza razem wzięte" - wyjaśnił Perdue.
    
  "Ale jest on po prostu za duży, żeby go znaleźć, bo wokół niego rozciągają się masy lądu" - powiedział Aleksander, bardziej do siebie niż do obecnych.
    
  "Och, ale jestem pewien, że te masywy lądowe są częścią płyty tektonicznej - jak szczyty pasma górskiego skrywające resztę góry" - powiedział Perdue. "Boże, Aleksandrze, pomyśl, jaką chwałę byśmy osiągnęli, gdybyśmy odkryli ten kontynent!"
    
  Aleksander nie przejmował się sławą. Zależało mu tylko na tym, żeby dowiedzieć się, gdzie jest Renata, żeby móc uwolnić Katię i Siergieja, zanim nadejdzie ich czas. Zauważył, że Sam i Nina byli już w bardzo dobrych stosunkach z towarzyszem Schmidtem, co działało na ich korzyść, ale warunki umowy nie uległy zmianie, co nie dawało mu spać całą noc. Ciągle sięgał po wódkę, żeby się uspokoić, zwłaszcza gdy portugalski klimat zaczynał drażnić jego rosyjską wrażliwość. Kraj był zapierająco piękny, ale tęsknił za domem. Tęsknił za przenikliwym zimnem, śniegiem, palącym bimbrem i gorącymi kobietami.
    
  Kiedy dotarli do wysp wokół Madery, Perdue nie mógł się doczekać spotkania z Samem i Niną, choć obawiał się Otto Schmidta. Być może powiązania Perdue z Czarnym Słońcem były wciąż świeże, a może Otto był niezadowolony, że Perdue wyraźnie nie opowiedział się po żadnej ze stron, ale austriacki pilot nie był w jego kręgu, to było pewne.
    
  Jednakże starzec odegrał ważną rolę i do tej pory udzielał im wielkiej pomocy w tłumaczeniu pergaminów na mało znane języki oraz w odnajdywaniu prawdopodobnego miejsca, którego szukali, więc Purdue musiał się z tym pogodzić i zaakceptować obecność tego człowieka wśród nich.
    
  Kiedy się spotkali, Sam wspomniał, jak bardzo był pod wrażeniem łodzi, którą kupił Purdue. Otto i Alexander odsunęli się na bok i zorientowali się, gdzie i na jakiej głębokości powinien znajdować się ląd. Nina stała z boku, wdychając świeże morskie powietrze i czując się nieco nie na miejscu z powodu licznych butelek koralowca i niezliczonych szklanek ponchy, które kupiła od powrotu do baru. Przygnębiona i zła po obeldze Otto, płakała na łóżku przez prawie godzinę, czekając, aż Sam i Otto wyjdą, żeby mogła wrócić do baru. I tak zrobiła, zgodnie z oczekiwaniami.
    
  "Cześć, kochanie" - odezwał się Perdue, stojąc obok niej. Twarz miał zaczerwienioną od słońca i soli z ostatniego dnia, ale wyglądał na wypoczętego, w przeciwieństwie do Niny. "Co się stało? Czy chłopcy cię dręczą?"
    
  Nina wyglądała na kompletnie zdenerwowaną, a Purdue szybko zdał sobie sprawę, że coś jest nie tak. Delikatnie objął ją ramieniem, rozkoszując się uczuciem jej drobnego ciała przyciśniętego do jego po raz pierwszy od lat. Nietypowe było dla Niny Gould, żeby w ogóle się nie odzywać, a to był wystarczający dowód na to, że czuła się nie na miejscu.
    
  "Więc dokąd pójdziemy najpierw?" zapytała zupełnie niespodziewanie.
    
  "Kilka mil na zachód stąd, Alexander i ja odkryliśmy nieregularne formacje na głębokości kilkuset stóp. Zacznę od tego. Zdecydowanie nie wygląda jak podwodny grzbiet ani żaden wrak statku. Rozciąga się na jakieś 200 mil. Jest ogromny!" - kontynuował bełkotliwie, wyraźnie podekscytowany ponad wszelkie słowa.
    
  "Panie Perdue" - zawołał Otto, podchodząc do nich obu - "czy przelecę nad wami, żeby zobaczyć wasze skoki z powietrza?"
    
  "Tak jest" - uśmiechnął się Purdue, ciepło klepiąc pilota po ramieniu. "Skontaktuję się z panem, jak tylko dotrzemy do pierwszego miejsca nurkowego".
    
  "No dobrze!" - wykrzyknął Otto, pokazując Samowi kciuk w górę. Ani Perdue, ani Nina nie mogli pojąć, o co chodzi. "W takim razie poczekam tutaj. Wiesz, że piloci nie powinni pić, prawda?" Otto roześmiał się serdecznie i uścisnął dłoń Perdue. "Powodzenia, panie Perdue. I doktorze Gould, jesteś prawdziwym skarbem, jak na dżentelmena przystało, moja droga" - powiedział niespodziewanie do Niny.
    
  Zaskoczona, zastanowiła się nad odpowiedzią, lecz Otto, jak zwykle, zignorował ją i po prostu odwrócił się na pięcie, by udać się do kawiarni z widokiem na tamy i klify tuż przy łowisku.
    
  "To było dziwne. Dziwne, ale zaskakująco pożądane" - mruknęła Nina.
    
  Sam był na jej czarnej liście i unikała go przez większość podróży, za wyjątkiem niezbędnych notatek tu i ówdzie na temat sprzętu do nurkowania i położenia.
    
  "Widzisz? Założę się, że więcej odkrywców" - powiedział Perdue do Aleksandra z radosnym chichotem, wskazując na bardzo podupadłą łódź rybacką kołyszącą się w oddali. Słyszeli, jak Portugalczycy nieustannie kłócą się o kierunek wiatru, sądząc po tym, co mogli odczytać z ich gestów. Aleksander się roześmiał. Przypomniało mu to noc, którą spędził z sześcioma innymi żołnierzami na Morzu Kaspijskim, zbyt pijany, by nawigować i beznadziejnie zagubiony.
    
  Rzadkie dwie godziny odpoczynku pobłogosławiły załogę wyprawy na Atlantydę, gdy Aleksander skierował jacht na szerokość geograficzną wskazywaną przez sekstant, z którym się zapoznawał. Choć byli pochłonięci pogawędkami i opowieściami ludowymi o dawnych portugalskich odkrywcach, zbiegłych kochankach, utoniętych marynarzach i autentyczności innych dokumentów znalezionych wraz ze zwojami Atlantydy, wszyscy skrycie pragnęli sprawdzić, czy kontynent rzeczywiście leży pod nimi w całej swojej okazałości. Nikt z nich nie mógł ukryć ekscytacji związanej z nurkowaniem.
    
  "Na szczęście niecały rok temu zacząłem nurkować częściej w szkole nurkowania PADI, po prostu po to, żeby zrobić coś innego i się zrelaksować" - chwalił się Sam, gdy Alexander zapinał swój skafander przed pierwszym nurkowaniem.
    
  "Dobrze, Sam. Na takich głębokościach trzeba wiedzieć, co się robi. Nina, nie rozumiesz tego?" - zapytał Perdue.
    
  "Tak" - wzruszyła ramionami. "Mam kaca tak wielkiego, że mogłabym zabić bawoła, a wiesz, jak dobrze sobie radzi w stresie".
    
  "Och, tak, raczej nie" - Alexander skinął głową, zaciągając się kolejnym jointem, podczas gdy wiatr rozwiewał mu włosy. "Nie martw się, będę dobrym towarzystwem, gdy te dwie będą drażnić rekiny i uwodzić ludożercze syreny".
    
  Nina się roześmiała. Wizja Sama i Perdue na łasce kobiet-ryb była zabawna. Jednak pomysł z rekinem tak naprawdę ją drażnił.
    
  "Nie martw się rekinami, Nino" - powiedział jej Sam, zanim ugryzł ustnik. "Nie lubią krwi z alkoholem. Dam sobie radę".
    
  "To nie o ciebie się martwię, Sam" - uśmiechnęła się zjadliwie, w najlepszym dla siebie tonie, i przyjęła od Alexandra jointa.
    
  Perdue udawał, że nie słyszy, ale Sam doskonale wiedział, o czym mówi. Jego uwaga z zeszłej nocy, jego szczera obserwacja, osłabiły ich więź na tyle, że poczuła się mściwa. Ale nie zamierzał za to przepraszać. Musiała uświadomić sobie swoje zachowanie i zmusić ją do podjęcia decyzji raz na zawsze, zamiast igrać z emocjami Perdue, Sama czy kogokolwiek innego, kogo zechce zabawiać, uspokajając się.
    
  Nina rzuciła zaniepokojone spojrzenie Perdue'owi, zanim zanurzył się w głębokim, ciemnoniebieskim oceanie portugalskiego Atlantyku. Zastanawiała się, czy nie posłać Samowi surowego, zmrużonego uśmiechu, ale kiedy odwróciła się, by na niego spojrzeć, pozostał po nim jedynie rozkwitający kwiat piany i bąbelków na powierzchni wody.
    
  Szkoda, pomyślała, przesuwając palcem po złożonym papierze. Mam nadzieję, że syrena urwie ci jaja, Sammo.
    
    
  Rozdział 41
    
    
  Sprzątanie salonu zawsze było ostatnim punktem na liście zadań panny Maisie i jej dwóch sprzątaczek, ale to właśnie ten pokój był ich ulubionym ze względu na duży kominek i upiorne rzeźby. Jej dwie podwładne były młodymi kobietami z lokalnego college'u, zatrudnionymi za sowitą opłatą pod warunkiem, że nigdy nie będą rozmawiać o posiadłości ani o jej zabezpieczeniach. Na szczęście dla niej, dziewczyny były skromnymi studentkami, które uwielbiały wykłady z nauk ścisłych i maratony Skyrima, a nie typowymi rozpieszczonymi i niezdyscyplinowanymi typkami, które Maisie spotkała w Irlandii, pracując tam jako prywatna ochroniarka w latach 1999-2005.
    
  Jej córki były świetnymi uczennicami, dbały o porządek w domu, a ona regularnie dawała im napiwki za ich zaangażowanie i efektywność. To była dobra relacja. W posiadłości Thurso panna Maisie osobiście sprzątała kilka pomieszczeń, a jej córki starały się do nich nie zaglądać - do domku gościnnego i piwnicy.
    
  Dziś było wyjątkowo zimno, z powodu burzy zapowiadanej dzień wcześniej w radiu, która miała spustoszyć północną Szkocję przez co najmniej trzy kolejne dni. W dużym kominku trzaskał ogień, a języki płomieni lizały zwęglone ściany ceglanej konstrukcji, która sięgała wysokiego komina.
    
  "Już prawie gotowe, dziewczyny?" zapytała Maisie, stojąc w drzwiach z tacą.
    
  "Tak, skończyłam" - powitała szczupła brunetka Linda, stukając miotełką z piór o obfite pośladki swojej rudowłosej przyjaciółki Lizzie. "Chociaż z rudymi włosami wciąż trochę mi brakuje" - zażartowała.
    
  "Co to jest?" zapytała Lizzie, gdy zobaczyła piękny tort urodzinowy.
    
  "Trochę darmowej cukrzycy" - oznajmiła Maisie, dygając.
    
  "Jaka to okazja?" zapytała Linda, pociągając przyjaciółkę do stołu.
    
  Maisie zapaliła jedną świeczkę na środku: "Dziś, drogie panie, są moje urodziny, a wy jesteście nieszczęsnymi ofiarami mojego obowiązkowego poczęstunku".
    
  "O zgrozo. Brzmi okropnie, prawda, Ginger?" - zażartowała Linda, gdy jej przyjaciółka pochyliła się, by przesunąć palcem po lukrze i spróbować. Maisie żartobliwie uderzyła ją w dłoń i uniosła nóż do krojenia w szyderczym geście, co wywołało u dziewczynek pisk radości.
    
  "Wszystkiego najlepszego, panno Maisie!" krzyknęły obie, nie mogąc się doczekać, aż gospodyni pozwoli sobie na odrobinę halloweenowego humoru. Maisie skrzywiła się, zamknęła oczy, spodziewając się nawałnicy okruchów i lukru, i opuściła nóż na tort.
    
  Jak można było się spodziewać, uderzenie spowodowało pęknięcie ciasta na dwie części, a dziewczynki pisnęły z zachwytu.
    
  "No, no, no" - powiedziała Maisie - "kop dalej. Nie jadłam cały dzień".
    
  "Ja też" - jęknęła Lizzie, gdy Linda umiejętnie gotowała dla nich wszystkich.
    
  Zadzwonił dzwonek do drzwi.
    
  "Macie jeszcze jakichś gości?" - zapytała Linda z pełnymi ustami.
    
  "Och, nie, wiesz, że nie mam żadnych przyjaciół" - zadrwiła Maisie, przewracając oczami. Właśnie wzięła pierwszy kęs i teraz musiała go szybko przełknąć, żeby wyglądać schludnie - co było irytującym zadaniem, akurat wtedy, gdy myślała, że może się zrelaksować. Panna Maisie otworzyła drzwi i powitało ją dwóch dżentelmenów w dżinsach i kurtkach, które przypominały jej myśliwych lub drwali. Deszcz już na nich padał, a przez werandę wiał zimny wiatr, ale żaden z nich nawet nie drgnął ani nie spróbował podnieść kołnierzyka. Było jasne, że chłód im nie przeszkadza.
    
  "Czy mogę w czymś pomóc?" zapytała.
    
  "Dzień dobry, pani. Mamy nadzieję, że może nam pani pomóc" - powiedział wyższy z dwóch przyjaznych mężczyzn z niemieckim akcentem.
    
  "Z czym?"
    
  "Bez robienia scen i psucia naszej misji" - odpowiedział nonszalancko drugi. Jego ton był spokojny, bardzo cywilizowany, a Maisie rozpoznała akcent pochodzący z Ukrainy. Jego słowa zdruzgotałyby większość kobiet, ale Maisie była mistrzynią w jednoczeniu ludzi i eliminowaniu większości. Rzeczywiście byli myśliwymi, jak wierzyła, obcokrajowcami wysłanymi na misję z rozkazem, by działać równie brutalnie, co prowokować, stąd ich spokojna postawa i otwarta prośba.
    
  "Jaka jest twoja misja? Nie mogę obiecać współpracy, jeśli zagrozi to mojej własnej" - powiedziała stanowczo, pozwalając im zidentyfikować ją jako osobę znającą życie. "Z kim jesteś?"
    
  "Nie możemy powiedzieć, proszę pani. Czy mogłaby pani odejść?"
    
  "I poproś swoich młodych przyjaciół, żeby nie krzyczeli" - poprosił wyższy mężczyzna.
    
  "To niewinni cywile, panowie. Nie wciągajcie ich w to" - powiedziała Maisie bardziej surowo, stając na środku drzwi. "Nie mają powodu, żeby krzyczeć".
    
  "Dobrze, bo jeśli to zrobią, damy im powód" - odpowiedział Ukrainiec głosem tak uprzejmym, że aż gniewnym.
    
  "Panno Maisie! Wszystko w porządku?" - zawołała Lizzie z salonu.
    
  "Dandy, laleczko! Zjedz swoje ciasto!" - krzyknęła Maisie.
    
  "Po co was tu wysłano? Jestem jedyną mieszkanką posiadłości mojego pracodawcy przez kilka najbliższych tygodni, więc czegokolwiek szukacie, przybyliście w złym momencie. Jestem tylko gospodynią" - poinformowała ich formalnie, kiwając grzecznie głową, po czym powoli zamknęła drzwi.
    
  Nie zareagowali i, o dziwo, to właśnie to wprawiło Maisie McFadden w panikę. Zamknęła drzwi wejściowe na klucz i wzięła głęboki oddech, wdzięczna, że przystali na jej szaradę.
    
  W salonie stłukł się talerz.
    
  Panna Maisie pobiegła zobaczyć, co się dzieje i zobaczyła swoje córki w ciasnym uścisku dwóch innych mężczyzn, najwyraźniej zajętych jej dwoma gośćmi. Zatrzymała się jak wryta.
    
  "Gdzie jest Renata?" zapytał jeden z mężczyzn.
    
  "Ja... ja nie... ja nie wiem, kim on jest" - wyjąkała Maisie, wymachując rękami przed sobą.
    
  Mężczyzna wyciągnął pistolet Makarowa i rozciął Lizzie głęboką ranę w nodze. Zaczęła histerycznie zawodzić, podobnie jak jej przyjaciółka.
    
  "Powiedz im, żeby się zamknęli, albo uciszymy ich następną kulą" - syknął. Maisie zrobiła, co jej kazano, prosząc dziewczyny o zachowanie spokoju, żeby nieznajomi ich nie zabili. Linda zemdlała, szok wywołany wtargnięciem był nie do zniesienia. Mężczyzna, który ją trzymał, po prostu rzucił ją na podłogę i powiedział: "To nie jest jak w filmach, prawda, kochanie?"
    
  "Renata! Gdzie ona jest?" krzyknął, chwytając drżącą i przerażoną Lizzie za włosy i celując pistoletem w jej łokieć. Teraz Maisie zrozumiała, że chodzi o niewdzięczną dziewkę, którą miała się opiekować do powrotu pana Purdue. Choć nienawidziła tej próżnej suki, Maisie była opłacana za jej ochronę i utrzymanie. Nie mogła przekazać im majątku na rozkaz pracodawcy.
    
  "Pozwól, że zabiorę cię do niej" - zaproponowała szczerze - "ale proszę, zostaw dziewczyny do sprzątania w spokoju".
    
  "Zwiążcie ich i schowajcie w szafie. Jeśli zaczną piszczeć, przelecimy ich jak paryskie dziwki" - uśmiechnął się agresywny rewolwerowiec, patrząc ostrzegawczo Lizzie.
    
  "Pozwólcie mi tylko podnieść Lindę z ziemi. Na litość boską, nie możecie pozwolić dziecku leżeć na podłodze na zimnie" - powiedziała Maisie mężczyznom bez strachu w głosie.
    
  Pozwolili jej zaprowadzić Lindę na krzesło obok stołu. Dzięki szybkim ruchom jej zręcznych dłoni nie zauważyli noża do krojenia, który panna Maisie wyciągnęła spod ciasta i schowała do kieszeni fartucha. Z westchnieniem przesunęła dłońmi po piersi, by oczyścić ją z okruchów i lepkiego lukru, i powiedziała: "Chodź".
    
  Mężczyźni poszli za nią przez ogromną jadalnię z antykami, wchodząc do kuchni, gdzie wciąż unosił się zapach świeżo upieczonego ciasta. Zamiast jednak zaprowadzić ich do domku gościnnego, zaprowadziła ich do piwnicy. Mężczyźni nie zdawali sobie sprawy z podstępu, ponieważ piwnica zazwyczaj była miejscem zakładników i sekretów. W pomieszczeniu było strasznie ciemno i pachniało siarką.
    
  "Czy tu na dole nie ma światła?" zapytał jeden z mężczyzn.
    
  "Na dole jest włącznik światła. Niedobrze dla takiego tchórza jak ja, który gardzi ciemnymi pomieszczeniami, wiesz. Te cholerne horrory zawsze cię dopadną" - rzuciła nonszalancko.
    
  W połowie schodów Maisie nagle osunęła się do pozycji siedzącej. Mężczyzna idący tuż za nią potknął się o jej zwinięte ciało i gwałtownie poleciał w dół schodów, podczas gdy Maisie błyskawicznie zamachnęła się tasakiem, by uderzyć drugiego mężczyznę za nią. Grube, ciężkie ostrze wbiło się w jego kolano, odcinając rzepkę od piszczeli, a kości pierwszego mężczyzny zgrzytnęły w ciemności, gdzie wylądował, natychmiast go uciszając.
    
  Gdy ryknął z bólu, poczuła miażdżący cios w twarz, który na chwilę ją unieruchomił i pozbawił przytomności. Kiedy ciemna mgła się rozwiała, Maisie zobaczyła dwóch mężczyzn wychodzących z frontowych drzwi na podest. Zgodnie z wytycznymi, nawet w oszołomieniu, uważnie śledziła ich interakcję.
    
  "Renaty tu nie ma, idioci! Na zdjęciach, które Clive nam przysłał, widać ją w domku gościnnym! To jest na zewnątrz. Przyprowadźcie gosposię!"
    
  Maisie wiedziała, że poradziłaby sobie z trzema z nich, gdyby nie odebrali jej tasaka. Wciąż słyszała w tle krzyki napastnika z nagimi kolanami, gdy wychodzili na podwórko, gdzie zmoczył ich lodowaty deszcz.
    
  "Kody. Wprowadź kody. Znamy specyfikację systemu bezpieczeństwa, kochanie, więc nawet nie myśl o tym, żeby z nami zadzierać" - warknął na nią mężczyzna z rosyjskim akcentem.
    
  "Przyszedłeś ją uwolnić? Pracujesz dla niej?" - zapytała Maisie, wciskając sekwencję cyfr na pierwszej klawiaturze.
    
  "To nie twoja sprawa" - odpowiedział Ukrainiec od drzwi wejściowych, a jego ton był mało przyjazny. Maisie odwróciła się, mrużąc oczy, gdy szum płynącej wody zagłuszył odgłos.
    
  "To głównie moja sprawa" - odparła. "Jestem za nią odpowiedzialna".
    
  "Naprawdę poważnie traktujesz swoją pracę. To godne podziwu" - powiedział protekcjonalnie przyjacielski Niemiec przy drzwiach wejściowych. Mocno przycisnął nóż myśliwski do jej obojczyka. "A teraz, kurwa, otwórz drzwi".
    
  Maisie otworzyła pierwsze drzwi. Troje z nich weszło z nią do przestrzeni między nimi. Gdyby udało jej się przeprowadzić ich przez Renatę i zamknąć drzwi, mogłaby zamknąć ich w środku z łupem i skontaktować się z panem Purdue w celu wezwania posiłków.
    
  "Otwórzcie następne drzwi" - rozkazał Niemiec. Wiedział, co planuje i upewnił się, że interweniuje pierwsza, żeby nie mogła ich zablokować. Gestem wskazał Ukraińcowi, żeby zajął miejsce przy zewnętrznych drzwiach. Maisie otworzyła kolejne drzwi, mając nadzieję, że Mirela pomoże jej pozbyć się intruzów, ale nie zdawała sobie sprawy z rozmiarów egoistycznych gierek Mireli. Dlaczego miałaby pomagać porywaczom w walce z intruzami, skoro obie frakcje nie miały wobec niej dobrej woli? Mirela stała wyprostowana, opierając się o ścianę za drzwiami, trzymając się ciężkiej, porcelanowej deski sedesowej. Kiedy zobaczyła, jak Maisie wchodzi do środka, nie mogła powstrzymać uśmiechu. Jej zemsta była niewielka, ale na razie wystarczyła. Z całych sił Mirela przewróciła deskę i uderzyła nią Maisie w twarz, łamiąc jej nos i szczękę jednym ciosem. Ciało gospodyni upadło na dwóch mężczyzn, ale kiedy Mirela próbowała zamknąć drzwi, byli zbyt szybcy i zbyt silni.
    
  Kiedy Maisie leżała na podłodze, wyciągnęła urządzenie komunikacyjne, którego używała do wysyłania raportów do Purdue, i wpisała wiadomość. Następnie schowała je za stanik i pozostała nieruchoma, słysząc, jak dwóch bandytów obezwładnia i brutalnie traktuje więźnia. Maisie nie widziała, co robią, ale słyszała stłumione krzyki Mireli, zagłuszające warczenie napastników. Gospodyni przewróciła się, żeby zajrzeć pod sofę, ale nie mogła niczego dostrzec bezpośrednio przed sobą. Wszyscy ucichli, a potem usłyszała niemiecki rozkaz: "Wysadźcie pensjonat, jak tylko znajdziemy się poza zasięgiem. Podłóżcie ładunki wybuchowe".
    
  Maisie była zbyt słaba, żeby się ruszyć, ale mimo to próbowała doczołgać się do drzwi.
    
  "Patrz, ten jeszcze żyje" - powiedział Ukrainiec. Pozostali mężczyźni mamrotali coś po rosyjsku, odpalając detonatory. Ukrainiec spojrzał na Maisie i pokręcił głową. "Nie martw się, kochanie. Nie pozwolimy ci umrzeć w strasznych płomieniach".
    
  Uśmiechnął się, zasłaniając błysk flesza, gdy strzał odbił się echem od ulewnego deszczu.
    
    
  Rozdział 42
    
    
  Głęboki, błękitny blask Atlantyku spowijał dwóch nurków, którzy stopniowo schodzili w kierunku pokrytych rafami szczytów podwodnej anomalii geograficznej, którą Purdue wykrył swoim skanerem. Zanurzył się tak głęboko, jak tylko mógł, i zarejestrował materiał, umieszczając niektóre z osadów w małych probówkach. W ten sposób Purdue mógł określić, które z nich to lokalne złoża piasku, a które składają się z materiałów obcych, takich jak marmur czy brąz. Osady złożone z minerałów innych niż te występujące w lokalnych związkach morskich można było interpretować jako potencjalnie obce, być może stworzone przez człowieka.
    
  Z głębokiej ciemności odległego dna oceanu Purdue zdał sobie sprawę, że widzi złowrogie cienie rekinów. To go wystraszyło, ale nie mógł ostrzec Sama, który stał kilka metrów dalej, odwrócony do niego plecami. Purdue schował się za nawisem rafy i czekał, obawiając się, że bąbelki powietrza zdradzą jego obecność. W końcu odważył się uważnie zbadać okolicę i ku swojej uldze odkrył, że cień to jedynie samotny nurek filmujący morskie życie na rafie. Po zarysie sylwetki nurka rozpoznał, że to kobieta i przez chwilę myślał, że to może być Nina, ale nie miał zamiaru do niej podpłynąć i zrobić z siebie idioty.
    
  Perdue znalazł więcej przebarwionego materiału, który mógł mieć znaczenie i zebrał tyle, ile mógł. Zauważył, że Sam porusza się teraz w zupełnie innym kierunku, nieświadomy pozycji Perdue. Sam miał robić zdjęcia i filmy z ich nurkowań, aby mogli zdać raport jachtowi, ale szybko zniknął w ciemnościach rafy. Po zebraniu pierwszych próbek, Perdue podążył za Samem, aby zobaczyć, co robi. Gdy Perdue okrążył dość dużą grupę czarnych formacji skalnych, zauważył Sama wchodzącego do jaskini znajdującej się pod inną podobną grupą. Sam wynurzył się do środka, aby sfilmować ściany i dno zalanej jaskini. Perdue przyspieszył, aby ich dogonić, przekonany, że wkrótce zabraknie im tlenu.
    
  Pociągnął Sama za płetwę, niemal śmiertelnie go strasząc. Purdue gestem nakazał im powrót na powierzchnię i pokazał Samowi fiolki, które napełnił materiałami. Sam skinął głową i unieśli się w jasne światło słoneczne, które sączyło się przez szybko zbliżającą się powierzchnię nad nimi.
    
    
  * * *
    
    
  Po ustaleniu, że na poziomie chemicznym nie dzieje się nic niezwykłego, grupa była nieco rozczarowana.
    
  "Słuchajcie, ten ląd nie ogranicza się tylko do zachodniego wybrzeża Europy i Afryki" - przypomniała im Nina. "To, że nie ma niczego konkretnego bezpośrednio pod nami, nie oznacza, że nie jest to kilka mil na zachód lub południowy zachód nawet od wybrzeża Ameryki. Na zdrowie!"
    
  "Byłem pewien, że tu coś jest" - westchnął Perdue, odrzucając głowę do tyłu ze zmęczenia.
    
  "Wkrótce znowu zejdziemy" - zapewnił go Sam, klepiąc go pocieszająco po ramieniu. "Jestem pewien, że jesteśmy na tropie czegoś, ale myślę, że jeszcze nie jesteśmy wystarczająco głęboko".
    
  "Zgadzam się z Samem" - Alexander skinął głową, biorąc kolejny łyk drinka. "Skaner pokazuje kratery i dziwne struktury nieco niżej".
    
  "Gdybym tylko miał teraz dostęp do łodzi podwodnej" - powiedział Perdue, pocierając brodę.
    
  "Mamy tego odległego badacza" - powiedziała Nina. "Tak, ale on niczego nie zbierze, Nina. Może nam pokazać tylko obszary, które już znamy".
    
  "No cóż, możemy spróbować zobaczyć, co znajdziemy podczas kolejnego nurkowania" - powiedział Sam - "im szybciej, tym lepiej". Trzymał w ręku podwodny aparat, przeglądając zdjęcia, aby wybrać najlepsze ujęcia do przesłania.
    
  "Dokładnie" - zgodził się Perdue. "Spróbujmy jeszcze raz, zanim dzień się skończy. Tylko tym razem pojedziemy bardziej na zachód. Sam, zapisuj wszystko, co znajdziemy".
    
  "Tak, i tym razem idę z tobą" - Nina puściła oko do Perdue, przygotowując się do założenia kostiumu.
    
  Podczas drugiego nurkowania zebrali kilka starożytnych artefaktów. Najwyraźniej na zachód od tego miejsca kryje się więcej zatopionej historii, a dno oceanu również skrywa bogactwo ukrytej architektury. Perdue wyglądał na podekscytowanego, ale Nina wiedziała, że przedmioty nie są wystarczająco stare, by pochodzić ze słynnej ery Atlantydy, i ze współczuciem kręciła głową za każdym razem, gdy Perdue myślał, że ma klucz do Atlantydy.
    
  Ostatecznie przeczesali większość wyznaczonego obszaru, który zamierzali zbadać, ale wciąż nie znaleźli śladu legendarnego kontynentu. Być może rzeczywiście były zakopane zbyt głęboko, by można je było znaleźć bez odpowiednich statków badawczych, a Purdue bez problemu by je odzyskał po powrocie do Szkocji.
    
    
  * * *
    
    
  W barze w Funchal Otto Schmidt podsumowywał swoją podróż. Eksperci z Mönkh Saridag zauważyli, że Longinus został przeniesiony. Poinformowali Otto, że nie ma go już w Wewelsburgu, choć wciąż jest aktywny. W rzeczywistości nie mogli w ogóle namierzyć jego aktualnej lokalizacji, co oznaczało, że znajdował się w środowisku elektromagnetycznym.
    
  Otrzymał również dobre wieści od swoich ludzi w Thurso.
    
  Zadzwonił do Brygady Renegade tuż przed godziną 17, żeby złożyć raport.
    
  "Bridges, tu Schmidt" - powiedział pod nosem, siedząc przy stoliku w pubie, gdzie czekał na telefon z jachtu Purdue. "Mamy Renatę. Odwołajcie czuwanie dla rodziny Strenkov. Arichenkow i ja wrócimy za trzy dni".
    
  Obserwował flamandzkich turystów stojących na zewnątrz, czekających na swoich przyjaciół na kutrze rybackim, którzy mieli zacumować po dniu spędzonym na morzu. Jego oczy się zwęziły.
    
  "Nie martw się o Purdue. Moduły śledzące w systemie Sama Cleve'a przyciągnęły bezpośrednio do niego radę. Sądzą, że nadal ma Renatę, więc się nim zajmą. Pilnują go od Wewelsburga, a teraz widzę, że są tu na Maderze, żeby ich odebrać" - poinformował Bridgesa.
    
  Nie wspomniał nic o Domu Solona, który stał się jego celem, gdy Renata została dostarczona, a Longinus odnaleziony. Ale jego przyjaciel Sam Cleave, ostatni adept Brygady Renegatów, zamknął się w jaskini znajdującej się dokładnie w miejscu, gdzie skrzyżowały się ścieżki zwojów. Na znak lojalności wobec Brygady dziennikarz wysłał Otto współrzędne miejsca, które uważał za Dom Solona, a Otto zlokalizował je za pomocą GPS-a zainstalowanego w aparacie.
    
  Kiedy Perdue, Nina i Sam wynurzyli się, słońce zaczynało zachodzić, choć przyjemne, łagodne światło dzienne utrzymywało się jeszcze przez godzinę lub dwie. Znużeni wdrapali się na jacht, pomagając sobie nawzajem w rozładowywaniu sprzętu do nurkowania i sprzętu badawczego.
    
  Perdue ożywił się: "Gdzie do cholery jest Aleksander?"
    
  Nina zmarszczyła brwi i obróciła się całym ciałem, żeby dobrze przyjrzeć się pokładowi: "Może jakiś poziom podziemny?"
    
  Sam zszedł do maszynowni, a Purdue sprawdził kabinę, dziób i kambuz.
    
  "Nic" - Perdue wzruszył ramionami. Wyglądał na równie oszołomionego jak Nina.
    
  Sam wyszedł z maszynowni.
    
  "Nigdzie go nie widzę" - wyszeptał, opierając ręce na biodrach.
    
  "Zastanawiam się, czy ten szaleniec rzeczywiście wypadł za burtę, bo wypił za dużo wódki" - rozmyślał Purdue na głos.
    
  Urządzenie komunikacyjne Purdue'a zapiszczało. "Och, przepraszam, chwileczkę" - powiedział i sprawdził wiadomość. Była od Maisie McFadden. Powiedzieli
    
  "Halce! Rozdzielcie się."
    
  Twarz Perdue'a posmutniała i zbladła. Chwilę zajęło mu ustabilizowanie tętna i postanowił zachować spokój. Bez śladu niepokoju odchrząknął i wrócił do pozostałej dwójki.
    
  "W każdym razie musimy wrócić do Funchal przed zapadnięciem zmroku. Wrócimy na wody Madery, gdy tylko będę miał odpowiedni sprzęt do pływania w tych obscenicznych głębinach" - oznajmił.
    
  "Tak, mam dobre przeczucia co do tego, co jest pod nami" - uśmiechnęła się Nina.
    
  Sam wiedział, że jest inaczej, ale otworzył piwo dla każdego z nich i z niecierpliwością czekał na to, co ich czeka po powrocie na Maderę. Dziś wieczorem słońce zachodziło nie tylko nad Portugalią.
    
    
  KONIEC
    
    
    

 Ваша оценка:

Связаться с программистом сайта.

Новые книги авторов СИ, вышедшие из печати:
О.Болдырева "Крадуш. Чужие души" М.Николаев "Вторжение на Землю"

Как попасть в этoт список

Кожевенное мастерство | Сайт "Художники" | Доска об'явлений "Книги"